Wpisy otagowane ‘Ojciec (a.kijowski)’

Rozdz. CLVII – Krzyż nad Frascati

sobota, 28 Sierpień 2010

Skończyło się na Frascati. To co przeczułem w Palermo. Czyli, gdyby ciągnąć te metaforę: w kurorcie pod Rzymem upadło to, co miało powstać z natchnienia jakie spadło na mnie w Stolicy Światowej Mafii. No i tego wszystkiego nie byłoby bez Polaka na Stolicy Piotrowej. W ogóle nic by nie było – albo wszystko byłoby inaczej.  Ale czy aby się napewno skończyło ? A nawet jeśli. Nawet jeśli cały ten cud dwudziestolecia był mafijnym spiskiem, którego jedynym celem było ocalenie władzy Gorbaczowa i potęgi Ameryki, dochodów Kwaśniewskiego i życia Jaruzelskiego, posady Sebastiana Lenarta i dorobku życia profesora Durko czy  Pieniążka oraz schedy dla wnuków całe życie trzęsącego portkami  Lesława M. Bartelskiego – nawet jeśli tak było to, co otrzymaliśmy w zamian ? 

Piętnaście  lat niewątpliwej wolności. Może trudnej, ale realnej. I przedłużenie okresu pokoju do czasu jakiego w tym miejscu Europy nie było od początku powstania Państwa Polskiego. Od 65 lat nikt nad Wisłą nie stoi z bagnetem na broni. Czy to dobrze ? 

- Szczerze mówiąc nie wiem. Dla pokolenia z którego pochodzę, pokolenia Solidarności – pokój był wartością najwyższą.  Nie mogło być inaczej po hekatombie Powstania Warszawskiego, Powstania w Gettcie, po Treblince i Oświęcimiu. Ojciec mi stale powtarzał i wypowiedział to, w czasie Kongresu Kultury Polskiej, że : „cały powojenny porządek  polityczny w Europie został ufundowany na strachu przed nową wojną. Przebieg polskiego kryzysu i sposób w jaki reagują nań wszystkie zainteresowane strony świadcz, że doszły do głosu motywy od owego strachu silniejsze.”. 

Andrzej Kijowski na Kongresie Kultury Polskiej 1981 (fot.S.Olzacki)

 

Dla niego syptomem było objęcie stanowiska premiera Francji przez Laurenta Fabiusa urodzonego w 1946 roku. 

- Uważaj, powiedział mi oto pierwszy powojenny mąż stanu, który nie pamięta wojny. Dla takich jej uniknięcie może być celem deklarowanym nie będzie jednak dogmatem. Wszyscy polscy premierzy ( z wyjątkiem Jana Olszewskiego), którzy sprawowali władzę w okresie 15-lecia międzysojuszniczego lat 1990-2005 byli urodzeni w tych właśnie latach: między 1946 a 1959. Stanowiska w samorządzie biorą już urodzone w latach siedemdziesiątych – dzieci. 

Te młode wilczki spragnione są krwi. Szukają upustu energii w walkach medialnych, w obmowie, w niszczeniu. Obecny porządek polityczny nie jest już podporządkowany strachowi przede nową wojną jak przez lata PRL-u  ani entuzjazmowi z odzyskaniu niepodległości – jak w latach 90’tych dwudziestego wieku. Obecny system polityczny podporządkowany jest jedynej wartości jaką jest zdobycie wpływów i władzy. Demokracja to system, w którym opresyjnego władcę zastępuje lud, który tego władcę kontroluje. Demonokracja to system, w którym wg słów profesora Zbigniewa Stawrowskiego chodzi tylko władzę.[1]. Rządzący nie skupiają się w rezultacie na trosce o dobro wspólne, nikt już nie  myśli w kategoriach pokoleniowych – wszystkie cele są doraźne i podporządkowane wyborom następującym co cztery-pięć lat. 

Tama Assuańska od strony Nilu

 

Czym może się skończyć taka krótkowzroczność zrozumiałem nie w Polsce ani w czasie walk o to kto będzie przemawiał, a raczej kto nie będzie się zwracał do tłumów w Parku na Frascatii. Pojąłem to rok później, gdy zwiedzając Egipt dotarłem do Asuanu i popatrzyłem na wielkie jak ¾ Polski morze nazwane Jeziorem Nassera. Ten zbiornik wodny napełniano 20 lat. Przenoszono najcenniejsze zabytki, których 5 tysięcy lat nie wzruszyło. Zmieniono w rezultacie ekosferę tak dalece, że nie tylko zbiory w Egipcie odbywają się trzy razy w roku lecz nawet można kąpać się w Nilu, gdyż poniżej tamy asuańskiej – wyginęły krokodyle. A, gdyby… Gdyby jakieś nieszczęście nastąpiło i zerwało asuańską tamę. Jakiś wstrząs podziemny. Choć to nie tektoniczny teren jednak trzęsienia ziemi nawet się w Polsce zdarzają. Albo bomba szalonego terrorysty. Cały Egipt włącznie z Piramidami znika z powierzchni ziemi w bardzo krótkim czasie. 

  

Tama Asuańska

 

Zadałem sobie pytanie czy egipscy kapłani, którzy wznieśli Piramidę Chufu, nie umieliby zbudować tamy na Nilu. Bez wąpienia – potrafili. Jednak Faraon nie myślał w skali dekady czy siedmiolecia. Faraon wiedziała, że po latach chudych tłuste są przez bogów przepisane. Faraon nie myślał o tym by dziś mu lud wiwatował. Budował groby by cywilizacja żyła. 

Tama Asuańska ma za plecami spiętrzenie wód Jeziora Nassera

 

Śmierć to wreszcie romantyczna figura: 

  

Niech szubienic drzewa 

W ogrodach miejskich rosną jak szpalery, 

Niech się w ogrody takie tłum wylewa 

Śmiechom przyjazny, a łzom nienawistny; 

Niech niańki w ogród szubienic bezlistny 

Prowadzą dziatki, by tam dla zabawy 

Grzebały piasek krwią męczeńską rdzawy… 

Nie będę z nimi! – O zmarli Polacy, 

Ja idę do was!… 

Czemu zawsze gdy jeszcze jako dziecko ten tekst mówiłem miałem w oczach, w przestrzeni świata przedstawionego w poemacie –  właśnie tę estakadę nad Książęcą ? 

A znam to na pamięć, gdyż – jak zauważył Jacek Trznadel[2] ten mało przytaczany i eksponowany monolog Kordiana dostrzegł z całą mocą Senior czyli  Andrzej Kijowski, cytując go w swym „Listopadowym Wieczorze”. Tak – ma rację i Trznadel: w polskiej sytuacji trzeba go wciąż czytać: 

Szczęście doczesne nie będzie nam dane. Na ziemi możemy dostrzec, wymarzyć sobie tylko jego zapowiedź. Każdemu na jego skalę. Dla mnie tą zapowiedzią było te kilkadziesiąt dni ostateniego Frascati, te tłumy, ten cud. – To nie mogło trwać. Bo gdyby trwało już by nie przeżyło. Oglądalibyśmy już tylko powidoki. A tak pozostało nam wspomnienie. Pamięć, którą zanosimy do grobowaca. Zamykamy wrota. Dedykujemy napisy. 

W napisach wszak cała nadzieja. Bo przecież istniejemy w słowach, które przenoszą marzenia. Festiwal dla warszawskich inteligentów jest takim samym marzeniem jak wolna Polska dla Zjednoczonej Europy. Nadzieją i wskazaniem. A także przestrogą. Dla każdego jego skala. Komuś fabryka, komuś bank, komuś prezydencki pałac –   komu innemu teatrzyk ogródkowy. Lecz to samo tyczy narodów. Dla kogoś podbój, komuś dobre żniwo, komu innemu wawelskie groby. 

Dziś widzimy groby. Upadek nadziei. Po dwudziestu latach wolność już nie jest ta sama. Bohaterowie zdają się zdrajcami. Triumfują mali ludzie, którzy tylko o własne dbali interesy. To się nazywa restauracja albo kontrreformacja. Rewolucja, która sieje nowe musi jak twierdził Hegel przeżyć czas zaprzeczenia by z tezy i antytezy zrodziła się synteza. Ale to zrodzenie to walka, to wojna, to bój. Teraz właśnie trwa ta wojna. Wytaczają ją Ci co wypierają się krzyża – tym, którzy mieli na pieczy jedynie zmianę układu. Tak to wygląda. Niewinnych nie ma ! 

Układ jest wszakże innym słowem na system czy porządek. Porządek polityczny powinien być wieczny. I takim był porządek faraona, monarchy. Ideę porządku zanegowali romantycy. Stworzyli kategorie młodości, narodu, równości, bezinteresownej sztuki. Zmienność i oryginalność wzięły górę nad tym, co rzetelne i trwałe. Lecz ten cały „ruch” skostaniał wnet w instytucjonalnym bezruchu. Powstały parlamety i akademie, sale muzealne i związki zawodowe, powstają coraz to nowe i coraz bardziej paranoidalne zapisy –  poziomu groteski sięgające w dokumentach pisanych dziś w kilkunastu językach przez europejski parlament. 

Z teatrzykiem ogródkowym walczyła karykatura biurowej Solidarności i parodia samorządu dzielnicy. Wszelkie próby utrzymania idei upodmiotowienia społeczeństwa – zwalczają dziś próbujące ukształtować się na gruzach tego wstrząsu oligarchie z opisaną klasą media polityczną na czele. 

Czy się to uda ? – Nie jest to wykluczone. Ale i przesądzone też nie. Jak pisał Herbert: „teraz kiedy piszę te słowa zwolennicy ugody zdobyli pewną przewagę nad stronnictwem niezłomnych zwykłe wahanie nastrojów losy jeszcze się ważą”
 

Ta wojna trwa. W polityce nazywa się przeciwnika postkomuną. W przestrzeni czasu wolnego nazywam ją konfliktem z postromantycznymi instytucjami. W ideologii to walka z demonkracją, w socjologii z media polityczną klasą. To wojna o wartości. O człowieka. O publiczność.  O  przestrzeń, w której zapiszemy swoje imię, nasze trwanie. Wojna,  jakby powiedział publicysta Andrzej Urbański, która trwa ale „o której nie chcieliśmy wiedziec”.  Ta wojna po tragedii smoleńskiej nabrzmiewa. Ludzi wygnanych z Frascatii zdarzało mi się spotykać na Krakowskim Przedmieśiu manfestujacych w obronie Smoleńskiego Krzyża. To wciąż ta sama batalia. Walka o prawo wyrażania emocji zbiorowych. O terytorium. O miejsce spotkania. 

Wojna o wolność Lapidarium, równość Dziekanki, braterstwo  Szwajcarskiej Doliny.  Bój o wspólnotę, w którą w moich oczach przekształcały się tłumy ściągające „ różnych stron , z róznych dróg i na nogach i bez nóg”   nad wiślaną skarpę warszawskich Ogrodów   Frascati. 

Finis Coronat Opus


[1] Zbigniew Stawrowski Niemoralna demokracja, Wydawca: Ośrodek Myśli Politycznej 

[2] Kordian i Horsztyński . Porządek historii literatury, s.4

Rozdz. CLVI – Genalogia Wandali

sobota, 28 Sierpień 2010

Nie od razu dociera do człowieka, co się właściwe stało. Już parę razy wyrzucano mnie z pracy. Znałem to uczucie, choć zawsze dotąd skąd bym nie wyleciał: Ogródek, firma, fundacja – pozostawały mi bazą. Teraz już nie. Dla spotęgowania sukcesu Ogrodów oddałem wszystko, co miałem.

Porzucony w tym samym czasie przez żonę, obrabowany z mieszkania, mebli, książek nawet – miałem już tylko ogródek. Nie, żebym nie wiedział, że to niebezpieczne lecz po prostu nie było jak budować sobie odwodu. Ewentualnym manewrem była idea Centrum Kulturalnego „Ogrody Frascatii”. Nowe przepisy, których Kaczor i jego ludzie fanatycznie przestrzegał zabraniały dyrektorowi Instytucji Kultury posiadać Firmę. Wykorzystywanie prywatnej Fundacji dla celów związanych ze społeczną też okrzyknięto by wnet konfliktem interesów. Tak więc zawiesiłem firmy i fundacje, zadeklarowałem uczciwie podatki, dla których już od 2004 roku nie byłem w stanie generować kosztów i … oszukany przez urzędników miejskich na te niewypłacane premie dziś jestem szczerym bankrutem. Nie tylko, że nie odłożyłem na swojej ogródkowej, letniej pracy ani grosza  - to aby przeżyć popadłem w rezultacie w zobowiązania kredytowe i podatkowe rzędu 50, dziś już blisko stu tysięcy złotych. Oto mój bilans piętnastolecia. 

Podobny w gruncie rzeczy jak -  Kolonii w Wesołowie. To było w 1971 roku. Po „Gromie”, gdzie skończyłem 16 lat i na ręce dh-a Paszczaka  złożyłem zobowiązanie instruktorskie, wyróżniono mnie niezwykle. Już po trzech miesiącach z „Organizatora” awansowałem na  pwd. – Przewodnika.  Udaliśmy się z przyjacielem (czy mogę tak mówić ?) Paszczakiem na kolonię zuchową do miejscowości Wesołowo. To już nie była „Wzorcówka” pod namiotami jak LAS ( Letnia Akcja Szkoleniowa) przed rokiem w Gromie. Włodek – świeżo upieczony student Polonistyki, dopełniał swą inicjację. Już w Gromie lekko byłem zszokowany obserwując jak po nocy odwiedzają dh-a komendata w jego jedynce kolejno dwie instruktorki z sąsiedniego obozu.  Spytany jak tego dokonuje  odparł: nie zapomnę „bo na tym Andrzejku polega mój wdzięk”. 

Paszczak się budzi - sam wdzięk... 

Teraz już nie było czego obserwować. Dh Komendant całe dnie spędzał miotając się służbowym samochodem od obozu do obozu.  Mnie 17-letniemu zostawiawszy na głowie  całą kolonię z panią pielęgniarką, kuchenką,  kilku dziesięciorgiem zuchów i jedną złotowłosą przyboczną, która nb.  acz urocza (! ) nie była wcale instruktorką lecz córeczką zaprzyjaźnionej z druhem komendantem  pielęgniarki. 

Idą zuchy na wycieczkę 

Zuchy – czuj, czuj, czuj ! 

Strojne w niebieską czapeczkę 

Kolorowy Strój. 

Nie odchodź w bok. 

Przyłącz swój krok 

Głośno się śmiej. Hej 

Napisałem tam na węgierską nutę swój pierwszy ludowy przebój. Jednak po dwudziestu dniach orki, pląsania, organizowania zabaw, gier terenowych, świetlicowych, zdobywania sprawności – byłem u kresu odporności.  Kiedy więc wróciwszy przedostatniego dnia kolonii wypoczęty Pan Komendant zaczął się o coś mnie czepiać przy zuchach – dostałem mojego szału. Trzasnąłem drzwiami, zamknąłem je za sobą. Nocą: próbowalem nawet uciec. 

Ruszyłem jak oszalały. Wściekły, młody, urażony. Że nieodpowiedzialny … ? – No pewnie, to poza dyskusją: byłem wszak dzieckiem. Zniewolnonym, udręczonym janczarem. Uciekałem przed wyzyskiem, przed 

Przyboczna Ania

 

układem, nadużywaniem władzy, wszystkimi cechami biurokracji, z którymi organizacje młodzieżowe zapoznawały przyszłych funkcjonariuszy

I,  bądźmy sprawiedliwi – akurat Włodek zdemoralizować dał się w stopniu minimalnym. Ot, jak każdy dziwiętnastolatek zachłysnął się wzięciem u pań i służbowym kierowcą ( scil. Zaopatrzeniowcem). Jednak po roku sam opowie jak zrezygnuje z tzw. „próby na harcmistrza”, gdzie wśród wielu należało jeszcze jeden drobny dokument wypełnić: deklarację partyjną. Nie tego Paszyński nie zrobił. Dogonił mnie za to. A w tym dogonieniu było coś metafizycznego. 

Leciałem jak oszalały z plecakiem w stronę Jedwabna.  Po jakiejś godzinie marszu za sobą usłyszałem samochód. Uskoczyłem w rów. Minął mnie i … dosłownie kilkanaście metrów dalej zatrzymał się wygaszając światła. Czekałem kilkanaście minut. Las szeptał, ziemia pachniała. A mnie, mnie – zamiast obejść wóz bokiem – zdało się naraz, że to było przywidzenie. Nic nie jechało, nic nie stanęło. Wstałem i ruszyłem. Po przejsciu kilkunastu metrów światła poraziły mi oczy. Stanąłem przed służbówką Paszyńskiego. 

Czy byłem w gruncie rzecy zadowolony, że nie muszę kontynuować ucieczki, składać, jak miałem zamiar instruktorskich szlifów, etc. ? Trudno to dziś powiedzieć. Wiem, że pozostało mi z naszej „gry nocnej” gombrowiczowskie wspomnienie irrealności i poczucie, że jak autor „Kosmosu”: „czasem sobą zadziwiam sam siebie”. To był już przedostatni dzień kolonii. Następnego: zastrajkowałem. Chciałem w ten sposób zmusić Komendanta do pracy, aby poczuł zuchów pęd. 

Alem się przeliczył. W odwiedziny przyjechała, krążąca też między obozami, więc formalnie na wakacjach i w cywilu, jednak też zuchowa instruktorka – Dorota Klingofer. O rok młodsza ode mnie koleżanka z tej samej podstawówki i tego samego czerwonego postkuroniowskiego szczepu byłych Walterowców. Dorota pomogła Włodkowi. A w podróży powrotnej: już mi przeszło i normalnie pracowałem. 

Zapomniałbym pewnie cały epizod ( może poza tym tajemniczym fragmentem irrealnej gry nocnej w lesie), gdyby ze zdarzeniem nie łączyła się jedna z pierwszych głębszych uraz i niesprawiedliwości jakich w życiu wiele potem człowieka spotyka. We wrześniu czy w październiku ( po trzech miesiącach!) odbywało się tzw. Święto Hufca, na którym wręczano nagrody z jakimś bonem towarowym za akcję letnią. Odkąd jeździlem na obozy jako instruktor zawsze taką premię dostawałem. Tym razem – moje dwadzieści dni ciężkiej harówki za Komendanta przepadło w jeden dzień: zaszczyt i prezent wręczono za tych kilka godzin pracy nie pełniącej  tego lata poza tym w ogóle funkcji  opiekunki dzieci – Dorocie Klingofer. 

Trudno mi Włodka nie zrozumieć.  Gdyby był złośliwym łobuzem mógłby napisać na mnie donos i wywalono by mnie z harcerstwa. W swoim poczuciu postąpił sprawiedliwie. Jako urzędnik wykorzystujący swe przewagi z pewnością – ale jako druh?  Jak sam mówi o sobie –  przyjaciel ? – Nie raz potem miałem w życiu takie dylematy i rozumiem, że w tej sytuacji należało oczywiście nagrodzić Dorotę ale całkowite pominięcie mnie było błędem. Pozostawiło mi uraz na całe życie i to między innmi, a także próba zideologizowania naszej pracy w formacjach HSPS ( Harcerskiej Służby Polsce Socjalistycznej) sprawiło, że po maturalnym urlopie rozstałem się ostatecznie z harcerstwem. 

Następne wakacje spędzę też na Mazurach. W Krzyżach  z moim byłym harcerskim przybocznym Andrzejkiem Axerem i Joasią – moja pierwszą dziewczyną. Będziemy szaleć i nie tylko. Ale prywatnie.  Na koszt naszych rodziców. Nie korzystając z samochodow służbowych ani bonów hufcowych. 

Tak już całe życie mam.  Strasznie mi zależy więc daję się wykorzystywać. Jakieś zawstydzenie sprawia, że nie umiem – do czasu – zwracać na dyskomfort uwagi. Lecz, przecież świety, to ja nie jestem. W którymś momencie trafia mnie szlag. Coś ponoć dziwnego robi się z moją twarzą i choć nigdy nikogo palcem nie tknąłem ci, na których się wyładowuję mają poczucie, że ich zabiję. To dotyczy żon, kochanek, pracowników, dzieci. No cóż, że jestem wariat to dowiedzione. – Ale o tym, że taki, który wie, gdzie stoja konfitury przeświadczony był tylko (taki sam wariat) czyli Senior – mój ojciec. 

Z tymi konfiturami jednak nie do końca prawda. Skoro skończyłem 50 lat, a dałem sobie jak dziecko – odebrać wszystkie frykasy. I nikt mi nie pomógł. Nikt nawet nie chciał rozmawiać. Mało, po usunięciu mnie z Domu Kultury organizujący całą kampanię politykierscy zawistnie radni posunęli się do wszystkich możliwych kłamstw, oszczerstw i grabieży. 

Wojciech Bartelski albo szachista ( w tle)

 

Czy naprawdę tą kroplą, która przeważyła szalę był wnuk autora „Genalogii Ocalonych” – niejaki Bartelski – szachista, który został radnym z klubu PIS-u, potem wypisał się, udawał niezależnego, o zawał serca wraz ze swym kolegą Michałem Bittnerem przyprawił Grażynkę Bandych, gdy miał ona zastąpić na tym stanowisku suwalskiego Dyzmę czyli Jarosława Zielińskiego. Potem, o czym już bodaj pisałem próbowali mi wsadzić na kark przede wszystkim antypatycznie nadętą, a w szczegółach niekompetentną panią Olę żonę szachisty. Głupia, a już z pewnością brzydka to ona nie była  jednak o redagowaniu nie miała lub pojęcia mieć nie chciała. 

Aleksandra Bartelska

 

Oni i jeszcze jakiś mydłek w funkcji wiceburmistrza ( darujmy historii nic nie znaczące nazwisko), cała gromada młodych wilczków miotających się od partii, do partii, od układu do układu, z posady na posadę. Niby normalne to, może nareszcie odarte z osłonek wpierw płatnych pacholków Rosji potem styropianowych kombatantów. Miedzy moim pokoleniem, pokoleniem Solidarności, a tą generacją naszych pokoleniowych dzieci wyrósł mur. 

Prawem zaś dziadka, do którego ma się sympatię –  burmistrz Bartelski będzie genealogicznie bliski temu pisarzynie, którego Senior całe życie nazywał trupojadem, twierdząc, że tak przestraszył się w czasie okupacji patrząc jak Gajcy, Trzebiński i Baczyński szli jak kamienie rzucane na szaniec, że potem bał się nie tylko kamienia lecz nawet własnego cienia. 

Bartelscy się jednak nie boją. Dzisiejszy Burmistrz Śródmieścia kroczy godnie po śladach dziadka bez którego asysty nie można było nawet pojawić się na zdjęciu z kiermaszu. Lesław M. Bartelski bowiem sprzeniewierzywszy się całej AK-owskiej tradycji przez lata siał postrach w Związku Literatów Polskich, w ZBOWiDzie,  a także jako komunistyczny radny nomenklaturowych Rad Narodowych. 

Burmistrz Bartelski się nie boi. Wie, że najlepszą obroną – atak. Nauczono go też, że nie wystarczy ofiary zabić. Trzeba jeszcze by jej duch nie straszył – zatańczyć na jej grobie. I taki taniec wykonano 5 lipca 2007, w cztery miesiące po zwolnieniu mnie z pracy – kiedy chciano ruszać z przeniesiononymi na dziedziniec Muzeum Wojska Polskiego kilkoma ledwie plenerowymi imprezami przezwanymi jakoś inaczej. 

Andrzej Kijowski (Senior) i Lesław Bartelski. Dni Oświaty, Książki i Prasy, maj 1969

 

By zmniejszyć szok dla publiczności postanowiono – stwierdzić, że to ja za wszystko odpowiadam. Zwołano konferencję prasową. Oczywiście nawet nie zaproszono mnie na nią.  Podniesiono za to absurdalne zarzuty. 

Nie sposób streszczać tu oszczerstw, których jednak faktyczny efekt jest taki, że choć od razu wszystkie odparłem, choć prawomocnie oczyściła mnie prokuratura nie podejmując żadnych czynności oskarżycielskich, choć i izba obrachunkowa przed, która kilkakrotnie próbowano mnie oskarżac o tzw. naruszenie dyscypliny finansów publicznych nie znalazła ani razu powodu by mnie nawet kontrolować – młodociani wandale wychodzą ze słusznego założenia, że jeśli się wiele rzuca błotem, jest szansa, że coś się jednak przyklei. A, że w złe zawsze łatwiej niż w dobre wierzymy, to jeśli do dziś w interencie znaleźć można informacje o rozpowszechnionym „podejrzeniu naruszenia przeze mnie trzech artykułów kodeksu karnego” – może jednak coś się wreszcie przyklei. 

Próbuję z tym walczyć. Całkowicie już uniewinniony oskarżyłem burmistrza o oszczerstwo. Zapomniałem jednak, że dziecko wie, iż w naszym kraju sądom daleko do niezawisłości. Działajac w imieniu Prezesa Sądu w zakresie czynności przekraczających kompetencje tegoż prezesa młoda sędzina z dwuletnim stażem moje oskarżenie postanowiła umorzyć. Sąd II Instancji zgodził się  jednak (PRAWOMOCNIE !) , że

„Umorzenie postepowania przeciwko Wojciechowi Bartelskiemu jest zdecydowanie przedwczesne […]” przyznał, iż „zgodzic sie nalezy ze stanowiskiem skarzacego, iz Wojciech Bartelski na konferencji prasowej nie ograniczyl sie wylacznie do rzeczowego przedstawienia wynik6w kontroli w Domu Kultury Srodrniescie, skoro w „materiale prasowym” rozdawanym podczas konferencji znalazl sie bezposredni zarzut popelnienia przestepstwa -„przywlaszczenie materialow i wyposazenia stanowiacego wlasnosc miasta” ( k-17 ). Nie rna watpliwosci co do tego, ze pelnienie funkcji burmistrza nie upowaznia do stawiania innym osobom takich konkretnych zarzut6w. Ponadto, oskarzony, jako Burmistrz Dzielnicy Warszawa Srcdrniescie, wystepujac publicznie, winien wazyc slowa i w spos6b odpowiedzialny inforrnowac 0 stwierdzonych nieprawidlowosciach w podleglej jednostce.” Sąd II Instancji, kierując sprawę do ponownego rozpatrzenia zwazył nawet, iż „iz sad I instancji nie dose, ze bez przeprowadzenia rozprawy, to rowniez malo wnikliwie, bo og61nikowo, malo obiektywnie ocenil zdarzenie, wyciagajac zbyt pochopne wnioski 0 braku znamion strony podmiotowej i uznajac tym samym, ze Wojciech Bartelski swoim zachowaniem nie wyczerpal znamion przestepstwa z art. 212 § 1 kk.”. 

Tak proszę państwa. Bo artykuł 212, który przewiduje kary za oszczerstwo nie jest wbrew temu co się naiwnym wydaje wyłącznie batem na prasę. Lecz karą dla tych, którzy prasę dezinformuja. Ja domagam się kary najwyższej 

Mam jednak  świadomość, że mogę zwycięstwa nie dożyć, a nawet nie wiem czy przed Strassburskim  Trybunałem kiedyś sprawiedliwości doczekam .

Zamiarem moim nie jest bowiem uzyskanie przeprosin. Wiem zbyt dobrze, że publiczne poinformowanie, że czegoś nie zrobiłem przypomni tylko, że cos mi zarzucano. I może stać się przedmiotem spekulacji. 

Moim celem jest KARA . 

Wandal Bartelski przypomniał mi wartość kodeksu Hamurabiego. Akt oskarżenia głosić będę w sądzie, w Internecie, w literaturze i z teatralnej sceny. 

To oskarzenie o zrujnowanie całego podsumowanego  tą opowieścią dzieła. 

Powodowany małością, żądzą zemsty i zawiścią  Wojciech Bartelski wykorzystuje swoje stanowisko, koneksje i podległe mu środki masowej komunikacji czyniąc co w jego mocy  w celu odebrania mi dobrego imienia. 

