Rozdz. XXXVII – Góral z Góry Synaj ( albo z Wildsteinem na Charenton)

Spotkanie z Lutkiem Stommą w jakiejś kafejce w XVIII dzielnicy. Przypominam sobie: Paryż – rok 1984. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu żeśmy obaj uciekli z kart „Straconych Złudzeń”: on zakorzeniony już od lat kilku Rastignac tłumaczył przybyłemu z prowincji wielkiemu człowiekowi, że się spóźnił – już wszystkie miejsca powstałe z solidarności Francuzów zajęte. Można jednak spróbować wejść na  któryś z salonów.

Masz dziś trzy drogi rzekł: możesz przystać do gejów, księży lub zgłosić akces do Gminy. – No coż tobie, westchnął,  przyglądając mi się krytycznie – jedni tylko księża pozostają.  To jednak najbardziej kruche wsparcie.

Potwierdził to Marek Tabin, który właśnie z  gminnego klucza  po wracającym do Polski ( by zostać deportowanym) – Sewku Blumsztajnie otrzymał posadę w CGT ( francuskiej centrali związkowej przy której działało paryskie przedstawicielstwo podziemnej Solidarności) . Tylko Gmina jest skuteczna.

- No ale co ty masz z nią wspólnego, pytam.

- Nie ważne.  Istotne, że się do niej przyznaję, zresztą moja pierwsza żona miała gminne korzenie. To wystarczy.

boguslawscyW diasporze nie trzeba się urodzić ani nawet wychować – wystarczy przyznać się do niej.  Można to zrobić z pokorą  lub też autoironicznie jak choćby Bronek Wildstein – poznany na przyjęciu w Charenton w przeniesionym z ulicy Kieleckiej w Warszawie salonie Noemi i Andrzeja Bogusławskich.

A ty skąd jesteś Bronku, pytam ówczesnego redaktora naczelnego paryskiego „Kontaktu” wydawanego przez Mirka Chojeckiego. Ciekaw z jakiego w Polsce miasta pochodzi.

Ja jestem góral z Góry Synaj, odparł mi na to Mazur spod Przemyśla, co studiował w Krakowie.

Przyznam, że mnie wparło.  I ciągle nie mogę wyjść z zadziwienia.  Ja po prostu ani wtedy, ani dziś nie umiem dzielić Polaków. Nigdy nie było we mnie poczucia innej niż językowa,  jakiejś plemiennej wspólnoty. Nauczono mnie, że wszystkie kryteria winny być obiektywne, kumoterstwo zakazane, nepotyzm grzeszny, protekcja skandalem.

I cóż mam powiedzieć dziś, gdy nie mający swych korzeni w diasporze ludzie  coraz częściej czują się odrzuceni – jakby we własnym domu byli intruzami !?

W czasach walki o niepodległość nie było  to odczuwalne. Wszyscy byliśmy prześladowani przez ustrój. Do naszej więc dyspozycji, wszystkich opozycjonistów, były środki zgromadzone na ratowanie diaspory.

Korzystałem z nich w drobnym zakresie. Przecież ambicje były większe. Marzyłem wtedy by zostać w Paryżu, dostać się na Uniwersytet, zgłębiać teatrologię, z której już miałem doktorat.  Moim oparciem w tym mieście była od zawsze, jeszcze przed wojną zamieszkała na paryskich  Bagnach ( le Marais) Olga Scherer-Virsky.

Olga Scherer

Olga Scherer

Olga była cztery lata starszą,  przyjaciółką mego ojca jeszcze z krakowskich czasów szkolnych. Zajmowała się językoznawstwem, komparatystyką,  generatywistami. Pisała też powieści po polsku takie jak choćby wydany w paryskiej Kulturze „W czas morowy”.  Związna długo z malarzem Janem Lebensteinem była duszą polskiej emigracji, dysponowała funduszami na wspieranie polskiej kultury niezależnej.  Niezawodna depozytariuszka pieniędzy, informacji i … miłości dalmatyńskiej Damy.

Olga z Dalamatyńczykami Dama i Laszką

Poznałem ją  jeszcze w 1975 roku podczas mego pierwszego pobytu w Paryżu. Między kartami wielotomowego Słownika Języka Polskiego przechowywała Olga studolarowe zaskórniaki dla przybyszy zza żelaznej kurtyny. Zapraszała na lody, wspierała radami.  To ona wprowadziła mnie na Surcouf do Księży Palottynów.  Tego czerwcowego dnia poznałem Miłosza i księdza Józefa Sadzika, a także już u Lebenstina w domu – twórcę socjologii teatru – Aleksandra Hertza.

Teraz w ‘84 Olga pracowała jako profesor na Uniwersytecie Saint-Denis. Wyznałem jej, że marzę o poznaniu pracującego na tej uczelni guru francuskiej teatrologii Andrais Veinsteina. Olga natychmiast zaaranżowała mi spotkanie z autorem „La mise en scene théâtrale”. W umówionym dniu zabrała mnie swoim samochodem na ten skądinąd paskudny, oblegany przez komunizujących kolorowych kampus. Kiedy jednak już wchodzić miałem do gabinetu profesora ujęła mnie jakoś tak serdecznie i powiedziała dość dobitnie. Tylko pamiętaj Jędrek jak będziesz rozmawiał z profesorem – nie zapomnij powiedzieć, że jesteś moim kuzynem.

Zgłupiałem. Miałem równo 30 lat i w ogóle nie rozumiałem o co Oldze chodzi. Veinstein,  Lebenstein, Wildstein czy  Scherer – a mnie nawet do głowy nie przyszło, że poza polską czy zawodową może ich łączyć jakaś więź silniejsza. Uciekinier z polskiej utopii mimo przeżycia Marca 68 nadal nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak Gmina. – A przecież wg mej wiedzy nie byliśmy rodziną. Przyjaźń to jedno – kłamstwo to rzecz druga.

Rozmowa z Profesorem była miła i ucząca. Nie znalazłem jednak w niej miejsca na wtrącenie wątpliwych informacji rodzinnych, którymi profesor jak sądziłem mało by był zainteresowany. Przekonać  próbowałem go moją teorią teatru, daniem mi szansy kształcenia się u jego boku. No cóż,  usłyszałem kilka komplementów. Parę ważnych rad i z nimi – przyszło powrócić do Polski. Do Polski, w której długo, bardzo długo nie mogłem jeszcze elementów tego puzzla poskładać. A kiedy poskładałem ? Może dopiero wtedy, gdy nieoczekiwaną konwersję zaczęła przechodzić – Bocheńska.

Tagi: , , ,

Dodaj odpowiedź

Musisz się zalogować aby dodać komentarz.