Rozdz. CLVII – Krzyż nad Frascati

28 sierpnia 2010

Skończyło się na Frascati. To co przeczułem w Palermo. Czyli, gdyby ciągnąć te metaforę: w kurorcie pod Rzymem upadło to, co miało powstać z natchnienia jakie spadło na mnie w Stolicy Światowej Mafii. No i tego wszystkiego nie byłoby bez Polaka na Stolicy Piotrowej. W ogóle nic by nie było – albo wszystko byłoby inaczej.  Ale czy aby się napewno skończyło ? A nawet jeśli. Nawet jeśli cały ten cud dwudziestolecia był mafijnym spiskiem, którego jedynym celem było ocalenie władzy Gorbaczowa i potęgi Ameryki, dochodów Kwaśniewskiego i życia Jaruzelskiego, posady Sebastiana Lenarta i dorobku życia profesora Durko czy  Pieniążka oraz schedy dla wnuków całe życie trzęsącego portkami  Lesława M. Bartelskiego – nawet jeśli tak było to, co otrzymaliśmy w zamian ? 

Piętnaście  lat niewątpliwej wolności. Może trudnej, ale realnej. I przedłużenie okresu pokoju do czasu jakiego w tym miejscu Europy nie było od początku powstania Państwa Polskiego. Od 65 lat nikt nad Wisłą nie stoi z bagnetem na broni. Czy to dobrze ? 

- Szczerze mówiąc nie wiem. Dla pokolenia z którego pochodzę, pokolenia Solidarności – pokój był wartością najwyższą.  Nie mogło być inaczej po hekatombie Powstania Warszawskiego, Powstania w Gettcie, po Treblince i Oświęcimiu. Ojciec mi stale powtarzał i wypowiedział to, w czasie Kongresu Kultury Polskiej, że : „cały powojenny porządek  polityczny w Europie został ufundowany na strachu przed nową wojną. Przebieg polskiego kryzysu i sposób w jaki reagują nań wszystkie zainteresowane strony świadcz, że doszły do głosu motywy od owego strachu silniejsze.”. 

Andrzej Kijowski na Kongresie Kultury Polskiej 1981 (fot.S.Olzacki)

 

Dla niego syptomem było objęcie stanowiska premiera Francji przez Laurenta Fabiusa urodzonego w 1946 roku. 

- Uważaj, powiedział mi oto pierwszy powojenny mąż stanu, który nie pamięta wojny. Dla takich jej uniknięcie może być celem deklarowanym nie będzie jednak dogmatem. Wszyscy polscy premierzy ( z wyjątkiem Jana Olszewskiego), którzy sprawowali władzę w okresie 15-lecia międzysojuszniczego lat 1990-2005 byli urodzeni w tych właśnie latach: między 1946 a 1959. Stanowiska w samorządzie biorą już urodzone w latach siedemdziesiątych – dzieci. 

Te młode wilczki spragnione są krwi. Szukają upustu energii w walkach medialnych, w obmowie, w niszczeniu. Obecny porządek polityczny nie jest już podporządkowany strachowi przede nową wojną jak przez lata PRL-u  ani entuzjazmowi z odzyskaniu niepodległości – jak w latach 90’tych dwudziestego wieku. Obecny system polityczny podporządkowany jest jedynej wartości jaką jest zdobycie wpływów i władzy. Demokracja to system, w którym opresyjnego władcę zastępuje lud, który tego władcę kontroluje. Demonokracja to system, w którym wg słów profesora Zbigniewa Stawrowskiego chodzi tylko władzę.[1]. Rządzący nie skupiają się w rezultacie na trosce o dobro wspólne, nikt już nie  myśli w kategoriach pokoleniowych – wszystkie cele są doraźne i podporządkowane wyborom następującym co cztery-pięć lat. 

Tama Assuańska od strony Nilu

 

Czym może się skończyć taka krótkowzroczność zrozumiałem nie w Polsce ani w czasie walk o to kto będzie przemawiał, a raczej kto nie będzie się zwracał do tłumów w Parku na Frascatii. Pojąłem to rok później, gdy zwiedzając Egipt dotarłem do Asuanu i popatrzyłem na wielkie jak ¾ Polski morze nazwane Jeziorem Nassera. Ten zbiornik wodny napełniano 20 lat. Przenoszono najcenniejsze zabytki, których 5 tysięcy lat nie wzruszyło. Zmieniono w rezultacie ekosferę tak dalece, że nie tylko zbiory w Egipcie odbywają się trzy razy w roku lecz nawet można kąpać się w Nilu, gdyż poniżej tamy asuańskiej – wyginęły krokodyle. A, gdyby… Gdyby jakieś nieszczęście nastąpiło i zerwało asuańską tamę. Jakiś wstrząs podziemny. Choć to nie tektoniczny teren jednak trzęsienia ziemi nawet się w Polsce zdarzają. Albo bomba szalonego terrorysty. Cały Egipt włącznie z Piramidami znika z powierzchni ziemi w bardzo krótkim czasie. 

  

Tama Asuańska

 

Zadałem sobie pytanie czy egipscy kapłani, którzy wznieśli Piramidę Chufu, nie umieliby zbudować tamy na Nilu. Bez wąpienia – potrafili. Jednak Faraon nie myślał w skali dekady czy siedmiolecia. Faraon wiedziała, że po latach chudych tłuste są przez bogów przepisane. Faraon nie myślał o tym by dziś mu lud wiwatował. Budował groby by cywilizacja żyła. 

Tama Asuańska ma za plecami spiętrzenie wód Jeziora Nassera

 

Śmierć to wreszcie romantyczna figura: 

  

Niech szubienic drzewa 

W ogrodach miejskich rosną jak szpalery, 

Niech się w ogrody takie tłum wylewa 

Śmiechom przyjazny, a łzom nienawistny; 

Niech niańki w ogród szubienic bezlistny 

Prowadzą dziatki, by tam dla zabawy 

Grzebały piasek krwią męczeńską rdzawy… 

Nie będę z nimi! – O zmarli Polacy, 

Ja idę do was!… 

Czemu zawsze gdy jeszcze jako dziecko ten tekst mówiłem miałem w oczach, w przestrzeni świata przedstawionego w poemacie –  właśnie tę estakadę nad Książęcą ? 

A znam to na pamięć, gdyż – jak zauważył Jacek Trznadel[2] ten mało przytaczany i eksponowany monolog Kordiana dostrzegł z całą mocą Senior czyli  Andrzej Kijowski, cytując go w swym „Listopadowym Wieczorze”. Tak – ma rację i Trznadel: w polskiej sytuacji trzeba go wciąż czytać: 

Szczęście doczesne nie będzie nam dane. Na ziemi możemy dostrzec, wymarzyć sobie tylko jego zapowiedź. Każdemu na jego skalę. Dla mnie tą zapowiedzią było te kilkadziesiąt dni ostateniego Frascati, te tłumy, ten cud. – To nie mogło trwać. Bo gdyby trwało już by nie przeżyło. Oglądalibyśmy już tylko powidoki. A tak pozostało nam wspomnienie. Pamięć, którą zanosimy do grobowaca. Zamykamy wrota. Dedykujemy napisy. 

W napisach wszak cała nadzieja. Bo przecież istniejemy w słowach, które przenoszą marzenia. Festiwal dla warszawskich inteligentów jest takim samym marzeniem jak wolna Polska dla Zjednoczonej Europy. Nadzieją i wskazaniem. A także przestrogą. Dla każdego jego skala. Komuś fabryka, komuś bank, komuś prezydencki pałac –   komu innemu teatrzyk ogródkowy. Lecz to samo tyczy narodów. Dla kogoś podbój, komuś dobre żniwo, komu innemu wawelskie groby. 

Dziś widzimy groby. Upadek nadziei. Po dwudziestu latach wolność już nie jest ta sama. Bohaterowie zdają się zdrajcami. Triumfują mali ludzie, którzy tylko o własne dbali interesy. To się nazywa restauracja albo kontrreformacja. Rewolucja, która sieje nowe musi jak twierdził Hegel przeżyć czas zaprzeczenia by z tezy i antytezy zrodziła się synteza. Ale to zrodzenie to walka, to wojna, to bój. Teraz właśnie trwa ta wojna. Wytaczają ją Ci co wypierają się krzyża – tym, którzy mieli na pieczy jedynie zmianę układu. Tak to wygląda. Niewinnych nie ma ! 

Układ jest wszakże innym słowem na system czy porządek. Porządek polityczny powinien być wieczny. I takim był porządek faraona, monarchy. Ideę porządku zanegowali romantycy. Stworzyli kategorie młodości, narodu, równości, bezinteresownej sztuki. Zmienność i oryginalność wzięły górę nad tym, co rzetelne i trwałe. Lecz ten cały „ruch” skostaniał wnet w instytucjonalnym bezruchu. Powstały parlamety i akademie, sale muzealne i związki zawodowe, powstają coraz to nowe i coraz bardziej paranoidalne zapisy –  poziomu groteski sięgające w dokumentach pisanych dziś w kilkunastu językach przez europejski parlament. 

Z teatrzykiem ogródkowym walczyła karykatura biurowej Solidarności i parodia samorządu dzielnicy. Wszelkie próby utrzymania idei upodmiotowienia społeczeństwa – zwalczają dziś próbujące ukształtować się na gruzach tego wstrząsu oligarchie z opisaną klasą media polityczną na czele. 

Czy się to uda ? – Nie jest to wykluczone. Ale i przesądzone też nie. Jak pisał Herbert: „teraz kiedy piszę te słowa zwolennicy ugody zdobyli pewną przewagę nad stronnictwem niezłomnych zwykłe wahanie nastrojów losy jeszcze się ważą”
 

Ta wojna trwa. W polityce nazywa się przeciwnika postkomuną. W przestrzeni czasu wolnego nazywam ją konfliktem z postromantycznymi instytucjami. W ideologii to walka z demonkracją, w socjologii z media polityczną klasą. To wojna o wartości. O człowieka. O publiczność.  O  przestrzeń, w której zapiszemy swoje imię, nasze trwanie. Wojna,  jakby powiedział publicysta Andrzej Urbański, która trwa ale „o której nie chcieliśmy wiedziec”.  Ta wojna po tragedii smoleńskiej nabrzmiewa. Ludzi wygnanych z Frascatii zdarzało mi się spotykać na Krakowskim Przedmieśiu manfestujacych w obronie Smoleńskiego Krzyża. To wciąż ta sama batalia. Walka o prawo wyrażania emocji zbiorowych. O terytorium. O miejsce spotkania. 

Wojna o wolność Lapidarium, równość Dziekanki, braterstwo  Szwajcarskiej Doliny.  Bój o wspólnotę, w którą w moich oczach przekształcały się tłumy ściągające „ różnych stron , z róznych dróg i na nogach i bez nóg”   nad wiślaną skarpę warszawskich Ogrodów   Frascati. 

Finis Coronat Opus


[1] Zbigniew Stawrowski Niemoralna demokracja, Wydawca: Ośrodek Myśli Politycznej 

[2] Kordian i Horsztyński . Porządek historii literatury, s.4

Rozdz. CLVI – Genalogia Wandali

28 sierpnia 2010

Nie od razu dociera do człowieka, co się właściwe stało. Już parę razy wyrzucano mnie z pracy. Znałem to uczucie, choć zawsze dotąd skąd bym nie wyleciał: Ogródek, firma, fundacja – pozostawały mi bazą. Teraz już nie. Dla spotęgowania sukcesu Ogrodów oddałem wszystko, co miałem.

Porzucony w tym samym czasie przez żonę, obrabowany z mieszkania, mebli, książek nawet – miałem już tylko ogródek. Nie, żebym nie wiedział, że to niebezpieczne lecz po prostu nie było jak budować sobie odwodu. Ewentualnym manewrem była idea Centrum Kulturalnego „Ogrody Frascatii”. Nowe przepisy, których Kaczor i jego ludzie fanatycznie przestrzegał zabraniały dyrektorowi Instytucji Kultury posiadać Firmę. Wykorzystywanie prywatnej Fundacji dla celów związanych ze społeczną też okrzyknięto by wnet konfliktem interesów. Tak więc zawiesiłem firmy i fundacje, zadeklarowałem uczciwie podatki, dla których już od 2004 roku nie byłem w stanie generować kosztów i … oszukany przez urzędników miejskich na te niewypłacane premie dziś jestem szczerym bankrutem. Nie tylko, że nie odłożyłem na swojej ogródkowej, letniej pracy ani grosza  - to aby przeżyć popadłem w rezultacie w zobowiązania kredytowe i podatkowe rzędu 50, dziś już blisko stu tysięcy złotych. Oto mój bilans piętnastolecia. 

Podobny w gruncie rzeczy jak -  Kolonii w Wesołowie. To było w 1971 roku. Po „Gromie”, gdzie skończyłem 16 lat i na ręce dh-a Paszczaka  złożyłem zobowiązanie instruktorskie, wyróżniono mnie niezwykle. Już po trzech miesiącach z „Organizatora” awansowałem na  pwd. – Przewodnika.  Udaliśmy się z przyjacielem (czy mogę tak mówić ?) Paszczakiem na kolonię zuchową do miejscowości Wesołowo. To już nie była „Wzorcówka” pod namiotami jak LAS ( Letnia Akcja Szkoleniowa) przed rokiem w Gromie. Włodek – świeżo upieczony student Polonistyki, dopełniał swą inicjację. Już w Gromie lekko byłem zszokowany obserwując jak po nocy odwiedzają dh-a komendata w jego jedynce kolejno dwie instruktorki z sąsiedniego obozu.  Spytany jak tego dokonuje  odparł: nie zapomnę „bo na tym Andrzejku polega mój wdzięk”. 

Paszczak się budzi - sam wdzięk... 

Teraz już nie było czego obserwować. Dh Komendant całe dnie spędzał miotając się służbowym samochodem od obozu do obozu.  Mnie 17-letniemu zostawiawszy na głowie  całą kolonię z panią pielęgniarką, kuchenką,  kilku dziesięciorgiem zuchów i jedną złotowłosą przyboczną, która nb.  acz urocza (! ) nie była wcale instruktorką lecz córeczką zaprzyjaźnionej z druhem komendantem  pielęgniarki. 

Idą zuchy na wycieczkę 

Zuchy – czuj, czuj, czuj ! 

Strojne w niebieską czapeczkę 

Kolorowy Strój. 

Nie odchodź w bok. 

Przyłącz swój krok 

Głośno się śmiej. Hej 

Napisałem tam na węgierską nutę swój pierwszy ludowy przebój. Jednak po dwudziestu dniach orki, pląsania, organizowania zabaw, gier terenowych, świetlicowych, zdobywania sprawności – byłem u kresu odporności.  Kiedy więc wróciwszy przedostatniego dnia kolonii wypoczęty Pan Komendant zaczął się o coś mnie czepiać przy zuchach – dostałem mojego szału. Trzasnąłem drzwiami, zamknąłem je za sobą. Nocą: próbowalem nawet uciec. 

Ruszyłem jak oszalały. Wściekły, młody, urażony. Że nieodpowiedzialny … ? – No pewnie, to poza dyskusją: byłem wszak dzieckiem. Zniewolnonym, udręczonym janczarem. Uciekałem przed wyzyskiem, przed 

Przyboczna Ania

 

układem, nadużywaniem władzy, wszystkimi cechami biurokracji, z którymi organizacje młodzieżowe zapoznawały przyszłych funkcjonariuszy

I,  bądźmy sprawiedliwi – akurat Włodek zdemoralizować dał się w stopniu minimalnym. Ot, jak każdy dziwiętnastolatek zachłysnął się wzięciem u pań i służbowym kierowcą ( scil. Zaopatrzeniowcem). Jednak po roku sam opowie jak zrezygnuje z tzw. „próby na harcmistrza”, gdzie wśród wielu należało jeszcze jeden drobny dokument wypełnić: deklarację partyjną. Nie tego Paszyński nie zrobił. Dogonił mnie za to. A w tym dogonieniu było coś metafizycznego. 

Leciałem jak oszalały z plecakiem w stronę Jedwabna.  Po jakiejś godzinie marszu za sobą usłyszałem samochód. Uskoczyłem w rów. Minął mnie i … dosłownie kilkanaście metrów dalej zatrzymał się wygaszając światła. Czekałem kilkanaście minut. Las szeptał, ziemia pachniała. A mnie, mnie – zamiast obejść wóz bokiem – zdało się naraz, że to było przywidzenie. Nic nie jechało, nic nie stanęło. Wstałem i ruszyłem. Po przejsciu kilkunastu metrów światła poraziły mi oczy. Stanąłem przed służbówką Paszyńskiego. 

Czy byłem w gruncie rzecy zadowolony, że nie muszę kontynuować ucieczki, składać, jak miałem zamiar instruktorskich szlifów, etc. ? Trudno to dziś powiedzieć. Wiem, że pozostało mi z naszej „gry nocnej” gombrowiczowskie wspomnienie irrealności i poczucie, że jak autor „Kosmosu”: „czasem sobą zadziwiam sam siebie”. To był już przedostatni dzień kolonii. Następnego: zastrajkowałem. Chciałem w ten sposób zmusić Komendanta do pracy, aby poczuł zuchów pęd. 

Alem się przeliczył. W odwiedziny przyjechała, krążąca też między obozami, więc formalnie na wakacjach i w cywilu, jednak też zuchowa instruktorka – Dorota Klingofer. O rok młodsza ode mnie koleżanka z tej samej podstawówki i tego samego czerwonego postkuroniowskiego szczepu byłych Walterowców. Dorota pomogła Włodkowi. A w podróży powrotnej: już mi przeszło i normalnie pracowałem. 

Zapomniałbym pewnie cały epizod ( może poza tym tajemniczym fragmentem irrealnej gry nocnej w lesie), gdyby ze zdarzeniem nie łączyła się jedna z pierwszych głębszych uraz i niesprawiedliwości jakich w życiu wiele potem człowieka spotyka. We wrześniu czy w październiku ( po trzech miesiącach!) odbywało się tzw. Święto Hufca, na którym wręczano nagrody z jakimś bonem towarowym za akcję letnią. Odkąd jeździlem na obozy jako instruktor zawsze taką premię dostawałem. Tym razem – moje dwadzieści dni ciężkiej harówki za Komendanta przepadło w jeden dzień: zaszczyt i prezent wręczono za tych kilka godzin pracy nie pełniącej  tego lata poza tym w ogóle funkcji  opiekunki dzieci – Dorocie Klingofer. 

Trudno mi Włodka nie zrozumieć.  Gdyby był złośliwym łobuzem mógłby napisać na mnie donos i wywalono by mnie z harcerstwa. W swoim poczuciu postąpił sprawiedliwie. Jako urzędnik wykorzystujący swe przewagi z pewnością – ale jako druh?  Jak sam mówi o sobie –  przyjaciel ? – Nie raz potem miałem w życiu takie dylematy i rozumiem, że w tej sytuacji należało oczywiście nagrodzić Dorotę ale całkowite pominięcie mnie było błędem. Pozostawiło mi uraz na całe życie i to między innmi, a także próba zideologizowania naszej pracy w formacjach HSPS ( Harcerskiej Służby Polsce Socjalistycznej) sprawiło, że po maturalnym urlopie rozstałem się ostatecznie z harcerstwem. 

Następne wakacje spędzę też na Mazurach. W Krzyżach  z moim byłym harcerskim przybocznym Andrzejkiem Axerem i Joasią – moja pierwszą dziewczyną. Będziemy szaleć i nie tylko. Ale prywatnie.  Na koszt naszych rodziców. Nie korzystając z samochodow służbowych ani bonów hufcowych. 

Tak już całe życie mam.  Strasznie mi zależy więc daję się wykorzystywać. Jakieś zawstydzenie sprawia, że nie umiem – do czasu – zwracać na dyskomfort uwagi. Lecz, przecież świety, to ja nie jestem. W którymś momencie trafia mnie szlag. Coś ponoć dziwnego robi się z moją twarzą i choć nigdy nikogo palcem nie tknąłem ci, na których się wyładowuję mają poczucie, że ich zabiję. To dotyczy żon, kochanek, pracowników, dzieci. No cóż, że jestem wariat to dowiedzione. – Ale o tym, że taki, który wie, gdzie stoja konfitury przeświadczony był tylko (taki sam wariat) czyli Senior – mój ojciec. 

Z tymi konfiturami jednak nie do końca prawda. Skoro skończyłem 50 lat, a dałem sobie jak dziecko – odebrać wszystkie frykasy. I nikt mi nie pomógł. Nikt nawet nie chciał rozmawiać. Mało, po usunięciu mnie z Domu Kultury organizujący całą kampanię politykierscy zawistnie radni posunęli się do wszystkich możliwych kłamstw, oszczerstw i grabieży. 

Wojciech Bartelski albo szachista ( w tle)

 

Czy naprawdę tą kroplą, która przeważyła szalę był wnuk autora „Genalogii Ocalonych” – niejaki Bartelski – szachista, który został radnym z klubu PIS-u, potem wypisał się, udawał niezależnego, o zawał serca wraz ze swym kolegą Michałem Bittnerem przyprawił Grażynkę Bandych, gdy miał ona zastąpić na tym stanowisku suwalskiego Dyzmę czyli Jarosława Zielińskiego. Potem, o czym już bodaj pisałem próbowali mi wsadzić na kark przede wszystkim antypatycznie nadętą, a w szczegółach niekompetentną panią Olę żonę szachisty. Głupia, a już z pewnością brzydka to ona nie była  jednak o redagowaniu nie miała lub pojęcia mieć nie chciała. 

Aleksandra Bartelska

 

Oni i jeszcze jakiś mydłek w funkcji wiceburmistrza ( darujmy historii nic nie znaczące nazwisko), cała gromada młodych wilczków miotających się od partii, do partii, od układu do układu, z posady na posadę. Niby normalne to, może nareszcie odarte z osłonek wpierw płatnych pacholków Rosji potem styropianowych kombatantów. Miedzy moim pokoleniem, pokoleniem Solidarności, a tą generacją naszych pokoleniowych dzieci wyrósł mur. 

Prawem zaś dziadka, do którego ma się sympatię –  burmistrz Bartelski będzie genealogicznie bliski temu pisarzynie, którego Senior całe życie nazywał trupojadem, twierdząc, że tak przestraszył się w czasie okupacji patrząc jak Gajcy, Trzebiński i Baczyński szli jak kamienie rzucane na szaniec, że potem bał się nie tylko kamienia lecz nawet własnego cienia. 

Bartelscy się jednak nie boją. Dzisiejszy Burmistrz Śródmieścia kroczy godnie po śladach dziadka bez którego asysty nie można było nawet pojawić się na zdjęciu z kiermaszu. Lesław M. Bartelski bowiem sprzeniewierzywszy się całej AK-owskiej tradycji przez lata siał postrach w Związku Literatów Polskich, w ZBOWiDzie,  a także jako komunistyczny radny nomenklaturowych Rad Narodowych. 

Burmistrz Bartelski się nie boi. Wie, że najlepszą obroną – atak. Nauczono go też, że nie wystarczy ofiary zabić. Trzeba jeszcze by jej duch nie straszył – zatańczyć na jej grobie. I taki taniec wykonano 5 lipca 2007, w cztery miesiące po zwolnieniu mnie z pracy – kiedy chciano ruszać z przeniesiononymi na dziedziniec Muzeum Wojska Polskiego kilkoma ledwie plenerowymi imprezami przezwanymi jakoś inaczej. 

Andrzej Kijowski (Senior) i Lesław Bartelski. Dni Oświaty, Książki i Prasy, maj 1969

 

By zmniejszyć szok dla publiczności postanowiono – stwierdzić, że to ja za wszystko odpowiadam. Zwołano konferencję prasową. Oczywiście nawet nie zaproszono mnie na nią.  Podniesiono za to absurdalne zarzuty. 

Nie sposób streszczać tu oszczerstw, których jednak faktyczny efekt jest taki, że choć od razu wszystkie odparłem, choć prawomocnie oczyściła mnie prokuratura nie podejmując żadnych czynności oskarżycielskich, choć i izba obrachunkowa przed, która kilkakrotnie próbowano mnie oskarżac o tzw. naruszenie dyscypliny finansów publicznych nie znalazła ani razu powodu by mnie nawet kontrolować – młodociani wandale wychodzą ze słusznego założenia, że jeśli się wiele rzuca błotem, jest szansa, że coś się jednak przyklei. A, że w złe zawsze łatwiej niż w dobre wierzymy, to jeśli do dziś w interencie znaleźć można informacje o rozpowszechnionym „podejrzeniu naruszenia przeze mnie trzech artykułów kodeksu karnego” – może jednak coś się wreszcie przyklei. 

Próbuję z tym walczyć. Całkowicie już uniewinniony oskarżyłem burmistrza o oszczerstwo. Zapomniałem jednak, że dziecko wie, iż w naszym kraju sądom daleko do niezawisłości. Działajac w imieniu Prezesa Sądu w zakresie czynności przekraczających kompetencje tegoż prezesa młoda sędzina z dwuletnim stażem moje oskarżenie postanowiła umorzyć. Sąd II Instancji zgodził się  jednak (PRAWOMOCNIE !) , że

„Umorzenie postepowania przeciwko Wojciechowi Bartelskiemu jest zdecydowanie przedwczesne […]” przyznał, iż „zgodzic sie nalezy ze stanowiskiem skarzacego, iz Wojciech Bartelski na konferencji prasowej nie ograniczyl sie wylacznie do rzeczowego przedstawienia wynik6w kontroli w Domu Kultury Srodrniescie, skoro w „materiale prasowym” rozdawanym podczas konferencji znalazl sie bezposredni zarzut popelnienia przestepstwa -„przywlaszczenie materialow i wyposazenia stanowiacego wlasnosc miasta” ( k-17 ). Nie rna watpliwosci co do tego, ze pelnienie funkcji burmistrza nie upowaznia do stawiania innym osobom takich konkretnych zarzut6w. Ponadto, oskarzony, jako Burmistrz Dzielnicy Warszawa Srcdrniescie, wystepujac publicznie, winien wazyc slowa i w spos6b odpowiedzialny inforrnowac 0 stwierdzonych nieprawidlowosciach w podleglej jednostce.” Sąd II Instancji, kierując sprawę do ponownego rozpatrzenia zwazył nawet, iż „iz sad I instancji nie dose, ze bez przeprowadzenia rozprawy, to rowniez malo wnikliwie, bo og61nikowo, malo obiektywnie ocenil zdarzenie, wyciagajac zbyt pochopne wnioski 0 braku znamion strony podmiotowej i uznajac tym samym, ze Wojciech Bartelski swoim zachowaniem nie wyczerpal znamion przestepstwa z art. 212 § 1 kk.”. 

Tak proszę państwa. Bo artykuł 212, który przewiduje kary za oszczerstwo nie jest wbrew temu co się naiwnym wydaje wyłącznie batem na prasę. Lecz karą dla tych, którzy prasę dezinformuja. Ja domagam się kary najwyższej 

Mam jednak  świadomość, że mogę zwycięstwa nie dożyć, a nawet nie wiem czy przed Strassburskim  Trybunałem kiedyś sprawiedliwości doczekam .

Zamiarem moim nie jest bowiem uzyskanie przeprosin. Wiem zbyt dobrze, że publiczne poinformowanie, że czegoś nie zrobiłem przypomni tylko, że cos mi zarzucano. I może stać się przedmiotem spekulacji. 

Moim celem jest KARA . 

Wandal Bartelski przypomniał mi wartość kodeksu Hamurabiego. Akt oskarżenia głosić będę w sądzie, w Internecie, w literaturze i z teatralnej sceny. 

To oskarzenie o zrujnowanie całego podsumowanego  tą opowieścią dzieła. 

Powodowany małością, żądzą zemsty i zawiścią  Wojciech Bartelski wykorzystuje swoje stanowisko, koneksje i podległe mu środki masowej komunikacji czyniąc co w jego mocy  w celu odebrania mi dobrego imienia. 

Jest to więc spór na śmierć i życie.  Cywilną rzecz jasna  śmierć i prawo do publicznego istnienia. 

 

5 lipca 2007 roku zostałem przez  tego urzędnika publicznie unicestwiony. Odebrano mi dobre imię, zniszczono dzieło mego życia jakim było XV edycji Konkursu Teatrów Ogródkowych.  Mimo prawomocnego postanowienia oczyszczającego mnie z zarzutów Wojciech Bartelski  nie tylko trwa w uporze lecz skierowaną przeciwko mnie  oszczerczą działalność cały czas prowadzi – lekceważąc ustalenia organów ścigania i wykorzystując piastowane stanowisko. W Internecie na stronach dzielnicy śródmieście nadal można czytać jakie stawiano mi  zarzuty. Nie ma jednak informacji, iż wszystkie okazały się bezzasadne.  Tylko zatem publiczne  ogłoszenie wyroku odbierające Wojciechowi Bartelskiemu  prawo sprawowania funkcji publicznych oraz zasilenie organizacji aktorskiej (ZASP)  hojnym zadośćuczynieniem, może roznieść się echem na tyle szerokim  by te same media, które szeroko komentowały fałszywe oskarżenia pod moim adresem poinformowały z równym natężeniem o zasłużonej infamii  Bartelskiego oskarżonego o  to, że mnie publicznie obmówił  i za to, że  – lekceważąc prawomocne orzeczenia Prokuratury i Regionalnej Izby Obrachunkowej -  nadal przed Urzędami, przed Sądem oraz  na stronach internetowych kierowanego przez siebie urzędu –  oczernia mnie przed światem. 

Taki oto nadchodzi czas. Bezwzględny czas, Zmęczeni najdłuższym w historii nowożytnej Europy okresem pokoju  młodzi wandale czują zew krwi. Oni tak naprawdę nie wiedzą o co im chodzi. A chodzi po prostu o – zabijanie. O radość, którą przez lata z tego aktu czerpano. 

Nie od razu do nas dociera kiedy nas zabijają. A mnie wychowano w jakiejś nie wiadomo skąd branej wierze, że zabójstwa, podstępy, wojenne szachy –  to nie dla nas. 

A jednak. Jak kiedyś mi już powiedział Andrzej Urbański: Tragedie są dla  ludzi. Wtedy w 2006 roku dla Marcinkiewicza,  potem dla mnie, wnet dla obrzucanego błotem Krzysztofa  Skowrońskiego. Wreszczie dla  Prezydenta Kraju i 95 poległych pod Smoleńskiem osób. Ten proces  trwa już cztery lata. Niemal tyle co II Wojna Światowa ! 

Patrzyłem na Marcinkiewicza, gdy jako świeżo odwołany premier udawał Prezydenta Stolicy. On też jeszcze nie wiedział co się naprawdę stało. Potem  spotkałem Krzysztofa Skowrońskiego ( też zwolnionego z zarzutami jakiś malwersacji znakomitego szefa radiowej trójki) – szedł z ekipa TV. Jeszcze zarabia. Jeszcze nie stracił nadzei. Jeszcze nie wie, że koniec nadchodzi. Człowiek tak trudno godzi się z klęską. Nie wierzymy w śmierć. Ani własną ani naszych idei. My. –  Któż to my ?  Bo są tacy, co tylko śmierć wyznają. Na  imię im – wandale. 

Więc któż to my?  My z Pokolenia JP II ? My z opozycji, z Komitetu Obywatelskiego, z Solidarności. My PO-PISU, który się tak skompromitował. Czy też my, którzy starają się łączyć ludzi ideami. My z harcerstwa. My walterowcy, korowcy, kornikoiwcy, harcerze. – My:  pierwsza brygada… 

Myślałem, że my to i ja i Paszyński i Urbański. Bo przecież ani borówcza lewica, do której Paszczak chyba jednak nie należy ani kaczorzy  PiS, z którym wszak i Urbanski nigdy formalnie nie był związany. I ja oczywiście też z PIS-em Zielińskich, Błaszczaków czy Brodowskich  utożsamić się nie mogę. Niestety. Związany zażyłością dziecięcą byłem z Andrzejem, który był wobec mnie zawsze lojalny. I on jeden. Ale jak już chyba wspominałem pod tym warunkiem, że wara mi  od polityki. Bo to gra, to szachy, gdzie  będzie mnie  musiał wykończyć. Co oczywiście definiuje wystarczająco całą naszą klasę polityczną – y compris Boni czy Grupiński – z którym wszakże jesteśmy z tej samej – zdawałoby się –  paczki. I dlatego boli. 

A najbardziej chyba boli Paszyński. On poprzez opozycję i Unię zszedł na lewo, gdzieś w okolice Marka Borowskiego. A przecież z nim byłem związany bardziej niż z  Urbańskim. O dawniej ! Od 16 roku życia w harcerstwie ( to on wyciągnął mnie od Walterowców do normalnych ludzi). I zawsze go wspierałem. Gdy trzeba było zrobić go Kuratorem. Wielokrotnie zapraszałem do telewizji. Nawet dawałem zarobić gdym się obawiał, że może żyć za co nie ma.  Broniłem  też wszystkich spraw Paszyńskiego u Andrzeja Urbańskiego gdy był wiceprezydentem Warszawa. A ten się ze mnie śmiał. I mówił   – nigdy Ci nic nie dali ( mowa o poważniejszych  dotacjach na Ogródki czy Dolinę Szwajcarską).  I zobaczysz jak pogonią. A gdy pogonili ( oczywiście przy aktywnej pomocy wszystkich PiSowskich urzędników, co wypomniałem  Andrzejowi) powiedział krótko: 

– PiS Ci dokuczał, ale dawał Żyć ! 

– Ci zabiją ! 

No i właśnie nas dobijają i mnie i  Jego. 

Czy mam jeszcze walczyć ? Skoro w tym dziele zniszczenia połączyli się solidarnie radni wszystkich opcji przerażeni, że oto rodzi się autentycznie polska wspólnota, że kulturalna Warszawa odnajduje się nie bacząc na gusta elit z Krakowskiego Przedmieścia, że spod kontroli wymyka się rząd dusz. W walce o władzę nad duszami wszystkie chwyty są dozwolone !

Okrzyknięto mnie nawet przestępcą: wbrew logice, wbrew dokumentom, które już wszystkie znajdują się na stronie www.oszczerstwa.kijowski.pl wbrew prawdzie i wszelkim procedurom. 

Tu nie chodzi bowiem o mnie, ani nawet o pieniądze. Tu chodzi o wspólnotę. ISTOTNIE JESTEM PRZESTĘPCĄ ! SKORO OŚMIELIŁEM SIĘ WALCZYĆ Z GLOBALIZACJĄ I ANONIMOWOŚCIĄ. PRÓBOWAŁEM INTEGROWAĆ LUDZI. ZBIERAĆ TOWARZYSTWO. 

Moje projekty zyskały wysokie oceny Prezydenta RP, patronat i dotację z Ministerstwa Kultury. Państwo nam wówczas sprzyjało. Koterie samorządowe odrzucały. Ale Państwo jest ubogie. Centralnego zarządzania nie da się porównać z dobrym gospodarowaniem. 

Obecna ekipa samorządowa wydaje ogromne pieniądze na tzw. Kulturę, ale taką co państwa przytłoczy jak jazz w Złotych Tarasach, zdezintegruje jak Sztuka na ulicy, przekona, iż nie macie własnej lecz jesteście zakładnikami cudzej skrzyżowanej Kultury. Zresztą za zdobyty przeze mnie budżet, za pieniądze, którym w tym  2010 roku wciąż dysponuje Dom Kultury Śródmieście  ( 3,35 mln). Ja zrobiłbym tyle samo co w 2006 roku ( 265 imprez). Oni zdobyli się na 30. ( słownie:  trzydzieści !) przedstawień.  

Jak to nie jest przekręt – to co nim jest ? 

Może jednak uratujemy przy nadchodzących wyborach WARSZAWSKI SAMORZĄD ? 

URATUJMY ŚRÓDMIEŚCIE. PRZED PARTYJNIACTWEM, KOTERIAMI I ZAWIŚCIĄ, KTÓRE ODBIERAJĄ NAM PODMIOTOWOŚĆ. PRZED PONADPARTYJNYM SOJUSZEM ZAŚCIANKA. PRZED WSZYSTKIMI RADNYMI, KTÓRZY ZA NIC SOBIE MAJĄ DZIESIĄTKI TYSIĘCY SENIORÓW I MŁODZIEŻY, TURYSTÓW I ARTYSTÓW, KTÓRZY ODNALEŹLI SWÓJ DOM WOGRODACH FRASCATII. 

A w szczególności przed obecnym burmistrzem : Wojciechem Bartelskim. Radnymi: Andrzejem Batorem, Michałem Bitnerem, Agnieszką Gierzyńską-Zalewską, Przemysławem Zającem działaczom samorządowym, których inicjatywie zawdzięczmy zniszczenie piętnastoletniej tradycji Konkursu Teatrów Ogródkowych i miejsca spotkania jakim dla warszawskich inteligentów były i wierzę, że prędzej czy później znów będą – zbudowane przez nas wspólnie – Ogrody Frascati. 

*                                  *                                  * 

Więc cała polityka obmierzła. Straszne jest jednak  to, że bez polityki nie da się w tym kraju zrobić nic społecznego. Cóż więc pozostaje ? 

– Wojna !? 

-  Wierszy pisanie ? 

Dodałem jeszcze dwa, trzy może. 

Śmierć na Frascati

W banku lokują pieniądze. 

Śmierć to interes też dobry. 

Można jej zaznać na krzyżu, 

z otwarcia żył, z jadu kobry. 

Non omnis – to pewne prawie, 

Lecz komu mam wolać – Ave ! 

Gdy z barbarzynców rąk ginę, 

Co jak bank skradli Warszawe. 

Ostatnia Reduta

Nam strzelać nie kazano – Strzelecką przysłano. 

Wstapiłem na Frascatii: nic tam sie nie działo. 

Tutaj artyleryi szeregi za nami 

Bawmy sie w Parku Bruhla, choć -pod bagnetami! 

Pieśń jakobińska

Nie jestem Żydem ani Gejem. 

Masonem też – niestety ! – nie. 

Obce mi Palikota dzieje. 

Alians Platformy z SLD. 

Ogródek miałem – nieplewiony. 

Swojskiego chwastu rosło w brud. 

Panoszył się na wszystkie strony. 

Spełniał się na Frascatii Cud ! 

Zaorzą, zdepczą, spostponują ! 

Bo w mieście ruchu boją się. 

Oni to wiedzą choć nie czują, 

Że się ockniemy po tym śnie. 

A sen był piękny! -Jeden cud: 

Z euro bankierem, polski lud 

I nigdy więcej już pogromu. 

- „Jesteśmy wreszcie w naszym domu!” 

P o t a ń c u j e m y !!! – Pryśnie Waltz. 

Skąpana w sług czerwonych winie. 

Nie ufaj im Warszawo – walcz! 

O polski śpiew, co z tych rąk ginie!

Rozdz. CLV – Włodek Paszyński wśród serdecznych przyjaciół.

27 sierpnia 2010

Włodek Paszyński wśród serdecznych przyjaciół – Opis…r. CLV

Paszczak… Poznaliśmy się …  Poznaliśmy się „przed Wojną Japońską” istotnie,  ściślej zaraz po Marcu’68 roku – jakoś w maju. Pląsy zuchowe zaliczałem u niego na obozie  w Cierzpiętach latem 1968, gdy miałem lat czternaście, a Włodek jeszcze siedemnastu nie skończył.

Włodek Paszyński z zuchami. Lipiec 1970 (Grom), fot.A.T.Kijowski

W sumie podobnie to pamiętamy

Rozmowa Agnieszki Budzyń z Włodzimierzem Paszyńskim – 4   luty 2007

A.B. - Panie Prezydencie, długo Pan zna Andrzeja Tadeusza Kijowskiego? Pewnie długo.