Jest to więc spór na śmierć i życie.  Cywilną rzecz jasna  śmierć i prawo do publicznego istnienia. 

 

5 lipca 2007 roku zostałem przez  tego urzędnika publicznie unicestwiony. Odebrano mi dobre imię, zniszczono dzieło mego życia jakim było XV edycji Konkursu Teatrów Ogródkowych.  Mimo prawomocnego postanowienia oczyszczającego mnie z zarzutów Wojciech Bartelski  nie tylko trwa w uporze lecz skierowaną przeciwko mnie  oszczerczą działalność cały czas prowadzi – lekceważąc ustalenia organów ścigania i wykorzystując piastowane stanowisko. W Internecie na stronach dzielnicy śródmieście nadal można czytać jakie stawiano mi  zarzuty. Nie ma jednak informacji, iż wszystkie okazały się bezzasadne.  Tylko zatem publiczne  ogłoszenie wyroku odbierające Wojciechowi Bartelskiemu  prawo sprawowania funkcji publicznych oraz zasilenie organizacji aktorskiej (ZASP)  hojnym zadośćuczynieniem, może roznieść się echem na tyle szerokim  by te same media, które szeroko komentowały fałszywe oskarżenia pod moim adresem poinformowały z równym natężeniem o zasłużonej infamii  Bartelskiego oskarżonego o  to, że mnie publicznie obmówił  i za to, że  – lekceważąc prawomocne orzeczenia Prokuratury i Regionalnej Izby Obrachunkowej -  nadal przed Urzędami, przed Sądem oraz  na stronach internetowych kierowanego przez siebie urzędu –  oczernia mnie przed światem. 

Taki oto nadchodzi czas. Bezwzględny czas, Zmęczeni najdłuższym w historii nowożytnej Europy okresem pokoju  młodzi wandale czują zew krwi. Oni tak naprawdę nie wiedzą o co im chodzi. A chodzi po prostu o – zabijanie. O radość, którą przez lata z tego aktu czerpano. 

Nie od razu do nas dociera kiedy nas zabijają. A mnie wychowano w jakiejś nie wiadomo skąd branej wierze, że zabójstwa, podstępy, wojenne szachy –  to nie dla nas. 

A jednak. Jak kiedyś mi już powiedział Andrzej Urbański: Tragedie są dla  ludzi. Wtedy w 2006 roku dla Marcinkiewicza,  potem dla mnie, wnet dla obrzucanego błotem Krzysztofa  Skowrońskiego. Wreszczie dla  Prezydenta Kraju i 95 poległych pod Smoleńskiem osób. Ten proces  trwa już cztery lata. Niemal tyle co II Wojna Światowa ! 

Patrzyłem na Marcinkiewicza, gdy jako świeżo odwołany premier udawał Prezydenta Stolicy. On też jeszcze nie wiedział co się naprawdę stało. Potem  spotkałem Krzysztofa Skowrońskiego ( też zwolnionego z zarzutami jakiś malwersacji znakomitego szefa radiowej trójki) – szedł z ekipa TV. Jeszcze zarabia. Jeszcze nie stracił nadzei. Jeszcze nie wie, że koniec nadchodzi. Człowiek tak trudno godzi się z klęską. Nie wierzymy w śmierć. Ani własną ani naszych idei. My. –  Któż to my ?  Bo są tacy, co tylko śmierć wyznają. Na  imię im – wandale. 

Więc któż to my?  My z Pokolenia JP II ? My z opozycji, z Komitetu Obywatelskiego, z Solidarności. My PO-PISU, który się tak skompromitował. Czy też my, którzy starają się łączyć ludzi ideami. My z harcerstwa. My walterowcy, korowcy, kornikoiwcy, harcerze. – My:  pierwsza brygada… 

Myślałem, że my to i ja i Paszyński i Urbański. Bo przecież ani borówcza lewica, do której Paszczak chyba jednak nie należy ani kaczorzy  PiS, z którym wszak i Urbanski nigdy formalnie nie był związany. I ja oczywiście też z PIS-em Zielińskich, Błaszczaków czy Brodowskich  utożsamić się nie mogę. Niestety. Związany zażyłością dziecięcą byłem z Andrzejem, który był wobec mnie zawsze lojalny. I on jeden. Ale jak już chyba wspominałem pod tym warunkiem, że wara mi  od polityki. Bo to gra, to szachy, gdzie  będzie mnie  musiał wykończyć. Co oczywiście definiuje wystarczająco całą naszą klasę polityczną – y compris Boni czy Grupiński – z którym wszakże jesteśmy z tej samej – zdawałoby się –  paczki. I dlatego boli. 

A najbardziej chyba boli Paszyński. On poprzez opozycję i Unię zszedł na lewo, gdzieś w okolice Marka Borowskiego. A przecież z nim byłem związany bardziej niż z  Urbańskim. O dawniej ! Od 16 roku życia w harcerstwie ( to on wyciągnął mnie od Walterowców do normalnych ludzi). I zawsze go wspierałem. Gdy trzeba było zrobić go Kuratorem. Wielokrotnie zapraszałem do telewizji. Nawet dawałem zarobić gdym się obawiał, że może żyć za co nie ma.  Broniłem  też wszystkich spraw Paszyńskiego u Andrzeja Urbańskiego gdy był wiceprezydentem Warszawa. A ten się ze mnie śmiał. I mówił   – nigdy Ci nic nie dali ( mowa o poważniejszych  dotacjach na Ogródki czy Dolinę Szwajcarską).  I zobaczysz jak pogonią. A gdy pogonili ( oczywiście przy aktywnej pomocy wszystkich PiSowskich urzędników, co wypomniałem  Andrzejowi) powiedział krótko: 

– PiS Ci dokuczał, ale dawał Żyć ! 

– Ci zabiją ! 

No i właśnie nas dobijają i mnie i  Jego. 

Czy mam jeszcze walczyć ? Skoro w tym dziele zniszczenia połączyli się solidarnie radni wszystkich opcji przerażeni, że oto rodzi się autentycznie polska wspólnota, że kulturalna Warszawa odnajduje się nie bacząc na gusta elit z Krakowskiego Przedmieścia, że spod kontroli wymyka się rząd dusz. W walce o władzę nad duszami wszystkie chwyty są dozwolone !

Okrzyknięto mnie nawet przestępcą: wbrew logice, wbrew dokumentom, które już wszystkie znajdują się na stronie www.oszczerstwa.kijowski.pl wbrew prawdzie i wszelkim procedurom. 

Tu nie chodzi bowiem o mnie, ani nawet o pieniądze. Tu chodzi o wspólnotę. ISTOTNIE JESTEM PRZESTĘPCĄ ! SKORO OŚMIELIŁEM SIĘ WALCZYĆ Z GLOBALIZACJĄ I ANONIMOWOŚCIĄ. PRÓBOWAŁEM INTEGROWAĆ LUDZI. ZBIERAĆ TOWARZYSTWO. 

Moje projekty zyskały wysokie oceny Prezydenta RP, patronat i dotację z Ministerstwa Kultury. Państwo nam wówczas sprzyjało. Koterie samorządowe odrzucały. Ale Państwo jest ubogie. Centralnego zarządzania nie da się porównać z dobrym gospodarowaniem. 

Obecna ekipa samorządowa wydaje ogromne pieniądze na tzw. Kulturę, ale taką co państwa przytłoczy jak jazz w Złotych Tarasach, zdezintegruje jak Sztuka na ulicy, przekona, iż nie macie własnej lecz jesteście zakładnikami cudzej skrzyżowanej Kultury. Zresztą za zdobyty przeze mnie budżet, za pieniądze, którym w tym  2010 roku wciąż dysponuje Dom Kultury Śródmieście  ( 3,35 mln). Ja zrobiłbym tyle samo co w 2006 roku ( 265 imprez). Oni zdobyli się na 30. ( słownie:  trzydzieści !) przedstawień.  

Jak to nie jest przekręt – to co nim jest ? 

Może jednak uratujemy przy nadchodzących wyborach WARSZAWSKI SAMORZĄD ? 

URATUJMY ŚRÓDMIEŚCIE. PRZED PARTYJNIACTWEM, KOTERIAMI I ZAWIŚCIĄ, KTÓRE ODBIERAJĄ NAM PODMIOTOWOŚĆ. PRZED PONADPARTYJNYM SOJUSZEM ZAŚCIANKA. PRZED WSZYSTKIMI RADNYMI, KTÓRZY ZA NIC SOBIE MAJĄ DZIESIĄTKI TYSIĘCY SENIORÓW I MŁODZIEŻY, TURYSTÓW I ARTYSTÓW, KTÓRZY ODNALEŹLI SWÓJ DOM WOGRODACH FRASCATII. 

A w szczególności przed obecnym burmistrzem : Wojciechem Bartelskim. Radnymi: Andrzejem Batorem, Michałem Bitnerem, Agnieszką Gierzyńską-Zalewską, Przemysławem Zającem działaczom samorządowym, których inicjatywie zawdzięczmy zniszczenie piętnastoletniej tradycji Konkursu Teatrów Ogródkowych i miejsca spotkania jakim dla warszawskich inteligentów były i wierzę, że prędzej czy później znów będą – zbudowane przez nas wspólnie – Ogrody Frascati. 

*                                  *                                  * 

Więc cała polityka obmierzła. Straszne jest jednak  to, że bez polityki nie da się w tym kraju zrobić nic społecznego. Cóż więc pozostaje ? 

– Wojna !? 

-  Wierszy pisanie ? 

Dodałem jeszcze dwa, trzy może. 

Śmierć na Frascati

W banku lokują pieniądze. 

Śmierć to interes też dobry. 

Można jej zaznać na krzyżu, 

z otwarcia żył, z jadu kobry. 

Non omnis – to pewne prawie, 

Lecz komu mam wolać – Ave ! 

Gdy z barbarzynców rąk ginę, 

Co jak bank skradli Warszawe. 

Ostatnia Reduta

Nam strzelać nie kazano – Strzelecką przysłano. 

Wstapiłem na Frascatii: nic tam sie nie działo. 

Tutaj artyleryi szeregi za nami 

Bawmy sie w Parku Bruhla, choć -pod bagnetami! 

Pieśń jakobińska

Nie jestem Żydem ani Gejem. 

Masonem też – niestety ! – nie. 

Obce mi Palikota dzieje. 

Alians Platformy z SLD. 

Ogródek miałem – nieplewiony. 

Swojskiego chwastu rosło w brud. 

Panoszył się na wszystkie strony. 

Spełniał się na Frascatii Cud ! 

Zaorzą, zdepczą, spostponują ! 

Bo w mieście ruchu boją się. 

Oni to wiedzą choć nie czują, 

Że się ockniemy po tym śnie. 

A sen był piękny! -Jeden cud: 

Z euro bankierem, polski lud 

I nigdy więcej już pogromu. 

- „Jesteśmy wreszcie w naszym domu!” 

P o t a ń c u j e m y !!! – Pryśnie Waltz. 

Skąpana w sług czerwonych winie. 

Nie ufaj im Warszawo – walcz! 

O polski śpiew, co z tych rąk ginie!

Rozdz. CLV – Włodek Paszyński wśród serdecznych przyjaciół.

piątek, 27 Sierpień 2010

Włodek Paszyński wśród serdecznych przyjaciół – Opis…r. CLV

Paszczak… Poznaliśmy się …  Poznaliśmy się „przed Wojną Japońską” istotnie,  ściślej zaraz po Marcu’68 roku – jakoś w maju. Pląsy zuchowe zaliczałem u niego na obozie  w Cierzpiętach latem 1968, gdy miałem lat czternaście, a Włodek jeszcze siedemnastu nie skończył.

Włodek Paszyński z zuchami. Lipiec 1970 (Grom), fot.A.T.Kijowski

W sumie podobnie to pamiętamy

Rozmowa Agnieszki Budzyń z Włodzimierzem Paszyńskim – 4   luty 2007

A.B. - Panie Prezydencie, długo Pan zna Andrzeja Tadeusza Kijowskiego? Pewnie długo.

W.P. - Od Wojny Japońskiej… A tak naprawdę, poznaliśmy się w harcerstwie śródmiejskim, byłem wtedy instruktorem zuchowym, a Andrzej, przez moment, moim przybocznym. Wtedy zaprzyjaźniliśmy się, wspólnie robiliśmy różne rzeczy, poza bezpośrednią pracą z dziećmi. Najzabawniejszym momentem był Festiwal Kulturalny Hufca Warszawa Śródmieście, a właściwie to co towarzyszyło temu wydarzeniu. Jak powszechnie wiadomo ojciec Andrzeja Tadeusza jest wybitnym, współczesnym, dwudziestowiecznym prozaikiem. Wtedy utożsamiany był ze środowiskiem katolickim, skupionym wokół „Tygodnika Powszechnego”. Pamiętam jak już po festiwalu – a  rzecz była w kosmicznej scenografii i oparta na kosmicznym pomyśle – na scenę Stołecznego Teatru Rozrywki, bo tam się to odbywało, wtargnął nie wiedzieć skąd jakiś pies, co wywołało oczywiście powszechną wesołość. A mówię o tym dlatego, bo obaj to wtedy bardzo przeżyliśmy, chociaż na różne sposoby. Ojciec Andrzeja napisał w „Tygodniku Powszechnym” felieton („Co może pies„)[1] , z którego wynikało, że ten pies był najjaśniejszym punktem całej imprezy, co nie ukrywam sprawiło nam pewną przykrość. Opowiedziałem tę anegdotę, bo jest dość charakterystyczna. Andrzej Kijowski wykpiwał tego typu imprezy jako ideowe. A my byliśmy takim trochę tematem zastępczym, bo to co robiliśmy nie miało charakteru ideowego, ale felietonu w tym stylu opiewającego pochód pierwszomajowy, albo święto Trybuny Ludu nikt by mu nie puścił, również w „Tygodniku Powszechnym”. Takie były czasy, że mówiliśmy do siebie mrugając okiem, tylko, że Kijowski senior mrugnął naszym kosztem, co dla Andrzeja było bardziej przykre, bo ja nie traktowałem tego tak osobiście. Dla nas festiwal to było obcowanie z kulturą, śpiewaliśmy niezłe piosenki, recytowaliśmy dobrą poezję, nie było w tym żadnego nadużycia natury ideowej.

ATK z Zuchami - Lipiec 1970 (Grom), fot.W.Paszyński

A.B. – Czyli wszystko zaczęło się dawno temu, rozumiem, że wasza znajomość trwała, mieliście ze sobą kontakt. A potem Andrzej Tadeusz Kijowski wymyślił KTO. Został Pan zaproszony na pierwszy spektakl, czy może o inicjatywie dowiedział się przypadkiem?

W.P. - Nie, to na pewno nie był przypadek, ale dokładnie tego nie pamiętam. To był początek lat dziewięćdziesiątych, zajmowałem się wtedy warszawską oświatą i Andrzej po prostu kiedyś mnie zaprosił. Od tamtego czasu bywałem dość okazjonalnym gościem Ogródków. Impreza odbywała się w okresie wakacyjnym, ja jestem nauczycielem, więc w tym czasie wyjeżdżałem, natomiast pamiętam te pierwsze spotkania jako znakomitą inicjatywę.

A.B. - Panie Prezydencie, a gdybym zapytała Pana o najciekawsze wspomnienie związane z Ogródkami, spektakl, anegdotę, może spotkanie z kimś wyjątkowym. Pamięta Pan coś takiego, czy ma raczej ogólne wrażenie o imprezie?

W.P. - Mam ogólne wrażenie, że tam zawsze było miło. Ludzie przychodzili zobaczyć przedstawienie, ale była to też taka towarzyska okazja, zawsze się gdzieś kogoś spotykało. Wydaje mi się, że impreza wciągała nawet przypadkowe osoby. Na przykład w Dziekance, gdzie przedstawienia odbywały się na podwórku, dookoła sceny okna, a w nich ludzie zaciekawieni nagle tym co się dzieje. To było takie szczególne.

A.B. - To może pamięta Pan jakąś wpadkę, coś co się nie udało?

W.P. - Też nie, ale pamiętam, że najgorzej oglądało mi się spektakl na Mariensztacie w pewne bardzo zimne popołudnie. Proszę pamiętać, że ja jednak byłem okazjonalnym gościem, więc żadną smaczną anegdotą Pani nie uraczę.

A.B. - Proszę powiedzieć czy miał Pan okazję być na Frascati?

W.Paszyński i A.Rozenfeld 6.VII.2003 w Lapidarium na XII KTO

W.P. - Nie, Ogrody Frascati znam wyłącznie z nazwy. Byłem tam raz, widziałem zagospodarowane miejsce, ale nie oglądałem spektaklu. Wybierałem się kilka razy w ubiegłym roku, ale ciągle coś się działo.

A.B. - To proszę żałować, bo w ubiegłym roku właśnie były bardzo dobre spektakle, między innymi drugą nagrodę jury i publiczności zdobył Teatr Konsekwentny, który funkcjonuje w powołanym przez Pana Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej.

W.P. - Tak, powołałem SCEK i to jest rzeczywiście takie dobre miejsce edukacji kulturalnej w Warszawie. Zresztą „Konsekwentnych”, wtedy „Niekonsekwentnie Konsekwentnych”, odkryłem dzięki Andrzejowi. To jest historia sprzed paru lat…

A.B. - Euro-autobus?

W.P. - Tak.

A.B. - Proszę o tym opowiedzieć.

W.P. - Przyszli do mnie dwaj fajni, mądrzy, sympatyczni ludzie, Andrzej Kijowski i Jurek Kisielewski, i zaprezentowali taki trochę „odjechany” pomysł, ale ponieważ ja byłem przekonany o konieczności przecierania drogi do Unii i miałem trochę czasu, więc ruszyliśmy tym autobusem, właśnie z Konsekwentnymi. Spędziliśmy razem kilka dni w tym autobusie,  przejechaliśmy sporą część północno-wschodniej Polski, robiliśmy przedstawienie o zaślubinach Polski z Europą. Andrzej się w tym wyżywał podwójnie, trochę intelektualnie, bo był tam taki element wiedzowy, związany ze znajomością Europy, a z drugiej strony Andrzej miał zawsze nie do końca zrealizowane pomysły aktorskie. Fajny był ten autobus, zwłaszcza, że pokazywał nam bardzo różne miejsca i momenty. Czasem było po prostu miło i sympatycznie, ale czasami było też dramatycznie…

A.B. - Rzucali się na Was, tłukli jajkami?

W.P. - Jajkami nie, natomiast były takie miejsca, w których czekali na nas miejscowi aktywiści antyeuropejscy. Zazwyczaj mieściło się to jednak w jakiejś normie, z wyjątkiem jednego z miasteczek w lubelskim, którego nazwy przez litość nie wspomnę. Tam była naprawdę groza. W bardzo ładnym i zadbanym miasteczku miejscowi aktywiści jakiejś akcji katolickiej, przywitali nas okrzykami nie bardzo europejskimi „Żydzi, won do komór gazowych”. Było to podwójnie dramatyczne, bo rzecz działa się koło Bełżca, ale też myślałem sobie, że to jest taki swoisty chichot historii.

Rozmawiała:  Agnieszka Budzyń

__________________________________________________________

Z pozoru – pełna kultura. Z pozoru. Jest wszakże 4 luty 2007. Wyrok na mnie i na Ogrody już pewnie zapadł. Dowiem się o nim za trzy tygodnie. Tymczasem… Żyję złudzeniami.

Jakby jeszcze dobrych zdarzeń było mało, spekuluję: najtrudniej dotąd szło z dzielnicą, a tu na stanowisko zastępcy burmistrza zastał mianowany: mój asystent przez lat cztery, człowiek, którego wybrałem z tłumu starających się o pracę w Samorządowym Sejmiku i którego miałem za może ślamazarnego czasem, nieco nadto nieśmiałego lecz niezwykle skrupulatnego, inteligentnego, wrażliwego i uczciwego – słowem Piotruś Królikiewicz.

Wiedziałem oczywiście, że obstrukcja pracowników i części urzędników jest spora – lecz poziom odniesionego sukcesu przy tak inteligentnych i ideowych,  jak sądziłem ludziach za jakich całe to towarzystwo miałem - wydawał mi się gwarantem ostatecznego zwycięstwa. Miałem przy tym nadzieję, że nowa ekipa okaże się śmielsza nieco w inwestycjach, a i kompetentna bardziej od PIS-owskich zakonników otaczających Lecha Kaczyńskiego. Skoro więc urzędniczy motłoch tak mnie dołował w mięście i domu kultury myślałem, ze będzie łatwiej namówić panią prezydent na realizację idei stworzenia na Frascatii „Centralnego Parku Kultury” z Teatrem Ogródkowym. Z tym wszystkim szybko spotkałem się z Paszczakiem. Szło łatwiej i kulturalniej niż z Urbańskim. Przygotowałem list powitalny do Waltzowej, Włodek go przejrzał pogadał ponoć, z jakimś Stasiakiem i stwierdził, że będę przyjęty i mogę list wysyłać. Tedy – cała dokumentację wysłałem. Do przypisu…[2]

Szalałem ? – Jak popatrzeć z daleka,  pewnie nieco. Miałem jednak dodatkowe powody. Mało, że budżet Ogrodów po raz kolejny próbowano mi ograniczyć – w  pewien piekny listopadowy poranek, ot tak  niemal równo w imieniny otworzyła drzwi mego Gabinetu główna księgowa Joasia O… – popatrzyła na mnie swymi małymi oczkami i powiedziała ze skruchą acz bez trwogi. Panie dyrektorze jak przepraszam ale nie mamy „kasiory”.

Do dziś pamiętam jej słodką minkę i to wyrażenie. Okazalo się, ( tak przynajmniej twierdziła), że obliczając budżet na cały rok pominęła w obliczeniach bagatelnych 200 tysięcy tzw. zobowiązań z roku 2005 płatnych w 2006. Jak mnie poinformowała w listopadzie i   grudniu pozostały nam środki jedynie na finansowanie zobowiązań z Listy płac, ZUS i podatku dochodowego. Do dziś nie wiem czy była to taka beztroska czy celowe może dzialanie, którego  celem było wpuszczenie mnie w manko. Przed każdym wszak tegorocznym wydatkiem związanym z Frascatii pytałem Joasi czy starczy nam pieniędzy. Wychodziła, liczyła i przynosiła wiadomości. Najczęsciej ( choć nie zawsze naturalnie) akceptując wydatki. Tym razem więc zorientowawszy się, że nie naruszę dyscypliny budżetowej ani nie wpędzę w kłopoty pracowników, jak to już nie raz w mym ogródkowym życiu finansowym bywało…skoncentrowałem się na walce o przetrwanie. Nie była mi to pierwszyzna. Od dawna wszak po merytorycznym i medialnym sukcesie kolejnego festiwalu arkusz kalkulacyjny w moim komputerze nosił tytuł: „wymiar_klęski.xls.” Także i tym razem zarządziłem oszczędności, nie robiłem już hucznych „Inwazji Gwiazdkowych Skrzatów”, bali i frenetów oraz udałem się negocjować rachunki z wierzycielami. Wytłumaczywszy co się stało bardziej lub mniej oględnie zapewniłem, że zobowiązania grudniowe zapłacone zostaną w styczniu lub lutym. Tak się też stało. Do końca lutego długi były popłacone. Ale budżet XVI KTO i III Frascatii mocno nadszarpnięty. W minionym roku wydałem na 265 imprez 800 tysięcy. Odwiedziło nas blisko 90 tysięcy osób. Na na kolejny zostawało mi w granicach 320. Nie było to zreszta tak strasznie mało tym bardziej, że już caly sztab ludzi pracował nad pozyskaniem strategicznego sponsora i impreza zyskała sobie znaczną popularność.

Nie zaprzestałem jednak walki. Wiedząc, że jestem atakowany uznałem, że najlepszą obrona jest atak. Zgłosili się do mnie panowie ze śródmiejskiej gazetki z propozycją oddania mi do dyspozycji całej strony. Przygotowalismy kolumnowy material zatytułowany „Tłumy na Smolnej”, który prezentował osiągnięcia nie tylko na Frascatii lecz cały dorobek domu kultury, w którym w roku 2006 odbyło się łącznie blisko trzy tysiące imprez dla przeszło 150 tysięcy osób. Z tym wszystkim skierowalem list do Radnych Komisji Kultury i Sportu Dzielnicy Warszawa Śródmieście[3].

Gazeta "Południe"

W konkluzji

PYTAŁEM ! CZY NOWA RADA ŚRÓDMIEŚCIA ZDOŁA URATOWAĆ WARSZAWSKI SAMORZĄD. PRZED PARTYJNIACTWEM, KOTERIAMI I ZAWIŚCIĄ, KTÓRE ODBIERAJĄ NAM PODMIOTOWOŚĆ ?

•          PRZED LUDŹMI, KTÓRZY ZA NIC SOBIE MAJĄ DZIESIĄTKI  TYSIĘCY SENIORÓW I MŁODZIEŻY, TURYSTÓW I ARTYSTÓW, KTÓRZY ODNALEŹLI SWÓJ DOM W OGRODACH FRASCATI ?

Jak zwykle. Pisałem , pisałem – a z drugiej strony cisza.

Spotkałem wreszcie Pania Gronkiewicz-Waltz, na jakimś noworocznym raucie, było to akurat w momencie, gdy Premier Kaczyński próbował jakims mało zręcznym ruchem podważyć mandat elekti ze względu na fakt, że jej mąż nie złożyl w porę czy we właściwym miejscu podatkowego oświadczenia. Proszę o negocjowane ponoć  przez Paszczaka spotkanie:

- No tak ale tam jest przecież jakiś audyt, zbyła mnie HGW bez rozmowy. Jeszcze odwiedziłem raz czy drugi Piotrusia Królikiewicza od razu rzecz jasna napadanego przez mych „związkowców domowych”.

– Zbierają się nad tobą chmury, zbierają kwękał – aż wykwękał.

Gdzieś około 20 lutego zawiadomili mnie Piotruś wraz z Małgosią  Naimską, że zostanę odwołany. Tak się też stało. 28 lutego 2007 roku, – w trzy lata i trzy miesiące po powołaniu skończyło się moje – mówiąc słowmi Andrzej Urbańskiego –  „pikowanie”.

PRZYPISY:


[1] Co może pies ?, „Tygodnik Powszechny” 1970, nr 45, s.6. Przedruk, /w:/, Gdybym był królem, Poznań, Wyd.”W Drodze” 1988, s.85-87.

[2] Szanowna Pani Prezydent. Proszę przede wszystkim przyjąć szczere gratulacje z okazji objęcia tak odpowiedzialnego stanowiska, które w Zjednoczonej Europie ma szczególne znaczenie. Wierzę, że będzie to z korzyścią dla  Stolicy. Tej stolicy, o której samorządność walczę ze zmiennym szczęściem już lat piętnaście – niegdyś jako radny i wicemarszałek Sejmiku pierwszej kadencji odrodzonego Samorządu w latach 1990-1994, dziennikarz niezależnej telewizji, a od tamtej pory jako animator kultury, pragnący by Warszawa stała się stolicą kulturalną geograficznego centrum Europy.

Ten cel zdaje się bliski. W ciągu minionych trzech lat udało mi się jako szefowi Domu Kultury Śródmieście przekształcić dość elitarny  Konkurs Teatrów Ogródkowych w wielką kulturalną imprezę, o randze tłumnie odwiedzanego przez warszawiaków i turystów -  letniego Festiwalu Artystycznego „Ogrody Frascati”.  W załączonej NOTATCE opisuję organizacyjną  drogę  jaką przebywam dążąc realizacji tej wizji.

