Rozdz.CXII – Z ducha tańca

9 marca 2010

Pewna Grupa z Warszawy - Mistrz Pathelin ( spektakl w Dolinie Szwajcarskiej

Wróciłem wprost na XII Konkurs. Był już właściwie przygotowany. Skromniej niż przed rokiem. Dużo skromniej niż dwa lata wcześniej. Bo i pieniędzy było w sumie o ponad 20 tysięcy mniej niż przed rokiem. Wystartowałem więc w tym 2003 roku dopiero 6 lipca. W tym roku także w Lapidarium, które pod swoją kuratelę przejął już stanowczo Sebastian Lenart ze Staromiejskiego Domu Kultury.

Wracając do naszych baranów. Wróciła sprawa miejsca. Do Doliny Szwajcarskiej byłem przywiązany ale przecież nie mogłem tak w kółko tkwić pod namiotami. A czułem, że przeciwciała są dużo mocniejsze. No i z pieniędzmi wcale nie było wesoło. W rozproszeniu poprzedniej struktury Miasta wyciągałem od każdego po trochu. Dzięki Krzysztofowi Marszałkowi ciężar sponsorski przesunął się z Dzielnicy Śródmieście na Gminę Centrum ale jeszcze kapał grosik z tzw. Powiatu i z Sejmiku Mazowieckiego. W sumie byłem w stanie zebrać w granicach 180 tysięcy.

Teraz, po reformie, odebraniu dzielnicom osobowości prawnej, likwidacji powiatu i gminy Centrum i stworzeniu w to miejsce jednego Biura Kultury suma 150 tysięcy, którą Urbański zgodził się z oporami podpisać dla fundacji znajomego ( cóż z tego, że Miastu równie dobrze znanego) zdawała się kwotą astronomiczną. Dostałem więc 154 tysiące od „swoich” czyli …. O 26 tysięcy mniej niż w poprzednim roku od „wrażych”.

Czułem, że coś z tym trzeba zrobić. Że musi być jakieś „nowe otwarcie”. Nieco tylko ( co pozytywnie odróżnialo mnie od wielu) okrojona dotacja z przeznaczona była jak w poprzenim raku na wykonanie ogródka jak dotąd: w Dolinie Szwajcarskiej oraz w odrestaurowanym Lapidarium.

Pewna Grupa z Warszawy - Mistrz Pathelin ( spektakl w Lapidarium)

W trakcie XII KTO postanowiłem odarte przez Sebastaiana z całego swego wdzięku Lapidarium wykorzystać jako platformę reklamową dla Doliny Szwajcarskiej.

II Parada Dionizyjska - sierpień 2003 (XII KTO)

Skupiłem się na Paradzie Dionizyjskiej. Już drugiej. Nie było  więc powodu by nie została lepiej zorganizowana. Zgłoszeń było, wiele a wśród nich teatr tańca z Poznania. Wsiadłem w samochód, z rowerem na bagażniku i pojechałem na Maltę. Poznałem tam naprawdę nawiedzonych tańcem ludzi: Martynę i Piotra Bańkowskich i ich wspaniale roztańczoną młodzież. “Medea – moja sympatia” nazywał się spektakl, który zaprosiłem na otwarcie klasyfikowanej przez jury części konkursu.

A zaprosiłem także po to by mieć tłum zdolnych statystów do przedefilowania z Lapidarium do Doliny w niedzielę sierpniowym wieczorem. W Warszawie to niemozliwe. Po pierwszy każdy jest na urlopie. Po drugie – wpierw pyta o kasę. Przecież zadzwoniłem do Andrzeja Niemirskiego, o którym wiedziałem, że przedstawił Miastu podobny projekt:  Teatralne Parady wszystkich teatrów na wozach. Zaproponowałem współpracę. Wspólne szukanie sponsorów. Nie był tym zainteresowany. Zwróciłem się do Darka Sikorskiego aktora zatrudnionego w niedawno pwstałym Domu Kultury Śródmieście ( jeszcze nie wiedziałem, że za kilka miesięcy przyjdzie mi zostać jego szefem) i on także nie dysponował młodzieżą ( nawet tą z Lata w Mieście) by wzmocnić liczbowo Paradę.

Piotr Bańskowski

Martyna Bańkowska

Baniak jednak potrafi.  ”Baniak” czyli   Piotr Bańkowski to  tancerz, pedagog, ale przede wszystkim choreograf poznańskiego Teatru Tańca Zakręconego, artysta. Swoją przygodę z tańcem rozpoczął w 1984 roku, jak sam mówi – to właśnie wtedy powiedział sakramentalne „tak”. Niebanalny, zabawny, o niecodziennym wyglądzie i stylu bycia, człowiek, który cały jest tańcem

Mówi o sobie w wywiadzie dostępnym w internecie: Kim jest Piotr Bańkowski? -  Na pewno zwariowanym ‘old schoole’m', który bawi się swoją pracą. Moją pasją jest tworzenie, budowanie projektów artystycznych o różnym zabarwieniu. Teraz wróciłem do swoich korzeni, czyli kultury hip-hop i w niej odkrywam siebie na nowo…  Gdzieś po drodze przygody z tańcem zajmowałem się też innymi dziedzinami sztuki tanecznej np. współczesny rap dance. Próbowałem też aktorstwa, śpiewu, studiowałem muzykę, wszystko to jednak kierowało mnie w stronę tańca.

Baniak ma jeszcze znakomitą żonę – Martynę , z którą razem  pracują. Znaleźliśmy szybko wspólny język i krótko mówiąc udało mi się ściągnąć do Warszawy za jakiś symboliczny grosz (zwrot kosztów autobusu i noclegi) tłum roztańczonej młodzieży.

Do nich dołączył Artur Lis. Założyciel towarzystwa teatralnego Makata, z którym poznali mnie Konsekwentni.

Artur to świetny aktor plenerowy, aranżer ale i młody biznesmen. Umie starać się o środki unijne. Realizuje prejekty

Artur Lis (2003)

międzynarodowe. Myślę, że z czasem osiągnie pozycję nie mniejszą od obecnego króla polskich plenerów
– Jerzego Zonia z krakowskiego teatru KTO ( zbieżność skrótów z Konkuresm Teatrów Ogródkowych niezamierzona ale też nie nadużywana chyba nadto przeze mnie). Tak więc zaczął się dwunasty przegląd. Późno i spokojnie. Tak jak jedenasty.

Artur Lis na Frascati ( 2005)

Siedziałem na wsi z dziewczynkami. Na niedzielę zjeżdżałem  do miasta. Tu tylko należało zadbać o kilka plakatów, sprawdzić czy goście zakwatrerowani, jeszcze kotyliony „Braw” i „Klap”. Programy w formacie A-4 składny moim zwyczajem na pół do postaci broszuki  w Verso drukowałem ze sporym wyprzedzeniem. Słowem rutyna.

CDN – Rozdział CXIII –  Karaoke czyli wspólne śpiewanie

Rozdz. CXI – Z Paszyńskim i Kisielewskim po Podlasiu

31 stycznia 2010

Alert czyli Sympatyczne Miglance

W oczekiwaniu zatem na dotację przekształconego w jedną strukturę Miasta dla  XII KTO zająłem się rozkręconym już Alertem Europejskim.  Zająłem się nim właściwie z poczucia obowiązku i misji. No i po to by otaczający mnie ludzie mogli coś zarobić. Sam praktycznie nie zarabiałem na tym nic. No może z trudem pokryłem symboliczny czynsz Wilczej za dwa misiące. Nb. po dwóch latach musiałem po kontrolki NIKu zwrócić UKIE z własnej kieszenie 500 zł.  Urzędnicy doszli bowiem do wniosku, że w ramach przyznanej dotacji nie miałem prawa zmniejszyć kwot projektowanych na noclegi i wyżywienie by trochę lepiej zapłacić ekspertom.

Po wyprawie do Kopenhagi, gdzie 13 grudnia 2002 roku formalnie zakończono negocjacje akcesyjne myślałem o jeździe do Aten. Tam odbywać się miał  16 kwietnia kolejny europejski szczyt – tam też nastąpić miało ( i faktycznie 16 kwietnia nastąpiło) podpisanie Traktatu nt. przystąpienia Polski i pozostałych kandydujących Państw do Unii Europejskiej.

Chciałem przejechać tym razem południową Polskę, i kandydujące wraz z nami do Unii Czechy, Węgry kawałek Macedonii. Poprosiłem o większe  pieniądze. Jednak w UKIE nie zgodzono się na to.

Skończyło się zatem na przedreferendalnej  agitacji na ścianie wschodniej Polski. Celem II Alertu Europejskiego, który odbywał się w rezultacie od 15 do 21maja 2003 była promocja referendum akcesyjnego. Zachęcenie do uczestnictwa w Referendum i dostarczanie argumentów za przystąpieniem do Unii Europejskiej. Poszerzenie wiedzy na temat realnych możliwości i szans  w momencie przystąpienia do Unii. Uruchomiłem Telewizję Publiczną: Program I ( Telewizja Śniadaniowa); TVP Program 3 ( Regionalna) – magazyn Eurotel

Przypomniałem, że Alert to stan podwyższonej gotowości. Szczególnie na specjalnie zagrożonych terenach. Alert dotyczył tych wszystkich, którzy obawiali się, że doraźne kłopoty mogą zmarnować historyczną szansę Polski jaka była marzeniem 10 pokoleń naszych przodków. Dlatego ogłosiłem ten Alert. Czyli gotowość środowisk: głównie szkolnych, kulturalnych i samorządowych pragnących działać na swoim terenie na rzecz Referendum. 15 maja ruszyliśmy z happenigowym Eurobusem zbierać pokłosie Alertu.

Ełk _ Happening

Ełk - Alert Europejski

Alert robiliśmy z Konsekwentnymi, młodymi fajnymi ludźmi, których poznałem jeszcze w Warszawskim Ośrodku Kultury. Adam Sajnuk i Agnieszka Czekierda i ich impresario Aldona stanowią dziś trzon zespołu, od którego oddzielił się po zdaniu do Szkoły Teatralnej twórca tej grupy – Marcin Kołaczkowski.  Konsekewntni do zawodu konsekwentnie przebijają sie spoza Akademii. Nie podoba się to akademikom ( takim choćby jak Staszek Górka ) ale zachwyca publiczność wśród której “Konsekwentni” niby zespół rockowy mają grupy wiernych fanów. Wiem, że także i dla tych młodych ludzi jazda po Podlasiu, spotkania z ludźmi, sam fakt, że wyczarowałem autobus, ekspertów, pieniadze i nagłośnienie – było swoistym przeżyciem.

No właśnie nagłośnienie. Niby nic  ale jak tu sprawić by jadący przez małe  miasteczka autobus ( nie wszędzie się zatrzymywaliśmy) grzmiał. – Autobus musi mieć  przetwornicę: urządzenie zamieniające prąd z akumulatura na właściwy do zasilenia wzmacniacza. Zdobyłem taki autobus, po długim namyśle zaopatrzyłem go w hak holowniczy i przyczepę, na której jechały dwie wierne kolumny ( jeszcze te od Witka Szymańskiego kupowane), które dzielnie przetrzymały całą drogę. Jechał też z nami głupkowaty Adam – akustyk, który omało nie doprowadził mnie do zawału na dzień przed wyjazdem patrząc schematycznie na aparaturę, która nb. przez dwa lata osobiście  obsługiwał na Ogródkach. Na godzinę przed wyjzadem już w autokarze i ogłosił mi nagle że wszystko jest do wyrzucenia. Zdechło ! Cud, że Wróbel, który był tego sprzętu pierszym właścicielem tego sprzętu odebrał komórkę, przyjechał na sygnale przypominajac studencikowi, że gdzieś tam plus z minusem czy wejście z wyjściem są inaczej oznaczone. Wreszcie wszystko zagrało, przybyliśmy, zobaczyliśmy, zwyciężyliśmy,

Konsekwentni, przygotowali specjalny Happening o zaślubinach Polonii Z Europą. Śpiwali piosenki, tańczyli na placach, pomagali rozdawać nagrody w edukacyjnych konkursach przeprowadzanych przeze mnie z ekspertyami. Tym razem o pomoc poprosiłem dziennikarza i syna słynnego Kisiela – Jurka Kisielewskiego oraz byłego kuratora, krótko wiceministra oświaty, dziś znów wiceprezydenta Warszawy czyli Nauczyciela Doskonałego jakim jest Włodek Paszyński.

Ruszyliśmy przez Warszawę – Olecko – Gołdap – Grajewo – Krynki – Bielsk Podlaski – Siemiatycze – Sokołów Podlaski – Białą Podlaską- Radzyń Podlaski – Lubartów – Lublin – Świdnik – Krasnystaw – Zamość –Biłgoraj – Tarnobrzeg– Starachowice – z powrotem do Warszawy.

Wesoly autobus "Konsekwentni"

Po prawdzie to z tym Alertem było tak. Czułem, że po Kopenhadze trzeba iść za ciosem, choć z coraz większym przerażeniem stwierdzałem, że kolejne moje akcje może i służą czemuś, pewnie przysparzają mi popularności. Jednak tak są skonstruowane, że nie dają żadnego regularnego dochodu. No ale działałem trochę jak bankrut. Tyle, że ideowy. Tak uwierzyłem w rok 89, tak uwierzyłem, że jesteśmy w wolnym kraju, takim cudem zdało mi się otwarcie granic, wypełnienie półek, wycofanie wojsk rosyjskich z Polski, że mimo, iż na moich oczach kształtowały się mafie (tu Układ Warszawski), tam w okolicach Unii Wolności przekształconej potem w Paltformę Obywatelską odzyskiwały wpływy gminne sojusze. Widać było to już gołym okiem – ja jednak wciąż w to nie wierzyłem. Wciąż dawałem siebie. Wciąż nie pytałem o płacę i czułem się jak złodziej, gdy z pozyskanego przeze mnie na integracyjne akcje łącznego funduszu w granicach stu tysięcy złotych w kieszeni pozostało mi (i to bez odliczenia wszystkich kosztów) po sześciu miesiącach pracy około 6 tys. zł. Naturalnie nie na tych fakturach, które mi potem kwestionowano.

No ale jak by nie liczyc w skali roku czy siedmiolecia, każda konkretna wpłata pozwalała złapać oddech, pospłacać zwolna kształtujące się zaległości: a to ZUS, a to VAT, czynsz, telefon. Z takimi płatnościami od czasu X KTO już zaczynałem zalegać. Ciągle jeszcze liczyłem na nagrodę.

Marek Chojnacki

Przypominam sobie Marka Chojnackiego. Ten miły, wykształcony młody człowiek, którego poznałem na stanowisku zastępcy Joli Kessler-Chojeckiej jako wicedyrektora Centrum Prasowego PAI bardzo był dumny z siebie po zorganizowaniu obsługi pielgrzymki papieskiej w bodaj 99 roku. Przyjmował potem stanowisko konsula w Lyonie stwierdząjc ze spokojem: jakaś nagroda musi być. No tak, ale on pracował w strukturze. Na sukces choćby zarządzającego w tym czasie PAI Jana Musiała. Ja zaś pozyskując środki dawałem coś publiczności,  Sprawie, konkretnym zarabiającym dzięki mnie osobom. Jednak pracowałem zawsze na siebie. I to  był   błąd. Choć nie do końca przeze mnie zawiniony. Nigdy bowiem nie spotkałem nikogo (od Erwina Axera czy Stefana Morawskiego poczynając na Olechowskim kończąc) – kto by chciał bym pracował na niego. Jakoś tak się złożyło, że to u mnie pracowno. Ja zaś szczyciłem się tym, że zatrudniam najlepszych. Właśnie takich co też pracują na siebie.

Starałem się też zatrudniać młodzież.[1] Choć to szło mi gorzej, bo nie bardzo potrafię prowadzić za rączkę. Zakładam u moich podopiecznych ten sam co u siebie poziom inteligencji, a nawet niezależności. Co się zaś tyczy tych lepszych. Tu z kolei zakładałem, najczęściej błędnie niestety, że takie osoby są lojalne, nie obawiają się konkurencji, jeśli coś otrzymają, zachowają wdzięczność i jakoś spróbują się odpłacić.

Naiwna nieco wiara. Jurka Kisielewskikego znam ( z widzenia) pewnie ponad 30 lat. Mieszkaliśmy czas jakiś na przeciw. Szanowali się nasi ojcowie.

Jerzy Kisielewski

Ojciec Jurka to wszak słynny Kisiel: Stefan Kisielewski – muzyk i pisarz, felietonista Tygodnika Powszechnego w czasie, gdy to katolickie pismo (zawieszone w latach stalinizmu) wyznaczało standard niezależności i patriotyzmu. Po marcu 68 roku ojciec mój nie mógł nigdzie pisać pod nazwiskiem. W Twórczości pisał felietony jako Dedal. W Tygodniku Powszechnym swoje pisywał też pod (powszechnie już rozpoznawalnym) pseudonimem Kisiel. Gdy tylko przyszła nowa lekka odnowa naczelny redaktor Tygodnika Jerzy Turowicz zaproponował memu ojcu felieton na ostatniej stronie. Obok Spodka ( Stefana Skwarnickiego), Józefy Hennelowej, Antoniego Słonimskiego no i przewodzącego tej stawce Kisiela. Tak więc Ojcowie stali się kolegami z redakcji. Spotykaliśmy dość często pana Stefana idąc z Armii Ludowej na spacer w stronę placu Na Rozdrożu, dalej al. Ujazdowskimi wzdłuż Urzędu Rady Ministrów, aż po róg Bagateli zawracając na wysokości Wyższej Szkoły Partyjnej tej od Dionizego Tanalskiego. Pieski wskakiwały na murek, panowie perrorowali, chłopcy grali w pikuty. Jurek miał brata Wacka, świetnego pianistę, który poszedł w muzyczne ślady Ojca i zasłynął w latach siedmdziesiątych wraz z Markiem tworząc podbijający świat do tragicznej śmierci Wacka w ‘86 roku duet fortepianowy Marek (Tomaszewski) & Wacek (Kisielewski).