W.P. - Od Wojny Japońskiej… A tak naprawdę, poznaliśmy się w harcerstwie śródmiejskim, byłem wtedy instruktorem zuchowym, a Andrzej, przez moment, moim przybocznym. Wtedy zaprzyjaźniliśmy się, wspólnie robiliśmy różne rzeczy, poza bezpośrednią pracą z dziećmi. Najzabawniejszym momentem był Festiwal Kulturalny Hufca Warszawa Śródmieście, a właściwie to co towarzyszyło temu wydarzeniu. Jak powszechnie wiadomo ojciec Andrzeja Tadeusza jest wybitnym, współczesnym, dwudziestowiecznym prozaikiem. Wtedy utożsamiany był ze środowiskiem katolickim, skupionym wokół „Tygodnika Powszechnego”. Pamiętam jak już po festiwalu – a  rzecz była w kosmicznej scenografii i oparta na kosmicznym pomyśle – na scenę Stołecznego Teatru Rozrywki, bo tam się to odbywało, wtargnął nie wiedzieć skąd jakiś pies, co wywołało oczywiście powszechną wesołość. A mówię o tym dlatego, bo obaj to wtedy bardzo przeżyliśmy, chociaż na różne sposoby. Ojciec Andrzeja napisał w „Tygodniku Powszechnym” felieton („Co może pies„)[1] , z którego wynikało, że ten pies był najjaśniejszym punktem całej imprezy, co nie ukrywam sprawiło nam pewną przykrość. Opowiedziałem tę anegdotę, bo jest dość charakterystyczna. Andrzej Kijowski wykpiwał tego typu imprezy jako ideowe. A my byliśmy takim trochę tematem zastępczym, bo to co robiliśmy nie miało charakteru ideowego, ale felietonu w tym stylu opiewającego pochód pierwszomajowy, albo święto Trybuny Ludu nikt by mu nie puścił, również w „Tygodniku Powszechnym”. Takie były czasy, że mówiliśmy do siebie mrugając okiem, tylko, że Kijowski senior mrugnął naszym kosztem, co dla Andrzeja było bardziej przykre, bo ja nie traktowałem tego tak osobiście. Dla nas festiwal to było obcowanie z kulturą, śpiewaliśmy niezłe piosenki, recytowaliśmy dobrą poezję, nie było w tym żadnego nadużycia natury ideowej.

ATK z Zuchami - Lipiec 1970 (Grom), fot.W.Paszyński

A.B. – Czyli wszystko zaczęło się dawno temu, rozumiem, że wasza znajomość trwała, mieliście ze sobą kontakt. A potem Andrzej Tadeusz Kijowski wymyślił KTO. Został Pan zaproszony na pierwszy spektakl, czy może o inicjatywie dowiedział się przypadkiem?

W.P. - Nie, to na pewno nie był przypadek, ale dokładnie tego nie pamiętam. To był początek lat dziewięćdziesiątych, zajmowałem się wtedy warszawską oświatą i Andrzej po prostu kiedyś mnie zaprosił. Od tamtego czasu bywałem dość okazjonalnym gościem Ogródków. Impreza odbywała się w okresie wakacyjnym, ja jestem nauczycielem, więc w tym czasie wyjeżdżałem, natomiast pamiętam te pierwsze spotkania jako znakomitą inicjatywę.

A.B. - Panie Prezydencie, a gdybym zapytała Pana o najciekawsze wspomnienie związane z Ogródkami, spektakl, anegdotę, może spotkanie z kimś wyjątkowym. Pamięta Pan coś takiego, czy ma raczej ogólne wrażenie o imprezie?

W.P. - Mam ogólne wrażenie, że tam zawsze było miło. Ludzie przychodzili zobaczyć przedstawienie, ale była to też taka towarzyska okazja, zawsze się gdzieś kogoś spotykało. Wydaje mi się, że impreza wciągała nawet przypadkowe osoby. Na przykład w Dziekance, gdzie przedstawienia odbywały się na podwórku, dookoła sceny okna, a w nich ludzie zaciekawieni nagle tym co się dzieje. To było takie szczególne.

A.B. - To może pamięta Pan jakąś wpadkę, coś co się nie udało?

W.P. - Też nie, ale pamiętam, że najgorzej oglądało mi się spektakl na Mariensztacie w pewne bardzo zimne popołudnie. Proszę pamiętać, że ja jednak byłem okazjonalnym gościem, więc żadną smaczną anegdotą Pani nie uraczę.

A.B. - Proszę powiedzieć czy miał Pan okazję być na Frascati?

W.Paszyński i A.Rozenfeld 6.VII.2003 w Lapidarium na XII KTO

W.P. - Nie, Ogrody Frascati znam wyłącznie z nazwy. Byłem tam raz, widziałem zagospodarowane miejsce, ale nie oglądałem spektaklu. Wybierałem się kilka razy w ubiegłym roku, ale ciągle coś się działo.

A.B. - To proszę żałować, bo w ubiegłym roku właśnie były bardzo dobre spektakle, między innymi drugą nagrodę jury i publiczności zdobył Teatr Konsekwentny, który funkcjonuje w powołanym przez Pana Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej.

W.P. - Tak, powołałem SCEK i to jest rzeczywiście takie dobre miejsce edukacji kulturalnej w Warszawie. Zresztą „Konsekwentnych”, wtedy „Niekonsekwentnie Konsekwentnych”, odkryłem dzięki Andrzejowi. To jest historia sprzed paru lat…

A.B. - Euro-autobus?

W.P. - Tak.

A.B. - Proszę o tym opowiedzieć.

W.P. - Przyszli do mnie dwaj fajni, mądrzy, sympatyczni ludzie, Andrzej Kijowski i Jurek Kisielewski, i zaprezentowali taki trochę „odjechany” pomysł, ale ponieważ ja byłem przekonany o konieczności przecierania drogi do Unii i miałem trochę czasu, więc ruszyliśmy tym autobusem, właśnie z Konsekwentnymi. Spędziliśmy razem kilka dni w tym autobusie,  przejechaliśmy sporą część północno-wschodniej Polski, robiliśmy przedstawienie o zaślubinach Polski z Europą. Andrzej się w tym wyżywał podwójnie, trochę intelektualnie, bo był tam taki element wiedzowy, związany ze znajomością Europy, a z drugiej strony Andrzej miał zawsze nie do końca zrealizowane pomysły aktorskie. Fajny był ten autobus, zwłaszcza, że pokazywał nam bardzo różne miejsca i momenty. Czasem było po prostu miło i sympatycznie, ale czasami było też dramatycznie…

A.B. - Rzucali się na Was, tłukli jajkami?

W.P. - Jajkami nie, natomiast były takie miejsca, w których czekali na nas miejscowi aktywiści antyeuropejscy. Zazwyczaj mieściło się to jednak w jakiejś normie, z wyjątkiem jednego z miasteczek w lubelskim, którego nazwy przez litość nie wspomnę. Tam była naprawdę groza. W bardzo ładnym i zadbanym miasteczku miejscowi aktywiści jakiejś akcji katolickiej, przywitali nas okrzykami nie bardzo europejskimi „Żydzi, won do komór gazowych”. Było to podwójnie dramatyczne, bo rzecz działa się koło Bełżca, ale też myślałem sobie, że to jest taki swoisty chichot historii.

Rozmawiała:  Agnieszka Budzyń

__________________________________________________________

Z pozoru – pełna kultura. Z pozoru. Jest wszakże 4 luty 2007. Wyrok na mnie i na Ogrody już pewnie zapadł. Dowiem się o nim za trzy tygodnie. Tymczasem… Żyję złudzeniami.

Jakby jeszcze dobrych zdarzeń było mało, spekuluję: najtrudniej dotąd szło z dzielnicą, a tu na stanowisko zastępcy burmistrza zastał mianowany: mój asystent przez lat cztery, człowiek, którego wybrałem z tłumu starających się o pracę w Samorządowym Sejmiku i którego miałem za może ślamazarnego czasem, nieco nadto nieśmiałego lecz niezwykle skrupulatnego, inteligentnego, wrażliwego i uczciwego – słowem Piotruś Królikiewicz.

Wiedziałem oczywiście, że obstrukcja pracowników i części urzędników jest spora – lecz poziom odniesionego sukcesu przy tak inteligentnych i ideowych,  jak sądziłem ludziach za jakich całe to towarzystwo miałem - wydawał mi się gwarantem ostatecznego zwycięstwa. Miałem przy tym nadzieję, że nowa ekipa okaże się śmielsza nieco w inwestycjach, a i kompetentna bardziej od PIS-owskich zakonników otaczających Lecha Kaczyńskiego. Skoro więc urzędniczy motłoch tak mnie dołował w mięście i domu kultury myślałem, ze będzie łatwiej namówić panią prezydent na realizację idei stworzenia na Frascatii „Centralnego Parku Kultury” z Teatrem Ogródkowym. Z tym wszystkim szybko spotkałem się z Paszczakiem. Szło łatwiej i kulturalniej niż z Urbańskim. Przygotowałem list powitalny do Waltzowej, Włodek go przejrzał pogadał ponoć, z jakimś Stasiakiem i stwierdził, że będę przyjęty i mogę list wysyłać. Tedy – cała dokumentację wysłałem. Do przypisu…[2]

Szalałem ? – Jak popatrzeć z daleka,  pewnie nieco. Miałem jednak dodatkowe powody. Mało, że budżet Ogrodów po raz kolejny próbowano mi ograniczyć – w  pewien piekny listopadowy poranek, ot tak  niemal równo w imieniny otworzyła drzwi mego Gabinetu główna księgowa Joasia O… – popatrzyła na mnie swymi małymi oczkami i powiedziała ze skruchą acz bez trwogi. Panie dyrektorze jak przepraszam ale nie mamy „kasiory”.

Do dziś pamiętam jej słodką minkę i to wyrażenie. Okazalo się, ( tak przynajmniej twierdziła), że obliczając budżet na cały rok pominęła w obliczeniach bagatelnych 200 tysięcy tzw. zobowiązań z roku 2005 płatnych w 2006. Jak mnie poinformowała w listopadzie i   grudniu pozostały nam środki jedynie na finansowanie zobowiązań z Listy płac, ZUS i podatku dochodowego. Do dziś nie wiem czy była to taka beztroska czy celowe może dzialanie, którego  celem było wpuszczenie mnie w manko. Przed każdym wszak tegorocznym wydatkiem związanym z Frascatii pytałem Joasi czy starczy nam pieniędzy. Wychodziła, liczyła i przynosiła wiadomości. Najczęsciej ( choć nie zawsze naturalnie) akceptując wydatki. Tym razem więc zorientowawszy się, że nie naruszę dyscypliny budżetowej ani nie wpędzę w kłopoty pracowników, jak to już nie raz w mym ogródkowym życiu finansowym bywało…skoncentrowałem się na walce o przetrwanie. Nie była mi to pierwszyzna. Od dawna wszak po merytorycznym i medialnym sukcesie kolejnego festiwalu arkusz kalkulacyjny w moim komputerze nosił tytuł: „wymiar_klęski.xls.” Także i tym razem zarządziłem oszczędności, nie robiłem już hucznych „Inwazji Gwiazdkowych Skrzatów”, bali i frenetów oraz udałem się negocjować rachunki z wierzycielami. Wytłumaczywszy co się stało bardziej lub mniej oględnie zapewniłem, że zobowiązania grudniowe zapłacone zostaną w styczniu lub lutym. Tak się też stało. Do końca lutego długi były popłacone. Ale budżet XVI KTO i III Frascatii mocno nadszarpnięty. W minionym roku wydałem na 265 imprez 800 tysięcy. Odwiedziło nas blisko 90 tysięcy osób. Na na kolejny zostawało mi w granicach 320. Nie było to zreszta tak strasznie mało tym bardziej, że już caly sztab ludzi pracował nad pozyskaniem strategicznego sponsora i impreza zyskała sobie znaczną popularność.

Nie zaprzestałem jednak walki. Wiedząc, że jestem atakowany uznałem, że najlepszą obrona jest atak. Zgłosili się do mnie panowie ze śródmiejskiej gazetki z propozycją oddania mi do dyspozycji całej strony. Przygotowalismy kolumnowy material zatytułowany „Tłumy na Smolnej”, który prezentował osiągnięcia nie tylko na Frascatii lecz cały dorobek domu kultury, w którym w roku 2006 odbyło się łącznie blisko trzy tysiące imprez dla przeszło 150 tysięcy osób. Z tym wszystkim skierowalem list do Radnych Komisji Kultury i Sportu Dzielnicy Warszawa Śródmieście[3].

Gazeta "Południe"

W konkluzji

PYTAŁEM ! CZY NOWA RADA ŚRÓDMIEŚCIA ZDOŁA URATOWAĆ WARSZAWSKI SAMORZĄD. PRZED PARTYJNIACTWEM, KOTERIAMI I ZAWIŚCIĄ, KTÓRE ODBIERAJĄ NAM PODMIOTOWOŚĆ ?

•          PRZED LUDŹMI, KTÓRZY ZA NIC SOBIE MAJĄ DZIESIĄTKI  TYSIĘCY SENIORÓW I MŁODZIEŻY, TURYSTÓW I ARTYSTÓW, KTÓRZY ODNALEŹLI SWÓJ DOM W OGRODACH FRASCATI ?

Jak zwykle. Pisałem , pisałem – a z drugiej strony cisza.

Spotkałem wreszcie Pania Gronkiewicz-Waltz, na jakimś noworocznym raucie, było to akurat w momencie, gdy Premier Kaczyński próbował jakims mało zręcznym ruchem podważyć mandat elekti ze względu na fakt, że jej mąż nie złożyl w porę czy we właściwym miejscu podatkowego oświadczenia. Proszę o negocjowane ponoć  przez Paszczaka spotkanie:

- No tak ale tam jest przecież jakiś audyt, zbyła mnie HGW bez rozmowy. Jeszcze odwiedziłem raz czy drugi Piotrusia Królikiewicza od razu rzecz jasna napadanego przez mych „związkowców domowych”.

– Zbierają się nad tobą chmury, zbierają kwękał – aż wykwękał.

Gdzieś około 20 lutego zawiadomili mnie Piotruś wraz z Małgosią  Naimską, że zostanę odwołany. Tak się też stało. 28 lutego 2007 roku, – w trzy lata i trzy miesiące po powołaniu skończyło się moje – mówiąc słowmi Andrzej Urbańskiego –  „pikowanie”.

PRZYPISY:


[1] Co może pies ?, „Tygodnik Powszechny” 1970, nr 45, s.6. Przedruk, /w:/, Gdybym był królem, Poznań, Wyd.”W Drodze” 1988, s.85-87.

[2] Szanowna Pani Prezydent. Proszę przede wszystkim przyjąć szczere gratulacje z okazji objęcia tak odpowiedzialnego stanowiska, które w Zjednoczonej Europie ma szczególne znaczenie. Wierzę, że będzie to z korzyścią dla  Stolicy. Tej stolicy, o której samorządność walczę ze zmiennym szczęściem już lat piętnaście – niegdyś jako radny i wicemarszałek Sejmiku pierwszej kadencji odrodzonego Samorządu w latach 1990-1994, dziennikarz niezależnej telewizji, a od tamtej pory jako animator kultury, pragnący by Warszawa stała się stolicą kulturalną geograficznego centrum Europy.

Ten cel zdaje się bliski. W ciągu minionych trzech lat udało mi się jako szefowi Domu Kultury Śródmieście przekształcić dość elitarny  Konkurs Teatrów Ogródkowych w wielką kulturalną imprezę, o randze tłumnie odwiedzanego przez warszawiaków i turystów -  letniego Festiwalu Artystycznego „Ogrody Frascati”.  W załączonej NOTATCE opisuję organizacyjną  drogę  jaką przebywam dążąc realizacji tej wizji.

Zdobyliśmy  to, co najważniejsze. Ogrody Frascati mają fantastyczną widownię ! 90 tysięcy widzów pod zadaszoną sceną to marzenie każdego menedżera kultury. To istota naszego sukcesu. Spełniony sukces nie znosi jednak improwizacji. A do jego zdyskontowania potrzeba już bardzo niewiele: infrastruktury, budżetu na doskonalenie programu artystycznego, a przede wszystkim przychylności urzędów. To bowiem, co udało się zrobić nie było rzeczą partii ani układów. Mogę przysiąc, że to, co powstało – stworzyłem praktycznie wbrew większości zwłaszcza niższych  urzędników i dzielnicowych radnych, za to z wierną publicznością i gronem oddanych współpracowników. Powstała  jedna z większych imprez kulturalnych w Polsce. 90 tysięcy widzów, 265 imprez, 120 dni kosztowało ze wszystkim, z całą infrastrukturą i merytorycznym zapleczem  zaledwie  810 tys. pln.

Szanowna Pani Prezydent!

Sukces merytoryczny nie pociąga jednak za sobą satysfakcji czysto pracowniczej. Dom Kultury nie otrzymał wystarczającego budżetu na rok 2007 (jeszcze dwa dni przed wyborami komisarz Kazimierz Marcinkiewicz, gwarantował mi, że o  Ogrody Frascati mogę by spokojny bo prezydent ma swoją rezerwę). No cóż,  wiem o tym, bo w takim trybie była Warszawa zarządzana przez minione cztery lata, acz wolałbym miast rezerwy, której używanie budzi zrozumiałe emocje, dysponować po prostu w porę przyznanym  budżetem proporcjonalnym do wykonywanych zadań.

Wykonana przeze mnie praca wzbudziła wiele negatywnych emocji. Nie mogąc odebrać mi Frascati, tłumów i Domu na Smolnej, zrobiono wszystko by pozbawić mnie godziwej płacy. Znosiłem to z trudem dopóty,  dopóki dysponowałem budżetem wystarczającym  na rozwijanie imprez. Teraz jednak i tu mnie zablokowano z nadzieją jak sądzę, że odium spadnie na nową władzę.

Dla mnie, który pamięta pomoc jakiej nam Samorządowcom udzielała Pani Prezydent, wraz z profesorami Regulskim i Kuleszą, szesnaście  lat temu, gdy w Komitetach Obywatelskich  tworzyliśmy  zręby Samorządnej Rzeczpospolitej ta władza nie jest ani nowa, ani obca.

Dla mnie liczy się tylko jeden prosty cel. By Warszawskie Ogrody Frascati stały się turystyczno-architektoniczno-kulturalną atrakcją Warszawy. By mając wiedzę czym bywa paryskie Trocadero czy kopenhaskie Tivoli, stało się  – unikalną propozycją kulturową dla mieszkańców Warszawy i przybyszy.

I to się udało. Mamy coś niezwykłego. Imprezę elitarną i masową zarazem. Nawiązującą do tradycji przedwojennej Warszawy, wcale nie tak odległej od wiedeńskich form. Imprezę nowoczesną, plenerową i organicznie  polską,  związaną z niepowtarzalną  warszawską tradycją teatrów ogródkowych i schweizertalli.

Bardzo proszę Panią Prezydent  by -  mam nadzieję w większym niż poprzednicy wymiarze -  zechciała pomóc mi w tym dziele.

Zwracam się zatem z prośbą: o

1.             zwiększenie budżetu Domu Kultury Na Smolnej do kwoty 5 950 000 PLN, co pozwoli kontynuować rozwój naszej inicjatywy;

2.             łaskawe zorganizowanie narady określającej zasady na jakich Dom Kultury Śródmieście winien łączyć zadania ogólno dzielnicowe z funkcjami ogólno miejskimi, w oparciu o zaproponowaną przeze mnie rok temu koncepcję stworzenia w jego łonie lub wydzielonego instytucjonalnie  Centralnego Parku Kultury „Ogrody Frascati”;

3.             rozważenie możliwości nadania materialnej formy uznaniu publiczności i mediów, którego mi nie brak,  poprzez przyznanie mi nagrody rocznej za rok 2005  i przywrócenie pełnej wysokości premii miesięcznych za rok 2006 !

Notatka z dn. 15 grudnia 2006 r. NOTATKA

1.             Na stanowisku dyrektora DKŚ zostałem zatrudniony 5 listopada 2003. Budżetu na rok 2004 wynosił 2 067 tys. PLN. To wystarczał zaledwie na podstawową działalność.

2.             12. stycznia 2004  – dodatek funkcyjny został mi zmniejszony o 715 PLN do kwoty 915 PLN ze względu na zmianę interpretacji przepisu dot. 150% ( najniższego zaszeregowania, a nie  zasadniczego  wynagrodzenia) – Uzgodniono wówczas  z dyr. Biura Kultury, iż premia uznaniowa będzie w związku z tym wypłacana w maksymalnej wysokości 70%

3.             Jako organizator dwunastu edycji wspieranego tradycyjnie przez samorząd Warszawy Konkursu Teatrów Ogródkowych w Dolinie Szwajcarskiej  nieodpłatnie użyczyłem logo imprezy Domowi Kultury i wystąpiłem do Miasta o środki na ten cel.

4.             Między grudniem 2003 a lutym 2004 odkryte zostają malwersację b. głównej księgowej Krystyny Zbroch na łączną kwotę 280 000 PLN. Odkryte zostają znaczne zaległości w opłacaniu składek ZUS.   Poinformowałem o tym przełożonych. Złożyłem doniesienie do Prokuratury. K. Zbroch jest już dwukrotnie prawomocnie skazana i spłaca zadłużenie.  Na razie spłaciła około 50 %.  Wobec b. dyrektor pani Staręgi, która do emerytury pozostawała zatrudniona w Biurze Kultury nie wyciągnięto wg mojej wiedzy żadnych konsekwencji.

5.             W listopadzie 2003 powstał w DKŚ  Związek zawodowy, którego działacze konsekwentnie torpedowali wszystkie polecenia dyrektora. Imprezy w plenerach odbył się zgodnie z planem tylko dzięki temu, że użyczyłem DKŚ oczywiście nieodpłatnie swój prywatny sprzęt: aparaturę nagłaśniająca, krzesła, namioty etc.

6.             W 2004 roku frekwencja  na imprezach  DKŚ wzrosła blisko  dwukrotnie  w stosunku do roku 2003, i przekroczyła  50 000 osób.  W plenerach 20 000 wobec 10 tys. w 2003 kiedy to imprezę po raz ostatni organizowałem  z pozycji NGO.

7.             We wrześniu 2004 zwróciłem się do Prezydenta o przeprowadzenie Audytu instytucji. Audyt przeprowadzany był od listopada 2004 do czerwca 2005 roku.

8.             Budżet  na rok 2005 zaplanowany przez Miasto na kwotę  2 7333 967 został przez Radę Dzielnicy zmniejszony o 433 tys. do kwoty 2300 PLN.

9.             W styczniu 2005 roku  odzyskałem  w formie dotacji celowej 430 000 PLN przyznane  z rezerwy celowej na aktywizację Domów Kultury.

10.           W marcu 2005 dowiedziałem się,  że Ogródki Warszawskie w Dolinie Szwajcarskiej nie mogą być kontynuowane .

11.           Wtedy wskazałem Park Kultury i Wypoczynku im. Rydza Śmigłego jako nową lokalizację śródmiejskiej imprezy. Zaproponowałem  powrót do tradycyjnej nazwy Ogrody Frascati i wystąpiłem z wnioskiem o środki na rewitalizację kulturalną tego miejsca.

12.           Środki te w łącznej wysokości 1 320 tys. PLN zostały przyznane zarządzeniem  Prezydenta Miasta  z 31. 05. 2005.

13.           7.06.2005 roku otrzymałem pismo dyr. Biura Kultury, że w związku z toczonym przeciw mnie  postępowaniem  RIO premia zostaje mi zmniejszona o 40 % i będzie wypłacana w  minimalnej wysokości czyli 30 %.

14.           W tym samym czasie do Prezydenta zaczęły napływać coraz liczniejsze wnioski działaczy ZZ o zwolnienie mnie ze stanowiska.

15.           5 LIPCA 2005 RADA DZIELNICY ŚRÓDMIEŚCIE PRZYJĘŁA STANOWISKO NEGATYWNIE OCENIAJĄCE DZIAŁALNOŚĆ DKŚ I POSTULUJĄCE ODEBRANIE ŚRODKÓW NA REWITALIZACJE KULTUROWĄ OGRODÓW FRASCATI.

16.           Latem 2005 Sukces Ogrodów Frascati, przerósł najśmielsze oczekiwania – mimo zmiany miejsca frekwencje w  na Ogródkach Warszawskich, a w szczególności na XIV Konkursie Teatrów Ogródkowych wzrosła o 100% i wyniosła  przeszło 44 tysiące osób. ( W całym Domu Kultury na 800 imprezach sięgnęła 88 tysięcy.

17.           Po zakończeniu imprezy,  mimo jej sukcesu, Dzielnica Śródmieście po raz drugi ( tym razem skutecznie) zmniejszyła proponowany przez miasto  budżet Domu Kultury na rok 2006  o 240 tys. PLN   z 3 275 tys. zł  do 3 035 tys. zł.

18.           Mimo odstąpienia przez RIO we wrześniu 2005  od wymierzenia mi kary za powstałe nie z moje winy  zaległości – oczywiście nie wyrównano  mi zmniejszonych  premii.

19.           W związku z postępowania przed RIO Zarząd Dzielnicy nie wystąpił też o nagrodę roczną dla mnie  za rok 2004.

20.           W styczniu 2006 roku rozpoczęto kompleksową kontrolę całej działalności Domu Kultury. Wystąpienie pokontrolne, wręczono mi dopiero  po 11 miesiącach paraliżowania naszej pracy -  5 grudnia 2006. Komisja  spisała kilkudziesięciu stronnicowy raport  powtarzający ściśle zarzuty niezadowolonych związkowców, pomijający wszystkie pozytywne opinie i rozmowy, wskazała dziesiątki drobnych w moim przekonaniu uchybień, które naturalnie natychmiast usuwamy . Nie  zarzucono tylko najmniejszej nawet  malwersacji, naruszenis ustawy o zamówieniach publicznych, czy złej pracy merytorycznej. Tego bowiem nawet z palca wyssać  się nie da!

21.           Oczywiście od stycznia 2006 roku  do chwili obecnej – ze względu na trwającą kontrolę i liczne zarzuty oraz donosy,  premia dyrektora została na powrót zmniejszona do 30 %.

22.           Mimo oszałamiającego sukcesu Ogrodów Frascati. (frekwencja po raz kolejny wzrosła o sto procent sięgając 140 tysięcy osób  na 1150 imprezach DKŚ w tym blisko 90 tysięcy widzów na Frascati )-   nie zaopiniowano wniosku o zwiększenie budżetu imprezy na rok 2007 ( konieczność odnowy infrastruktury, nieunikniony wzrost honorariów). Wnioskowaliśmy 5 950 tys. proponuje się nam 3 093 600 PLN.

23.           W latach 2004 – 2006 skierowano do władz Warszawy i do mnie osobiści dziesiątki pisemnych i mnóstwo ustnych podziękowań, wśród nich  w 2004 list zbiorowy bywalców Doliny Szwajcarskiej podpisany przez 160 osób, w 2005 ponad tysiąc osób podpisało się pod listem dziękującym władzom Warszawy za stworzenie Ogrodów Frascati. Gratulacje i podziękowania otrzymałem od rzeszy intelektualistów skupionych w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, Związku Artystów Scen Polskich. Artystów Estrady i Operetki. Oraz od osób prywatnych z Izabellą Cywińską na czele

24.           Mimo składanych mi ustnych deklaracji – zarówno przez dyrektora Biura Kultury panią  Naimską,  jak i komisarza Marcinkiewicza  nie wystąpiono  o nagrodę roczną dla mnie za rok 2005.

2.             Informacja o odmowie podpisania budżetu DKŚ na rok 2007. Warszawa 8 grudnia 2006

Sz. P. Małgorzata Eytner-Branicka

Główna Księgowa Wydziału Budżetowo Księgowego

Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy

Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

A Teraz Konkretnie z HGW i Jarkiem Kretem 10. IX.1993

Szanowna Pani!

Uprzejmie informuję, że w dniu 18  sierpnia 2006 złożyliśmy projekt budżetu dla Domu Kultury Śródmieście na kwotę 5 950 000 PLN.  Projekt ten uwzględniał kontynuację letnich już  III Ogrodów Frascati w roku 2007  na poziomie porównywalnym z rokiem mijającym oraz kontynuację wszystkich działań Domu Kultury Śródmieście. Podczas  1150  imprez z naszej oferty w Domu Na Smolnej i w klubach, w minionym roku skorzystało  140 tysięcy mieszkańców Dzielnicy  Śródmieście i Warszawy .

Projekt ten  nie został przez nikogo ani negatywnie, ani pozytywnie zaopiniowany. Dotarły do nas jedynie komentarza urzędników wyrażających zadowolenie z faktu, iż nasza działalność plenerowa realizowana wbrew Stanowisku Rady Śródmieścia z dnia 5 lipca 2005 zostanie ograniczona i staniemy się na powrót, jak to ktoś w Pani Wydziale miał powiedzieć „zwykłym szarym domem kultury”.

Ewentualne zaopiniowanie zwiększenia budżetu DKŚ uzależnione miało być od wyników audytu, z którym wstrzymywano się do dnia wyborów.

Abstrahuję od  faktu, iż wystąpienie pokontrolne, które ( co zostanie mocno  udokumentowane) otrzymałem dnia 5 grudnia 2006 r. jest tendencyjne i wybiórcze. Dokument nie uwzględnia opinii pozytywnych, nie uwzględnia także zmian wprowadzonych na przestrzeni lat 2004 – 2006 r.  Dane, na podstawie których ustalono stan faktyczny są niereprezentatywne, protokół sugeruje, że nie zrealizowano wniosków pokontrolnych, z czym nie mogę się zgodzić.

Z budżetowego punktu widzenia ważne jest jednak, iż w dokumencie tym, negatywnie oceniającym zasady polityki kadrowej, znalazło się sformułowanie z którego wynika, że „Obecna struktura DKŚ zapewnia realizację zadania zarówno o zasięgu dzielnicowym jak i ogólnomiejskim , czego potwierdzeniem jest istniejąca bogata oferta programowa oraz sprawna realizacja przedsięwzięcia PN. „Ogrody Frascati”, cieszącego się dużym zainteresowaniem mieszkańców Warszawy”. ( str. 6 wystąpina pokontrolnego podpisanego 1.XII.2006 przez b.  Prezydenta Miasta Warszawy w osobie pełniącego tę funkcję Kazimierza Marcinkiewicza).

W związku z tym stwierdzeniem pragnę oświadczyć że sprawna realizacja oferty programowej i wzrost frekwencji na wszystkich imprezach na Smolnej w okresie trzech lat mej dyrekcji  o  500 % ( z 30 tys.  w roku 2003 do 140 tys. w 2006 ) był możliwy jedynie dzięki wprowadzeniu nowej  ( acz  nie zaopiniowanej  przez związki zawodowe, ani przez informowane o tym fakcie jednostki nadrzędne)  -  struktury organizacyjnej.

Nie byłoby Ogrodów Frascati, Inwazji Gwiazdkowych Skrzatów, Akcji z Dziecka Król, Poranków Familijnych, Five o’clock-ów  Muzycznych, Akademii Filmowej, Saloników Kabaretowych i Biesiad oraz Jubileuszy  Literackich na Smolnej, Warsztatów Pisarskich  w klubie na Marszałkowskiej z redakcją pisma „Tekstualia” – bez wolontariuszy, bezrobotnych absolwentów, osób kierowanych  w ramach robót publicznych przez Urząd Pracy, nawet resocjalizowanych  więźniów pomagających nam w remontach i pracach porządkowych na Frascatii. Wreszcie bez wybitnych artystów i animatorów kultury, których – wobec  uporczywego blokowania realizacji zmian kadrowych – zmuszony jestem zatrudniać na zlecenia.

Nie byłoby ich też bez zwiększenia budżetu DKŚ o  1 973 tys. PLN w 2005 PLN.  Z tej  kwoty, po odjęciu dotacji celowej na uruchomienie Ogrodów Frascatii,  zwiększenie wydatków na działalności programową w 2005 roku  według projektu budżetu Miasta sięgać miało 1 200 tys. PLN i zamykało się  kwotą 3 275 950 PLN. Niestety   240 tys. PLN  odebrała nam negatywnie nastawiona do projektu Ogrodów Frascatii (por. Stanowisko z 5 lipca 2005)  Rada Dzielnicy Śródmieście -  zmniejszając nasz  budżet na rok 2006 do kwoty 3 035 950. PLN Dokładnie takiej kwoty 240 tys. zł  brak nam dziś do pełnej realizacji budżetu po sprawnym wykonaniu oferty Programowej DKŚ w minionym roku.

W związku z tym jako Dyrektor Domu Kultury Śródmieście i twórca Ogrodów Frascati,  zmuszony jestem odmówić akceptacji i złożenia podpisu pod skierowanym przeciwko interesom skupionej wokół Domu na Smolnej publiczności –  projektem  Uchwały Rady Miasta Stołecznego Warszawy w Sprawie budżetu MS Warszawy na Rok 2007, przewidującym w paragrafie 92109 dalece niewystarczającą na kontynuowanie działalności kwotę 3.093.600 PLN.

Do wiadomości:

1)            Zastępca Prezydenta  m. st.  Warszawy Włodzimierz Paszyński ,

2)            Małgorzata Naimska Dyrektor Biura Kultury m. st. Warszawy Pl. Zamkowy 10, 00-277   Warszawa

3)            Agnieszka Maria Gierzyńska-Zalewska  Przewodnicząca Rady Dzielnicy Śródmieście Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

4)            Artur Grzegorz Brodowski Burmistrz Dzielnicy Śródmieście Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

5)            Przewodniczący Komisji  Kultury Rady m. st. Warszawy, Pałac Kultury i Nauki, pl. Defilad 1, 00-110 Warszawa

6)            Przewodniczący Komisji Kultury Dzielnicy Śródmieście,  Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

7)            Przewodniczący Komisji Budżetowej Rady m. st. Warszawy, Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

8)            Przewodniczący Komisji Budżetowej Dzielnicy Śródmieście , Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

9)            Tomasz Zdzikot  Zastępca Burmistrza Dzielnicy Śródmieście , Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

10)          Joanna Strzelecka Naczelnik Wydziału Kultury Dzielnicy Śródmieście , Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

11)          Andrzej Hagmajer, Biuro Kultury m. st. Warszawy,  pl. Zamkowy 10, 00-277   Warszawa

3.             Koncepcja Utworzenia Centralnego Parku Kultury – OGRODY FRASCATI.

4.            Listy z widowni

[3] „Za nami kolejne wybory samorządowe. Skończyła się czwarta kadencja Samorządu od chwili jego odrodzenia w roku 1990. Przed nami kadencja piąta ( w Warszawie szósta)  lub jak kto woli pierwsza w IV Rzeczpospolitej.

A Teraz Konkretnie z W.Paszyńskim - 18.XII.1993

Idea samorządowa była wielką nadzieją roku 90-tego. Chodziło o to by odejść od dotacji celowych, środków dystrybuowanych przez Urzędy Wojewódzkie, rejonowe, ministerialne priorytety. Chodziło o to by dać szanse inicjatywom oddolnym. By autentyczni radni, przedstawiciele dzielnic, wsi i powiatów decydowali jakie pieniądze przeznaczą na szkołę, jakie na drogę, a które na festyn kulturalny. Aby to było możliwe potrzebna była podmiotowość prawna i możliwość  dysponowania podatkiem od osób fizycznych oraz  prawnych  ( przynajmniej 15 %), a także podatkiem drogowym i gruntowym.

Cztery kadencje samorządu przekształciły go we własną karykaturę ! Rada Dzielnicy Śródmieścia – przynajmniej w ostatniej kadencji -  nie rozważała  czy naszemu kwartałowi miasta potrzebna jest impreza kulturalna, odrestaurowany park i czy ma jakieś, a jeżeli – to jakie: ogólnopolskie zobowiązania. Radni Dzielnicy Śródmieście  administrując przestrzeniami historycznymi będącymi centrum stolicy  Polski myśleli jedynie o tym jak wykonać partyjne polecenie i jak politycznym konkurentom stawić odpór. Zupełnie inaczej  rozumowali  radni pierwszej, jeszcze drugiej  kadencji i ich  zarządy z burmistrzem Janem Rutkiewiczem czy Markiem Rasińskim,  dzięki którym udało się piętnaście lat temu ustanowić imprezę – Konkurs  Teatrów Ogródkowych. Imprezę, która wpisała się już zarówno w historię polskiego teatru jak i w kalendarz kulturalnych imprez Stolicy.

Konkurs Teatrów Ogródkowych swoje istnienie i byt zawdzięczały samorządowi Warszawy i jej śródmiejskiej dzielnicy w szczególności. Jednak od chwili, gdy z offowej niszowej imprezy wychwalanej w mediach lecz pomijanej w dotacjach rozrósł się do wymiaru – jak go w tym roku nazwało pismo WPROST „największego i najtańszego festiwalu artystycznego w Polsce”  -  Ogrody Frascati  rozwinęły  się  – musi to być wyraźnie powiedziane – wbrew Radzie Dzielnicy Śródmieścia, która 5 lipca 2005 roku wyraziła swoje stanowisko jednoznacznie: „krytycznie oceniając działalność Domu Kultury Śródmieście  w roku 2004 i pierwszej połowie 2005 roku oraz projekty, na które przeznaczona została łączna kwota prawie 2 milionów złotych.” Zdaniem radnych IV Kadencji :” DKŚ nie jest przedsiębiorstwem działającym  na rynku show biznesu organizującym wielkie przedsięwzięcia rozrywkowe dla najszerszego odbiorcy i działającym dla osiągnięcia zysku. Realizowane przez DKŚ projekty realizują wyłącznie koszty pokrywane z pieniędzy samorządowych, a więc z kieszeni podatnika . Taki charakter ma większość „wizjonerskich” pomysłów dyrektora Andrzeja Kijowskiego.”.

Chodziło o to że mimo próby zmniejszenia budżetu DKŚ na rok 2005 przez Dzielnicę o kwotę 433 tys. PLN udało mi się te pieniądze ( w styczniu 2005 roku nb. przy  poparciu Komisji Kultury ówczesnej Rady).  Jednak fakt, iż udało nam się pozyskać z Miasta jeszcze dodatkowe środki na nowe  projekty z Ogrodami Frascati na czele wzbudził już skrajnie negatywne emocje.  W podjętym 5 lipca 2005 bez jednego głosu sprzeciwu  stanowisku Rada Dzielnicy  postulowała uchylenie zarządzenia Prezydenta Kaczyńskiego nr 2455/2005 z dn. 31.05.2005 przyznającego Domowi Kultury  Śródmieście kwotę 1320 tys . PLN na te cele.

Stanowisko to nie zostało na szczęście przez Prezydenta wzięte pod uwagę. Jego jedyną, acz niebagatelną konsekwencją  pozostało, iż moja dyrektorska premia została w konsekwencji zmniejszona  o 40 % i od tamtej chwili do tych dni grudniowych roku 2006 miast nagrody czy podziękowania ZA DETERMINACJĘ PRZY ORGANIZACJI OGRODÓW ORAZ ROZWÓJ OFERTY PROGRAMOWEJ DOMU NA SMOLNEJ PRZEZ PIĘTNAŚCIE MIESIĘCY PŁACIŁEM  ZMNIEJSZENIEM POBORÓW – w porównaniu do kwot premii jakie pobierali zatrudnieni na identycznych warunkach dyrektorzy innych domów kultury !

W ciągu dwu lat przyjęliśmy w Domu na Smolnej dziewięć  kontroli, z których żadna nie zdołała wskazać najmniejszego wykroczenia czy malwersacji. Formułowano za to tysięczne zastrzeżenia natury biurokratycznej. Sam fakt trwania kontroli spowodował, iż  jestem jedynym bodaj dyrektorem instytucji kultury, który mimo wypromowania w roku 2005 „największego wydarzenia teatralnego Stolicy” jakim zdaniem ówczesnego Dyrektora Biura Teatrów kierującego dziś Teatrem Wielkim  Janusza Pietkiewicza była 40 tysięczna frekwencja i atmosfera kulturalnego spotkania stworzona w Ogrodach Frascati – nie otrzymał dotychczas nagrody rocznej za rok 2005.

Zaś sukces pierwszych ogródków na Frascati,  ostateczny efekt plastyczny teatru i  ogromna  frekwencja też nie zrobiła na Radnych Śródmieścia ani poprzednim Zarządzie Dzielnicy Śródmieścia   najmniejszego wrażenia. Budżet na rok 2006 został już po sukcesie Ogrodów Frascati zmniejszony przez Radę Dzielnicy tym razem skutecznie o 240 tys. zł  w stosunku do kwot proponowanych przez Miasto.