Zdobyliśmy  to, co najważniejsze. Ogrody Frascati mają fantastyczną widownię ! 90 tysięcy widzów pod zadaszoną sceną to marzenie każdego menedżera kultury. To istota naszego sukcesu. Spełniony sukces nie znosi jednak improwizacji. A do jego zdyskontowania potrzeba już bardzo niewiele: infrastruktury, budżetu na doskonalenie programu artystycznego, a przede wszystkim przychylności urzędów. To bowiem, co udało się zrobić nie było rzeczą partii ani układów. Mogę przysiąc, że to, co powstało – stworzyłem praktycznie wbrew większości zwłaszcza niższych  urzędników i dzielnicowych radnych, za to z wierną publicznością i gronem oddanych współpracowników. Powstała  jedna z większych imprez kulturalnych w Polsce. 90 tysięcy widzów, 265 imprez, 120 dni kosztowało ze wszystkim, z całą infrastrukturą i merytorycznym zapleczem  zaledwie  810 tys. pln.

Szanowna Pani Prezydent!

Sukces merytoryczny nie pociąga jednak za sobą satysfakcji czysto pracowniczej. Dom Kultury nie otrzymał wystarczającego budżetu na rok 2007 (jeszcze dwa dni przed wyborami komisarz Kazimierz Marcinkiewicz, gwarantował mi, że o  Ogrody Frascati mogę by spokojny bo prezydent ma swoją rezerwę). No cóż,  wiem o tym, bo w takim trybie była Warszawa zarządzana przez minione cztery lata, acz wolałbym miast rezerwy, której używanie budzi zrozumiałe emocje, dysponować po prostu w porę przyznanym  budżetem proporcjonalnym do wykonywanych zadań.

Wykonana przeze mnie praca wzbudziła wiele negatywnych emocji. Nie mogąc odebrać mi Frascati, tłumów i Domu na Smolnej, zrobiono wszystko by pozbawić mnie godziwej płacy. Znosiłem to z trudem dopóty,  dopóki dysponowałem budżetem wystarczającym  na rozwijanie imprez. Teraz jednak i tu mnie zablokowano z nadzieją jak sądzę, że odium spadnie na nową władzę.

Dla mnie, który pamięta pomoc jakiej nam Samorządowcom udzielała Pani Prezydent, wraz z profesorami Regulskim i Kuleszą, szesnaście  lat temu, gdy w Komitetach Obywatelskich  tworzyliśmy  zręby Samorządnej Rzeczpospolitej ta władza nie jest ani nowa, ani obca.

Dla mnie liczy się tylko jeden prosty cel. By Warszawskie Ogrody Frascati stały się turystyczno-architektoniczno-kulturalną atrakcją Warszawy. By mając wiedzę czym bywa paryskie Trocadero czy kopenhaskie Tivoli, stało się  – unikalną propozycją kulturową dla mieszkańców Warszawy i przybyszy.

I to się udało. Mamy coś niezwykłego. Imprezę elitarną i masową zarazem. Nawiązującą do tradycji przedwojennej Warszawy, wcale nie tak odległej od wiedeńskich form. Imprezę nowoczesną, plenerową i organicznie  polską,  związaną z niepowtarzalną  warszawską tradycją teatrów ogródkowych i schweizertalli.

Bardzo proszę Panią Prezydent  by -  mam nadzieję w większym niż poprzednicy wymiarze -  zechciała pomóc mi w tym dziele.

Zwracam się zatem z prośbą: o

1.             zwiększenie budżetu Domu Kultury Na Smolnej do kwoty 5 950 000 PLN, co pozwoli kontynuować rozwój naszej inicjatywy;

2.             łaskawe zorganizowanie narady określającej zasady na jakich Dom Kultury Śródmieście winien łączyć zadania ogólno dzielnicowe z funkcjami ogólno miejskimi, w oparciu o zaproponowaną przeze mnie rok temu koncepcję stworzenia w jego łonie lub wydzielonego instytucjonalnie  Centralnego Parku Kultury „Ogrody Frascati”;

3.             rozważenie możliwości nadania materialnej formy uznaniu publiczności i mediów, którego mi nie brak,  poprzez przyznanie mi nagrody rocznej za rok 2005  i przywrócenie pełnej wysokości premii miesięcznych za rok 2006 !

Notatka z dn. 15 grudnia 2006 r. NOTATKA

1.             Na stanowisku dyrektora DKŚ zostałem zatrudniony 5 listopada 2003. Budżetu na rok 2004 wynosił 2 067 tys. PLN. To wystarczał zaledwie na podstawową działalność.

2.             12. stycznia 2004  – dodatek funkcyjny został mi zmniejszony o 715 PLN do kwoty 915 PLN ze względu na zmianę interpretacji przepisu dot. 150% ( najniższego zaszeregowania, a nie  zasadniczego  wynagrodzenia) – Uzgodniono wówczas  z dyr. Biura Kultury, iż premia uznaniowa będzie w związku z tym wypłacana w maksymalnej wysokości 70%

3.             Jako organizator dwunastu edycji wspieranego tradycyjnie przez samorząd Warszawy Konkursu Teatrów Ogródkowych w Dolinie Szwajcarskiej  nieodpłatnie użyczyłem logo imprezy Domowi Kultury i wystąpiłem do Miasta o środki na ten cel.

4.             Między grudniem 2003 a lutym 2004 odkryte zostają malwersację b. głównej księgowej Krystyny Zbroch na łączną kwotę 280 000 PLN. Odkryte zostają znaczne zaległości w opłacaniu składek ZUS.   Poinformowałem o tym przełożonych. Złożyłem doniesienie do Prokuratury. K. Zbroch jest już dwukrotnie prawomocnie skazana i spłaca zadłużenie.  Na razie spłaciła około 50 %.  Wobec b. dyrektor pani Staręgi, która do emerytury pozostawała zatrudniona w Biurze Kultury nie wyciągnięto wg mojej wiedzy żadnych konsekwencji.

5.             W listopadzie 2003 powstał w DKŚ  Związek zawodowy, którego działacze konsekwentnie torpedowali wszystkie polecenia dyrektora. Imprezy w plenerach odbył się zgodnie z planem tylko dzięki temu, że użyczyłem DKŚ oczywiście nieodpłatnie swój prywatny sprzęt: aparaturę nagłaśniająca, krzesła, namioty etc.

6.             W 2004 roku frekwencja  na imprezach  DKŚ wzrosła blisko  dwukrotnie  w stosunku do roku 2003, i przekroczyła  50 000 osób.  W plenerach 20 000 wobec 10 tys. w 2003 kiedy to imprezę po raz ostatni organizowałem  z pozycji NGO.

7.             We wrześniu 2004 zwróciłem się do Prezydenta o przeprowadzenie Audytu instytucji. Audyt przeprowadzany był od listopada 2004 do czerwca 2005 roku.

8.             Budżet  na rok 2005 zaplanowany przez Miasto na kwotę  2 7333 967 został przez Radę Dzielnicy zmniejszony o 433 tys. do kwoty 2300 PLN.

9.             W styczniu 2005 roku  odzyskałem  w formie dotacji celowej 430 000 PLN przyznane  z rezerwy celowej na aktywizację Domów Kultury.

10.           W marcu 2005 dowiedziałem się,  że Ogródki Warszawskie w Dolinie Szwajcarskiej nie mogą być kontynuowane .

11.           Wtedy wskazałem Park Kultury i Wypoczynku im. Rydza Śmigłego jako nową lokalizację śródmiejskiej imprezy. Zaproponowałem  powrót do tradycyjnej nazwy Ogrody Frascati i wystąpiłem z wnioskiem o środki na rewitalizację kulturalną tego miejsca.

12.           Środki te w łącznej wysokości 1 320 tys. PLN zostały przyznane zarządzeniem  Prezydenta Miasta  z 31. 05. 2005.

13.           7.06.2005 roku otrzymałem pismo dyr. Biura Kultury, że w związku z toczonym przeciw mnie  postępowaniem  RIO premia zostaje mi zmniejszona o 40 % i będzie wypłacana w  minimalnej wysokości czyli 30 %.

14.           W tym samym czasie do Prezydenta zaczęły napływać coraz liczniejsze wnioski działaczy ZZ o zwolnienie mnie ze stanowiska.

15.           5 LIPCA 2005 RADA DZIELNICY ŚRÓDMIEŚCIE PRZYJĘŁA STANOWISKO NEGATYWNIE OCENIAJĄCE DZIAŁALNOŚĆ DKŚ I POSTULUJĄCE ODEBRANIE ŚRODKÓW NA REWITALIZACJE KULTUROWĄ OGRODÓW FRASCATI.

16.           Latem 2005 Sukces Ogrodów Frascati, przerósł najśmielsze oczekiwania – mimo zmiany miejsca frekwencje w  na Ogródkach Warszawskich, a w szczególności na XIV Konkursie Teatrów Ogródkowych wzrosła o 100% i wyniosła  przeszło 44 tysiące osób. ( W całym Domu Kultury na 800 imprezach sięgnęła 88 tysięcy.

17.           Po zakończeniu imprezy,  mimo jej sukcesu, Dzielnica Śródmieście po raz drugi ( tym razem skutecznie) zmniejszyła proponowany przez miasto  budżet Domu Kultury na rok 2006  o 240 tys. PLN   z 3 275 tys. zł  do 3 035 tys. zł.

18.           Mimo odstąpienia przez RIO we wrześniu 2005  od wymierzenia mi kary za powstałe nie z moje winy  zaległości – oczywiście nie wyrównano  mi zmniejszonych  premii.

19.           W związku z postępowania przed RIO Zarząd Dzielnicy nie wystąpił też o nagrodę roczną dla mnie  za rok 2004.

20.           W styczniu 2006 roku rozpoczęto kompleksową kontrolę całej działalności Domu Kultury. Wystąpienie pokontrolne, wręczono mi dopiero  po 11 miesiącach paraliżowania naszej pracy -  5 grudnia 2006. Komisja  spisała kilkudziesięciu stronnicowy raport  powtarzający ściśle zarzuty niezadowolonych związkowców, pomijający wszystkie pozytywne opinie i rozmowy, wskazała dziesiątki drobnych w moim przekonaniu uchybień, które naturalnie natychmiast usuwamy . Nie  zarzucono tylko najmniejszej nawet  malwersacji, naruszenis ustawy o zamówieniach publicznych, czy złej pracy merytorycznej. Tego bowiem nawet z palca wyssać  się nie da!

21.           Oczywiście od stycznia 2006 roku  do chwili obecnej – ze względu na trwającą kontrolę i liczne zarzuty oraz donosy,  premia dyrektora została na powrót zmniejszona do 30 %.

22.           Mimo oszałamiającego sukcesu Ogrodów Frascati. (frekwencja po raz kolejny wzrosła o sto procent sięgając 140 tysięcy osób  na 1150 imprezach DKŚ w tym blisko 90 tysięcy widzów na Frascati )-   nie zaopiniowano wniosku o zwiększenie budżetu imprezy na rok 2007 ( konieczność odnowy infrastruktury, nieunikniony wzrost honorariów). Wnioskowaliśmy 5 950 tys. proponuje się nam 3 093 600 PLN.

23.           W latach 2004 – 2006 skierowano do władz Warszawy i do mnie osobiści dziesiątki pisemnych i mnóstwo ustnych podziękowań, wśród nich  w 2004 list zbiorowy bywalców Doliny Szwajcarskiej podpisany przez 160 osób, w 2005 ponad tysiąc osób podpisało się pod listem dziękującym władzom Warszawy za stworzenie Ogrodów Frascati. Gratulacje i podziękowania otrzymałem od rzeszy intelektualistów skupionych w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, Związku Artystów Scen Polskich. Artystów Estrady i Operetki. Oraz od osób prywatnych z Izabellą Cywińską na czele

24.           Mimo składanych mi ustnych deklaracji – zarówno przez dyrektora Biura Kultury panią  Naimską,  jak i komisarza Marcinkiewicza  nie wystąpiono  o nagrodę roczną dla mnie za rok 2005.

2.             Informacja o odmowie podpisania budżetu DKŚ na rok 2007. Warszawa 8 grudnia 2006

Sz. P. Małgorzata Eytner-Branicka

Główna Księgowa Wydziału Budżetowo Księgowego

Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy

Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

A Teraz Konkretnie z HGW i Jarkiem Kretem 10. IX.1993

Szanowna Pani!

Uprzejmie informuję, że w dniu 18  sierpnia 2006 złożyliśmy projekt budżetu dla Domu Kultury Śródmieście na kwotę 5 950 000 PLN.  Projekt ten uwzględniał kontynuację letnich już  III Ogrodów Frascati w roku 2007  na poziomie porównywalnym z rokiem mijającym oraz kontynuację wszystkich działań Domu Kultury Śródmieście. Podczas  1150  imprez z naszej oferty w Domu Na Smolnej i w klubach, w minionym roku skorzystało  140 tysięcy mieszkańców Dzielnicy  Śródmieście i Warszawy .

Projekt ten  nie został przez nikogo ani negatywnie, ani pozytywnie zaopiniowany. Dotarły do nas jedynie komentarza urzędników wyrażających zadowolenie z faktu, iż nasza działalność plenerowa realizowana wbrew Stanowisku Rady Śródmieścia z dnia 5 lipca 2005 zostanie ograniczona i staniemy się na powrót, jak to ktoś w Pani Wydziale miał powiedzieć „zwykłym szarym domem kultury”.

Ewentualne zaopiniowanie zwiększenia budżetu DKŚ uzależnione miało być od wyników audytu, z którym wstrzymywano się do dnia wyborów.

Abstrahuję od  faktu, iż wystąpienie pokontrolne, które ( co zostanie mocno  udokumentowane) otrzymałem dnia 5 grudnia 2006 r. jest tendencyjne i wybiórcze. Dokument nie uwzględnia opinii pozytywnych, nie uwzględnia także zmian wprowadzonych na przestrzeni lat 2004 – 2006 r.  Dane, na podstawie których ustalono stan faktyczny są niereprezentatywne, protokół sugeruje, że nie zrealizowano wniosków pokontrolnych, z czym nie mogę się zgodzić.

Z budżetowego punktu widzenia ważne jest jednak, iż w dokumencie tym, negatywnie oceniającym zasady polityki kadrowej, znalazło się sformułowanie z którego wynika, że „Obecna struktura DKŚ zapewnia realizację zadania zarówno o zasięgu dzielnicowym jak i ogólnomiejskim , czego potwierdzeniem jest istniejąca bogata oferta programowa oraz sprawna realizacja przedsięwzięcia PN. „Ogrody Frascati”, cieszącego się dużym zainteresowaniem mieszkańców Warszawy”. ( str. 6 wystąpina pokontrolnego podpisanego 1.XII.2006 przez b.  Prezydenta Miasta Warszawy w osobie pełniącego tę funkcję Kazimierza Marcinkiewicza).

W związku z tym stwierdzeniem pragnę oświadczyć że sprawna realizacja oferty programowej i wzrost frekwencji na wszystkich imprezach na Smolnej w okresie trzech lat mej dyrekcji  o  500 % ( z 30 tys.  w roku 2003 do 140 tys. w 2006 ) był możliwy jedynie dzięki wprowadzeniu nowej  ( acz  nie zaopiniowanej  przez związki zawodowe, ani przez informowane o tym fakcie jednostki nadrzędne)  -  struktury organizacyjnej.

Nie byłoby Ogrodów Frascati, Inwazji Gwiazdkowych Skrzatów, Akcji z Dziecka Król, Poranków Familijnych, Five o’clock-ów  Muzycznych, Akademii Filmowej, Saloników Kabaretowych i Biesiad oraz Jubileuszy  Literackich na Smolnej, Warsztatów Pisarskich  w klubie na Marszałkowskiej z redakcją pisma „Tekstualia” – bez wolontariuszy, bezrobotnych absolwentów, osób kierowanych  w ramach robót publicznych przez Urząd Pracy, nawet resocjalizowanych  więźniów pomagających nam w remontach i pracach porządkowych na Frascatii. Wreszcie bez wybitnych artystów i animatorów kultury, których – wobec  uporczywego blokowania realizacji zmian kadrowych – zmuszony jestem zatrudniać na zlecenia.

Nie byłoby ich też bez zwiększenia budżetu DKŚ o  1 973 tys. PLN w 2005 PLN.  Z tej  kwoty, po odjęciu dotacji celowej na uruchomienie Ogrodów Frascatii,  zwiększenie wydatków na działalności programową w 2005 roku  według projektu budżetu Miasta sięgać miało 1 200 tys. PLN i zamykało się  kwotą 3 275 950 PLN. Niestety   240 tys. PLN  odebrała nam negatywnie nastawiona do projektu Ogrodów Frascatii (por. Stanowisko z 5 lipca 2005)  Rada Dzielnicy Śródmieście -  zmniejszając nasz  budżet na rok 2006 do kwoty 3 035 950. PLN Dokładnie takiej kwoty 240 tys. zł  brak nam dziś do pełnej realizacji budżetu po sprawnym wykonaniu oferty Programowej DKŚ w minionym roku.

W związku z tym jako Dyrektor Domu Kultury Śródmieście i twórca Ogrodów Frascati,  zmuszony jestem odmówić akceptacji i złożenia podpisu pod skierowanym przeciwko interesom skupionej wokół Domu na Smolnej publiczności –  projektem  Uchwały Rady Miasta Stołecznego Warszawy w Sprawie budżetu MS Warszawy na Rok 2007, przewidującym w paragrafie 92109 dalece niewystarczającą na kontynuowanie działalności kwotę 3.093.600 PLN.

Do wiadomości:

1)            Zastępca Prezydenta  m. st.  Warszawy Włodzimierz Paszyński ,

2)            Małgorzata Naimska Dyrektor Biura Kultury m. st. Warszawy Pl. Zamkowy 10, 00-277   Warszawa

3)            Agnieszka Maria Gierzyńska-Zalewska  Przewodnicząca Rady Dzielnicy Śródmieście Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

4)            Artur Grzegorz Brodowski Burmistrz Dzielnicy Śródmieście Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

5)            Przewodniczący Komisji  Kultury Rady m. st. Warszawy, Pałac Kultury i Nauki, pl. Defilad 1, 00-110 Warszawa

6)            Przewodniczący Komisji Kultury Dzielnicy Śródmieście,  Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

7)            Przewodniczący Komisji Budżetowej Rady m. st. Warszawy, Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

8)            Przewodniczący Komisji Budżetowej Dzielnicy Śródmieście , Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

9)            Tomasz Zdzikot  Zastępca Burmistrza Dzielnicy Śródmieście , Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

10)          Joanna Strzelecka Naczelnik Wydziału Kultury Dzielnicy Śródmieście , Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

11)          Andrzej Hagmajer, Biuro Kultury m. st. Warszawy,  pl. Zamkowy 10, 00-277   Warszawa

3.             Koncepcja Utworzenia Centralnego Parku Kultury – OGRODY FRASCATI.

4.            Listy z widowni

[3] „Za nami kolejne wybory samorządowe. Skończyła się czwarta kadencja Samorządu od chwili jego odrodzenia w roku 1990. Przed nami kadencja piąta ( w Warszawie szósta)  lub jak kto woli pierwsza w IV Rzeczpospolitej.

A Teraz Konkretnie z W.Paszyńskim - 18.XII.1993

Idea samorządowa była wielką nadzieją roku 90-tego. Chodziło o to by odejść od dotacji celowych, środków dystrybuowanych przez Urzędy Wojewódzkie, rejonowe, ministerialne priorytety. Chodziło o to by dać szanse inicjatywom oddolnym. By autentyczni radni, przedstawiciele dzielnic, wsi i powiatów decydowali jakie pieniądze przeznaczą na szkołę, jakie na drogę, a które na festyn kulturalny. Aby to było możliwe potrzebna była podmiotowość prawna i możliwość  dysponowania podatkiem od osób fizycznych oraz  prawnych  ( przynajmniej 15 %), a także podatkiem drogowym i gruntowym.

Cztery kadencje samorządu przekształciły go we własną karykaturę ! Rada Dzielnicy Śródmieścia – przynajmniej w ostatniej kadencji -  nie rozważała  czy naszemu kwartałowi miasta potrzebna jest impreza kulturalna, odrestaurowany park i czy ma jakieś, a jeżeli – to jakie: ogólnopolskie zobowiązania. Radni Dzielnicy Śródmieście  administrując przestrzeniami historycznymi będącymi centrum stolicy  Polski myśleli jedynie o tym jak wykonać partyjne polecenie i jak politycznym konkurentom stawić odpór. Zupełnie inaczej  rozumowali  radni pierwszej, jeszcze drugiej  kadencji i ich  zarządy z burmistrzem Janem Rutkiewiczem czy Markiem Rasińskim,  dzięki którym udało się piętnaście lat temu ustanowić imprezę – Konkurs  Teatrów Ogródkowych. Imprezę, która wpisała się już zarówno w historię polskiego teatru jak i w kalendarz kulturalnych imprez Stolicy.

Konkurs Teatrów Ogródkowych swoje istnienie i byt zawdzięczały samorządowi Warszawy i jej śródmiejskiej dzielnicy w szczególności. Jednak od chwili, gdy z offowej niszowej imprezy wychwalanej w mediach lecz pomijanej w dotacjach rozrósł się do wymiaru – jak go w tym roku nazwało pismo WPROST „największego i najtańszego festiwalu artystycznego w Polsce”  -  Ogrody Frascati  rozwinęły  się  – musi to być wyraźnie powiedziane – wbrew Radzie Dzielnicy Śródmieścia, która 5 lipca 2005 roku wyraziła swoje stanowisko jednoznacznie: „krytycznie oceniając działalność Domu Kultury Śródmieście  w roku 2004 i pierwszej połowie 2005 roku oraz projekty, na które przeznaczona została łączna kwota prawie 2 milionów złotych.” Zdaniem radnych IV Kadencji :” DKŚ nie jest przedsiębiorstwem działającym  na rynku show biznesu organizującym wielkie przedsięwzięcia rozrywkowe dla najszerszego odbiorcy i działającym dla osiągnięcia zysku. Realizowane przez DKŚ projekty realizują wyłącznie koszty pokrywane z pieniędzy samorządowych, a więc z kieszeni podatnika . Taki charakter ma większość „wizjonerskich” pomysłów dyrektora Andrzeja Kijowskiego.”.

Chodziło o to że mimo próby zmniejszenia budżetu DKŚ na rok 2005 przez Dzielnicę o kwotę 433 tys. PLN udało mi się te pieniądze ( w styczniu 2005 roku nb. przy  poparciu Komisji Kultury ówczesnej Rady).  Jednak fakt, iż udało nam się pozyskać z Miasta jeszcze dodatkowe środki na nowe  projekty z Ogrodami Frascati na czele wzbudził już skrajnie negatywne emocje.  W podjętym 5 lipca 2005 bez jednego głosu sprzeciwu  stanowisku Rada Dzielnicy  postulowała uchylenie zarządzenia Prezydenta Kaczyńskiego nr 2455/2005 z dn. 31.05.2005 przyznającego Domowi Kultury  Śródmieście kwotę 1320 tys . PLN na te cele.

Stanowisko to nie zostało na szczęście przez Prezydenta wzięte pod uwagę. Jego jedyną, acz niebagatelną konsekwencją  pozostało, iż moja dyrektorska premia została w konsekwencji zmniejszona  o 40 % i od tamtej chwili do tych dni grudniowych roku 2006 miast nagrody czy podziękowania ZA DETERMINACJĘ PRZY ORGANIZACJI OGRODÓW ORAZ ROZWÓJ OFERTY PROGRAMOWEJ DOMU NA SMOLNEJ PRZEZ PIĘTNAŚCIE MIESIĘCY PŁACIŁEM  ZMNIEJSZENIEM POBORÓW – w porównaniu do kwot premii jakie pobierali zatrudnieni na identycznych warunkach dyrektorzy innych domów kultury !

W ciągu dwu lat przyjęliśmy w Domu na Smolnej dziewięć  kontroli, z których żadna nie zdołała wskazać najmniejszego wykroczenia czy malwersacji. Formułowano za to tysięczne zastrzeżenia natury biurokratycznej. Sam fakt trwania kontroli spowodował, iż  jestem jedynym bodaj dyrektorem instytucji kultury, który mimo wypromowania w roku 2005 „największego wydarzenia teatralnego Stolicy” jakim zdaniem ówczesnego Dyrektora Biura Teatrów kierującego dziś Teatrem Wielkim  Janusza Pietkiewicza była 40 tysięczna frekwencja i atmosfera kulturalnego spotkania stworzona w Ogrodach Frascati – nie otrzymał dotychczas nagrody rocznej za rok 2005.

Zaś sukces pierwszych ogródków na Frascati,  ostateczny efekt plastyczny teatru i  ogromna  frekwencja też nie zrobiła na Radnych Śródmieścia ani poprzednim Zarządzie Dzielnicy Śródmieścia   najmniejszego wrażenia. Budżet na rok 2006 został już po sukcesie Ogrodów Frascati zmniejszony przez Radę Dzielnicy tym razem skutecznie o 240 tys. zł  w stosunku do kwot proponowanych przez Miasto.

Jednak projekty Domu Kultury Śródmieście zyskały wysokie oceny Prezydenta RP, patronat Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Edukacji Narodowej, a przede wszystkim patronat i jedną z wyższych dotacji przyznanych przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Na wszystkie swe bowiem projekty DKŚ otrzymał z MKiDN aż 86 tys. PLN.

Na Radnych ani na urzędnikach nie robi to jednak  wrażenia, tak samo jak  oszałamiające sukcesy naszych imprez: blisko 90 tysięcy widzów w Ogrodach Frascati, gdzie frekwencja po raz kolejny wzrosła o sto procent. W całej instytucji, od chwili objęcia przeze mnie w roku 2003 jej dyrekcji, frekwencja wzrosła o 500 procent – z niespełna 30 tys. w roku 2003 –  przekraczając 150 tysięcy osób  na  ponad trzech tysiącach imprez zorganizowanych przez nas w 2006 roku.

Mimo to nie zaopiniowano wniosku o zwiększenie budżetu imprezy na rok 2007 ( konieczność odnowy infrastruktury, nieunikniony wzrost honorariów). Wnioskowaliśmy ( w sierpniu 2006 myśląc o rozwoju imprezy, nowej scenie, podniesieniu  na najwyższy poziom jakości wykonawców – 5 950 tys) proponuje się nam 3 093 600 PLN co stanowi regres o przynajmniej 500 tys. zł.

Na Ogrody Frascati, na które w roku 2006 wydaliśmy około 800 tysięcy złotych, (średnia wartość imprezy to 3 tys zł, koszt widza 9 zł !) w roku 2007 przy obecnym budżecie będziemy mogli wydać co najwyżej 300 tys. PLN!

NIE TRZEBA CHYBA DODAWAĆ, ŻE W WYPADKU BRAKU KOREKTY BUDŻETU DECYZJA KONSTRUKTORÓW PRELIMINARZA OBCIĄŻY W OCZACH MIESZKAŃCÓW  I WYBORCÓW OBECNE WŁADZE !

Zwracam się w konkluzji:

1) o reasumpcję Stanowska Rady Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy podjętego na 31 Sesji Rady w dniu 5 lipca 2005 r. w sprawie: finansowania i działalności Domu Kultury Śródmieście.

2)  o pozytywne zaopiniowanie zwiększenia budżetu DKŚ poprzez zwiększenie załącznika budżetowego Dzielnicy Warszawa Śródmieście o kwotę 2857 tys. PLN w § 921 rozdz. 92109 do kwoty  5 950 tys. z uwzględnieniem wydatków ogólnomiejskich związanych z rozbudową Festiwalu Artystycznego Ogrody Frascati20.

3  Uprzejmie też proszę o spowodowanie ( w trybie wystąpienia do Zarządu Dzielncy i Prezydenta Miasta) nadania materialnej formy uznaniu publiczności i mediów, którego mi nie brak,  poprzez przyznanie mi nagrody rocznej za rok 2005  i przywrócenie pełnej wysokości premii miesięcznych za rok 2006 i w przyszłości.