Jurek stara się chodzić w te drugie, publicystyczne ojca szlaki. Przystojny ( moim zadaniem), romanista, mieszka do dziś w al.Szucha na czwartym piętrze na przeciw mieszkania Zosi Kucówny, w którym przechowywali mnie Hanuszkiewiczowie, gdy zdawałem maturę. Przechowywanie dotyczyło też Kalego, psa formalnie mego lecz w istocie powiernika Seniora, którego wyprowadzając natykałem się nie raz na Jurka z jakimś małym szczurkiem.

Łączą więc nas z Jurkiem wybitni ojcowie, krakowskie, inteligenckie korzenie. Podobne w sumie talenty. Przewagą Jurka jest wdzięk i jakaś taka arystokratyczna siła. Nie tyle pewność siebie co poczucie dowartościowanie. Jurek należy do tych co nie biorą – oni udzielają siebie. Za komuny był Jurek skromnym filolologiem romańskim, gdzieś pracował, coś tłumaczył. Jego czas zaczął się po śmierci Ojca. Z godnością go reprezentuje. Robi to zresztą optymalnie. Mnie bycie synem bardzo, bardzo długo nie przysparzało satysfakcji. Nie wynika to zresztą z braku miłości czy szacunku. Lecz ze sposobu wychowania. Mnie tresowano w poczuciu, że i tak w życiu ojca nie dorosnę. Senior wyznał nawet, w Dzienniku, że obawiał się bym ja go nie prześcignął. Jakiś kretyński wyścig szczurów, na który nałożyło się dodatkowo moje różne szkolne głównie niedoskonałości. Potem oblany egzamin, na aktorski. Gdzieś od doktoratu zacząłem odrabiać pozycje. Lecz co zdobyłem flankę: książka, doktorat – okazywała się ona już oderwana od Zamku.

Jurek przeciwnie ma tyle godności i wewnętrznej pewności siebie, że też wiele mu uchodzi. Z wiekiem staje się coraz ważniejszy: pracownik Radia dla Ciebie, potem telewizyjnej śniadaniówki, wybrany wiceprezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w chwili, gdy organizację tę opanowała Krystyna Mokrosińska ze swym telewizyjnym teamem.

Ktoś kto jak ja ma nawyk mierzyć wartość człowieka dziełami mógłby mu zarzucić niedosyt dzieł. Jednak czy obecność nie jest dziełem ? Cóż w końcu innego robi polityk ? On też tylko jest tam gdzie trzeba i we właściwym czasie. Więc dziś, gdy dziennikarstwo schodzi na psy, gdy czołowym autorytetem środowiska ogłosił się samozwańczo – Stefan Bratkowski, którego nieprzyzwoitość już scharakteryzowałem, otóż w takich czasach sylwetka Jerzego Kisielewskiego zdawać się może wręcz klasyczna. I aż wspominać hadko, iż bez wahania  objął odebrane mi za odchylenie promichnikowskie stanowisko Dyrektora Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Że w moim przekonaniu całkiem bezprawnie łączył je z funkcją wiceprezesa SDP będąc zarazem konktrolerem i kontrolowanym. CMWP jest bowiem jednostką podległa Zarządowi SDP. Czynił to jednakowoż sympatycznie, a na dodatek krótko oddawszy rychło funkcję Andrzejowi Krajewskiemu, który odbudowawszy z nas trzech z pewnością najlepiej pozycję Centrum padł również ofiarą samowładztwa Carycy Mokrosińskiej. Urazy w sercu nie noszę. Rękę po kilkakaroć wyciągałem. Wyciągnąłem ją więc do Jurka i teraz byśmy razem w objazd Polski ruszyli. Propozycję przyjął. Wódeczkę piliśmy rozkosznie.

Ja zasadniczo, a już szczególnie w towarzystwie,  innych trunków niż wino nie pijam. Jednak w kompanii potomka rodu Kisielewskich nawet okowita smakuje jak szampan z oliwką. Urżnęliśmy się więc słodko raz, a może i drugi, skąd trochę śmiechu i miłe wspomnienia lecz w moim mieszku nic nie pozostało. Ani,  Gianta – który miał zasponsorować lepsze rowery na nagrody, które kupiłem najtńsze z wyprzedaży Carrefoura ani nigdy żadnej, najmniejszej propozycji współpracy. Ani wtedy, ani potem – mimo jeszcze kilku ofert jakie w życiu Jurkowi złożę.

Nigdy nie przyszło mu do głowy, że można uczynić większą łaskę niźli odbierać z wdziękiem – można wykonać telefon, gdzieś zaprosić,  pomyśleć co tam słychać u bliźniego.

Ta uwaga dotyczny obydwu “kolegów”. Zarówno Jurka, jak dużo lepiej i jak sam powiada “od wojny japońskiej” zaprzyjaźnionego “Paszczaka”.

Włodawa - Kisielewski, Paszyński & ATK

7 lutego 2007 roku już jako Prezydent ds. kultury i jeszcze zanim będzie musiał zmilczeć ( i tak do dziś trzyma buzię w kubeł) moje z warszawskim samorządem rozstanie w Rozmowie z Agnieszką Budzyń tak ten czas Włodek Paszyński wspominał:

„- Euro-autobus?

- Tak.

- Proszę o tym opowiedzieć.

- Przyszli do mnie dwaj fajni, mądrzy, sympatyczni ludzie, Andrzej Kijowski i Jurek Kisielewski, i zaprezentowali taki trochę „odjechany” pomysł , ale ponieważ ja byłem przekonany o konieczności przecierania drogi do Unii i miałem trochę czasu, więc ruszyliśmy tym autobusem, właśnie z Konsekwentnymi. Spędziliśmy razem kilka dni w tym autobusie, przejechaliśmy sporą część północno-wschodniej Polski, robiliśmy przedstawienie o zaślubinach Polski z Europą. Andrzej się w tym wyżywał podwójnie, trochę intelektualnie, bo był tam taki element wiedzowy, związany ze znajomością Europy, a z drugiej strony Andrzej miał zawsze nie do końca zrealizowane pomysły aktorskie. Fajny był ten autobus, zwłaszcza, że pokazywał nam bardzo różne miejsca i momenty. Czasem było po prostu miło i sympatycznie, ale czasami było też dramatycznie…

- Rzucali się na Was, tłukli jajkami?

- Jajkami nie, natomiast były takie miejsca, w których czekali na nas miejscowi aktywiści antyeuropejscy. Zazwyczaj mieściło się to jednak w jakiejś normie, z wyjątkiem jednego z miasteczek w lubelskim, którego nazwy przez litość nie wspomnę. Tam była naprawdę groza. W bardzo ładnym i zadbanym miasteczku miejscowi aktywiści jakiejś akcji katolickiej, przywitali nas okrzykami nie bardzo europejskimi „Żydzi, won do komór gazowych”. Było to podwójnie dramatyczne, bo rzecz działa się koło Bełżca, ale też myślałem sobie, że to jest taki swoisty chichot historii.”

Zaślubiny : Agnieszka Czekierda (Uniija Samanta Helga Europejska) & Adam Sajnuk (Andrzej Tadeusz Rzeczpospolity)

Eksperci pomogli owszem spopularyzować akcję: Jurek Kisielewski ułatwił wejscie do Kawy Herbaty, Paszyński uruchomił Miłkę Skalską, dzięki czemu suwalska ekipa TVP3 zrobiła reportaż z naszej eskapady. Bawiliśmy się świetnie. Jednak w wszyscy moi goście zarobili  w trzy dni dokładnie tyle samo, co ja pracując pół roku. Wróciliśmy z Podlasia. Akcja zakończyła się sukcesem. Myślę, że nasza obecność przysporzyła Unii zwolenników, w każdym razie we wszystkich odwiedzanych przez nas rejonach referendum wygrało.


[1] W znaczeniu słownikowym alert oznacza stan gotowości np. przed ważnym wydarzeniem. W tym wypadku jest to oczekiwanie na referendum o członkostwie w Unii Europejskiej. Celem projektu jest: przygotowanie polskiej opinii publicznej do referendum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej, stworzenie pretekstu do dyskusji na temat równości szans państw kandydujących, promocja zdecydowanej, aktywnej postawy Polaków, którzy jako przyszli obywatele powinni umieć walczyć o swoje interesy. Niewątpliwie mocnym atutem jest specjalnie przygotowany Eurobus. Jego trasa obejmie miasta z całej Polski.

Autobus akcji przyjechał także do Olecka 15 maja 2003 r. Aktywnie włączyliśmy się do akcji. Przygotowaliśmy flagi, baloniki i udaliśmy się na miejsce zebrania. Zobaczyliśmy ciekawy happening. W akcji brali udział aktorzy Teatru “Konsekwentni”. Interlokutorami byli Jerzy Kisielewski i Włodzimierz Paszyński zaś polemistą – Andrzej Tadeusz Kijowski.

Uczennica naszego koła Ula Kozłowska wzięła udział w konkursie. Okazało się, że odpowiadała na wszystkie (nawet bardzo trudne pytania związane z UE ). Zdobyła pierwszą nagrodę – rower. Gratulujemy.

A. Kunicka Internet LO Olecko Ostatnia zmiana: 02/20/2006 13:55:25

Rozdz. CX – Z Naimską po estakadach.

30 stycznia 2010

Moja sytuacja była w  pod koniec 2002 roku dziwna. Było wiadomo, że najbliższy przyjaciel został wiceprezydentem Warszawy. Zdawać by się więc mogło, że moja pozycja wzrosła. No ale przecież Kaczory, z którymi się Urbański zbratał wszędzie wchodzą pod hasłem prawa i sprawiedliwości, co dla ludzi takich jak Andrzej czy ja w praktyce oznacza,  że łatwiej zatrudnć kogoś z dawnego układu niż nawet najbardziej kompetentnego kolegę. Tak więc doszło do sytuacji w istocie paranolidalnej. Ustosunkowany, z pieniędzmi. Tu –  UKiE i Europejskie Alerty, tam – idea EFiKu,[1] o której już było. Kumpel Prezydenta, już już Doradca i Sekretarz Prezydenckiej Rady Kultury. Kim to ja nie zdawałem się być. Na oko! A jednak coś stanęło na przeszkodzie. Niezręczne słowo ? Spisek?  Dość, że nie dopuścili mnie do pracy.

Moja fundacja „Kultura Tutaj Obecna” i imprezy z Teatrami Ogródkowymi na czele jako dodatek do jakiejś płatnej pracy byłyby bowiem miłym apanażem. Same nie pozwalały związać końca z końcem. Niby wiadomo. A jednak – ciekawe.

Tym ciekawsze, że gdym w 2007 roku pisał te słowa korzystałem akurat gościnnie z gabinetu jednego z dyrektorów biura kadr TVP SA. Było już po tym, co dopiero miało nadejść. Po oszałamiających sukcesach Ogrodów Frascatii. Właśnie tego dnia lipcowego 2007 w „Rzeczpospolitej” ukazał się tekst wieszczący ich śmierć. Za chwilę miały zacząć się oszczerstwa. A ja w trakcie badań lekarskich czekałem na dyrektora Langenfelda, który miał wrócíć z moim kontraktem o pracę w Akademii Telewizyjnej TVP SA. Było jak 5 lat wcześniej. Z tą tylko różnicą, że mój przyjaciel został samym głównym Prezesem TVP SA. I nie miał już nad sobą szefa. Chwilo! Trwaj ! Myślałem  … Krótko trwała. Ledwie 16 miesięcy – tyle co Karnawał Solidarności. Przeżywszy rok 2009 –  Stan Wojenny wspominam jako dobre czasy.

Zatem na początku 2003 roku Wiceprezydent Urbański łapał się  lewą ręką za prawe ucho by jakoś znalaźć miejsce dla byłego marszałka sejmiku, dra nauk, dość chyba sprawnego animatora kultury w prawicowym teamie współpracowników Kaczyńskiego, którzy … bardziej niż diabła obawiają się na urzędzie – goja ! Nie było na mnie pomysłu, więc chcąc niechcąc przedstawiłem w imieniu mojej Fundacji projekt Letniego Festiwalu Artystycznego  i kolejny wniosek ogródkowy. Ciekawe, że po okrzyku “dawaj festiwal”, który usłyszałem jeszcze w listopadzie, gdy kwit ten (natychmiast!) został  Urbańśkiemu wręczony – zapadła kompletna cisza. Otrzymała go także obejmująca właśnie posadę Dyrektora Biura Kultury – córka Rabina czyli Małgosia Naimska.

Małgosia Naimska (z domu Borkowska), że nie jest z gminy  (przynależność do niej dziedziczy się wszak po matce) poinformowała mnie już  nie pytana przy trzecim spotkaniu. Dodając zaraz, że ona wprawdzie jest patriotką

Małgorzata Naimska

cywilną jednak  ma ojca … Rabina. Przyznam, że mnie wparło. Nie sam fakt lecz faryzeizm ( jak by powiedział ŚP – Jurek Koenig) – tego oświadczenia.

Jest Małgosia z wykształcenia … hebraistką. Życie spędziła w Pen-Clubie u boku Władysława Bartoszewskiego jako sekretarka tej międzynarodowej literackiej korporacj. Harcerka, rejtanianka, żona Piotra Naimskiego – jednego z twórców KOR-u. Potem razem z Ireną Lasotą prowadziła Fundację Instytut na rzecz Demokracji w Europie Wschodniej. Epizod ten zakończyła w atmosferze tuszowanego skandalu.  Szkoda słów. Więcej ma ten temat nich  już z wrodzonym sobie taktem Zofia Romaszewska opowie. Institute for Democracy in Eastern Europe[2]

Pracę w Fundacji straciwszy w niesławie została Naimska przez Kaczyńskiego namaszczona na osobę, która w imieniu Prezydenta Miasta będzie teraz inne Fundacje zaopatrywać. Wtedy też ją poznałem.  Nie znałem oczywiście wówczas raportu Zofii Romaszewskiej ale o konflikcie i bankructwie Fundacji dla Wschodniej Europy słyszałem. Tak więc starałem się z Naimską rozmawiać jak swój ze swoim. Nie musiałem jej nadto

Letni Festiwal Artystyczny

przekonywać, że rozliczenie grantów jest bardzo trudną rzeczą. Jednak, jeśli nie zatrudnia się ludzi inaczej niż na zlecenia, a za siebie ZUSu nie płaci – jakoś możliwą.

Pierwsze spotkanie odbyło się w Gabinecie Andrzeja. Pamiętam, żeśmy nań czekali i nawet przez moment to mnie wypadło grać rolę gospodarza. Rozpostarłem skrzydła, nastroszyłem piórka – i wyśpiewałem moje marzenia zdając sobie sprawę, że istotnym komunikatem jaki w tym momencie przekazuję jest to, że nie musi się mnie obawiać jako konkurenta do stołka. Jedyne czego chcę to umożliwienia mi realizacji mojej wizji. A wizją był Festiwal, którego projekt zgodnie z dezyderatem złożyłem Andrzejowi, i na którego temat głucha zapadła cisza. Więc mówiłem, mówiłem, mówiłem. Tłumaczyłem czemu nie Pałac Kultury ani Plac Defilad. Nie ten anonimowy tłum, który doń zmierza. Pokazywałem miejsca. Miałem już w głowie Park Frascati, o którym Naimska w gruncie rzeczy nie wiedziała. Więc ( jako, że jeszcze samochodu służbowego nie miała) postanowiłem odwieźć ją do domu na Ursynów po drodze zawożąc za Teatr Buffo. Objechałem z nią caly teren trawersując moim Tiponkiem niektóre estakady czym wzbudziłem zdaje się lekkie oszołomienie. W każdym razie początek został zrobiony.

Tak mi się przynajmniej zdawało. Tymczasem pod auspicjami Naimskiej  rodziła się w mieście koncepcja nowa: Festiwalu “Na skrzyżowaniu kultur”. Koncepcja,  która była w moim przekonaniu prostym plagiatem stworzonego przez Macieja Domańskiego, po tym jak nie wyszła nasza wspólna koncepcja “Wisły Żywej”, festiwalu Czterech Kultur. Festiwalu z powodzeniem – do czasu – realizowanego przezeń  w Łodzi.

Tam chodziło o kulturę polską, niemiecką, żydowską, rosyjską – spotykające się w tym mieście. Tu miało by chodzić o pokazanie wielu zjeżdżających dziś do Warszawy nacji. Ale powiedzmy sobie szczerze: wielowarstwowość Łodzi ma w sobie coś szczególnego. Nie można tego powiedzieć o Warszawie. Fakt, że ostatnimi czasy namnożyło się w niej przybyszy z różnych stron świat nie odróżnia jej niczym od  większości aglomeracji w dobie globalizacji.

Co tu gadać. Od Maćka Domańskiego ideę. Ode mnie nazwę. Wszak tytuł „Na Skrzyżowaniu” (au Carrefour ) tyle że Europy,  znajdował się wśród zaproponowanych teraz przeze mnie prezydentowi nazw. Opowiadałem już o tym.  Rzecz nie w tytułach.  Tych jest ci u mnie dostatek. Mój imiennik Janusz Kijowski, któremu po wygraniu przezeń konkursu na Teatr w Olsztynie udostępniłem projekt Mazurskiego Festiwalu do dziś posługuje się wymyśloną przeze mnie pod copyryghtem nazwą Festiwalu „Na Pomostach”. – A niech im się darzy. Nie będę się przecież procesował z imiennikiem… Zabawne, że ten drugi Kijowski jest Małgosi i Piotrowi Naimskim jeszcze z harcerskiej Czarnej Jedynki  Liceum Reytana znakomicie znajomy. Gdym opowiedział Naimskiej o jego drobnym szalbierstwie dodała na jego temat sporo pikantniejszych szczegółów.  A to Polska właśnie.