Jednak projekty Domu Kultury Śródmieście zyskały wysokie oceny Prezydenta RP, patronat Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Edukacji Narodowej, a przede wszystkim patronat i jedną z wyższych dotacji przyznanych przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Na wszystkie swe bowiem projekty DKŚ otrzymał z MKiDN aż 86 tys. PLN.

Na Radnych ani na urzędnikach nie robi to jednak  wrażenia, tak samo jak  oszałamiające sukcesy naszych imprez: blisko 90 tysięcy widzów w Ogrodach Frascati, gdzie frekwencja po raz kolejny wzrosła o sto procent. W całej instytucji, od chwili objęcia przeze mnie w roku 2003 jej dyrekcji, frekwencja wzrosła o 500 procent – z niespełna 30 tys. w roku 2003 –  przekraczając 150 tysięcy osób  na  ponad trzech tysiącach imprez zorganizowanych przez nas w 2006 roku.

Mimo to nie zaopiniowano wniosku o zwiększenie budżetu imprezy na rok 2007 ( konieczność odnowy infrastruktury, nieunikniony wzrost honorariów). Wnioskowaliśmy ( w sierpniu 2006 myśląc o rozwoju imprezy, nowej scenie, podniesieniu  na najwyższy poziom jakości wykonawców – 5 950 tys) proponuje się nam 3 093 600 PLN co stanowi regres o przynajmniej 500 tys. zł.

Na Ogrody Frascati, na które w roku 2006 wydaliśmy około 800 tysięcy złotych, (średnia wartość imprezy to 3 tys zł, koszt widza 9 zł !) w roku 2007 przy obecnym budżecie będziemy mogli wydać co najwyżej 300 tys. PLN!

NIE TRZEBA CHYBA DODAWAĆ, ŻE W WYPADKU BRAKU KOREKTY BUDŻETU DECYZJA KONSTRUKTORÓW PRELIMINARZA OBCIĄŻY W OCZACH MIESZKAŃCÓW  I WYBORCÓW OBECNE WŁADZE !

Zwracam się w konkluzji:

1) o reasumpcję Stanowska Rady Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy podjętego na 31 Sesji Rady w dniu 5 lipca 2005 r. w sprawie: finansowania i działalności Domu Kultury Śródmieście.

2)  o pozytywne zaopiniowanie zwiększenia budżetu DKŚ poprzez zwiększenie załącznika budżetowego Dzielnicy Warszawa Śródmieście o kwotę 2857 tys. PLN w § 921 rozdz. 92109 do kwoty  5 950 tys. z uwzględnieniem wydatków ogólnomiejskich związanych z rozbudową Festiwalu Artystycznego Ogrody Frascati20.

3  Uprzejmie też proszę o spowodowanie ( w trybie wystąpienia do Zarządu Dzielncy i Prezydenta Miasta) nadania materialnej formy uznaniu publiczności i mediów, którego mi nie brak,  poprzez przyznanie mi nagrody rocznej za rok 2005  i przywrócenie pełnej wysokości premii miesięcznych za rok 2006 i w przyszłości.

Rozdz. CLIV – Z Derdziukiem pod Górkę.

26 sierpnia 2010

Z Derdziukiem pod Górkę .  Opis…r. CLIV

Było po panelu. Był też dwudziesty listopad i … było po pierwszej turze wyborów  samorządowych, która odbyła się 12 listopada. Następna miała się odbyć za kilka dni – 26 listopada – w niedzielę.  Mój projekt Centralnego Parku Kultury „Ogrody Frascati”,  Frascatii, który Marcinkiewicz obiecał przejrzeć nazajutrz po występie Marii Peszek od trzech miesięcy nie ruszony. Kontrole wypisywały coraz to większe androny no i oczywiście znów zanosiło się na to, że należącej się każdemu dyrektorowi w mieście premii rocznej (za rok 2005) – i tym razem nie dostanę. Jedyne, co mi zapłacono to za scenariusze, które mi Małgosia Naimska zatwierdziła dowodząc tym samym autorstwa projektu mych całoletnich Ogrodów Frascatii.

Widząc, że robi się gorąco, a do „Osoby pełniącej funkcje Prezydenta Miasta” dobić się nie jestem w stanie dopadłem Marcinkiewicza, na jakimś spotkaniu. Strasznie był zdziwiony mymi kłopotami. Gwarantował, że na „Ogrody Frascati” środki z pewnością znajdzie. W sprawie mojej nagrody natychmiast telefonicznie interweniował u swego asystenta – nijakiego, a oslawionego przez Kazika Staszewskiego Zbigniewa Derdziuka. [1]

Pobiegłem więc nazajutrz ( dzień przed II turą), a wszyscy już poza głównymi zainteresowanymi czuli, że Marcinkiewicz przegra ją raczej,  do szefa biura Prezydenta. No i mówię szefowi – powołując się na Ober-Szefa Kazika

„ No daj mi Derdziuk nagrodę, no co ci to stanowi?

A on mi na to: jak niegdyś piosenkarzowi – nb. też Kazikowi:

„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”.

No i przegrali wybory. Jeszcze ostatniego dnia Marcinkiewicz podpisał dokument z tzw. zaleceniami pokontrolnymi po całosezonowej inwigilacji przedstawicieli miasta. Nie podpisałem dokumentacji kontroli. Tyle tam było bzdur i przeinaczeń.

Jednak same zalecenia nie brzmiały w sumie zatrważająco. Ot, tu sprawdzić, tu dodać, tam poprawić, owdzie uporządkować. Zdaniem moich prawników w znacznym stopniui zalecenia te były bezzasadne. Wydawało się, że będzie z tego kolejna urzędnicza mitręga. I może by była, gdyby … nie ten drobiazg, że zmieniła się miejska miotła,  jak najwulgarniej trzeba dziś określić samorząd miejski. Ja jednak specjalnie się nie przejmowałem. Z trudem ale na życie mi starczało, a wciąż nie mogłem nasycić się sukcesem. Przez cały grudzień  Agnieszki Budzyń prowadziła rozmowy z moimi najważniejszymi współpracownikami.  Od Staszkia Górki poczynając.

Rozmowa z p. Staszkiem Górką – 09.12.2006

Agnieszka Budzyń

S. Górka w "Opowieści Zimowej" reż. Z. Mrozowska Dyplom PWST (Teatr Współczesny) - 1977

A.B. - Ile lat trwa Pana znajomość z Dyrektorem?

S.G.- Znajomość trwa bardzo długo, bo ponad 30 lat. Spotkaliśmy się kiedyś w tym samym miejscu, na Miodowej, i w tym samym czasie, gdy zdawaliśmy do szkoły teatralnej. Stanęliśmy oko w oko.  Andrzej zrobił na mnie wrażenie…, kojarzył mi się… Na Rasputina  był za chudy, ale miał jakiś żar w oku, emblemat na piersi, nie wiem, ale miałem bardzo prawosławne skojarzenia.   Myślałem, że to jakiś młody, natchniony pop. Potem dowiedziałem się, że jest synem Andrzeja Kijowskiego – pisarza i uzyskałem na jego temat więcej informacji. Andrzej równocześnie studiował polonistykę i układ był taki, że wiedzieliśmy o sobie, spotykaliśmy się,

gadaliśmy, byliśmy widzami tych samych zdarzeń teatralnych, wtedy się dużo działo: festiwal narodów itp. A potem spotkaliśmy się kiedy został młodym pracownikiem naukowym w Szkole, a ja asystentem i robiliśmy wspólne różne spotkania, troszkę „ryliśmy pod czerwonym”, troszkę to była konspiracja, partyzantka, jakieś takie właśnie historie. Potem był okres Solidarności. Mieliśmy sztamę, gadaliśmy dość dużo. A potem był pierwszy konkurs, ale go jakoś w ogóle nie zauważyłem, zjawiłem się na drugim czy na trzecim, ale już wiedziałem, co on robi, wiedziałem, że w Lapidarium. Zaczepił mnie kiedyś i mówi:

ATK - Emblemat plemienia Hoopi przywiózł Senior z Wielkiego Kanionu

- Przecież ty masz jakieś swoje przedstawienie.

- No, mam – jeszcze wtedy nie nazywaliśmy się Towarzystwo Teatralne Pod Górkę, ale zrobiliśmy takie przedstawienie lwowskie, na które namówiłem się ze Zbyszkiem Rymarzem i zgłosiłem te piosenki Andrzejowi i to był rzeczywiście niezapomniany wieczór. Warunki były bardzo bojowe, świeże powietrze, to był przepiękny lipcowy wieczór. Było to dla mnie zabawne i dziwne, bo rzeczywiście upał, gorący wieczór, ludzie pijący piwo, jednocześnie bar żyjący swoim życiem, trzeba było sztuką aktorską, tym przedstawieniem, opanować ten żywioł. Tam gdzieś były skrzypiące, skwierczące kawałki mięsa rzucone na grill. To wszystko było szalone i odrealnione, coś do czego nie byliśmy przyzwyczajeni i takie było moje pierwsze spotkanie z KTO. Zresztą ten spektakl został szczęśliwie zarejestrowany przez TV „Polonię 1″ i gdzieś krąży.

Andrzej lubił to przedstawienie i miał do niego ciepły stosunek. Wiem, że ta kaseta żyje, ja też ją mam, bo przegrywaliśmy wtedy. I to był właściwie pierwszy kontakt z „ogródkami”. A potem były takie zdarzenia, że co parę lat (już powstało Towarzystwo Teatralne Pod Górkę) włączaliśmy się do akcji próbując zawalczyć o nagrody, mieliśmy możliwość pokazania swoich przedstawień w Warszawie i niespłacone długi wobec reżyserów, powiedziałem do Andrzeja:

- Dobrze byłoby gdyby Tadek Wiśniewski dostał nagrodę, bo ciągle mamy poczucie, że jesteśmy mu winni pieniądze

I szczęśliwym zbiegiem okoliczności reżyser dostał nagrodę, chociaż Andrzej mówił:

- Absolutnie ja nie mam na to wpływu, to jest decyzja jury.

I pewnie tak było, bo potem przekonałem się, że Andrzej ma taką zasadę, że nie wtrąca się do jury, nie wywiera nacisku, niemniej te sugestie, marzenia nasze jakoś tam się przenosiły. Właściwie byliśmy taką grupą, która ciągle tymi swoimi przedstawieniami znaczyła. Zbierała i nagrody, i wyróżnienia, była zauważalną grupą, która stale współpracuje, a potem przyszły bardzo chude lata i nawet jeśli nie braliśmy udziału w konkursie, to graliśmy. Był pamiętam taki rok, zupełnie beznadziejny, Andrzej poprosił mnie o pomoc:

- Słuchaj, jesteście w Warszawie albo w pierwszych krzakach za Warszawą, czyli w Kopkach i okolicy, może byście tak od czasu do czasu zagrali…

- Jak często?

- No, tak co drugi dzień albo i codziennie…

I to było takie lato, gdzie my przyjeżdżaliśmy, graliśmy w Dolinie Szwajcarskiej, umowa była brutalna, okrutna, to była wczesna, kapitalistyczna manufaktura – tyle ile będzie z biletów. Dyrektor Kijowski z upodobaniem powtarza anegdotę, że Górka wyczuł sprawę mechanizmów kapitalistycznych i ogłaszał promocję. Za pięć siódma mówił:

- No co będziecie Państwo tak tu siedzieć? Zapłaćcie chociaż te dwa złote czy trzy i wejdźcie tam na teren teatru.

To tak było. Rzeczywiście odbywałem indywidualne wycieczki przed rozpoczęciem przedstawienia i zapraszałem, żeby jednak wejść i oglądać jak człowiek…

A.B - Działało?

- Tak, bardzo często to działało, to był taki śmieszny moment tej naszej strasznej biedy. Kończyło się to później spotkaniem i piciem winka, bo tego rzędu były to zyski.

A.B - Wystarczało na butelkę wina?

S.G - Tak, na butelkę wina. I to był właściwie taki styl życia, że w ten sposób spędzaliśmy wakacje w mieście.

A.B - „Lato w mieście?”

S.G - Tak, taka akcja. A potem zaczęło się to tak zwane jurorowanie.

A.B - Ile razy był Pan jurorem?

S.G - Trzy albo cztery

A.B - Stała fucha.

S.G- Tak, taka stała fucha. Nie bez przerwy, choć propozycje Dyrektora były częste, bo chciał, żebym tam był, natomiast ja miałem jakieś ciekawsze zajęcia, jakieś wyjazdy. Mówiłem: – nie mogę w tym czasie, bo miałem jakąś robotę i to było niemożliwe. I był jeszcze taki epizod kiedy któregoś roku Andrzej zaproponował mi liczenie głosów, prowadzenie razem z nim takiej konferansjerki, zabawiania publiczności i wtedy padł pomysł, żeby nagrać te nasze piosenki, które od dziesięciu lat funkcjonują: „Dziś do ogródka zbiegła się trzódka” albo „Oddaj głos na kogo chcesz”. I tak to mniej więcej wyglądało w takim bardzo ogólnym zarysie łącznie z tym rokiem.

Andrzej oczywiście zaprosił mnie na to spotkanie, na ten panel „Teatr to miejsce spotkania”, który – sama Pani widziała- przebiegał dosyć tak smutnawo, z taką nutką… wręcz tendencyjnie. Natomiast ja uważam, że zabrakło tam takiego akcentu, może to złe słowo. Że przy wszystkich zasługach Andrzeja i trudach, które poniósł dla tej inicjatywy, dla tego projektu jak się mówi współcześnie, i wszystkich smuteczkach, które płyną z realizacji, przeszkód i trudności, jedno jest pewne, że on rzeczywiście umiał jakoś…, że złapaliśmy sztamę, że zaimponował tym swoim szalonym zupełnie, wariackim pomysłem. Przecież to nie chodziło o pieniądze. Pieniądze jak Pani opowiadałem w pewnym momencie były żadne czy w ogóle dopłacaliśmy do tego interesu przyjeżdżając trzydzieści kilometrów spod Warszawy na przedstawienia. To się nie opłacało, już nie mówiąc o wypożyczeniu kurtyn, różnych elementach, które funkcjonowały w tej inscenizacji, a on nas jednak zafascynował tym swoim szalonym pomysłem. Właściwie mógł na nas liczyć, wytworzyły się takie relacje przyjaźni. Może nie braliśmy za to odpowiedzialności, bo odpowiedzialność on miał, ale mówiliśmy: dobrze, temu facetowi trzeba pomóc, bo to jest słuszne, bo to jest warte realizacji, mimo że ma trudną sytuację, dawaj, robimy to. To chyba się Andrzejowi udało, że przy jego wszystkich takich trudnościach, nerwowości – jak mówiłem zobaczyłem obłąkanego, młodego popa na tym…, że nagle te loty gdzieś się zbiegły i gdzieś ręka w rękę, ramię w ramię, połączyła nas idea.

Parę dni temu byłem na rozmowie u prezydenta Bydgoszczy, to takie drugie moje miasto, które mnie interesuje, i w którym lubię przebywać i nagle padł pomysł, żeby zrobić takie przedstawienia letnie, taki przeszczep. To nie będzie rodzaj konkursu, tylko taki przegląd naszych rzeczy, które obejmują już kilkanaście spektakli.

A.B - W tym roku było bardzo dużo indywidualnych nagród. Właśnie dlatego, tak?

S.G- Tak, tak. Chcieliśmy zauważyć, że w pewnej przeciętności przedstawienia warto zawsze wyłowić drobiazg, kogoś kto w tej masie się pojawia i nagle zwraca uwagę. To jest interesujące i to jest piękne. Takimi elementami była na przykład świetna muzyka, w jakimś przedstawieniu, nie pamiętam w którym, przepięknie zrobiona. W innym przedstawieniu był świetnie zagrany epizod, były tego typu rzeczy, których nie można pominąć. Pamiętam taki rok kiedy byli Rosjanie, grali „Oświadczyny” według Czechowa przerobione na musical. To był utwór właściwie jak ja pamiętam w tej historii Ogródków taki jedyny pełny, to znaczy, że było doskonałe aktorstwo całej tej trójki czy czwórki aktorów rosyjskich, świetne inscenizacyjnie, świetnie śpiewane, niezwykle muzykalne.

To były nawet brzózki, które dyrektor Kijowski ściął w najbliższym lesie i wsadził do drewnianych doniczek i podlewał je wodą, żeby nie zdechły do wieczora. Nawet to tworzyło jakąś nieprawdopodobną aurę i pełnię tego przedstawienia. To było akurat, w tej przestrzeni, pod gołym niebem, przy skromnym namiociku, przy tym oświetleniu, w tej scenerii, te środki aktorski, te melodie, to było wpasowane w punkt. A na ogół takie przeniesienie przedstawienia, kabaretu, to jest inna stylistyka i zgrzyta. Przestrajamy się, przestawiamy się i nagle mówimy o, to fajnie wyglądałoby w podziemiach, w jakiejś scenerii kabaretowej, w jakiejś kawiarence, ale nie w ogródku.

A.B - To dość powszechna opinia, że rzadko które przedstawienie jest przedstawieniem ogródkowym. Dyrektor miał nawet taką koncepcję, żeby specjalnie premiować sztuki przygotowane specjalnie do ogródkowej scenerii.

S.G- No tak, ale takich przedstawień jest w przeglądzie trzy, cztery. Trzeba byłoby przywrócić tak zwany repertuar rewiowo-bulwarowy, tam mieściłaby się jakaś burleska, komedia muzyczna, recital na świeżym powietrzu. To trzeba byłoby iść zdecydowanie w tym kierunku. A póki co wszystko jest przemieszane. Zawsze miałem o to straszną pretensję, mówię jeszcze o czasach kiedy nie byłem jurorem, ale antreprenerem, który wystawiał jakieś swoje przedstawienia. Miałem wtedy tylko czapkę, szalik i śpiewałem piosenki lwowskie, gdzie mi się było ścigać z jakimś Elblągiem czy teatrem z Jeleniej Góry, które miały olbrzymią kasę.

A.B - Panie Staszku, kojarzą się Panu  z dyrektorem Kijowskim jakieś zabawne zdarzenia ?

S.G- Ja podziwiam jego nieprawdopodobny refleks w różnych sytuacjach, które się dzieją. Ja też się wykazuję pewnym refleksem na scenie, ale to w sytuacjach kiedy coś się wali, przewraca dekoracja, siada aparatura i są sytuacje tak zwane stresowe, wtedy radzę sobie w tych sytuacjach. Natomiast jego i tak podziwiam, to już właściwie można o tym głośno mówić, pamięta Pani jak Marysia Peszek zaśpiewała to swoje „pieprzę miasto” w obecności prezydenta tego miasta? To, moim zdaniem, było nadużycie, nie można robić takich rzeczy i pewnie nie obyłoby się bez gwizdów (sam bym gwizdał), to nie było grzeczne i nie było na miejscu, ale dyrektor wpadł i powiedział „przepraszam za każdy słowny grzeszek Marysi Peszek” i rozładował te bombę bezbłędnie.

A.B - Panie Staszku, Pana największa wpadka w KTO.

S.G- A, były różne drobne draki z niedziałającymi mikrofonami itp., ale największa… Była, tak, na konferencji prasowej gdzie śpiewaliśmy po raz pierwszy „Osculati na Frascati” w naszej wersji, a przedtem mówiłem fragment z „Tułacza”. Kiedy zacząłem recytować, zobaczyłem tylko jednego dziennikarza, (bo spotkanie zostało całkowicie zignorowane przez tzw. prasę), który zresztą kompletnie mnie lekceważył, bo Hemar prawdopodobnie kojarzył mu się wyłącznie z homarami. I ja tu walę tekst, i nagle naszedł mnie taki moment wątpliwości, że przecież to zupełnie nie ma sensu, co ja tu w ogóle robię? Jakiś jeden facet siedzi, a ja mu bebechy wywalam… I nagle całkiem stanąłem z tekstem, zacząłem coś haftować i skutek to miało taki, że facet się obudził. Ja gadałem, szły jakieś słowa, które były kompletnie bez sensu, ostatecznie jednak wskoczyłem na właściwy tryb, ale to była wpadka. Potem jeszcze Kijowski mi dokuczał: o, kolega nie powtórzył tekstu. Tak się tym przejąłem, że kiedy później śpiewaliśmy „Osculati na Frascati” dwa razy przestawiłem tekst, byłem poza muzyką.

To był taki dzień wpadek, co mi się na ogół rzadko zdarza, bo jednak człowiek stara się być zawsze dobrze przygotowany, ale zdarzyło się, było.

A.B - Będzie Pan w przyszłym roku jurorem?

S.G- A skąd ja to mogę wiedzieć?

A.B - Można podsumować, że publiczność ogródkowa jest bardziej wymagająca od publiczności teatralnej takiego zamkniętego teatru, ale przez to ciekawsza pewnie…

S.G- Nie wiem czy ona jest bardziej wymagająca… Trudniejsza do ujarzmienia, bo tamci przychodzą i mogą siedzieć w skupieniu, a tu są tysiące rzeczy, które mogą publiczność rozproszyć: nagłe załamanie się pogody, jakiś pies, helikopter…

A.B - Czyli nawiązując do tezy dyrektora, że teatr to miejsce spotkania, czyli, że do ogródka ludzie przychodzą, żeby się spotkać, wypić kawę, pogadać, a to czy się z tego spotkania zrobi teatr zależy od aktora, który wyjdzie i albo ich zaczaruje, albo nie – to Pan się pod tym podpisuje?

S.G- Podpisuję, jako że moja formuła teatru, którą robię w „podgórce” to jest teatr ubogi, w którym jedynym walorem nie jest stara, wytarta walizki czy szalik, ale człowiek, jego oko, twarz, to co z niego płynie. Możliwe, że to ta formuła nas zbliża z Kijowskim.  To jest moja odpowiedź na pytanie czy teatr to miejsca spotkania.  Rozm. Agnieszka Budzyń

Chwilę potem 21.12.2006 porozmawia pani Agnieszka też z Jankiem Pietrzakiem.

A.B - Proszę opowiedzieć o swojej znajomości z dyrektorem Kijowskim.

J.P.- Muszę powiedzieć, że z podziwem obserwuję akcję Andrzeja Kijowskiego, który z Warszawy próbuje zrobić miasto sztuki, miasto wesołe, miasto pogodne, miasto bardzo związane z teatrem, i temu służą te możliwości, które ma. Bo ludzie na ogół są osadzeni w teatrach państwowych, w których, jak w urzędach, wykonują swoją robotę, są funkcjonariuszami państwa, które im za to płaci, dostają pensje, etaty, urlopy macierzyńskie, bilet bezpłatny w jedną stronę i wtedy pracują dla teatru.

A Andrzej robi coś w strukturach nieformalnych, istotnego bardzo i wydaje mi się, że ma wielkie sukcesy na tym polu, mianowicie całe te lata sezonów teatrów ogródkowych, które rozkwitały w różnych miejscach według jego pomysłów, to jest fantastyczna praca. Ja zetknąłem się z działalnością Andrzeja Kijowskiego kilka sezonów temu. Jako człowiek kabaretu, a nie teatru, występowałem najpierw w Dolince Szwajcarskiej, a potem w Ogrodach Frascati. Uważam, że to jest fantastyczne miejsce, świetnie zaaranżowane, na świeżym powietrzu.

A.B - Jak się Panu tam występowało?

J.P.- Dobrze, bardzo dobrze. To jest nawrót do tradycji teatru średniowiecznego, starożytnego, kiedy ludzie się spotykali. Jechał wóz, zatrzymywał się, artyści występowali na wozie, a ludzie stali i podziwiali, wtedy nie było jeszcze budynków teatralnych, a więc to taka dawna tradycja. Kabaret jest pewnym odłamem teatru w gruncie rzeczy, bardziej uproszczonym z konieczności, bo kabaret jest biedny tak jak i działalność Andrzeja Kijowskiego, nie ma na to zbyt wielu pieniędzy tak jak instytucje państwowe, trzeba grać dla ludzi w takich okolicznościach i w takich warunkach jak to jest możliwe, a więc na powietrzu. Wydaje mi się, że zaaranżowanie tych miejsc jest wielką zasługą Andrzeja, zrobił coś oryginalnego i w Dolince Szwajcarskiej, i w Ogrodach Frascati gdzie to się rozwija pięknie i staje się miejscem, które tętni życiem przez wiele miesięcy w roku.

A.B - W okresie kiedy w tych zinstytucjonalizowanych teatrach trwają urlopy, niekoniecznie macierzyńskie, więc nic się tam nie dzieje?

J.P.- Tak, tak, i poza tym zdarzają się tu przedstawienia, zdarzają się ludzie, występy, których normalnie w Warszawie nie można oglądać, więc to jest taka jakby ścieżka off, jak mówią Anglosasi, taki off-brodway pojawia się i bardzo dobrze, że pan Kijowski nie upiera się przy konkretnych gatunkach, że pokazuje wszystko co wartościowe, spektakle muzyczne, kabaretowe, spektakle teatralne również, jakieś grupy oryginalne, które inaczej w Warszawie nie istnieją, bo nie stać ich na wynajęcie sal w – powiedzmy – normalnym sezonie, czy zaistnienie w konkurencji z wielkimi instytucjami państwowymi, a w tej scenerii, w tych warunkach dają sobie radę, gromadzą liczną publiczność, która dowiaduje się o barwnej kulturze, która w ten sposób się przejawia. Jestem wielkim zwolennikiem tego działania pana Kijowskiego i podziwiam, że tak ładnie mu to wszystko idzie.

A.B - Pamięta Pan jakieś szczególne przedstawienie w KTO?

J.P.- Może szczególne to było takie związane z sierpniem, z rocznicą sierpnia, które było bardzo poważne jeżeli o mnie chodzi, poważne piosenki, poważne tematy związane z naszą narodową historią, z Powstaniem Warszawskim. Mam takie przedstawienie, w którym wykonywałem po raz pierwszy swoją piosenkę o Powstaniu i rzeczywiście poruszenie było olbrzymie.

A.B - Pamiętam je, owacja na stojąco…

J.P.- Tak, owacje, bisy, jednym słowem wielkie poruszenie. To daje pogląd na temat tego, że Warszawiacy w takich warunkach nawet, na powietrzu, w otwartej przestrzeni potrafią się i skupić i wzruszać, i bardzo chłonąć treści, które tam im się podaje, czyli w sumie pokazuje to, że miejsce jest dobrze zaaranżowane, miejsce służy wyrażaniu różnych emocji, nie tylko kabaretowych żartów, ale także pewnemu skupieniu, wzruszeniu.

A.B - Ale to również zasługa artystów.

J.P.- Tak, ale artyści nie w każdych warunkach są w stanie się przebić, bo czasami są to warunki nieżyczliwe po prostu, zwłaszcza kiedy jest to sztuka nazwijmy to uproszczona, bez wykwintnej improwizacji, bez bogatych dekoracji, bez dwóch tysięcy prób…

A.B - W teatrze ogródkowym trudno o bogatą inscenizację.

J.P.- No właśnie o to chodzi, to są wymagania artystyczne o niebo wyższe, bo w teatrze ogródkowym trudno o ten cały sztafaż artystyczny, trzeba go zastąpić czymś innym, talent artysty musi pokryć wszystko, braki scenografii czy też padający deszcz, czy wrzeszczące sroki za plecami, to wszystko talentem trzeba pokrywać, a więc tym bardziej jest to pasjonujące wyzwanie.

A.B - W teatrze ogródkowym brak kulis jest Pan bardziej dostępny, bardziej na widoku i  … wszystkie panie mają ułatwioną drogę do Pana ?

J.P.- Nie tylko panie, panowie również, bo to są ludzie, z którymi piłem pod kioskiem piwo czterdzieści lat temu, albo w Hybrydach żeśmy się kolegowali, albo byliśmy razem w wojsku czy w fabryce. Ja w Warszawie znam połowę mieszkańców, Warszawiaków oczywiście, nie mówię o elemencie napływowym, ale do Ogrodów Frascati przychodzą na ogół rdzenni Warszawiacy, tak mi się wydaje z odbioru, co jest dla mnie istotną różnicą.

Ja to wyraźnie widzę na widowni, wiem czy jest element napływowy czy jest warszawski. Moja znajomość z publicznością warszawską od prawie pół wieku powoduje, że mamy zupełnie inne relacje niż z ludźmi, którzy przyjechali tu pięć czy dziesięć lat temu i właściwie dopiero uczą się tego miasta i jego specyficznego nastroju. I z tego punktu widzenia działalność Andrzeja jest też bardzo korzystna, pozwala się skrzyknąć środowisku ludzi, dla których Warszawa jest ważnym miejscem nie tylko jako adres zamieszkania, ale jako pewien zbiór wartości, sentymentów, bo dla każdego Warszawiaka Czerniaków czy te Ogrody na Powiślu mają swój urok i smak młodości, świadomość tego co tam było kiedyś. I takie imprezy w przestrzeni warszawskiej bardzo pomagają określić tę warszawskość.

A.B - I tak doszliśmy do tematu „Teatr to miejsce spotkania”. Zgadza się Pan z dyrektorem, że teatr na świeżym powietrzu tym różni się od teatru zamkniętego, że to teatr przychodzi do widza, a nie widz do teatru, to znaczy, że na artyście ciąży odpowiedzialność wciągnięcia widza w grę, w przeżycia, w emocje, które dzieją się na scenie ?

J.P.- Powiedzmy szczerze, że to jest bardziej dostępne miejsce, codziennie coś innego się dzieje i to sprzyja temu, że się pewna grupa, pewna społeczność gromadzi wokół tego miejsca, które nie ma charakteru repertuarowego tylko co wieczór jest coś innego, coś charakterystycznego, że warto pójść i to jest dodatkowy motyw, dla wielu tysięcy ludzi to jest ważne miejsce w Warszawie. Wiadomo, że teatr jest miejscem spotkania, ważne jaka tradycja się wokół tego wytwarza wokół tego spotkania, kto tam przychodzi, Z mojego punktu widzenia to jest zgromadzenie warszawskie, znacznie bardziej niż w innych placówkach.

A.B - Taka lokalna specjalność.

J.P.- Tak, my się czujemy dobrze, bo znamy to miejsce, znamy te strony, jesteśmy u siebie. Kryją się za tym jakieś psychologie.

A.B - To ostatnie miejsce – Ogrody Frascati, które mamy nadzieję, że już zostanie na stałe, ono znajduje się w centrum miasta, ale jednocześnie jest z tego miasta wyizolowane, wyciszone, nie słychać samochodów, szumu. Z wyjątkiem jakiś emocjonujących wydarzeń na stadionie Legii, można powiedzieć,  że tam jest cisza i spokój.

J.P.- Tak, bardzo to jest fajnie zaaranżowane. Mam nadzieję, że ta inicjatywa będzie się toczyć dalej, że Andrzej rzeczywiście tam od maja do września będzie miał swoją placówkę i że będzie mu to wszystko świetnie funkcjonować.

A.B - Panie Janie, gdyby miał Pan wymienić trzy przymiotniki, które określają dyrektora Kijowskiego, to jakie by one były?

J.P.- Jest na tle innych urzędników bardzo pozytywną osobą, ponieważ ma inicjatywę i ma pomysły i nie boi się ich wcielać w życie, nawet za cenę konfliktów nieraz z różnymi ludźmi i ja to bardzo cenię, bo jeśli człowiek ma odwagę i ma pomysły, i potrafi je jakoś zagospodarować, to jest to taka cecha wyjątkowa na tle spokojnych, uładzonych i bezkonfliktowych urzędników od kultury. Poza tym jest człowiekiem niezwykle wykształconym, inteligentnym, mającym ogromne zaplecze intelektualne do tego co mówi i robi, a więc jego wiedza o teatrach i o całej pracy, którą wykonuje jest olbrzymia, dogłębna i to się liczy. A prywatnie jest miłym człowiekiem, z którym można o wszystkim porozmawiać, pobawić się. Rozumie nie tylko teatry i poważną sztukę, ale również i kabaret. Wydaje mi się, grając od kilku sezonów, że bardzo lubi kabaret i docenia wartość kabaretu w obecnej kulturze, widzi jej znaczenie i ma poczucie humoru. Jest błyskotliwy, inteligentny, śmieje się z żartów… same zalety.

A.B - Proszę mi powiedzieć czy współpraca z dyrektorem także ma same zalety, zawsze wszystko jest zapięte na ostatni guzik, nigdy nie było jakiegoś wywału, wpadki?

J.P.- Nie, nie, zaskoczył mnie tylko raz, na początku, jak zaczynaliśmy współpracę, wygłosił jakieś słowo wstępne, witając nas w swojej placówce i zrobił to wierszem. Byliśmy zaskoczeni z kolegami, bo nic o tym nie wiedzieliśmy, staliśmy za kulisami i słuchaliśmy jak dyrektor rymuje wspominając wiele naszych różnych historycznych spraw, adresów, piosenek, problemów jakie kabaret pod Egidą miewał, to wszystko ujął w bardzo ładną formę wierszowaną.

A.B - Dostał Pan to na piśmie?

J.P.- Tak, tak, i kiedyś na pewno to wydam.

Rozm. Agnieszka Budzyń

Już po świetach ale wciąż z nadzieją, że rozmowy te wykorzystamy w Opracowaniu projektowanym dla XVI KTO i III Ogrodów Frascati

spotka się pani Agnieszka ze Zbigniewem Rymarzem – 22 lutego 2007

A.B - Wie Pan, że to nie będzie wywiad-rzeka?

Z.R.- Nie? A co?

A.B - Kilka – mam nadzieję – wesołych historyjek, które posłużą jako przerywniki dla dyrektorskich tyrad.

Z.R.- Hm, był rzeczywiście taki wesoły akcent… Graliśmy „Lwów”, na Szopena, w „Dolinie Szwajcarskiej” i nagle zerwał się huragan, ulewa potworna, ludzie się schowali, a mnie – od tamtej pory twierdzę, że bardzo dobrze, że się garbię – na plecy spadła zastawka. Gdybym się nie garbił spadłaby na głowę. Wiatr tak miótł, że zalewało scenę, ludzie zaczęli uciekać, trwało to ponad godzinę… Nie skończyliśmy tego spektaklu.

A.B - Jednym słowem: mokry wieczór.

Z.R.- Bardzo mokry, ale czasami tak się zdarza.

A.B - Czy te nieprzewidziane wypadki w ogródkowym teatrze nie wyprowadzają Pana czasem z równowagi?

Z.R.- Nie. Zaczynałem pracę w teatrze pod kierunkiem reżysera, od którego nauczyłem się cierpliwości. To cecha niezbędna w każdym twórczym zawodzie.

A.B - Nie tylko w zawodzie, przydaje się również w kontaktach z innymi. Rozumiem, że dzięki cierpliwości komunikowanie się z dyrektorem Kijowskim nie sprawia Panu problemu.

Z.R.- Nie, spokojnie daję sobie radę. Zresztą, wie Pani, dyrektor jest małomównym człowiekiem.

A.B - Dyrektor?!

Z.R.- Tak, Zazwyczaj mówi tylko jedno zdanie.

A.B - Ale ile to zdanie trwa?!

Z.R.- A, to już inna sprawa…

A.B - Jak się Panowie poznaliście?

Z.R.- Nasze pierwsze spotkanie wyglądało tak, że ja powiedziałem: „dziękuję bardzo, to ja idę do domu”.

A.B - ?

Z.R.- Chodziło o „Lwów”. Przedstawienie zrobione na moich materiałach, wspólna scenografia i reżyseria. Przychodzę na Starówkę, wszystko jest, tylko mojego nazwiska w ogóle nie ma, nie istnieje. Powiedziałem: „no to dobrze, widzę, że dzisiejszy spektakl idzie jako mówiony, to ja jestem wolny, do widzenia”. Rozumie Pani, można mieć cierpliwość, ale pewnych rzeczy trzeba wymagać.

A.B - I jak to się skończyło? Dopisali nazwisko, dokleili?

Z.R.- Nie, nie było jak. Zapowiedzieli, taka specjalna, długa zapowiedź.

A.B - Czyli zrekompensowali faux-pas. Pomimo tego niefortunnego początku współpraca trwa. Co by Pan zmienił w Konkursie Teatrów Ogródkowych?

Z.R.- Przesiałbym wykonawców i zostawił tylko dobre spektakle. Już sama nazwa „teatr ogródkowy” zobowiązuje do jakiś form. Namawiałbym Dyrektora do zrobienia czterech programów ogródkowych. Aktorki w stylowych sukniach, z parasolkami, część operetkowa, potem jakaś jednoaktowa farsa. W tej chwili miejsce na Frascati jest tak ładnie urządzone, ma nastrój, klimat. Można pokusić się o stworzenie takiego cyklu: ogródek fin de siecle’owy, ogródek z czasów pierwszej wojny, ogródek lat dwudziestych i ogródek Dakowskiego z czasów okupacji. To byłaby historia ogródków.

A.B - Świetny pomysł.

Z.R.- Dyrektor zrobił coś wspaniałego, co kojarzy mi się z teatrem, w którym zaczynałem. To było w Poznaniu, za teatrem był ogród, który dyr. Szczerbowski zaadoptował na letnią scenę. No, ale nie o tym rozmawiamy. Wracając do Pani pytania o to, co bym zmienił, jak już mówiłem, przesiałbym wykonawców.

A.B - Co to znaczy?

Z.R.- To znaczy, że częściej sięgałbym na prowincję, bo tam dzieje się wiele ciekawych rzeczy, które można pokazać i dałbym prawo decydowania publiczności o jakości przedstawień od samego początku, czyli od etapu przeglądu. Rozumie Pani? Jury sobie, bo zależy kto będzie w jury, a publiczność sobie.

A.B - A właśnie, a propos, jak Pan tłumaczy fakt, że przez dwa ostatnie sezony werdykt publiczności i jurorów był w zasadzie taki sam? O czym to według Pana świadczy?

Z.R.- O wyrobieniu ogródkowej publiczności, oczywiście, która ma większą odwagę w podejmowaniu decyzji, i o mniej udziwnionej komisji.

A.B - Żartuje Pan sobie…

Z.R.- Nie, pamiętam nagrodzony spektakl, z którego gdyby wyrzucić dwie trzecie, to byłby nienajgorszy, a bez tego był sam bełkot, ale podobał się przewodniczącej jury, która przeforsowała swoją decyzję.

A.B - Acha… To skoro już jesteśmy przy sprawach wątpliwych, miał Pan jakąś wpadkę w KTO?.

Z.R.- Tak, był jeszcze taki incydent na Mariensztacie. Tadek Wiśniewski dostał nagrodę za reżyserię, Monika Świtaj za piosenkę, trzeba było wystąpić, a tego dnia wyszedłem ze szpitala i czułem się bardziej jak rekonwalescent, niż artysta. Ale mimo to stawiłem się o 14:00, żeby zrobić próbę i wszystko byłoby dobrze, tylko nie dowieźli pianina…

A.B - W ogóle?

Z.R.- Nie, na spektakl instrument dojechał.

A.B - To szczęśliwie. A pamięta Pan jakiś szczególny moment konkursu, coś ważnego dla Pana, o czym mógłby Pan powiedzieć: sukces!

Z.R.- Nie ma nic takiego. Wszystkie spektakle grało mi się bardzo dobrze, publiczność dopisywała i dobrze się bawiła. Jedno tylko w plenerze wymaga dopracowania, jak jest wiatr, to fruwają nuty.

A.B - Przecież można je przypiąć.

Z.R.- A jak trzeba ciągle przekładać i przypinać od nowa, to się robią dziury, bo kto w tym czasie ma grać, skoro pianista zajęty jest czy innym.

Rozm. Agnieszka Budzyń

Było już po wyborach. Należało jakoś przywitać się z nową władzą.