Rozdz. CLIV – Z Derdziukiem pod Górkę.

czwartek, 26 Sierpień 2010

Z Derdziukiem pod Górkę .  Opis…r. CLIV

Było po panelu. Był też dwudziesty listopad i … było po pierwszej turze wyborów  samorządowych, która odbyła się 12 listopada. Następna miała się odbyć za kilka dni – 26 listopada – w niedzielę.  Mój projekt Centralnego Parku Kultury „Ogrody Frascati”,  Frascatii, który Marcinkiewicz obiecał przejrzeć nazajutrz po występie Marii Peszek od trzech miesięcy nie ruszony. Kontrole wypisywały coraz to większe androny no i oczywiście znów zanosiło się na to, że należącej się każdemu dyrektorowi w mieście premii rocznej (za rok 2005) – i tym razem nie dostanę. Jedyne, co mi zapłacono to za scenariusze, które mi Małgosia Naimska zatwierdziła dowodząc tym samym autorstwa projektu mych całoletnich Ogrodów Frascatii.

Widząc, że robi się gorąco, a do „Osoby pełniącej funkcje Prezydenta Miasta” dobić się nie jestem w stanie dopadłem Marcinkiewicza, na jakimś spotkaniu. Strasznie był zdziwiony mymi kłopotami. Gwarantował, że na „Ogrody Frascati” środki z pewnością znajdzie. W sprawie mojej nagrody natychmiast telefonicznie interweniował u swego asystenta – nijakiego, a oslawionego przez Kazika Staszewskiego Zbigniewa Derdziuka. [1]

Pobiegłem więc nazajutrz ( dzień przed II turą), a wszyscy już poza głównymi zainteresowanymi czuli, że Marcinkiewicz przegra ją raczej,  do szefa biura Prezydenta. No i mówię szefowi – powołując się na Ober-Szefa Kazika

„ No daj mi Derdziuk nagrodę, no co ci to stanowi?

A on mi na to: jak niegdyś piosenkarzowi – nb. też Kazikowi:

„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”.

No i przegrali wybory. Jeszcze ostatniego dnia Marcinkiewicz podpisał dokument z tzw. zaleceniami pokontrolnymi po całosezonowej inwigilacji przedstawicieli miasta. Nie podpisałem dokumentacji kontroli. Tyle tam było bzdur i przeinaczeń.

Jednak same zalecenia nie brzmiały w sumie zatrważająco. Ot, tu sprawdzić, tu dodać, tam poprawić, owdzie uporządkować. Zdaniem moich prawników w znacznym stopniui zalecenia te były bezzasadne. Wydawało się, że będzie z tego kolejna urzędnicza mitręga. I może by była, gdyby … nie ten drobiazg, że zmieniła się miejska miotła,  jak najwulgarniej trzeba dziś określić samorząd miejski. Ja jednak specjalnie się nie przejmowałem. Z trudem ale na życie mi starczało, a wciąż nie mogłem nasycić się sukcesem. Przez cały grudzień  Agnieszki Budzyń prowadziła rozmowy z moimi najważniejszymi współpracownikami.  Od Staszkia Górki poczynając.

Rozmowa z p. Staszkiem Górką – 09.12.2006

Agnieszka Budzyń

S. Górka w "Opowieści Zimowej" reż. Z. Mrozowska Dyplom PWST (Teatr Współczesny) - 1977

A.B. - Ile lat trwa Pana znajomość z Dyrektorem?

S.G.- Znajomość trwa bardzo długo, bo ponad 30 lat. Spotkaliśmy się kiedyś w tym samym miejscu, na Miodowej, i w tym samym czasie, gdy zdawaliśmy do szkoły teatralnej. Stanęliśmy oko w oko.  Andrzej zrobił na mnie wrażenie…, kojarzył mi się… Na Rasputina  był za chudy, ale miał jakiś żar w oku, emblemat na piersi, nie wiem, ale miałem bardzo prawosławne skojarzenia.   Myślałem, że to jakiś młody, natchniony pop. Potem dowiedziałem się, że jest synem Andrzeja Kijowskiego – pisarza i uzyskałem na jego temat więcej informacji. Andrzej równocześnie studiował polonistykę i układ był taki, że wiedzieliśmy o sobie, spotykaliśmy się,

gadaliśmy, byliśmy widzami tych samych zdarzeń teatralnych, wtedy się dużo działo: festiwal narodów itp. A potem spotkaliśmy się kiedy został młodym pracownikiem naukowym w Szkole, a ja asystentem i robiliśmy wspólne różne spotkania, troszkę „ryliśmy pod czerwonym”, troszkę to była konspiracja, partyzantka, jakieś takie właśnie historie. Potem był okres Solidarności. Mieliśmy sztamę, gadaliśmy dość dużo. A potem był pierwszy konkurs, ale go jakoś w ogóle nie zauważyłem, zjawiłem się na drugim czy na trzecim, ale już wiedziałem, co on robi, wiedziałem, że w Lapidarium. Zaczepił mnie kiedyś i mówi:

ATK - Emblemat plemienia Hoopi przywiózł Senior z Wielkiego Kanionu

- Przecież ty masz jakieś swoje przedstawienie.

- No, mam – jeszcze wtedy nie nazywaliśmy się Towarzystwo Teatralne Pod Górkę, ale zrobiliśmy takie przedstawienie lwowskie, na które namówiłem się ze Zbyszkiem Rymarzem i zgłosiłem te piosenki Andrzejowi i to był rzeczywiście niezapomniany wieczór. Warunki były bardzo bojowe, świeże powietrze, to był przepiękny lipcowy wieczór. Było to dla mnie zabawne i dziwne, bo rzeczywiście upał, gorący wieczór, ludzie pijący piwo, jednocześnie bar żyjący swoim życiem, trzeba było sztuką aktorską, tym przedstawieniem, opanować ten żywioł. Tam gdzieś były skrzypiące, skwierczące kawałki mięsa rzucone na grill. To wszystko było szalone i odrealnione, coś do czego nie byliśmy przyzwyczajeni i takie było moje pierwsze spotkanie z KTO. Zresztą ten spektakl został szczęśliwie zarejestrowany przez TV „Polonię 1″ i gdzieś krąży.

Andrzej lubił to przedstawienie i miał do niego ciepły stosunek. Wiem, że ta kaseta żyje, ja też ją mam, bo przegrywaliśmy wtedy. I to był właściwie pierwszy kontakt z „ogródkami”. A potem były takie zdarzenia, że co parę lat (już powstało Towarzystwo Teatralne Pod Górkę) włączaliśmy się do akcji próbując zawalczyć o nagrody, mieliśmy możliwość pokazania swoich przedstawień w Warszawie i niespłacone długi wobec reżyserów, powiedziałem do Andrzeja:

- Dobrze byłoby gdyby Tadek Wiśniewski dostał nagrodę, bo ciągle mamy poczucie, że jesteśmy mu winni pieniądze

I szczęśliwym zbiegiem okoliczności reżyser dostał nagrodę, chociaż Andrzej mówił:

- Absolutnie ja nie mam na to wpływu, to jest decyzja jury.

I pewnie tak było, bo potem przekonałem się, że Andrzej ma taką zasadę, że nie wtrąca się do jury, nie wywiera nacisku, niemniej te sugestie, marzenia nasze jakoś tam się przenosiły. Właściwie byliśmy taką grupą, która ciągle tymi swoimi przedstawieniami znaczyła. Zbierała i nagrody, i wyróżnienia, była zauważalną grupą, która stale współpracuje, a potem przyszły bardzo chude lata i nawet jeśli nie braliśmy udziału w konkursie, to graliśmy. Był pamiętam taki rok, zupełnie beznadziejny, Andrzej poprosił mnie o pomoc:

- Słuchaj, jesteście w Warszawie albo w pierwszych krzakach za Warszawą, czyli w Kopkach i okolicy, może byście tak od czasu do czasu zagrali…

- Jak często?

- No, tak co drugi dzień albo i codziennie…

I to było takie lato, gdzie my przyjeżdżaliśmy, graliśmy w Dolinie Szwajcarskiej, umowa była brutalna, okrutna, to była wczesna, kapitalistyczna manufaktura – tyle ile będzie z biletów. Dyrektor Kijowski z upodobaniem powtarza anegdotę, że Górka wyczuł sprawę mechanizmów kapitalistycznych i ogłaszał promocję. Za pięć siódma mówił:

- No co będziecie Państwo tak tu siedzieć? Zapłaćcie chociaż te dwa złote czy trzy i wejdźcie tam na teren teatru.

To tak było. Rzeczywiście odbywałem indywidualne wycieczki przed rozpoczęciem przedstawienia i zapraszałem, żeby jednak wejść i oglądać jak człowiek…

A.B - Działało?

- Tak, bardzo często to działało, to był taki śmieszny moment tej naszej strasznej biedy. Kończyło się to później spotkaniem i piciem winka, bo tego rzędu były to zyski.

A.B - Wystarczało na butelkę wina?

S.G - Tak, na butelkę wina. I to był właściwie taki styl życia, że w ten sposób spędzaliśmy wakacje w mieście.

A.B - „Lato w mieście?”

S.G - Tak, taka akcja. A potem zaczęło się to tak zwane jurorowanie.

A.B - Ile razy był Pan jurorem?

S.G - Trzy albo cztery

A.B - Stała fucha.

S.G- Tak, taka stała fucha. Nie bez przerwy, choć propozycje Dyrektora były częste, bo chciał, żebym tam był, natomiast ja miałem jakieś ciekawsze zajęcia, jakieś wyjazdy. Mówiłem: – nie mogę w tym czasie, bo miałem jakąś robotę i to było niemożliwe. I był jeszcze taki epizod kiedy któregoś roku Andrzej zaproponował mi liczenie głosów, prowadzenie razem z nim takiej konferansjerki, zabawiania publiczności i wtedy padł pomysł, żeby nagrać te nasze piosenki, które od dziesięciu lat funkcjonują: „Dziś do ogródka zbiegła się trzódka” albo „Oddaj głos na kogo chcesz”. I tak to mniej więcej wyglądało w takim bardzo ogólnym zarysie łącznie z tym rokiem.

Andrzej oczywiście zaprosił mnie na to spotkanie, na ten panel „Teatr to miejsce spotkania”, który – sama Pani widziała- przebiegał dosyć tak smutnawo, z taką nutką… wręcz tendencyjnie. Natomiast ja uważam, że zabrakło tam takiego akcentu, może to złe słowo. Że przy wszystkich zasługach Andrzeja i trudach, które poniósł dla tej inicjatywy, dla tego projektu jak się mówi współcześnie, i wszystkich smuteczkach, które płyną z realizacji, przeszkód i trudności, jedno jest pewne, że on rzeczywiście umiał jakoś…, że złapaliśmy sztamę, że zaimponował tym swoim szalonym zupełnie, wariackim pomysłem. Przecież to nie chodziło o pieniądze. Pieniądze jak Pani opowiadałem w pewnym momencie były żadne czy w ogóle dopłacaliśmy do tego interesu przyjeżdżając trzydzieści kilometrów spod Warszawy na przedstawienia. To się nie opłacało, już nie mówiąc o wypożyczeniu kurtyn, różnych elementach, które funkcjonowały w tej inscenizacji, a on nas jednak zafascynował tym swoim szalonym pomysłem. Właściwie mógł na nas liczyć, wytworzyły się takie relacje przyjaźni. Może nie braliśmy za to odpowiedzialności, bo odpowiedzialność on miał, ale mówiliśmy: dobrze, temu facetowi trzeba pomóc, bo to jest słuszne, bo to jest warte realizacji, mimo że ma trudną sytuację, dawaj, robimy to. To chyba się Andrzejowi udało, że przy jego wszystkich takich trudnościach, nerwowości – jak mówiłem zobaczyłem obłąkanego, młodego popa na tym…, że nagle te loty gdzieś się zbiegły i gdzieś ręka w rękę, ramię w ramię, połączyła nas idea.

Parę dni temu byłem na rozmowie u prezydenta Bydgoszczy, to takie drugie moje miasto, które mnie interesuje, i w którym lubię przebywać i nagle padł pomysł, żeby zrobić takie przedstawienia letnie, taki przeszczep. To nie będzie rodzaj konkursu, tylko taki przegląd naszych rzeczy, które obejmują już kilkanaście spektakli.

A.B - W tym roku było bardzo dużo indywidualnych nagród. Właśnie dlatego, tak?

S.G- Tak, tak. Chcieliśmy zauważyć, że w pewnej przeciętności przedstawienia warto zawsze wyłowić drobiazg, kogoś kto w tej masie się pojawia i nagle zwraca uwagę. To jest interesujące i to jest piękne. Takimi elementami była na przykład świetna muzyka, w jakimś przedstawieniu, nie pamiętam w którym, przepięknie zrobiona. W innym przedstawieniu był świetnie zagrany epizod, były tego typu rzeczy, których nie można pominąć. Pamiętam taki rok kiedy byli Rosjanie, grali „Oświadczyny” według Czechowa przerobione na musical. To był utwór właściwie jak ja pamiętam w tej historii Ogródków taki jedyny pełny, to znaczy, że było doskonałe aktorstwo całej tej trójki czy czwórki aktorów rosyjskich, świetne inscenizacyjnie, świetnie śpiewane, niezwykle muzykalne.

To były nawet brzózki, które dyrektor Kijowski ściął w najbliższym lesie i wsadził do drewnianych doniczek i podlewał je wodą, żeby nie zdechły do wieczora. Nawet to tworzyło jakąś nieprawdopodobną aurę i pełnię tego przedstawienia. To było akurat, w tej przestrzeni, pod gołym niebem, przy skromnym namiociku, przy tym oświetleniu, w tej scenerii, te środki aktorski, te melodie, to było wpasowane w punkt. A na ogół takie przeniesienie przedstawienia, kabaretu, to jest inna stylistyka i zgrzyta. Przestrajamy się, przestawiamy się i nagle mówimy o, to fajnie wyglądałoby w podziemiach, w jakiejś scenerii kabaretowej, w jakiejś kawiarence, ale nie w ogródku.

A.B - To dość powszechna opinia, że rzadko które przedstawienie jest przedstawieniem ogródkowym. Dyrektor miał nawet taką koncepcję, żeby specjalnie premiować sztuki przygotowane specjalnie do ogródkowej scenerii.

S.G- No tak, ale takich przedstawień jest w przeglądzie trzy, cztery. Trzeba byłoby przywrócić tak zwany repertuar rewiowo-bulwarowy, tam mieściłaby się jakaś burleska, komedia muzyczna, recital na świeżym powietrzu. To trzeba byłoby iść zdecydowanie w tym kierunku. A póki co wszystko jest przemieszane. Zawsze miałem o to straszną pretensję, mówię jeszcze o czasach kiedy nie byłem jurorem, ale antreprenerem, który wystawiał jakieś swoje przedstawienia. Miałem wtedy tylko czapkę, szalik i śpiewałem piosenki lwowskie, gdzie mi się było ścigać z jakimś Elblągiem czy teatrem z Jeleniej Góry, które miały olbrzymią kasę.

A.B - Panie Staszku, kojarzą się Panu  z dyrektorem Kijowskim jakieś zabawne zdarzenia ?

S.G- Ja podziwiam jego nieprawdopodobny refleks w różnych sytuacjach, które się dzieją. Ja też się wykazuję pewnym refleksem na scenie, ale to w sytuacjach kiedy coś się wali, przewraca dekoracja, siada aparatura i są sytuacje tak zwane stresowe, wtedy radzę sobie w tych sytuacjach. Natomiast jego i tak podziwiam, to już właściwie można o tym głośno mówić, pamięta Pani jak Marysia Peszek zaśpiewała to swoje „pieprzę miasto” w obecności prezydenta tego miasta? To, moim zdaniem, było nadużycie, nie można robić takich rzeczy i pewnie nie obyłoby się bez gwizdów (sam bym gwizdał), to nie było grzeczne i nie było na miejscu, ale dyrektor wpadł i powiedział „przepraszam za każdy słowny grzeszek Marysi Peszek” i rozładował te bombę bezbłędnie.

A.B - Panie Staszku, Pana największa wpadka w KTO.

S.G- A, były różne drobne draki z niedziałającymi mikrofonami itp., ale największa… Była, tak, na konferencji prasowej gdzie śpiewaliśmy po raz pierwszy „Osculati na Frascati” w naszej wersji, a przedtem mówiłem fragment z „Tułacza”. Kiedy zacząłem recytować, zobaczyłem tylko jednego dziennikarza, (bo spotkanie zostało całkowicie zignorowane przez tzw. prasę), który zresztą kompletnie mnie lekceważył, bo Hemar prawdopodobnie kojarzył mu się wyłącznie z homarami. I ja tu walę tekst, i nagle naszedł mnie taki moment wątpliwości, że przecież to zupełnie nie ma sensu, co ja tu w ogóle robię? Jakiś jeden facet siedzi, a ja mu bebechy wywalam… I nagle całkiem stanąłem z tekstem, zacząłem coś haftować i skutek to miało taki, że facet się obudził. Ja gadałem, szły jakieś słowa, które były kompletnie bez sensu, ostatecznie jednak wskoczyłem na właściwy tryb, ale to była wpadka. Potem jeszcze Kijowski mi dokuczał: o, kolega nie powtórzył tekstu. Tak się tym przejąłem, że kiedy później śpiewaliśmy „Osculati na Frascati” dwa razy przestawiłem tekst, byłem poza muzyką.

To był taki dzień wpadek, co mi się na ogół rzadko zdarza, bo jednak człowiek stara się być zawsze dobrze przygotowany, ale zdarzyło się, było.

A.B - Będzie Pan w przyszłym roku jurorem?

S.G- A skąd ja to mogę wiedzieć?

A.B - Można podsumować, że publiczność ogródkowa jest bardziej wymagająca od publiczności teatralnej takiego zamkniętego teatru, ale przez to ciekawsza pewnie…

S.G- Nie wiem czy ona jest bardziej wymagająca… Trudniejsza do ujarzmienia, bo tamci przychodzą i mogą siedzieć w skupieniu, a tu są tysiące rzeczy, które mogą publiczność rozproszyć: nagłe załamanie się pogody, jakiś pies, helikopter…

A.B - Czyli nawiązując do tezy dyrektora, że teatr to miejsce spotkania, czyli, że do ogródka ludzie przychodzą, żeby się spotkać, wypić kawę, pogadać, a to czy się z tego spotkania zrobi teatr zależy od aktora, który wyjdzie i albo ich zaczaruje, albo nie – to Pan się pod tym podpisuje?

S.G- Podpisuję, jako że moja formuła teatru, którą robię w „podgórce” to jest teatr ubogi, w którym jedynym walorem nie jest stara, wytarta walizki czy szalik, ale człowiek, jego oko, twarz, to co z niego płynie. Możliwe, że to ta formuła nas zbliża z Kijowskim.  To jest moja odpowiedź na pytanie czy teatr to miejsca spotkania.  Rozm. Agnieszka Budzyń

Chwilę potem 21.12.2006 porozmawia pani Agnieszka też z Jankiem Pietrzakiem.

A.B - Proszę opowiedzieć o swojej znajomości z dyrektorem Kijowskim.

J.P.- Muszę powiedzieć, że z podziwem obserwuję akcję Andrzeja Kijowskiego, który z Warszawy próbuje zrobić miasto sztuki, miasto wesołe, miasto pogodne, miasto bardzo związane z teatrem, i temu służą te możliwości, które ma. Bo ludzie na ogół są osadzeni w teatrach państwowych, w których, jak w urzędach, wykonują swoją robotę, są funkcjonariuszami państwa, które im za to płaci, dostają pensje, etaty, urlopy macierzyńskie, bilet bezpłatny w jedną stronę i wtedy pracują dla teatru.

A Andrzej robi coś w strukturach nieformalnych, istotnego bardzo i wydaje mi się, że ma wielkie sukcesy na tym polu, mianowicie całe te lata sezonów teatrów ogródkowych, które rozkwitały w różnych miejscach według jego pomysłów, to jest fantastyczna praca. Ja zetknąłem się z działalnością Andrzeja Kijowskiego kilka sezonów temu. Jako człowiek kabaretu, a nie teatru, występowałem najpierw w Dolince Szwajcarskiej, a potem w Ogrodach Frascati. Uważam, że to jest fantastyczne miejsce, świetnie zaaranżowane, na świeżym powietrzu.

A.B - Jak się Panu tam występowało?

J.P.- Dobrze, bardzo dobrze. To jest nawrót do tradycji teatru średniowiecznego, starożytnego, kiedy ludzie się spotykali. Jechał wóz, zatrzymywał się, artyści występowali na wozie, a ludzie stali i podziwiali, wtedy nie było jeszcze budynków teatralnych, a więc to taka dawna tradycja. Kabaret jest pewnym odłamem teatru w gruncie rzeczy, bardziej uproszczonym z konieczności, bo kabaret jest biedny tak jak i działalność Andrzeja Kijowskiego, nie ma na to zbyt wielu pieniędzy tak jak instytucje państwowe, trzeba grać dla ludzi w takich okolicznościach i w takich warunkach jak to jest możliwe, a więc na powietrzu. Wydaje mi się, że zaaranżowanie tych miejsc jest wielką zasługą Andrzeja, zrobił coś oryginalnego i w Dolince Szwajcarskiej, i w Ogrodach Frascati gdzie to się rozwija pięknie i staje się miejscem, które tętni życiem przez wiele miesięcy w roku.

A.B - W okresie kiedy w tych zinstytucjonalizowanych teatrach trwają urlopy, niekoniecznie macierzyńskie, więc nic się tam nie dzieje?

J.P.- Tak, tak, i poza tym zdarzają się tu przedstawienia, zdarzają się ludzie, występy, których normalnie w Warszawie nie można oglądać, więc to jest taka jakby ścieżka off, jak mówią Anglosasi, taki off-brodway pojawia się i bardzo dobrze, że pan Kijowski nie upiera się przy konkretnych gatunkach, że pokazuje wszystko co wartościowe, spektakle muzyczne, kabaretowe, spektakle teatralne również, jakieś grupy oryginalne, które inaczej w Warszawie nie istnieją, bo nie stać ich na wynajęcie sal w – powiedzmy – normalnym sezonie, czy zaistnienie w konkurencji z wielkimi instytucjami państwowymi, a w tej scenerii, w tych warunkach dają sobie radę, gromadzą liczną publiczność, która dowiaduje się o barwnej kulturze, która w ten sposób się przejawia. Jestem wielkim zwolennikiem tego działania pana Kijowskiego i podziwiam, że tak ładnie mu to wszystko idzie.

A.B - Pamięta Pan jakieś szczególne przedstawienie w KTO?

J.P.- Może szczególne to było takie związane z sierpniem, z rocznicą sierpnia, które było bardzo poważne jeżeli o mnie chodzi, poważne piosenki, poważne tematy związane z naszą narodową historią, z Powstaniem Warszawskim. Mam takie przedstawienie, w którym wykonywałem po raz pierwszy swoją piosenkę o Powstaniu i rzeczywiście poruszenie było olbrzymie.

A.B - Pamiętam je, owacja na stojąco…

J.P.- Tak, owacje, bisy, jednym słowem wielkie poruszenie. To daje pogląd na temat tego, że Warszawiacy w takich warunkach nawet, na powietrzu, w otwartej przestrzeni potrafią się i skupić i wzruszać, i bardzo chłonąć treści, które tam im się podaje, czyli w sumie pokazuje to, że miejsce jest dobrze zaaranżowane, miejsce służy wyrażaniu różnych emocji, nie tylko kabaretowych żartów, ale także pewnemu skupieniu, wzruszeniu.

A.B - Ale to również zasługa artystów.

J.P.- Tak, ale artyści nie w każdych warunkach są w stanie się przebić, bo czasami są to warunki nieżyczliwe po prostu, zwłaszcza kiedy jest to sztuka nazwijmy to uproszczona, bez wykwintnej improwizacji, bez bogatych dekoracji, bez dwóch tysięcy prób…

A.B - W teatrze ogródkowym trudno o bogatą inscenizację.

J.P.- No właśnie o to chodzi, to są wymagania artystyczne o niebo wyższe, bo w teatrze ogródkowym trudno o ten cały sztafaż artystyczny, trzeba go zastąpić czymś innym, talent artysty musi pokryć wszystko, braki scenografii czy też padający deszcz, czy wrzeszczące sroki za plecami, to wszystko talentem trzeba pokrywać, a więc tym bardziej jest to pasjonujące wyzwanie.

A.B - W teatrze ogródkowym brak kulis jest Pan bardziej dostępny, bardziej na widoku i  … wszystkie panie mają ułatwioną drogę do Pana ?

J.P.- Nie tylko panie, panowie również, bo to są ludzie, z którymi piłem pod kioskiem piwo czterdzieści lat temu, albo w Hybrydach żeśmy się kolegowali, albo byliśmy razem w wojsku czy w fabryce. Ja w Warszawie znam połowę mieszkańców, Warszawiaków oczywiście, nie mówię o elemencie napływowym, ale do Ogrodów Frascati przychodzą na ogół rdzenni Warszawiacy, tak mi się wydaje z odbioru, co jest dla mnie istotną różnicą.

Ja to wyraźnie widzę na widowni, wiem czy jest element napływowy czy jest warszawski. Moja znajomość z publicznością warszawską od prawie pół wieku powoduje, że mamy zupełnie inne relacje niż z ludźmi, którzy przyjechali tu pięć czy dziesięć lat temu i właściwie dopiero uczą się tego miasta i jego specyficznego nastroju. I z tego punktu widzenia działalność Andrzeja jest też bardzo korzystna, pozwala się skrzyknąć środowisku ludzi, dla których Warszawa jest ważnym miejscem nie tylko jako adres zamieszkania, ale jako pewien zbiór wartości, sentymentów, bo dla każdego Warszawiaka Czerniaków czy te Ogrody na Powiślu mają swój urok i smak młodości, świadomość tego co tam było kiedyś. I takie imprezy w przestrzeni warszawskiej bardzo pomagają określić tę warszawskość.

A.B - I tak doszliśmy do tematu „Teatr to miejsce spotkania”. Zgadza się Pan z dyrektorem, że teatr na świeżym powietrzu tym różni się od teatru zamkniętego, że to teatr przychodzi do widza, a nie widz do teatru, to znaczy, że na artyście ciąży odpowiedzialność wciągnięcia widza w grę, w przeżycia, w emocje, które dzieją się na scenie ?

J.P.- Powiedzmy szczerze, że to jest bardziej dostępne miejsce, codziennie coś innego się dzieje i to sprzyja temu, że się pewna grupa, pewna społeczność gromadzi wokół tego miejsca, które nie ma charakteru repertuarowego tylko co wieczór jest coś innego, coś charakterystycznego, że warto pójść i to jest dodatkowy motyw, dla wielu tysięcy ludzi to jest ważne miejsce w Warszawie. Wiadomo, że teatr jest miejscem spotkania, ważne jaka tradycja się wokół tego wytwarza wokół tego spotkania, kto tam przychodzi, Z mojego punktu widzenia to jest zgromadzenie warszawskie, znacznie bardziej niż w innych placówkach.

A.B - Taka lokalna specjalność.

J.P.- Tak, my się czujemy dobrze, bo znamy to miejsce, znamy te strony, jesteśmy u siebie. Kryją się za tym jakieś psychologie.

A.B - To ostatnie miejsce – Ogrody Frascati, które mamy nadzieję, że już zostanie na stałe, ono znajduje się w centrum miasta, ale jednocześnie jest z tego miasta wyizolowane, wyciszone, nie słychać samochodów, szumu. Z wyjątkiem jakiś emocjonujących wydarzeń na stadionie Legii, można powiedzieć,  że tam jest cisza i spokój.

J.P.- Tak, bardzo to jest fajnie zaaranżowane. Mam nadzieję, że ta inicjatywa będzie się toczyć dalej, że Andrzej rzeczywiście tam od maja do września będzie miał swoją placówkę i że będzie mu to wszystko świetnie funkcjonować.

A.B - Panie Janie, gdyby miał Pan wymienić trzy przymiotniki, które określają dyrektora Kijowskiego, to jakie by one były?