Wracając do tytułów. Zaproponowałem ich parę: -  Wisła Żywa- Vistule Vivante,  Festiwal Odzyskanych Narodów Moskwa -Warszawa – Paryż ,  Weimarski Piknik Europejski (Newa – Wisła – Dunaj –  Ren- Marna – Sekwana),  wreszcie Na Skrzyżowaniu Europy (au Carrefour ). Tytuły zmieniałem w zależności czy adresatem była Solidarność, Ministerstwo Spraw Zagranicznych czy Miasto Warszawa. Lecz pomysł był i nadal pozostaje aktualny – jeden.

Prawie dziesięć lat temu to pisałem. A dziś to bez słowa zmiany powtórzę:

Warszawa stanowi geograficzne centrum Europy i w momencie wstąpienia do Unii Europejskiej może stanowić naturalne miejsce spotkania Europejczyków z północy (Finlandia, Szwecja, Litwa, Łotwa, Estonia) i wschodu ( Rosja, Białoruś, Ukraina, Czechy, Słowacja) – spotkania, które może być bardzo interesującym dla turystów i znawców kultury z Europy Zachodniej ( Przede wszystkim Francji, Szwajcarii, Włoch, Hiszpanii).

Szczególna rola Warszawy na trasie Paryż-Moskwa wyraża się w znanym powiedzeniu, iż zmierzający w obydwu kierunkach , kiedy przypadkiem wysiądą na Warszawskim dworcu mogą odnosić wrażenie, że znaleźli się już na miejscu. Istotną cechą Warszawy jest bowiem fakt, iż reprezentuje kraj z gruntu katolicki, oparty na chrześcijańskich wartościach kultury Śródziemnomorskiej, zarazem jednak jest to kraj Unii Lubelskiej (1569), która była praktycznym wyrazem dążeń Integracji Europejskiej obecnej w myśli politycznej Europy od czasów Karola Wielkiego aż po traktat z Masttrichts.

Jest oczywiste, iż uniwersalnych podstaw nowej Europejskiej pokojowej koegzystencji należy szukać we wspólnych korzeniach kultury. Zagrożenie Amerykanizacją – jeszcze do niedawna bardzo pozytywnie odbieraną w tej części Europy budzi opór młodego pokolenia Europejczyków. Młodzi Warszawiacy podobnie jak Paryżanie czy Berlińczycy jednoczą się w poszukiwaniu korzeni, w odrzuceniu globalizacji – tego wszystkiego co wyraża się w buncie Europa kontra Mc’ Świat.

Odbywające się w wielu miastach Europy festiwale, spotkania i przeglądy, o bogatej tradycji i ustalonej renomie, a także utrwalająca się w świadomości Europejczyków rola Berlina grozi marginalizacją kulturalną stolicy Polski. Nie tylko turyści krajowi i zagraniczni, ale także mieszkańcy Warszawy i regionu, są pozbawieni w miesiącach letnich, propozycji kulturalnych o różnym charakterze – od elitarnych do masowych. Korespondenci zachodni oceniając nasze miasto stwierdzają, że „Warszawa pod każdym względem przypomina zachodnie metropolie, ogromny ruch samochodowy – w jej szerokich alejach, duży wybór towarów w sklepach, bilbordy i neony, luksusowe hotele, doskonała komunikacja miejska i dobra sieć telekomunikacyjna. Kuleje jedynie nocne życie miasta. Z zapadnięciem zmroku, nawet w weekendy, ulice pustoszeją.”  [3]

Z powyższego wynika iż istnieje wolna niezagospodarowana przestrzeń kulturalna, znajdująca się na przecięciu szlaków komunikacyjnych i kulturowych, gdzie spotkanie Wschodu i Zachodu byłoby próbą szukania  antidotum na zagrożenia globalizacją kulturalną.

Jednak moja idea nie przebiła się. Nie uzyskała urzędowej metki. Kto wie, może po prostu dlatego, że była autorska. Kto ukradł pół tytułu mnie, a drugie pół Domańskiemu nie wiadomo. Dość anonimowe Biuro Festiwalu mieści się natomiast przy w prowadzonym przez Katarzynę Hagmajer mokotowskim Domu Kultury zwanym “Centrum Łowicka”. Ale pani Katarzyna (żona Andrzeja, o którym też  już było) nie taka głupia by przypisywać sobie jakieś pisemne zasługi. Jak się chce trwać na stanowisku i zarabiać pieniądze należy uważać na przeciwciała.

O przeciwciałach usłyszałem po raz pierwszy jeszcze w 92 roku, gdy powstawała Niezależna Telewizja Polska. Mirek Chojecki namówił mnie wówczas bym zrobił materiał na temat działalności Heleny Gąsiorowskiej: za czasu komuny, ale i potem nieprzerwanie – skutecznej organizatorki życia kulturalnego na Ochocie, aż po Ursynów, a nawet Mrągowo, gdyż  dzielnica Ochota była jednym z pierwszych współorganizatorów Piknika Country w Mrągowie. Udałem się więc do Pani Heleny, nb. pierwszej żona wspominanego już Krzysztofa Gąsiorowskiego, zaciekłego komunisty i marksisty, rodzonego brata Małgosi Bocheńskiej i stryjecznego wnuka autora „Huraganu” czyli Wacława.  Pani Helena wszystko mi opowiedziała, powoziła od  Domu Kultury OKO aż po ursuski

HELENA ZOFIA GĄSIOROWSKA

ARSUS.  Chcę ją brać do kamery, a ona

–  O tym, nawet mowy  nie ma, powiedziała.

– Czemu ? pytam zdziwiony, bo zwykle ludzie lubią w szklanym okienku się pokazać.

- Bo,  jak urzędnik pojawi się w telewizji – to się uruchamiają przeciwciała. Powiada mi na to mądra Helena.

No, coż nigdy jako urzędnik zgodzić się z tym nie umiałem. Zawsze bardziej niż o pieniądze, dbałem o pamięć i chwałę. I pewnie dlatego – z urzędnikami przegrałem.

Festiwal na Skrzyżowaniu Kultur wymyślono zaś tak, by nikt nie czerpał stąd chwały. No, może jakaś „drobna” kilkunastotysięczna premia została komuś przyznana. Nie wiadomo natomiast ile pieniędzy przepompowano przez kasę miejską dla stworzenia nikomu niepotrzebnego logo, plakatu, wytępów swoich dla swoich ku uciesze urzędników.  Ciężkie miliony ! Tak się postępuje fachowo. Tak generuje się koszty. Kreuje pozorne sukcesy.

Mój „Konkurs Teatrów Ogródkowych”  zbyt silnie osadzony w konkrecie i związany z moją osobą tych standardów nie spełniał.

CDN . Alert – Z Paszyńskim i Kisielewskim po Podlasiu


[1] Europejskie Forum Inicjatyw Kulturalnych

[2] SPRAWOZDANIE O STANIE FUNDACJI:INSTYTUT NA RZECZ DEMOKRACJI W EUROPIE WSCHODNIEJ

[3] Yossi Melman w korespondecji pt: „Już nie na Wschodzie, ale jeszcze nie na Zachodzie”. Korespondecnja z 3.12.2000 roku

Rozdz. CIX – Rzeczpospolita Samorządna Michała Kuleszy

23 stycznia 2010

W mej opowieści jesteśmy przypomnę na początku roku 2003. Lech Kaczyński wygrał wybory samorządowe, Urbański został jego zastępcą do spraw kultury, Krzych Murawski znów w Zarządzie: po krótkim epizodzie prezesowania i zarządzania Wydawnictwami Szkolnymi i Pedagogicznymi – ma rekonstruować Pałac Kultury.

A Pałac stoi. Zajmuje powierzchnię, sypie się, kosztuje. Miasto zwalnia go z podatku od nieruchomości – trudno więc powiedzieć czy to się w jakikolwiek sposób kalkuluje. Może należało jak Niemcy Mur Berliński rozebrać go gołymi rękami: cegła po cegle ?  – No tak, ale kto mi zagwarantuje co by na jego miejscu powstało. Tak jak teatry Hanuszkiewicza zamieniono w Supermarkety, aż zniknął Teatr Mały i przekazano zręcznie w prywatne ręce do Fabryki Trzciny miejską dotację Teatru Nowego…

Co by pozostało z Pałacu Młodzieży z basenem, Teatru Lalka, Studio i Dramatycznego, Muzeum Techniki ?  Bo Salę Kongresową nie spełniająca żadnych standardów nawet przeciwpożarowych z pewnością dawno przerobić by należało. Ale na co ? Ale dla kogo ?

Ten Pałac, te teatry – to własność samorządu. Własność komunalna czyli … należąca do komuny. Inaczej mówiąc do Wspólnoty. Wspólnota Samorządowa. To była myśl, która w 1990 roku wyprowadziła mnie na ulicę. Kazała walczyć o kino Wars na rynku Nowomiejskim, o prawo mieszkańców warszawskiej Starówki do wykupu swych mieszkań.

Samorząd ! Idea samorządu narodziła się chyba w mojej głowie jeszcze w 1981 roku, gdy czytałem piękną utopię stworzoną na Zjeździe Solidarności. Nadanojej imię Rzeczpospolita Samorządna.  Opierać się ona miała na samorządach pracowniczych, zawodowych i terytorialnych. Była to próba pogodzenia mitu sprawiedliwości społecznej z mechanizmami rynkowymi, dążenia do niepodległości z ówczesnymi ograniczeniami tzw. geopolityki[1].

Z tym wszystkim, adiunkt w Szkole Teatralnej –  dałem się w 1990 roku wybrać radnym, zostałem przewodniczącym komisji kultury, oświaty i sportu Śródmieścia i wicemarszałkiem warszawskiego Sejmiku. Nie ma już tego, obdarzonego osobowością prawną Śródmieścia. Sejmiku w tamtej postaci też nie ma. Funkcjonował osiem lat.  Ale i wtedy nie udało się uzyskać podmiotowości dla staromiejskiej  „jurydyki”, która mnie wybrała. Od pierwszego dnia w Radzie musiałem się stykać z mechanizmem zbiorowej woli utrzymania gestii w rękach anonimowego ciała kolegialnego. Ucieczki przed obdarzaniem ludzi kompetencjami, sprytem osób, które rozumiały, że najwięcej można zyskać rządząc anonimowo, a odpowiedzialność rozmydlając decydując zbiorowo.  Słowem z myśleniem partyjnym.

Mała żótka książeczka

Małą żółta książeczka

Jeszcze w 1990 roku żyliśmy ideami. Udało się w Sejmiku odtworzyć Komisje nawiązujące nazwami i zakresem kompetencji do czasów oświeceniowych: Boni Ordinis, Komisję Skarbu,  Spraw Publicznych i Brukową, które miały niejako w poprzek analizować miast dublować funkcję wydziałów architektury czy zdrowia, kultury czy komunikacji współczesnego urzędu.

Zapanował jednak chaos . W czasie  którego coraz częściej mówiło się o konieczności wprowadzenia w  mieście  Zarządu Komisarycznego. Czułem, że takie działania mogłyby się spotkać  z poparciem znacznej części mieszkańców.  Można bowiem pogubić się w polityce. I posłom pozwolić  działać w oderwaniu. Kiedy jednak człowiek nie wie gdzie  się w mieście rejestruje sklepy,  kto podatkuje grunty, u kogo wynajmuje się lokale, jak nazywa się urząd przyjmujący skargi, gdzie  łatają ulice lub zatykają kanalizację – zaczyna się horror.

Ten horror trwał już pół wieku. Ale myśmy obiecywali, że  z nami wszystko się zmieni. Komitety Obywatelskie, które większość obecnych radnych wyniosły gwarantowały w naszym imieniu. I co? Po Komitetach nie zostało wspomnienia. A i o nas też wyborcy zapomnieli  Odpływaliśmy… W równe dwa lata od wyborów, już w 1992 roku czułem to  odpływaliśmy… w sferę administracyjnej fikcji, prawnej niemożności, w stronę gadania…

Że to nie nasza wina? Że złe  były ustawy? Obojętny Parlament?  Niestabilne Rządy? Że  kryzys gospodarczy!? Ale przecież to zdawał się  nasz sejm, nasz rząd,  nasze rady   – nasza wspólna bieda. I… trzeba to powiedzieć otwarcie i do końca. Był to kryzys i głębokie załamanie, naszej  własnej władzy.

To załamanie widać było coraz wyraźniej po dymisji rządu Olszewskiego. Ale też wtedy zdawało mi się, że nie kto inny lecz właśnie  radni, stanowić mogli ostatnie  gremium polityczne wybrane na zasadzie w pełni demokratycznej i nie kontraktowej. I choć po Komitetach Obywatelskich Solidarności, nie pozostało już śladu,  to jednak w samorządowym  sejmiku i  na radach gmin, można było jeszcze tak mniemałem w 1992 roku  zwracać się do pewnej  formacji. Formacji, którą konstytuował  ścisły związek z wyborcami. Formacji obywatelskiej, dla której zdrowy rozsądek ważniejszy był zarówno od suchej litery praw jak i od emocji. Formacji w łonie, której niemożliwe do pomyślenia byłoby kompromitowanie demokratycznych instytucji władzy z obawy o własną skórę czy z  osobistej urazy. Formacji, której obca zdawała się prywata. Formacji, dla której liczyły się jedynie społeczne fakty.  Tak pisałem w „Spotkaniach” w 1992 roku [2]

Wśród radnych wykształciły się dwa typy zachowań. Nazywałem je: syndromem legalizmu i anarchizmu. Wskazując, że  w każdej z nich tkwi niebezpieczeństwo? Legaliści kazali czekać cierpliwie: najpierw na Ustawę o dochodach gmin, bez której obywano się przeszło dwa lata,  potem na Regionalne Izby Obrachunkowe,  w braku których Naczelna Izba Kontroli nie chciała badać budżetów gmin.  Na wnioski dotyczące zmiany podziału terytorialnego Warszawy. Anarchiści twierdzili, że skoro system samorządowy nie został legislacyjnie zamknięty mówienie, iż mamy respektować zapomniane prawo, prawo odłożone, prawo uśpione – okazuje się przeważnie czystą demagogią.

W ówczesnej, bardzo trudnej sytuacji kraju, gdy ujawniały się pierwsze załamania budżetów gminnych nawoływałem do korekty Statutu Miasta Warszawy  regulującej wadliwe relacje między Radą Warszawy,  a Radami Dzielnic i jej organami  oraz między Zarządem Miasta, a Zarządami poszczególnych Dzielnic. ( Wśród  ekspertów odpowiedzialnych w Sejmie za kształt tych kalekich ustaw były między innymi obok profesorów Regulskiego i Kuleszy – Hanna Gronkieiwcz Waltz i Zyta Gilowska…).

Twierdziłem, że wszędzie, dosłownie wszędzie można się porozumiewać, łączyć miast dzielić budżety rządowe, samorządowe i specjalne. Łączyć je po to by administracja nie miała nadmiernej władzy. By istotnie służyła do przekazywania środków. Bo, kiedy różne są źródła finansowania wtedy właśnie władza  znajduje się na dole. U dyrektora czy w Zarządzie Instytucji, która otrzymując środki z różnych stron czuje się relatywnie wolna i ma pewien margines swobody wobec każdego ze swych gestorów.

A czy to nie jest właśnie to co tak bardzo  nie chciano stracić? Czy nad współczesnym polskim ustrojem nie ciąży najsilniej lęk urzędników wszelkiej administracji przed wyzbyciem się wyłącznego prawa do przekazywania środków? Czyli władzy!? I czy w imię  obrony swych gestii nie są oni  skłoni zaprzepaścić dobro publiczne?

ATK - Apel Radnego

To pytanie nie może zostać uchylone. Gdyż ten kto uzdrowi stolicę pomoże  państwu, a kto przegrywa w Warszawie ten Polskę traci. Nawoływałem by powołać tu w Warszawie ruch – Naprawy Miasta.  Powtarzam wołanie ! Musi się on oprzeć na tej jak ją wciąż nazywałem obywatelskiej, dziś powiedziałbym mocniej PATRIOTYCZNEJ   formacji, zdolnej działać nie chowając się za prawne parawany.

Wierzyłem, że nie łamiąc prawa – ale także nie pytając, co nam wolno, a czego nie zadekretowano zdołamy znaleźć w Stolicy, w całej wielkiej Warszawie, sposób na skuteczne dokończenie dzieła Naprawy Rzeczypospolitej.

Pomyliłem się. I długo nie mogłem tego zrozumieć. Gdy dziś patrzę wstecz widzę wiele poronionych bytów. Nie ma Sejmiku Warszawskiego, ani Tygodnika „Spotkania”, w którym ten tekst ogłaszałem. Ekspresu Wieczornego, na którego łamach z tym samym wystąpiłem apelem też nie ma. Mimo moich ( wice-marszałka w końcu) protestów i ostrzeżeń

A Teraz Konkretnie z Michałem Kuleszą

Michał Kulesza i ATK w Nowej Telewizji Warszawa ( 1993)

Michał Kulesza, Andrzej Lubiatowski, Czesław Bielecki funkcjonujący jako doradcy samorządu uparcie lansowali wprowadzenie II szczebla samorządu i przeprowadzili zastąpienie tzw. Rejonów przez Powiaty.