Na Sylwestra napisałem wierszyk[2], a potem poprosiłem pania Agnieszkę by dopadła Włodka Paszyńskiego, który –  a ta wiadomość zdawała mi się gwarancją bezpieczeństwa i uczciwości – miał zostać na miejsce Andrzeja Urbańskiego zastępcą obejmującej Urząd Prezydenta Hanny Gronkiewicz Waltz. Dla mnie wydawały się to bardzo dobrym prognostykiem. Byłem wśród samych przyjaciół. Andrzej Urbański był moim przyjacielem i nigdy się tego nie wyprę, Kaczyńskich szanuję obydwu, ale przecież Hanna Gronkiewicz-Waltz pomagała nam zakładać samorząd. W ’92 roku konsultowała Ustawę Warszawską, gdy byłem wicemarszałkiem Sejmiku. No a Paszyński! – Paszczak … był mi przyjacielem jeszcze dawniej niż Jędrek Urbański, poznaliśmy się jak sam powiada przed wojną japońską. Istotnie…

CDN

Przypisy:


[1] Escusi signore „No speaking inglese”
A gdzie kupiłeś sobie takie luks wąsy?
Czy może na stadionie bez praw autorskich?
I gdzie kupiłeś sobie taką super głowę?
Nakrycie na głowę nie musi być typowe
Pytasz się mnie gdy spokojnie sobie leżę
„Sorry mensch – no speaking inglese”
No daj mi Derdziuk wódki, no co ci to stanowi?
„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”


[2] Każdego roku otrzymywali ode mnie radni i prezydenci kartkę wydrukowana w Domu na Smolnej z jakimś najczęściej De La Tourem, tym razem był do Pierro Della Francesca z takim przesłaniem:

Wygranym  Kornie i z nadzieją

Niesiemy mirrę i kadzidło

Wierząc ze złotem się podzielą

By panowanie  im nie zbrzydło


Przegranym! Piosnkę zaśpiewamy

Krzyż Pański czeka wszak każdego

A my z gęślami, z gitarami

Nikomu  nie życzymy złego


Więc dziękujemy dobry Boże

Za nasze spotkania na Dworze

I za rozmowy pod dachami

Za to że nie jesteśmy sami


Przyjmijcie czego trzeba komu –

Kijowski z śródmiejskiego domu

Rozdz. CLIII – Teatr to miejsce Spotkania. Panel dyskusyjny

20 sierpnia 2010

Piętnaście lat minęło. Miałem poczucie domknięcia jakiegoś cyklu. Zacząłem zresztą właśnie spisywać te wspomnienia i systematyzować materiały. Postanowiłem więc użyć wszystkich niezbędnych a będących w mym zasięgu narzędzi badawczych: wywiadw i panelu dyskusyjnego. Dla panelu przygowałem materiały. Wybór moich tekstów, montaż telewizyjnych relacji z lat piętnastu. Magda Jurczyk obdzwoniła ludzi i w sumie w zaproszeniu napisałem. 

XV Ogólnopolski Konkurs Teatrów Ogródkowych dobiegł końca. Twórcom, artystom, jury, krytykom teatralnym, a nade wszystko widzom udało się przywrócić tradycję i odtworzyć fenomen Teatrów Ogródkowych, wpisując to wydarzenie na stałe w kalendarz stołecznych imprez kulturalnych.  

Wokół KTO powstało wiele pytań i refleksji, które dotyczą: celu konkursu, wyrazu artystycznego, formy teatralnej, organizacji widowni. Nadszedł moment na podsumowanie i sformułowanie ocen, oczekiwań, tych estetycznych, teoretycznych i praktycznych.  

Program spotkania:  

19.00 – wprowadzenie i prezentacja Andrzej Tadeusz Kijowski  

19.30 – dyskusja  

20.30 – koncert Pawła Szymańskiego  

Nie do końca może w to wierzyłem lecz zamarzyła mi się rozmowa serio. Dyskusja o wartościach estetycznych a nie politycznych komerażach. Zaprosiłem nawet Dorotę Wyżyńska, autorkę najbardziej w moim przekonaniu niesprawiedliwej i nieuczciwej krytyki naszego dzieła repertuarowego, Izę Cywińską, zaprosiłem też teatrologów. Pani Wyżyńska nie umiała jednak popatrzeć mi w oczy. Iza przysłała laurkę. Miłą acz dziwną. Czy jej gratulacje dla władzy Kaczyńskiego mogły być szczere ? Czy szykując się  właśnie do objecia  dyrekcji Teatru Ateneum naprawdę myślała, myśli, rozumie, że teatr jest tylko pochodną układu ?  

Izabella Cywińska

 

To był świetny pomysł Andrzeja Kijowskiego. Mówię to nie tylko jako widz, jako animator kultury, ale i to  może nawet ważniejsze, jako wieloletni dyrektor scen poza warszawskich. Dla teatrów, a szczególnie aktorów z mniejszych ośrodków, ale także dla tych stołecznych i Łódzkich i Krakowskich, którzy się jeszcze nie „załapali”, to szansa na pozytywną  konfrontację. Dla nas reżyserów – jurorowanie w  konkursie to czysta korzyść. Nigdy dosyć kontaktów z nieznanymi aktorami, którym potem, jeśli okażą się tego warci, można zaproponować współpracę. Tak. To był świetny pomysł!  

Upór Andrzeja, jego determinacja i naiwna wiara w sukces, które towarzyszyły mu  w chwilach, gdy  wszyscy wszystkiego mu odmawiali, okazał się zbawienny. Pamiętam te walkę, pamiętam izdebkę, w której mieściło się jego biuro, przypominające pakamerę ubogiego stróża /przepraszam Cię Andrzeju!!/ i pamiętam jego oczy, szukające u nas potwierdzenia i wiary  podobnej jemu.  

Tak się rodzi sukces !!!  

Gratuluje  Ci ANDRZEJU !!! gratuluje  Twoim współpracownikom, gratuluje władzy, która ci ostatecznie pomogła zbudować to Twoje królestwo w służbie społecznej.  

Warszawa 15.11.06  

Izabella Cywińska  

Czy jednak ktoś jeszcze chce serio rozmowy, czy ktoś potrafi zadać sobie pytania stricte estetyczne o nasz gust, o ducha czasu, o zmiany w świadomości estetycznej ?  

Mój poniedziałkowy panel miał niestety konkurencję. W Teatrze Narodowym odbywał się tego dnia jubileusz 60 lecia pracy scenicznej Barabary Krafftówny. Kilka osób, w tym Janek Pietrzak musiało tam być obecnych i trudno było odmówić artystce pierwszeństwa. W końcu mój „jubileusz” czterykroć był mniejszy. Janek jednak zachował się pięknie. Przyszedł przed południem i z Krzysiem Paszkiem nagrali mi audio, a także  Vido muzycznie podrasowany przez Janka mój wiersz o Ogrodach Frascatii. To wykonanie zgodnie z planem zamknęło imprezę, przed którą [przedstawiłem telewizyjną kronikę 15 lat ogródka, po czym zagaiłem:  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI: Witam na pierwszym panelu dyskusyjnym, poświęconym konkursowi Teatrów Ogródkowych. Na początek postaram się wiele nie mówić, tylko przypomnieć państwu, jak było – zapraszam na prezentację poświęconą ogródkom[1]  

   

   

Chciałbym powiedzieć tylko o jednej rzeczy, która uderzyła mnie podczas oglądania filmu wspomnieniowego[2], a o której napisałem expressis verbis w tekście, znajdującym się w materiałach, jakie państwo otrzymali. Nie wiem czy nie byłoby Teatru Ogródkowego czy też byłby inny, gdyby nie rok 1987, kiedy to ja, jako poważny estetyk i współautor pisma „Dialog”, zaniosłem Jackowi Sieradzkiemu, Małgosi Szpakowskiej i Pawłowi Konicowi, którzy byli tam wówczas redaktorami, esej filozoficzny „Teatr to miejsce spotkania”. Wyśmiali mnie – tak że śmiech niesie się przez dziesięciolecia. Od Jacka, albo do Małgosi usłyszałem wtedy: „Słuchaj ty nie masz prawa takiego bełkotu uprawiać. Chcesz taki teatr robić to go rób; natomiast nie gadaj jak teoretyk”.  

Sztuka w moim przekonaniu jest bowiem konceptem w istocie  krótkotrwałym. Pojęciem ukształtowanym tak naprawdę w połowie XVIII wieku. Poczynając od roku  1747 kiedy to   – Charles Batteux – wyartykuował pojęcia, zliczenie pięć sztuk pięknych. Poprzez rok 1750 – w którym Aleksander Baumgarten – ukuł pojęcia estetyki czyli nauki o pięknie, kończąc na roku 1790 gdy Immanuel Kant w „Krytyce Władzy Sądzenia” wskazał na bezinteresowność doznania. To fundamenty pojęcia sztuki artystycznej, instytucji sztuki, czyli takiego teatru, w jakim my się poruszamy. To fundamenty nowożytnego czyli romantycznego pojmowania sztuki. Ale romantyzm to tylko jedna  epoka.  

Rzeczy piękne powstawały przez tysiące lat. I nie potrzebne było do tego pojęcie artysty, kultury i całej instytucji sztuki. Ta ostatnia,  skierowana na siebie, autoteliczna działalność artystyczna zamiera na naszych oczach. Instytucje żyją już tylko lobbingiem etatowych magistrów sztuki – nic to nie ma wspólnego z zapotrzebowaniem odbiorców.  

Twierdzę, że dziś sztuka, w tym pojęciu „sztuka artystyczna” jest nieporozumieniem. Uważam, że wszyscy jesteśmy technikami. Uważam, że ta sztuka to techne,   a ja jestem po prostu technikiem organizującym kulturalne spotkania – po dawnemu: mistrzem ceremonii. Uprawiam, jak mawiał Hugon od św Wiktora paedeutike, sztukę zabawy na świeżym powietrzu. Twierdzę, że teatrem jest każda sytuacja, w której jednostka się znajduje, zwraca na siebie uwagę, skupia emocję zbiorową i ją zapośrednicza, a także buduje swoiste napięcie wyznaczając  jakąś barierę dystansu i strefę kontaktu.[3]  

W oglądanym materiale uderzyło mnie to, że o Teatrach Ogródkowych wszyscy wyrażają się z pobłażliwością, że nie przywiązują do tego wydarzenia wielkiej wagi. Jestem przekonany, że taka forma teatru wróci na dobre, że prędzej czy później  znikną instytucje kulturalne, w których funkcjonują związki zawodowe i dyrektorzy wyznaczeni przez aktualną partię polityczną; to się musi skończyć. Na razie odzyskujemy dla publiczności  Dom Kultury, a przez  Ogrody Frascati przewinęło się jakieś 88 tysięcy osób.  

Spotkaliśmy się dziś po to, by zdefiniować zdarzenie, któremu chcę nadać jakąś, oczywiście instytucjonalną lecz nie koniecznie w artystycznym tego słowa znaczeniu formę. Myślę, że impreza przerosła już w pewnym sensie Dom Kultury i że trzeba ustanowić Ogród Frascati na kształt kopenhaskiego Tivoli czy niemieckiego Schweizertalu. W sensie prawnym może być to instytucja Kultury czy też park rozrywki, nawet stołeczne centrum Kultury. Jedno jest pewne:  Frascati ! Bo to ono staje się dziś  miejscem kultowym skupiając w sobie gromadzone przez lata elementy  

MACIEJ NOWAK: Dyrektor Kijowski poprosił mnie, abym poprowadził dyskusję, ponieważ, jak sam twierdzi – za dużo gada. Moja rola zatem jest całkowicie porządkowa. A skoro już Andrzej Tadeusz wywołał Jacka Sieradzkiego, do którego odnosił się w swojej wypowiedzi, a który jest jednym z jurorów o najdłuższym stażu, od początku oglądającym festiwal Teatrów Ogródkowych, to poproszę go o rozpoczęcie dyskusji. Czy Ty również Jacku z pobłażliwością traktowałeś Teatry Ogródkowe?  

Jacek Sieradzki

 

JACEK SIERADZKI: Ja już się tutaj wypowiadałem i nudziłem z  ekranu, więc mogę powiedzieć bardzo krótko: jeśli coś jest sympatyczne i lekkie, to mówiąc o tym czymś, przybieramy ton pobłażliwości, ale życzliwej pobłażliwości. Nie ma w tym nic uwłaczającego. Niech ręka boska broni tradycji Teatru Ogródkowego przed przekształceniem w to, o czym przed chwilą Andrzeju wspominałeś, mówiąc o budowaniu jakiegoś gmachu, jakiegoś podniosłego miejsca. Dopóki to będzie lekkie, dopóty będzie wspaniałe i piękne.  

MACIEJ NOWAK: Andrzej Tadeusz Kijowski, zapraszając nas tutaj, prosił, żebyśmy spróbowali sobie odpowiedzieć na takie pytania jak: cele tego konkursu, jego wyraz artystyczny, formy teatralne, organizacja widowni.  

Proponuję, żebyśmy podyskutowali wokół tych tematów. Przy okazji ostatniej edycji i dwóch wcześniejszych, w których też uczestniczyłem, dyskusja medialna nie przybrała imponujących rozmiarów; była natomiast dość krytyczna.  

Powstaje pytanie: skąd ów krytycyzm się wziął? Co go zrodziło? Jeżeli państwo macie pomysł na wyjaśnienie tej kwestii, chętnie posłuchamy.  

JANUSZ LEŚNIEWSKI: Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że poniekąd jestem ojcem chrzestnym Teatrów Ogródkowych. Jeszcze wówczas, gdy pracowałem w Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym – jako pierwszy, może jedyny, kiedy pan Andrzej szukał poparcia, filmowałem ogródki.  

   

Dziękuję za oznajmienie, że Teatr Ogródkowy będzie istniał – o ile to będzie lekka, przyjemna, łatwa forma. Natomiast nadawanie tej imprezie rangi ponadczasowości i prekursorstwa to przesada. Forma tych spotkań jest faktycznie przyjemna; stanowi zarazem miejsce – ale jedno z wielu miejsc – w których mogą realizować się aktorzy. Chwała panu za to, że przez piętnaście lat organizował pan to przedsięwzięcie i doprowadził do tego, że istnieje również dzisiaj. Jednak, jak sam pan to pokazał, Teatry Ogródkowe realizowane były w wielu miejscach, w różnych przestrzeniach – i wszędzie znajdowały publiczność. Myślę, że nie ma powodu instytucjonalizować tej inicjatywy. Niech trwa dalej w niezmienionej formie.  

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym koniecznie chciałbym wspomnieć. Nie do końca rozumiem, z jakiej pozycji pan występuje, mówiąc o Teatrach Ogródkowych – z pozycji dyrektora Teatru Ogródkowego czy dyrektora Domu Kultury Śródmieście? Mam wrażenie, że te dwa światy zupełnie się przeniknęły. Dlatego też zrodziło się we mnie pytanie: czy, w sytuacji, gdy nie będzie pan dyrektorem Domu Kultury Śródmieście, Teatry Ogródkowe przestaną istnieć?  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI: Dzisiaj nie mówię ani jako dyrektor Domu Kultury Śródmieście, ani jako dyrektor Teatrów Ogródkowych – czy jakakolwiek instytucja – tylko jako człowiek, który przez piętnaście lat zupełnie amatorsko, za minimalnie, śmieszne pieniądze (do dziś dnia zresztą śmieszne) organizuje to przedsięwzięcie. Chcę państwu powiedzieć, że pierwszy konkurs Teatrów Ogródkowych nie kosztował po prostu nic: 0,0zł. Ja również nie zarobiłem nic. W tym roku Ogrody Frascati odwiedziło 88 tysięcy osób, według naszych obliczeń – w granicach 30 tysięcy osób fizycznych. Wiele z nich bywało codziennie. Każdego dnia gościliśmy minimum 100-200 osób, zazwyczaj więcej. Budżet, trwającego przez cztery miesiące przedsięwzięcia, włącznie ze wszystkimi kosztami utrzymania (własną ochroną, własnymi honorariami itd.), dotacją samorządu, ministerstwa kultury, przychodami z baru  mieści się w granicach 800 tysięcy złotych. W czasie trwania Ogródków odbywa się około 250 imprez, co oznacza, że jedna z nich kosztuje średnio 3 tysiące złotych. Jeśli w przyszłym roku mamy zorganizować zdarzenia na takim poziomie jak msza Derfla, występ Jerzego Połomskiego, czy koncert Marii Peszek – to się musi zmienić. Nie będę już dostawał od przyjaciół takich prezentów, a jeśli nawet – wciąż będą to ci sami przyjaciele. Jeżeli ma zagrać ktoś inny – nie zrobi tego za takie pieniądze jak, dajmy na to, wspomniany Jurek Derfel. Jeżeli Ogrody Frascati mają funkcjonować to nie w taki sposób jak dotychczas. Nie upieram się przy instytucji, nie zarzekam się, że impreza powinna przenieść się do budynku i że budynkiem tym ma być Dom Kultury Śródmieście. Myślałem może o jakimś biurze – zlokalizowanym tu, lub gdziekolwiek indziej; to nie ma wielkiego znaczenia.  

To jest właśnie jedno z fundamentalnych pytań: jaką formę instytucjonalną, finansową, organizacyjną to zdarzenie przyjmie? Tego, że jest na taki rodzaj spotkań zapotrzebowanie udało się dowieść. I to nie jest zainteresowanie 40 osób, które przychodziły do Lapidarium czy 100-120 osób, które odwiedzały Dolinę Szwajcarską. Chodzi o jakieś 500 osób, które codziennie, z ochotą uczestniczy w imprezach organizowanych w Ogrodach Frascati. Możemy i powinniśmy stworzyć dla nich w Warszawie miejsce.  

MACIEJ NOWAK: Może tutaj należałoby sobie zadać pytanie bardziej podstawowe, aniżeli kwestie organizacyjne i instytucjonalne, mianowicie: pytanie o program.  

Maciej Nowak

 

Konkurs Teatrów Ogródkowych zrodził się z małej, uroczej i gustownej imprezy stricte teatralnej, w której brali udział aktorzy oraz kilkanaście czy kilkadziesiąt teatrów. Dzisiaj jest to moloch – ogromne przedsiębiorstwo, olbrzymi jarmark sztuki z 250 imprezami. Zastanawiam się czy ten poziom nieusatysfakcjonowania, który zaobserwować można w mediach, a który dręczy też Andrzeja Tadeusza Kijowskiego, nie bierze się przypadkiem stąd, że początkowo była to malutka, elitarna impreza, obecnie zaś to potężny program kulturalny, właściwy dla jarmarku, dla wielkiego zdarzenia plenerowego, nie zaś stricte teatralnego.  

Chciałbym też podzielić się z Państwem jedną swoją refleksją, która nasunęła mi się, gdy oglądałem materiał archiwalny – otóż, zauważyłem, że publiczność ogródków stopniowo stawała się coraz bardziej dojrzała.  

Na początku widziałem przy stolikach bardzo młodych ludzi pijących piwo – mówiłeś wtedy, Andrzeju, że staropolski teatr był ufundowany na miodzie. Dzisiaj, w Ogrodach Frascati, publiczność jest chyba bardziej dorosła niż wcześniejsza, odwiedzająca Dolinę Szwajcarską. Już ani piwa, ani miodu tam nie uświadczysz. Zastanawiam się, czy to nie są kolejne czynniki, wpływające na to, że publiczność stała się bardziej dorosła od tej początkowej?  

Janusz Leśniewski

 

JANUSZ LEŚNIEWSKI: Dla mnie kwestia programu nie jest tak istotna; cenię tę imprezę za pewną niedojrzałość, ubóstwo, improwizację, ale też swego rodzaju niedowartościowanie. Chciałem jednak mówić o czymś innym. Nie jestem człowiekiem teatru, natomiast jestem człowiekiem miasta. U źródeł zaś słowa miasto jest miejsce. Nie ma miasta bez miejsc, miejsce jest istotą miasta. Nasze miasta są w sytuacji dramatycznej – przez wojny i inne okoliczności historyczne – stały się korytarzami, nie miejscami. Dlatego też fakt, że Teatry Ogródkowe od lat tworzą miejsca – już trzy miejsca w Warszawie – jest dla mnie sprawą ważną. Tworzenie miejsc w Warszawie, mieście zniszczonym, mieście, które  wciąż z trudem odzyskuje swoją duszę, jest po prostu działalnością bezcenną. Nie jako człowiek teatru, ale jako człowiek miasta bardzo to cenię.  

BARBARA BORYS-DAMIĘCKA: Wydaje mi się Andrzeju, niepotrzebnie nastraszyłeś Państwa, że teatry stacjonarne będą znikać, i że za chwilę można będzie pójść tylko do ogródków. Moim zdaniem teatry w Warszawie naprawdę mają się dobrze (funkcjonują, pracują, grają), a kataklizm Teatrów Ogródkowych Państwu nie grozi.  

Przede wszystkim – nie tragizowałabym. Ani z tych powodów, które podałeś, ani z powodów finansowych; one w ogóle utrudniają życie kulturze. To, że na kulturę nie ma pieniędzy – czy masową czy elitarną – wszyscy wiemy. Wydaje mi się, że dzisiejszą dyskusję powinniśmy prowadzić raczej w tonie optymistycznym, na temat samego istnienia takiego zjawiska jak Teatr Ogródkowy – który powstał, rozwinął się i wciąż funkcjonuje. W okresie letnim, zwłaszcza gdy jest piękna pogoda, rzeczywiście bardzo wiele osób uczestniczy w odbywających się w Teatrze Ogródkowym, spektaklach. Dla dużej rzeszy warszawiaków to dosyć ważne wydarzenie. Zgadzam się, że miejsce w mieście jest ważne. Ostatnia lokalizacja – Ogrody Frascati to bardzo dobry adres; potwierdzają to również ludzie, którzy tam przychodzili. W tym roku przedsięwzięciu sprzyjała pogoda – a to element szalenie ważny. Można też mówić o pewnym fenomenie socjologicznym. Te tłumy ludzi, którzy przychodzili na Frascati z pewnymi oczekiwaniami i potrzebami to bardzo często osoby, których nie stać na to, by pójść do teatru, czy przyjechać do Warszawy, aby obejrzeć jakieś przedstawienie w okresie letnim, kiedy teatry profesjonalne, stacjonarne z wielu powodów nie pracują. Nie wszyscy ci ludzie mieli gdzie pójść. Dlatego też udział w Konkursie Teatrów Ogródkowych jest również pewnego rodzaju wyzwaniem dla teatrów, które latem przyjeżdżają do Warszawy.  

Barbara Borys-Damięcka

 

Na chwilę obecną, sprawą najważniejszą wydaje mi się zawalczenie z władzami miasta – niezależnie od tego, że brakuje pieniędzy – o to, by podnieść poziom techniczny Teatrów Ogródkowych. Mam na myśli przede wszystkim kwestie nagłośnienia i światła (to nie jest ani zbyt skomplikowane, ani zbyt kosztowne) oraz promocję miasta. Chodzi mi o to, aby z jednej strony popracować nad podniesieniem poziomu technicznego tej imprezy (wielokrotnie pozostawiał on wiele do życzenia lub wręcz psuł niektóre zabiegi artystyczne) z drugiej zaś, by ludzie zajmujący się promocją Warszawy mogli też wnieść wkład w rozwój przedsięwzięcia i na przykład uwzględnić Teatry Ogródkowe w swoim programie. Uważam też, że należy angażować w tę inicjatywę jak największe rzesze młodych ludzi, zainteresowanych teatrem czy chcących pracować wokół teatru. Za przykład powodzenia podobnego pomysłu niech posłuży pani dyrektor Machulska, która wielokrotnie pracowała z młodzieżą i potrafiła, korzystając z potencjału tych młodych ludzi – z ich zapału i energii – osiągnąć bardzo dobre rezultaty. Dziękuję.  

Krystyna Antoszkiewicz

 

KRYSTYNA ANTOSZKIEWICZ: Chciałabym – z punktu widzenia obserwatora i słuchacza dyskusji na temat Teatrów Ogródkowych, ale też z pozycji pracownika Domu Kultury Śródmieście – zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. W dzisiejszej rozmowie powraca pytanie: czy dom kultury jest miejscem, w którym można prowadzić takie przedsięwzięcie jak scena letnia? Osobiście uważam, że spokojnie może, choć zdaję sobie sprawę, że Teatry Ogródkowe, to ogromne przedsięwzięcie logistyczne, wymagające intensywnej pracy wielu ludzi. Nawet jeśli niektórzy uważają, że ta inicjatywa sprawia wrażenie amatorskiej – to chciałabym podkreślić, że to wrażenie jest pozorne. Nad organizacją tego przedsięwzięcia przez kilka miesięcy pracuje mnóstwo osób. Czy Dom Kultury Śródmieście, w którym przez cały rok wiele się dzieje: działają rozmaite pracownie, trwają spotkania różnych kół zainteresowań, odbywają się wieczory autorskie, występy, koncerty, kiedy przychodzi lato, ma zaprzestać działalności? Jechać na wakacje? Czy nie lepiej stworzyć scenę letnią, na której to wszystko, co w ciągu roku dzieje się w różnych domach kultury, znajduje swoje miejsce? Na Frascati przecież bardzo często występują zespoły – muzyczne, taneczne, teatralne, kabaretowe – poza sezonem związane z innymi ośrodkami kultury, nie tylko warszawskimi, zamykanymi na czas wakacji. Czy Dom Kultury Śródmieście ma oferować tylko zajęcia taneczne, plastyczne, literackie, muzyczne, tkackie, czy też dom kultury ma być DOMEM KULTURY? Szeroko pojętej kultury, która polega również na tym, żeby nauczyć ludzi chodzić do teatru. A ponieważ ten teatr jest w parku – widz może, jeśli mu się spodoba w nim zostać, a jeśli nie – bez konsekwencji i wzbudzania zamieszania z niego wyjść. Odejść jak od telewizora. W moim przekonaniu połączenie domu kultury i Teatrów Ogródkowych to wcale nie jest złe rozwiązanie. Wydaje mi się, że to przedsięwzięcie, jako całość sytuuje się gdzieś na pograniczu sztuki wysokiej i masowej. Jeśli Dom Kultury Śródmieście zaprzestałby organizacji Teatrów Ogródkowych, kto miałby to robić? Czy musiałby powstać teatr, działający tylko w lecie?  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI: Pani Krystyna dotknęła tematu, nazwijmy to administracyjnego. Ponieważ nie widzę wśród zgromadzonych nikogo z moich administracyjnych przełożonych, którzy zostali zaproszeni, chciałbym poprosić o zabranie głosu Janusza Rosa. Jesteś Januszu, chyba jedynym radnym w dzielnicy Śródmieście, pamiętającym pierwszą historyczną kadencję samorządową, kiedy razem byliśmy radnymi z Komitetu Obywatelskiego. Ciekaw jestem twojego poglądu w sprawie, którą podniosła pani Antoszkiewicz.  

JANUSZ ROSA: Kiedy dawno temu startowałem w wyborach, zgodnie z sugestią Andrzeja, na ulotce umieściłem informację, że będziemy skłonni finansować kulturę (taką zwykłą, warszawską) oraz podtrzymywać tradycje. Będąc radnym, starałem się, w miarę możliwości tę obietnicę realizować. Choć nie mam w tym zakresie specjalnych zasług, cieszę się, że mogłem dołożyć swoje trzy grosze. W nowej kadencji, w której akurat też zostałem radnym, będę popierał rozwiązania istotne dla Warszawy. Dolina Szwajcarska ma swoją tradycję i należałoby trzymać się tego miejsca ze wszystkich sił. W przeciwnym razie impreza straci dawny urok i stanie się jakimś molochem.  

Janusz Rosa

 

BARBARA BORYS-DAMIĘCKA: Pan proponuje powrót do Doliny Szwajcarskiej?  

JANUSZ ROSA: Pomysł jest taki: w lecie teatry, a zimą lodowisko w Dolinie Szwajcarskiej. Mieszkańcy tego miejsca…  

MACIEJ NOWAK: Jest przedstawiciel mieszkańców – Pan Adam Kijan mieszka tuż obok Doliny.  

Adam Kilian

 

ADAM KILJAN: Kontakt z teatrem ogródkowym jest dla mnie szalenie ciekawy, bo ten rodzaj teatru należy do wielkiej rodziny wspaniałych teatrów plenerowych. Nie będę powtarzał truizmów o tym, że teatr w ogóle narodził się na tle przyrody. Ale nawet obecnie funkcjonują teatry obrzędowe, świątynne, czy teatr ulicy. Dawnymi laty, dzięki Pani Jadwidze Domańskiej, nieżyjącej już pani reżyser w stopniu majora, miałem przyjemność uczestniczyć w teatrze plenerowym pomyślanym przestrzennie na wielką skalę. Pokazująca monumentalne obrazy batalistyczne scena miała wielkość 300 metrów. Inny taki teatr – tylko malutki – obserwowałem 5 lat temu w Łucku. Odbywał się tam festiwal bożonarodzeniowych spektakli, w którym udział wzięły zespoły z Hiszpanii, Niemiec, Francji, Anglii, Skandynawii, Rosji, Białorusi i z Polski. Polskę reprezentował zespół składający się z trzech osób: matki, ojca i synka-sześciolatka. Rzecz działa się w restauracji. Rekwizyty stanowiły szopka wielkości pudełka od zapałek i jedna świeczka. Spektakl był prościutki. W pewnym momencie chłopczyk zaczął śpiewać: „Oj maluśki maluśki kej by rękawicka”, matka podjęła sopranem, a ojciec potem tenorem. Dalej, chłopiec wziął przelipkę chleba (tak jak Mołdowiacy mówili: przelipka), w której był patyczek, symbolizujący Chrystusa i zaczął chodzić między nami i pokazywać nam tego Chrystusa z patyczka, w aureoli też zrobionej z patyczka. Ten malutki teatrzyk zrobił furorę, zwyciężył wszystkie inne. Wspominam o tym dlatego, że fascynuje mnie niezwykła różnorodność teatru ogródkowego, który wydaje się być teatrem bez granic, zjawiskiem żywiołowym, autentycznym.  

JANUSZ LEŚNIEWSKI: Ponieważ przywołaliśmy w kontekście teatrów ogródkowych, osobę Haliny Machulskiej, Jana Machulskiego, chciałbym powiedzieć, że to, co oni tworzyli w latach 70-tych w Zamościu, to podwaliny.  

W Warszawie jest dużo magicznych miejsc, do których należy oczywiście i Frascati, i Dolinka Szwajcarska i wiele innych. Ale pamiętać trzeba, że nie ma w Warszawie takiej instytucji, która ściągnęłaby w jedno miejsce tylu ludzi, ile przyciągają Teatry Ogródkowe. Moim zdaniem zastanowić się trzeba nie nad miejscem, w którym impreza ma się odbywać, ale nad tym, jak sprawić, by władze Warszawy pracowały z mieszkańcami takich magicznych miejsc i budowały charyzmę Teatrów Ogródkowych – tak żeby twórcy nie mieli kłopotów. Mnie tu niepokoi jedna rzecz, do której wracam po raz kolejny. Ponieważ Pan, Panie Andrzeju wykreował Teatry Ogródkowe w Warszawie, chciałbym zapytać czy to instytucja warszawska, czy poniekąd Pańska? Uważam, że dom kultury, kimkolwiek by nie był jego dyrektor, powinien organizować tego rodzaju inicjatywę, jako jedno z zadań zgłoszonych przez miasto. Taka działalność to wspaniała sprawa, najwspanialsza jaka może być, bo tworzy się placówka lekkiego teatru. Mój niepokój związany jest z ciągłością Pana obecności przy zjawisku Teatrów Ogródkowych.  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI:  Wrócę do korzeni i powiem tak: teatr ogródkowy, czyli teatr plenerowy, został stworzony przez Ajschylosa. Sam zastanawiam się nad odpowiednią nazwą dla tego przedsięwzięcia. Najpierw nad logo widniał napis: teatr ogródkowy, potem: ogródki warszawskie, a w tej chwili powstały Ogrody Frascati – i to jest pewnie najlepsze miano i najlepsze logo. Ogrody Frascati coraz bardziej stają się teatrem ogrodowym. Mam w planach stworzenie na tym terenie jednej, znakomicie nagłośnionej sceny, a może nawet kilku scen (w tym, jakiejś kameralnej). Myślę o budowie całej instytucji, ale do tego, jak mówiła Pani Basia Borys, niewątpliwie jest potrzebna akceptacja miasta, a to już nie jest takie proste.  

HALINA MACHULSKA: Chciałabym powiedzieć o trzech aspektach, które pokazują, jak ważną inicjatywą są ogródki. Po pierwsze są one niesłychanie istotne dla aktorów, którzy przyjeżdżają do Warszawy na Konkurs Teatrów Ogródkowych. Sam udział w konkursie i przyjazd do stolicy to dla nich wyróżnienie. Wracają później do swojego miasta – Lublina, Opola czy Olsztyna – i opowiadają, jak było w Warszawie.  

Halina Machulska

 

Druga sprawa – to mój osobisty, niesłychanie radosny kontakt z teatrem ogródkowym – akurat grupa moich studentów otrzymała tu dwie nagrody, w tym pierwszą nagrodę publiczności. Chwalimy się tym bardzo i wszędzie staramy się o tym przypominać.  

I wreszcie sprawa trzecia. Jestem zdania, że nie ograniczymy działalności teatrów z prawdziwego zdarzenia, takich jak Teatr Narodowy, czy Teatr Polski i w żadnym razie nie powinniśmy tego robić. Ale trzeba też powiedzieć, że istnieje potrzeba, aby tworzyć takie miejsca, (domy kultury, szkoły), w których można pracować z dziećmi i zainteresować je teatrem organizując na przykład teatr podwórkowy. Sama z teatrów podwórkowych wyrosłam – tak zaczynałam w Łodzi, i tak pracuję do tej pory. Uważam, że teatry podwórkowe mają ogromny wpływ na przyszłą twórczość dzieci i młodzieży – ludzi, którzy w przyszłości albo będą lubić teatr i go odwiedzać, albo będą go tworzyć.  

Myślę, że za to się panu Kijowskiemu, który jest znakomicie przygotowany do tego, żeby robić teatr ogródkowy, należy serdeczne podziękowanie. I to jest mój czwarty, niezapowiedziany, punkt wystąpienia. Od lat, prawie od początku istnienia warszawskich teatrów ogródkowych, obserwuję, jak Andrzej Tadeusz Kijowski organizuje je z wielkim zaparciem i przygotowaniem intelektualnym, którego brak wielu dyrektorom. Dlatego należy mu się szczególna wdzięczność – bo robi teatr, który jest tak potrzebny młodym ludziom. Za to serdecznie dziękuję.  

RYSZARD LASOTA (dziennikarz): Chciałbym państwu przypomnieć, że cesarz Napoleon, kiedy szukał oficerów do nominacji na stopień generała, pytał: „czy ten oficer ma szczęście?” Gdyby jego wysokość zjawił się w Warszawie i szukał kandydata na generała, to wskazalibyśmy dyrektora Kijowskiego, bo ta „bestia” ma szczęście. Wygrał piętnaście bitew i nie zwalił go zawał serca. I jeszcze słowo do dziennikarzy: dziennikarstwo to informacja i komentarz. Nie chcecie komentować, to dawajcie koledzy informacje na temat repertuaru teatru ogródkowego na Frascati. Dziękuję.  

Cezary Szczygielski

 

CEZARY SZCZYGIELSKI: Jestem starym, emerytowanym aktorem. Miałem okazję i przyjemność, 30 września, przez paręnaście godzin, pracować z panem Kijowskim. Pozwoliłem sobie zainicjować imprezę „Artyści – artystom”. Zanim do tego doszło, dosyć długo i często bywałem na Frascati jako przeciętny odbiorca i widz. Wydaje mi się drodzy państwo, że należy działać dopóty, dopóki są odbiorcy, dopóki przychodzą ludzie. A na Frascati przychodzi ich masa. To przedsięwzięcie nie kończy się na teatrzykach ogródkowych, które stanowią tylko wycinek zakrojonej na szeroką skalę działalności. Codziennie odbywają się tam różne inne imprezy: spotkania literackie, muzyczne, kabaretowe, taneczne. To miejsce, gdzie jest prawdziwa rozrywka, a nie ma alkoholu. To niesłychanie ważne dla ludzi, którzy bywają w ogródkach. Nie przychodzi tam nastoletnia młodzież, bo nie znajduje dla siebie atmosfery ani klimatu, ale ludzie dojrzali, których, jak słusznie pani zauważyła, nie zawsze jest stać na pójście do teatru. I dla tych tu ludzi, głównie dla warszawiaków to znakomita odskocznia od codziennej szarości.  

Od czasu do czasu mam okazję pracować z ludźmi dojrzałymi, z tzw. seniorami. Muszę państwu powiedzieć, że są to wspaniali ludzie, jeżeli tylko pomoże im się żyć – po prostu żyć w tym wieku. W swoim maleńkim klubiku organizuję dla nich przeróżne: puszczam filmy. Ci ludzie przychodzą bardzo licznie – po to, żeby się pobawić, żeby spędzić parę godzin w miłej, sympatycznej atmosferze, której nie doświadczą  w żadnej knajpie w Warszawie. Tradycja lokali rozrywkowych dla ludzi dojrzałych w Warszawie zginęła; są tylko puby. Dlatego letnia propozycja Dom Kultury Śródmieście jest znakomita. Nie chodzi tu o peany pod adresem pana Kijowskiego, ale zastanawiam się, czy znajdzie się drugi człowiek, który to będzie robił. Jestem ciekaw, czy w momencie, gdy pan Kijowski na przykład zrezygnuje, znajdzie się ktoś inny, kto będzie chciał to reaktywować. Prawdopodobnie będą problemy, bo organizacja tak wymagającego i absorbującego przedsięwzięcia, jak Ogrody Frascati wymaga niesamowitego samozaparcia i wielu wyrzeczeńwyrzeczenia (wyrzeczenia się życia rodzinnego, codziennego).  

A propos prasy, która poświęca ogródkom za mało uwagi. Nam nie chodzi o oceny, recenzje, artykuły, ale o informacje. Telewizja i prasa są zobowiązane do informowania o działalności miasta Warszawy. Panie Tadeuszu, proszę się nie przejmować i robić swoje; dokąd jest odbiorca, jest żywiciel. Amen.  

MACIEJ NOWAK: Chciałbym zaprotestować przeciwko rasizmom wiekowym. Myślę, że teatr ogródkowy, przez swoją otwartość, jest dostępny dla wszystkich pokoleń. Nie może być tak, żeby stał się atrakcją jedynie dla dojrzałego pokolenia; powinien przyciągać publiczność w każdym wieku Chciałbym przypomnieć pewną rozmowę, którą z Andrzejem Kijowskim odbyliśmy w Ogrodach Frascati. Gdy pojawia się tu motyw instytucjonalizacji teatru ogródkowego, nie chodzi wcale o budowę jakiejś siedziby, czy kolejnej sali. Odwoływaliśmy się w tej dyskusji do wspaniałych tradycji antycznych, do Zamościa Machulskich, do ogródków warszawskich w wydaniu XIX-wiecznym. Warto również wspomnieć o pewnej funkcjonującej dziś w Europie formule, która doskonale się sprawdza i którą, doszliśmy z Andrzejem do wniosku, można by właśnie w Ogrodach Frascati, powtórzyć. Myślę o Ogrodach Tivoli w Kopenhadze. To miejsce absolutnie magiczne i niezwykłe, usytuowane w samym centrum miasta, tuż koło głównego dworca, tuż koło najwspanialszych zabytków Kopenhagi. Ma ono długą tradycję. Zajmujący kilka/kilkanaście hektarów teren zaczęto zagospodarowywać od połowy XIX wieku. Obecnie istnieje tam kompleks, przypominający XIX-wieczne ogródki warszawskie, miejsca oferujące (zarówno w wersji wytwornej, jak bardziej ludowej) doskonałe jedzenie i picie. Restauracje te stanowią część infrastruktury  o charakterze lunaparkowym; są tam piękne, wystylizowane karuzele, diabelskie młyny itd.  Jest tam również kilkanaście rozmaitych scen (od bardziej konwencjonalnych po sceny typu cyrkowego) i estrad. Cały kompleks świetnie zarabia i stanowi ogromną atrakcję turystyczną Kopenhagi – to żelazny punkt pobytu w stolicy Danii każdej grupy turystycznej. Myślę, że Ogrody Frascati ze swoją 200-letnią tradycją, ale też z tradycją lat 50-tych, czyli parkiem kultury i wypoczynku, można zorganizować w podobny sposób. Jeśli myślę o instytucjonalizacji przedsięwzięcia to właśnie w kierunku przeformułowania, na wzór Ogrodów Tivoli, przestrzeni rozrywki miejskiej.  