J.P.- Jest na tle innych urzędników bardzo pozytywną osobą, ponieważ ma inicjatywę i ma pomysły i nie boi się ich wcielać w życie, nawet za cenę konfliktów nieraz z różnymi ludźmi i ja to bardzo cenię, bo jeśli człowiek ma odwagę i ma pomysły, i potrafi je jakoś zagospodarować, to jest to taka cecha wyjątkowa na tle spokojnych, uładzonych i bezkonfliktowych urzędników od kultury. Poza tym jest człowiekiem niezwykle wykształconym, inteligentnym, mającym ogromne zaplecze intelektualne do tego co mówi i robi, a więc jego wiedza o teatrach i o całej pracy, którą wykonuje jest olbrzymia, dogłębna i to się liczy. A prywatnie jest miłym człowiekiem, z którym można o wszystkim porozmawiać, pobawić się. Rozumie nie tylko teatry i poważną sztukę, ale również i kabaret. Wydaje mi się, grając od kilku sezonów, że bardzo lubi kabaret i docenia wartość kabaretu w obecnej kulturze, widzi jej znaczenie i ma poczucie humoru. Jest błyskotliwy, inteligentny, śmieje się z żartów… same zalety.

A.B - Proszę mi powiedzieć czy współpraca z dyrektorem także ma same zalety, zawsze wszystko jest zapięte na ostatni guzik, nigdy nie było jakiegoś wywału, wpadki?

J.P.- Nie, nie, zaskoczył mnie tylko raz, na początku, jak zaczynaliśmy współpracę, wygłosił jakieś słowo wstępne, witając nas w swojej placówce i zrobił to wierszem. Byliśmy zaskoczeni z kolegami, bo nic o tym nie wiedzieliśmy, staliśmy za kulisami i słuchaliśmy jak dyrektor rymuje wspominając wiele naszych różnych historycznych spraw, adresów, piosenek, problemów jakie kabaret pod Egidą miewał, to wszystko ujął w bardzo ładną formę wierszowaną.

A.B - Dostał Pan to na piśmie?

J.P.- Tak, tak, i kiedyś na pewno to wydam.

Rozm. Agnieszka Budzyń

Już po świetach ale wciąż z nadzieją, że rozmowy te wykorzystamy w Opracowaniu projektowanym dla XVI KTO i III Ogrodów Frascati

spotka się pani Agnieszka ze Zbigniewem Rymarzem – 22 lutego 2007

A.B - Wie Pan, że to nie będzie wywiad-rzeka?

Z.R.- Nie? A co?

A.B - Kilka – mam nadzieję – wesołych historyjek, które posłużą jako przerywniki dla dyrektorskich tyrad.

Z.R.- Hm, był rzeczywiście taki wesoły akcent… Graliśmy „Lwów”, na Szopena, w „Dolinie Szwajcarskiej” i nagle zerwał się huragan, ulewa potworna, ludzie się schowali, a mnie – od tamtej pory twierdzę, że bardzo dobrze, że się garbię – na plecy spadła zastawka. Gdybym się nie garbił spadłaby na głowę. Wiatr tak miótł, że zalewało scenę, ludzie zaczęli uciekać, trwało to ponad godzinę… Nie skończyliśmy tego spektaklu.

A.B - Jednym słowem: mokry wieczór.

Z.R.- Bardzo mokry, ale czasami tak się zdarza.

A.B - Czy te nieprzewidziane wypadki w ogródkowym teatrze nie wyprowadzają Pana czasem z równowagi?

Z.R.- Nie. Zaczynałem pracę w teatrze pod kierunkiem reżysera, od którego nauczyłem się cierpliwości. To cecha niezbędna w każdym twórczym zawodzie.

A.B - Nie tylko w zawodzie, przydaje się również w kontaktach z innymi. Rozumiem, że dzięki cierpliwości komunikowanie się z dyrektorem Kijowskim nie sprawia Panu problemu.

Z.R.- Nie, spokojnie daję sobie radę. Zresztą, wie Pani, dyrektor jest małomównym człowiekiem.

A.B - Dyrektor?!

Z.R.- Tak, Zazwyczaj mówi tylko jedno zdanie.

A.B - Ale ile to zdanie trwa?!

Z.R.- A, to już inna sprawa…

A.B - Jak się Panowie poznaliście?

Z.R.- Nasze pierwsze spotkanie wyglądało tak, że ja powiedziałem: „dziękuję bardzo, to ja idę do domu”.

A.B - ?

Z.R.- Chodziło o „Lwów”. Przedstawienie zrobione na moich materiałach, wspólna scenografia i reżyseria. Przychodzę na Starówkę, wszystko jest, tylko mojego nazwiska w ogóle nie ma, nie istnieje. Powiedziałem: „no to dobrze, widzę, że dzisiejszy spektakl idzie jako mówiony, to ja jestem wolny, do widzenia”. Rozumie Pani, można mieć cierpliwość, ale pewnych rzeczy trzeba wymagać.

A.B - I jak to się skończyło? Dopisali nazwisko, dokleili?

Z.R.- Nie, nie było jak. Zapowiedzieli, taka specjalna, długa zapowiedź.

A.B - Czyli zrekompensowali faux-pas. Pomimo tego niefortunnego początku współpraca trwa. Co by Pan zmienił w Konkursie Teatrów Ogródkowych?

Z.R.- Przesiałbym wykonawców i zostawił tylko dobre spektakle. Już sama nazwa „teatr ogródkowy” zobowiązuje do jakiś form. Namawiałbym Dyrektora do zrobienia czterech programów ogródkowych. Aktorki w stylowych sukniach, z parasolkami, część operetkowa, potem jakaś jednoaktowa farsa. W tej chwili miejsce na Frascati jest tak ładnie urządzone, ma nastrój, klimat. Można pokusić się o stworzenie takiego cyklu: ogródek fin de siecle’owy, ogródek z czasów pierwszej wojny, ogródek lat dwudziestych i ogródek Dakowskiego z czasów okupacji. To byłaby historia ogródków.

A.B - Świetny pomysł.

Z.R.- Dyrektor zrobił coś wspaniałego, co kojarzy mi się z teatrem, w którym zaczynałem. To było w Poznaniu, za teatrem był ogród, który dyr. Szczerbowski zaadoptował na letnią scenę. No, ale nie o tym rozmawiamy. Wracając do Pani pytania o to, co bym zmienił, jak już mówiłem, przesiałbym wykonawców.

A.B - Co to znaczy?

Z.R.- To znaczy, że częściej sięgałbym na prowincję, bo tam dzieje się wiele ciekawych rzeczy, które można pokazać i dałbym prawo decydowania publiczności o jakości przedstawień od samego początku, czyli od etapu przeglądu. Rozumie Pani? Jury sobie, bo zależy kto będzie w jury, a publiczność sobie.

A.B - A właśnie, a propos, jak Pan tłumaczy fakt, że przez dwa ostatnie sezony werdykt publiczności i jurorów był w zasadzie taki sam? O czym to według Pana świadczy?

Z.R.- O wyrobieniu ogródkowej publiczności, oczywiście, która ma większą odwagę w podejmowaniu decyzji, i o mniej udziwnionej komisji.

A.B - Żartuje Pan sobie…

Z.R.- Nie, pamiętam nagrodzony spektakl, z którego gdyby wyrzucić dwie trzecie, to byłby nienajgorszy, a bez tego był sam bełkot, ale podobał się przewodniczącej jury, która przeforsowała swoją decyzję.

A.B - Acha… To skoro już jesteśmy przy sprawach wątpliwych, miał Pan jakąś wpadkę w KTO?.

Z.R.- Tak, był jeszcze taki incydent na Mariensztacie. Tadek Wiśniewski dostał nagrodę za reżyserię, Monika Świtaj za piosenkę, trzeba było wystąpić, a tego dnia wyszedłem ze szpitala i czułem się bardziej jak rekonwalescent, niż artysta. Ale mimo to stawiłem się o 14:00, żeby zrobić próbę i wszystko byłoby dobrze, tylko nie dowieźli pianina…

A.B - W ogóle?

Z.R.- Nie, na spektakl instrument dojechał.

A.B - To szczęśliwie. A pamięta Pan jakiś szczególny moment konkursu, coś ważnego dla Pana, o czym mógłby Pan powiedzieć: sukces!

Z.R.- Nie ma nic takiego. Wszystkie spektakle grało mi się bardzo dobrze, publiczność dopisywała i dobrze się bawiła. Jedno tylko w plenerze wymaga dopracowania, jak jest wiatr, to fruwają nuty.

A.B - Przecież można je przypiąć.

Z.R.- A jak trzeba ciągle przekładać i przypinać od nowa, to się robią dziury, bo kto w tym czasie ma grać, skoro pianista zajęty jest czy innym.

Rozm. Agnieszka Budzyń

Było już po wyborach. Należało jakoś przywitać się z nową władzą.

Na Sylwestra napisałem wierszyk[2], a potem poprosiłem pania Agnieszkę by dopadła Włodka Paszyńskiego, który –  a ta wiadomość zdawała mi się gwarancją bezpieczeństwa i uczciwości – miał zostać na miejsce Andrzeja Urbańskiego zastępcą obejmującej Urząd Prezydenta Hanny Gronkiewicz Waltz. Dla mnie wydawały się to bardzo dobrym prognostykiem. Byłem wśród samych przyjaciół. Andrzej Urbański był moim przyjacielem i nigdy się tego nie wyprę, Kaczyńskich szanuję obydwu, ale przecież Hanna Gronkiewicz-Waltz pomagała nam zakładać samorząd. W ’92 roku konsultowała Ustawę Warszawską, gdy byłem wicemarszałkiem Sejmiku. No a Paszyński! – Paszczak … był mi przyjacielem jeszcze dawniej niż Jędrek Urbański, poznaliśmy się jak sam powiada przed wojną japońską. Istotnie…

CDN

Przypisy:


[1] Escusi signore „No speaking inglese”
A gdzie kupiłeś sobie takie luks wąsy?
Czy może na stadionie bez praw autorskich?
I gdzie kupiłeś sobie taką super głowę?
Nakrycie na głowę nie musi być typowe
Pytasz się mnie gdy spokojnie sobie leżę
„Sorry mensch – no speaking inglese”
No daj mi Derdziuk wódki, no co ci to stanowi?
„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”


[2] Każdego roku otrzymywali ode mnie radni i prezydenci kartkę wydrukowana w Domu na Smolnej z jakimś najczęściej De La Tourem, tym razem był do Pierro Della Francesca z takim przesłaniem:

Wygranym  Kornie i z nadzieją

Niesiemy mirrę i kadzidło

Wierząc ze złotem się podzielą

By panowanie  im nie zbrzydło


Przegranym! Piosnkę zaśpiewamy

Krzyż Pański czeka wszak każdego

A my z gęślami, z gitarami

Nikomu  nie życzymy złego


Więc dziękujemy dobry Boże

Za nasze spotkania na Dworze

I za rozmowy pod dachami

Za to że nie jesteśmy sami


Przyjmijcie czego trzeba komu –

Kijowski z śródmiejskiego domu

Rozdz. CXXIII – Elżbieta Ryl–Górska czyli operetki czar

poniedziałek, 17 Maj 2010

Na którymś z występów pojawiło się eleganckie towarzystwo. Po koncercie dwie czy trzy panie podeszły do mnie. Pogratulowały imprezy i jedna z nich przedstawiwszy się jako Elżbieta Ryl-Górska spytała czy ewentualnie nie miał bym nic przeciw temu by wystąpiła tu ze swoim recitalem. Ze skruchą wyznaję, że w tym momencie nic mi jej nazwisko nie mówiło. A że miałem już za sobą kilka występów przebrzmiałych gwiazd ocierających się o granicę kiczu spytałem grzecznie czy jednak mógłbym przed nagraniem przesłuchać jakieś Demo koncertu. – Ależ oczywiście odparła niezrażona Artystka. Danusiu (zwróciła się do towarzyszącej jej pani Krasnodębskiej) ofiaruj płytę panu dyrektorowi.

Rzuciwszy okiem na profesjonalne nagranie, a następnie przesłuchawszy wspaniałe Elżbiety Ryl interpretacje operetkowe byłem szczerze zawstydzony. Zresztą, gdym prosił o to demo usłyszałem pół uchem zdumiony szept: Pan Dyrektor chyba nie poznał. No nie poznał, więcej powiem: nie znał.

Świat Operetki był bowiem całkiem teatrowi w latach komuny daleki. A łącząca te obszary postać wyjątkowej krytycznej kanalii i miłośnika operetki Witolda Fillera jeszcze bardziej osoby takie jak ja od operetki odstręczała. W prawdziwej Operetce byłem tylko raz. I wcale nie jest wykluczone, że właśnie Elę Ryl na tym przedstawieniu w roli „Wesołej Wdówk”i mogłem oglądać. No ale było to trochę dawno. Około roku 1963 kiedy to ja miałem lat 9 a moja nowa dolinna muza dokładnie 30.

Na tę Wesołą Wdówkę trafiłem zresztą absolutnym przypadkiem. Tak naprawdę rodzice chcieli bym zobaczył wystawianych w Teatrze na Nowogrodzkiej „Krakowiaków i Górali”, a że przedstawienie zostało z powodu choroby aktora zamienione więc Ojciec nie protestował i bileterzy przymknęli oczy na fakt, że 9 latek będzie kankana podziwał i damską bieliznę podglądał.

Przyszedł wrzesień 2004 roku. Rozpoczęliśmy go próbą nawiązania do tradycji festiwalu piosenki niezależnej. Wsaniały koncert z udziałem Marka Majewskiego, Kaczuch, Daukszewicza (przesło 700 osób) rozpoczął cykl zupełnie nowych zdarzeń. 3 września wystąpił Janek Pietrzak ( ponad 600 osób) z opisywanym już recitalem, a w dzień powszedni, wtorkowy, w ramach tego projektu nazwanego Śpiewające Ogrody – pojawiła się Elżbieta Ryl – Górska.

Szczerze powiem, że mnie zatkało. Skromna choć  elegancka pani, która podeszła do mnie kilka tygodni wcześniej mogła by być bez większego wysiłku moją matką. Kobietom wieku się nie liczy lecz w końcu ustaliłem, że jest od mojej młodsza równo o lat siedem skąd prosty wniosek, że gdym na świat przychodził Elżbieta była już 21 letnią kobietą.

Kiedym jednak przyszedł do ogródka w namiotowej garderobie wśród piór i tiurniur sptrzegłem kobietę piękną, młodą, rewelacyjnie ubraną, godną – słowem gwiazdę, od której (rówieśna jej mniej więcej) Juliette Greco, której koncert ostatnio oglądałem – mogłaby się uczyć szyku.

Zaczął się koncert. Koncert, któremu postawiłem swoje wymagania – tak bardzo mi przecież zależało by w moim ogródku ludzie wraz z artystami śpiewali. – Proszę być o to spokojnym usłyszałem, a następnie rozejrzałem się po krzesłach. Moje marzenie spełniało się samo. Nadciągało publiczność. Ale to już nie były tylko znane mi z ogródków twarze, nie tylko studenci i inteligenci. Widzę godnych bankowych  urzędników, monokle, biżuterie, krawaty. W wielu dłoniach zawczasu przygotowane bukiet. W zwyczajny powszedni dzień po południu zabrakło krzesła ( a mieliśmy ich 220) –  wykorzystane zostały do jednego.

Elżbieta w blasku mych jakże lichych reflektorów, w pięknych, skromnych, obdażonych tylko długimi dekoltami na plecach sukniach – wyglądała zjawiskowo. I śpiewała niezwykle. Ani cienia drżenia głosu, czystość – a wysokie „c” w arii „W ogródku szalona muzyka” z operetki „Czar Walca” O.Straussa –  niemal żarówki „rozśpiewywało”.

Patrząc na jej występ wspomniałem „Sentymentalną Pannę ‘S’” – Jacka Kaczmarskiego. Piosenka ta odebrana w jej pierwszej nie metaforycznej lecz właśnie opisowej warstwie.

Gdy powróciła znów na scenę, z początku nie chciał nikt w to wierzyć,

Widownia była przecież pusta nie licząc stróży i żołnierzy,

Ale rozniosło się po mieście, że znowu jest, że zagra ponoć

Więc się zaczęli schodzić gapie, choć bilet  NIE kosztowAŁ słono.

Przyszli – jej DAWNI wielbiciele, już przerzedzeni, postarzali.

I po raz pierwszy znów po latach niektórzy z nICH się spotykali,

A ona była trochę inna, choć przecież kostium był ten sam

I takim wzrokiem – jak my jej – zaczęła się przyglądać nam.

[…]

Ale obok starszych Państwa w Elżbiety czyli mych rodziców wieku, obok garstki moich rówieśników, którzy mogli jeszcze bywać w Operetce na Nowogrodzkiej. Dostrzegłem też młodzież.


„Niespodziewanie nam pomogli jej nowi wielbiciele młodzi

Wielbiący ją, jak starą gwiazdę co zamiast spadać – nagle wschodzi

I na ramionach ją ponieśli z tą siłą, której nam nie stało

A ona miała twarz poważną, w której coś jakby odmłodniało.”

Młodzi bankowcy, urzędnicy, przedstawiciele handlowi. To nie są ludzie kultury. To tzw. kulturalny establishment, który zawsze i wszędzie jest naturalnym klientem sztuki operetkowej. Prostej, wzruszającej, przyzwoitej – snobistycznej nieco. Operetki niosącej za sobą atmosferę pożądanego salonu. Operetki będącej miejscem spotkania, gdzi można jakby powiedział Gombrowicza ( w „Operetce”) „w konwencjonalnej formie wieść lekki towarzyski flirt”.

Elżbieta Ryl-Górska córka Marii Prażmówny, która jako „uczennica szkoły śpiewu pani Sobolewskiej występowała’ – jak donosił Express Poranny z 31 lipca 1927 roku -  z dużym powodzeniem na koncercie w Dolinie Szwajcarskiej w miejscu tym śpiewała ze szczególnym wzruszeniem. Okazała się jedną z tych osób, które moje szaleństwo zrozumiały, czytały jego korzenie. Bywała także na innych koncertach. Przyniosła mi ten wycinek z fotografią swej jej mamy zrobiony na dobrych kilka lat przed swym urodzeniem. Z poczuciem humoru, dystansem do siebie opowiadała mi Artystka swe piosenkarskie życie, występy w Operetce, pięć małżeństw, wieloletni pobyt w Kolonii ( u boku jednego z mężów), wreszcie powrót do Ojczyzny i … do pierwszego męża.

Elżbieta Ryl-Górska (sopran), Ryszard Wojtkowski (tenor), Ewelina Hańska (sopran) i Aleksander Czajkowski-Ładysz (bas)

Ma Ryl-Górska swój dwór, swych wielbicieli ( i wielbicielki!). Urządza imieniny, bywa w uzdrowskach, jest gwiazdą podkowiańskiego Salonu prowadzonego przez Edwarda Ipnarskiego. Nie samą bowiem Bocheńską salony pisane. Za Elżbietą ciągną salony prawdziwe, muzyczne, ludzie ze słuchem, których nie trzeba namawiać by „Usta milczą” z duszą wspólnie śpiewali. Tak  jak Janek Pietrzak stała się odtąd piękna Elżbieta drugą Ogródkową Muzą.

I w następnych latach częstą ozdobą tak „Śpiewających …” –  jak współtworzonych przez Aleksandra Czajkowskiego-Ładysza już na Frascatii niedzielnych Muzycznych Ogrodów.

Rozdział CXX – Jan Pietrzak Prezydentem wszystkich Kaczorów

niedziela, 9 Maj 2010

Poznałem go w pierwszych dniach października  1976 roku. Dużo jednak minęło czasu – 30 lat do chwili, gdy nasze drogi się przetną i choć z różnych stron, okazuje się, że dziś w jednym zmierzamy kierunku.

Poznałem go w dniu, w którym z rąk pani profesor Kulczyckiej-Saloni odebrałem uzyskany w czerwcu dyplom ukończenia z wyróżnieniem studiów polonistycznych. Zapytany w przytomności  wyróżnionych starszych kolegów m.in. Włodka Boleckiego i Marka Zalewskiego co mam zamiar zrobić z tak pięknie zdobytym dyplomem: - Cóż myślę że teraz zacznę naprawdę studiować. Miałem nieostrożność odpowiedzieć. - Rozumiem to jako przytyk do niezbyt wysokiego poziomu studiów wycedziła przez zęby komunistyczna pani dziekan podczas gdy ja w istocie miałem na myśli spełnienie marzenia o studiowaniu Reżyserii na PWST. Cóż się więc dziwić, że gdy tego marzenia nie dali mi znów spełnić profesorowie szkoły teatralnej ( i niech Bóg sądzi ich niepojęte  wyroki) również profesorowie warszawskiej polonistyki nie znaleźli dla mnie miejsca na studiach doktoranckich bym mógł naprawdę postudiować. Na pół roku przytuli mnie Erwin Axer na swego asystenta do Teatru  Współczesnego ( za frico rzecz jasna za frico,  a frico to było bezpłatne dożywianie w bufecie Pelasi). Osiądę wreszcie na studiach doktoranckich w IFiS PAN. Przełom września i października 76 roku. Równolegle rodził się KOR, przepisywałem komunikaty. Różne fajne rzeczy.

Tymczasem Ojciec postanowi uczcić mój dyplom zapraszając na Chmielną (zwaną wtedy Rutkowskiego) do kabaretu pod Egidą. - Wiesz ich jest tam dwóch oświecił mnie senior.  Zdolny czyli Jonasz Kofta i politycznie ustawiony tzn. Jan Pietrzak. No tak,  to nie był wszak jeszcze ten dzisiejszy, ważny, kultowy Jan Pietrzak, na widok którego moherowe berety wstają z miejsc wyśpiewując ze łzami „Żeby Polska…” Kim był naprawdę, a raczej jakie trzeba było mieć w PRL korzenie by uzyskać status umożliwiający „zostanie przyzwoitym” nie dowiedziałbym się łatwo gdyby nie indoktrynacja „Gazety Wyborczej”. Ta ostatnia podaje tylko fakty dobre i złe lecz zawsze jej wygodne,  z nich zaś wynika, że mało kto jest tak gruntownie utytłany w PRL@u jak ów bard solidarności goniący dziś komuchów każdym słowem.

Mówiąc najkrócej i to słowami reżimowego satyryka Ryszarda Marka Grońskiego. „- Za inicjatorem powstania nowego kabaretu Janem Pietrzakiem przemawia legitymacja PZPR, KPP-owska tradycja rodzinna. (…). Prawda, Pietrzak współpracował z Koftą. Pocieszano się, że ta współpraca nie będzie trwać wiecznie. Inni artyści pierwszego programu uciszali niepokój. Siemion – to była firma; ozdoba rocznicowych akademii. Młody aktor Wojciech Brzozowicz należał, gdzie trzeba, i sympatyzował, z kim należało. Piszący dla kabaretu debiutant Marcin Wolski też same zalety: związki rodzinne z » Żołnierzem Wolności  «. Autor Egidy – Słojewski to znowu felietonista Hamilton z » Kultury  «, redagowanej przez Janusza Wilhelmiego, pisma bojkotowanego przez pisarzy z kręgów odległych od obozowiska Moczara”.

Jednak szef Egidy, przyznaje Groński, „poszedł za publicznością, i to nie tą komitetową”.

No właśnie. Jan Stefan Pietrzak urodził się na warszawskim Targówku jako syn Wacława i Władysławy z Majewskich. Ojciec był działaczem Komunistyczna Partia Polski, w Berezie Kartuskiej był więźniem sanacji. W 1940 był współzałożycielem organizacji „Młot i Sierp”, która później weszła w skład Związku Walki Wyzwoleńczej (przekształconego następnie w Polską Partię Robotniczą (PPR). W październiku 1942 Wacław Pietrzak został pojmany przez gestapo, w wyniku prowokacji wewnątrz organizacji, a następnie zakatowany w więzieniu na Pawiaku. Po wojnie został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Grunwaldu. Władysława Pietrzak matka Janka w latach 1947–1952 była posłanką na tzw. Sejm Ustawodawczy.

Jan Pietrzak w bardzo młodym wieku został posłany przez matkę do wojska. W latach 1948–1957 był kolejno słuchaczem Korpusu Kadetów im. gen. Karola Świerczewskiego oraz Oficerskiej Szkoły Radiolokacyjnej w Jeleniej Górze. Po odejściu z wojska pracował w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych przy produkcji telewizorów. Studiował również na kursie wieczorowo-zaocznym na Wydziale Socjologii Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, którą ukończył w roku 1968. Był oczywiście członkiem Związku Młodzieży Polskiej (ZMP) oraz PZPR, działał w radzie robotniczej Zakładów Telewizyjnych.

Jak pisze Rafał Kalukin w sumującym Janka barwny życiorys tekście z Gazety Wyborczej Pietrzak okazuje się genialnym organizatorem: bez niego Egida długo by się nie utrzymała. Biegał z tekstami do cenzury, kłócąc się zajadle. Legitymacja PZPR była przydatna. I ściągał gwiazdy, te największe. Występowali w Egidzie m.in. Fronczewski, Pszoniak, Janda, Krafftówna, Gajos, Kaczmarski, Kaczor, Rinn, Dałkowska, Żółkowska.

Nie ma wątpliwości w III RP nie ma miejsca dla ludzi spoza układu. Może być to układ komunistczny, w którym przez lata funkcjonował Pietrzak, Gminny, który sprawia, że choćby nie wiem jak się kłócili Michnik nigdy nie skrzywdzi Wildsteina tak jak Chojeckiego. W inne mafijno eNKWuDeckie już się nie zagłębiajmy.

Na ten fakt wskazywali też bracia  Kaczyńscy pomijając tylko ten, że chcąc władzy realnej nie mogą się też od istniejących w Europie zależności odżegnywać. Kompulsywnie  szukają więc swoich reprezentantów tak Gminie jak i wśród masonów. Jak nie Józek Orzeł to Lutek Dorn, jak nie Dorn to Bronek Wildstein otwarcie przyznający się do koneksji z polską Lożą Masońską.  Zawsze przecież trafiają na wygnańców ze stada. Zamknięte koło.

A wszystko to z okazji Janka Pietrzaka, który pamiętam na tym koncercie w październiku ’76 roku w Egidzie, obok leitmotivu „Bęc Wuja w czoło – już jest wesoło” – wykonał pewnie jeden z pierwszych razów napisną w czerwcu tego roku  snującą się rozciągliwie pieśń „Żeby Polska była Polską”.  - „Chryste co za grafomania” – trzymał się mój Senior z uszy. Zapomniałem piosenkę. Przypominam sobie  jednak dobrze moment gdy po czterech latach też w październiku roku ’80 tego roku przybiegła do mnie w Białymstoku rozgorączkowana studentka. – „Jest!  Jest! – Jest -  hymn solidarności, niech pan doktor  przeczyta” powiedziałia i wręczyła mi przepisany na maszynie tekst: „z głębi dziejów z krain mrocznych.” Nie powiem żeby mnie zachwycił, ani nawet by szczególnie poruszyło mnie pierwsze wysłuchane nagranie. Nawet chyba w tym momencie nie pamiętałem, żem już je już kiedyś słyszał.

Jednak z czasem … oto dowód na względność sądów estetycznych, na relacjonizm oceny. Wartość utworu Pietrzaka nie jest wszak immanentna. Nie ma też obiektywnego charakteru. Nakłada się na nią doświadczenie pokoleniowe, absorbuje ona płonące oczy studenki Wydział Pedagogiki i Psychologii FUW w Białymstoku, i to wszystko co w związku z tą pieśnią wykonywaną nawet przez Franka Sinatrę przeżyliśmy aż po koncert „Let Poland be Poland” w roku ’82.

Inna sprawa, że sporo i w tej sprawie mitu. I więcej totolotkowego szczęścia niż własnej zasługi. Zawsze wiedziałem, że Pietrzak wybrał powrót do Polski i półprywatne koncerty w Stanie Wojennym wydawało mi się jednak, że wystąpił w tym koncercie, którego transmisję słuchałem 31 stycznia 82 roku w Białymstoku w noc poprzedzającą wizytę u uniwersyteckiego komisarza profesora Jerzego Niemca, który miał zamiar zwolnić mnie z pracy.