W 1998 ostatecznie zniszczono w Polsce Samorząd.  Głównie poprzez stworzenia struktur pośrednich. W Warszawie zaowocowało to istną paranoją. W miejsce relacji dzielnica-gmina  i Rada Warszawy wybierająca prezydenta, powstała jeszcze Gmina Centrum oraz struktura powiatowa. Na prowincji między zdeprecjonowane dawne województwa i pozbawione np. podatku drogowego gminy wdarła się jeszcze korupcjogenna struktura powiatowa. Dziś na wezwanie wojewody walczące o dochody gminy rabują się nawzajem – miast tworzyć lokalną wspólnotę.

Odpowiedzialny za to wszystko we wszystkich niemal rządowych wcieleniach Michał Kulesza nie traci dobrego samopoczucia. Podobnie jak nie tracił go Krzysztof Murawski, gdy ponad rok zawiadywał Departamentem Struktur Państwa  w Rządowym Centrum Studiów Strategicznych. Poprosił mnie wtedy o współpracę, a ja wiedząc już że demokracja w obieży – jeszcze się Samorządną Rzeczypospolita zbawiać starałem tworząc

Program Osłonowy dla 27  miast tracących godność wojewódzką.

Odpowiedź na pytanie jakiego typu rekompensaty otrzymać może około 27 miast  przekształcających się z wojewódzkich w powiatowe jest w zasadzie prosta sprowadza się  rozwiania obaw przed :

1. Utratą prestiżu i zszarganiu tradycji ( ten, kto dopuści do utraty godności źle się zapisze w miejskich kronikach).

2. Spowolnieniem tempa  przypływu pieniędzy a zatem rozwoju inwestycji miejskich

3. Marginalizacją miejsca  z punktu widzenia komunikacyjnego

- Konieczność wyjazdów mieszkańców

- Zmniejszenie ilości przyjezdnych

4. Ograniczenia administracji interpretowanego jako czynnika miasto burczego

5.Bezrobocia zagrażającego urzędnikom likwidowanych struktur państwowych.

6. Powstawania wtórnych, czysto biurokratycznych, struktur będących wynikiem lokalnych lobby.

Teoretyczne odpowiedzi są proste i zostały wstępnie udzielone przez premiera Buzka.  Ich realizacja to konstrukcja programu osłonowego w następujących punktach.

Ad. 1. Pojęcie województwa czy regionu nie musi się łączyć z centralizacją stolicy godności miastu nie nadaje Urząd Wojewódzki. a to za co Wojewoda płaci:  szkoły, szpitale, drogi, instytucje kulturalne  etc.

Więc nigdzie nie jest napisane, że nowe województwo Gdańskie nie ma mieć np. swojego wielkiego lotniska w Słupsku ( gdzie funkcjonuje specjalna  strefa ekonomiczna i gdzie miasto od Wojska przejmuje lotnisko), a w Elblągu nie powinna powstać jakaś Uczelnia.

- Istnieje ponadto tradycja tzw. miast wydzielonych. Każde z dotychczasowych miast może  być zarazem stolicą powiatu jak i wydzielonym powiatem

- Być może należy też wprowadzić i ustawowo dookreślić powiatowe miasta “planety”(typu Radom), wokół których kręcą się “satelity” typu – Białobrzegi.

Ad. 2

Najważniejsze są pieniądze, a ono łączą się z obecnością w strukturach krajowych i Europejskich. Ważne są zatem kontakty między miastami. Stworzenie pola działania dla Związków Miast.  Klasycznym przykładem może tu być, już de facto zaprojektowana unia Toruńsko-Bydgoska, która zrealizowana być musi niezależnie od tego czy powstanie czy też nie województwo kujawskie.

Ad. 3

Sprawy komunikacyjne są dziś zasadnicze. A więc w planach rozwoju regionalnego musi zostać zaprojektowany rozwój wszelkich  połączeń:  od lotniczych czy szosowych kończąc na budowie Infostrady.

W momencie, w którym  większość gmin uzyskuje dostęp do Internetu miejsce usytuowania jakiegoś urzędu czy biura staje się już mniej ważne z punktu widzenia mieszkańca, który obsłużony zostanie we własnej gminie.

Ważnym elementem jest także kontakt za pośrednictwem mediów. Można wziąć pod uwagę zobowiązanie TV publicznej do zintensyfikowanie prac technicznych nad rozwojem bazy informacyjnej ośrodków regionalnych. Z drugiej strony należy umożliwić miastom tworzenie własnej bazy medialnej. Miasto, które ma swoje studio tv, swój stadion, swój kościół, basen, park, bibliotekę – takie miasto czuje się dobrym miastem.

Ad. 4

Nie ulega wątpliwości, że prawem Parkinson żaden rząd nie zlikwiduje materialnie   żadnego urzędu. Przezwie go, przekształci się, przepoczwarzy, rozmnoży – ale nie zniszczy nigdy. Zadba o to grono solidarnych urzędników po obu (centralnej i lokalnej) stronach biurokracji.

Jeśli więc odpowiedzią na likwidację  np. wojewódzkich urzędów ma być jak najrychlejsze się ich przekształcenie w jakieś Komisje Terenowe Wydziału X, a w najgorszym przypadku w Urzędy do spraw odwojewódczania byłego województwa, to lepiej pozostawić je w swoich miejscach czy w postaci delegatur traktowanych na tych samych prawach co jednostki Urzędu tylko, że oddalone w przestrzeni.

Z pewnością w dotychczasowych miejscach pozostawić należy Wojewódzkie Urzędy Pracy.

Te przedstawione przeze mnie na początku w 1997 roku hasła rozwinięte miały zostać przez zespół ekspertów, których liczba nie przekroczy siedmiu, a spośród  których  rozmawiałem dziś i otrzymałem już potwierdzenie udziału od:

-  Bohdana Jastrzębskiego ( b. wojewody warszawskiego 1991-1997)

-  Andrzeja Lubiatowskiego ( Instytut Miasta, Unia Metropolii)

- Kazimierza Kleiny ( b. wojewody słupskiego, Senatora RP, przew. komisji Gospodarki Narodowej)

Widziałem w tym gronie jeszcze:

Olgierda Dziekońskiego – Prezesa Agencji Rozwoju Komunalnego zwróciłem się także o współpracę do Marcina Bajko z Fundacji na rzecz Rozwoju Administracji Publicznej.

Program jak sądziłem ( bez wstępnej dyskusji z ekspertami i nie do końca znając zamówienie) powinien składać się z trzech części.

Pierwsza to opracowania  ideologiczne w rodzaju np.,  projektu stworzenia miast powiatów wydzielonych ( o ile pomysł zostanie zaakceptowany). Ogólne zasady postępowania w wymienionych wyżej i z pewnością  przez moich  ekspertów rozbudowanych obszarach. Byłby to rodzaj opracowania dla rządu. Liczyłem tu w znacznej mierze na doświadczenie Lubiatowskiego.

Druga to zestaw konkretnych propozycji adresowanych dla poszczególnych 27 miastami. Tu osobą najpomocniejszą byłby pewnie  Kazimierz Kleina.

Trzecia sprawa to zaproponowanie Sejmowi  konkretnych rozwiązań legislacyjnych. Być może pakietu odniesień kompetencyjnych bądź też ingerencji w inne ustawy. Osobą dysponującą tu ogromnym doświadczeniem jest bodaj najbardziej doświadczony z solidarnościowych wojewodów, zdawał mi się pełniący prawie osiem lat tę funkcję Bohdan Jastrzębski.

Osobną sprawą  było dostarczenie konkretnych propozycji rozwojowych dla poszczególnych miast, w oparciu o pakiety programów  dostosowawczych z PHARE i innych Funduszy Europejskich. Liczyłem tu na współpracę Dziekońskiego z Agencji  Rozwoju Komunalnego oraz Fundacji na rzecz rozwoju Administracji Publicznej.

W punktach rysowałem to tak:

1. Można niczego nie zabierać ( zostawić wicewojewodę z całym urzędem Delegatury Wojewódzkiej);

2. Należy rozpraszać administracje. Np. specjalne ( urząd statystyczny, urząd pracy, regionalna izba obrachunkowa, może stolica Sejmiku) – nie muszą się mieścić w stolicy województwa. Wojewoda Gdański mógłby mieć stolicę nawet w Toruniu.

3. Można uczynić te miasta wolnymi od powiatów. Lub, co tyle samo znaczy wydzielonymi z powiatów ( jak przed wojną). Taki status przysługiwałby każdemu z miast poniżej 250 000 mieszkańców, które nie będąc dotychczas objęte ustawą miejską korzystałyby z jej dobrodziejstw. ( jednoszczeblowego zarządzania.

4 Być może należy też wprowadzić i ustawowo dookreślić powiatowe miasta “planety”(typu Radom), wokół których kręcą się “satelity” typu – Białobrzegi.

5. Dla Bielska trudno coś poradzić, (ustawą miejską było objęte) ale trzeba uświadomić, że Bielsko oddając część swojego dochodu na rzecz kraju ( tak jak inne bogate regiony) nic nie traci wobec stanu dotychczasowego. Ono tylko jak osobne województwo mogłoby dużo zyskać.

Natomiast sugerowałem, by w  Bielsku utworzyć osobny Region samorządowy. Podobnie można było postąpić z Ziemią Sandomierską.

6.Natomiast to:” nic nie traci” trzeba ustawowo zagwarantować w części Ustawy o Finansowaniu Województw. Moim zdaniem należałoby określić jaki procent dochodu wypracowanego na danym terenie zostaje w postaci % podatku dochodowego, jaki musi tam wrócić.

7. To się łączy naturalnie z ustawą o finansowaniu gmin. Jeśli byłe województwo dostanie silny powiat z większym od 15,5% odpisu ( np. 25%) od podatku dochodowego, to to byłby konkret.

Jest pewne jak 2+2 = 4, że państwo nic nie straci jeśli zwiększy udział gmin czy powiatów w podatku dochodowym ( szczególnie tam, gdzie zarządzanie jest jednostopniowe, bo nie zżerają środków struktury pośrednie i powielające kompetencje).

8. W szczególności należy powiązać zasady finansowania miast z posiadaną infrastrukturą. Jeśli macie ( lub powołacie: szkołę, licea, Uniwersytet – to to musi być finansowane.).

Jednak Uniwersytety nie powinny być dekretowane na zasadzie 49 uniwersytetów na pociechę.

9. Z pewnością można jednak zainwestować w informatykę. Robić regionalne centra informatyczne. Wirtualne biblioteki  z Internetem. Ale tworzone na zasadzie dużych Cyber – Cafe. Miejsce spotkań, wykładów. Nowoczesna forma domu kultury.

10. Rzecz naturalnie w kompetencjach. Można coś nadrobić dodając kompetencji  regionom ( Radom Regionalnym czy Sejmikom) i Powiatom. Jeśli będą kompetencje: planowanie przestrzenne, ochrona zdrowia, kultura, nauka na stopniu wyższym – to będą też pieniądze.

Puste  gadanie ! Zmarnowany papier. Po poniższym tekście już nigdy, żadnej oficjalnej reakcji. A tekst był taki:

„Szanowny Dyrektorze, Krzysztofie miły ! Eksperci, z wyłączeniem Kleiny mogą się być we wtorek 10.III.97 o godz. 15:00. Proszę zatem o salę, napoje, wszystko jedno co byle nie słone paluszki, Twoją Łaskawą obecność oraz piękną protokolantkę zdolną potem protokół utrwalić na dyskietce. Twoja Firma “wisi” mi za  5 godzin rozmów telefonicznych, w tym ponad połowa komórek lub zamiejscowych. Rozmawiałem z czterema naszymi konsultantami i jeszcze wykonałem kilka rozmów z samorządowcami, specjalistami od finansów publicznych. Troszkę to jak widać trwało. Niestety, nikt nie lubi pracować na “halo!”.

Koniec  i kropka, ani paluszków ani rozmowy. Za to ładny punkcik w życiorysie. Gdy zatem w znanym mi ze wszystkich 13 letnich gabinecie przy ulicy Miodowej w Warszawie  wcieleń zamieszka wreszcie w 2003 roku lepiej jednak rozumiejący czym są idee i jak bywa im daleko do praktyki Andrzej Urbański. Po pierwsze co od niego usłyszę.

– Żadnych Kuleszy ! Bo widzisz Marszałku, to już jest całkiem inne miasto, inny samorząd i inny kraj, niż to, które znałeś.

Urbański widzi konkret. Lecz  rozumie  wizję.  Jest też bardzo przenikliwy.

CDN

Rozdz. CX – Dawaj Festiwal – z Naimską po estakadach


[1] http://archiwum.polityka.pl/art/rzeczpospolita-samorzadna,399839.html

[2] A.T.Kijowski. Apel radnego ( W obronie miasta)., „Spotkania” 1992  nr. 27;  02-VII-1992

Rozdz.CVIII – Obce Palikota dzieje.

23 stycznia 2010

Kto jeszcze na tej drabinie – przed tym Pajacem z „Małej Apokalipsy” Konwickiego świeżo przez NOW-ą właśnie w 1979 roku wydanej ? Na tej drabinie, przed którą kto wie czy nie przyjdzie się w końcu spalić choć inaczej po 25 latach widać dziś zagrożenie dla polskiej kultury niż ćwierć wieku temu. Po schodach Pałacu wstępując ubijaliśmy wszak starą -  tworząc zręby nowej  hierarchii. wartości To klasa Krzycha  Murawszczaka z Saskiej Kępy, a w niej ? –

Krzyś Jasiński.

Krzysztof Jasiński

Nie, nie ten od Teatru Stu. Też rówieśnik, dziś reżyser i znakomity realizator telewizyjny kolega jeszcze z Liceum Batorego. Jego ojciec był jakimś komunistycznym aparatczykiem w Ministerstwie Kultury. Podlegał mu departament Szkolnictwa Artystycznego. Ale mama Krzysia była nauczycielką w liceum na Saskiej Kępie, gdzie wspominani koledzy chodzili do bardzo niezwykłej klasy. Dobrała się tam grupa młodych, bardzo zdolnych chłopców. Poszli na różne wydziały, lecz przynajmniej na I roku gromadzili się właśnie wokół teatru. Stąd trafiali w moją, a i ja poznawałem ich orbitę.

Zanim zaczniemu kroczyć schodami Pałacu Kultury  Murawskiego i Isakiewicza – warto powspinać się schodami – niby po jakubowej drabinie.

Spotkany na I roku Janek  Aisner.  Janek – studiował socjologię, W towarzystwie  Ludwika Dorna, Uli Doroszewskiej ( dziś ambasador RP w Gruzji)  i Andrzja (Sahibka) Axera  – zaangażowany w KOR  i Solidarność. Widzę go w 1982 roku w mieszkaniu Magdy Chechlińskiej na Jelonkach, żegna się. Emigruje.

O Michale Bonim z tej klasy kilkakroć już wspominałem.

Z tej klasy spotykanej a to na kursie angielskiego, a to w której z teatralnych sal Pałacu Kultury czy w księgarni OR PAN-u tamże na parterze warto jeszcze wspomnieć dzisiejszego profesora socjologii i brata wybitnego filmowca Roberta czyli Piotrka Glińskiego. Studiował ekonomię ( to on załatwił salę prób na Długiej) potem wszyscy trzej to znaczy Gliniak, Murawski i ja zostaliśmy doktorantami Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Ja w sumie doktorat zrobiłem najszybciej, a chłopcy zrobili co w ich mocy bym (w związku z faktem, iż jako jeden z nielicznych absolwentów studium doktoranckiego, pracę dr obroniłem 11.VI.1980 czyli w terminie) powrócił z zesłania na białostockie kresy wschodnie. I tak się w istocie stało.

Przeprowadzoną w okresie solidarnościowego karnawału uchwałę Rady Naukowej IFISu zobowiązującą Dyrektora Instytutu do zatrudnienia mnie skonsumował Dyrektor-Komisarz tej instytucji prof. dr Kazimierz Doktór już w stanie wojennym. Ale skonsumował ! Była to  jego pierwsza decyzja personalna. Podjęta wobec zwalnianego w tym samym momencie z Białostockiej Fillii przez tamtejszego komisarza prof. Jerzego Niemca przewodniczącego komisji wydziałowej pedagogiczno-psychologicznej “Solidarności”. Dziwnie się plecie w Polsce i na świecie. Od tamtej chwil uważałem, że jestem w czepku urodzony. Zresztą ponoć faktycznie jestem.

Moje drogi z IFISem rozeszły się w jakimś 85 roku, gdy z amerykańskiego stypendium wróciła Kasia Rosner.

Katarzyna Rosner

Chyba trochę rozżalona. Bo dla siebie miejsca w Stanach nie znalazła, pozostawiła natomiast za oceanem swego męża Piotra Graffa. Piotr i Kasia spłodzili ( i świetnie w Stanach wykształcili) Agnieszkę Graff: dziś czołową polską nowożytną sufrażystkę. Piotr zaś (czego dowiedziałem się odeń po francusku, gdyśmy razem oprowadzali po warszawie francuską profesor Jeanne Parain-Vial – jest wyniesionym jako niemowle z getta dzieckiem wychowanym przez polską rodzinę. Ta informacja sprzedana przez Piotra była nader komercyjnie. Osobie, która przesyłała nam dary i zaproszenia umożliwające wyjazd z Polski. W 1984 roku załatwione mi przez ojca stypendium z francuskiego ministerstwa zagranicznych  skonsumowałem tylko dzięki zaproszeniu przez profesor Vial mi przesłanemu.

Piotr Graff, prof.Jeanne Parain-Vial & ATK (1980)

Zatem Kasia Rosner wróciła. Czy to oznaczało również, że gdzieś zdecydowano, iż kolejnego exodusu z Polski nie będzie, że przeciwnie – zaczną się powroty. Że, jak to najjaśniej Marek Edelman wyrazi dla jego pobratymców nie ma miejsca między Arabami. Ich miejsce jest w Europie. Ich ojczyzną Polska, której jedynym mankamentem jest fakt, iż nadto wypełniona radiomaryjnymi Polonusami.