CEZARY SZCZYGIELSKI: Nie mam nic przeciwko młodzieży. Mówiąc o określonym wieku publiczności Ogrodów Frascati, miałem na myśli to, że faktycznie przychodzi tam więcej ludzi dojrzałych, a jeżeli pojawiają się młodzi, to nie po to, aby się napić, ale posłuchać, popatrzeć, pobawić się. Ta wizja, którą Pan przedstawił jest przepiękna. Obawiam się jednak, że jej ogromny rozmach jest nie do udźwignięcia przez „jednego konia”. Tego się nie da zrobić w pojedynkę. Żeby takie przedsięwzięcie sfinalizować potrzebne są olbrzymie fundusze, które najpierw należałoby zainwestować, a następnie doprowadzić do tego, by inicjatywa z małych strat zaczęła przynosić jakieś zyski. W naszych realiach ekonomicznych i politycznych to prawie nierealne.  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI:  Kiedy w roku 1997 czy 1998 dane mi było zobaczyć Ogrody Tivoli, coś zrozumiałem. Zachwyciły mnie nie tylko ogrody, ale też teatry, które w Kopenhadze występują np. na barkach. Nabrzeże to prostu scena. Natomiast ewolucja ogródka teatralnego, czyli warszawskich ogródków przykawiarnianych, przyknajpianych miała iść w stronę plenerowego teatru ogrodowego, który ma swoją arystokratyczną tradycję (mam na myśli choćby Teatr Łazienkowski, czy teatr ogrodowy w Wersalu); tak miało być w Dolinie Szwajcarskiej.  

Teatrzyk ogródkowy, na co zwracam szczególną uwagę przez lat 12, był teatrem, w którym spektakle były płatne. Jeszcze w Lapidarium, kiedy ludzie wchodzili, myśmy krążyli wokół stolików; kto chciał – dawał pieniądze. Te bilety przypominały trochę zbieranie drobnych do czapki. Staraliśmy się tego pilnować w Dolinie Szwajcarskiej. Dopiero kiedy zostałem dyrektorem Domu Kultury Śródmieście, czyli rzeczywiście miejskiej instytucji, sytuacja się zmieniła. Imprezą bezpłatną rządzą zupełnie inne reguły. Mam na myśli chociażby jakość przedstawień teatralnych – kiedy płaci widz za spektakl, to jeśli ze sceny padają wulgaryzmy, dochodzi do wniosku, że zmienił się współczesny teatr, że taka jest jego specyfika i brzydkie wyrazy go nie zrażają. Natomiast osoby, które przychodzą do parku i biorą udział w przedstawieniu za darmo, nie życzą sobie takiego słownictwa. Kiedy odbiorca wchodzi do zamkniętej przestrzeni i płaci za wejście do niej to mogę mu zaproponować wino, szampana lub lepsze piwo. Natomiast nie wolno mi tego zrobić w przestrzeni otwartej, do której wchodzimy za darmo. Zakazu wnoszenia alkoholu do teatru ogródkowego bardzo przestrzegałem.  

Oczywiście, jestem za tym, żeby zrealizować pomysł, o którym Mówił Maciek. Uważam, że teren parku kultury powinien zostać określony i nazwany, ale zwracam uwagę, że wejście do Ogrodów Tivoli grubo kosztuje. Ta przestrzeń, o której rozmawiamy, odkryła swoje przeogromne możliwości; warszawiacy pokazują, że tego chcą, turyści tego potrzebują. Zrobiliśmy dość amatorskie, ale jednak badanie ankietowe, które pokazuje, że 60% publiczności Ogrodów Frascati to mieszkańcy Warszawy, 25% to mieszkańcy dzielnicy Śródmieście, kilkanaście procent to mieszkańcy Polski, a w granicach 2% mieszczą  się goście zagraniczni. W tym miejscu powstaje wiele pytań: czy lepiej organizować maleńką płatną imprezę, którą można spędzić przy kawie, czy przy piwie, czy wielką płatną inicjatywę, czy też bezpłatne, miejskie przedsięwzięcie.  

Maciej Wojtyszko

 

MACIEJ WOJTYSZKO: Myślę, że wszystkie najmądrzejsze rzeczy już zostały powiedziane. Panie Andrzeju, w tym towarzystwie, wszyscy jesteśmy męczennikami, ludźmi którzy dokładają do organizowanych przez siebie imprez. Więc nie ma Pan na co liczyć. Teatry Ogródkowe to pewnie wciąż jeszcze bardziej impreza kijowska, tzn. Pana włąsna, niż warszawska, ale dzięki Bogu, że się taki szalony człowiek znalazł, który to robi. Natomiast w tym gronie, w  którym się tu zebraliśmy, nie ma moim zdaniem miejsca na pokazywanie związane z finansami goryczy. Byłoby, gdyby wśród nas znalazł się jakiś dyrektor do spraw teatrów miasta, czy dyrektor sejmu mazowieckiego. Wówczas zapewne inaczej toczyłaby się nasza rozmowa. Może – i nie żartuję w tym momencie – znajdzie się jakiś mądry urzędnik. Mówię o tym dlatego, że odnoszę wrażenie, że mamy niedobrego adresata. Rozmawiamy w gronie przyjaciół, którzy znają własne wady, zalety, możliwości; a powinniśmy, jak sądzę, naszą dyskusję skierować do kogoś, kto powie: tak, teraz w kulturze miasta należy stworzyć Tivoli. Natomiast wszystkim wariatom, którzy zdobywają się na rzeczy niemożliwe należy się uznanie i skoro już się tu spotkaliśmy to uznanie wyrażamy.  

RYSZARD LASOTA: Pozwolę sobie na uwagę optymisty. Otóż i Warszawa i Polska, cierpią na brak wizerunku. Nie ma jednoznacznego logo Warszawy, tak jak nie ma logo Polski. Gdyby połączyć siły tu obecnych i spróbować porozmawiać o tym z departamentem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który otrzymał polecenie tworzenia wizerunku Polski, to może byłby tego jakiś efekt. Tym bardziej, że nowowybrany prezydent Warszawy, też będzie chciał umocnić wizerunek miasta. Może pozwoli oddać tę sprawę w ręce pana Kijowskiego – to człowiek któremu się udaje. Czy zauważyliście Państwo charakterystyczną zbitkę słowną, powtarzającą się w języku polskim: „plan był znakomity a wyszło jak zwykle”, tymczasem panu Kijowskiemu wychodzi nie jak zwykle, tylko tak jak on to zaplanował. To sprawa niebywała. Jestem szczęśliwy, że pozostaję w gronie ludzi, którzy go popierają. Jeśli rozważymy tworzenie wizerunku Warszawy i spróbujemy tę sprawę oddać w ręce twórcy Ogrodó Frascati, to coś z tego wyjdzie.  

JANUSZ LEŚNIEWSKI: Ja chciałbym bardzo króciutko powiedzieć kilka słów. Kilkakrotnie powróciła dziś taka wątpliwość: Ogrody Frascati to przedsięwzięcie Kijowskiego czy przedsięwzięcie warszawskie? Oczywiście jest to impreza warszawska, a stworzył ją dyrektor Kijowski. To rzecz bezsporna. Tylko człowiek o wielkiej charyzmie może prowadzić i robić coś takiego jak Ogrody Frascati. To naprawdę wielka, ogromna praca człowieka. Za każdą instytucją, za każdym przedsięwzięciem artystycznym, stoi człowiek. Jeżeli człowiek jest dobry to z jego nazwiskiem dana inicjatywa jest identyfikowana. Kiedy mówiło się o teatrze Dejmka, to nie miało znaczenia, czy jest to teatr w Nowej Hucie, czy teatr w Warszawie. To był teatr Dejmka. Ważny jest człowiek, który nadaje sztuce kierunek, który potrafi porwać publiczność, który ją przyciągnie. I tak się stało, że Ogrody Frascati przyciągają widownię i póki ta widownia istnieje, jak kolega bardzo słusznie zauważył, póty ta działalność jest absolutnie potrzebna i nie ma sensu rozważać czy to jest czy to jest Kijowskiego czy to jest warszawskie. To jest warszawskie, bo odbywa się w Warszawie i może stać się legitymacją Warszawy, a robi to człowiek, który rzecz wymyślił i prowadzi znakomicie. Istnieje w Polsce jest taka tendencja, żeby odbierać ciekawe inicjatywy tym, którzy się nimi zajmują, a ich samych dyskontować. Unikajmy tego. Powiedzmy sobie szczerze: Dom Kultury Śródmieście, jako organizator Ogrodów Frascati zapewnia przedsięwzięciu absolutnie konieczną otoczkę administracyjną. Żeby mogła powstać impreza pomyślana na taką skalę, niezbędny jest jakiś telefon, jakiś pokój, ktoś, kto się tym zajmuje; tego się obejść nie da. W związku z tym powiem w ten sposób: oczywiście dom kultury, oczywiście dyrektor Kijowski, oczywiście Ogrody Frascati. Publiczność warszawska to oceni. Dziękuję.  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI: Bardzo dziękuję Panu Januszowi.  

Tadeusz Hankiewicz

 

TADEUSZ HANKIEWICZ:  Przez 12 lat ćwiczyłem teatry ogródkowe w Krakowie. Z niepokojem zajrzałem do kalendarza i, ku wielkiej radości zobaczyłem, że jest dzisiaj 20, a nie 2 listopada (Zaduszki). A siedząc tutaj odnoszę wrażenie, jakbyśmy obchodzili Zaduszki obchodzili i to Zaduszki dotyczące Ogrodów Frascati. Pytanie proste: Andrzej będzie szesnasty konkurs?  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI: Myślę, że musi być. Zresztą, zaprosiłem dziś Państwa po to, żeby stworzyć rodzaj lobbingu na rzecz Ogrodów Frascati. Niewątpliwie chciałbym, żeby przyszłoroczne ogrody były znacznie lepsze niż tegoroczne. A mogą być słabsze z przyczyn, na przykład, finansowych. Chciałbym, na zakończenie dać jasny komunikat: to już nie jest teatrzyk kijowski – w taki teatrzyk bawiliśmy się z Januszem Leśniewskim w Lapidarium – teraz jest to teatr warszawski, polski, a nawet europejski, bo powrócił do swoich źródeł. Serdecznie dziękuję Państwu, że tak licznie i tak godnie zaszczycili nas swoją obecnością i udziałem w dyskusji. A Teraz niech nam śpiewa Jan Pietrzak. Nasz hymn. Naszą Wspólną o Ogrodach Frascati piosenkę.  

   

„Tutaj tradycja nowa wzrosła.  

Jest w drzewach, w schodach,  w gwiazdach,  w trawie.  

Spotkanie muz  i czas radosny,  

Ogród Frascati jest w Warszawie.”  

Dziękuję.  


[1] Panel dyskusyjny „Teatr to miejsce spotkania” odbył się 20.11.2006 w Domu Kultury Śródmieście przy ul. Smolnej 9, w Warszawie. W spotkaniu udział wzięli m.in. : Barbara Borys-Damięcka, Anna Chodakowska, Jerzy Derfel, Stanisław Górka, Andrzej Hagmajer, Tomasz Jastrun, Adam Kilian, Marcin Kołaczkowski, Halina Machulska, Maciej Nowak, Jacek Sieradzki, Paweł Sztarbowski, Piotr Wojciechowski, Maciej Wojtyszko.  

[2] Na spotkaniu zaprezentowany został dokument filmowy poświęcony historii warszawskich Teatrów Ogródkowych, przygotowany przez dyrektora Domu Kultury Śródmieście, Andrzeja Tadeusza Kijowskiego  

[3] Por. A.T.Kijowski „Chwyt Teatralny. Zarys Instrumentalnej teorii teatru. Kraków 1981 lub. w internecie

Rozdz. CLII – Koniec końców z K. Marcinkiewiczem.

18 sierpnia 2010

Rozpoczął się już finałowy oglądany przez jurorów, jubileuszowy, XV Konkurs Teatrów Ogródkowych: Świetne spektakle.[1] Przemiła publiczność. Cudowna atmosfera. Codziennie dwa spektakle, po nich tańce. Frekwencja …? –  Sukces przekroczył wyobrażalne granice. Między  dwudziestym, a dwudziestym dziewiątym sierpnia przez Ogrody Frascasati przeszło około 15 tysięcy ludzi. Z tego około 4 tysięcy na koncercie Ładyszów i  5 tysięcy na finałowym recitalu Marii Peszek. Pozostałe dni to było dobrze ponad pół tysiąca osób na każdym spektaklu. Mówię wciąż o liczbach, cieszę się tłumem, rzecz jednak i w tym, że ta liczba nie była już tłumem – tu zaczynała się kształtować, odradzać autentyczna inteligencja, warszawska wspólnota.

Jak już pisałem dokuczająca mi na każdym kroku „Gazeta Wyborcza” z niepojętych przyczyn starając się zlekceważyć cały przebogaty repertuar Konkursu nie zdecydowała się jednak w tym roku na pominięcie repertuaru konkursy ( tak, że nie musiałem już dawać płatnych ogłoszeń),  zwróciła uwagę na „Piaskownicę”, ale przede wszystkim „światełkiem w tunelu” nazwała zaproszenie skandalizującej Marii Peszek. Jako żywo pojąć nie mogę, co nagle w tym wulgaryźmie tak „Gazecie Wyborczej” miłe jeśli nie przyjąć, że interesuje ją już dzisiaj wyłącznie wszystko to, co zwraca się przeciw tradycji, kulturze, polskości.

Maria Peszek: Miasto-Mania na Frascati 2006

Było mi tak czy siak miło, że wprawdzie przy okazji opowiadając na temat konkursu androny – finał z Peszkówną dobrze nagłośniono, tak że przybyły na ceremonię wręczenia nagród świeżuteńko po odwołaniu u urzędu premiera, niezwykle w tym momencie popularny, a pełniący funkcję Prezydenta Miasta Warszawy Kazimierz Marcinkiewicz – mógł mnie oglądać u szczytu chwały. Zabierając głos na początku imprezy mówiłem tak:

„Wielka praca 15 lat, spotkania, konkursy teatrów ogródkowych zostały uwieńczone wspaniałym sukcesem: osobistym i zbiorowym, Dzisiaj w Ogrodach Frascati  wręczając tę nagrodę mamy po raz pierwszy okazje gościć jako osobę pełniącą funkcje Prezydenta Miasta premiera tego kraju – Kazimierza Marcinkiewicza. Witamy.

Ten element społeczny czy samorządowy jest o tyle ważny, że nie byłoby konkursu teatrów ogródkowych, nie byłoby jego piętnastoletnich dziejów, gdyby nie wolność, która przyszła do nas w roku ’89. Gdyby nie wolność zgromadzeń, gdyby nie zniesienie cenzury. Gdybym jako ówczesny radny, marszałek samorządowy, dziennikarz nie miał tej  wspaniałej szansy by robić na ulicy to, co się nam żywnie podoba. Gdyby nie było z nami telewizji. Nazywała się ona wtedy „Nowa Telewizja Warszawa”. Telewizji Mirosława Chojeckiego.Gdyby nie było z nami”Rzeczpospolitej” Dariusza Fikusa, gdyby nie było z nami „Gazety Wyborczej”, która przez lata: siedem, dziesięć lat informowała państwa, z którą wędrowaliśmy; gdyby nie było Doroty Wyżyńskiej, gdyby nie było Jacka Cieślaka. Gdyby nie było Wojtka Malajkata – mówię teraz o jurorach – Izabelli Cywińskiej.

Tych wszystkich, którzy sprawili, że wieść o konkursie się rozniosła, i że ten konkurs wędrujący z miejsca na miejsce: z Lapidarium do Gwiazdeczki, z Dziekanki na Mariensztat wygnany, z Mariensztatu do Doliny Szwajcarskiej za każdym razem nie tracił tylko zyskiwał. I od 30-40 osób, które spotykały się w Lapidarium doszliśmy do abstrakcyjnych cyfr, do stu tysięcy ludzi, którzy w ciągu roku przeszli przez Ogrody Frascatii. Bośmy się odnaleźli. Odnaleźliśmy się jako kulturalna Warszawa. Odnaleźliśmy się nie jako tłum tylko odnaleźliśmy się jako wspólnota. Wspólnota przybywająca z różnych miast. Mój Ojciec przybył tu z Krakowa. I uczył mnie czytać Warszawę kodem genetycznym Krakowa. Ktoś przybył z Katowic, ktoś przybył z Gdańska. Przecież ta Warszawa była zniszczona. Przecież jej nie było. Ale ja czaly czas wędrując tutaj mam poczucie oddechu za sobą tych pokoleń XIX tego, XVIII nawet wieku.

Bo przecież Ogrody Frascatii powstały w XVIII wieku, przecież stworzył je Kazimierz Poniatowski, przecież funkcjonowaly tutaj Ogrody Zimowe. I my teraz odbudowujemy tę Warszawę do końca. Odbudowujemy Konkursem Teatrów Ogródkowych. I tym wielkim festiwalem, który każdego dnia miał inny temat. Temat główny to oczywiście teatr. Obejrzeliśmy proszę Państwa razem z jury bardzo wiele spektakli, bodaj siedemnaście. Z tych siedemnastu daliśmy jury szanse obejrzeć trzynaście i spośród tych trzynastu jury pod przewodnictwem Macieja Nowaka, z Anną Chodakowską, Satnisławem Górką i Jerzym Derflem będzie mialo przyjemność  ogłosić swój werdykt.



Przystępując do ogłoszenia werdyktu Maciek Nowak, ten sam, który wspierany przeze mnie gdy stracił stanowisko Dyrektora Teatru Wybrzeże  po odwołaniu mnie w pięć miesiący później ze stanowiska będzie kluczył by przypadkiem nie spotkać się ze mną a na serwrach jego portalu przechowywać będzie po dziś dzień jedynie i najdłużej  szkalujące mnie bezzasadnie  teksty, ten więc redaktor kulinarny i teatralny Gazety wyborczej – mówił wtedy : „Ja myślę, że po raz 15 festiwal teatrów ogródkowy udowodnił, że  jest to forma ważna artystycznie. Różnorodna, że jest w niej miejsce zarówno na rozrywkę jak i na refleksję bardziej poważną, na eksperyment artystyczny ale również na zwykłą zabawę, To było naprawdę bardzo ciekawych osiem wieczorów.

J.Derfel, ATK & M.Nowak

Dla mnie również jest ważne jako dla warszawiaka z kolei, w trzecim pokoleniu, że dzięki dyrektorowi Kijowskiemu odnaleźliśmy kolejny fragment Warszawy. Nieco zapomniany bo przecież jeszcze niedawno  Park Kultury i Wypoczynku, obecnie Park Rydza-Śmiglego właściwie był przez Warszawę zapomniany. I tutaj dyrektor Kijowski odnawia tradycję ogrodów Frascati, odnawia wspaniała tradycję teatrów ogródkowych. Myślę, że dyrektorowi się należą oklaski i Główna nagroda – największa.”.

Rzekłem – do rzeczy i do rzeczy się wzięła Anna Chodakowska, która odczytała werdykt.[2]

Potem Darek Sikorski odczytał WERDYKT PUBLICZNOŚCI [3]

No a po werdykcie wystąpiła wreszcie Marysia Peszek.[4]

„Miasto- mania”, to recital, w którym spektakl teatralny Maria Peszek postanowiła ograniczyć do samego koncertu.. Nie zobaczyliśmy zatem  Marii Peszek w „roli” wokalistki, ale wokalistkę Marię Peszek, po prostu. Nie było, poza  żadnych aktorskich trików ani wizualnych atrakcji. Artyści próbowali nawet narzucić właściwy koncertom rockowym styl nagrzewając publiczność przedłużającym się oczekiwaniem. Nie było to w stylu mojej publiczności i atmosfery Ogródkowego Finału z czym, wywodząca się jednak z zacnej teatralnej rodziny,  artystka łatwo sie zgodziła. Spektakl zaczęliśmy więc z niewielkim tylko poślizgiem czasowym.

Miasto odgrywa niezwykłą rolę w całej śpiewanej  historii. Jego rytmy, światła, pulsowanie, muzyka wind, ruchomych schodów, wyjące karetki. Artystka nazywa swoją bohaterkę współczesną Alicją w Krainie Czarów, jest jej „miejskim” wariantem, zdziczałą krewną. A może jest jakąś dziwna odmianą nowoczesnej księżniczki uwięzionej w „wieży-owcu”? Jej Krainą Czarów jest miasto.

Na szczęście Marcinkiewicz, nb. młodszy ode mnie wie kiedy grać „równiachę”, jednak mnie jak i większości zgromadzonej w Ogrodzie publiczności  mocno raziły okrzyki Peszkówny w rodzaju  „pieprzę moje miasto”.

Nie było to wszak moje jedynie odczucie. Do dziś gratulują mi niektórzy refleksu, gdy wręczając po koncercie kwiaty pannie Peszek zawołałem :

Kocham moje Miasto i każdy słowny grzeszek - Marii Peszek

„Kocham moje miasto.

I każdy słowny grzeszek –

Marii Peszek !”

Ponoć rozładowało to sytuację i negatywne emocje, które u znakomitej części publiczności wywołal ten koncert.

Rekord zatem padł. Pięć tysięcy widzów – trudno to już dokładnie policzyć czyli tzw. tłum nieprzebrany, to więcej niż mogłem wymarzyć. Ale nie tylko ilość. Także i atmosfera. Atmosfera, która zdaje się części osób wpływowych wydawała się nie do darowania.

Kto wie co tak naprawdę czuł sam pan Prezydent. Ponoć słuchając mego wstępu wycedził z lekka zdumiony. – Noo…nauczony, a potem. Kłaniał się grzecznie, ręce całowiał – poprosił jeno na stronie by go nikt do przemówień nie skłaniał. No więc i nie namawiałem. Coś tam sobie jeszcze miłego pod koniec w garderobie powiedzieliśmy, umówiliśmy się na kontakt w sprawie moich planów, o których ile zdołałem tyle wspomniałem. I tyle. Słowa, slowa, słowa…

Poniedziałek 29 sierpnia był ostatnim dniem konkursowym – wróciliśmy do normalnego rytmu.

I znów Polihymnia, epikurejskie spotkania, Terpsychora.

Nazajutrz po ogródkowym Finale –  31 sierpnia w miejsce ogrodów tanecznych zorganizowałem kolejny Przegląd Piosenki Politycznej.

I póki śmierć nas nie rozłączy - A>Czekierda, A.Barłowski, A.Sajnuk

Prowadzili go  Stanisław Klawe i Marek Majewski, a wystąpili: Jan Pietrzak, Marcin Wolski,Ryszard Makowski, Wojciech Dąbrowski, Włodzimierz Ciesielski,Przemysław Bogusz, a także kabarety: „Zygzak”, ”Trzeci Oddech Kaczuchy” i „Czyści jak Łza”.

Już po raz trzeci odbył się zainaugurowany jeszcze w Dolinie Szwajcarskiej w 2004 roku koncert nawiązujący do sławnego Przeglądu Piosenki Prawdziwej “Zakazane piosenki”, który odbył się w sierpniu 1981 roku w Hali “Olivii” w Gdańsku, a którego celem było przedstawienie twórczości, która  ze względu na cenzurę nie mogła funkcjonować w oficjalnym obiegu.

III PPP na Frascati stał  okazją do wykonania piosenek i aktualnej satyry politycznej, której nie usłyszymy gdzie indziej. Główną Gwiazdą tego Wieczoru był znów Janek Pietrzak. W koncercie uczestniczyło blisko 700 osób.

Na tym jednak nie koniec. Jak wszyscy to wszyscy -ee wrześniu TEATRY OGRÓDKOWE  odbywały się można powiedziec już repertuarowo, oczywiście  w poniedziałki o 7 wieczorem. Zgodnie z planem powtarzaliśmy dla przybyłych z kanikuły teatromanów nagrodzone na konkursie  spektakle. Hitami  Teatrów Ogródkowych były: 4 września 2006: Lauretk tegorocznej pierwszej Nagrody Publiczności czyli spelyakl  „EDITH I MARLENE” Teatru Dramatycznego z Elbląga,  11 września 2006          pryjechali powtórnie laureacki tegorocznej Wielkiej Ogródkowej  w XV Konkursie Teatrów Ogródkowych dla spektaklu „SCENARIUSZ DLA TRZECH AKTORÓW” czyli Teatru Korez Mirka Neinerta  z Katowic. 18 września 2006 wystąpił wielokrotnie nagradzany na Konkursie w tym roku laureat II Nagrody publiczności i Dużej Ogródkowej „Teatr Konsekwentny” z Warszawy prezentując Ladislav Fuks „…I PÓKI ŚMIERĆ NAS NIE ROZŁĄCZY. DOBRANOCKA” grupy, którek liderami są Adam Sajnuk, Agnieszka Czekierda i Antoni Barłowski. Wreszcie 25 września 2006 zeszłoroczny laureat – Teatr Nikoli z Krakowa zaprezentował „MARUCZELLA” Mikołaja Wiepriewa.

Edith i Marlene

Po tym sezon się jednk ostatecznie  zakończył: przed nami już tylko wielki finał.  Istotnie największy. Pełne nagłośnienie. W przedziedzień marek Wiechowski zaprosił mnie do Kuriera TVP3, gdzie miałem okazję – po raz ostatni o Ogródkach opowiadać. O ogródkach i tym, co się wokół nich nowego wytwarzało.

A to wszystko dlatego, że Frascatii zaczął bywać miły starszy aktor nazwiskiem Cezary Szczygielski. I to Pan Cezary doszedł do wniosku, że Frascati może się stać lepszym od Skolimowa miejscem na przeprowadzenie dorocznej kwesty z Cyklu „Artyści Artystom” czyli zbiórki na dom artysty weterana w Skolimowie. Lepszym – bo i artystom łatwiej przyjechać i ludzie tłumniej się w centrum miasta pojawią. I tak ostatnia sobota, na której  zakładałem, że  zakończymy już tylko sezon tańcami okazała się największą.  Istotnie – imprezą 15 – lecia. Stała się i sobotą taneczną  i niedzielą familijna oraz muzyczną i spiewającym  wtorkiem. A wszystko było TEATREM.

Jolanta Fajkowska i Cezary Szczygielski

Tu bowiem stawili się wszyscy w miejscu znanym, w atmosferze sprawdzonej wśród publiczności zaprzyjaźnionej. Nawiązując do naszej tradycyjnej Parady, z której na skutek protestów Andrzeja Niemirskiego miasto zrezygnowalo, nazwałem imprezę WIELKIE DIONIZJE – ARTYŚCI ARTYSTOM przekształcając poniekąd festiwal w festyn. To zabrzmiało tutti: crème de crème, w jednym dniu streszczenie sezonu. 30 września 2006

Rano dla dzieci występowali aktorzy i śpiewacy: między 11.00 – 13.00 w poranku familijnym udział wziędzieli: Stanisław Banasiuk, Maciej Borza, Ryszard Dettlaff, Włodzimierz Dyja, Mieczysław Gajda, Laura Łącz, Elżbieta Marciniak, Irena Podobas, Ewa i Jerzy Włodarkowie, Ewa Złotowska. I każdy występował ze swym najlepszym i najbardziej oczekiwanym przez publiczność plenerowym repertuarem.

Od 13.00 do  16.00 Popołudnie w Ogrodach poprowadził Pan Cezary Szczygielski: występ po występie. Popołudniowy koncert muzyki poważnej, operetkowej i rozrywkowej przeplatany prowadzoną przez Marka Frąckowiaka aukcją najprzeróżniejszych artystycznych podarunków ofiarowanych przez artystów na rzecz Skolimowa. W konercie wystąpili: Marco Bocchino, Arkadiusz Cywiński, Maciej Damięcki, Barbara Dunin, Agnieszka Fatyga, Marek Frąckowiak, Itschakow Genami, Edward Hulewicz, Waldemar Kocoń, Emilia Krakowska, Robert Kudelski, Ewa Kuklińska, Zbigniew Kurtycz, Katarzyna Łaniewska, Maciej Pietrzyk, Danuta Renc, Andrzej Rybiński, Marek Siudym, Danuta Stankiewicz, Janusz Tylman, Adam Zwierz

Pojawiły się jeszcze panie z porozumienia Forum 50+ (Europejska Inicjatywa na Rzecz Aktywności Dorosłych, JA KOBIETA). Więc udostępniłem im scenę na godzinę  miedzy 16.00 a 17.00 Na spotkanie z  okazji przypadającego nazajutrz Międzynarodowego Dnia Osób Starszych – ONZ)

Potem znów trwały przepełnione między 17.00 a 19.00 Taneczne  Ogrody, do których  obok Janusza Mulewicza i Orkiestry z Chmielnej, przygrywała i Warszawska Kapela Staśka Wielanka i Blues Fellows Swingin Band i Jurek Antoszkiewicz z zespołem „To i Owo”.

ATK & Andrzej Rosiewicz - Artyści Artystom 2006

Ostatni koncert o siódmej wieczorem  sam poprowadziłem. Nazwalismy go  Pamiętajcie o Ogrodach – Finał Sezonu na Frascati. Otworzyłem koncert moim wierszem „Ogrody Frascatii”. Wysłuchawszy go Janek Pietrzak postanowił napisac doń muzykę. Dla wielu artystów: Janka Pietrzaka, Jurka Połomskiego, Eli Ryll. Miałem przygotowane fraszki. Innych zapowiadałem.  Wystąpili: Elżbieta Ryl-Górska, Zbigniew Rymarz, Monika Świtaj, Ryszard Wojtkowski, Ewa Dałkowska, Jerzy Derfel, Stanisław Górka, Ewelina Hańska, Małgorzata Kubala, Wojciech Machnicki, Eugeniusz Majchrzak, Alicja Majewska, Jerzy Połomski.

Andrzej Rosiewicz tak zakochał się w rozszalałej publiczności, że jak powiadał zamykający koncert Janek Pietrzak trzeba go było siłą wyciągać ze sceny. Na widownię. Na widownię, na której zasiadło tego wieczora około 1500 osób. Przez cały zaś dzień przewijały się tłumy.[5]

W sumie tego dnia przez Frascatii przszło ponad osiem tysięcy osób. Frekwencja sezonu sięgnęła 88 tysięcy. Podwajając tę sprzed roku. Ostetczny wynik, nieco podrasowany, żeby zabawniej wyglądało ( mówimy wszak o przybliżeniach) – przedstawiłem sobie tak:

2006 SUMY’06 WZROST % SUMY’05 2005
Osób % Osób
Razem 88888 200,00% 44444 Razem
czerwiec’06: 9250 523,19% 1768 czerwiec’05
lipiec’06: 26894 292,90% 9182 lipiec’05
sierpień’06: 30829 142,73% 21600 sierpień’05
wrzesień’06: 21915 184,25% 11894 wrzesień’05
sumy miesięczne’06: średnia dnia średnia imprezy
Dni 88888 741 335

A zatem po Imprezie. Jeszcze nie wiedziałem, że ostatniej. Jeszcze nie wierzyłem. Podsumowywałem. Nawet odpocząłem chwilę.

Wielkie Dionizje - Artyści Artystom - Pamiętajcie o Ogrodach ...Frascati

Zostawiwszy na głowie Krysi Antoszkiewicz pakowanie kramu wyjechałem w pierwszej połowie października na dwa tygodnie do egipskiej Hurghady. Pracownikom zleciłem zaś podsumowania. Podsumowania, które miały stać się bazą do faktycznie profesjonalnego i wspartego poważnym sponsoringiem przygotowania trzeciego sezonu na Frascati. Sezonu, w którym obiecałem sobie już nic nie zmieniać. Nawet może nie walczyć aż tak o liczbowa frekwencję. Skupić się na jakości i precyzji.

Pod koniec imprezy czyli przez cały wrzesień rozprowadzaliśmy wśród widzów ankietę. Zadaliśmy tam szereg pytań, które miały zweryfikowac moje intuicje na temat oczekiwań publiczności. W trakcie, gdy odpoczywałem została ona bardzo fachowo opracowan przez Magdę Jurczyk i Krzysia Jaczewskiego. A oto jej wyniki:

PROFIL WIDOWNI OGRODOW FRASCATI

CDN.

Przypisy:


[1] Przedstawieniem  „EMIGRANTÓw” wg Sławomira Mrożka z Teatru Nowego w Krakowie. Reżyseria/obsada: Dominik Nowak, Piotr Sieklucki. Udział specjalny (projekcja wideo): Edward Linde-Lubaszenko. Scenografia: Michał Borczuch

"Emigranci" Sł. Mrożka - Teatr Nowy z Krakowa

Klasyczny już dramat Sławomira Mrożka we współczesnej i niezwykle humorystycznej aranżacji dwóch młodych aktorów. Na scenie przeplatają się komedia i groteska, nie brakuje też chwili zadumy i nostalgii za opuszczonym domem, wszystko okraszone piosenkami Michała Bajora. Na spektakl zaprosi państwa uśmiechnięta twarz Edwarda Linde-Lubaszenki. Całość podkreśla wesoła, pełna fantazji scenografia Michała Borczucha, jednego z najzdolniejszych reżyserów i scenografów młodego pokolenia.

Poniedziałek, 21 sierpnia 2006               20:30       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Teatr Limen z Warszawy

„APOPTOSIS”  (Przedstawienie wybrane z przeglądu)

Scenariusz i reżyseria: Sylwia Hanff

Obsada: Sylwia Hanff, Beata Ciecierska-Zajdel, Iwona Wojnicka (butoh), Elżbieta Piasecka (śpiew)

Video art: Jenni Ramme

Apoptosis – (gr.) opadanie, więdnięcie liści. Od lat 70. XX w. naukowcy prowadzili badania nad apoptozą – fizjologicznym zjawiskiem genetycznie zaprogramowanej samobójczej śmierci komórkowej – procesem samounicestwienia uruchamianym altruistycznie, niezbędnym warunkiem zdrowia i życia. Powstała swoista antynomia: śmierć jest potrzebna do życia. Zmienia ona rozumienie sensu życia, śmierci i nieśmiertelności. Spektakl „Apoptosis” to poetyckie obrazy łączące filozoficzne konsekwencje odkrycia apoptozy z japońską koncepcją „postanowienia śmierci” zawartej w bushido – Drodze Wojownika.

Wtorek, 22 sierpnia 2006       19:00       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie

"Piaskownica"

Michał Walczak „PIASKOWNICA” (Przedstawienie wybrane z przeglądu)

Reżyseria: Tomasz Man

Obsada: Teresa Zielska, Robert Rutkowski

Debiutancka sztuka Michała Walczaka znakomicie, z wyczuciem i prostotą oddaje opis pierwszej miłości. Autor w krótkim czasie stał się jednym z najgłośniejszych i najzdolniejszych dramaturgów w Polsce. Warto czasem zatrzymać się i wrócić do piaskownicy z naszego dzieciństwa. Może to być pouczające!

Wtorek, 22 sierpnia 2006       20:30       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Teatr Nikoli w Krakowie

„MASKI Z KOLEKCJI DOKTORA CARLA JUNGA”

Reżyseria – Mikołaj Wiepriew

Obsada: Dominika Jucha, Mikołaj Wiepriew

Spektakl bez słów. Wykorzystano w nim ruch plastyczny z elementami pantomimy, tańca współczesnego oraz technikę butoh, a także stylistykę komedii dell’arte oraz umiejętność pracy maskami. Ukazuje stany psychiczne, które dotykają nasze społeczeństwo. Przedstawione zostają różne postawy ludzkie: osoby nacechowane pozytywnym zainteresowaniem światem zewnętrznym, a także osoby posiadające cechy introwersji kierujące swoją uwagę przede wszystkim na własne przeżycia, nie interesujące się otoczeniem, zamknięte w sobie i izolujące się od innych.

Środa, 23 sierpnia 2006          19:00       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Teatr Korez z Katowic

Bogusław Schaeffer "SCENARIUSZ DLA TRZECH AKTORÓW"

Bogusław Schaeffer „SCENARIUSZ DLA TRZECH AKTORÓW”

Opracowanie tekstu: Mikołaj Grabowski

Obsada: Bogdan Kalus, Mirosław Neinert, Dariusz Stach / Piotr Warszawski

Bogusława Schaeffera przedstawiać nie trzeba nikomu. Jego rytmiczne, dowcipne dialogi wspaniale nadają się do teatru ogródkowego. Gra katowickich aktorów jest tak naturalna, że zapominamy o aktorstwie i oddajemy się zabawie, nie wiedząc, kiedy kończy się sztuka. Spektakl prezentowany był m.in.: w Wiedniu, Budapeszcie, Essen, Kolonii, Berlinie.

Środa, 23 sierpnia 2006          20:30       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Teatr Konsekwentny w Warszawie

„…I PÓKI ŚMIERĆ NAS NIE ROZŁĄCZY. DOBRANOCKA ” (Przedstawienie wybrane z przeglądu)

Autor: Ladislav Fuks

Scenariusz i reżyseria – Adam Sajnuk, Agnieszka Czekierda

Scenografia: Antoni Barłowski, Jerzy Łazewski, Adam Sajnuk. Obsada: Agnieszka Czekierda, Antoni Barłowski, Adam Sajnuk.

Tragikomiczna przypowieść o brzydkim złotym weselu w domu starców z zimnym krupnikiem oraz rozgotowanym ryżem.

Czwartek, 24 sierpnia 2006    19:00       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Teatr Stara Prochoffnia w Warszawie

Enda Walsch „DISCO PIGS” (Przedstawienie wybrane z przeglądu)

Reżyseria: Włodzimierz Kaczkowski

Muzyka: Sambor Czarnota i bracia Tarkowscy

Obsada: Hanna Piaseczna, Bartłomiej Krat

Historia jednego dnia w życiu pary nastolatków z małego miasteczka, którzy właśnie obchodzą swoje siedemnaste urodziny. Ponieważ urodzili się tego samego dnia, nawet o tej samej godzinie, są ze sobą związani do tego stopnia, że spędzają razem całe dnie na wymyślaniu zabaw, języka i sytuacji, które tylko oni są w stanie zrozumieć. Nierozłączna para: Świniak i Prosiak, jak sami siebie nazywają, czyli Disco Pigs. Spektakl został uhonorowany nagrodą publiczności na Międzynarodowym Młodzieżowym Forum Teatralnym: M. art. kontakt 2006 w Mohylewie na Białorusi.

Czwartek, 24 sierpnia             20:30       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Teatr Dramatyczny w Elblągu

Eva Pataki „EDITH I MARLENE”

Reżyseria: Andrzej Ozga

Edith i Marlene

Obsada: Beata Paluch, Beata Olga Kowalska, Teresa Suchodolska-Wojciechowska, Lesław Ostaszkiewicz, Tomasz Czajka, Krzysztof Bartoszewicz, Dariusz Michalski, Marcin Tomasik, Nelly Sozańska-Przyboś

Edith Piaf i Marlena Dietrich – legendy swoich czasów. Łączyła je prawdziwa przyjaźń pełna miłości i wzajemnego szacunku, ale też szlachetnej rywalizacji scenicznej. Dzieliło pochodzenie i życiowe doświadczenia.

Tekst węgierskiej autorki Ewy Pataki, pod zwięzłym tytułem „Edith i Marlene” to udramatyzowane biografie obydwu gwiazd, w których nitka dialogowa  stanowi  podstawę konstrukcji opowieści i porządkuje fakty. Tak naprawdę jest to historia życia Edith, w którym Marlene odegrała niepoślednią rolę, równoważąc depresje i szaleństwo utalentowanej Francuzki, opanowaniem, szczerym przywiązaniem i umiejętnością szukania nadziei.  Dramaturgia utworu zbudowana jest na kontraście ich osobowości. Z jednej strony Marlena, córka pruskiego oficera, gwiazda światowego kina, uosobienie wyrafinowanej kobiecości tamtych czasów i żywiołowa, niekryjąca swych proletariackich korzeni, niezbyt urodziwa i dramatycznie poszukująca miłości Edith. Ten kontrast dotyczy również sposobu uprawiania przez nie zawodu – namiętny, spontaniczny ze strony Piaf i pełen profesjonalnego dystansu u Dietrich.