Efekt był istnie teatralny. Na dole kłębił się tłumek odprowadzających mnie studentów z kwieciem w kolorach narodowych. Jerzy Niemiec próbował zmiękczyć mnie przedłużonym oczekiwaniem, ja podśpiewałem jego zbaraniałej sekretarce „Let Poland be Poland” miałem bowiem ukrytego asa w rękawie.

Otóż gdy już komisarzyna napocił się i nabzdyczył by wreszcie wyjąkać, że w tej sytuacji nie ma innego wyjścia tylko wypowiedzieć mi umowę o pracę, ja wyciągnąłem z zanadrza pismo jego starszego kolegi w Ubeckim fachu prof. dra Kazimierza Doktora, w danym momencie też komisarza, który … – proponował Filii zatrudnienie mnie w warszawskim Instytucie Filozofii i Socjologii  PAN na mocy porozumienia zakładów pracy !

Szok był pełen. Jakież to ja dla Niemca musiałem mieć ubeckie plecy skoro w takim momencie uzyskiwałem w istocie wiele razy lepszą pracę w Stolicy. Wielkiego fartu nie mam ale w sytuacjach ostatecznych spadam na cztey łapy. Decyzja, którą Doktor ( chcąc tanim kosztem uwiarygodnić się w roli komisarza IFISu) podtrzymał była jedynie realizacją Uchwały Rady Naukowej z ‘81 roku, która uznała, że jest skandalem niezatrudnienie w Instytucie jedynego doktoranta w dziejach Studium, który doktorat napisał i obronił w terminie. Słowem qui pro quo  z „Let Poland be Poland” na ustach.

Wracajmy do Pietrzaka. Rechot historii sprawił, że w późnych latach 70@tych jakoś tak od 77 do 81 zostałem z Jankiem skoligacony. Uczyniła to moja

Elżbieta Kijowska

stryjeczna siostra Elżbieta, aktorka, która wśliznęła się do jego alkowy w modrzewiowym dworku przy sejmie czyli jak zwał tak zwał – fińskim domku na Jazdowie. Dziecka jednak, którym z dużym samozaparciem próbowała go obdarzyć urodzić nie zdołała, więc Janek do Ameryki zwiał, a gdy w ‘83 roku do Polski wrócił przywiózł z tamtąd prawowitą żonę.

Jan Pietrzak z Rodziną

Dopiero ostatnio odkryłem, że pomyliłem się chwaląc go za odwagę, za to że nie odmówił swego udziału w Reaganowskim show. Otóż odmówił: ani obywatelstwa nie przyjął, ani nie wystąpił. Nie zdystansował się tylko do sprawy i w ten sposób spijał konfitury z obydwu naczyń. Był popularny na Zachodzie i wrócił do Polski jako bard Solidarności. Jednak czerwony o nic się doń nie mógł przyczepić.

Majstersztyk ! Milion w Totka. Słowem fart. Coraz trudniej zgodzić mi  się z Einsteinem że sukces to 99 % pracy i 1% talentu. Myślę, że więcej racji miał Bonaparte pytając przed awansem czy dany oficer ma szczęście. Jednak nie uogólniajmy. A jeśli już to robimy miejmy świadomość, jakie okoliczności oddziaływują na nasz sąd. Sąd Einsteina kształtował pruski porządek, szwajcarska dokładność, amerykański obiektywizm. Napoleon opierał się na doświadczeniach wojennych przypadków.

Ja też, gdy patrzę na moje życie i życie mych przyjaciół w każdym jego fragmencie widzę niepokój, szarpaninę, przypadkowość. Jak los Janka Pietrzaka wysypał się z ruletki historii, tak i moim zmaganiom całe życie towarzyszy niepokój. A poważną jego przyczyną stanie się toczona przeze mnie przez lat trzy bez mała:

Wojna o Pietrzaka

Po latach spotkaliśmy się przelotnie gdy już objąłem dom kultury, a on dał w czerwcu 2004 roku koncert na kombatanckiej popijawie jaką zorganizowali koledzy ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa w Pałacu Kultury. Ponieważ jak zwykle narzekał publicznie, że nie ma gdzie występować w Warszawie podszłem doń i spytałem czy nie chciałby zinstalować się z Egidą na Smolnej. Odniósł się do propozycji wstrzemięźliwie i zasugerował negocjacje z Krzysiem Paszkiem swoim akompaniatorem i impresario.

Nim jednak podjąłem temat zjawił się Ryś Makowski i ściągnął Janka na kabaretowy występ w Dolinie Szwajcarskiej. Było to wydarzenie ! Koniec sierpnia. Impreza już rozkręcona, niepłatna. Dolina pękała w szwach. Frekwencja sięgnęła tysiąca osób. Śmiech, wzruszenie. Pietrzak w rewelacyjnej formie. Na coś przydały mu się studia socjologiczne. Jego dowcipy nieraz z brodą, często cytowane ze zbioru Humoru Polskiego „Kultury Paryskiej” (do czego się w życiu nie przyzna) okrasza jednak znakomitym, ironicznym często pogłębionym komentarzem. Nie ma wątpliwości, że w klasie polskich opowiadaczy dowcipów jest Pietrzak mistrzem nad mistrzami, co spotyka się z bardzo gorącym przyjęciem publiczności. Jedno mi niewątpliwie u Janka bliskie. To co (jak o nim napisał Groński)  z politruka zmieniło go w artystę, to mianowicie, że uważnie wsłuchuje się w reakcję publiczności.

Jan Pietrzak w Dolinie Szwajcarskiej 3.IX. 2004

Podobnie i ja: w teatrze, w kabarecie w każdym miejscu spotkania obserwuję widownię. Interesuje mnie autentyczna i zjednoczona. I nie pytam czy artysta realizuje jakieś abstakcyjne założenia estetyczne. Pytam tylko czy buduje wspólnotę. Otóż gdy końca dobiegał koncert Jana Pietrzaka w Dolinie Szwajcarskiej rozglądałem się wokół i widziałem twarze roześmiane, oczy myślące, gesty uprzejme. I widziałem gęstniejącą widownię. W tym momencie nie ukrywam zakochałem się w Pietrzaku jako artyście. Niemal w ostatniej chwili na 40 minut przed końcem koncertu posłałem niezawodnego Wojtka po białoczerwone róże, Dziecię zaś moje młodsze 11 letnią Emilkę, która jedyna z rodziny wspierała czasem swoją obecnością moje przeżycia uprosiłem by je wręczyła Pietrzakowi. Ten koncert to było wydarzenie rozpoczynające wydarzeń cykl.  Zrozumiałem wówczas, że Janek przyciąga dokładnie ten rodzaj publiczności, której jest potrzebna moja Dolina Szwajcarska i której mogę służyć jako dyrektor domu kultury.

Jeśli bowiem teatromani, miłośnicy muzyki czy wysublimowanego malarstwa mają w Stolicy dziesiątki ezoterycznych miejsc dla zaspokajania swych potrzeb, a młodzież znakomite sale na koncerty młodzieżowe to osierocona została publiczność nazwijmy ją kabaretowa, a szczególnie ludzie nieco starsi, już na skraju wieku produkcyjnego, ci których gusta kształtowały się u schyłku PRLu często w opozycji do obowiązującej wówczas socjalistycznego kanonu. Ci ludzie to inteligenci ale nie intelektualiści. To wyżsi urzędnicy, nauczyciele, adwokaci czy prawni radcowie,  emerytowani lekarze. Przedstawicielami tego adresowanego do nich nurtu stali się w pierwszym sezonie goście Makowskiego i Klawego: Janeczko, Daukszewicz czy Marek Majewski, który zresztą wkrótce bardzo się zadomowi.

Ale wracajmy do Pietrzaka. Zadowolenie było obustronne. Ja dostałem człowieka, który przyciąga tłumy, on osobę, która mu tej publiczności nie żałuje. Twierdzi bowiem Pietrzak i z pewnością jest w tym trochę prawdy, że od czasu gdy zwariował (tak oczywiście  on się nie wyrazi) i postanowił kandydować na Prezydenta uzyskując 1% głosów w telewizji publicznej zapanował na niego zapis ostrzejszy niż za czasów cenzury PRL. Przedstawiciele mediów twierdzą oczywiście co innego, iż nie podnosi on oglądalności. No cóż ? Napewno nie w tym stopniu co sezonowa Doda Elektroda ale wszakże repertuar to różnorodność. Dla mnie było jasne, że swoją publiczność Pietrzak ma.

Wyciągnąłem też stąd wnioski i od października 2004 Roku Kabaret Egida gościł na Smolnej prawie trzy sezony. Mimo, że w istocie realizowałem obietnicę prezydenta Kaczyńskiego, który obiecał Jankowi jakiś lokal w Warszawie decyzja moja wzbudziła same negatywne emocje. Niezadowoleni byli pracownicy, urzędnicy, kontrolerzy – tylko publiczność mimo braku środków na reklamę przychodziła godząc się płacić wcale nie małą cenę za występ 12 osobowego kabaretu.

Od tego momentu każdy piątek stał się dla mnie swoistym świętem. Dom na Smolnej jak go nazwałem stał się miejscem, gdzie zapanowała miła, lekko buduarowa atmosfera. Z Jankiem przybywała Ewa Dałkowska, Marcin Wolski, dziewczęta: Renata Zarębska i Asia Jeżewska o Pawle Dłużewski i Rafale Ziemkiewiczu nie zapominając.

Na pierwszy występ Janka ułożyłem melorecytatywny eloge, w którego wykonaniu wspierał mnie Krzyś Paszek. Brzmiał tak:

Tak więc każdego wieczora doskonaliłem się w profesji zapowiadacza nawiązującego poniekąd do tradycji Mariana Załuckiego.

Ja się doskonaliłem, a w Warszawie zawrzało. Po 10 latach wyganania Pietrzak otrzymał miejsce w Warszawie. Zaczęły się szykany, donosy, kolejne kontrole. Powtarzające zgodnie, iż „Dyrektor DKŚ nie kieruje się zasadą efektywności przy zawieraniu umów z podmiotami zewnętrznymi i ponownie zawarł w 2006 r. umowę z Towarzystwem „Egida” Jana Pietrzaka, która nie przysparza Domu Kultury korzyści finansowych, a w wyniku której jednostka ponosi koszty związane z organizacją. „ Dlaczego w w/w repertuarze reklamuje Pan „Kabaret Egida”, który jest imprezą poza statututową, kosztem statutowych imprez ?” Pytano.  Odpowiadałem, że:  Nie wiem na jakiej podstawie stwierdza się, że występy w Domu Kultury zrodzonego w studenckich Hybrydach ( też klubie kultury) charyzmatycznego Kabaretu Pod Egidą  Jana Pietrzaka nie są imprezą statutową. W moim przekonaniu impreza ta wyczerpuje dyspozycje przynajmniej   cztery z 11 punktów określających w § 6 Zakres działalności Domu Kultury a to:

1.   – rozpoznawanie, rozbudzanie i zaspokajanie potrzeb oraz zainteresowań kulturalnych mieszkańców;

9 . -  edukację kulturalną i wychowanie przez sztukę

10. kształtowanie nawyków mieszkańców do aktywnego współtworzenia i odbioru różnorodnych form spędzania czasu wolnego;

11 – inne działania na rzecz rozwijania i zaspokajania potrzeb kulturalnych mieszkańców.

Jak wyjaśniałem  już wielokrotnie celem tego przedsięwzięcia jest stworzenie z Domu na Smolnej miejsca w Warszawie, do którego chętnie zacznie przychodzić publiczność zachęcona możliwością spotykaniu tu kultowego przedstawiciela politycznego kabaretu. Zamieszczenie reklamy Kabaretu Pod Egidą jest więc w istocie reklamą miejsca, które na taką reklamę może sobie pozwolić. Promuje i wysoko wartościuje wszelką prowadzoną przez Dom Kultury Śródmieście  działalność. Daje nam to renomę podobną do tej jaką dzięki afiliowaniu Piwnicy Pod Baranami zyskał krakowski Wojewódzki Dom Kultury, w którego lokalu mieści się  słynna Piwnica.

Stawano na głowie. Najpiękniej było, gdy za korzystną uznawano umowę, jaką na występy w ogrodach zawarłem z Egidą za występ samego Pietrzaka z akompaniującym mu Krzysiem Paszkiem  na który wstęp był wolny,a który kosztował dom kultury 1500 zł ( nb. to ¼ przeciętnej stawki Kabaretu), natomiast fakt wypłacenia kabaretowi za występ około 3, 5  tys w całości pozyskany z biletów sprzedanych na występ 12 gwiazd estrady – był dla kontroli: niekorzystny finansowo.

W sumie oceniam dziś -  to fakt mojego uporu i walki o to, aby zgodnie z wolą prezydenta Lecha Kaczyńskiego „Smolna była domem dla Pietrzaka” stał się jedną z głównych przyczyn wyeliminowania mnie przez urzędników miejskich z dyrektorskiego staffu.

Ja jednak brnąłem w Pietrzaka coraz głębiej. Po pierwszym sezonie wydaliśmy płytę. ( Co oczywiście stało się kolejnym asumptem do zarzutów kontrolerów, którzy z Domu na Smolnej już nie wychodzili.

W następnym sezonie przygotowałem nowy wierszyk, który zresztą starałem się już z tygodnia na tydzień aktualizować. Brzmiał tak:

Witam w Domu na Smolnej

Już Rok tu gra Egida

Prezydent Ubył jeden

a jakiś by się przydał

Mówił nie będzie lepiej

Lecz śmieszniej – o mój Boże

Naiwny ten satyryk

Wszak śmieszniej być nie może

Więc gdy w sejmie  kabaret

Gdy z Trybuny Kuplety

O czym  ma marzyć Egida ?

Na co sprzedawać bilety ?

Dobre rady, krytyka,

Patriotyzmu szczypta

Trochę jeszcze humoru

I melodia niezwykła ?

Tak  mili – trudna rada

Nie stać nas na wybory

Chcą komisarza w Warszawie

Gdy odfrunęły Kaczory

Więc gdy rządzą na luzie

Codziennie nowa draka

Rekomenduję Państwu:

Na serio – Jana Pietrzaka

Ja jemu wierszyki. On mi melodię. Po sukcesie w Dolinie Szwajcarskiej występować będzie Pietrzak przy wielotysięcznej publiczności każdego roku w Ogrodach Frascatii.

Ostatni jego występ skwitowałem następująco:

Zwykłem dla Janka pisać fraszkę

Lecz dzisiaj odniósłbym porażkę

Gdy Zyta  w sądzie,  to znów  w rządzie

Wy ogródkowi  się pokłońcie

Że koalicja nasza trwa

Tu na Frascati z ATeKa

Gra Krzysztof Paszek trzeci rok

A Państwa nie ogarnia wzrok:

Ogłaszam dumny jak ten paw

Przed Państwem Pietrzak: żądny braw !

No właśnie – dumny ! Ale to dopiero nadejdzie.

Na razie wracajmy do Doliny Szwajcarskiej

CDN

Rozdz. CXI – Z Paszyńskim i Kisielewskim po Podlasiu

niedziela, 31 Styczeń 2010

Alert czyli Sympatyczne Miglance

W oczekiwaniu zatem na dotację przekształconego w jedną strukturę Miasta dla  XII KTO zająłem się rozkręconym już Alertem Europejskim.  Zająłem się nim właściwie z poczucia obowiązku i misji. No i po to by otaczający mnie ludzie mogli coś zarobić. Sam praktycznie nie zarabiałem na tym nic. No może z trudem pokryłem symboliczny czynsz Wilczej za dwa misiące. Nb. po dwóch latach musiałem po kontrolki NIKu zwrócić UKIE z własnej kieszenie 500 zł.  Urzędnicy doszli bowiem do wniosku, że w ramach przyznanej dotacji nie miałem prawa zmniejszyć kwot projektowanych na noclegi i wyżywienie by trochę lepiej zapłacić ekspertom.

Po wyprawie do Kopenhagi, gdzie 13 grudnia 2002 roku formalnie zakończono negocjacje akcesyjne myślałem o jeździe do Aten. Tam odbywać się miał  16 kwietnia kolejny europejski szczyt – tam też nastąpić miało ( i faktycznie 16 kwietnia nastąpiło) podpisanie Traktatu nt. przystąpienia Polski i pozostałych kandydujących Państw do Unii Europejskiej.

Chciałem przejechać tym razem południową Polskę, i kandydujące wraz z nami do Unii Czechy, Węgry kawałek Macedonii. Poprosiłem o większe  pieniądze. Jednak w UKIE nie zgodzono się na to.

Skończyło się zatem na przedreferendalnej  agitacji na ścianie wschodniej Polski. Celem II Alertu Europejskiego, który odbywał się w rezultacie od 15 do 21maja 2003 była promocja referendum akcesyjnego. Zachęcenie do uczestnictwa w Referendum i dostarczanie argumentów za przystąpieniem do Unii Europejskiej. Poszerzenie wiedzy na temat realnych możliwości i szans  w momencie przystąpienia do Unii. Uruchomiłem Telewizję Publiczną: Program I ( Telewizja Śniadaniowa); TVP Program 3 ( Regionalna) – magazyn Eurotel

Przypomniałem, że Alert to stan podwyższonej gotowości. Szczególnie na specjalnie zagrożonych terenach. Alert dotyczył tych wszystkich, którzy obawiali się, że doraźne kłopoty mogą zmarnować historyczną szansę Polski jaka była marzeniem 10 pokoleń naszych przodków. Dlatego ogłosiłem ten Alert. Czyli gotowość środowisk: głównie szkolnych, kulturalnych i samorządowych pragnących działać na swoim terenie na rzecz Referendum. 15 maja ruszyliśmy z happenigowym Eurobusem zbierać pokłosie Alertu.

Ełk _ Happening

Ełk - Alert Europejski

Alert robiliśmy z Konsekwentnymi, młodymi fajnymi ludźmi, których poznałem jeszcze w Warszawskim Ośrodku Kultury. Adam Sajnuk i Agnieszka Czekierda i ich impresario Aldona stanowią dziś trzon zespołu, od którego oddzielił się po zdaniu do Szkoły Teatralnej twórca tej grupy – Marcin Kołaczkowski.  Konsekewntni do zawodu konsekwentnie przebijają sie spoza Akademii. Nie podoba się to akademikom ( takim choćby jak Staszek Górka ) ale zachwyca publiczność wśród której „Konsekwentni” niby zespół rockowy mają grupy wiernych fanów. Wiem, że także i dla tych młodych ludzi jazda po Podlasiu, spotkania z ludźmi, sam fakt, że wyczarowałem autobus, ekspertów, pieniadze i nagłośnienie – było swoistym przeżyciem.

No właśnie nagłośnienie. Niby nic  ale jak tu sprawić by jadący przez małe  miasteczka autobus ( nie wszędzie się zatrzymywaliśmy) grzmiał. – Autobus musi mieć  przetwornicę: urządzenie zamieniające prąd z akumulatura na właściwy do zasilenia wzmacniacza. Zdobyłem taki autobus, po długim namyśle zaopatrzyłem go w hak holowniczy i przyczepę, na której jechały dwie wierne kolumny ( jeszcze te od Witka Szymańskiego kupowane), które dzielnie przetrzymały całą drogę. Jechał też z nami głupkowaty Adam – akustyk, który omało nie doprowadził mnie do zawału na dzień przed wyjazdem patrząc schematycznie na aparaturę, która nb. przez dwa lata osobiście  obsługiwał na Ogródkach. Na godzinę przed wyjzadem już w autokarze i ogłosił mi nagle że wszystko jest do wyrzucenia. Zdechło ! Cud, że Wróbel, który był tego sprzętu pierszym właścicielem tego sprzętu odebrał komórkę, przyjechał na sygnale przypominajac studencikowi, że gdzieś tam plus z minusem czy wejście z wyjściem są inaczej oznaczone. Wreszcie wszystko zagrało, przybyliśmy, zobaczyliśmy, zwyciężyliśmy,

Konsekwentni, przygotowali specjalny Happening o zaślubinach Polonii Z Europą. Śpiwali piosenki, tańczyli na placach, pomagali rozdawać nagrody w edukacyjnych konkursach przeprowadzanych przeze mnie z ekspertyami. Tym razem o pomoc poprosiłem dziennikarza i syna słynnego Kisiela – Jurka Kisielewskiego oraz byłego kuratora, krótko wiceministra oświaty, dziś znów wiceprezydenta Warszawy czyli Nauczyciela Doskonałego jakim jest Włodek Paszyński.

Ruszyliśmy przez Warszawę – Olecko – Gołdap – Grajewo – Krynki – Bielsk Podlaski – Siemiatycze – Sokołów Podlaski – Białą Podlaską- Radzyń Podlaski – Lubartów – Lublin – Świdnik – Krasnystaw – Zamość –Biłgoraj – Tarnobrzeg– Starachowice – z powrotem do Warszawy.

Wesoly autobus "Konsekwentni"

Po prawdzie to z tym Alertem było tak. Czułem, że po Kopenhadze trzeba iść za ciosem, choć z coraz większym przerażeniem stwierdzałem, że kolejne moje akcje może i służą czemuś, pewnie przysparzają mi popularności. Jednak tak są skonstruowane, że nie dają żadnego regularnego dochodu. No ale działałem trochę jak bankrut. Tyle, że ideowy. Tak uwierzyłem w rok 89, tak uwierzyłem, że jesteśmy w wolnym kraju, takim cudem zdało mi się otwarcie granic, wypełnienie półek, wycofanie wojsk rosyjskich z Polski, że mimo, iż na moich oczach kształtowały się mafie (tu Układ Warszawski), tam w okolicach Unii Wolności przekształconej potem w Paltformę Obywatelską odzyskiwały wpływy gminne sojusze. Widać było to już gołym okiem – ja jednak wciąż w to nie wierzyłem. Wciąż dawałem siebie. Wciąż nie pytałem o płacę i czułem się jak złodziej, gdy z pozyskanego przeze mnie na integracyjne akcje łącznego funduszu w granicach stu tysięcy złotych w kieszeni pozostało mi (i to bez odliczenia wszystkich kosztów) po sześciu miesiącach pracy około 6 tys. zł. Naturalnie nie na tych fakturach, które mi potem kwestionowano.

No ale jak by nie liczyc w skali roku czy siedmiolecia, każda konkretna wpłata pozwalała złapać oddech, pospłacać zwolna kształtujące się zaległości: a to ZUS, a to VAT, czynsz, telefon. Z takimi płatnościami od czasu X KTO już zaczynałem zalegać. Ciągle jeszcze liczyłem na nagrodę.

Marek Chojnacki

Przypominam sobie Marka Chojnackiego. Ten miły, wykształcony młody człowiek, którego poznałem na stanowisku zastępcy Joli Kessler-Chojeckiej jako wicedyrektora Centrum Prasowego PAI bardzo był dumny z siebie po zorganizowaniu obsługi pielgrzymki papieskiej w bodaj 99 roku. Przyjmował potem stanowisko konsula w Lyonie stwierdząjc ze spokojem: jakaś nagroda musi być. No tak, ale on pracował w strukturze. Na sukces choćby zarządzającego w tym czasie PAI Jana Musiała. Ja zaś pozyskując środki dawałem coś publiczności,  Sprawie, konkretnym zarabiającym dzięki mnie osobom. Jednak pracowałem zawsze na siebie. I to  był   błąd. Choć nie do końca przeze mnie zawiniony. Nigdy bowiem nie spotkałem nikogo (od Erwina Axera czy Stefana Morawskiego poczynając na Olechowskim kończąc) – kto by chciał bym pracował na niego. Jakoś tak się złożyło, że to u mnie pracowno. Ja zaś szczyciłem się tym, że zatrudniam najlepszych. Właśnie takich co też pracują na siebie.

Starałem się też zatrudniać młodzież.[1] Choć to szło mi gorzej, bo nie bardzo potrafię prowadzić za rączkę. Zakładam u moich podopiecznych ten sam co u siebie poziom inteligencji, a nawet niezależności. Co się zaś tyczy tych lepszych. Tu z kolei zakładałem, najczęściej błędnie niestety, że takie osoby są lojalne, nie obawiają się konkurencji, jeśli coś otrzymają, zachowają wdzięczność i jakoś spróbują się odpłacić.

Naiwna nieco wiara. Jurka Kisielewskikego znam ( z widzenia) pewnie ponad 30 lat. Mieszkaliśmy czas jakiś na przeciw. Szanowali się nasi ojcowie.

Jerzy Kisielewski

Ojciec Jurka to wszak słynny Kisiel: Stefan Kisielewski – muzyk i pisarz, felietonista Tygodnika Powszechnego w czasie, gdy to katolickie pismo (zawieszone w latach stalinizmu) wyznaczało standard niezależności i patriotyzmu. Po marcu 68 roku ojciec mój nie mógł nigdzie pisać pod nazwiskiem. W Twórczości pisał felietony jako Dedal. W Tygodniku Powszechnym swoje pisywał też pod (powszechnie już rozpoznawalnym) pseudonimem Kisiel. Gdy tylko przyszła nowa lekka odnowa naczelny redaktor Tygodnika Jerzy Turowicz zaproponował memu ojcu felieton na ostatniej stronie. Obok Spodka ( Stefana Skwarnickiego), Józefy Hennelowej, Antoniego Słonimskiego no i przewodzącego tej stawce Kisiela. Tak więc Ojcowie stali się kolegami z redakcji. Spotykaliśmy dość często pana Stefana idąc z Armii Ludowej na spacer w stronę placu Na Rozdrożu, dalej al. Ujazdowskimi wzdłuż Urzędu Rady Ministrów, aż po róg Bagateli zawracając na wysokości Wyższej Szkoły Partyjnej tej od Dionizego Tanalskiego. Pieski wskakiwały na murek, panowie perrorowali, chłopcy grali w pikuty. Jurek miał brata Wacka, świetnego pianistę, który poszedł w muzyczne ślady Ojca i zasłynął w latach siedmdziesiątych wraz z Markiem tworząc podbijający świat do tragicznej śmierci Wacka w ’86 roku duet fortepianowy Marek (Tomaszewski) & Wacek (Kisielewski).

Jurek stara się chodzić w te drugie, publicystyczne ojca szlaki. Przystojny ( moim zadaniem), romanista, mieszka do dziś w al.Szucha na czwartym piętrze na przeciw mieszkania Zosi Kucówny, w którym przechowywali mnie Hanuszkiewiczowie, gdy zdawałem maturę. Przechowywanie dotyczyło też Kalego, psa formalnie mego lecz w istocie powiernika Seniora, którego wyprowadzając natykałem się nie raz na Jurka z jakimś małym szczurkiem.

Łączą więc nas z Jurkiem wybitni ojcowie, krakowskie, inteligenckie korzenie. Podobne w sumie talenty. Przewagą Jurka jest wdzięk i jakaś taka arystokratyczna siła. Nie tyle pewność siebie co poczucie dowartościowanie. Jurek należy do tych co nie biorą – oni udzielają siebie. Za komuny był Jurek skromnym filolologiem romańskim, gdzieś pracował, coś tłumaczył. Jego czas zaczął się po śmierci Ojca. Z godnością go reprezentuje. Robi to zresztą optymalnie. Mnie bycie synem bardzo, bardzo długo nie przysparzało satysfakcji. Nie wynika to zresztą z braku miłości czy szacunku. Lecz ze sposobu wychowania. Mnie tresowano w poczuciu, że i tak w życiu ojca nie dorosnę. Senior wyznał nawet, w Dzienniku, że obawiał się bym ja go nie prześcignął. Jakiś kretyński wyścig szczurów, na który nałożyło się dodatkowo moje różne szkolne głównie niedoskonałości. Potem oblany egzamin, na aktorski. Gdzieś od doktoratu zacząłem odrabiać pozycje. Lecz co zdobyłem flankę: książka, doktorat – okazywała się ona już oderwana od Zamku.