Fakt. że z powrotem Kasi skończyły się dobre czasy. Bowiem Sław Krzemień-Ojak, komunista lecz w sumie przyzwoity człowiek pozwalał mi w ramach Zakładu Estetyki tworzyć zręby Estetyki Teatru. Nauki w Polsce właściwie nie uprawianej. W czasie, gdy szefem zakładu był Witek Kalinowski

Witold Kalinowski

Witold Kalinowski

( też go wygryziono nie dając nawet obronić  napisanej habilitacji )  mogłem napisać popularnonaukową książeczkę dla Ossolineum i przedstawić ją jako pracę roczną. [1]Gdy jednak wróciła Rosnerowa zaczął się w zakładzie terror semiotyczno-kulturowy: Husserl, Levinas, Ricoeur. Z rozpaczy chwyciłem się Foucaulta. Ale i tak pozbyto się mnie na korzyść Pawła Dybla i nijakiego Janusza Palikota, który doktoratu wprawdzie nigdy nie napisał, wzbogacił się jednak niezmiernie na spirytualiach oświadczając ostatnio wprost iż jego czwórjednia to: Platforma-SLD-

Janusz Palikot

Żydostwo i Gejostwo. Cóż, na takie dictum już tylko można fraszkami:

Nie jestem Żydem ani Gejem.

Masonem też – niestety ! - nie.
Obce mi Palikota dzieje.
Alians Platformy z SLD.

Tak więc ja odfrunąłem z IFISu około 86 roku ostatecznie. Gliński z Murawskim zostali. Piotrek okopał się na pozycjach naukowych, został kierownikiem zakładu. Janusz Palikot, Witek Kalinowski, Józek Orzeł, Krzychu Murawski też odlecieli: chcieliśmy rządu czy samorządu: czegoś więcej.

CVIX CDN – Michał Kulesza czyli co nam zostało z Samorządu


[1]Teoria Teatru – (Ossolineum 1985ISBN 83-04-01935-3ISBN 978-83-04-01935-5);

Rozdz. CVII -Zmarnowane szanse – rzecz o Murawskim Krzychu

21 stycznia 2010

Murawski… O Murawskim już kilkakroć wspominałem. Znam go dobre 33 lata. To także mój rówieśnik. Jak Pałac Kultury. Studiował na Uniwersytecie Warszawski równolegle z nami ( Andrzejem Urbańskim, Grzesiem Godlewskim, Markiem Karpińskim, Michałem Bonim, Krzysiem Jasińskim) tyle, że na historycznym wydziale archeologii .

Krzysztof Murawski

Krzysztof Murawski

Opisywałem już nasze z Urbańskim w Sigmie i u Ekonomistów występy z Meteorem. Wspominałem, że brał w nich i Murawski – obok Piotrka Glińskiego ( dziś profesora Polskiej Akademiii Nauk) i Janka Aisnera ( wspólpracownika Lutka Dorna, który na emigracji przepadł gdzieś w Kandzie jeszcze w jakims ’83) roku. To kumple z jednej licealneej na Sasakiej Kępie klasy także – Murawski. Trzeba przyznać, że ten wysoki blondyn o pociągłej twarzy i organizujących jej wyraz wypukłych nieco sennych powiekach jest bardzo zdolny. Przede wszystkim językowo, lecz nie tylko. Z Krzyśkiem losy wyjątkowo nam się przez lata krzyżują.
Poznaliśmy się przy teatralnych zajęciach, na pierwszym roku. Potem jednak traf zbliżył nas towarzysko. Zaczęła się mała stabilizacja. Żeniliśmy się szybko, młodo i … raczej bez sensu. Przeważnie z koleżankami, które nam skrypty pożyczały. Krzysiek znalazł sobie pieruńsko zdolną Kasię ( która w sierpniu 2009 roku jako Katarzyna Murawska-Muthesius po latach emigracji w Londynie powróciła na stanowisko z-cy dyrektora Muzeum Narodowego).
Ja – porzuciwszy studencką kruczowłoą Krysię wkręciłem się w loki blond Ani. Jak to było ? Ze studiów polonistycznych wyniosłem zażyłość z z Halinką Kreid, która posiadła Marka Waszkiela (dziś dyrektora Białostockiego Teatru Lalek) skutecznie na roku trzecim i wierzę, że ( może im jedynym z całej pokoleniowej formacji) – rodzinne szczęście wciąż sprzyja. Wtedy zaś młoda Waszkielowa ze świeżo z Murawskiemu poślubioną Kasią w jednym stały domu, w którym i myśmy z Anią bywali i w bridge nawet grali.

Katarzyna Murawska-Muthesius

Przyszedł karnawał solidarności. Krzysiek dołączył do mojego studium doktoranckiego w IFISIe i ma swój udział jako ówczesny przedstawiciel doktorantów w Radzie Naukowej, w tym, że mnie (jako jednynego doktoranta, co w terminie obronił pracę) w końcu do IFISu przyjęto. Rozpadło się potem małżeństwo Murawskiemu. W zdobytym ogromnym poświeceniem finansowym obydwu rodzin mieszkaniu na ulicy Czerwonego Krzyża, z którego w’82 pomagałem mu wynosić gruz kubałkami – w roku 2003 zamieszka ( i nawet do Pałacu przy Krakowskim Przedmieściu nie od razu zechce się wyprowadzić) … instalujący się w Warszawie jako Prezydent wpierw miasta, a potem kraju nie kto inny tylko Lech Kaczyński. Krzyś w finale związku z Katarzyną pocznie jeszcze syna Michała. Ten jednak wnet z matką wyemigruje do Angli, gdzie Kasia zrobi sporą karierę jako historyk sztuki. A Krzysia – Kaczyński w tymże 2003 roku najpierw ( bez związku z mieszkaniem…) przyhołubi w Pałacu Kultury, a potem pod dyktat agenta SB Lecha Isakiewicza będzie starał się bezskutecznie ( czyli bezprawnie czego wykazywanie pięć jednak lat trwało) – dyscyplinarnie zwolnić z pracy.

Mrożek by tego nie wymyślił !!!

Dziś Krzysztof jest przedstawicielem na wschodnią Europę bazy Proquest dla brytyjskiej Europejskiej Agencji Leków. Mieszka w Warszawskich Ząbkach. To on zachęcił mnie bym swój blog w Salonie 24 założył.
Wtedy, czyli w Stanie Wojennym Krzyś pracował w IFISiE. W zakładzie Etyki pod sporym wpływem prakseologa Rudniańskiego. Doktorat zrobił szybko i nie zawachał się dać go do czytania w bojkotowanym na początku stanu wojennego reżimowym radio. Każda taka informacja bolała. Stan Wojenny przeprowadzała bowiem WRONa na otwartej ranie ambicji inteligencji polskiej. W drugi dzień świąt wielkanocnych roku 1985 poznał Murawski w moim ówczesnym domu Dorotkę Szczepańską czym dowiodłem, że umiem kojarzyć innym związki skuteczniej niż sobie. Dorota przeniosła na Krzyśka wszystkie uczuciowe marzenia, mają czworo dzieci, piękny dom, a ja … miejsce przy stole, gdy mnie wiatry po bezdrożach gnają. Dobre i tyle.

Odnowa roku ’90 tego wyniosła mnie do Tygodnika Solidarność. Krzysztof dusił się w PANie zazdroszcząc kolegom, choćby takim jak również uciekinier z tej samej instytucji – Józek Orzeł ( były poseł PC) – kariery. Pomagałem jak umiałem. Przekonałem Piotra Wierzbickiego by zatrudnił go, a także Jolę Kessler Chojecką w dziale zagranicznym “Nowego Świata”. Gdy zostałem dziennikarzem TV zapraszałem Krzycha tak często jak się dało na Grzybowską do NTW. Kariera Krzyśka nabrała rozpędu za rządów Buzka. Najpierw został dyrektorem departamentu w ministerstwie…, potem na rok szefem WSiPu, wreszcie za panowania Urbańskiego został szefem marketingu Pałacu Kultury z proźbą by także mną się zajął. Z tym zajmowniem zawsze jednak gorzej było.
Nie tylko jednak o mnie tu chodzi. Jak podliczę gdzie się tylko Murawski pojawi czy to Gazecie, czy w Ministerstwie, czy w Wydawnictwie czy wreszcie w Pałacu Kultury – wszędzie ma pozycję zawodową i finansową i … każda z tych instytucji padnie. Krzysztof wraz z nią ( dzięki perfekcyjnej znajomości języków) lądując jednak zawsze w jakieś zachodniej firmie, która po 89 roku Polski rynek eksploruje. Przypadek ? – Zapewne. Lecz taki co zmarnowanych przez egoistów szans potwierdza regułę.

Gdy został Krzyś zastępcą dyrektora departamentu Struktur Państwa w zlikwidowanym przez rząd PISu w 2006 roku Rządowym Centrum Studiów Strategicznych natychmiast poprosił mnie o współpłracę. Miał jak pamiętam pilotować reformę samorządową. Potrzebował ekspertów. Był dość… szczery. Oświadczył, że teraz on będzie błyszczeć lecz są mu potrzebni eksperci. Zachowałem się jak to u mnie w zwyczaju. Palec do góry i wyrectytowałem lekcję. Przedstawiłem projekt.
Zgromadziłem mu w gabinecie najlepszych ekspertów w tej dziedzinie. Byłego już w tym momencie wojewodę warszawskiego Bohdana Jastrzębskiego, byłego wiceprezydenta miasta Olgierda Dziekońskiego, Kazie Kleinę ( byłego wojewodę słupskiego, kaszebę i Senatora AWS) oraz opisywanego już Andrzeja Lubiatowskiego.

Wykonałem pracę, oddałem całą wiedzę, nie otrzymałem za to złamanej złotówki i jak się tu dziwić, że więcej nie zaproponowo mi stałej współpracy. Po co kupować od tego co sam chętnie daje. “Adwokat po sprawie jest jak panienka po zabawie”. Krzyś to jakoś zawsze instynktownie wiedział. Pamiętam jak na początku lat 90 tych rozgryzaliśmy pierwsze komputery. Jeszcze nie rozumiałem czym różni się dyskietka od taśmy magnetofonowej. Pamięci dysku twardego od podręcznej i przenośnej. Krzyś uśmiechał się z wyższością, ale wiedzy udzielał niechętnie. Jakoś instynktownie rozumiał, że jeśli nie płacą nie należy się z nią obnosić. Gdyż, jak to sformułował był Michel Foucault: Wiedza jest władzą.

Z Krzysiem (dzięki ciepłym wspomnieniom czasów pierwszych rozwodów, stosunki są ciepłe nadal choć zawsze jednostronne. Ani w okresie zarządzania przezeń WSiPem ani w czasie, gdy szefował marketingowi pałacowemu nie znalazła się tam dla mnie posada. Nikt nigdy nie chciał przypuszczać mnie zbyt blisko. Choć tym razem ( czyli w czasie pałacowym) na wyraźne polecenie Andrzeja Urbańskiego otrzymałem przynajmniej matrialne wsparcie – będące formą zapłaty za moje przysługi, których temu ostatniemu honorować nie pozwalano.

Małgorzata Szpakowska ( 1988)

W sumie dobrze, że nie zbliżyłem się doń bardziej. Doń czy raczej do zdemaskowanego dziś agenta SB Lecha Isakiewicza – powołanego na stanowisko szefa Pałacu Kultury przez Lecha Kaczyńskiego, który najpodlej rozprawił się z Krzysztofem stawiając mu absurdalne zarzuty. Zwolnił dyscyplinarnie z pracy i oczywiście po pojawieniu się w mieście Pani Bufetowej w gabinecie Prezydenta Miasta sam bez problemu dogadał z tą formacją.
No, cóż Krzysiu, Andrzeju – może mniej należało się bać lojalnych przyjaciół. Może, gdybyście się tak nie puszyli, nie asekurowali, przetrwalibyśmy razem, a może poległbym z wami bardziej niż sam? Któż dziś to wie. W 1983 może ’84 roku zaprzyjaźniona ze mną serdecznie Małgosia Szpakowska, gdy wyrzekałem na na komunę i Związek Radziecki, życząc temu ostatniemu by go diabli wzieli powiadała.

– Bo ty Andrzejku jesteś jak ten więzień przywiązany do Pałacu Kultury łancuchem przykuty, który modli się, by go wysadzono w powietrze nie bacząc, że zginie pod gruzami.
Związek Radziecki się rozpadł. Przynajmniej długo mi się tak wydawało. Kamienie ? Patrząc na tę eksplozję w cyklu historycznym właśnie osiągnęły zenit swego wzlotu. Wiele wskazuje na to, że właśnie zaczynają spadać.

A my też – już jakby pod gruzami. Jeden w Radości, drugi w Ząbkach, trzeci przy Placu Zbawiciela. I komu tu Pałace burzyć ? Grobowce pora budować.
Łatwo powiedziać. Łatwo zburzyć. Łatwo obiecywać. Jednak ani Paul Morand nie spalił Moskwy, ani Bruno Jasieński Paryża. Przeciwnie – to tego ostatniego moskwicini – zmrozili. Podobnie jak Murawskiego – Lech Kaczyński, a mnie jego „pani prezydent” pod której skrzydłami nie zdołał jednak tenże Murawski już jako platformerski radny przerobić podwarszawskich Ząbek w centrum Nauki i Kultury. Nie wiem nawet czy próbował. Zrezygnował. Oskarżony przez głupców, obmówiony przez agentów, skrzywdzony przez cyników jest dziś Krzyś Murawski – jak Pałac Kultury, jak niżej podpisany, jakąś pozostałością, świadectwem marzeń, śladem umarłej frazeologii.

Rozdz. CVI – Bujalski, Isakiewicz i Murawski – co PeKiN pali.

19 stycznia 2010

Jesteśmy równolatkami. Prawie. Miałem dokładnie rok kiedy powstał. Jego iglicę widać było z domu. Ciekawił. Był wysoki. Trudno powiedzieć czy przystojny. Pytałem Ojca czy można by zeń skakać na spadochronie.

Roślismy razem

Obdarzony krakauerskim, sarkastycznym poczuciem humoru zapewnił mnie, że tak: pod wodzą pierwszego sekretarza KW wszyscy posłuszni chłopcy mogą tam skakać przy niedzieli. Tygodniami nie mogłem się doprosić wycieczki. Podobno nigdy nie byłem dość układny– więc zamiast skakać z Pałacu trzeba było grzecznie iść na mszę do Zbawiciela…

Pierwsze z nim zetknięcie musiało nastąpić pewnie w Teatrze Lalka. W przedszkolu dawali czasem na spektakle darmowe talony. Pamiętam przedstawienie Wielkiego Iwana[1]. Teatr był lalkowy ale wstawka filmowa w iście piscatorowskim stylu. Iwan na czele wojsk wermachtu szedł mścić się za swoje krzywdy na braciach – niemal po głowach osłupiałych Widzów. Niezapomniane wrażenie.

Gorąco. Wokół Pałcu rozsiadały się babki sprzedającej wodę z saturatorów. Kiedyś nawet wpuszczono nas z ojcem w niedzielę na basen. Trzeba było wypożyczyć płócienne, białe, z boku wiązane slipki i koszmarny czepek, który wydzierał włosy. Ale tylko raz się udało. Najczęściej basen służył sportowcom i klubom. Pierwszy raz kąpałem się tam zatem  pięcioletni, w jakąś parną niedzielę pewnie około 59 roku. Następnie – przez jeden sezon roku 1994. Gdy ocaliłem dh’nie Wacowskiej (znajomej jeszcze z harcerstwa, komunistycznej radnej rezydującej tu nieprzerwanie od 1982 roku) stanowisko dyrektora tej placówki dostąpiłem zaszczytu VIP-owskiego karnetu. Gdy straciłem wpływy karnet też się skończył. Ale …powstały wnet inne baseny.

Układ Warszawski Piskorskiego, Bujalskiego i Foglera – zafundował Stolicy szereg świetnych krytych kąpielisk od Warszawianki poczynając. Podobno w tle jakieś przekręty stały ale szczerze powiedziawszy bynajmniej nie mam im za złe, skoro jest się gdzie kąpać w Warszawie. Bez protekcji choć … za niemałe pieniądze.

Jest też gdzie kupować. Przybyło sklepów: supermarketów i galerii, które (czego los kierowanych przez Adama Hanuszkiewicza Teatrów Nowego i Małego szczególnym przykładem)  pożądliwym konsumpcjonizmem rugują dziś ślady kultury i nauki. Dotyczy to także Pałacu im Józefa Stalina. Pełnego pięknych wspomnień.

Z Pałacem jak z całą tzw. komuną. Jak z całym półwieczem budowania ustroju sprawiedliwości społecznej. Czym jest dziś. Co znaczy ? Co z nim począć ?