Edith – „paryski wróbelek”, drobna, niepozorna, o porywająco pięknym głosie. Marlena – bogini seksu, wcielenie berlińskiej dekadencji lat 20-tych. Ten związek, pełen miłości i wzajemnego szacunku, wyzwolił burzę gwałtownych emocji. Znalazło się w nim także miejsce na rywalizację i zazdrość.

Piątek, 25 sierpnia 2006         19:00       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Platforma Artystyczna O.B.O.R.A. w Poznaniu

Och, szczęście

„OCH, SZCZĘŚCIE” (Przedstawienie wybrane z przeglądu)

Scenariusz i reżyseria: Janusz Andrzejewski

Obsada: Izabella Tarasiuk i Janusz Andrzejewski

Akompaniament – Trio TAKLAMAKAN: Jan Romanowski (skrzypce), Michał Karasiewicz (fortepian), Andrzej Trzeciak (wiolonczela)

Spektakl muzyczny inspirowany tekstami Horacego Safrina, Juliana Tuwima i Zbigniewa Herberta, opowiadający historię Żyda-tułacza. Powrót w rodzinne strony wywołuje nostalgiczne wspomnienia. Wszystko to daje rodzajowy obrazek życia żydowskiego miasteczka, po którym pozostały jedynie pamiątki zgromadzone w walizce. Żydowski humor w najlepszym stylu to wystarczająca rekomendacja wspaniałej rozrywki. Do tego piękne piosenki śpiewane w jidysz. Po prostu cymes!

Piątek, 25 sierpnia 2006         20:30       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie

„POD NIEBEM PARYŻA”(Przedstawienie wybrane z przeglądu)

Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie "POD NIEBEM PARYŻA"

Scenariusz, reżyseria i choreografia: Dorota Furman

Występują: Agata Ochota-Hutyra, Iwona Chołuj, Małgorzata Marciniak, Waldemar Cudzik, Adam Hutyra, Marek Ślosarski.

Niezwykły spektakl złożony z piosenek francuskich. Opowieść o miłości, zdradzie, radości życia, o Paryżu i urokach przedmieścia. Karnawałowość, ludyczność, nostalgia i zaduma – tym wszystkim przesycone są teksty takich znakomitości jak: Brel, Brassens, Plante we wspaniałych przekładach Jeremiego Przybory i Wojciecha Młynarskiego.

Sobota, 26 sierpnia 2006        19:00       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni

Marek Koterski „DZIEŃ ŚWIRA” (Przedstawienie wybrane z przeglądu)

Reżyseria: Tomasz Man

Scenografia: Monika Kurosa

Muzyka: Paweł Sołtysiak

Obsada: Bogdan Smagacki jako Adaś Miauczyński, Beata Buczek-Żarnecka, Piotr Michalski

Inteligenta portret własny. Przeniesienie znakomitego scenariusza Marka Koterskiego na deski teatralne. W ascetycznej przestrzeni opis kryzysowej sytuacji inteligenta w średnim wieku staje się niezwykle przejmującym, choć niepozbawionym śmieszności wyznaniem. Adaś Miauczyński, z którego się naśmiewamy, w pewnym momencie zaczyna wzbudzać współczucie. Mógłby być każdym z nas.

Sobota, 26 sierpnia 2006        20:30       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Teatr Syrena w Warszawie

Okudżawa - błękitny człowiek. "Teatr Syrena" z Warszawy

„OKUDŻAWA – BŁĘKITNY CZŁOWIEK”

Reżyseria: Roman Kołakowski

Występują: Izabella Olejnik, Marta Walesiak, Beata Jankowska-Tzimas, Roman Kołakowski, Wojciech Machnicki oraz zespół: Artur Jerzy Zieliński – fortepian, Dariusz Świnoga – akordeon, Wojciech Zalewski – kontrabas, Tadeusz Czechak – gitara, Roman Kołakowski – gitara

Poetycka opowieść o Bułacie Okudżawie, najwybitniejszym rosyjskim śpiewającym poecie. To opowieść o czasie, w którym przyszło mu żyć i który wyrył piętno na jego twórczości. To opowieść o wielkiej przyjaźni, jaką ten poeta – pieśniarz obdarzał Polskę i Polaków. To wreszcie opowieść o Wierze, Nadziei i Miłości, trzech siostrach, które go zawsze prowadziły przez życie i którym Okudżawa poświęcił swoje najpiękniejsze strofy.

Niedziela, 27 sierpnia 2006    19:00       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Scena „PreTeksT”

„MIASTECZKO” (Przedstawienie wybrane z przeglądu)

Reżyseria – Jerzy Raszkowski

Obsada: Anna Mika, Jerzy Raszkowski, Piotr Świtalski

Spektakl teatralno-muzyczny z udziałem publiczności.

Po kilkunastu latach pobytu w USA wracają do Miasteczka Ania i Piotr. Są pełni energii i robią wszystko, żeby zaktywizować mieszkańców i rozbudzić w nich zainteresowanie kulturą. Organizują konkursy i różne imprezy, a nawet inwestują własne pieniądze w budowę…

O tym, co chcą zbudować i jak kończy się ta satyryczna opowieść osadzona w polskich realiach, dowiecie się odwiedzając Miasteczko, takie piękne jak pudełeczko, takie słodkie jak ciasteczko i niebiańskie jak ptasie mleczko…

Niedziela, 27 sierpnia 2006    20:30       XV Konkurs Teatrów Ogródkowych – Teatr Krzyk z Maszewa

„GŁOSY”

Głosy

Scenariusz i reżyseria: Marek Kościółek

Obsada: Anna Giniewska, Małgorzata Dorenda, Marcin Pławski, Adrian Drapkowski, Bartosz Ciosek, Bartosz Bojdo

Przedstawienie inspirowane wydarzeniami w toruńskim technikum, gdzie uczniowie znęcali się nad nauczycielem angielskiego. „Głosy” pokazują młodych ludzi zagubionych w świecie bez autorytetów. Ich prośby kierowane są kolejno do nauczyciela, ojca, ministra i Boga. Okazuje się, że znikąd nie ma odzewu. Młodzi ludzie odważnie mówią o świecie, który ich otacza. Wiele im się w tym świecie nie podoba. Spektakl z Maszewa to nie zabawa, ale krzyk w istotnych i bolesnych sprawach.

[2] WERDYKT XV KONKURSU TEATRÓW OGRÓDKOWYCH

Jury XV Konkursu Teatrów Ogródkowych w składzie:

Anna Chodakowska, Jerzy Derfel, Stanisław Górka, Maciej Nowak (przewodniczący) po obejrzeniu trzynastu spektakli zakwalifikowanych do finału XV KTO postanowiło przyznać następujące nagrody:

I. Wyróżnienia indywidualne w wysokości 500 złotych – otrzymują

Michał Karasiewicz z Platformy Artystycznej O.B.O.R.A z Poznania

Andrzej Trzeciak z Platformy Artystycznej O.B.O.R.A z Poznania

Anna Chodakowska przedstawia werdykt jury

II. Wyróżnienia indywidualne w wysokości 1 000 złotych – otrzymują

Sylwia Hanff z Teatru Limen z Warszawy

Robert Rutkowski z Teatru im. Adama Mickiewicza z Częstochowy

Beata Olga Kowalska z Teatru Dramatycznego z Elbląga

Beata Paluch z Teatru Dramatycznego z Elbląga

Bogdan Smagacki z Teatru Miejskiego z Gdyni

Piotr Michalski z Teatru Miejskiego z Gdyni

Anna Mika ze Sceny PreTeksT z Warszawy

Jan Romanowski z Platformy Artystycznej O.B.O.R.A z Poznania

III. Nagrody Małej Ogródkowej nie przyznano

IV. Nagrodę Dużą Ogródkową w wysokości 6 000 złotych – otrzymuje

Spektakl …I PÓKI ŚMIERĆ NAS NIE ROZŁĄCZY. DOBRANOCKA Teatru Konsekwentnego z Warszawy

V. Nagrodę Wielką Ogródkową w wysokości 10 000 złotych – otrzymuje

Spektakl SCENARIUSZ DLA TRZECH AKTORÓW Teatru Korez z Katowic

Jury:

Anna Chodakowska

Jerzy Derfel

Stanisław Górka

Maciej Nowak – przewodniczący

Dyrektor

Domu Kultury Śródmieście

Andrzej Tadeusz Kijowski

[3] Publiczność XV Konkursu Teatrów Ogródkowych głosując BRAWAMI i KLAPAMI pod nadzorem Sędziów Agonu: Ewy Warelis, Pawła Sztarbowskiego i Darka Sikorskiego po obejrzeniu trzynastu spektakli zakwalifikowanych do finału XV KTO, przyznała następujące nagrody:

Darek Sikorski przedstawia werdykt publiczności

I. Trzecia Nagroda Publiczności w wysokości 1000 złotych:

Spektakl SCENARIUSZ DLA TRZECH AKTORÓW Teatru Korez z Katowic

98,19 % BRAW

II. Druga Nagroda Publiczności w wysokości 1.500 złotych:

Spektakl …PÓKI ŚMIERĆ NAS NIE ROZŁĄCZY. DOBRANOCKA Teatru Konsekwentnego z Warszawy

98,92 % BRAW

III. Pierwsza Nagroda Publiczności w wysokości 2.500 złotych:

Spektakl EDITH I MARLENE Teatru Dramatycznego z Elbląga

99,47% BRAW

Sędziowie Agonu:

Ewa Warelis

Paweł Sztarbowski

Darek Sikorski

[4] „MIASTO-MANIA”

Muzyka: Wojciech Waglewski, Fisz i Emade

Teksty: Piotr Lachman

Muzycy: Michał „Fox” Król – instrumenty klawiszowe, Marcin Ułanowski – perkusja, Wojciech Traczyk – kontrabas, Mariusz Wróblewski – gitara

Koncertowa wersja znakomitego spektaklu Marii Peszek. Składają się na niego piosenki ze znakomitymi tekstami aktorki i Piotra Lachmana, z muzyką Wojciecha Waglewskiego i jego synów – Fisza i Emade. Piosenki z płyty w bardziej energetycznych i żywiołowych aranżacjach, często improwizowane. Artystce towarzyszy czterech świetnych muzyków: Michał „Fox” Król – instrumenty klawiszowe, Marcin Ułanowski – perkusja, Wojciech Traczyk – kontrabas, Mariusz Wróblewski – gitara.

Koniec końców - z Kazimierzem Marcinkiewiczem na Frascati

[5] Na poranku familijnym Laury Łącz – (11:00-13:00)  cz.I 145 dzieci,  - a w. II wielu artystów  (13:00 – 15:00) 905. Dzieci, Popołudnie w Ogrodach (16:00 -17:30) odiedziło w cz. I ok. 3300 osób, potem Spotkanie Plus 50 dla  450 gości,  W taanecznym kregu bawiło się 522 uczestników, cz. II- Popołudnia w Ogrodach (18:00 -19:00) oglądało ok.1350 osób,  wreszcie na koncercie „Pamietajcie o Ogrodach” było ponad 1500 widzów.

Rozdz. CLI – Koalicja trwa:Pietrzak, Daukszewicz – z ATeKa.

16 sierpnia 2010

Koalicja trwa:Pietrzak, Daukszewicz – z ATeKa. Opis…r. CLI

Środę nazywałem – epikurejską. To był dzień mówiony. Tak najbardziej z domu kultury w tradycyjnym tego słowa rozumieniu. I rzeczywiście zestaw imprez, które zaproponowaliśmy pod hasłem Ogrody Literackie to były naprzemiennie: Biesiady i Jubileusze Literackie przeniesione wprost z Domu na Smolnej, Giełda Satyry Politycznej Marka Majewskiego czy konkurs Przybycie Bardów Staszka Klawego, w którym nagrodą było nagranie profesjonalnej płyty laureata.

To nie były imprezy szerokiego odbioru, a jednak tak spróbowaliśmy je skomponować, taką zaproponować mnogość by jakaś goszcząca gwiazda: Daukszewicz czy Poniedzielski, Należyty lub Rosiewicz napędzali frekwencję na pozostałych imprezach. I rzeczywiście udała się rzecz dość niebywała. Na klerkowskich , jajogłowych konferencjach i odczytach średnia frekwencja nie spadała poniżej trzystu osób !

`

Krzysztof Dukaszewicz - Gość Giełdy Satyry Politycznej - Ogrody Frascati 2006

Spodobało się to bardzo Irenie Piłatowskiej, która na zasadzie suportu, o piątej po południu dodawała jeszcze odbitkę radiowych rozważań. Spotkania nazywaliśmy  -“JEDYNKA” Z REPORTAŻEM. Podobnie jak „Biesiady” i „Jubileusze” Literackie w sezonie zimowym także i radiowcy po sukcesie spotkań  minionego sezonu gościli  także pod dachem Domu na Smolnej.

Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia S.A. przygotowuje rocznie kilkaset reportaży. Z  tej bogatej oferty w 2006  wybrano trzynaście audycji, które znakomicie zabrzmiały w scenerii Ogrodów Frascati. Na spotkania zapraszano autorów i bohaterów reportaży, a goście brali żywy udział w dyskusji. Różnorodność tematyczna mogła zdumiewać, ale i zachęcać do spotkania i rozmowy.[1]

W letnie środy odbywały  się  też OGRODY LITERACKIE Z BARDAMI czyli Konkurs Przybycie Bardów prowadzony przez Stanisława Klawe. Uczestnicy konkursu walczyli o główną nagrodę, czyli możliwość nagrania własnego albumu. Prezentowali się również młodzi poeci, często już po debiutanckim tomiku.

Raz w miesiącu można było też spotkać  na Frascati pisarzy, autorów ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich urządzających Biesiadę Literacką, w inne środy wspólnie z SPP organizowaliśmy Jubileusze najznakomitszych ludzi pióra. Jeszcze Marek Majewski prowadzący “Giełdę Satyry Politycznej” prezentował  w swoim “Hyde Parku” młodych satyryków.[2]

Każdy już dzień kończyły Parkowe Dancingi, a tańcom w szczególności poświęcone były czwartki. A także soboty, kiedy to zgromadzonym przygrywała Orkiestra z Chmielnej Janusza Mulewicza oraz zespół Jurka Antoszkiewicza.

Irena Piłatowska & ATK

Taniec to osobny temat. Mówiłem już, że tylko  z czwartkami nic nie byłem w stanie sensownego zrobić. Nie miałem nic przeciw tańczącym dzieciakom moimi córeczkami na czele ale nie mogłem skłonić Darka Sikorskiego i pani Borkowskiej by sięgnęli na szczyty. Te chociażby na których przebywała już wychowana wszak przez nich na Smolnej Joasia Jabłczyńska coraz bardziej znanan dzięki TVN-owskim  „Tańcom z Gwiazdami”. Oni jednak podobnie jak specjalizujący się w kabaretach Pan Zsiadlak rozumieli tylko: towarzycho lub duża kasa. Drogi pośredniej nie ma.

No więc „Taneczne Ogrody” pozostawały wciąż czwartkowymi spotkaniami z różnymi stylami tanecznymi, takimi jak: country, taniec nowoczesny, taniec irlandzki, tapdance i wiele innych. Publiczność miała możliwość obejrzenia  pokazu tanecznego oraz wzięcia udziału w lekcji tańca. [3]

Za to OGRODY KABARETOWE którymi w piątki zajmował się Staszek Klawe – kwitły. Tu mielismy kontakty na samym szczycie.

To różnorodne formy kabaretów i osobowości artystyczne od wytrawnych satyryków wyczulonych na aktualności, jak Jacek Fedorowicz, Jan Pietrzak, Jerzy Kryszak, czy publicysta Rafał Ziemkiewicz, po nowofalowe kabarety Zygzak czy Paralaksa, lub żywiołowy Trzeci Oddech Kaczuchy; to śpiewający aktor Piotr Machalica czy przedstawiciel rock-and-rollowej inteligencji Kuba Sienkiewicz. Poza tym możliwe niespodzianki, jak to w życiu, a więc w kabarecie.

Na początku czerwca trwał jeszcze Mundial, któremu należało podporządkować imprezę  tak, że 9 czerwca 2006 wieczór           z Kabaretem Zygzak i udziałem znanego świetnie m.in. z „Egidy” parodysty  Pawła Dłużewskiego odbywał się pod hasłem: „Kabaretowy Mundial na Frascati”

16 czerwca 2006  występ Marcina Wolskiego, któremu towarzszyły dwa „Aniołki Wolskiego” czyli Asia Jeżewskia i Renata Zarębska przyszło oglądać 546 osób.

Utworzona przez niezwykle aktywnego twórczo Marcina Wolskiego (“60 minut na godzinę”,“Polskie Zoo”, “ZSYP”) grupa kabaretowa. Śpiewają w niej (znakomicie!) aktorki Renata Zarębska i Joanna Jeżewska (która też wspaniale parodiuje najpopularniejsze postaci naszej sceny politycznej). Marcin Wolski, autor większości tekstów, prowadzi Aniołki do jeszcze większych sukcesów.

23 czerwca 2006 wystąpił: „Kabaret Paralaksa”. To młody kabaret, chętnie bawiący się słowem i wieloznacznością, proponuje piosenki, skecze, monologi. Tworzą go: Tomasz Wołniak – autor większości tekstów, Mila Wdowiak i Cesare Di Leo, kompozytor i muzyk. Paralaksa jest laureatem ostatnich Lidzbarskich Starć Kabaretowych i finalistą Turnieju Łgarzy w Bogatyni.

Jan Pietrzak - Ogrody Frascati 2006

Wreszcie tradycyjnie już 30 czerwca wystąpił Janek Pietrzak z Krzysztofem Paszkiem. Łzy, okrzyki, frenety i … padł tysiąc. Frekwencję ocenialiśmy na 1063 osoby. Niezmordowany Wojtek Kur z coraz większym trudem i przy pomocy współpracowników zajmowal się liczeniem. Jako, że przez cały sezon zwykłem otwierać występu pietrzakowej „Egidy” jakąś rymowanką, wysiliłem się i tym razem. A działo się to akurat w momencie, gdy premier Marcinkiewicz nader skwapliwie odwołał podjrzaną o jakieś niedyskrecje z czasów stanu wojennego Zytę Gilowską zajmująca się w rządzie gospodarką. Powiedziałem tak:

Zwykłem dla Janka pisać fraszkę

Lecz dzisiaj odniósłbym porażkę

Gdy Zyta  w sądzie  to znów  w rządzie

Wy ogródkowi  się pokłońcie

Że koalicja nasza trwa

Tu na Frascati z ATeKa

Gra Krzysztof Paszek trzeci rok

A Państwa nie ogarnia wzrok:

Ogłaszam dumny jak ten paw

Przed Państwem Pietrzak: żądny braw !

30.VI.2006

Pietrzak –  po sezonie w Domu na Smolnej, gdzie w piątki prowadził Kabaret pod Egidą, tym razem zapraszał na swój autorski  recital. W Ogrodach Frascati zaśpiewał swoje najlepsze piosenki i,  jak zawsze niezwykle aktualnie,  komentował rzeczywistość.

Kabaret Ramol

7 lipca 2006    w piątek          19:00   zaprosiliśmy Kabaret Ramol z Brzydowa, który  tworzą: Aleksander Adamczyk, Ryszard Kluge, Grzegorz Kulikowski i Małgorzata Trybalska. Występowali już w ogrodach rok wcześniej lecz także przed rokiem zdobyli tytuł „Króla Łgarzy” w Bogatyni oraz nagrodę na festiwalku Dobrego Humoru w Gdańsku. Program zaprezentowany na Frascatii nosił tytuł „sanatorium w Kotlinowie” napisany przez R. Górskeigo z „Kabaretu Moralnego Niepokoju”.

Natomiast 14 lipca w przedzień moich i wigili swoich własnych urodzin przybył na Frascatii też zeszłoroczny gość czyli Jacek Fedorowicz. Rok wcześnije występował na tej przejściowej scenie w momencie, gdy dopinaliśmy nową aranżację. Teraz mogłem go gościć już w pełnej glorii. Gościć i witać. Wierszykiem.

Między Grunwaldem a Bastylią

W Ogrodach Frascatii – Na Górze

Kabaret Staje się Idyllą

Kiedy Wiadomość Wam Powtórzę

Że Król Bim-Bomu, Wiadomości

Kpiarz, tricku mistrz,

Kontekstów szukacz

Dziś tu pod Sejmem u nas gości

Jak z Lóż Masońskich

Zbiegły – puchacz

Tu Kanikuła , jak psia Gwiazda

I Wasilewska mknie z Zygzakiem

Witajcie więc i raczcie klaskać

Kiedy Wam powiem, że jest Rakiem

I wciąż około sześćdziesiątki

Pan Fedorowicz, który w  piątki

Zmienia godziny na minuty

Puszczając słynne swe – Koguty

Przed Państwem dziś nie żaden Placek

Lecz słynny Fedorowicz Jacek !

14.VII.2006

Jacek Fedorowicz to aktor i satyryk. Ukończył wydział malarstwa w gdańskiej PWSSP. Aktor studenckiego teatru Bim-Bom w Gdańsku. Zagrał w wielu znakomitych polskich filmach, m.in.: „Do widzenia, do jutra”, „Poszukiwany, poszukiwana. Współautor audycji radiowej „60 minut na godzinę” oraz popularny felietonista prasowy. Współtwórca cyklicznych programów rozrywkowych w TVP, w tym „Dziennika telewizyjnego”

Dorota Wasilewska. Najczęściej sama pisze i komponuje piosenki i muzykę do filmów oraz spektakli, choć pierwszą nagrodę w życiu dostała za wykonanie piosenki „Taka gmina” Wasowskiego i Przybory, bo, jak sama mówi, wychowała się na Starszych Panach i paryskim kabarecie. Chętnie zatem sięga po francuskie wiersze (G. Apolinnaire’a) czy piosenki (P. Conte). Jeśli do Ogrodów Frascati trafią tego dnia Francuzi, to w dniu swojego święta narodowego usłyszą nieprzeciętne interpretacje znanych sobie piosenek.

Wasilewska z  Kabaretem „Zygzak”  występowali po Fedorowiczu, a wieczór ten ogladało blisko tysiąc. Wojtek Kur naliczył 978 osób.

21 i 28 lipca  2006                  w ramach Wieczoru Kabaretowy – odbyły się Reminiscencje  kabaretu „Pod Okiem”. Wystąpili: Magda Żuk, Marek Ławrynowicz, Stanisław Klawe, a także  Waldemar Ochnia

Trzeci Oddech Kaczuchy

Kabaret „Pod Okiem” istniał w latach 1986 – 87 w Warszawie. Tworzyli go autorzy Marek Ławrynowicz i Stanisław Klawe oraz aktorzy Kazimierz Kaczor, Piotr Machalica, Zbigniew Zamachowski, Sławomir Orzechowski, Barbara Dziekan, Magda Żuk. Podczas kolejnych wieczorów na Frascati chcemy Państwu przypomnieć ich najciekawsze kreacje z tamtych lat, w tym piosenki czy  monologi.

Magda Żuk – artystka wszechstronna: architekt, dekoratorka wnętrz, autorka piosenek i powieści, energoterapeuta. W kabarecie „Pod Okiem” śpiewała piosenki własne oraz młodszych i starszych kolegów: J. Kofty, J. Janczarskiego, J.J. Należytego, S. Klawe.

Marek Ławrynowicz – satyryk, pisarz, autor słuchowisk radiowych i S. Klawe będą gospodarzami tej części wieczoru.

Waldemar Ochnia – człowiek o stu glosach. Aktor-parodysta, imitator, satyryk i humorysta. „Polskie ZOO w jednej osobie, ponieważ to jego głosem mówiły postaci popularnego , telewizyjnego „Polskiego ZOO”. Swego głosu użycza również w niedzielnym, radiowym programie satyrycznym „Zsyp”, w którym parodiuje czołowe postacie świata estrady, filmu, polityki i sportu. W tej roli występuje też w programie „Szymon Majewski show”.

Piotr Machalica jest tak popularny, znany z wielu ról filmowych i teatralnych, że jego dokonania kabaretowe pozostają nieco w cieniu. W kabarecie „Pod Okiem” śpiewał m.in. „Piosenkę pieska pokojowego”, której wykonanie przyniosło mu pierwszą nagrodę na festiwalu w Opolu w 1986 r. i sprawiło, że stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych śpiewających aktorów.

4 sierpnia 2006 w kabaretowych piątkach  Kabaret D’ Lanton im. Jeana Selaviego „PRAWIE PROSTO Z SAMEGO PARYŻA” Występili: Dorota Lanton – aktorka znana m.in. z wielu telewizyjnych seriali: „Klan”, „Adam i Ewa”, „Na dobre i na złe” oraz jako „Wesoła blondynka  z trójkowej Parafonii”.Gilles Renard –  gość z Paryża, autor,  scenarzysta, reżyser teatralny i filmowy. Bogusław Nowicki –  satyryk,  kompozytor,  wykonawca piosenek autorskich,  autor radiowych audycji „Piosenki z tekstem”.

11 sierpnia 2006 w Kabaretowych Ogrodach: Kabaret Długi

Kabaret ten jest zespołem wędrownym, który najczęściej występuje w warunkach kameralnych, w bliskim kontakcie z widownią. Kabaret tworzą: Jacek Łapot i Piotr Skucha, ponadto na stałe współpracuje z nim kilku kompozytorów, kilkunastu autorów i wielu wykonawców, m.in.: Ewa Cichocka, Agnieszka Trzepizur. Jednym z jego największych sukcesów jest 500 audycji magazynu rozrywkowego „Parafonia”, ukazującego się od stycznia 1984 do czerwca 2004 w radiowej Trójce.

W ostatnim ogródkowym sezonie muzyka niewątpliwie zdominowała teatr. Muzyka i Kabaret. Muzyczny oczywiście.

18 sierpnia 2006 to – Trzeci Oddech Kaczuchy.Występują i śpiewają: Maja Piwońska, Andrzej Janeczko (autor tekstów i piosenek).

Kabaret założony w 1981 roku przez Maję Piwońską, Andrzeja Janeczko Zbyszka Rojka. Artyści tworzą              program muzyczno-kabaretowy, będący ciągłym dialogiem z publicznością, ale przede wszystkim śpiewają piosenki na wesoło, którymi, jak mówią, próbują rozjaśnić otaczającą nas, ponurą rzeczywistość. Oglądało ich  610 osób.

Potem nastąpiła dekada teatralna by we wrześniu znów wszystko wróciło do normy. W tym także kabarety.

Nazajutrz po Ogródkowym Finale z Marią Peszek – umówiony był 1 września 2006 Jerzy Kryszak – Aktor, satyryk, parodysta. Dyplom zawodowego aktora otrzymał w 1974 roku, kończąc PWST w Krakowie. Znany jako aktor teatralny czy filmowy, ale także jako aktor głosowy (użyczał swego głosu bohaterom dubbingowanym, np. Złemu Sokołowi w filmie pt. Stuart Malutki 2). Jednak największą sławę przyniosła mu jego twórczość kabaretowa. Jerzy Kryszak to reprezentant „dowcipu publicystycznego”. Przede wszystkim wciela się w osobistości z życia polityczno-społecznego, wywołując lawiny śmiechu, poprzez naśladowanie ich głosów, zachowań oraz cech.

Troszkę obawiałem się tej daty – więc i tym razem ratowałem się fraszką.

Akademia wrześniowa –

Wojna albo szkoła !

Wybór zawsze był trudny

A treść niewesoła!

Więc po Porozumieniach,

Co wolności znakiem.

Ze sporów na Frascati

Śmiejmy się – z Kryszakiem.

A że wojna na górze

Ciągle jeszcze trwa

Mamy wsparcie z Olsztyna –

Kabaret „Czyści jak łza”. 1.IX.2006

8.IX.2006

Andrzej Poniedzielski w Ogrodach Frascati 2006

20:30   POLSKA SZOPKA CAŁOROCZNA Marcina Wolskiego i Marka Majewskiego

Kiedy losy Szopki Noworocznej w TVP stawały się niepewne, jej autorzy postanowili odgrywać ją na scenie. Tak powstała Szopka Całoroczna – zawsze niezwykle aktualna, śmieszna, inteligentna, przywracająca kabaretowi wartość słowa, pointy, aluzji.

W piątek, 15 września 2006   19:00   Kabaretowe Ogrody: „KABARETOWO I BALLADOWO”, wyst.: Rafał Ziemkiewicz, Ryszard Makowski.

Rafał Ziemkiewicz – pisarz, publicysta, autor książek z nurtu science-fiction, felietonista Newsweeka i Rzeczpospolitej, od paru sezonów z powodzeniem występuje w kabarecie Pod Egidą.

Ryszard Makowski – autor i wykonawca związany przez 10 lat z kabaretem OTTO, a od 3 lat z kabaretem Pod Egidą. Jako satyryk współpracuje z audycją „ZSYP” w I programie PR i z Życiem Warszawy, lider zespołu „Ryszard Makowski i Gwiazdy”.

Wreszcie w piątek, 22 września 2006           odbyły się w cyklu  „ KabaretoweOgrody: „IMPROWIZACJE KABARETOWE”. Wystąpiły  młode kabarety w swoich najlepszych numerach.

Ostatni Kabaretowy Ogród sezonu poświęcony był Kubie Sienkiewiczowi.

To neurolog i piosenkarz. Występuje z zespołem Elektryczne Gitary lub jako „Kuba Sienkiewicz”. Uprawia piosenkę autorską (nieoficjalnie od 1980 roku) i chałtury bigbeatowe (oficjalnie od 1990 roku). Układa muzykę i piosenki do filmów. Współpracuje ze sceną kabaretowo-muzyczną Śmietanka Łowicka i Sceną Kabaretową Marka Majewskiego.

I tak sezon się zakończył: przed nami już tylko wielki finał.  A właściwie dwa Finały. Istotnie największe. A to wszystko dlatego, że Frascatii zaczął frekwentować miły starszy aktor nazwiskiem Cezary Szczygielski. I to Pan Cezary doszedł do wniosku, że Frascati może się stać lepszym od Skolimowa miejscem na przeprowadzenie dorocznej kwesty z Cyklu „Artyści Artystom” czyli zbiórki na dom artysty weterana w Skolimowie. Lepszym – bo i artystom łatwiej przyjechać i ludzie tłumniej się w centrum miasta pojawią. Tak więc przygotowując się do Finału XV Konkursu Teatrów Ogródkowych i myśląc o repertuarze wrześniowym równolegle pracowaliśmy już nad wielkim tutti jakim będzie organizacja Akcji „Artyści Artystom” w Ogrodach Frascatii/ Ale po kolei. Pora zamknąć ten teatr !!!

CDN – Dwa finały czyli  koniec końców


[1] 7  czerwca 2006,  Nić – autor : Magda Skawińska, prowadzenie: Janusz Deblessem

I nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Reportażystów i Realizatorów “Dylematy człowieka XXI wieku”. Magda została adoptowana tuż po urodzeniu. Prawie od początku wiedziała, że ludzie, którzy ją wychowują to nie są jej prawdziwi rodzice. Kiedy skończyła 18 lat odnalazła biologiczną matkę i ojca. Dowiedziała się, że ma siostrę bliźniaczkę. Zawsze czuła jej obecność. Teraz ma pewność, że siostra istnieje, lecz nie wiadomo gdzie. Poszukiwania nie dały rezultatu, ale Magda czuje, że siostra żyje i potrzebuje jej pomocy.

14 czerwca 2006  – Chwalcie łąki umajone,   autorzy: Irena Piłatowska i Waldemar Modestowicz, prowadzenie: Janusz Deblessem

Dokument o starej, polskiej wsi już zanikającej, odchodzącej wraz z jej najstarszymi mieszkańcami. Bohaterką jest 88-letnia Adela Jabłońska ze wsi Świderki w północno-wschodniej Polsce. Mimo podeszłego wieku jest jak wieczna wiosna, tryska energią i świeżością uczuć. Tańczy, śpiewa, tka kolorowe sukna na swych starych krosnach. Jest dumna ze swego pochodzenia, bo “Kopinianka to nie byle kto!”.  Jej syn został kapitanem Marynarki Wojennej. Pochowała dwóch mężów i choć zainteresowany jest nią młodszy o 20 lat pan z pobliskiego miasteczka, tęskni za stałym związkiem, za czasami, gdy życie było przepełnione miłością. Dokument zrealizowany techniką dźwiękowych obrazów jest swoistym hymnem na cześć życia. W 1993 r. wyróżniony został na prestiżowym konkursie radiowo-telewizyjnym “Premios Ondas” w Barcelonie.

21 czerwca 2006, Nareszcie razem, autor: Hanna Bogoryja-Zakrzewska, prowadzenie: Janusz Deblessem

Reporterska opowieść o ludziach szczęśliwych. To co przydarzyło się rodzinie Artura Moci z Bochni mogłoby stać się scenariuszem do filmu. Artur stracił pamięć w wyniku napadu na parkingu stacji benzynowej i, korzystając z pomocy policji, znalazł się na dworcu we Wrocławiu 360 km dalej. Przez trzy miesiące żył wśród bezdomnych i próbował dowiedzieć się kim jest. W tym czasie rodzina szukała go z pomocą policji, Fundacji Itaka i jasnowidzów. Dopiero przypadkowo obejrzany fragment programu w TVP sprawił, że odnaleźli się i są znowu razem.

28 czerwca 2006  .Zapałki Pana Anatolal,   autorki: Ewelina Karpacz i Agnieszka Walewicz,  prowadzenie: Janusz Deblessem

I nagroda w kategorii “Debiuty” w konkursie “Polska i Świat 2002”. Bohatera audycji – Anatola Karonia – można spotkać na Rynku Starego Miasta w Warszawie,  gdzie oferuje przechodniom to, co umie robić najlepiej: misterne rzeźby z jednej zapałki. Spacerowicze z ciekawością rzucają okiem i idą dalej. Reporterki odkrywają w nim tajemny, bogaty świat, idą tropem materialnych skojarzeń. Dzięki reporterskiej wnikliwości powstaje opowieść o dziele, tworzywie i artyście, która – jak podkreśliło jury konkursu – “rozpala wyobraźnię słuchacza”. Rzeźby z jednej zapałki można zobaczyć na internetowych stronach Anatola Karonia . http://anatol.karon.webpark.pl/index.shtml.htm

5 lipca 2006, Lepszy świat,    autorka: Ewa Michałowska, prowadzenie: Janusz Deblessem.

I nagroda w Międzynarodowym Konkursie Reportażu Radiowego “Phonurgia Nova” w Arles (Francja).

Dokument usiłujący przybliżyć słuchaczom ciekawy i piękny, ale zarazem bardzo skomplikowany obraz życia ludzi upośledzonych umysłowo. Audycja jest swego rodzaju wyzwaniem, rzuconym wszystkim tym, którzy określenie “sprawni inaczej” wymawiają z nutką kpiny  czy pogardy.

12 lipca 2006

Wojna Legend – czyli zaduma nad życiem Anny Walentynowicz

autorki: Janina Jankowska i Magda Skawińska, prowadzenie: Janusz Deblessem

GRAND PRESS 2005 w kategorii “Reportaż radiowy”. Postać Anny Walentynowicz – jej życie, działalność opozycyjna, konflikt z Lechem Wałęsą. Autorki wykorzystały nagrania Janiny Jankowskiej z sierpnia 1980 roku.

19 lipca 2006

www.szczurbiurowy.com; autor: Janusz Deblessem, prowadzenie: Irena Piłatowska

Bohater audycji  zanim został, jak sam osobie mówi, szczurem biurowym, zajmował się wieloma rzeczami, między innymi studiował historię. Ostatnio działa gospodarczo w branży internetowej. Wielość doświadczeń i chwilowa chandra skłoniła go do umieszczenia opowiadania o narodzinach kapitalizmu w PRL-u na jednej z list dyskusyjnych. W odpowiedzi pojawiły się pytania czytelników: co dalej? Powstał drugi, trzeci odcinek, a potem już nie było wyjścia – Szczur Biurowy został literatem.

26 lipca 2006

Śpiewająca czarownica, autorka: Anna Sekudewicz, prowadzenie: Irena Piłatowska

Portret Katarzyny Gaertner.

2 sierpnia 2006

Jedno życie Antosia Pastuszka , autorka: Joanna Łatka, prowadzenie: Irena Piłatowska

Artur Citrin wyjechał z Polski do Ameryki, kiedy miał 15 lat. W czasie wojny ukrywał się u Państwa Latoszyńskich w Lendzie i  oni uratowali mu życie. Po latach powrócił do Polski i odnalazł ich dzieci. Z wdzięczności postanowił wstąpić do Instytutu Yad Vashem, aby przyznać im medal “Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata”…

9 sierpnia 2006

Cudzoziemka, autorka: Urszula Żółtowska-Tomaszewska,  prowadzenie: Irena Piłatowska

Bohaterka kilkanaście lat temu wyjechała z Ukrainy. Przez ten czas nastąpiły ogromne zmiany polityczne, ale dusza ludzi pozostała taka sama. Wrażliwość na sztukę, piękne pieśni, tęskne tony. Olena Leonenko zyskała sławę śpiewając pieśni Wertyńskiego. Jednak mimo sprzeciwu ojca zrealizowała  swoje marzenia i została artystką.

16 sierpnia 2006

Wyprawa na słowiki, autor: Krzysztof Wyrzykowski,  prowadzenie Irena Piłatowska

Audycja której bohaterem jest Marek Siudym.“Kiedy byłem dzieckiem ojciec zabierał mnie na spacery” mówi Marek Siudym  popularny aktor.  Ojciec mówił  “chodź idziemy na słowiki” i prowadził mnie do lasu, gdzie opowiadał mi o ptakach i drzewach. Do dzisiaj potrafię nazwać wszystkie ptaki i znam się na tym naprawdę. Kiedy szliśmy na słowiki trzeba było przejść kładką nad torami kolejowymi. Widziałem jadące pociągi i po prostu rozrywała mnie tęsknota za podrożą, za drogą, za czymś, co się nigdzie nie kończy…”.

Czy to były te chwile, w których narodził się w nim poeta?

Przychodzę do Ciebie z deszczem

Z pachnącym snem w butonierce

Przez miasto  strunami szyn

Dachami  przez czarne kominy

I w deszczu tak blisko znów jestem

Że czuję, jak bije Ci serce

Ja Twój jesienny arlekin

Do Ciebie lipcowej dziewczyny.

To jeden z młodzieńczych wierszy Marka Siudyma, aktora znanego  głównie  z ról komediowych. Szczególną popularność przyniosła mu wieloletnia współpraca z Olgą Lipińską w jej telewizyjnym kabarecie, a także szereg seriali, w których od kilku lat występuje. Ma oczywiście dorobek filmowy i dramatyczny, który konstytuuje jego pozycję artystyczną. Marek Siudym jest barwną postacią warszawskiego środowiska artystycznego.

Po ukończeniu Szkoły Teatralnej występował w kabarecie “KUR”. Później współpracował  z STS-em i Teatrem Rozmaitości, ale także gdy przyszły lata chude,  pracował jako warszawski taksówkarz. Jednocześnie zajmował się hodowlą psów “KAWALKADA” i pracował w stajni w charakterze profesjonalnego instruktora a później trenera jeździectwa. Około 20 razy zmieniał mieszkanie. Od kilku lat prowadzi osiadły tryb życia, ma żonę i synka, który jest młodszy od jego wnuka.

Czy wypaliła się już w nim tęsknota za podrożą?  Czy nadal pisze wiersze?

O to będziemy mogli zapytać go w czasie spotkania w warszawskich ogrodach Frascati. Po wysłuchania reportażu Krzysztofa Wyrzykowskiego “Wyprawa na słowiki” Marek Siudym zamierza zaprosić gości – swoich przyjaciół, których obecność będzie niespodzianką dla  publiczności.