Jurek przeciwnie ma tyle godności i wewnętrznej pewności siebie, że też wiele mu uchodzi. Z wiekiem staje się coraz ważniejszy: pracownik Radia dla Ciebie, potem telewizyjnej śniadaniówki, wybrany wiceprezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w chwili, gdy organizację tę opanowała Krystyna Mokrosińska ze swym telewizyjnym teamem.

Ktoś kto jak ja ma nawyk mierzyć wartość człowieka dziełami mógłby mu zarzucić niedosyt dzieł. Jednak czy obecność nie jest dziełem ? Cóż w końcu innego robi polityk ? On też tylko jest tam gdzie trzeba i we właściwym czasie. Więc dziś, gdy dziennikarstwo schodzi na psy, gdy czołowym autorytetem środowiska ogłosił się samozwańczo – Stefan Bratkowski, którego nieprzyzwoitość już scharakteryzowałem, otóż w takich czasach sylwetka Jerzego Kisielewskiego zdawać się może wręcz klasyczna. I aż wspominać hadko, iż bez wahania  objął odebrane mi za odchylenie promichnikowskie stanowisko Dyrektora Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Że w moim przekonaniu całkiem bezprawnie łączył je z funkcją wiceprezesa SDP będąc zarazem konktrolerem i kontrolowanym. CMWP jest bowiem jednostką podległa Zarządowi SDP. Czynił to jednakowoż sympatycznie, a na dodatek krótko oddawszy rychło funkcję Andrzejowi Krajewskiemu, który odbudowawszy z nas trzech z pewnością najlepiej pozycję Centrum padł również ofiarą samowładztwa Carycy Mokrosińskiej. Urazy w sercu nie noszę. Rękę po kilkakaroć wyciągałem. Wyciągnąłem ją więc do Jurka i teraz byśmy razem w objazd Polski ruszyli. Propozycję przyjął. Wódeczkę piliśmy rozkosznie.

Ja zasadniczo, a już szczególnie w towarzystwie,  innych trunków niż wino nie pijam. Jednak w kompanii potomka rodu Kisielewskich nawet okowita smakuje jak szampan z oliwką. Urżnęliśmy się więc słodko raz, a może i drugi, skąd trochę śmiechu i miłe wspomnienia lecz w moim mieszku nic nie pozostało. Ani,  Gianta – który miał zasponsorować lepsze rowery na nagrody, które kupiłem najtńsze z wyprzedaży Carrefoura ani nigdy żadnej, najmniejszej propozycji współpracy. Ani wtedy, ani potem – mimo jeszcze kilku ofert jakie w życiu Jurkowi złożę.

Nigdy nie przyszło mu do głowy, że można uczynić większą łaskę niźli odbierać z wdziękiem – można wykonać telefon, gdzieś zaprosić,  pomyśleć co tam słychać u bliźniego.

Ta uwaga dotyczny obydwu “kolegów”. Zarówno Jurka, jak dużo lepiej i jak sam powiada “od wojny japońskiej” zaprzyjaźnionego „Paszczaka”.

Włodawa - Kisielewski, Paszyński & ATK

7 lutego 2007 roku już jako Prezydent ds. kultury i jeszcze zanim będzie musiał zmilczeć ( i tak do dziś trzyma buzię w kubeł) moje z warszawskim samorządem rozstanie w Rozmowie z Agnieszką Budzyń tak ten czas Włodek Paszyński wspominał:

„- Euro-autobus?

- Tak.

- Proszę o tym opowiedzieć.

- Przyszli do mnie dwaj fajni, mądrzy, sympatyczni ludzie, Andrzej Kijowski i Jurek Kisielewski, i zaprezentowali taki trochę „odjechany” pomysł , ale ponieważ ja byłem przekonany o konieczności przecierania drogi do Unii i miałem trochę czasu, więc ruszyliśmy tym autobusem, właśnie z Konsekwentnymi. Spędziliśmy razem kilka dni w tym autobusie, przejechaliśmy sporą część północno-wschodniej Polski, robiliśmy przedstawienie o zaślubinach Polski z Europą. Andrzej się w tym wyżywał podwójnie, trochę intelektualnie, bo był tam taki element wiedzowy, związany ze znajomością Europy, a z drugiej strony Andrzej miał zawsze nie do końca zrealizowane pomysły aktorskie. Fajny był ten autobus, zwłaszcza, że pokazywał nam bardzo różne miejsca i momenty. Czasem było po prostu miło i sympatycznie, ale czasami było też dramatycznie…

- Rzucali się na Was, tłukli jajkami?

- Jajkami nie, natomiast były takie miejsca, w których czekali na nas miejscowi aktywiści antyeuropejscy. Zazwyczaj mieściło się to jednak w jakiejś normie, z wyjątkiem jednego z miasteczek w lubelskim, którego nazwy przez litość nie wspomnę. Tam była naprawdę groza. W bardzo ładnym i zadbanym miasteczku miejscowi aktywiści jakiejś akcji katolickiej, przywitali nas okrzykami nie bardzo europejskimi „Żydzi, won do komór gazowych”. Było to podwójnie dramatyczne, bo rzecz działa się koło Bełżca, ale też myślałem sobie, że to jest taki swoisty chichot historii.”

Zaślubiny : Agnieszka Czekierda (Uniija Samanta Helga Europejska) & Adam Sajnuk (Andrzej Tadeusz Rzeczpospolity)

Eksperci pomogli owszem spopularyzować akcję: Jurek Kisielewski ułatwił wejscie do Kawy Herbaty, Paszyński uruchomił Miłkę Skalską, dzięki czemu suwalska ekipa TVP3 zrobiła reportaż z naszej eskapady. Bawiliśmy się świetnie. Jednak w wszyscy moi goście zarobili  w trzy dni dokładnie tyle samo, co ja pracując pół roku. Wróciliśmy z Podlasia. Akcja zakończyła się sukcesem. Myślę, że nasza obecność przysporzyła Unii zwolenników, w każdym razie we wszystkich odwiedzanych przez nas rejonach referendum wygrało.


[1] W znaczeniu słownikowym alert oznacza stan gotowości np. przed ważnym wydarzeniem. W tym wypadku jest to oczekiwanie na referendum o członkostwie w Unii Europejskiej. Celem projektu jest: przygotowanie polskiej opinii publicznej do referendum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej, stworzenie pretekstu do dyskusji na temat równości szans państw kandydujących, promocja zdecydowanej, aktywnej postawy Polaków, którzy jako przyszli obywatele powinni umieć walczyć o swoje interesy. Niewątpliwie mocnym atutem jest specjalnie przygotowany Eurobus. Jego trasa obejmie miasta z całej Polski.

Autobus akcji przyjechał także do Olecka 15 maja 2003 r. Aktywnie włączyliśmy się do akcji. Przygotowaliśmy flagi, baloniki i udaliśmy się na miejsce zebrania. Zobaczyliśmy ciekawy happening. W akcji brali udział aktorzy Teatru „Konsekwentni”. Interlokutorami byli Jerzy Kisielewski i Włodzimierz Paszyński zaś polemistą – Andrzej Tadeusz Kijowski.

Uczennica naszego koła Ula Kozłowska wzięła udział w konkursie. Okazało się, że odpowiadała na wszystkie (nawet bardzo trudne pytania związane z UE ). Zdobyła pierwszą nagrodę – rower. Gratulujemy.

A. Kunicka Internet LO Olecko Ostatnia zmiana: 02/20/2006 13:55:25

Rozdz. CVI – Bujalski, Isakiewicz i Murawski – co PeKiN pali.

wtorek, 19 Styczeń 2010

Jesteśmy równolatkami. Prawie. Miałem dokładnie rok kiedy powstał. Jego iglicę widać było z domu. Ciekawił. Był wysoki. Trudno powiedzieć czy przystojny. Pytałem Ojca czy można by zeń skakać na spadochronie.

Roślismy razem

Obdarzony krakauerskim, sarkastycznym poczuciem humoru zapewnił mnie, że tak: pod wodzą pierwszego sekretarza KW wszyscy posłuszni chłopcy mogą tam skakać przy niedzieli. Tygodniami nie mogłem się doprosić wycieczki. Podobno nigdy nie byłem dość układny– więc zamiast skakać z Pałacu trzeba było grzecznie iść na mszę do Zbawiciela…

Pierwsze z nim zetknięcie musiało nastąpić pewnie w Teatrze Lalka. W przedszkolu dawali czasem na spektakle darmowe talony. Pamiętam przedstawienie Wielkiego Iwana[1]. Teatr był lalkowy ale wstawka filmowa w iście piscatorowskim stylu. Iwan na czele wojsk wermachtu szedł mścić się za swoje krzywdy na braciach – niemal po głowach osłupiałych Widzów. Niezapomniane wrażenie.

Gorąco. Wokół Pałcu rozsiadały się babki sprzedającej wodę z saturatorów. Kiedyś nawet wpuszczono nas z ojcem w niedzielę na basen. Trzeba było wypożyczyć płócienne, białe, z boku wiązane slipki i koszmarny czepek, który wydzierał włosy. Ale tylko raz się udało. Najczęściej basen służył sportowcom i klubom. Pierwszy raz kąpałem się tam zatem  pięcioletni, w jakąś parną niedzielę pewnie około 59 roku. Następnie – przez jeden sezon roku 1994. Gdy ocaliłem dh’nie Wacowskiej (znajomej jeszcze z harcerstwa, komunistycznej radnej rezydującej tu nieprzerwanie od 1982 roku) stanowisko dyrektora tej placówki dostąpiłem zaszczytu VIP-owskiego karnetu. Gdy straciłem wpływy karnet też się skończył. Ale …powstały wnet inne baseny.

Układ Warszawski Piskorskiego, Bujalskiego i Foglera – zafundował Stolicy szereg świetnych krytych kąpielisk od Warszawianki poczynając. Podobno w tle jakieś przekręty stały ale szczerze powiedziawszy bynajmniej nie mam im za złe, skoro jest się gdzie kąpać w Warszawie. Bez protekcji choć … za niemałe pieniądze.

Jest też gdzie kupować. Przybyło sklepów: supermarketów i galerii, które (czego los kierowanych przez Adama Hanuszkiewicza Teatrów Nowego i Małego szczególnym przykładem)  pożądliwym konsumpcjonizmem rugują dziś ślady kultury i nauki. Dotyczy to także Pałacu im Józefa Stalina. Pełnego pięknych wspomnień.

Z Pałacem jak z całą tzw. komuną. Jak z całym półwieczem budowania ustroju sprawiedliwości społecznej. Czym jest dziś. Co znaczy ? Co z nim począć ?

Krzysztof Murawski

Były szef marketingu tego obiektu, były sojusznik Kaczyńskich i zdolny menadżer, poliglota, etyk i archeolog śródziemnomorski dr Krzysztof Murawski powiada dziś, że jednak należy go zburzyć. Z pozycji prakseologa stwierdza: ”Ten budynek to gwałt na Warszawie i na całej Polsce, i wrzód na kulturze narodowej. Fatalne znamię, którego obecność odbiera nam pełnię szacunku dla samych siebie.Czesław Bielecki chciał go odczarować budując tam muzeum komunizmu, ale a kysz z komunizmem, to już teraz jest właśnie dokładnie tym – muzeum komunizmu, które niby wygląda pałacowo, ale do niczego się tak na prawdę nie nadaje. Sala Kongresowa, którą należałoby zamknąć z powodu zagrożenia pożarowego, nie spełnieniem żadnych norm dla tego typu budynków, z dyskoteką łupiącą spod ziemi w czasie koncertów, salonikiem Stalina, siedzibą PEN klubu, w której jest szkoła tańca, salami balowymi, w których marmury szlifują miłośnicy kotów lub książek albo strojów ślubnych. Daleki jestem od tego, aby sądzić, że z tego powodu nie budujemy autostrad ani boisk, i w ogóle wszystko co się zmienia przychodzi z tak ogromnym trudem, ale owszem, w pewnej mierze, to są pozostałości tej samej demoralizacji.  Zburzmy ten „pałac” i zróbmy w tym miejscu nowoczesne centrum miasta, z Muzeum Sztuki współczesnej, nowoczesnym centrum kongresowo-wystawienniczym i innymi gmachami użyteczności publicznej. Pożegnajmy się z tym fatum, wyburzmy je, albo przebudujmy żeby stało się centrum kultury, odrodzenia, odnowy, odbudowy podstawowych wartości, a nie czymś, co trzeba pracowicie zasłaniać i od bez mała 20 lat urbaniści debatują czym to coś zasłonić. Pani Prezydent – na Pani ręce.”

No cóż do Murawskiego – jeszcze wrócimy. Ważniejsze jest to pytanie.  O Pałac.

Uporządkujmy. Pytanie jest zdaje się o to czy budować czy burzyć. Burzono zawsze. Od egipskich czasów jeden faraon budował mastabę i świątynię – następny stawiał sobie potężniejszy w formie piramidy, a świątynię poprzednika rozbierał, zacierał napisy by z tych samych kamieni wznieść świątynię  jeszcze potężniejszą i własną.

Pałac Kultury w Warszawie jest ostatnim bodaj w najnowszej historii zapamiętanym zmierzeniem się władzy z pamięcią wykutą w marmurze. Powodowany własną ( całkowicie zresztą uzasadnioną urazą) były szef marketingu tej instytucji proponuje dziś by ją w pył zamienić.

PKiN

Zagospodarowanie Placu Defilad

Nie ulega wątpliwości, że ten przeogromny budynek jest szramą na Centrum Miasta. Blizną na jego sercu  wytyczanym  kwadratem ulicy Marszałkowskiej, Alej Jerozolimskich, Emilii Plater i Świętokrzyskiej.

Nim jednak odpowiem na pytanie czy go zburzyć – warto spytać czy umiemy go inną konstrukcją zastąpić.

Powierzchnia Największego Placu Europy zajęta dziś przez budynek Pałacu Kultury to przestrzeń większa nawet nieco od luksorskiego Karnaku. Ten ostatni zajmował dwa kilometry pustynii –  plac Defilad wytyczony w centrum Stolicy europejskiego miasta mierzy dwa i pół kilometra kwadratowego. Jednak tę przestrzeń wypełnia dziś Pałac Kultury, w którym funkcjonuje nadal trzy teatry, Muzeum Techniki i wspomniany Pałac Młodzieży wraz z Basenem.

Bez wątpienia – architektonicznie a także biznesowo – Pałac Kultury to wrzód na Centrum miasta. Przedzielenie centrum Warszawy największym placem Europy zmieniło krwioobieg ulic stolicy. Pańska, Chmielna, Niecała czy Wspólna – krwawią dziś resztakami. Ale Pałac – nie ma co ukrywać stał się istotnie miejscem, gdzie nauka i kultura miały swój azyl. Od teatru Lalka, na tyłach przemianowanego  z czasem w Studio – Teatru, który ja jeszcze pod nazwą Teatr  Dziecki i Młodzieży Klasycznym zwany wspominam. Poprzez ochrzczony Teatrem Miejskim „Dramatyczny” dawniej – Teatrem Domu Wojska Polskiego nazywany , aż po  Pałac  Młodzieży z harcerską „Gawędą” dh-a Kieruzalskiego z basenem dla wybranych sportowców i wspomnianych VIP-ów.

Pałac to także świetne Muzeum Techniki i Sala Kongresowa, w której wystpowali i Roling Stones i Aznavour. No i 33 piętra. Biblioteka OR PAN-u na parterze,

PLiN

Karnak Warszawski

pierwszy wielki komputer mieścił się na czwartm piętrze tam gdzie  sale wykładowe Unwersytetu. Wyżej była Polska Akademia Nauk. Wreszcie PeKiN to kino Wiedza, kilka restauracji i to największa antena w Warszawie. Byłem na Aznavourze – wystał mój ojciec ten bilet w jakiejś koszmarnej kolejce. Dostał tylko dwa. Sam nie poszedł. Starczyło dla mnie i dla mamy – więcej nie sprzedawali. Reglamentacja.

Najsilniej jestem oczywiści związany z Salą Teatru Dramatycznego. Tu był Senior – przez jeden sezon 1966-1968 kierownikiem literackim u Andrzeja Szczpkowskiego. Tu odbywały się Warszawskie Spotkania Teatralne. Tutaj też 13 grudnia zawieszono Kongres Kultury Polskiej. Gdzie znów przemawiał Ojciec na tym „kongresie na Tytanicu” – jak został nazwanym.

Z czasem zaczałem piętra odkrywać. Szczególnie w okresie mej współpracy z PAN-em. Tu mieściły się niektóre gabinety, zakłady.  Odbywały wykłady, lektoraty. Jeżdziło się obsługiwanymi długo przez windziarzy kabinami.

Albo … wchodziło schodami. Schody Pałacu to osobna tradycja. Na którymś jego wysokim piętrze odbywały się pamiętam wykłady z ekonomii dla humanistycznych doktorantów, którzy taki egzamin musiel zdać dodatkowo. Połaczyły się tam szergi PAN-wowskigo Wydziału Pierwszego. Szedł Krzyś Murawski z Dybciakiem, Marek Zalewski z Gumkowskim i niżej podpisany -  wszyscy wspinali się w górę po schodach towarzysząc Małgosi Baranowskiej ( tej od Historii Pocztówki i Prywatnej Historii Poezji, która … miała klaustrofobię i winda dla niej był koszmarem.

Który dozyskał działkę

W 1993 roku rozmawiałem z wieloletnim szefem Pałacu Kultury Waldemarem Sawickim. Zwiedziłem wtedy instytucję od schronów atomowych po iglicę. Drugi raz krążyłem tam „zawodowo”, gdy Szefem Pałacu został były szef stowarzyszenia kupieckiego Wola, burmistrz pierwszej kadencji tej dzielnicy, oscylujący między PC, Telegrafem a Platformą – Paweł Bujalski. Nie znalazł dla mnie miejsca. Wolał Andrzeja Golimonta. Radnego SLD. Niegdyś związanego ze szmatławym „NIE” Jerzego Urbana. Potem radnym. Wreszcie szefem promocji Pałacu, na którym to stanowisku zastąpi go właśnie – Murawski.

Chyba jednak dobrze, że się tam nie dostałem biorąc pod uwagę, że Bujalski w pewnym sensie zajął zwolnione przez Maćka Zalewskiego miejsce w kryminale. Przesiedział rok, dziś zwolniony za kaucją czeka na procesy. Trzeci podejście dokonywało się, gdy szefem Pałacu został Lech Isakiewicz a jego zastępcą czy raczej szefem marketingu Krzysztof Murawski. Ci też się procesują – ale między sobą…

Pałac Kultury AD 2009

A pod Pałacem ? Właśnie zlikwidowano Kupieckie Hale. Ma powstawać Muzeum Komunizmu. Tadeusz Koss odzyskał swoją pod Pałacem swoją działkę. Za nim pójdą inni. Jeszcze się będzie … działo.

CDN


[1]Wielki Iwan (Sergiusz Obrazcow, Sergiej Preobrażeński), reżyseria:Wilkowski Jan

dekoracje:               Kilian Adam

Rozdz. CV – Lech Kaczyński plus Janusz Pietkiewicz równa się – Całe to Bizancjum

czwartek, 3 Grudzień 2009

poprzedni pierwszy następny

Udział w tym „rykowisku” pod Bella Center 13 grudnia 2002 nie był to wcale koniec mych zatrudnień owego roku. Wszakże ku memu zdumieniu nie żaden Olechowski lecz „moi” przyjaciele Lecha Kaczyńskiego znaleźli się w mieście u władzy. Andrzej Urbański został zastępcą prezydenta miasta ds. kultury. Od pierwszych dni grudnia pełniłem funkcję jego nieformalnego doradcy.

Wszyscy uważali, znając nasze relacje, że wkrótce obejmę jakąś ważną w mieście posadę, a przynajmniej moje ogródki urosną do należnych rozmiarów. Gdy sobie dziś przypominam nasze ówczesne relacje muszę przyznać Urbańskiemu, że wyraźnie chciał ze mną pracować i skorzystać z doświadczenia, także samorządowego, którym dysponowałem. Przypominam sobie nasze spotkania jeszcze na placu Konstytucji, gdzie po wygranych wyborach lecz jeszcze przed wkroczeniem na Miodową do Urzędu Miasta miał gabinet.

- Dawaj festiwal, powiedział mi pierwszego dnia. Dałem. Poczem nigdy już do tematu nie wrócił. Potem, odkrywszy zasiedzenie profesora Durki, który zresztą wnet po 50 latach piastowania tej funkcji zdecydował się odejść na emeryturę ,  zastanawiał się czy nie powierzyć mi Muzeum Warszawy do którego m.in. należy staromiejskie Lapidarium. Wnet jednak stwierdził, że wokół obsady tego stanowiska zbyt wielkie panuje wśród varsavianistów zdenerwowanie. Tylko posady szefa biura kultury ani przez moment mi nie proponował konsultując ze mną jedynie, jak już wspominałem kolejne, stuprocentowo koszerne warianty. Zorientowałem się wnet, iż Andrzej musiał poczuć jakiś nieprzewidywany dotąd opór. Okazało się, że wbrew pozorom nie jestem wcale tak dobrze osadzony w środowisku. Nie tak organicznie jak pewnie sądził. Owszem Senior był i pewnie pozostaje autorytetem dla kręgów Gazety Wyborczej i Okolic Tygodnika Powszechnego. Ja z wiekiem coraz bardziej – „wyrodny”…  Tyle, że po śmierci – atencja nic nie kosztuje… Gdyby jednak żył ? Gdyby tej wolności doczekał ? Czy w rządzie Mazowieckiego, zamiast Cywińskiej likwidowałby przywileje dla plastyków, którym komuna przydzielała pracownie (często na niezłe mieszkania) i kategoryzował teatry czy może byłby dziś wyklęty i na marginesie?  „Pan to jest takie „dziecko przez ptaka przyniesione”…” ostrzegała wszak Seniora w ’68 roku pogardzana Halina Auderska[1]. Ojciec pisał o niej, że „głupia baba i najpodlejsza na świecie” [2] – czy aby się nieco nie mylił ?

Po prawdzie nie wiem czy problem jest we mnie czy w środowisku samym. We mnie, jak mi często zarzucają, w jakichś moich nietaktach, nadmiernych szczerościach, może braku wdzięku, w tym, że jak mi to kiedyś dosadnie powie Urbański: nie buduję układu. Inaczej – nie budzę sympati.   Czy jednak chodzi po prostu o środowisko? O to, że ci, którzy tworzą opiniotwórcze kręgi artystycznej Warszawy dobierają się wg klucza, w którym nie ma miejsca dla czysto polskiego inteligenta,

syna pisarza pochodzącego z Krakowa.

Andrzej Urbański
Andrzej Urbański

Wyobrażał sobie Andrzej, że będę tą osobą, która zapewni Prezydentowi Kaczyńskiemu dobre relacje ze środowiskiem artystycznym.

- Zacznijmy od wigilii zaproponowałem, niech spotkanie ma tę aurę jaką gwarantuje duszpasterstwo środowisk twórczych i ks. Wiesław Niewęgłowski. Bardzo się to Jędrkowi spodobało.

- Tylko bez pompy prosił, najskromniej, wręcz w jakimś domu dziecka byłoby najstosowniej. Dom Dziecka, domem dziecka ale znalazłem miejsce idealne. Lokal Muzeum Historycznego M.st. Warszawy, który jest dość ciepły no i nic nie kosztuje Prezydenta bo to lokal miejski. W czasie gdyśmy z Kasią bujali po Danii, druga moja pracowniczka pani Iza Pieczykolan siedziała w Urzędzie Miasta pracując nad przygotowywaniem Wigilii. Tu już nie obyło się bez zgrzytów. Najpierw duszpasterz Środowisk Twórczych X. Wiesław – pleno titulo, którego umówiłem na uroczystość obraził się, że pominąłem mu dra przed nazwiskiem tytułując prezydenta Kaczyńskiego profesorem. Z tym poradziliśmy sobie przy pomocy Ani Jedlińskiej poprawiając w firmie Cezan zaproszenie w jedną noc. Jednak w czasie mego pobytu w Kopenhadze urzędnicy z Januszem Pietkiewiczem na czele dowiedzieli się o wigilijnych planach. No i zaczęło się, jak je po czterech latach odchodząc ze stanowiska Kanclerza Rzeczpospolitej Urbański określi: „całe to Bizancjum”.

Janusz Pietkiewicz to potęga. Impresario nie znający granic rozmachu. Skądinąd człowiek miły, obyty, znający języki z włoskim na czele. No i ma wdzięk. W obronie jego posady w Mieście dzwonili jak mi relacjonował Urbański wszyscy: od Kurii po Gminę czy postkomunę, z której to rąk dwukrotny szef Opery Narodowej, dziś jeden z kandydatów na fotel Telewizji Publicznej, późniejszy wreszcie już za Kaczyńskiego nowożytny Muchanow czyli Dyrektor Miejskiego Biura Teatrów stanowisko w strukturze miejskiej w jakimś 1999 roku otrzymał.

Janusz Pietkiewicz

Janusz Pietkiewicz

Nie szło z nim walczyć. Więc przeniesiono całą imprezę na Zamek Warszawski z elementami dekoracji i zaprojektowanymi do Muzeum Historycznego występami. Piękna instalacja anielska i artystyczna choinka wykonana przez Grzegorza Stachańczyka oraz występ grupy Pod Górkę

z fragmentami Schillerowskiej „Pastorałki”. „Kolęda na 4 głosy” zupełnie z innej niż zamkowa były bajki, ale po to się miesza, by namieszać.

Monika Świtaj, Wojciech Machnicki i Stanisław Górka

Monika Świtaj, Wojciech Machnicki i Stanisław Górka

Namieszali więc urzędnicy tak skutecznie, że ludzi też przyszło niewiele. Staszek Górka z Moniką Świtaj dokonali cudu radząc sobie jednak z koszmarną akustyką Zamkowej Sali Wielkiej, a pan prezydent Kaczyński … zachorował na gardziołko pozostawiając Urbańskiemu pełnienie honorów domu na tej  artystycznej Wigilii. Kolejna zmarnowana szansa i niepotrzebna  praca to napisana przeze mnie dla Kaczora mowa. Życzenia Bożonarodzeniowe. Nigdy niewygłoszone, może nawet niedostarczone – oczywiście nie opłacone, zatem już tylko moje.  Niech więc dziś dokładnie w siódmą rocznicę ich napisania (3.XII.2002) – w czas nadchodzących Świąt wprost ode mnie popłyną.

Sala Wielka w Zamku Warszawskim

Sala Wielka w Zamku Warszawskim

Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus !

Mili Państwo ! To właściwie moje pierwsze tak duże spotkanie od czasu kiedy mieszkańcy Warszawy powierzyli mi mandat Prezydenta Stolicy.[3] Chciałem by to spotkanie odbywało się właśnie z ludźmi kultury, gdyż co tu dużo mówić od Was teraz bardzo wiele zależy. Od obecnych tu pisarzy, malarzy, muzyków, aktorów, przedstawicieli instytucji kulturalnych zależy znów to co zrobi z sobą Warszawa w Polsce, a Polska w Europie.

Czy będzie cierpieć “krzywdę i pogardę świata, krzywdę ciemięzcy, obelgi dumnego. Lekceważonej miłości męczarnie “ czy będzie hamletyzować i histeryzować, czy cały swój wysiłek skupi na tym by w demokratycznym społeczeństwie, jakie sfery artystyczne pomagały przed piętnastu laty odtworzyć, zaprowadzić porządek, pielęgnować standardy, dbać o wartości. “A nade wszystko słowom naszym zmienionym pilnie przez krętaczy – jedyność wróci i prawdziwość. Niech miłość zawsze miłość znaczy a sprawiedliwość – sprawiedliwość.”