Krzysztof Murawski

Były szef marketingu tego obiektu, były sojusznik Kaczyńskich i zdolny menadżer, poliglota, etyk i archeolog śródziemnomorski dr Krzysztof Murawski powiada dziś, że jednak należy go zburzyć. Z pozycji prakseologa stwierdza: ”Ten budynek to gwałt na Warszawie i na całej Polsce, i wrzód na kulturze narodowej. Fatalne znamię, którego obecność odbiera nam pełnię szacunku dla samych siebie.Czesław Bielecki chciał go odczarować budując tam muzeum komunizmu, ale a kysz z komunizmem, to już teraz jest właśnie dokładnie tym – muzeum komunizmu, które niby wygląda pałacowo, ale do niczego się tak na prawdę nie nadaje. Sala Kongresowa, którą należałoby zamknąć z powodu zagrożenia pożarowego, nie spełnieniem żadnych norm dla tego typu budynków, z dyskoteką łupiącą spod ziemi w czasie koncertów, salonikiem Stalina, siedzibą PEN klubu, w której jest szkoła tańca, salami balowymi, w których marmury szlifują miłośnicy kotów lub książek albo strojów ślubnych. Daleki jestem od tego, aby sądzić, że z tego powodu nie budujemy autostrad ani boisk, i w ogóle wszystko co się zmienia przychodzi z tak ogromnym trudem, ale owszem, w pewnej mierze, to są pozostałości tej samej demoralizacji.  Zburzmy ten “pałac” i zróbmy w tym miejscu nowoczesne centrum miasta, z Muzeum Sztuki współczesnej, nowoczesnym centrum kongresowo-wystawienniczym i innymi gmachami użyteczności publicznej. Pożegnajmy się z tym fatum, wyburzmy je, albo przebudujmy żeby stało się centrum kultury, odrodzenia, odnowy, odbudowy podstawowych wartości, a nie czymś, co trzeba pracowicie zasłaniać i od bez mała 20 lat urbaniści debatują czym to coś zasłonić. Pani Prezydent – na Pani ręce.”

No cóż do Murawskiego – jeszcze wrócimy. Ważniejsze jest to pytanie.  O Pałac.

Uporządkujmy. Pytanie jest zdaje się o to czy budować czy burzyć. Burzono zawsze. Od egipskich czasów jeden faraon budował mastabę i świątynię – następny stawiał sobie potężniejszy w formie piramidy, a świątynię poprzednika rozbierał, zacierał napisy by z tych samych kamieni wznieść świątynię  jeszcze potężniejszą i własną.

Pałac Kultury w Warszawie jest ostatnim bodaj w najnowszej historii zapamiętanym zmierzeniem się władzy z pamięcią wykutą w marmurze. Powodowany własną ( całkowicie zresztą uzasadnioną urazą) były szef marketingu tej instytucji proponuje dziś by ją w pył zamienić.

PKiN

Zagospodarowanie Placu Defilad

Nie ulega wątpliwości, że ten przeogromny budynek jest szramą na Centrum Miasta. Blizną na jego sercu  wytyczanym  kwadratem ulicy Marszałkowskiej, Alej Jerozolimskich, Emilii Plater i Świętokrzyskiej.

Nim jednak odpowiem na pytanie czy go zburzyć – warto spytać czy umiemy go inną konstrukcją zastąpić.

Powierzchnia Największego Placu Europy zajęta dziś przez budynek Pałacu Kultury to przestrzeń większa nawet nieco od luksorskiego Karnaku. Ten ostatni zajmował dwa kilometry pustynii –  plac Defilad wytyczony w centrum Stolicy europejskiego miasta mierzy dwa i pół kilometra kwadratowego. Jednak tę przestrzeń wypełnia dziś Pałac Kultury, w którym funkcjonuje nadal trzy teatry, Muzeum Techniki i wspomniany Pałac Młodzieży wraz z Basenem.

Bez wątpienia – architektonicznie a także biznesowo – Pałac Kultury to wrzód na Centrum miasta. Przedzielenie centrum Warszawy największym placem Europy zmieniło krwioobieg ulic stolicy. Pańska, Chmielna, Niecała czy Wspólna – krwawią dziś resztakami. Ale Pałac – nie ma co ukrywać stał się istotnie miejscem, gdzie nauka i kultura miały swój azyl. Od teatru Lalka, na tyłach przemianowanego  z czasem w Studio – Teatru, który ja jeszcze pod nazwą Teatr  Dziecki i Młodzieży Klasycznym zwany wspominam. Poprzez ochrzczony Teatrem Miejskim „Dramatyczny” dawniej – Teatrem Domu Wojska Polskiego nazywany , aż po  Pałac  Młodzieży z harcerską „Gawędą” dh-a Kieruzalskiego z basenem dla wybranych sportowców i wspomnianych VIP-ów.

Pałac to także świetne Muzeum Techniki i Sala Kongresowa, w której wystpowali i Roling Stones i Aznavour. No i 33 piętra. Biblioteka OR PAN-u na parterze,

PLiN

Karnak Warszawski

pierwszy wielki komputer mieścił się na czwartm piętrze tam gdzie  sale wykładowe Unwersytetu. Wyżej była Polska Akademia Nauk. Wreszcie PeKiN to kino Wiedza, kilka restauracji i to największa antena w Warszawie. Byłem na Aznavourze – wystał mój ojciec ten bilet w jakiejś koszmarnej kolejce. Dostał tylko dwa. Sam nie poszedł. Starczyło dla mnie i dla mamy – więcej nie sprzedawali. Reglamentacja.

Najsilniej jestem oczywiści związany z Salą Teatru Dramatycznego. Tu był Senior – przez jeden sezon 1966-1968 kierownikiem literackim u Andrzeja Szczpkowskiego. Tu odbywały się Warszawskie Spotkania Teatralne. Tutaj też 13 grudnia zawieszono Kongres Kultury Polskiej. Gdzie znów przemawiał Ojciec na tym „kongresie na Tytanicu” – jak został nazwanym.

Z czasem zaczałem piętra odkrywać. Szczególnie w okresie mej współpracy z PAN-em. Tu mieściły się niektóre gabinety, zakłady.  Odbywały wykłady, lektoraty. Jeżdziło się obsługiwanymi długo przez windziarzy kabinami.

Albo … wchodziło schodami. Schody Pałacu to osobna tradycja. Na którymś jego wysokim piętrze odbywały się pamiętam wykłady z ekonomii dla humanistycznych doktorantów, którzy taki egzamin musiel zdać dodatkowo. Połaczyły się tam szergi PAN-wowskigo Wydziału Pierwszego. Szedł Krzyś Murawski z Dybciakiem, Marek Zalewski z Gumkowskim i niżej podpisany -  wszyscy wspinali się w górę po schodach towarzysząc Małgosi Baranowskiej ( tej od Historii Pocztówki i Prywatnej Historii Poezji, która … miała klaustrofobię i winda dla niej był koszmarem.

Który dozyskał działkę

W 1993 roku rozmawiałem z wieloletnim szefem Pałacu Kultury Waldemarem Sawickim. Zwiedziłem wtedy instytucję od schronów atomowych po iglicę. Drugi raz krążyłem tam „zawodowo”, gdy Szefem Pałacu został były szef stowarzyszenia kupieckiego Wola, burmistrz pierwszej kadencji tej dzielnicy, oscylujący między PC, Telegrafem a Platformą – Paweł Bujalski. Nie znalazł dla mnie miejsca. Wolał Andrzeja Golimonta. Radnego SLD. Niegdyś związanego ze szmatławym „NIE” Jerzego Urbana. Potem radnym. Wreszcie szefem promocji Pałacu, na którym to stanowisku zastąpi go właśnie – Murawski.

Chyba jednak dobrze, że się tam nie dostałem biorąc pod uwagę, że Bujalski w pewnym sensie zajął zwolnione przez Maćka Zalewskiego miejsce w kryminale. Przesiedział rok, dziś zwolniony za kaucją czeka na procesy. Trzeci podejście dokonywało się, gdy szefem Pałacu został Lech Isakiewicz a jego zastępcą czy raczej szefem marketingu Krzysztof Murawski. Ci też się procesują – ale między sobą…

Pałac Kultury AD 2009

A pod Pałacem ? Właśnie zlikwidowano Kupieckie Hale. Ma powstawać Muzeum Komunizmu. Tadeusz Koss odzyskał swoją pod Pałacem swoją działkę. Za nim pójdą inni. Jeszcze się będzie … działo.

CDN


[1]Wielki Iwan (Sergiusz Obrazcow, Sergiej Preobrażeński), reżyseria:Wilkowski Jan

dekoracje:               Kilian Adam

Rozdz. CV – Lech Kaczyński plus Janusz Pietkiewicz równa się – Całe to Bizancjum

3 grudnia 2009

poprzedni pierwszy następny

Udział w tym „rykowisku” pod Bella Center 13 grudnia 2002 nie był to wcale koniec mych zatrudnień owego roku. Wszakże ku memu zdumieniu nie żaden Olechowski lecz “moi” przyjaciele Lecha Kaczyńskiego znaleźli się w mieście u władzy. Andrzej Urbański został zastępcą prezydenta miasta ds. kultury. Od pierwszych dni grudnia pełniłem funkcję jego nieformalnego doradcy.

Wszyscy uważali, znając nasze relacje, że wkrótce obejmę jakąś ważną w mieście posadę, a przynajmniej moje ogródki urosną do należnych rozmiarów. Gdy sobie dziś przypominam nasze ówczesne relacje muszę przyznać Urbańskiemu, że wyraźnie chciał ze mną pracować i skorzystać z doświadczenia, także samorządowego, którym dysponowałem. Przypominam sobie nasze spotkania jeszcze na placu Konstytucji, gdzie po wygranych wyborach lecz jeszcze przed wkroczeniem na Miodową do Urzędu Miasta miał gabinet.

- Dawaj festiwal, powiedział mi pierwszego dnia. Dałem. Poczem nigdy już do tematu nie wrócił. Potem, odkrywszy zasiedzenie profesora Durki, który zresztą wnet po 50 latach piastowania tej funkcji zdecydował się odejść na emeryturę ,  zastanawiał się czy nie powierzyć mi Muzeum Warszawy do którego m.in. należy staromiejskie Lapidarium. Wnet jednak stwierdził, że wokół obsady tego stanowiska zbyt wielkie panuje wśród varsavianistów zdenerwowanie. Tylko posady szefa biura kultury ani przez moment mi nie proponował konsultując ze mną jedynie, jak już wspominałem kolejne, stuprocentowo koszerne warianty. Zorientowałem się wnet, iż Andrzej musiał poczuć jakiś nieprzewidywany dotąd opór. Okazało się, że wbrew pozorom nie jestem wcale tak dobrze osadzony w środowisku. Nie tak organicznie jak pewnie sądził. Owszem Senior był i pewnie pozostaje autorytetem dla kręgów Gazety Wyborczej i Okolic Tygodnika Powszechnego. Ja z wiekiem coraz bardziej – „wyrodny”…  Tyle, że po śmierci – atencja nic nie kosztuje… Gdyby jednak żył ? Gdyby tej wolności doczekał ? Czy w rządzie Mazowieckiego, zamiast Cywińskiej likwidowałby przywileje dla plastyków, którym komuna przydzielała pracownie (często na niezłe mieszkania) i kategoryzował teatry czy może byłby dziś wyklęty i na marginesie?  „Pan to jest takie „dziecko przez ptaka przyniesione”…” ostrzegała wszak Seniora w ’68 roku pogardzana Halina Auderska[1]. Ojciec pisał o niej, że „głupia baba i najpodlejsza na świecie” [2] – czy aby się nieco nie mylił ?

Po prawdzie nie wiem czy problem jest we mnie czy w środowisku samym. We mnie, jak mi często zarzucają, w jakichś moich nietaktach, nadmiernych szczerościach, może braku wdzięku, w tym, że jak mi to kiedyś dosadnie powie Urbański: nie buduję układu. Inaczej – nie budzę sympati.   Czy jednak chodzi po prostu o środowisko? O to, że ci, którzy tworzą opiniotwórcze kręgi artystycznej Warszawy dobierają się wg klucza, w którym nie ma miejsca dla czysto polskiego inteligenta,

syna pisarza pochodzącego z Krakowa.

Andrzej Urbański
Andrzej Urbański

Wyobrażał sobie Andrzej, że będę tą osobą, która zapewni Prezydentowi Kaczyńskiemu dobre relacje ze środowiskiem artystycznym.

- Zacznijmy od wigilii zaproponowałem, niech spotkanie ma tę aurę jaką gwarantuje duszpasterstwo środowisk twórczych i ks. Wiesław Niewęgłowski. Bardzo się to Jędrkowi spodobało.

- Tylko bez pompy prosił, najskromniej, wręcz w jakimś domu dziecka byłoby najstosowniej. Dom Dziecka, domem dziecka ale znalazłem miejsce idealne. Lokal Muzeum Historycznego M.st. Warszawy, który jest dość ciepły no i nic nie kosztuje Prezydenta bo to lokal miejski. W czasie gdyśmy z Kasią bujali po Danii, druga moja pracowniczka pani Iza Pieczykolan siedziała w Urzędzie Miasta pracując nad przygotowywaniem Wigilii. Tu już nie obyło się bez zgrzytów. Najpierw duszpasterz Środowisk Twórczych X. Wiesław – pleno titulo, którego umówiłem na uroczystość obraził się, że pominąłem mu dra przed nazwiskiem tytułując prezydenta Kaczyńskiego profesorem. Z tym poradziliśmy sobie przy pomocy Ani Jedlińskiej poprawiając w firmie Cezan zaproszenie w jedną noc. Jednak w czasie mego pobytu w Kopenhadze urzędnicy z Januszem Pietkiewiczem na czele dowiedzieli się o wigilijnych planach. No i zaczęło się, jak je po czterech latach odchodząc ze stanowiska Kanclerza Rzeczpospolitej Urbański określi: “całe to Bizancjum”.

Janusz Pietkiewicz to potęga. Impresario nie znający granic rozmachu. Skądinąd człowiek miły, obyty, znający języki z włoskim na czele. No i ma wdzięk. W obronie jego posady w Mieście dzwonili jak mi relacjonował Urbański wszyscy: od Kurii po Gminę czy postkomunę, z której to rąk dwukrotny szef Opery Narodowej, dziś jeden z kandydatów na fotel Telewizji Publicznej, późniejszy wreszcie już za Kaczyńskiego nowożytny Muchanow czyli Dyrektor Miejskiego Biura Teatrów stanowisko w strukturze miejskiej w jakimś 1999 roku otrzymał.

Janusz Pietkiewicz

Janusz Pietkiewicz

Nie szło z nim walczyć. Więc przeniesiono całą imprezę na Zamek Warszawski z elementami dekoracji i zaprojektowanymi do Muzeum Historycznego występami. Piękna instalacja anielska i artystyczna choinka wykonana przez Grzegorza Stachańczyka oraz występ grupy Pod Górkę

z fragmentami Schillerowskiej „Pastorałki”. „Kolęda na 4 głosy” zupełnie z innej niż zamkowa były bajki, ale po to się miesza, by namieszać.

Monika Świtaj, Wojciech Machnicki i Stanisław Górka

Monika Świtaj, Wojciech Machnicki i Stanisław Górka

Namieszali więc urzędnicy tak skutecznie, że ludzi też przyszło niewiele. Staszek Górka z Moniką Świtaj dokonali cudu radząc sobie jednak z koszmarną akustyką Zamkowej Sali Wielkiej, a pan prezydent Kaczyński … zachorował na gardziołko pozostawiając Urbańskiemu pełnienie honorów domu na tej  artystycznej Wigilii. Kolejna zmarnowana szansa i niepotrzebna  praca to napisana przeze mnie dla Kaczora mowa. Życzenia Bożonarodzeniowe. Nigdy niewygłoszone, może nawet niedostarczone – oczywiście nie opłacone, zatem już tylko moje.  Niech więc dziś dokładnie w siódmą rocznicę ich napisania (3.XII.2002) – w czas nadchodzących Świąt wprost ode mnie popłyną.

Sala Wielka w Zamku Warszawskim

Sala Wielka w Zamku Warszawskim

Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus !

Mili Państwo ! To właściwie moje pierwsze tak duże spotkanie od czasu kiedy mieszkańcy Warszawy powierzyli mi mandat Prezydenta Stolicy.[3] Chciałem by to spotkanie odbywało się właśnie z ludźmi kultury, gdyż co tu dużo mówić od Was teraz bardzo wiele zależy. Od obecnych tu pisarzy, malarzy, muzyków, aktorów, przedstawicieli instytucji kulturalnych zależy znów to co zrobi z sobą Warszawa w Polsce, a Polska w Europie.

Czy będzie cierpieć “krzywdę i pogardę świata, krzywdę ciemięzcy, obelgi dumnego. Lekceważonej miłości męczarnie “ czy będzie hamletyzować i histeryzować, czy cały swój wysiłek skupi na tym by w demokratycznym społeczeństwie, jakie sfery artystyczne pomagały przed piętnastu laty odtworzyć, zaprowadzić porządek, pielęgnować standardy, dbać o wartości. “A nade wszystko słowom naszym zmienionym pilnie przez krętaczy – jedyność wróci i prawdziwość. Niech miłość zawsze miłość znaczy a sprawiedliwość – sprawiedliwość.”

Mamy wkraczać do zjednoczonej Europy. To dobrze bo przecież dla nas Polaków nie ma innej kultury niż europejska. Ale wspólnota europejska zdaje się dziś na kulturę bardzo słabo nastawiona. Narodzona ze wspólnoty Węgla i Stali dopracowała się wspólnego pieniądza – ale czy jakiś wspólny duch ją ożywia ? Choćby ów Święty Duch, którego przywołaniem przed dwudziestu czteroma ( trzydzieści już mija…) laty Ojciec Święty sprawił, iż odmienione zostało oblicze Ziemi – tej Ziemi,

Myślę, że musimy je nadal odmieniać. Poczynając od tej najbliższej warszawskiej i stołecznej razem.  „Nie można zrozumieć dziejów Narodu polskiego bez Chrystusa” – wołał Jan Paweł II w swojej homilii sprzed ćwierci wieku na Placu Zwycięstwa w Warszawie. Po dwudziestu pięciu latach Warszawa i Polska stają przed niezwykłym wyzwaniem. Z tysiącem naszych narodowych wad: z naszym brakiem pracowitości, nieposzanowaniem autorytetów, skłonnością do efekciarstwa, z zacofanym rolnictwem, skorumpowanym urzędem, niedokształconym pracownikiem mamy oto wkroczyć do europejskiej wspólnoty, gdzie prawa będziemy mieć wprawdzie równe lecz i kary za wszelkie niedociągnięcia ponosić godzimy się jednakie.