30 sierpnia 2006

Stocznia 2005: historia subiektywna  T- 26’, autorka: Małgorzata Żerwe, prowadzenie: Irena Piłatowska

Dokument zawierający elementy archiwalne (lata 50., Grudzień 70, lata 80., Sierpień 80, Stan wojenny), wypowiedzi byłych i obecnych stoczniowców, działania artystów na dawnych terenach stoczniowych. Bogata warstwa dźwiękowa – praca Stoczni o świcie, w dzień i w nocy.

Stocznia 2005: suita industrialna  T- 07’38”

Projekt dźwiękowy zrealizowany wspólnie z Jarosławem Zornem w oparciu

o naturalne dźwięki pracy Stoczni Gdańskiej.

6 września 2006

Co jest za górką? – Spotkanie z Marią Drue , autorka: Alicja Grembowicz

prowadzenie: Irena Piłatowska

Pani Maria – znana pianistka i akompaniatorka, legenda polskiej emigracji

w Londynie, mimo podeszłego wieku prowadzi bardzo aktywne życie i podróżuje po świecie (potrafi na weekend polecieć do USA na premierę ulubionej opery). Jest wciąż otwarta na świat i ludzi. Na stałe mieszka w Londynie, ale ostatnio coraz częściej wraca do Polski i odwiedza bliskie jej miejsca. W audycji opowiada o swoim bogatym, pełnym pięknych i bardzo smutnych zdarzeń życiu.

13 września 2006

Byli sobie, autorka: Hanna Wilczyńska-Toczko, prowadzenie: Irena Piłatowska

Prowadząca Irena Piłatowska i gość - Hanna Wilczyńska Toczko.

II nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Reportażystów i Realizatorów “Dylematy człowieka XXI wieku”. Przepiękna radiowa opowieść o dwojgu kochających się ludziach szczęśliwych w swoim świecie. Ich świat to maleńki drewniany domek na działkach i oni – dla siebie. Żyją z tego, co znajdą na śmietniku. Nie czują się jednak przegrani, bo mają siebie a wokół piękną przyrodę.

20 września 2006

Dwie barwy nadziei, autorka: Grażyna Wielowieyska, prowadzenie: Irena Piłatowska

Miała 26 lat gdy zapadła na chorobę nowotworową. Po paru latach walki, wyszła

z niej zwycięsko. Wyszła za mąż, urodziła córkę, u której, gdy miała dwa lata, stwierdzono białaczkę. Zaczęła się walka o życie dziewczynki. Stres związany z chorobą córki spowodował nawrót choroby u matki. Teraz o swoje życie walczyły obie. Matce udało się po raz drugi – jest zdrowa. Córka umarła. Dziś, choć tak ciężko doświadczona, nie zamknęła się w sobie, nie obwinia losu – znalazła sens życia w pracy na rzecz innych. Pomaga rodzicom dzieci z chorobą nowotworową. Za tę audycję autorka otrzymała I nagrodę w kategorii monologu na Ogólnopolskim Konkursie Reportażu Radiowego “Polska i Świat 1999”.

27 września. 2006

Rogi obfitości , autorka: Dorota Fredro-Boniecka, prowadzenie: Irena Piłatowska

Na południowo wschodnim krańcu Polski, w powiecie krośnieńskim, znajduje się wieś Rogi. Podobnie jak w wielu wsiach, tak i w tej – okoliczne zakłady pracy zostały zlikwidowane. Rolnictwo przestało się opłacać. Chałupnictwo też padło. Mieszkańcy mogli zadowolić się zasiłkami i pójść na bezrobocie. Ale tak nie zrobili, zajęli się biznesem. Powstało 60 firm. Jak mówi jeden z mieszkańców – Marek Klara –  można w Rogach kupić wszystko oprócz samochodu. Mieszkańcy wsi uważają, że człowiek bez studiów jest jak uczeń bez komputera. Jest to dobry przykład jak z niczego można zrobić tak wiele. Są to ludzie, którzy nie lubią marnować czasu na byle co. Są dumni z siebie i ze swojej wsi.

[2] OGRODY LITERACKIE Z BARDAMI – środy o 7 wieczorem

Stanisław Klawe

7 czerwca 2006,  Giełda Satyry Politycznej ,           Marek Majewski  zaprasza autorów – amatorów i zawodowców w każdym wieku i zajmujących się każdym gatunkiem – reagujących na bieżące wydarzenia w kraju i na świecie. To nie musi być kabaret, może być hip-hop, rock, pieśń, wiersz… co kto lubi. Autorom zapewniamy możliwość prezentacji, konfrontacji, także dyskusji warsztatowej, a publiczności najświeższe teksty w autorskim wydaniu.

14 czerwca 2006,   Przybycie Bardów 2006

II etap przesłuchań konkursowych,      udział biorą: Sylwia Stawarz, Michał Konstrat, ukasz Majewski, Paweł Szymański – prowadzenie: Stanisław Klawe

W II etapie przesłuchań konkursowych występują uczestnicy konkursu zakwalifikowani przez jury oraz zaproszeni przez organizatorów konkursu wykonawcy mający już pewne osiągnięcia artystyczne.  Ich zadaniem jest wykonanie 15 minutowego programu autorskiego, a walczą o nagrodę główną, którą jest nagranie płyty CD. Oceniać  ich będzie Jury  w składzie: Anna Kowalska – polonistka, teatrolog, b. kierownik literacki Teatru Nowego, redaktor Mazowieckiego Informatora Kulturalnego (www.mik.mckis.waw.pl )

Stanisław Klawe – bard, kompozytor, wykonawca poezji śpiewanej, satyryk, felietonista tygodnika Wprost.

Marek Majewski – satyryk, autor i wykonawca piosenek, publikuje m.in.w tygodniku Newsweek, współpracuje z TVP.

Kuba Sienkiewicz – autor i wykonawca piosenek, m.in.  do filmów “Kiler” i “Kilerów dwóch”,  lider zespołu Elektryczne Gitary, doktor  neurologii.

21 czerwca 2006

Jubileusz Michała Jagiełły, laudacje wygłaszali: Piotr Wojciechowski, o. Wacław Oszajca,

"Tekstualia' - Żanetta Nalewajk - red. nacz & ATK - wydawca

Tomasz Łubieński,            prowadzenie: Leszek Szaruga

Bard: Jerzy Filar, zapowiadał Stanisław Klawe

Michał Jagiełło był wówczas jeszcze dyrektorem Biblioteki Narodowej, autorem licznych prac naukowych, popularnonaukowych oraz prozy artystycznej, m.in. opowiadań górskich i mikropowieści. Słynie z niezwykłej wrażliwości na problemy kultury, sztuki oraz mniejszości narodowych.

Jerzy Filar to kompozytor i wykonawca m.in. piosenek napi-sanych wspólnie z Jackiem Cyganem (”Samba Sikoreczka”, “Całkiem spokojnie wypiję trzecią kawę”, “I przyjdzie wytrzeźwieć z wielkich miłości”). Ale jest też bezpośrednim, ciepłym i żywiołowym artystą, który do Frascati wniesie, razem z Lidką Danelczyk, nieco góralskich klimatów.

28 czerwca 2006

Biesiada Literacka, poeta – Andrzej Titkow, prozaik – Kazimierz Orłoś,             dramaturg – Ireneusz Kozioł, felieton: Piotr Wojciechowski  , prowadzenie: Leszek Szaruga, Marcin Wolski,  Marek Ławrynowicz oraz Wacław Holewiński, Bard: Stanisław Klawe

Andrzej Titkow jest autorem kilku tomików wierszy, scenarzystą, reżyserem filmów dokumentalnych oraz fabularnych. W 1974 roku otrzymał nagrodę na Warszawskiej Jesieni Poezji. Wykładał m.in. w Instytucie Kultury Polskiej UW, Warszawskiej Szkole Filmowej,  a także na UKSW w Warszawie.

Kazimierz Orłoś to ceniony prozaik, autor słuchowisk radiowych, scenarzysta filmowy, dramaturg, publicysta. Jego najnowsza powieść “Dziewczyna z ganku” ukazała się w kwietniu 2006 roku.

Ireneusz Kozioł to dramaturg i aktor. Współpracował m.in. z Teatrem im.J. Słowackiego w Krakowie, Śląskim Teatrem Lalki i Aktora Ateneum w Katowicach oraz z Teatrem Pantomimy H. Tomaszewskiego we Wrocławiu. Debiutował sztuką “Spuścizna”.  Jest także autorem “Ciućmy”

Stanisław Klawe.  W przeddzień rocznicy urodzin Cz. Miłosza (30 czerwca – w tym roku okrągła 95.) – zdecydował zaśpiewać kilka wierszy wielkiego Poety. To dzięki nim bowiem, ponad trzydzieści lat temu zaczęła się jego  przygoda ze śpiewaniem poezji, a potem z pisaniem własnych ballad i piosenek. Usłyszeliśmy  “Piosenkę o porcelanie”, “Piosenkę pasterską”, “Równinę”, “Kołysankę”. Przy dodatkowym akompaniamencie  wybitnego gitarzysty Marka Walewandera.

5 lipca 2006,

Giełda Satyry Politycznej,Marek Majewski zaprasza – Krzysztof Daukszewicz

12 lipca 2006,      Przybycie Bardów 2006

II etap przesłuchań konkursowych, udział wzięli: Justyna Piotrowska, Alek Berkowicz, , Przemysław Bogusz, Paweł Górski, Krzysztof  Napiórkowski,Michał Rogacki ,prowadzenie: Stanisław Klawe

W II etapie przesłuchań konkursowych wystepowali uczestnicy konkursu zakwalifikowani przez jury oraz zaproszeni przez organizatorów konkursu wykonawcy mający już pewne osiągnięcia artystyczne.  Ich zadaniem było wykonanie 15 minutowego programu autorskiego, a grali o nagrodę główną, którą było nagranie w Domu na Smolnej profesjonalnej płyty CD.

19 lipca 2006

Wieczór wspomnieniowy poświęcony Jerzemu Ficowskiemu, laudacje wygłszalo: Piotr Sommer, Jakub Ekier , prowadzenie: Iwona Smolka, Bard: Grzegorz Tomczak – zapowiadał Stanisław Klawe

W maju 2006 roku pożegnaliśmy Jerzego Ficowskiego, polskiego poetę, prozaika, tłumacza, żołnierza Armii Krajowej, uczestnika powstania warszawskiego. Wieczór wspomnieniowy będzie niezwykłą okazją do upamiętnienia tego znawcy folkloru cygańskiego i żydowskiego,  wybitnego specjalisty od twórczości Brunona Schulza.

Grzegorz Tomczak jest jedną z bardziej znanych postaci polskiej piosenki literackiej, jego piosenki śpiewali też m.in. M. Rodowicz, A. Zaucha, Z. Wodecki, R. Rynkowski i in. W 2001 roku ukazała się jego pierwsza, długo oczekiwana, autorska płyta pt. “Ja to mam szczęście”. Od 2003 roku artysta bierze udział w spektaklach Platformy Artystycznej O.B.O.R.A. Z. Laskowika.

26 lipca 2006

Biesiada Literacka

Marcin Sendecki – poeta, Dagna Ślepowrońska – dramaturg

Marcin Wolski – prozaik, Piotr Gontarczyk – historyk

prowadzenie:  Marek Ławrynowicz, Wacław Holewiński,

Iwona Smolka

Bard: Andrzej Garczarek – zapowiada Stanisław Klawe

Marcina Sendeckiego określa się mianem “poety-rzeczy”. Jest zaliczany do ścisłego grona najwybitniejszych twórców swego pokolenia. Opublikował: “Z wysokości. Wiersze z lat 1985-1990”, “Parcele”, “Muzeum sztandarów ruchu ludowego, “Szkoci dół”, “Opisy przyrody”.

Dagna Ślepowrońska to autorka poematu scenicznego “A” i opublikowanego w “Dialogu” dramatu “Mielonka”. Ta ostatnia sztuka czytana była w Schauspielhaus w Dusseldorfie i Teatrze Polskim w Poznaniu, wydana w języku niemieckim w “Anthologie Polnischer Dramen der Gegenwart”. Artystka wydała także 3 tomiki poetyckie.

Marcin Wolski to pisarz, dziennikarz, satyryk, twórca audycji radiowych, telewizyjnych oraz kabaretów. Autor ponad trzydziestu powieści, a także zbiorów opowiadań, wierszy i tekstów satyrycznych: “Co nam zostało z tych wad”, “Antybaśnie”, “Kabaret nadredaktora”, “Kwadratura trójkąta”, “Trzecia najśmie-jszniejsza”.

Andrzej Garczarek  w latach 70. był jednym z autorów i wykonawców legendarnego magazynu radiowego Macieja Zembatego – Zgryz . W 1981 roku brał udział Przeglądzie Piosenki Prawdziwej w gdańskiej hali “Oliwii”. Zaśpiewał tam swój song pt. “Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał”. Na antenie radiowej Trójki przez 10 lat prowadził “Literacko-muzyczny kantor wymiany myśli i wrażeń”. W 1994 r. otrzymał nagrodę im. Jonasza Kofty za twórczość radiową. Jest autorem wielu znanych piosenek , w swoim dorobku artystycznym ma także trzy książki.

2 sierpnia 2006

Pierwsze urodziny kwartalnika Tekstuali, “Tekstualia” to interdyscyplinarne, wielopokoleniowe pismo łączące zagadnienia związane z literaturą, sztuką i naukami humanistycznymi. Jego wydawcą jest Dom Kultury Śródmieście. A naczelnym redaktorem Żanetta Nalewajk.

9 sierpnia 2006

Koncert artystów Warszawskiej Sceny Bardów

Niedaleko

Piotr Bakal, Andrzej Brzeski, Stanisław Klawe,

Marek Majewski, Jerzy Mamcarz, Ryszard Makowski

Maja Piwońska

zaprasza Stanisław Klawe

Warszawska Scena Bardów to stowarzyszenie grupujące wykonawców tego gatunku twórczości. Jego reprezentanci zaśpiewają swoje najlepsze  utwory w nostalgicznym, ale i satyrycznym koncercie. Gwarancją tego są nazwiska wykonawców i ich twórczość, niezwykle  indywidualna i rozpoznawalna.

Piotr Bakal – jest poetą, autorem, kompozytorem i piosenkarzem, a także organizatorem koncertów i festiwali, tłumaczem, dziennikarzem, autorem audycji radiowych. Od wielu lat organizuje też Przegląd Piosenki Autorskiej OPPA.

Andrzej Brzeski – aktor, autor, kompozytor, piosenkarz. Grał w teatrze, filmach, potem zajął się balladą. Pisze zarówno dla siebie, jak i dla innych wykonawców (m.in. dla Edyty Geppert, Maryli Rodowicz, Krystyny Tkacz). Wykona utwory ze swojego liryczno-satyrycznego recitalu pt. “Gram sam”.

Jerzy Mamcarz – autor, kompozytor, pieśniarz. Jest laureatem m.in. Spotkań Zamkowych “Śpiewajmy Poezję” w Olsztynie i “Old Meeting Folk” w Krakowie.

W latach 1979-1981 występował w “Piwnicy pod Baranami”.  Śpiewa własne teksty, ale też wiersze Z. Herberta.

Andrzej Janeczko

Ryszard Makowski –  autor i wykonawca związany przez 10 lat z kabaretem OTTO, a od 3 lat z Kabaretem Pod Egidą. Jako satyryk współpracuje z audycją “ZSYP” w I programie PR  i “Życiem Warszawy”, jako rockendrollowiec jest liderem zespołu “Ryszard Makowski i Gwiazdy”. Najlepiej jednak czuje się w balladzie.

16 sierpnia 2006

Laboratorium Literackie

prowadzenie: Żaneta Nalewajk i Krzysztofa Krowiranda

Bard: Tomasz Kordeusz

Wokół Laboratorium Literackiego skupieni są twórcy młodej literatury oraz  świetnie zapowiadający się krytycy literaccy.

Tomasz Kordeusz – śpiewający autor i kompozytor. Laureat m.in. OPPA. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie, festiwali piosenki w Opolu i w Sopocie  Na autorski program Kordeusza składają się ballady z ostatnich 10 lat (część znalazła się na wydanej przez Radio Kielce SA kasecie pod tytułem “Ulicami chodzą Aniołowie”). Refleksyjny świat Kordeusza pełen jest opowie-dzianych błyskotliwie historii i tworzonych umiejętnie nastrojów. Kordeusz nie chce zbawiać świata,a tylko przypomina nam, że czasem warto się zatrzymać i zauważyć to, na co z przyzwyczajenia nie zwracano uwagi.

30 sierpnia 2006

Biesiada Literacka

Bożena Keff – poetka, Krzysztof Masłoń – publicysta “Rzeczpospolitej”, krytyk literacki ,  Bard: Jan Jakub Należyty – zapowiada Stanisław Klawe

Stanisław Klawe

Bożena Keff to poetka, polonistka, filozofka, publicystka, tłumaczka. Wykłada na Gender Studies w Warszawie. Wydała m.in. tomik poetycki “Nie jest gotowy”, publikowała swoje teksty na łamach wielu czasopism. Za swoją znakomitą pracę doktorską “Postać z cieniem. Portrety Żydówek w polskiej literaturze” była nominowana do nagrody literackiej NIKE.

Krzysztof Masłoń jest autorem książek “Lekcja historii najnowszej”, “Żydzi, Sowieci i my” oraz wywiadów z pisarzami opublikowanych w tomie pt. “Miłość nie jest nam dana”.

Jan Jakub Należyty – bard, założyciel Teatru „Komiko” im. Jonasza Kofty w Krynicy. Laureat Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1983 roku i Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w roku 1985. Artysta w doskonały sposób interpretuje piosenki wielkich francuskich pieśniarzy takich jak Jacques Brel, Georges Brassens, czy Charles Aznanvour. Śpiewa także swoje piosenki, które zaczął pisać w wieku 16 lat.

6 września 2006

Przybycie Bardów 2006

Koncert Laureaci, laureaci część I

występowali: Arek Knapkiewicz z zespołem, Wiktor Szałkiewicz

Wykonawcy są laureatami Przybycia Bardów z lat 2004 i 2005.

Arek Knapkiewicz “Arkasza” już w latach 90-tych był laureatem różnych konkursów, m.in. Przybycia Bardów. Potem prowadził własny kabaret, gdzie występował, komponował i pisał piosenki. Po otrzymaniu w 2004 głównej nagrody na Przybyciu Bardów nagrał i wydał autorską płytę pt. Faceci na bakier –  piosenki z niej usłyszymy w koncercie.

Wiktor Szałkiewicz – bard z Grodna. Choć ma już na koncie, poza wieloma wy-stępami i rolami aktorskimi, również własne płyty, postarał się wygrać w 2005 Przybycie Bardów, aby nagrać kolejną CD. Efekty tej pracy przedstawi 6 września.

13 września 2006

Przybycie Bardów 2006

Koncert Laureaci, laureaci część II

Wystąpli w nim laureaci Przybycia Bardów 2006.  Z Przemyslawem Boguszem, który otrzymał główną nagrodę. Jak co roku, była  nią pomoc w nagraniu i wydaniu autorskiej płyty CD.

20 września 2006

Jubileusz Jerzego Przeździeckiego

felieton: Piotr Wojciechowski

prowadzenie: Marcin Wolski, Marek Ławrynowicz

oraz Wacław Holewiński

Bard: Wojciech Gęsicki – zapowiada Stanisław Klawe

Jerzy Przeździecki to dramaturg, prozaik, twórca tekstów dla młodzieży, scenarzysta filmowy. W latach 1965-73 wykładał na warszawskiej PWST. Jest autorem licznych sztuk, takich jak: “Garść piasku”, “Brylant”, “Rów”, “Salon Paradis”, “Bunkier”.

Wojciech Gęsicki – laureat I nagrody 12. Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Autorskiej OPPA 90 w Warszawie; I nagrody Spotkań Zamkowych “Śpiewajmy Poezję” w Olsztynie i in. W ciepłych i melodyjnych, a czasem pełnych humoru piosenkach ukazuje świat tęsknoty za przyjaźnią, miłością i delikatnością bez zawiści,  głupoty,  brutalności.

27 września 2006

Piotr Wojciechowski

Biesiada Literacka

Piotr Mitzner – poeta, Jerzy Przeździecki – dramaturg

felieton : Piotr Wojciechowski

prowadzenie: Marcin Wolski, Marek Ławrynowicz

oraz Wacław Holewiński

Piotr Mitzner – poeta, teatrolog, debiutował tekstami poetyckimi na łamach “Kuriera Polskiego” w 1972 roku. Wydał zbiory wierszy: “Dusza z ciała wyleciała”, “Z czasem”, “Podróż do ruchomego celu”, “Zmiana czasu”, “Las”, “Myszoser”, “Pustosz”. Jest autorem scenariuszy teatralnych oraz  tłumaczeń  z języka rosyjskiego.

[3] TANECZNE OGRODY – czwartki o 7 wieczorem. Stałymi punktami programu były:pokaz zespołu tanecznego;– nauka różnych rodzajów tańca;– wolny parkiet dla widzów. Czasem  do tańca grał zespół „W Tango Trio”.

8 czerwca 2006 – czwartek                   19:00       Grupa Tańca Estradowego i Towarzyskiego TAZARO to zespół prowadzony przez Kamilę Guzowską, jest ozdobą konkursów, występów plenerowych a terenie Warszawy i okolic.

15 czerwca 2006 – czwartek                   19:00       Muzyka Mechaniczna

Walce wiedeńskie i inne klasyczne utwory taneczne

22 czerwca 2006 – czwartek                   19:00       Klub Taneczny BOOGIE ROCK  powstał w 1994 r. w Warszawie. Został założony przez Roberta Kuleszę, jednego z propagatorów odrodzonego Boogie Woogie w Polsce. W ponad 10-letniej działalności tancerze z Klubu osiągnęli wiele sukcesów, m.in.: VII i XI miejsce MŚ Holandia 1996, XI miejsce ME Francja 1997, 1/2 Finału MŚ Niemcy 1999, 1/2 Finału Puchar Świata Szwajcaria 2001, III miejsce MŚ Finlandia 2001, I miejsce Puchar Świata Niemcy 2002. Wielokrotni Mistrzowie Polski od 1994 do 2004 r. we wszystkich kategoriach wiekowych: dzieci, juniorzy i seniorzy. Wielokrotni Laureaci Wojewódzkich Przeglądów Zespołów Artystycznych województwa mazowieckiego. Wielokrotni zwycięzcy Turnieju Rock’n’ rolla im. Billa Haleya w Warszawie.

Boogie Woogie tańczono na przełomie lat 20. i 30. w Stanach Zjednoczonych. Do Europy przywędrowało razem z żołnierzami amerykańskimi podczas II wojny światowej. W Polsce od początku lat 50. było bardzo popularne wśród miłośników jazzu, z którego się wywodzi. Tańczono je na prywatkach w czasach peerelu. Od 1990 roku zaczęło odradzać się w Polsce. Boogie Woogie to starszy brat rock’n'rolla.

29 czerwca 2006 – czwartek                   19:00       Zespół Tańca Dawnego ALTA DANZA. Jesteśmy amatorskim zespołem tańca dawnego. W naszym repertuarze znajdują się włoskie, francuskie i angielskie tańce datowane od XIII do XVII wieku. Chociaż zespół nasz jest nowy, jego członkowie tańczyli wcześniej w innych grupach, m.in. w Zespole Tańca Historycznego „Chorea Antiqua” oraz w Bractwie Miecza i Kuszy i razem z nimi występowali na wielu pokazach i turniejach. Wiele tańców prezentujemy w ich oryginalnych choreografiach, pochodzących z traktatów renesansowych i barokowych mistrzów tańca, które w wolnych chwilach staramy się studiować. Naszą wiedzę o tańcu dawnym czerpiemy też z różnych warsztatów tanecznych. Prezentujemy też własne choreografie, tworzone z myślą o konkretnych występach.

W repertuarze mamy:

Branle tańczone są najczęściej w kręgu; żywe, skoczne, pozostawiające miejsce na improwizację, najlepiej wyglądają, gdy wykonuje je duża grupa osób.

Duża część tańców, które prezentujemy, to tańce XVI-wieczne, tańczone na dworach włoskich. Ich choreografie opisane są w traktatach ówczesnych mistrzów tańca, Fabritio Caroso

Niezwykle popularne na dworach europejskich XVI wieku, pawany były czymś więcej niż tylko tańcem. Rozpoczynały się od nich bale, służyły też temu, by tańczący mogli zaprezentować się przed innymi.

Alta Danza prezentuje także tańce z okresu baroku. Przede wszystkim są to kontredanse, tańczone w Anglii od renesansu aż po koniec wieku XVIII, zarówno na zabawach wiejskich, jak i na eleganckich balach.

6 lipca 2006 – czwartek                          19:00       Zespół Tańca Irlandzkiego REELANDIA istnieje od 13 lat – jest jedną z najstarszych w Polsce grup tańca irlandzkiego, od początku związana jest z warszawskim Ośrodkiem Kultury Ochoty.

Dynamiczna i barwna, fascynuje ekspresją ruchu i oryginalnymi choreografiami, które do tej pory miało okazję podziwiać już kilka tysięcy widzów w Polsce i za granicą. W niezwykle bogatym dorobku artystycznym zespół ma pokazy dla Ambasady Irlandii w Polsce, Brytyjskiej Izby Handlowej, Polskiej Akcji Humanitarnej, Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (także Przystanku Woodstock). Gościliśmy na deskach Sali Kongresowej, teatru muzycznego Roma, Teatru na Wodzie, Teatru Rampa, Teatru Ziemi Lubuskiej, krakowskiego Teatru Groteska.

Współpracowaliśmy z Telewizją Polską przy tworzeniu między innymi takich programów jak: „Europa da się lubić”, „Kawa czy Herbata”, „Rower Błażeja”, „Swojskie Klimaty”. Wielokrotnie dawaliśmy wspólne koncerty z takimi zespołami muzycznymi jak: Open Folk, Przylądek, Shamrock, Samhain, Dun An Doras, Czeltic. Od kilku lat regularnie występujemy z najlepszym polskim zespołem grającym muzykę celtycką – Carrantuohill.

13 lipca 2006 – czwartek                        19:00  Pokaz Międzynarodowych Warsztatów Tanecznych                                  JADWISIN 2006

Będzie to finał dwunastodniowych warsztatów tanecznych.40 osobowa grupa Polaków Białorusinów  spotyka    się po raz drugi aby pogłębić własne umiejętności taneczne i nauczyć się nowych styli tanecznych, min: taniec musicalowy, współczesny oraz ludowy.

Pod okiem Oleha Saprończyka ( tancerz i choreograf, Białoruś), Bartka Figurskiego (tancerz i choreograf, Warszawa) oraz Izy Borkowskiej (instruktor i choreograf, Warszawa) młodzi ludzie będą tworzyć pełną ekspresji i radości choreografię, którą będzie można podziwiać w Ogrodach Tanecznych Frascatti.

20 lipca 2006 – czwartek                        19:00       Zespół Tańca Indyjskiego NATARAJA

Pokazy klasycznego tańca indyjskiego Bharatanatyam, teatru kudijattam, tańca ludowego oraz choreografii do muzyki z filmów Bollywood.

Taniec bharatanatyam (bharatanatjam) to jeden z kilku klasycznych odmian tańca indyjskiego. Taniec ten, stosunkowo mało znany w Polsce, podziwiany jest przez widownie na całym świecie. Jest on niezmiernie popularny w Indiach, Anglii, Niemczech, Francji, Finlandii, Szwecji, doskonale znany również w USA czy Kanadzie.

Indyjski taniec bharatanatyam posiada niezwykle bogatą estetykę ruchu, jest pełen wigoru i tajemniczego uroku; stanowi wyjątkową mieszankę kobiecej zmysłowości i subtelnej duchowości.

27 lipca 2006 – czwartek                        19:00       Zespół Tańca Irlandzkiego REELANDIA istnieje od 13 lat – jest jedną z najstarszych w Polsce grup tańca irlandzkiego, od początku związana jest z warszawskim Ośrodkiem Kultury Ochoty.

Dynamiczna i barwna, fascynuje ekspresją ruchu i oryginalnymi choreografiami, które do tej pory miało okazję podziwiać już kilka tysięcy widzów w Polsce i za granicą. W niezwykle bogatym dorobku artystycznym zespół ma pokazy dla Ambasady Irlandii w Polsce, Brytyjskiej Izby Handlowej, Polskiej Akcji Humanitarnej, Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (także Przystanku Woodstock). Gościliśmy na deskach Sali Kongresowej, teatru muzycznego Roma, Teatru na Wodzie, Teatru Rampa, Teatru Ziemi Lubuskiej, krakowskiego Teatru Groteska.

Współpracowaliśmy z Telewizją Polską przy tworzeniu między innymi takich programów jak: „Europa da się lubić”, „Kawa czy Herbata”, „Rower Błażeja”, „Swojskie Klimaty”. Wielokrotnie dawaliśmy wspólne koncerty z takimi zespołami muzycznymi jak: Open Folk, Przylądek, Shamrock, Samhain, Dun An Doras, Czeltic. Od kilku lat regularnie występujemy z najlepszym polskim zespołem grającym muzykę celtycką – Carrantuohill.

3 sierpnia 2006 – czwartek      19:00       Pokaz standardowych tańców towarzyskich w wykonaniu par klasy S

10 sierpnia 2006 – czwartek                   19:00   Zespół STREFA COUNTRY jest pierwszym, najdłużej działającym zespołem tańczącym country w Polsce. Istnieje od 1993 r. Założycielem zespołu była Maryla Czarnecka, a od 1997 do 2004 r. zespół prowadził Robert Roswadowski.. Repertuar zespołu stanowią układy taneczne prezentowane w formie kilku- i kilkunastominutowych miksów oraz ekspresyjnych tańców do pojedynczych utworów współczesnej dynamicznej muzyki country. Na szczególną uwagę zasługuje clogging – step tańczony zarówno z muzyką, jak i bez podkładu muzycznego.

Zespól od lat odnosi liczne sukcesy. Występuje na wielu imprezach country w Polsce: w Krakowie, Sułominie, Szczecinie, Wiśle, Ostrołęce, Polanicy Zdroju, Kaniach Helenowskich, Ustrzykach Dolnych oraz na najsłynniejszym w kraju Pikniku Country w Mrągowie. Uczestniczy w większych i mniejszych imprezach zarówno w plenerze, jak i „pod strzechą”.

Pokazy zespołu są atrakcją na imprezach integracyjnych organizowanych przez obecne na polskim rynku firmy, wśród których są: Netia, Cyfra+, Franke, American Express, Tarkett, Philipe Morris, GlaxoSmithKline, Reader’s Digest.. Strefa Country chętnie bierze udział w imprezach charytatywnych. Corocznie, począwszy od 1998 r. wspomaga „Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy” Jurka Owsiaka.

17 sierpnia 2006 – czwartek                   19:00       Szkoła Tańca Latino JOSSE TORESSA

Artysta pochodzący z Kuby, wirtuoz instrumentów perkusyjnych. Mieszka na stałe w Polsce. Założyciel pierwszej w Polsce orkiestry salsowej. Występując od 20 lat na scenie polskiej współpracował z wieloma gwiazdami estrady (Maryla Rodowicz, Kayah, Ewa Bem, Urszula, Maanam, Ryszard Rynkowski, Stanisław Soyka, Grzegorz Ciechowski, Raz Dwa Trzy i wielu innych). Koncertował i nagrywał z czołówką muzyków jazzowych: z Tomaszem Stańko, Wojciechem Karolakiem, Zbigniewem Namysłowskim, Jarosławem Śmietaną, Leszkiem Możdżerem. Brał udział w ponad 40 nagraniach płytowych polskich wykonawców a także w nagraniach muzyki filmowej (np. „Krew i wino” z Jackiem Nicholsonem, „Bandyta”, „Prawo ojca”). Od ponad 10 lat zajmuje pierwsze miejsce w ankiecie na najpopularniejszego muzyka roku w kategorii „instrumenty perkusyjne”, którą corocznie organizuje najstarsze i najbardziej renomowane czasopismo muzyczne – Jazz Forum. Pełnił funkcję kierownika muzycznego widowiska telewizyjnego „Egzotyczne Lato z Tercetem” (wrzesień 99). Gość kilku znanych programów telewizyjnych jak „Wieczór z Alicją”, „Wieczór z wampirem”, kierownik muzyczny programu „Wieczór z Jagielskim”.

Salsa to nasza wielka pasja! Wnosi w nasze życie bardzo wiele radości !!!Media  nazywają nas ambasadorami kubańskiej salsy w Polsce, bo od lat  staramy się promować nie tylko salsę jako taniec, ale przed wszystkim muzykę ,zabawę, kulturę kubańska w szerokim znaczeniu.

7 września 2006 – czwartek                    19:00       Studio Tańca AKCENT

Założone i prowadzone przez Beatę Mysińską – tancerką i choreografką, współpracującą m.in. z Teatrem Buffo w Warszawie. Zespół AKCENT zdobywa nagrody na konkursach ogólnopolskich i międzynarodowych m.in. w Mikołajkach. Oferuje pokazy taneczne i krótkie show estradowe.

14 września 2006 – czwartek  19:00       Klub Taneczny BOOGIE ROCK  powstał w 1994 r. w Warszawie. Został założony przez Roberta Kuleszę, jednego z propagatorów odrodzonego Boogie Woogie w Polsce. W ponad 10-letniej działalności tancerze z Klubu osiągnęli wiele sukcesów, m.in.: VII i XI miejsce MŚ Holandia 1996, XI miejsce ME Francja 1997, 1/2 Finału MŚ Niemcy 1999, 1/2 Finału Puchar Świata Szwajcaria 2001, III miejsce MŚ Finlandia 2001, I miejsce Puchar Świata Niemcy 2002. Wielokrotni Mistrzowie Polski od 1994 do 2004 r. we wszystkich kategoriach wiekowych: dzieci, juniorzy i seniorzy. Wielokrotni Laureaci Wojewódzkich Przeglądów Zespołów Artystycznych województwa mazowieckiego. Wielokrotni zwycięzcy Turnieju Rock’n’ rolla im. Billa Haleya w Warszawie.

Boogie Woogie tańczono na przełomie lat 20. i 30. w Stanach Zjednoczonych. Do Europy przywędrowało razem z żołnierzami amerykańskimi podczas II wojny światowej. W Polsce od początku lat 50. było bardzo popularne wśród miłośników jazzu, z którego się wywodzi. Tańczono je na prywatkach w czasach peerelu. Od 1990 roku zaczęło odradzać się w Polsce. Boogie Woogie to starszy brat rock’n'rolla.

21 września 2006 – czwartek  19:00       Zespół Tańca Nowoczesnego FLEX

Działa w Domu Kultury Dorożkarnia. Instruktorem i choreografem jest Beata Urbańska. Zespół tworzy krótkie choreografie estradowe pokazywane na konkursach, festiwalach i imprezach plenerowych w całej Polsce. W październiku 2006 roku FLEX będzie reprezentował Polskę na tourne po Japonii.

28 września 2006 – czwartek  19:00       KABARET 41 „Cabaret Club”

Kabaret 41

Kabaret 41 rozpoczął swoją działalność w 1996 roku. Od 2002 roku z zespołem pracują:

Darek Sikorski – opieka artystyczna i reżyseria, Iza Borkowska – choreografia, Paweł Usarek – przygotowanie wokalne

Kabaret 41 zdobywa liczne nagrody na konkursach tanecznych i teatralnych w Polsce i zagranicą. Ostatnie sukcesy to min. I miejsce na Global Education Festival – San Remo 2006 oraz Grand Prix Konkursu ASTERIADA 2006.

Kabaret 41 ma również na swoim koncie liczne występy estradowe, m.in. w  czasie akcji PAJACYK Polskiej Akcji Humanitarnej,  na 135-leciu SPOŁEM, Święcie Róży w Kutnie i Pikniku Rotarian w Łazienkach Królewskich.

Przedstawienie CABARET CLUB to musical przypominający czasy tuż po prohibicji w Stanach Zjednoczonych. Piękne kobiety, wytworni panowie oraz gangster a wszystko w oprawie muzyki swingowej. Dużo tańca, piosenek i świetnej zabawy!

Marcin Wolski i Marek Majewski

Od pretensji instruktorskich wybawiali mnie Jurek Antoszkiewicz i Janusz Mulewicza. Nie pełni rzecz jasna – bo oni zapewniali zabawę. Nie dawali jednak w szczególności na poziomie tańca artystycznego tego poczucia, które miało się w czasie teatralnym piosenkarskim, kabaretowym czy operetkowym – obcowania z wielką klasą.  Ale dzięki Jurkowi i jego chłopcom w czwartek i Januszowi Mulewiczowi z jego orkiestrą z Chmielnej w sobotę  na zakończenie wieczorów mogliśmy za proponować widzom  wolny parkiet dla widzów. Parkiet, który w inne dni wzbogaciłem jeszcze o możliwość godzinnej potańcówki  między końcem imprezy a godziną 22:00 przy muzyce odtwarzanej przez DJ.

Ruszyły także sobotnie KAPELE OGRÓDKOWE Z TAŃCAMI. Tu jeszcze jeden styl, inna nieco publiczność ale zabawa piękna, proletariacka nieco lecz w dobrym, godnym takim rzekłbym przedwojennie socjalistycznym stylu. Wszystkich gości odwiedzających ogródki zapraszamy do tanecznej zabawy przy muzyce na żywo, w towarzystwie Orkiestry z Chmielnej i innych Orkiestr dworskich, czyli takich, co grają na dworze, zapraszanych przez  Janusza Mulewicza.

8 czerwiec 2006      19:00       Taneczne Ogrody

Do tańca gra zespół „W Tango Trio”

10 czerwiec 2006    19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami

Jerzy Antoszkiewicz i „TO i OWO”

17 czerwiec 2006    19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami

Orkiestra z Chmielnej

Jerzy Antoszkiewicz i „TO i OWO”

22 czerwiec 2006    19:00       Taneczne Ogrody

Do tańca gra zespół „W Tango Trio”

24 czerwiec 2006    19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami

Jerzy Antoszkiewicz i „TO i OWO”

29 czerwiec 2006    19:00       Taneczne Ogrody

Do tańca gra zespół „W Tango Trio”

1 lipiec 2006           sobota     19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami – Orkiestra z Chmielnej

Orkiestra z Chmielnej zdobyła swą popularność w latach trzydziestych ubiegłego stulecia.  W latach wielkiego kryzysu lat dwudziestych pojawiło się wielu bezrobotnych muzyków, którzy z braku lepszego zajęcia stworzyli „grupy artystyczne”  i występowali na ulicach miasta zbierając po parę groszy do kapelusza. Formalnie nazwa figurująca w tytule pojawiła się  w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Wydanie pierwszej płyty długo grającej okazało się wielkim sukcesem – już po roku zespół został wyróżniony złotą płytą wydaną pod tytułem „Orkiestra z Chmielnej”. Na repertuar składały się  pieśni podwórkowe o miłości, krwawej zemście, aktualnych wydarzeniach w mieście, w kraju i na świecie oraz najbardziej znane szlagiery z kabaretów i filmów lat trzydziestych.

Obecnie na rynku fonograficznym znajdują się 2 płyty CD: „ Ach, te baby” i „ Jest jedna jedyna”. W repertuarze zespołu są niezmiennie stare tanga, walczyki, poleczki i sztajerki grane  na  instrumentach takich, jak: akordeon, gitara akustyczna, skrzypce, kontrabas, banjola i instrumenty perkusyjne. „City country” to styl, jaki przez lata wypracowała sobie Orkiestra z Chmielnej.

6 lipiec 2006           czwartek  19:00

To i Owo - Jerzego Antoszkiewicza

Do tańca gra zespół „TO I OWO”

Zespół Jerzego Antoszkiewicza “ TO I OWO” – to wspaniała zabawa i możliwość tańczenia przy muzyce rozrywkowej. Szeroki repertuar zespołu  sprawia, iż każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zespół gra, zgodnie ze swoją nazwą TO i  OWO:

- muzykę z lat 20-tych, 30-tych, i 40-tych polską, europejską i amerykańską,

- swing, bluesa, dixi, muzykę country i bluegrass, romanse rosyjskie i cygańskie,

- piosenki z repertuaru Włodzimierza Wysockiego, piosenki starej Warszawy, z kabaretów lat międzywojennych i powojennych,

- piosenki z repertuaru Stanisława Grzesiuka,

- piosenkę francuską i latynoską,

- piosenki z kręgu Blues Brothers.