Mamy wkraczać do zjednoczonej Europy. To dobrze bo przecież dla nas Polaków nie ma innej kultury niż europejska. Ale wspólnota europejska zdaje się dziś na kulturę bardzo słabo nastawiona. Narodzona ze wspólnoty Węgla i Stali dopracowała się wspólnego pieniądza – ale czy jakiś wspólny duch ją ożywia ? Choćby ów Święty Duch, którego przywołaniem przed dwudziestu czteroma ( trzydzieści już mija…) laty Ojciec Święty sprawił, iż odmienione zostało oblicze Ziemi – tej Ziemi,

Myślę, że musimy je nadal odmieniać. Poczynając od tej najbliższej warszawskiej i stołecznej razem.  „Nie można zrozumieć dziejów Narodu polskiego bez Chrystusa” – wołał Jan Paweł II w swojej homilii sprzed ćwierci wieku na Placu Zwycięstwa w Warszawie. Po dwudziestu pięciu latach Warszawa i Polska stają przed niezwykłym wyzwaniem. Z tysiącem naszych narodowych wad: z naszym brakiem pracowitości, nieposzanowaniem autorytetów, skłonnością do efekciarstwa, z zacofanym rolnictwem, skorumpowanym urzędem, niedokształconym pracownikiem mamy oto wkroczyć do europejskiej wspólnoty, gdzie prawa będziemy mieć wprawdzie równe lecz i kary za wszelkie niedociągnięcia ponosić godzimy się jednakie.

Czy jesteśmy na to przygotowani ?

Dziś – może mniej niż wczoraj. Wczoraj, gdy naszą siłą, nasżą wizytówką, nasza identycznością była nasza kultura.

Nie będzie w Warszawie bezpiecznie, nie zostanie zahamowana korupcja, nie polepszy się praca urzędów, nie przybędzie dobrych dróg jeśli nie postawimy na edukację, na naszą młodzież, jeśli nie przywrócimy należnego miejsca kulturze, a z nią nie zwrócimy się ku europejskim miastom z planem szeroko zakrojonej europejskiej wspólpracy kulturalnej.

Nie można zrozumieć dziejów Polski i Warszawy bez kultury. Na nią zawsze brakowało pieniędzy, a to przecież ona dawała  nam wolność. Teraz wolność już podbno mamy. Obiecuję więc jako Nowowybrany prezydent Warszawy zrobić wszystko by przestało brakować pieniędzy przynajmniej na to co Rada Kultury jaką powołać zamierzamy uzna za słuszne. Powstanie taka Rada. Do jej powołania zobowiązałem już odpowiedzialnego za sprawy kultury: publicystę, dziennikarza prasowego i telewizyjnego, ze wszech miar kompetentego polityka i czlowieka kultury jakim jest pan Andrzej Urbanski.

Spodziewam się raportu, w którym zaproponowane zostanie, które inicjatywy tak jak dziś większość kin czy galerii pozostać mają w rękach prywatnych, a które winnny zostać otoczone organizacyjnym mecenatem. Które zaś z niezwykle dziś scentralizowanych instytucji teatralnych czy bibliotecznych mają tkwić w strukturze miasta, a które mogą lub powinny radzić sobie same. Przejrzystszym musi się stać  system miejskich dotacji dla kultury, stworzony system grantów dostępnych zarówno dla osób prywatnych jak i organizacji pozarządowych, wreszcie podjęte muszą zostać działania zaznaczające silniej znaczenie Warszawy na kulturalnej mapie Europy. Warszawa leży w jej geograficznym centrum.

Mam nadzieję  że jeszcze dziś i w najbliższym czasie porozumiemy się co do tego jakie przedsięwziąć działania by Polska nie stała się zakładnikiem europejskiej normy. By wkroczyła do Europy z taką dumą i pewnością siebie z jaką słowiańszczyzna dodała do judejskiego rytu bożonarodzeniowego swoją ośnieżoną choinkę.

Dobrej Choinki Państwu życzę, Pogodnych świąt i mnóstwa prezentów, a sobie by mi pomogli Anieli jak najwięcej tych prezentów dla  świata kultury zgotować.

Przez cały pierwszy kwartał 2003 roku wykonywać więc będę kontredans wokół gabinetu kulturalnego wiceprezydenta Warszawy Andrzeja Urbańskiego. Faktycznie pełniąc rolę doradcy wiceprezydenta formalnie musiałby mnie jednak w swoim teamie zatrudnić sam prezydent. Mimo, że taki wniosek faktycznie z podpisem wiceprezydenta zostanie skierowany,

Doradca ?

ATK - Doradca ?

Wojciech Arkuszewski - pierwsze słyszę...

Wojciech Arkuszewski - pierwsze słyszę...

zatrudnienia w kierowanym przez Wojciecha Arkuszewskiego zespole doradców Kaczyńskiego nigdy nie uzyskam.

I słusznie. Nie mam pojęcia o tej roli. Kiedy mi Urbański zadawał pytanie, otwierałem komputer i w punktach na dwóch-trzech stronach spisywałem wszystko, co na dany temat wiem. Jędrek czytał te moje sylabusy z zachwytem i wzdychał – żebym ja mógł ci tylko za takie konspekty płacić. Ale taki doradca działa przeciw sobie. Po trzech miesiącach uczciwie informowany przełożony wie już tyle co doradca. Dzielący się całą swoją wiedzą doradca staje się niepotrzebny. Urzędnik, polityk nigdy nie myśli o meritum. On myśli o tym jak wzmocnić swoją pozycję. Udzielić minimum a uzyskać maksimum informacji.

Zadaniem, które postawił mi Urbański było stworzenie Rady Kultury przy prezydencie Kaczyńskim. Takiej intelektualnej tarczy. Zasadniczo to dla mnie pryszcz. Napisałem regulamin.

4.         Cele Rady są następujące:

1.         działanie na rzecz rozwoju polskiej kultury i sztuki oraz architektury – zasadniczych zrębów cywilizacji śródziemnomorskiej;

2.         działanie na rzecz rozwoju m. st. Warszawy i zapewnienia mu godnego miejsca wśród stolic kulturalnych jednoczącej się Europy;

3.         działanie na rzecz idei integracji Europejskiej;

4.         działanie na rzecz rozwoju terytorialnych, lokalnych, gospodarczych i regionalnych wspólnot samorządowych.

5.         Do kompetencji Rady należy

5.1.      Koordynowanie niezależnych, rządowych i samorządowych imprez kulturalnych o charakterze ponadlokalnym, a spełniających się w Warszawie

5.2.      Inicjowanie kulturalnej współpracy międzynarodowej ze szczególnym uwzględnieniem miast partnerskich oraz krajów Unii Europejskiej.

5.3.      Inicjowanie przekształceń w zakresie infrastruktury instytucjonalnej

5.4.      Podejmowanie działań organizacyjnych w zakresie realizacji stricte miejskiej polityki kulturalnej itd., itd./.

Zaproponowałem 7.   Skład Rady: Komitetu Honorowego i Zespołu Miejskiego składającego się z urzędników i zarządzających miejskimi instytucjami kultury, a także Zespołu Stołecznego składającego się z dyrektorów Instytucji Kulturalnych z siedzibą w Warszawie – niepodlegających miastu

Kiedy jednak tylko zestawiłem to godne grono znowu zaczęli wtrącać się do tego polityczni urzędnicy. A to, że któryś z autorytetów zbyt unijny. Czerwonych sam nie proponowałem, zresztą szczęśliwie ta formacja nie ma jednak wśród artystów zbyt wielu fanów. To znów, żeby gdzieś między Wajdę, Zanussiego, Piesiewicza, Pendereckiego czy Hartwig wcisnąć jednak jakiegoś dyrektora, radnego czy innego Gelberga. Na takie propozycje parsknąłem śmiechem.

Oni też na mnie … parsknęli. Potem była mowa o Pałacu Kultury. Radzie nadzorczej czy zarządzie. To już było trzecie moje podejście do tej ciekawej w sumie instytucji.

CVI – Bujalski, Isakiewicz – cały ten PeKiN

CDN -


[1] 8/III.1968 Rozmowa z H. A[uderską]. Ostrzeżenia. Intrygi żydowskie. „Pan w tym wszystkim jest takie dziecko przez ptaka przyniesione…”Żydzi zainicjowali podpisywanie, Żydzi przemawiali, Żydzi odrzucają nasz eksport. A. chce mnie „ocalić” od ew. procesu, w który mógłbym być wplątany. Radzi mi po prostu wyjechać do Zakopanego. Wszystko to ma być oparte na informacjach pewnej osoby  partyjnej ( Andrzej Kijowski, Dziennik T.II, s.281)

[2] Op.cit. t.III. s.147

[3] To miał mówić Lech Kaczyński. Ja może powinienem powiedzieć: od czasu, gdu urzędnicy przerażeni tłumami, do których (nie bez wsparcia Prezydenta Kaczyńskiego ) przemawiałem w Ogrodach Frascati, postanowili pozbyć się mnie z Miasta wraz z piękną imprezą”

Rozdz. C – Palant na Palatynacie

poniedziałek, 16 Listopad 2009

poprzedni pierwszy następny

Palant na Palatynacie, Opis obyczajów w 15 leciu.., r. C

Szaleństwo ? Amatorszczyzna ? Heroizm ? Czy mam tłumaczyć, że właściwie to na tę podróż nie było mnie stać ? A już z pewnością na noclegi. Załadowawszy samochód materiałami reklamowymi, pięknie oprawioną książeczką z projektem w wielu egzmplarzach ruszyłem stawić czoła brukselskiej biurokracji, unijnej anonimowości procedur. Ruszyłem jak to w moim zwyczaju bardzo późną nocą. I … zaczęło się od gumy, którą w ulewym deszczu złapałem gdzieś pod Poznaniem. Właściwie nie gumy lecz felgi, bo nie wytrzymała jakości pseudo autostrady na odcinku między Koninem a Poznaniem. Oponę zmieniłem w ulewie. Potem wyremontowałem felgę, gdzieś za Poznaniem w drodze do Świecka, poczułem upiorne zmęczenie. Był biały dzień, prawie południe, droga koszmarna, żadnego hotelu w okolicy. Zjechałem gdzieś w rżysko i zapadłem w drzemkę. Pamiętam, że zbudził mnie telefon komórkowy. Bodaj czy to nie dzwoniła Monika Świtaj. Odpowiadałem światowo, że właśnie jadę do Brukseli. Zmierzałem.

Niemcy zawsze dotąd traktowałem w podróżach jako zjeżdżalnię do Francji. Najpierw trzeba się przedrzeć do Polskiej granicy, a potem wskoczyć na autostradę i jechać, jechać, jechać. Zwykle nocą wpadałem do Belgii na oświetlone autostrady prowadzące do Metzu, gdzie zjazd na Maubeuge lub Valanciennes sprowadzał mnie na ziemię. Francja to była dusza. Niemcy – mechanika. Tym razem miało być inaczej. Do Świecka  pozostałe 150 km z okładem przedzierałem się około dwóch godzin. Ze Świecka do celu czyli : eine romantische Schweitzertal, sport und spiele pozostało mi jakieś 600 kilometrów. Schweizertal-tabliczkaA było popołudnie. Nacisnąłem pedał gazu i … około dziesiątej wieczorem pierwszy raz w życiu wkroczyłem w południowe Niemcy, w dolinę Renu, kraj zamków i Lorelei. Z autostrady spadłem bodaj na Montbaur. Pierwsze od czasy Remagen niemieckie miasteczko jakie odwiedzałem. Potem był Neuhäusel, Fachbach, Am Hofacker i nieoczekiwanie zacząłem zdążać w stronę Natur Park Nassau między Bad Ems a Miellen.

Minęły lata. Dziś koryguję wspomnienia przy pomocy internetowego nawigatora, który przypomni każdy zakręt. Pokaże, że ta dolina, to żaden plac, a nawet nie w Miellen. Wtedy – to już siedem lata temu informacje  były dużo bardziej szczątkowe. Więc zjechałem do Miellen, krążę pamiętam późną już nocą wzdłuż rzeki Lahn. Miellener Weg, Hauptsrase, wreszcie w las polną już ulicą o nazwie Fruchter Weg. Kamienna tablica z oczekiwanym napisem Schweizertal. Ciemno. Las. Jakiś dom wiejski. Poczułem się u wrót Parku Narodowego. Jakbym samochodem na koniec Drogi do Białego w Zakopanem zajechał.

No i jestem, pomyślałem ale tu chyba romantycznego teatru nie wystawię. Drugą już noc wyciągnąłem się w moim przestronnym Tiponku. Nad ranem okazało się, że skojarzenie z Parkiem Narodowym nie było mylne. Znalazłem się po prostu na terenie Natur Park Nassau. Rezerwatu przyrody. miellenObudziłem się rześki i ruszyłem przed siebie, w górę przez las. Spotykałem motyle, kłaniałem się dzięciołom, pozdrowiłem nawet nietoperza. Spacer był piękny. Przeszedłem Dolinę i wydrapałem się na płaskowzgórze, z którego rozciągał się wiodok podobny temu jaki roztacza się z Zakopiańskiej drogi nad reglami. Może bogatszy nawet. Bo las, z którego właśnie wyszedłem, za nim w dole rzeka Lahn, w oddali zaś Ren, do którego Lahn wpada nieco poniżej Koblencji. Niezaplanowane wakacje. Pojechałem jeszcze do pobliskiego Bad Ems. Odkryłem tam muszlę nad Lanem, sanatoria. W Rathausie ani o mnie słyszeli, ani po angielsku mówili, że o francuskim ( jedna osoba!) a do granicy niespełna 200 km. – nie wspomnę. Kompleksów językowych na jakiś czas się pozbyłem.Bad Ems

Jednak wciągnęła mnie Nadrenia-Palatynat. Zjechałem do Koblencji. Zwiedziłem, co się dało. W jakimś eleganckim markecie wydzwoniły mnie pamiętam dziewczęta z Wilczej, które w międzyczasie … umówiły mi spotkanie z panem Łupiną, szefem instytutu polskiego, który miał czekać na mnie przed złożeniem aplikacji w Brukseli. Czułem się trochę, jak emisariusz, trochę jak Palant na Palatynacie. Trochę jak turysta, który pojmował już, że czas w życiu ucieka bezpowrotnie.Loreley_mit_tal_von_linker_rheinseite

Do dziś żałuję, iż  jako student nie skorzystałem z propozycji wujka by odwiedzić paryską Operę, do której wciąż jakoś nie trafiłem. Tkwi gdzieś żal, że dwudziestoletni nie zdecydowałem się opuścić autostopowej okazji koło Werony czy Vicenzy, by nigdy do tych miast nie zajechać. Teraz wiedziałem, że raz się żyje. I jeśli Lorelei woła trzeba biec na jej spotkanie. Pobiegłem.ATK&lorelay

lorelayPociągnęła mnie wyżej i wyżej. Straciwszy poczucie czasu i przestrzeni  pędziłem wgapiony w zamki Nibelungów i pnącza winnic w górę Renu: z Koblencji przez Lorelei ku Ludwigshafen i aż do Strasburga, w którym przekroczywszy granicę Niemiecko – Francuską ruszyłem do siebie. Czyli do Luneville.

Nie mogłem go minąć. Podobnie jak Nancy z jego Muzeum Miejskim. Kolejna noc w samochodzie pod Księżopolem. A potem dwór w Luneville. De La Tour. De La Tour. De La Tour. de la tour z lunevilleDwa dni zwiedzania. Czas popracować. Ruszyłem w stronę starej stolicy Champagne – Troyes. Przybyłem jeszcze za dnia. Dolina Szwajcarska ? – A jakże. W centrum miasta przy bulwarze Gambetta – jak żywa.

Oglądam ceny hoteli. Oczywiście nie ma na co liczyć. Przy wjeździe do miasta zauważam jednak rzecz dla klienta niemieckich łazienek parkingowych nieocenioną: miejski basen czyli piscine. Samochód stoi, ja wypływany wkroczyłem w miasto. A tam trafiłem na Dom Młynarza.

Maison de la Boulanger w Trois to coś na kształt Domu Kultury. Zastałem tam wieczorem samego Emmanuel Saint-Mars, który dyrektorem Domu Piekarza został w wieku 26 lat. Było to 20 lat temu. Jego zadaniem jest koordynowanie działań kulturalnych różnorodnych instytucji. Odpowiada za logistykę Salonu książki młodzieżowej

Emmanuel Saint-Mars

Emmanuel Saint-Mars

– zdarzenia, które jest poniekąd jego dzieckiem. Samo pokazywanie książek jednak mu nie wystarcza, pasjonuje go przedstawianie. Stąd obok wydawców zaprasza na do udziału w ekspozycji: autorów, ilustratorów, bibliotekarzy, nauczycieli i księgarzy. Między 17 a 20 października impreza ta przyciąga około 40 tysięcy osób w tym 18 tysięcy dzieci.[1]

Emmanuel jest także współautorem bibliofilskiejhistoire_de_troyes„Historii Troyes”. Prywatnie zaś to przemiły człowiek z tych co tylko na francuskiej prowincji zachowują dziś wdzięk i wrażliwość dawnej Francji. Francji sprzed Pompidou i coca-coli. Francji sprzed epoki minitela i internetu Pierwszy research pomógł mi odkryć, że Valee-Suisse w Troyes faktycznie istnieje.

To zagłębiony podobnie jak warszawska dolina park w centrum miasta. Przez całą długość ciągnie się kanalik. Nad Doliną od jej południowej strony umieszczono miejski teatr. Zaszedłem doń. Teatr w Troyes nie gra przedstawień codziennie, nie starczyłoby publiczności. Ściśle współpracuje jednak z Domem Piekarza mieszczącym się na trłajeńskiej Starówce. Na ten budynek zwróciłem uwagę już poprzedniego wieczora spacerując po przepięknym mieście, plącząc się między pubami, a internetowymi kafejkami. Ba, gdybym tamtej nocy dysponował pokojem w hotelu… Może nie tylko odkryłbym sztukę karaoke, którą następnie będę starał się z przeciętnym skutkiem ucywilizować i -poczynając od XII KTO - wprowadzić jako element teatralnego spotkania . Może życie potoczyłoby się inaczej…

Maison du Boulanger (Troyes)

Maison du Boulanger (Troyes)

Jednak noc spędziłem rutynowo w samochodzie, zaparkowanym na skwerku między Gambettą a Rue Jules Lebocey  nieopodal Théâtre de la Madeleine. Pobieżną toaletę zrobiłem w bistrot, w którym -i to się w mojej głowie zmieścić wciąż nie chce – cen już nie podawano we frankach. Obym był fałszywym prorokiem lecz wprowadzenie €uro pogrzebie Unię. Gdy tylko zrobi się w Europie pierwszy większy ( większy mówię, a nie ten zdalnie sterowany) – kryzys ekonomiczny, a ten nadejść musi, bo płynie ze snów faraona, więc gdy obróci się siedmiolecie i przyjdzie bida, pierwsze co zrobią kraje starej siódemki, w szczególności Francja i Niemcy to zatęsknią za frankiem i marką. Myślę, że stanie się dokładnie wtedy, gdy nowi członkowie Unii stwierdzą, że dojrzeli do Euro. To euro stoczy się do nas. A moje słowa oby się zamieniły … w liry…

Ogarnąwszy się nieco z nadzieją na popołudniowy basen, ruszyłem poznawać Troyes za dnia.

Katedra w Troyes z podwójną nawą główną

Katedra w Troyes z podwójną nawą główną

Rankiem umówiony już byłem w drugim gabinecie Emanuela tuż przy teatrze nad szwajcarską doliną.  Okazało się, że dotarł nawet do radnych anons od attaché kulturalnego ambasady francuskiej w Warszawie, że się tu pojawię. Emmanuel z sympatycznego stał się uprzedzająco miły, traktując jak oficjalnego gościa. Tzn. przede wszystkim pragnął pokazać mi swoje miasto. Starą (jeszcze sprzed czasów Reims) stolicę Szampanii, dzielnicy Joanny d’Arc, która z nieodległych stron się wywodzi. Dowiedziałem się mnóstwo. O mieście z jedną z najstarszch katedr z podwójną nawą główną i najważniejszym w świecie Muzeum Narzędzi. O samorządzie, gdzie Emmanuel był wówczas radnym, szefem wydziału kultury i dyrektorem „Domu Piekarza” pełniącym zarazem funkcję miejskiego domu kultury. U nas nazwalibyśmy to naganną koncentracją stanowisk ale właśnie nasza, kopiowana nieporadnie z francuskiej struktura samorządowa sprawiała, że przez 15 lat dzieje teatru ogródkowego były zakładnikiem niewydolności i zakłamania.

Niewydolności, gdyż wymyśliwszy imprezę jako radny byłem od samego początku blokowany w zinstytucjonalizowaniu jej w oparciu o samorząd. Oparcie się zaś o stanowisko szefa domu kultury generuje w sposób automatyczny – o czym się jeszcze przekonamy – ( jeśli nie ma tu unii personalnej) konflikt między instytucją kultury a wydziałem.

Zakłamania, gdyż nie będzie oczywiście tak by samorządowcy nie tworzyli sobie instytucji. Ale im bardziej muszą to ukrywać ( jak mój znajomy wodniak z SLD z druhem Walterowcem) tym bardziej przekształcają się w mafię.

Obejrzałem miasto. Niewielkie w sumie. Ale takie, którego i Kraków mógłby być niedalekim krewnym. Miasto i ludzi wiedzących co robić, potrafiących pozyskiwać na swoje działania środki czy to w relacjach bilateralnych czy korzystając z możliwości Brukseli. Lecz przede wszystkim miasto, dla których zagranica nie leży daleko. Przekraczając w Strasburgu granicę Niemiecko-Francuską, a przecież równie dobrze mogłem strawersować Luksemburg, zdałem sobie sprawę, że nad Renem w promieniu dwustu kilometrów mam kilka granic. Jak blisko do Belgii i Holandii. Francja o krok, Luxemburg tuż. Szwajcarskie kantony (nie zadające się z Unią) przed, a Włochy też blisko tyle, że za górami. Wszystko o zajęczy skok.

A ja ? Cóż niby miałbym Emanuelowi zaproponować? Theatre de guinguettes… Wysłuchał uprzejmie i z zainteresowaniem. Ale on miał swoją pasję. Rewelacyjne międzynarodowe targi książki dziecięcej. Więcej w końcu miastu z unikatowym muzeum narzędzi nie trzeba. Wymieniliśmy adresy, zostawiliśmy sobie furtkę, ale  czułem, że na siłę nie stworzę partnera. No, chyba, żeby ekologia, parki, ta ich Dolina.troyes_vallesuisse

Na zakończenie dnia udałem się jeszcze raz do tego parku. Le jardin de la Vallée Suisse (boulevard Gambetta)  urządzono w roku 1860 w fosie położonej wzdłuż dawnej fortyfikacji. To ogród w stylu romantycznym pozwalający spacerowiczom odkrywać  wzdłuż alejek swoje różnorodne przestrzenie : jego kaskady i strumyki zachęcają do błąkania się. Pagórkowaty, odcięty od otaczających bulwarów, ogród ten jest też ciekawym obiektem botanicznym.

Ktoś, pies, bies … nie jestem zbyt otwarty a jednak nawiązała się rozmowa. Mój rozmówca okazał się emerytowanym oficerem wojny z Algierii, który miał dom, gdzieś pod Troyes. Zatrudniał w nich młodych ludzi w czym jakieś krępowały go teraz nowomodne przepisy. N’importe! Kiedy mostek_troyespowiedziałem, że obfotografowuję to miejsce z nadzieją uruchomienia na tym terenie festiwalu mężczyzna zadumał się. Idea owszem piękna, ale co pan zrobi z miejscową konotacją, gdy wiadomo, że w języku potocznym iść, szczególnie wieczorem, do Doliny Szwajcarskiej znaczy tyle mniej więcej, co „pójść w krzaki na ksiuty”. No tak. I ten argument ważny, jeśli nie rozstrzygający. Nie uszczęśliwię Trłajańczyków na siłę. Popływałem trochę przed samym zamknięciem basenu i ruszyłem w dalszą drogę. Kierunek Châlons-en-Champagne.

W tej pięknej miejscowości w pół drogi między Troyes a Reims wysłuchałem mszy Mozarta w katedrze, na którą ściągnęło pół miasta, zjadłem pysznie (u lepszego ale jednak … Chińczyka). Wreszcie,  zostawiając pierwszy raz odkąd goszczę na francuskiej ziemi Paryż jego sprawom pomknąłem na wskroś wschodniej Francji przez Reims, gdzie wpadłem na godzinę by przejść się tamtejszym Champs Elysée i popatrzeć na całkowicie w tym momencie przez reklamę konserwatorów zasłoniętą katedrę.

Drogami departamentalnymi naturalnie (kogo tu stać na autostrady…) jechałem dalej -  w stronę Lille. Cały czas byłem bowiem w kontakcie z warszawskim „biurem”. Ono kontaktowało się z całą Europą poszukując kogoś kto:  nazwijmy to wreszcie po imieniu, kto projekt europejskich dolin szwajcarskich podżyruje. Dziewczęta przekazały mi zatem wprost z konsulatu, którym zarządzał kolega z czasów PAIu Joli Chojeckiej, Marek Chojnacki  adres jakiegoś zasiedziałego w Lille Andre polskiego pochodzenia.

Może rodacy pomogą ? Brnąłem przez Francje. Orałem moim Tiponkiem kilometry Unijnej procedury z narastającym poczuciem beznadziei. Niemal bez zatrzymywania, świtem wjechałem do Lille. Dotarłem prosto na umówione dość wcześnie ranne spotkanie.

Jakaś knajpka, jakiś nawet miły artystyczny typ. Burza pomysłów lecz bardziej imprezowych niż merytorycznych. Może to nie my lecz jacyś oni. Wypad na przedmieście. Opóźnienie. Przesiadamy się w jeden samochód. Poczułem się jakby to były szczenięce lata gdzieś pod Aninem czy w okolicach Radości. Zorientowałem się, że w najlepszym wypadku znalazłem się wśród lokalnej cyganerii jeśli wręcz nie w kręgu jakiegoś półświatka. Po kilku godzinach bezsensownej włóczęgi, zmyśliwszy jakieś dodatkowe spotkania wymiksowałem się z tej idiotycznej sytuacji i powróciłem do centrum Lille.

Bardzo, bardzo już byłem zmęczony. Minionym dniem bezsennym. Kretyńskim spotkaniem. Pięcioma już nocami w samochodzie. Zaparkowawszy na podziemnym parkingu w okolicach rynku przeszedłem kilka kroków w stronę ratusza i kościoła, gdy nagle tuż przy deptaku rzucił mi się w oczy niewielki, schludny hotelik. Cena nareszcie przystępna. Wszędzie było w granicach 80 tu bodaj 30 €uro. Samochód bezpieczny. Ja umyty. Rzuciłem się do łóżka, by zbudzić poźnym wieczorem.

Lille jest nie tyle piękne, co  urocze. Inaczej jednak niż tętniące godnością Troyes. Lille jest przedmieściem Flamandów: domowe jak oni lecz wesołe jak Francuzi. Dobre miejsce dla życia. Nic dziwnego, że mnóstwo tam Polaków. I mouli. Udawszy się wieczorem na centralny bulwar, w każdej knajpce widziałem na stoliku podawane w teflonowych garnkach, takich domowych z nakrapianymi pokrywkami, tuziny mouli.

Śniadaniarnia w Lille

Śniadaniarnia w Lille

- „Mężczyzna po czterdziestce” ( tak mawiał Senior, gdy się rozochocił) – „zwolna, z akcentem na słowo ‘zwolna’ (podkreślał) z wieku seksualnego przechodzi w kulinarny”. A zestresowany mężczyzna…? Więc niech nam z Lille pozostaną moule. I jeszcze poranna kawa.

Mój tani hotelik śniadań nie serwował. Jednak gdy rano zmierzałem już w stronę parkingu zaszedłem do cukierni – piekarenki, będącej połączeniem kawiarni, bistra i tego co się we Francji nazywa pattiserie. Przestronny lokalik pachniał kawą, bułkami, tysiącem konfitur. I z tymi zapachami pożegnawszy Francję ruszyłem na podbój Brukseli.

CDN – Pysk w pysk z Oleksym czyli brukselskie Waterloo


[1] [Le point 04/10/02 - N°1568 - Page 308 - 1254 mots].