Czy jesteśmy na to przygotowani ?

Dziś – może mniej niż wczoraj. Wczoraj, gdy naszą siłą, nasżą wizytówką, nasza identycznością była nasza kultura.

Nie będzie w Warszawie bezpiecznie, nie zostanie zahamowana korupcja, nie polepszy się praca urzędów, nie przybędzie dobrych dróg jeśli nie postawimy na edukację, na naszą młodzież, jeśli nie przywrócimy należnego miejsca kulturze, a z nią nie zwrócimy się ku europejskim miastom z planem szeroko zakrojonej europejskiej wspólpracy kulturalnej.

Nie można zrozumieć dziejów Polski i Warszawy bez kultury. Na nią zawsze brakowało pieniędzy, a to przecież ona dawała  nam wolność. Teraz wolność już podbno mamy. Obiecuję więc jako Nowowybrany prezydent Warszawy zrobić wszystko by przestało brakować pieniędzy przynajmniej na to co Rada Kultury jaką powołać zamierzamy uzna za słuszne. Powstanie taka Rada. Do jej powołania zobowiązałem już odpowiedzialnego za sprawy kultury: publicystę, dziennikarza prasowego i telewizyjnego, ze wszech miar kompetentego polityka i czlowieka kultury jakim jest pan Andrzej Urbanski.

Spodziewam się raportu, w którym zaproponowane zostanie, które inicjatywy tak jak dziś większość kin czy galerii pozostać mają w rękach prywatnych, a które winnny zostać otoczone organizacyjnym mecenatem. Które zaś z niezwykle dziś scentralizowanych instytucji teatralnych czy bibliotecznych mają tkwić w strukturze miasta, a które mogą lub powinny radzić sobie same. Przejrzystszym musi się stać  system miejskich dotacji dla kultury, stworzony system grantów dostępnych zarówno dla osób prywatnych jak i organizacji pozarządowych, wreszcie podjęte muszą zostać działania zaznaczające silniej znaczenie Warszawy na kulturalnej mapie Europy. Warszawa leży w jej geograficznym centrum.

Mam nadzieję  że jeszcze dziś i w najbliższym czasie porozumiemy się co do tego jakie przedsięwziąć działania by Polska nie stała się zakładnikiem europejskiej normy. By wkroczyła do Europy z taką dumą i pewnością siebie z jaką słowiańszczyzna dodała do judejskiego rytu bożonarodzeniowego swoją ośnieżoną choinkę.

Dobrej Choinki Państwu życzę, Pogodnych świąt i mnóstwa prezentów, a sobie by mi pomogli Anieli jak najwięcej tych prezentów dla  świata kultury zgotować.

Przez cały pierwszy kwartał 2003 roku wykonywać więc będę kontredans wokół gabinetu kulturalnego wiceprezydenta Warszawy Andrzeja Urbańskiego. Faktycznie pełniąc rolę doradcy wiceprezydenta formalnie musiałby mnie jednak w swoim teamie zatrudnić sam prezydent. Mimo, że taki wniosek faktycznie z podpisem wiceprezydenta zostanie skierowany,

Doradca ?

ATK - Doradca ?

Wojciech Arkuszewski - pierwsze słyszę...

Wojciech Arkuszewski - pierwsze słyszę...

zatrudnienia w kierowanym przez Wojciecha Arkuszewskiego zespole doradców Kaczyńskiego nigdy nie uzyskam.

I słusznie. Nie mam pojęcia o tej roli. Kiedy mi Urbański zadawał pytanie, otwierałem komputer i w punktach na dwóch-trzech stronach spisywałem wszystko, co na dany temat wiem. Jędrek czytał te moje sylabusy z zachwytem i wzdychał – żebym ja mógł ci tylko za takie konspekty płacić. Ale taki doradca działa przeciw sobie. Po trzech miesiącach uczciwie informowany przełożony wie już tyle co doradca. Dzielący się całą swoją wiedzą doradca staje się niepotrzebny. Urzędnik, polityk nigdy nie myśli o meritum. On myśli o tym jak wzmocnić swoją pozycję. Udzielić minimum a uzyskać maksimum informacji.

Zadaniem, które postawił mi Urbański było stworzenie Rady Kultury przy prezydencie Kaczyńskim. Takiej intelektualnej tarczy. Zasadniczo to dla mnie pryszcz. Napisałem regulamin.

4.         Cele Rady są następujące:

1.         działanie na rzecz rozwoju polskiej kultury i sztuki oraz architektury – zasadniczych zrębów cywilizacji śródziemnomorskiej;

2.         działanie na rzecz rozwoju m. st. Warszawy i zapewnienia mu godnego miejsca wśród stolic kulturalnych jednoczącej się Europy;

3.         działanie na rzecz idei integracji Europejskiej;

4.         działanie na rzecz rozwoju terytorialnych, lokalnych, gospodarczych i regionalnych wspólnot samorządowych.

5.         Do kompetencji Rady należy

5.1.      Koordynowanie niezależnych, rządowych i samorządowych imprez kulturalnych o charakterze ponadlokalnym, a spełniających się w Warszawie

5.2.      Inicjowanie kulturalnej współpracy międzynarodowej ze szczególnym uwzględnieniem miast partnerskich oraz krajów Unii Europejskiej.

5.3.      Inicjowanie przekształceń w zakresie infrastruktury instytucjonalnej

5.4.      Podejmowanie działań organizacyjnych w zakresie realizacji stricte miejskiej polityki kulturalnej itd., itd./.

Zaproponowałem 7.   Skład Rady: Komitetu Honorowego i Zespołu Miejskiego składającego się z urzędników i zarządzających miejskimi instytucjami kultury, a także Zespołu Stołecznego składającego się z dyrektorów Instytucji Kulturalnych z siedzibą w Warszawie – niepodlegających miastu

Kiedy jednak tylko zestawiłem to godne grono znowu zaczęli wtrącać się do tego polityczni urzędnicy. A to, że któryś z autorytetów zbyt unijny. Czerwonych sam nie proponowałem, zresztą szczęśliwie ta formacja nie ma jednak wśród artystów zbyt wielu fanów. To znów, żeby gdzieś między Wajdę, Zanussiego, Piesiewicza, Pendereckiego czy Hartwig wcisnąć jednak jakiegoś dyrektora, radnego czy innego Gelberga. Na takie propozycje parsknąłem śmiechem.

Oni też na mnie … parsknęli. Potem była mowa o Pałacu Kultury. Radzie nadzorczej czy zarządzie. To już było trzecie moje podejście do tej ciekawej w sumie instytucji.

CVI – Bujalski, Isakiewicz – cały ten PeKiN

CDN -


[1] 8/III.1968 Rozmowa z H. A[uderską]. Ostrzeżenia. Intrygi żydowskie. “Pan w tym wszystkim jest takie dziecko przez ptaka przyniesione…”Żydzi zainicjowali podpisywanie, Żydzi przemawiali, Żydzi odrzucają nasz eksport. A. chce mnie “ocalić” od ew. procesu, w który mógłbym być wplątany. Radzi mi po prostu wyjechać do Zakopanego. Wszystko to ma być oparte na informacjach pewnej osoby  partyjnej ( Andrzej Kijowski, Dziennik T.II, s.281)

[2] Op.cit. t.III. s.147

[3] To miał mówić Lech Kaczyński. Ja może powinienem powiedzieć: od czasu, gdu urzędnicy przerażeni tłumami, do których (nie bez wsparcia Prezydenta Kaczyńskiego ) przemawiałem w Ogrodach Frascati, postanowili pozbyć się mnie z Miasta wraz z piękną imprezą”

Rozdz. CIV – Bella Center czyli ryczenie krów.

21 listopada 2009

poprzedni pierwszy następny

Czy to także dotyczy tej podróży i tego co się w tym dniu w Kopenhadze działo ? W pierwotnym zamyśle mieliśmy zjechać do Kopenhagi sami i wykonawszy na rynku przygotowany happening zwrócić uwagę na polskie żądania. Jednak po sympatycznej korespondencji z pełniącą obowiązki ambasador RP przy królestwie Danii panią Tuge-Erecińską dowiedzieliśmy się, że tego dnia planowana jest manifestacja europejskiej młodzieży skupionej wokół LYMEC. Wydawało się to oczywiście ze wszech miar logiczne, nawiązaliśmy zatem kontakt z organizatorami i rozumieliśmy, że czeka na nas miejsce w szeregu.

Pobyt w Kopenhadze zaczęło zwiedzanie. Widziałem już raz to miasto bodaj w ‘95 roku ( nie było jeszcze mostu więc z Ysad do Kopenhagi też jechało się promem). Syrenka.

13.XII.2002

13.XII.2002 - fot. Maciej Figurski/Forum

Zmiana warty przed pałacem królewskim, ogrody Tivoli. Na te ostatnie niestety teraz zabrakło czasu, a także pieniędzy. Wstęp tam jest wcale kosztowny. Mieliśmy wynajętego przewodnika, zostawiliśmy więc autobus, gdzieś na nabrzeżu, a sami z klamotami udaliśmy się na główny rynek. Nasz happening to była wielka bela papieru z wypisanymi żądaniami, flary, staromodna maszyna drukarska przyciągnięta przez Bolka Skoczylasa z wydziału grafiki ASP, którą rozstawiliśmy na środku placu drukując na oczach publiczności pamiątkowe drzeworyty przedstawiające panoramę Warszawy z naszym hasłem głoszącym żądanie równych szans.

drzeworytByliśmy też wszyscy – jako, że zbliżał się okres gwiazdkowy – poprzebierani za biało-czerwone Mikołaje. Nasze pochodnie drzewce mialy rzecz jasna w kolorach narodowych, dysponowaliśmy flagą polski i Unii ( a tę ostatnią wcale nie łatwo było w Warszawie zdobyć).

Tak uzbrojeni stawiliśmy się na placu. Do imprezy było jeszcze kilkadziesiąt minut. Tłumek stopniowo gęstniał. Z flagą, w zabawnych czapkach, udaliśmy się z ulotkami do pobliskiej Galerii – trochę poagitować i pooglądać co nieco.

– Pan z Polski. Zawołał w moim kierunku starszy może z dziesięć lat ode mnie mężczyzna.

– Tak, witam.

– I co wy tutaj robicie ?

–Ot proszę, nasze ulotki, żądania, akcesy.

Na Rynku w Kopenhadze

fot. Maciej Figurski/Forum

– Czy wyście zwariowali żachnął się polski tubylec, a poparła go gromko siedząca wraz z nim kompania. Kilka kobiet i mężczyzn.

– I po co wam ta Unia !? Uśmiechali się z politowaniem zamieszkali w tym mieście od 1968 roku Polscy emigranci. – Nie rozumiecie, że oni tylko po wasze krowy idą ! Przecież tu prawie wyłącznie chodzi o wołowinę. Ludzie mili, kulturalni, jacyś artyści czy rzemieślnicy bodaj, rozmowa jednak była niemożliwa. Oni poza ojczyną od 35 lat żyli w wolnym kraju. I pewnie szukali jakoś podświadomie potwierdzenia swojej decyzji.

Opowiadał mi nie tak dawno Janek Pietrzak, że najlepsze występy dla emigrantów dawał w Stanie Wojennym. Wtedy, każda negatywna  informacja z kraju niosła im potwierdzenie słuszności decyzji o ucieczce. Oni więc powrót Polski do Europy czy też nasze przyjście ku nim musieli odreagować.  Ja zaś myślałem jak wolność swieżo zdobytą i podniesiony niewątpliwie przez dziesięć lat po okrągłym stole i czerwcowych wyborach standard  życia utrzymać i zagwarantować.

Tak myślałem. A jednak… Ilekroć przyjdzie mi stwierdzić w tańszych sklepach mięsnych w Warszawie brak mojej ulubionej wołowiny bez kości na befsztyki lub zawahać się w Carrefourze czy kupować ją za niemal  trzykroć już wyższą od chwili naszego wejścia do Unii cenę ( z niespełna 30 zł polędwica wołowa kosztuje dziś ponad 80 !) – przypomina mi się tamten śmiech szyderczy. Przecież im idzie tylko o wasze krowy.

29599

fot. Maciej Figurski/Forum

Idą ! Są już organizatorzy z LYMEC. Grupy młodzieży z Niemiec, z Francji, ze Szwecji. Tylko: Czechów, Słowaków, Węgrów innych Polaków jakoś nie widać. Impreza jak impreza. Jakaś muzyka, chór prowadzący. Angielski, znałem wtedy jeszcze bardzo słabiutko jednak przez całą drogę ćwiczyłem, aż wkułem na pamięć   krótkie przemówienie, przesłanie  skierowane do starych unitów. Kasia odnalazła gościa, któremu swoje przybycie anonsowaliśmy. No tak, wiadomo.Jesteśmy mile widziani. Możemy ustawić się blisko estrady, do naszej dyspozycji są pochodnie i flary, ale żeby coś mówić… Byli bardzo zdziwieni.

- No, nie. Nie ma takich uzgodnień. Przemawiać ma dwóch europosłów i bedzie program artystyczny. Nikt scenariusza nie wzrusza. Hm… Trochę mi nawet ulżyło bo ciutkę  obawiałem się jak zabrzmię po angielsku. Po Francusku łatwiej powiedziałbym, co myślę o tak pojętej wolności słowa w trakcie swobodnych zgromadzeń.

29599

fot. Maciej Figurski/Forum

Idą! Po akademii na placu z udziłem telewizyjnych kamer nie mały już tłum kilkudziesięciu tysięcy osób wyruszył z Placu Kopenhaskiego w stronę Bella Center. Wczesny grudniowy zmierzch zamienił się już w noc. Nad głowami maszerujących wzniosły się płonące pochodnie. Dużo lepsze od tych jakie zdołałem kupić w warszawskim Auchon. Tłum gęstniał. W nim należałem do uprzywilejowanych, dysponowałem bowiem elektryczną tubą na baterie kupioną w zeszłym  roku na potrzeby Parady Dionizyjskiej.

Europe United is never divided. EinsZweiDrei.

Europe United is never divided. One Two Three

Skandujemy. Co kilkanaście minut świetnie zorganizowane postoje. Gorącą czekoladą częstowano wszystkich uczestników. Patrzyłem na rozpłomienione twarze, podniecone oczy. Wszystkim, jak to w tłumie opisywanym przez Gustawa Le Bon’a udzielała się emocja zbiorowa.

20

fot. Maciej Figurski/Forum

- “Jednostka w tłumie”, pisał francuski psycholog u progu ery totalitarnej “nie reaguje mózgiem lecz  stosem pacierzowym. Suma inteligencji jednostek zgromadzonych w tłumie jest niższa niża średnia inteligencja poszczególnych osób”. Jednak nasza emocjonalna wrażliwość zwiększa się, gdy bodźce odbieramy zbiorowo.

29599

fot. Maciej Figurski/Forum

Wychowany już u zmierzchu epoki manifestacji coś wiem o anonimowych politycznych parteitagach, znam atmosferę pochodu pierwszomajowego, a także nastrój pielgrzymki. Patrząc na tych młodych ludzi z pochodniami, na wnuków hitlerowowców (mnóstwo, chyba najwięcej było  w tym tłumie Niemców), dzieci pokolenia moich rówieśników wychowanych w czasach małej stabilizacji, zdałem sobie sprawę, że fanatyzm nie jest zarezerwowany tylko dla mniej rozwiniętych społeczeństwjakiejś Korei, Chin czy Rosji już coraz mniej radzieckiej. Przypomniało mi się co wiedziałem o roku 1932 i pierwszych pochodach SA zakończonych antysemickimi pogromami. A gdyby tak, minął ledwie rok od zamachy na WTC, jeszcze jeden, dwa zamachy i ktoś by wskazał potomkom Normanów jakich dziś w całej Europie pełno – nocny sklepik Araba… Czy na haslo pogońmy stąd sprzymierzeńców Bin Ladena nie pochylą się te pochodnie i nowe nie zaploną wnet stosy !?

I dokąd, stawiałem sobie pytanie, ku czemu ten pochód zmierza. Skoro nie widzę ani jedego, poza sobą przedstawiciela krajów wstępujących do Unii. To czym jest ten marsz i ta ogarniająca mnie w Kopenhadze szkopska radość ? To marsz akcesji, czy może triumf aneksji. Radość z pozyskania bez wojny dostępu do taniej siły roboczej, taniej ziemi, tanich, a tłustych krów od chłopa, który o polędwicy wołowej ani słyszał.

- Pan także z Polski ? odezwała się do mnie niska, przystojna, młoda blondynka o niebieskich oczach.

- Tak! Wykrzyknąłem z ulgą, że jednak nie jesteśmy tu sami.

- No nie ! Zdumiała  się niemniej niż ja lecz jakoś inaczej zaskoczona. - Ale właściwie to kogo Pan tutaj reprezentuje ?

-Jak to kogo, odparłem: Siebie. Polskę i Siebie. Moją prywatną Fundację Kultura Tutaj Obecna umocowaną przez UKiE, TVPolonia i Ambasadę Polską, która nas tu akredytowała.

-Aha, panienka zdawała się usatysfakcjonowana.

-No ale skąd Pani się tu wzięła i, że się wyrażę Pani słowami, kogo Pani reprezentuje.

29599

fot. Maciej Figurski/Forum

- Unię Wolności usłyszałem, a ściśle krakowską młodzieżówkę tej partii. Organizatorem tej manifestacji jest  LYMEC tłumaczyła mi dalej, gdym się pytał, czemu nie widzę tu przedstawicieli poszczególnych państw przyjmowanych. To jest Forum młodzieży przy partii europejskich demokratów. Partii ponadnarodowej stanowiącej forum i brukselski lobbing dla ponad 60 organizacji w Europie. W Polsce jedynie młodzieżówka Unii Wolności jest jej członiem. Panienka terkotała z dumą. I w całej Europie wschodniej jeszcze nie wiele doń organizacji należy. Zapewne, kontynuowała są tu jacyś Czescy czy Węgierscy koledzy lecz jeśli są to też nie reprezentują tu siebie lecz ponadnarodową demokatyczną siłę polityczną chcącą być kuźnią kadr dla brukselskiej administracji.

Jakbym się cofnął o stulecie. Spotkał Różę Luksemburg w jakimś 1902, gdzieś w Berlinie  i słuchał … o zjazdach II Międzynarodówki !

Róża Luksemburg

Róża Luksemburg

Marsz prowadzony przez naszych przyszłych brukselskich właścicieli jakoś samoistnie rozwiązał się gdzieś po dwu godzinach w okolicy Centrum, gdzie oczywiście tego tłumu nikt już z politykami szesnastki nie konfrontował. Może zresztą udali się tam jacyś wybrani przedstawiciele. Ściągniętych z całej Europy krzykaczy nikt o zdanie nie pytał. Pochód rozwiązał się przy stacji podmiejskiego metra, z której potwornie zapchanymi wagonikami, gdzie nawet mowy być nie mogło o kupieniu biletu czy karnetu, więc lekko zestresowany  – cały nasz polski team bez żadnych komplikacji czy kontroli  powrócíł do Centrum.

A potem… Potem już było jak na wycieczce z Alamturem. Ktoś się zgubił, ktoś znalazł. Ktoś kazał na siebie czekać narzeczonej. Jakaś para się rozpadła, a inna dobrała. Jednak o oznaczonej godzinie dotaliśmy całym autobusem na Prom, który w tę stronę wiózł nas do Szczecina już bezpośrednio z Kopenhagi. Na promie zaś jak to na promie: tańce, hulanki, swawole. Na gwiazdkę byliśmy w Warszawie.

CLV – Z Kaczyńskim na gwiazdkę w „przedszkolu”

Rozdz. CIII – Alert europejski czyli śladami Leszka Millera,

21 listopada 2009

poprzedni pierwszy następny

Pamiętacie ? Wszystko zaczęło się jeszcze w listopadzie 2002 roku. Właśnie wtedy, gdy wymyśliłem EFIK pierwsze kroki skierowałem do Ministerstwa Integracji Europejskiej, kierowanego wówczas przez Danutę Huebner. Czasy były wprawdzie millerowskie, lecz wszelkie złudzenia związane z tym rządem, już przeszły. A pewne jednak przyznam się otwarcie były.

Gdy po odejściu hołdującej zasadzie nazwanej przez Jarosława Kaczyńskiego „Teraz k…my”  ekipy Jerzego Buzka, który nawet zakończywszy swą misję nie umiał się ze mną za wysiłki włożone w tworzenie częstochowskiej uczelni rozliczyć, w rządzie Millera, pojawiły się osoby tak przeze mnie szanowane jak Andrzej Celiński ( wówcza SLD jednak przez lata sekretarza komisji krajowej w najtrudniejszych czasach Solidarności) na stanowisku Ministra Kultury, czy Włodek Paszyński jako wiceminister edukacji.  Przez chwilę zwątpiłem. Pomyślałem, że gdyby komuś przyszło do głowy ( inna sprawa, że nikt na to jakoś nie wpadł) to wolałbym np. Odznakę zasłużonego działacza kultury odbierać z rąk Celińskiego niż np. pani Nazarowej, której zasług w walce o demokrację  z pamięci nie umiem wyliczyć.

Ale ten czas już minął. Teraz, a działo się to dokładnie w momencie wybuchu Afery Rywina, było już jasne, że końcówka tego rządu nie będzie taką jakiej prawdziwy życzył by sobie mężczyzna. Tym niemniej miałem informacje, że stworzony jeszcze przez Jana Krzysztofa Bieleckiego Urząd Komitetu Integracji Europejskiej głównie dlatego, że był w URM zupełnie nowym ciałem jest wolny od komunistycznych naleciałości. I to okazało się prawdą.

Inaczej niż w jakimś Amsterdamie, w którym nadchodząca z Polski nawet najbardziej słuszna aplikacji jakiegoś

Kamienica Adama Bromke

Kamienica Adama Bromke

pana …ski pozostanie anonimowa póki jej jakiś przedstawiciel Sanhedrynu ni podżyruje, inaczej niż w Komisji Europejskiej, gdzie nawet recepcji nie udało mi się sforsować, w kamienicy Adama Bromke u zbiegu Bagateli  i al. Szucha  w którym nb. mieściła się Polskiej Agencji Informacyjnej w czasie, gdy tam pracowałem – nie czułem się anonimowy. I przedstawiwszy miłej urzędniczce z czym przychodzę usłyszałem to zdanie, którego w Brukseli wywalczyć się nie dało.

- Wie pan to ciekawa inicjatywa, powiedziała osoba odpowiedzialna za współpracę z Fundacjami. Ale na żadne EFIKI czy Międzynarodowe Festiwale Kulturalne my pieniędzy nie mamy,  ani nie damy. Jednak, gdyby miał pan jakiś pomysł na akcję związaną z integracją europejską, to powiem panu szczerze, że mamy niewykorzystane środki, które do końca roku musimy spożytkować.

No coż, to jest rozmowa !  Drogę z placu Unii na Wilczą odbyłem pieszo. I za nim doszedłem do mojej “pakamery stróża” zasadniczy zarys projektu był już gotowy. Włącznie z nazwą: zaczerpniętą z harcerstwa, a dziś wcale nie nadużywaną. Akcję związaną z naszymi staraniami o akcesję do Unii Europejskiej postanowiłem nazwać: Alert. Było już wiadomo, że 13 grudnia (sic!) odbędzie się w Kopenhadze ważne spotkanie, na którym zdecydowaną zostanie ostatecznie data i warunki naszej akcesji. A w nadchodzącym roku czekało nas referendum. Wymyśliłem więc Alert Europejski, czyli jazdę wskroś zachodniej Polski, przez Szczecin, zachęcanie i przekonywanie do głosowania za przystąpieniem do Unii. A potem promem do Ystad ( znałem go z jakiejś dziennikarskiej wycieczki w 94 roku) i przez Malme mostem łączącym Szwecję z Danią, by dotrzeć na manifestację, która miała towarzyszyć obradom akcesyjnym w kopenhaskim Bella Center.

Moją wewnętrzną motywacja była ta metaforyczna autostrada. Przybliżenie nas ku Francji i Szwajcarii. Zbudowanie drogi. Miałem przy tym ( szczególnie po nabiciu się na Oleksego) w siedzibie brukselskiej, świadomość, że nasz narodowy los spoczął w ręku sowieckich agentów, którzy wynegocjują kontrakt najgorszy z możliwych. No ale także i to głębokie poczucie, że innej dla Polski drogi nie ma. Że nawet pojęcie narodu jest młodym dziewiętnastowiecznym tworem, więc również upieranie się przy wartościach nacjonalnych mogłoby nie być konieczne. Pod jednym wszakże warunkiem, że zagwarantowane byłyby wszystkie wolności zapisane w karcie praw człowieka od zachowania ojczystego języka poczynając po prawo do swobodnego przemieszcznia się, czyli podróży. No i po drugie, że uzyskamy pewność, iż inni: w szczególności Francuzi czy Niemcy nie wykrzystają mechanizmów unijnych dla własnej narodowej dominacji.

Tu jednak  trzeźwy pragmatyzm mozelczyka stale mi z pamięc. To było w ‘99, gdy przez Luneville de La Toura i jeszcze bardziej jego  Vic sur Seille zdążałem ze

Miejsce urodzenia Georgesa de La Toura

Vic sur Seille. Miejsce urodzenia Georgesa de La Toura (1593 - zm.1652)

stypednium Maison de Cultures du Monde z powrotem do kraju. Wylądowałem w Vic około północy pod ratuszem, w którym odbywała się huczna zabawa. Błądząc pod domem de La Toura spotkałem mężczyznę, który wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza. Poznawszy obcokrajowca spytał w czym może mi pomóc. Dowiedziawszy się, że błądzę śladami de la Toura Alain Blanchard przemiły miejski weterynanarz wygłosił mi wspaniały wykład nt. Historii szesnastowiecznej sztuki. Chciałbym dowiedzieć się tyle nt. muzyki romantycznej i o Szopenie np od dentysty z Żelazowej Woli. Miasteczka w Polsce mającego z Lotaryngią tyle wspólnego, że z tamtych okolic wywodzi się także ród ojca Fryderyka Chopina.

Zostałem zaproszony na bal cyklistów odbywający sięw merostwie  w Vic, a tam, gdy okazało się, że jestem Polakiem nauczono mnie jeszcze histori Polski i Europy. Nie bez kozery wszak główny plac w stolicy tego regionu Nancy nosi imię Stanislas na cześć króla Lotaryngii i Polski Stanisława Leszczyńskiego. Otóż mieszkańcy pogranicza Lotaryngii i Mozeli doświadczeni w XIX wieku  podobnie jak Polacy doznaniem niemieckiego  rozbioru, zapytali mnie czy nie obawiam się  jak oni, że stworzenie Unii może stać się wstępem do  rewindykacji granic i nawrotu dominacji ducha germańskiego?

Merostwo w Vic

Merostwo w Vic

- Nei, nie obawiałem się. Jeszcze wtedy. Gdy mnie pytali o bezpieczeństwo naszych granic zachodnich wspominałem klęczącego w Warszawie Willy Brandta i zawarte układy. A oni ?  Popatrywali na mnie z politowaniem jakby już antycypowali przyszłe spory o … mazurskie Narty.

Nie obawiełem się jednak i dlatego chętnie zaanagażowałem moją Fundację w powrót do Europy. Gdy więc powróciłem na Wilczą z pieniędzmi przyrzeczonymi z UKiE aktywnie wzięliśmy się do pracy. Kasia Synowiec okazała się tu pomocna wyjątkowo albowiem studiując Stosunki Międzynarodowe należała do Klubu Młodych Dyplomatów, z którymi w rezultacie przygotowaliśmy całą akcję.

Zacząłem od telefonu do Włodka Paszyńskiego. Tego Włodka, z którym znamy się jak to sam określi „sprzed wojny japońskiej”, który był kuratorem, a teraz zaskoczył mnie przyjęciem stanowiska wiceministra edukacji w rządzie Leszak Millera, gdy ten resort powierzył Krystynie Łybackiej. Jednak epizod ministerialny nie udał się Paszyńskiemu. Z jednej strony zachorował poważnie – dziś można już mieć nadzieję, że uratowano mu zdrowie – z drugiej, okazało się, że ci, którzy uwierzyli w nową twarz lewicy szybko musieli się przekonać, iż są zakładnikami rewindykacji personalnych osadzonych korzeniami w starym PZPRowkim układzie tzw. Czerwonych baronów.

Włodek właśnie złożył był dymisję, kończył kurację, no ale dla kadr huebnerowskiej administracji był też znakomitym żyrantem naszych planów. Paszyński pojawił się w mojej “pakamerze nocnego stróża” na Wilczej, gdzie wymyśliliśmy całą akcję związaną ze zbliżającym się szczytem Unii Europejskiej w Kopenhadze.

W miesiąc wszystko zostało przygotowane. Uzyskaliśmy patronat  medialny RDC i TVPolonia, nawiązaliśmy kontakty z rozrzuconymi po Polsce  euroklubami, znaleźliśmy ekipę plastyków z Kamą Jackowską na czele, która pomogła wymalować autobus wynajęty z pomocą zawsze niezawodnej, gdy chodzi o podróże firmy BUT Barbara, pani Basi Szwargolińskiej.

Jako, że będący jeszcze w okresie wypowiedzenia z Ministerstwa Paszczak nie chciał angażować się osobiście w charakterze eksperta – o pomoc w tym zakresie poprosiłem przez lata współpracującą z nim jako wicekurator Irenę Dzierzgowską.

Irena Dzierzgowska ( 1948-2009)

Irena Dzierzgowska ( 1948-2009)

Irenka już nie żyje. Zmarła nagle. W marcu 2009 roku.   Podobnie jak Włodek organizowała w stanie wojennym tzw. Oświatę niezależną. ( Też z nimi współpracowałem w 1982 wykładając po mieszkaniach na kursach dla licealistów organizowanych przez Ewę Klinger). Potem ze swoją siostrą Alinką Bukowską i wieloletnim korespondentem Gazety Wyborczej w Paryżu Markiem Rapackim organizowała ekipę samorządową Komitetu Obywatelskiego w pierwszych wyborach roku 1990. Za naszymi plecami pojawiał się wtedy Czesław Bielecki ze swoją firmą architektoniczno – doradczą “Dom i Miasto” i Andrzej Lubiatowski, a nawet do chwili, gdy nie został przesądzony, osłabiający władzę prezydenta stolicy układ dzielnicowy – Zbyszek Bujak – oczywisty naonczas kandydat na Prezydenta Miasta.

Potem Irena przez lata pracowała z Paszyńskim jako jego zastępczyni w Kuratorium ale rozstała się z nim jeszcze przed tym nim go w czasach Buzka AWSowski wojewoda Gielecki ze stanowiska odwołał. Poprzez samorząd ( pamiętam, że czas jaki zarządzała oświatą w Gminie Centrum) dotarła za Handkego do Ministerstwa Oświaty i jest z pewnością za jej gimnazjalno-licealną reformę, za system nowoczesnych matur współodpowiedzialna. Wreszcie założyła funkcjonującą w momencie, gdy organizowaliśmy Alert firmę konsultingową, z której usług wynajmując Andrzeja Perego w charakterze eksperta, teraz korzystałem.

Irena rozstania z Paszyńskim nigdy specjalnie nie chciała komentować – stwierdziła tylko, że dh phm w trakcie ośmiu lat kuratoryjnej posługi ogromnie “sczerwieniał”. W tym momencie nie miało to jednak dla mnie znaczenia. Szanowałem oboje i cieszyło mnie, że mogę korzystać z usług najlepszych.

W Klubie Europejskim

W Klubie Europejskim- fot. Maciej Figurski/Forum

Naszą akcją zainteresowała się TVPOLONIA reklamując przejazd na antenie. RDC przeprowadziło quiz, którego laureatów zabrałem na zorganizowaną Pielgrzymkę i summa sumarum  10 grudnia Eurobus z kilkunastoma osobami na pokładzie ruszył pod moim i rezolutnej Kasi dowództwem przez Kutno, Gniezno ( z noclegiem w urokliwym Czerniejewie), Połczyn Zdrój do Szczecina, gdzie zaokrętowaliśmy się na prom do Ystad. Z tamtąd przez most za Malme dotarliśmy do Kopenhagi.

1

fot. Maciej Figurski/Forum

Podróż zorganizowana była w moim przekonaniu bez zarzutu. Jechaliśmy od szkoły do szkoły, od euroklubu do euroklubu. Autobus plastycy z ASP pięknie w kolory unijne obmalowali. Nie było to łatwe zważywszy panującą w grudniu temperaturę. Z dwóch stron towarzyszyło nam ułożone przeze mnie z córeczkami po polsku i przetłumaczone na angielski rejowskie hasło:

Niechaj to narodowie wżdy postronni znają

Polacy od Europy równych szans żądają.

Młodzież z odwiedzanych ośrodków pod tym wezwaniem dopisywała na specjalnie przygotowanej samoprzylepnej folii przylepionej do boku autobusu swoje sentencje, a nawet graffiti.  Przez najdłuższy w Europie jeśli nie na świecie 22 km most łączący Szwecję z Danią dostaliśmy się do Kopenhagi. Tu w pamiętny dla Polaków dzień mieliśmy dopingować Leszka Millera by polski unitom zbyt tanio nie sprzedał.

4

fot. Maciej Figurski/Forum

Jak wiadomo wywalczono tam jakiś miliard €uro, choć biorąc pod uwagę wahadło decyzji przedakcesyjnych od warunków z Nicei, poprzez Kopenhagę (Dania kończyła właśnie swoje przewodnictwo  w Unii), aż po nadchodzące Ateny trudno się oprzeć wrażeniu, że spektakl ten był jednak świadomie gdzieś reżyserowany. I, że w widowisku tym, który nazywa się interes publiczny o ten ostatni na samym końcu chodzi. Tak naprawdę pytanie jest o to, kto i jaką zgarnie po drodze kasę.

5

fot. Maciej Figurski/Forum

Myśl ta zaatakowała mnie już w trakcie przejazdu przez Szwecję. Ponieważ w Kopenhadze spodziewano się sporej demonstracji bardzo uważnie nas w Ystad kontrolowano długo zastanawiając się czy nie zagrażają bezpieczeństwu zabrane przez nas ( zgodnie z poleceniem organizatorów) pochodnie z oliwnymi lampkami.

Oni nas rewidowali, a ja przeszukiwałem mapę nie mogąc pojąć po co zrobiono cyrk z budowaniem ogromnego mostumiędzy Malme a Kopenhagą, gdy sześćdziesiąt kilometrów na północ gołym okiem widać, że można by połączyć mostem zaledwie kilku kilometrowym duński Helsingor ze Szweckim Helsingborgiem – miastem zresztą autostradami dużo lepiej z centrum kraju skomunikowanym.

No ale może tak to właśnie jest. Że czasem efekt marketingowy: czegoś największego pozwala łatwiej zgromadzić środki ogromne niż też nie małe, a jednak nie największe w świecie na inwestycje po pierwsze nie tak imponującą po drugie zaś taką, przy której mniej ludzi zarobi.

2004_iceland.1089571740.bridge-between-malmo-and-copenhagen

Rozdz. CIV – Bella Center albo ryczenie krów