Muzycy  chętnie dostosują się do życzeń publiczności. Lider „ TO i OWO” Jerzy Antoszkiewicz mówi i śpiewa po angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku. Jest więc okazja zaproszenia na te wieczory  także cudzoziemców.

W zależności od potrzeby chwili z zespołem gra od jednego do trzech muzyków, tworząc odpowiednio TRIO, KWARTET lub KWINTET.W zależności od granej muzyki instrumentami towarzyszącymi mogą być: kontrabas, trąbka, instrumenty klawiszowe, akordeon, perkusja, skrzypce czy puzon.

DUSZĘ   i   BAZĘ  zespołu  “TO i OWO”  tworzą:

Jerzy M. Antoszkiewicz – gitara,  śpiew

Grał w zespołach związanych z klubem „Riviera – Remont”. W Austrii i Niemczech współpracował z zespołami Country, Bluegrass oraz jazzowymi. We Francji zapraszany do współpracy z cygańskimi zespołami  jazzowymi, między innymi z gitarzystą Pierre Ferrel, żyjącym jeszcze  członkiem zespołu „Hot Club de France”. Szef i artysta w kabarecie muzycznym w Paryżu.

Aleksander  Michalski – alto sax, tenor sax, klarnet, flet

Grał w grupach: „ABC”  oraz  „Test”. Długie lata współpracował z orkiestrami jazzowymi i rozrywkowymi w USA i na zachodzie Europy, zaś po powrocie do kraju współpracuje z wieloma zespołami grającymi muzykę swingową, ragtime i dixiland, m.in. z  „Vistula River Brass Band”

czy  „Aleksanders Ragtime Band”.

8 lipiec 2006           sobota     19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami – Orkiestra z Chmielnej

Janusz Mulewicz i Orkiestra z Chmielnej na Frascati 2006

9 lipiec 2006           niedziela  21:00       Wieczór taneczny

10 lipiec 2006         poniedziałek            19:00       W Tango Trio

11 lipiec 2006         wtorek     21:00       Wieczór taneczny

13 lipiec 2006         czwartek  19:00

Do tańca gra zespół „TO I OWO”

14 lipiec  2006        piątek      21.00       Wieczór taneczny

15 lipiec 2006         sobota     19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami – Orkiestra z Chmielnej

15 lipiec 2006         sobota     21:00       Wieczór taneczny

16 lipiec 2006         niedziela  21:00       Wieczór taneczny

17 lipiec 2006         poniedziałek            20:00       W Tango Trio

18 lipiec 2006         wtorek     21:00       Wieczór taneczny

20 lipiec 2006         czwartek  21:00

Do tańca gra zespół „TO I OWO”

21 lipiec 2006         piątek      21:00       Wieczór taneczny

22 lipiec 2006         sobota     19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami – Orkiestra z Chmielnej

22 lipiec 2006         sobota     21:00       Wieczór taneczny

23 lipiec 2006         niedziela  21:00       Wieczór taneczny

24 lipiec 2006         poniedziałek            20:00       W Tango Trio

25 lipiec 2006         wtorek     21:00       Wieczór taneczny

27 lipiec 2006         czwartek  21:00

Do tańca gra zespół „TO I OWO”

28 lipiec 2006         piątek      21:00       Wieczór taneczny

29 lipiec 2006         sobota     19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami – Orkiestra z Chmielnej

29 lipiec 2006         sobota     21:00       Wieczór taneczny

30 lipiec 2006         niedziela  21:00       Wieczór taneczny

31 lipiec 2006         poniedziałek            20:00       W tango trio

Data         Dzień       Godzina   Impreza

1 sierpnia 2006       Wtorek    21:00       Wieczór taneczny

3 sierpnia 2006       Czwartek                 21:00

Do tańca gra zespół „TO I OWO”

4 sierpnia 2006       Piątek      21:00       Wieczór taneczny

5 sierpnia 2006       Sobota     19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami – ORKIESTRA Z CHMIELNEJ

5 sierpnia 2006       Sobota     21:00       Wieczór taneczny

6 sierpnia 2006       Niedziela 21:00       Wieczór taneczny

7 sierpnia 2006       Poniedziałek            20:00       W tango Trio

8 sierpnia 2006       Wtorek    21:00       Wieczór taneczny

10 sierpnia 2006     Czwartek                 21:00

Do tańca gra zespół „TO I OWO”

11 sierpnia 2006     Piątek      21:00       Wieczór taneczny

12 sierpnia 2006     Sobota     19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami – ORKIESTRA Z CHMIELNEJ

12 sierpnia 2006     Sobota     21.00       Wieczór taneczny

13 sierpnia 2006     Niedziela                 21:00       Wieczór taneczny

14 sierpnia 2006     Poniedziałek            20:00       W Tango Trio

15 sierpnia 2006     Wtorek    21:00       Wieczór taneczny

17 sierpnia 2006     Czwartek                 21:00       Do tańca gra zespół „TO I OWO”

18 sierpnia 2006     Piątek      21:00       Wieczór taneczny

19 sierpnia 2006     Sobota     19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami – ORKIESTRA Z CHMIELNEJ

19 sierpnia 2006     Sobota     21:00       Wieczór taneczny

20 sierpnia 2006     Niedziela                 21:00       Wieczór taneczny

21 sierpnia 2006     Poniedziałek            20.00       W Tango Trio

22 sierpnia 2006     Wtorek    20.00       W Tango Trio

23 sierpnia 2006     Środa       20.00       W Tango Trio

24 sierpnia 2006     Czwartek                 20:00       W Tango Trio

25 sierpnia 2006     Piątek      20.00       W Tango Trio

26 sierpnia 2006     Sobota    20.00       W Tango Trio

27 sierpnia 2006     Niedziela                 20.00       W Tango Trio

29 sierpnia 2006     Wtorek   21:00       Wieczór taneczny

Dzień       Godzina   Przedstawienie

Piątek, 1 września 2006          21:00       Wieczór taneczny

Sobota, 2 września 2006         19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami: ORKIESTRA Z CHMIELNEJ

Sobota, 2 września 2006         21:00       Wieczór taneczny

Niedziela, 3 września 2006     21:00       Wieczór taneczny

Wtorek, 5 września 2006        21:00       Wieczór taneczny

Czwartek, 7 września 2006     21:00       Do tańca gra Jerzy Antoszkiewicz i „TO i OWO”

Piątek, 8 września 2006          21:00       Wieczór taneczny

Sobota, 9 września 2006         19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami: ORKIESTRA Z CHMIELNEJ

Sobota, 9 września 2006         21:00       Wieczór taneczny

Niedziela, 10 września 2006   21:00       Wieczór taneczny

Wtorek, 12 września 2006      21:00       Wieczór taneczny

Czwartek, 14 września 2006   21:00       Do tańca gra Jerzy Antoszkiewicz i „TO i OWO”

Piątek, 15 września 2006        21:00       Wieczór taneczny

Sobota, 16 września 2006       19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami: ORKIESTRA Z CHMIELNEJ

Sobota, 16 września 2006       21:00       Wieczór taneczny

Niedziela, 17 września 2006   21:00       Wieczór taneczny

Wtorek, 19 września 2006      21:00       Wieczór taneczny

Czwartek, 21 września 2006   21:00       Do tańca gra Jerzy Antoszkiewicz i „TO i OWO”

Piątek, 22 września 2006        21:00       Wieczór taneczny

Sobota, 23 września 2006       19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami: ORKIESTRA Z CHMIELNEJ

Sobota, 23 września 2006       21:00       Wieczór taneczny

Niedziela, 24 września 2006   21:00       Wieczór taneczny

Wtorek, 26 września 2006      21:00       Wieczór taneczny

Czwartek, 28 września 2006   19:00       Do tańca gra Jerzy Antoszkiewicz i „TO i OWO”

Piątek, 29 września 2006        21:00       Wieczór taneczny

Sobota, 30 września 2006       19:00       Kapele Ogródkowe z tańcami: ORKIESTRA Z CHMIELNEJ

Rozdz. CL – Teatr dla dzieci w każdym wieku.

15 sierpnia 2010

Teatr dla dzieci w każdym wieku. Opis obyczajów…r.CL

W sierpniu zatem królował teatr. Także dziecięcy. A czy jest inny ?  – W zasadzie wszystko, co zdarzało się wokół sceny na Frascati –   było teatrem jeśli zgodzić się na moją definicję tej sztuki, że to skupianie przez agitatora zbiorowej uwagi w celu autotelicznym czyli estetycznym. Zdarzenie bezinteresowne, wolne od doraźnego intersu. Lecz także i ten teatr, który nazywamy dramatycznym rozpoznać można w dwóch postaciach. Pierwszą jest skupienie się artysty na sobie. To wszystko, co nastąpiło do romantyzmu i co zaowocowało rozbudowaniem Instytucji sztuki, która chce rządzić widzem, domaga się uwielbienia i przypisuje sobie prawa wychowawcze.

Poranek Familijny na Frascati

Szczególnie daje się to poznać w teatrze dziecięcym, który w istocie jest teatru esencją. A przynajmniej powinien przedstawiać całą siłę teatralnej magi.

Tu kwiaty śpiewają,  kawałki drewna ulatują nad sceną. Tu dzieją się cuda. Na scenie pojawia się Deus ex machina – i wszystko jest możliwe.

Niestety współczesny teatr  wyrzeka się swej istoty. Dramatyczny teatr dla dorosłych myśli przede wszystkim o sobie. Powstaje dla reżysera, aktora , w najlepszym wypadku dla krytyka, które wmówi ludziom, ż ma się im podobać to co naprawdę się nei podoba.

Dziecinny też. Istotą tearu dziecięcego jest wszakże lalka. Kuliełka i jej animacja. Aktor dziecięcy ma chować się skromnie pozwalając marionetkom sprawiać cuda. Rzadko tak bywa. Coraz rzadziej. Wywodzący teatr dramatyczny z dziecięcego reżyserzy tacy jak Piotr Tomaszuk czy Tadeusz Słobodzianek zabrali dzieciom lalkę. Aktorm natomiast – ofiarowali bezpośredni kontakt z widownią. W rezultacie porobiło się tak, że teatr dziecięcy stał się dorosły. Dzieci też teatralnie – przedwcześnie nam dojrzewały. Wymagały wszak jednego – żywiołowości. Takiej jaka dana był rybałtom czy aktorm komedii Dell arte. Nastąpiło takie dziwne spotkanie, w efekcie którego najlepszym teatrem dla dorosłych spotkanych w ogródku okazał się Białostocki Teatr Lalek w spektaklach , które jak np. nagrodzony na V czy VI Konkursie „Punch” – nie miał już nic wspólnego z dziećmi.

Na Frascati postanowiłem wreszcie przeciąć tę ludyczną więź. Niech dzieci mają to co im się należy a dorośli swoje. Dorośli swoje dostaną w poniedziałki i w trakcie calego konkursowego  festiwalu. Czas dla dzieci był w niedzielę rano. Czas na teatr,  a także i muzykę. O świetne spektakle teatralne zadbała Fiałkowska, pani Irenka Podobas  oporządzała  Poranki familijne dając świetne – Poranki Muzyczne.

I tak powstały niedzielne niezwykle popularne  PORANKI FAMILIJNE.  Był to cykl przedstawień i koncertów dla dzieci w wieku 4-12 lat. Przedstawienia teatralne oparte na bajkach i baśniach oraz pozycjach kanonu lektur szkolnych w wykonaniu aktorów scen warszawskich. Koncerty muzyczne obejmowały zaś podstawowe zagadnienia z dziedziny muzyki i śpiewu, umożliwiają dziecku bezpośredni kontakt z żywą sztuką. Dzieci zapoznawały się z nią w atmosferze zabawy. Imprezy prowadzone są przez profesjonalnych artystów, muzyków i śpiewaków.

Irena Podobas

Pierwszą imprezę 25 czerwca 2006 poprzedziła Parada, którą nazwałem „Małe Dionizje”. Był to uroczysty przejazd kolejką chou-chou mający stać się zarazem formą głośnej reklamy i zaproszenia na Frascati barwnego korowodu dzieci z „Domu na Smolnej” – al. Jerozolimskimi, Marszałkowską, Placem Unii Lubelskiej, Al. Ujazdowskimi, aż do Placu Trzech Krzyży a stamtąd na Frascatii. O wsparcie poprosiłem cyklistów z Klubu na ulicy Andersa. I tak bawiąc dzieci przy okazji zapraszaliśmy mieszkańców na imprezy do naszego parku.[1]

Lato lato – po lecie. Lato w Mieście to specyficzna pora. Pora turystów i wyjazdów. Tęsknoty za wodą i silniejszego może niż w innych porach roku podporządkowania pracy odpoczynkowi. Nawet gdy pracujemy to albo wyjeżdżamy, albo skądś wracamy czasem czekamy na czyjeś odwiedziny. Latem Warszawa pustoszeje, a są przecież miasta ( nie mówię o kurortach) nie stolice choćby takie jak Paryż czy Rzym, które pękają w szwach. Przecież większość z nas najwięcej zwiedza latem. Więc przygotowanie się do lata, otworzenie miasta na turystów, uprzyjemnienie czasu pozostającym i tym, których na wakacje nie stać powinno być bardzo ważnym zadaniem instytucji miejskich. Zadaniem a nie dopustem. A jako dopust traktują aktorzy, animatorzy kultury konieczność letniej obsługi tych nieszczęśników, którym się nie uda wyjechać. Większość teatrów przestaje grać latem czemu się nawet trudno dziwić, biorąc pod uwagę poziom klimatyzacji chociażby takiego Teatru Współczesnego. Domy Kultury na zmianę ze szkołami prowadzą dla najbiedniejszych dzieci akcję nazwaną „Lato w Mieście”.

Pracujący rodzice mogą tu przyprowadzić dziecko do klubu skoro nie stać ich na wakacje. Mało, kto tak naprawdę wie, że ten komunistyczny przeżytek jeszcze funkcjonuje więc akcja Lato stała się takim cichym darmowym przedszkolem, taką „dożywianą” dla kilkudziesięciu wtajemniczonych. W istocie trudno reglamentować takie „dobra”. Starałem się więc o tyle o ile było to w moej mocy zwiększyć ich dostępność i zasięg. Prosiłem by we wszystkich klubach ( podlegały mi trzy) zajęcia takie się odbywały, a również zaproponowalem by ograniczyć do minimum przebywanie w Sali urządzając z dziećmi „zabawy tematyczne” na wolnym powietrzu czy to swego czasu w wolnej przed południem Dolinie Szwajcarskiej pamiętającej tradycje dziecięcej „Małej Szwajcarii” czy teraz na wspaniałej scenie Teatru Letniego na Frascatii. Moje Panie animotorki z trudem rozumiały, co to jest zabawa tematyczna. One wolały, gdzieś dzieci zaprowadzić, gdzie potem mogły siąść sobie w cieniu i oddawać ukojeniu.  Nawiązałęm więc kontakt ze starym harcerskim i zuchowym, druhem Romkiem Holcem, który opracowywał scenariusze najfajniejszych zabaw. Nieoceniony Romek. Ostatnio miał jubileusz  w Tatrze Lalka, w którym od zawsze pracuje. Uczciłem go tymi słowy. Na benefis Romana Holca

Mówimy Roman, a w domyśle  – dzieci !

Roman Holc

Mówimy Teatr, a w domyśle – Holc !

Już lat trzydzieści gwiazda Twoja świeci

W Teatrze Lalka najwspanialej lśniąc !

Aktor, poeta, instruktor i zuch –

Niech żyje Roman – najwspanialszy druh !

Romka widzieliśmy w niejednym niedzielnym przedstawieniu na Frascatii przez całe lato wspomagał też moje kluby organizujące  akcję z cyklu „Lato w Mieście”. Przedpołudniami Scena  na Frascati stała dla nich otworem.

W Ogrodach Frascati odbywały się  imprezy, przedstawienia i warsztaty artystyczne dla dzieci w tym roku prowadzone też  przez białostocki Teatr Narwal. Odbyło się też kilka plenerowych zabaw.[2]

No ale to trwało tylko przez dwa miesiące lata. Choć nie było przeszkód by także we wrześniu nie otworzyć Parku na Frascatii dla dzieci. To z nim wszakże kojarzył mi się całe życie ów labirynt z żywopłotu wyższego nieco od dziecka, w którym pod kontrolą Ojca się błąkałem się po Parku Kultury i Wypoczynku przed … pięćdziesięciu pewnie laty. Tyle dla dzieci – jeszcze co nieco dla starców i młodzieży. Po muzycznych niedzielach, teatralnych poniedzaiłakach, śpiewających wtorkach swoistej barwy nabierały jak je nazwałem:

Epikurejskie Środy w Bardami. CDN


[1] Pierwszym przedstawieniem teatralnym był  „Pan Bimbalon i szalona papuga”          Hocki-klocki, banialuki

To interaktywny, balonowy show, w którym zobaczyliśmy takie atrakcje jak: balonowy pingpong, udawanie lustrzanego odbicia, tańce z balonami, malowanie twarzy, pokaz dużych baniek mydlanych, rysowanie na balonach, balonowe zwierzaki  i pantomimę. Było też familijne karaoke z akordeonem.  No a potem jak zwykle koncert autorski Ireny Podobas , w którym  wystąpił: Rafał Grząka – akordeon, a   Irena Podobas –  fortepian

Wspólne śpiewanie popularnych piosenek dziecięcych. Koncert zrealizowany w formie konkursu z licznymi nagrodami.

2 lipiec 2006           niedziela  11:00       Poranki Familijne

„LEGENDY SKRZATA WARSZAWSKIEGO”- Teatr Łatka występują: Roman Holc, Michał Burbo

Koncert autorski Ireny Podobas „MUZYCZNA OPOWIEŚĆ” występują: J.Krzemińska – flet, I.Podobas – fortepian

9 lipiec 2006           niedziela  11:00       Poranki Familijne – Teatr Gong ”MUMINKOWY KABARECIK” wg T. Jansson. Reżyseria , adaptacja i opracowanie muzyczne Barbara Sienkiewicz. Występują: Zyta Grabowska, Barbara Nowak, Barbara Sienkiewicz

Muminki jak dzieci przeżywają radość, uczą się przyjaźni, szacunku, miłości. Zaproszeni goście do Muminkowej Doliny tworzą zaskakujące sytuacje. Główni bohaterowie (Muminki) przedstawieni są za pomocą dużych lalek – kukiełek, czuwająca nad wszystkim mama Muminka, to żywy plan aktorski, na scenie zobaczymy także lalki marionetki oraz kącik iluzji. Spektakl pełen humoru. Teatr Gong powstał w 1995, założycielką jest Barbara Sienkiewicz. Występują w nim aktorzy zawodowi. Teatr nie ma stałej siedziby.

Koncert autorski Ireny Podobas „FANFARA POWITALNA LATA NA FRASCATI”. Występują: M. Pasek – trąbka, I. Podobas – fortepian

16 lipiec 2006         niedziela  11:00       Poranki Familijne – Teatr Gong, „O DWÓCH TAKICH, CO UKRADLI KSIĘŻYC” wg K. Makuszyńskiego. Reżyseria , adaptacja i opracowanie muzyczne Barbara Sienkiewicz. Występują: Zyta Grabowska, Barbara Sienkiewicz

Adaptacja powieści zaliczanej do kanonu literatury polskiej. Lekki wesoły spektakl rozwijający dziecięcą wyobraźnię. Opowiada o perypetiach dwóch urwisów, którzy uciekli z domu i na własną rękę poznają świat, jego blaski i cienie. Teatr Gong powstał w 1995, założycielką jest Barbara Sienkiewicz. Występują w nim aktorzy zawodowi. Teatr nie ma stałej siedziby.

Koncert autorski Ireny Podobas „SPOTKANIE Z ORYGINALNĄ MUZYKĄ AKORDEONOWĄ”

Występują: R. Grząka – akordeon, I. Podobas – fortepian

23 lipiec 2006         niedziela  11:00       Poranki Familijne – Teatr Łatka  ”MORSKIE OPOWIEŚCI”. Występują: Michał Burbo, Roman Holc. Spektakl opowiada stare, polskie historie: o toruńskich piernikach, o Juracie – córce króla Bałtyku oraz legendę o powstaniu Latarni Morskich.

Koncert autorski Ireny Podobas „O CZYM SZUMIĄ WIERZBY W ŻELAZOWEJ WOLI”. Występują: I. Podobas – fortepian

30 lipiec 2006         niedziela  11:00       Poranki Familijne

„FERDYNAND WSPANIAŁY” – Teatr Michałek

Występują: Mikołaj Klimek, Karol Stępkowski, Ireneusz Dydliński . Spektakl opowiada o psie Ferdynandzie, który u boku pana śni, aby zostać człowiekiem. A przesłanie mówi, że każdy ma prawo śnić i marzyć.

Koncert autorski Ireny Podobas „ZABAWA Z MUZYKĄ KLASYCZNĄ NA JAZZOWO”. Występują: M. Riege – fortepian, I.Podobas – fortepian

6 sierpnia 2006       Niedziela                 11:00       Poranki Familijne – Teatr Łatka „SKARBY WNĘTRZA ZIEMI”  Występują: Aneta Pałęcka, Roman Holc

Wraz z bohaterami przenosimy się do Żółtej Krainy Siarki. Dowiadujemy się, co to jest siarka i skąd pochodzą zapałki, materiały wybuchowe, a nawet zabawki.  Jesteśmy również w Czarnej Kopalni Węgla, gdzie Skarbnik – opiekun górników – spotyka górnika Śmierdziorobótkę.  Na koniec przenosimy się do kopalni soli w Wieliczce.

Koncert autorski Ireny Podobas „TRĄBKA W WOJSKU” Występują: M. Pasek – trąbka, I. Podobas – fortepian

13 sierpnia 2006     Niedziela                 11:00       Poranki Familijne – Agencja Artystyczna Bajlandia z Rzeszowa  ”BAJKA O SMOKU I KRÓLU LENIUCHU”. Występują: Agnieszka Cząstka, Katarzyna Słomska, Paweł Wiśniewski

Bajlandia Rzeszów to bogactwo walorów plastycznych i muzycznych oraz wspaniała zabawa i lekcja szlachetnych zasad. Łatwość nawiązywania kontaktów z dziećmi przez artystów sprawia, że jest to przedstawienie, które na długo zapada w pamięć.

Koncert autorski Ireny Podobas „NARODZINY PIOSENKI – SPOTKANIE Z KOMPOZYTOREM”. Występują: M. Riege – fortepian, I. Podobas – fortepian

20 sierpnia 2006     Niedziela                 11:00       Poranki Familijne – Teatr MER z Łodzi, „JACEK i PLACEK” . Występują: Ewa Mróz-Cisz, Maciej Piotrowski, Marcin Truszczyński

To ciepła opowieść o chłopcach uciekających od codziennych obowiązków w poszukiwaniu beztroskiej krainy marzeń. Spotkania z bobrem, pelikanem, osłem czy kobietą na wzgórzu, uczą dzieci szacunku do pracy, miłości do bliskich i tego, że „nie wszystko złoto, co się świeci”. Po powrocie do domu bohaterowie chętnie się uczą, pomagają matce, a przy pracy nucą: „Nie trzeba aż księżyca z nieba kraść, żeby się prawdą stała najpiękniejsza baśń”.

Spektakl zrealizowany przez aktorów Teatru Lalek „Arlekin” z Łodzi, wyróżniony został na Światowym Festiwalu Teatrów Lalek Praga 2004. Jest grany w 4 technikach lalkowych, urozmaicony 12 piosenkami – adresowany do młodszej widowni dziecięcej w wieku 5-9 lat.

Koncert autorski Ireny Podobas „TANGO NA AKORDEONIE”, Występują: R. Grząka – akordeon, I. Podobas – fortepian

27 sierpnia 2006     Niedziela                 11:00       Poranki Familijne – Teatr MER z Łodzi, „PINOKIO”. Występują: Marcin Truszczyński, Mieczysław Dyrda

Pinokio to niezwykły pajacyk, który potrafi mówić, poruszać się i myśleć. Wyrzeźbiony z drewna przez dobrego Dżeppetto, przysparzał mu nie mało kłopotów i przykrości, aż w końcu opuścił go i poszedł w świat. Spotkało go tam mnóstwo, nie zawsze miłych, przygód, które go jednak wiele nauczyły, i które z pewnością również Wam dadzą dużo do myślenia.

Spektakl został zrealizowany przez dyplomowanych aktorów Teatru „Arlekin” z Łodzi. Grany jest w czterech technikach lalkowych i urozmaicony jest czterema piosenkami. Adresowany do młodszej widowni dziecięcej (4-10 lat).

Koncert autorski Ireny Podobas „WARSZAWSKI KATARYNIARZ NA FRASCATI”, Występują: P. Bot – katarynka, I. Podobas – fortepian

Niedziela, 3 września 2006     11:00       Poranki Familijne: Teatr Wariacja „ZACZAROWANY FLET”, wyst.: Anna Kaźmierowska, Lidia Sycz, Jakub Ehrlich,

Teatr Wariacja, w ramach projektu „Opera dla najmłodszych”, realizuje klasyczne opery w wersji uproszczonej dla najmłodszej publiczności.

W Czarodziejskim flecie Wolfganga Amadeusza Mozarta głównymi postaciami są: książę Tamino, księżniczka Pamina oraz Papageno – nadworny ptasznik Królowej Nocy. Tamino otrzymuje w darze tytułowy „czarodziejski flet” od Królowej Nocy. Zadaniem fletu jest obrona Tamino w sytuacji zagrożenia podczas uwalniania pięknej księżniczki, porwanej przez Sarastro – Króla Świątyni Słońca. Po wielu, wielu przygodach (próbie milczenia, walki z ogniem, wodą) Tamino i Papageno odnajdują w końcu księżniczkę. Baśń kończy się szczęśliwie zaślubinami Paminy i Tamino w Świątyni Słońca.

Koncert autorski Ireny Podobas „ZAPRASZAMY PRZESZKADZAJKI, BY ZAGRAŁY RAZEM Z DZIEĆMI”, wyst.: I. Podobas  i jej goście

Niedziela, 10 września 2006   11:00       Poranki Familijne: Teatr Własny „WIERSZOBRANIE”, wyst.: Grzegorz Stanisławiak

Spektakl Wierszobranie  to wędrówki teatralne po utworach Jana Brzechwy, Juliana Tuwima i Wandy Chotomskiej. Wierszobranie to odkrywanie świata poezji i teatru, ale także dobra, wesoła i rozwijająca zabawa!

Koncert autorski Ireny Podobas „Z AMERYKI DO POLSKI – JAZZ NA AKORDEONIE”, wyst.: R. Grząka – akordeon, I. Podobas – fortepian

Niedziela, 17 września 2006   11:00       Poranki Familijne: Teatr Fantazja „STARODZIEJE”, wyst.: Jolanta Fijałkowska, Justyna Zbiróg, Wojciech Kobiałka, Jerzy Pożarowski, Bogusław Parchimowicz

Z wielkiej pomroki dziejów wyłoniło się Państwo Polskie. Jak było na początku – trudno dziś na to odpowiedzieć. Czy naprawdę żyli trzej bracia: Lech, Czech i Rus? Jaki mógł być Popiel, Krak? Wanda, co nie chciała Niemca? Jak było w Państwie Polskim za rządów Piasta Kołodzieja? Mamy nadzieję, że spektakl „Starodzieje” przybliży dzieciom historię i zwyczaje w dawnej Polsce.

Koncert autorski Ireny Podobas „POLONEZY I MAZURKI – POLSKIE TAŃCE NA 3/4″, wyst.: I. Podobas i jej goście

Niedziela, 24 września 2006   11:00       Poranki Familijne: Krakowski Zespół Muzyczny KOP „KOZIOŁEK NIEMATOŁEK”, wyst.: Dorota Bojno, Robert Lech

Koziołek mówi bardzo niewyraźnie i niepoprawnie dobiera słowa, przez co nie może  porozumieć się z otoczeniem. Sowa uczy go poprawnej wymowy i dobierania  właściwych słów. Piosenki przedstawione w spektaklu, związane tematycznie z  rozgrywającą się akcją, są m.in. pretekstem do ćwiczenia dykcji.

Koncert autorski Ireny Podobas „WARSZAWSKI KATARYNIARZ ŻEGNA LATO NA FRASCATI”, wyst.: P. Bot – katarynka, I. Podobas – fortepian

[2] „Sienkiewicz pod Grunwaldem”  zabawa tematyczna (Ogrody Frascati) (17.07.06)           130  ( liczba uczestników)„Kopciuszek” przedstawienie teatralne  (Ogrody Frascati) (18.07.06), „Japońska baśń o dobrym sercu” przedstawienie teatralne,  (Ogrody Frascati) 25.07.06), „Pinokio” przedstawienie teatralne, (Ogrody Frascati) (1.08.06),„Nauka poszła w las” Jan Brzechwa-spektakl teatralny (Ogrody Frascati) (8.08.06

Rozdz.CXLIX – Muzyka z ducha teatru

7 sierpnia 2010

Muzyka zdominowała teatr ( zdominowala ? wszak tragedia narodzona zdaniem Nietschego „z ducha muzyki”) – tak dalece, że gdym szukał pomysłu na Otwarcie Finału Konkursu Teatrów Ogródkowych trudno już było mi znaleźć coś lepszego niż zaproponawny przez Aleksandra Czajkowskiego-Ładysza koncert w wykonaniu jego, brata i skłonnego jeszcze wystąpić publicznie ich uwielbianego Ojca Bernarda.

Ostatni sezon na Frasacatii to był prawdziwy triumf muzyki. Opowiadałem, że Aleksander Ładysz pojawił się u mnie w momencie, gdy scena na Frascatii zaczęła spełniać warunki elegancji niezbędnej dla kontakt z … tzw. Podkasaną Muzą. No tak, ale to co w dziewiętnastym wieku było „podksane” w dwudziestym pierwszym okazało się niejednokrotnie, aż nadto „doubrane”. Pierwszy kontakt z prawdziwą operetką to było przybycie Eli Ryl-Górskiej – jeszcze do Doliny Szwajcarskiej. Co mnie już  wówczas zszokowało to to przeistoczenie: poczwarki w motyla, ta co by nie mówić – istota teatru, o której teatr współczesny od czasu meiningeńczyków tak głupio zapomina. W Dolinie było jeszcze bardzo skromnie lecz, gdy wkroczyła doń Ela na namiotowej linie zawisnąć musiało lustro, a za artystką wkroczyła przyjaciółka wnosząc kreacje Divy. Do każdego numeru inną. Z plecami wyciętymi, aż po dól kręgosłupa. Olśniewające i stosowne niczym ubranie Hery – zazdrosnej żony Zeusa: też nie najmłodszej pani.

Ivo Orłowski

Gdy więc nadchodził kolejny sezon na Frascati zadbałem bardzo o garderoby. Za odnowioną sceną przytuliłem jedną z jeszcze moich własnych, a  wykorzystywanych dotąd przez widzów altan dla 30 osób. Udałem się osobiście do Teatru Roma, gdzie za jakieś grosze odkupiłem będące u nich demobilem toaletki garderobiane. Miałem poczucie, że daję teraz Eli Górskiej i jej kolegom możliwość skorzystania z tych samych może mebli, którymi posługiwali się w czasach swej młodości, gdy obecny Teatr Muzyczny Roma był jeszcze operetką.

Frascatii zaczynało bowiem spełniać rolę miejsca wypełniającego dotkliwą pustkę na mapie kulturalnej stolicy jaką było znikniecie z niej Teatru Operetkowego. Trudno oczywiście podważać sensowność kierunku w jakim poprowadził teatr na Nowogrodzkiej Wojciech Kępczyński,  którego talent organizacyjny dane mi było podziwaić jeszcze gdy z Teatrem Kochanowskiego z Radomia pojawił się na konkursie w Dziekance. Nie ulega wątpliwości, że Teatr Operetkowy nie wytrzyma dziś kosztów budynku i administracji generowanych przez lokal z Nowogrodzkiej. Nie ma też nań, aż takiego popytu jak na musichalle,  które wypromował specjalista od zarządzania teatrem w gospodarce rynkowej jakim jest Kępczyński.

Nie znaczy to jednak by na taki teatr w ogóle popytu nie było. Kiedy wstęp był darmowy frekwencja szła w setki  osób. Ale to wcale nie znaczy, że sięgała zenitu rzecz bowie w tym, że teatr operetkowy, któr z jakichś powodów uwielbiała komunistyczna elita władzy jest miejscem snobistycznym, wymarzonym dla wszystkich nuworyszów, którzy mają w nim okazję odziać się i klejnotami ozdobić. Aleksader Ładysz wnet dowiódł, że ogródkowe sukcesy Ryl Górskiej można łatwo powtarzać tym bardziej, iż nie mający gdzie występowac w Warszawie bardzo wybitni śpiewacy koncertujący za granicą, a pracujący w Łodzi czy w Krakowie, gdzie jeszcze operetki funkcjonują chętnie i niezbyt drogo, dla samej przyjemności spotkania warszawskiej publiczności występowali.

Środowisko operetkowe zgodnie naturalnie nie żyje. Zorientowalem się szybko, że funkcjonują w nim przeróżne koterie i frakcje. Jedna skupiona wokół przewodniczącej sekcji operetkowej ZASP pani Danuty Rentz czy Ivo Orłowskiego,  przyjaciół Eli Górskiej skupionych wokół  podkowiańskiego salonu Edka Ipnarskiego. Wreszcie Olka Ładysza, Małgosi Kubali i ich towarzystwa.  Na koniec tych, którzy z Włodzimierzem Izbanem na czele – znaleźli przłożenie na marszałka mazowieckiego sejmiku i doprowadzili do stworzenia impresaryjnego Teatru Operetkowego.

Dopiero na Frascatii zrozumiałem jak od dziewiętnastowiecznego teatru ogródkowego do dziewiętnastowiecznej operetki – blisko. Coś w tym zresztą było, że Ela Górska spiewał dla mnie, jak już opowiadałem, w tym samym magicznym miejscu, w którym: 31 lipca 1927 r. koncertowal jej matka „Utalentowna śpiewaczka p. Marja Prażmówna uczennica szkoły śpiewu p.

Sobolewskiej występowała ostatnio z dużym powodzeniem w „Dolinie Szwajcarskiej.

Teatr jaki utrzymywała komuna jest dziś nierealny, może nawet i codzienne spektakle trudne do postawienia, jednak – czułem to: gdyby mi się udało storzyć parkową instytucję byłoby w nim miejsce dla plenerowego teatru, pawilonu, może wzorem greckich terenów gry dwóch scen: mniejszej – dramtycznej i większej potrzebnej dla Odeonu. Takim w każdym razie Odeonem stawało się w letnim sezonie 2006  Frascatii już  w każdą  niedzielę.

MUZYCZNE OGRODY – ten cykl koncertów z udziałem gwiazd muzyki operetkowej, musicalowej i estradowej współtworzyła też z kołem operetkowym ZASP pani Danuta Renz . Artyści-śpiewacy scen polskich swoimi talentami, urokiem i pięknymi głosami wzbogacali ofertę kulturalną Ogrodów Frascati. Repertuar to przede wszystkim niezapomniane przeboje operetkowe: piękne melodie i miłosne duety, a także hity musicalowe oraz pieśni i piosenki. A wszystko w mistrzowskim wykonaniu zarówno młodych, ale już rozchwytywanych artystów, jak i mistrzów, którzy na stałe wpisali się w naszą pamięć.

Dwa, nota bene droższe i silniej repertuarowo obsadzone, no ale tylko dwa spektakle zatytułowane „Operetki czar” zorganizował pani Renz z Ivo Orłowskim w ramach działalności koła operetkowego ZASPU. Na jednym spektaklu było 848, na drugim 1220 osób.

Resztę wyczarował Pan Aleksander Ładysz, który  do mojego wkładu dodał  własnych sponsorów. I odtąd każda niedziela abyła sukcesem. Średnia frekwencja  kształtował się w granicach 500 osób. [1]

Koncert „Trzech Ładyszów na Frascatii” – szósty bodaj z cyklu niedzielnych „Muzycznych Ogrodów” odbył się także w niedzielę inaugurując Wielki Finał XV Konkursu Teatrów Ogródkowych. To było 20 sierpnia, a koncert stał się swoistym mariażem Teatru z Operą, theatronu i odeono czy Melpomeny i Polihymni.

Aleksander Czajkowski-Ładysz, Bernard Ładysz, Zbigniew Adam Ładysz;

I znów poszalałem „poetycko” – bawiąc się z mniej więcej czterema tysiacami widzów ( coraz większe w rachunkach przybliżenie) w operowe dogadywanie.

Ten Ogród stary żyje znów

Gdy Bernard wraz z synami

Przyszli kobiecych żądni głów

Zachwycać was – ariami

W Ogródku teatr, basy dwa

Baryton i muzyka

Boicie się?  - Zapewne nie …

Mnie jednak trwoga chwyta

Bo gdy z synami śpiewa Tata

Frascati w niebo wzlata

Boicie się – raz jeszcze pytam.

- Nadchodzi Ładysz – czmycham.

W trakcie tego niezwykłego spotkania z legendarnym basem polskiej Opery, który jako pierwszy polski artysta został zaangażowany do partii solowej w kompletnym nagraniu opery przez wielką światową firmę fonograficzną „Columbia”, gdzie obok Marii Callas wystąpił m.in.  w nagraniu Łucji z Lammermooru pod dyrekcją Tullio Serafina –  dwaj synowie ( z różnych małżeństw) ilustrowali swym śpiewem  sławę Ojca, który od czasu do czasu wspomagał ich swym basem. Wystąpili zatem: Bernard Ładysz – bas, Aleksander Czajkowski-Ładysz – bas, Zbigniew Adam Ładysz – baryton, Andrzej Płonczyński akompaniował na fortepianie.

Program koncertu to kontynuacja hitu wydawniczego i artystycznego „A To Polska Właśnie” z udziałem Bernarda Ładysza z synami. Z koncertu powstała płyta CD, na której znajlazły  się najbardziej znane i lubiane melodie w wykonaniu tych trzech artystów.

Koncert ten to znakomita lekcja historii, zilustrowana muzycznie, a zawarte w nim utwory stanowią doskonały materiał dydaktyczny dla wszystkich pokoleń.

I tak zaczał się w poniedziałek, 21 sierpnia 2006     19:00 XV Konkurs Teatrów Ogródkowych. Trwał przeszło tydzień w czasie którego, cykliczne imprezy zostały zawiezone. Teat królował aż do 28 sierpnia, kiedy na finale wystąpi Maria Peszek ze swoją Miast-Manią. Jednak we wrześniu wszystko wrócił do normy.

Bernard Ładysz & ATK

Wróciły też niedzielne MUZYCZNE OGRODY  3 września 2006  odbył się Recital Ksylofonowy Macieja Świnogi.[2] Występ w pozytywnym znaczeniu słowa – powalił kompletnie. Ksylofin czyli cymbały to przecież instrument w Polsce (chciałoby się za Mickiewiczem powiedziec Polszce) niemal zapomniany. To słowo kojarzy mi się jednynie z … Jankielem. Postanowiłem więc – tym razem na koniec uczcić młodzieńca taką fraszką.

Było cymbalistów krocie

Ale żaden z nich nie śmie

Zagrać przy Świnodze

Maciej z Ojcem i Matką

W ksylofon się bawi

I w Ogrodach Frascatii

Muzyką się wsławił

Stwierdzam, że na tym instrumencie

Mało kto mu dorówna

W guście i w talencie.

10 września 2006 koncert nawiązywał do tragedii z 11 września i straszliwej powodzi, która tego roku nawiedziła stolice jazzu Nowy Orlean. W koncercie:”Memory” wystąpili: Anna Gębalówna, Małgorzata Kubala, Mariusz  Borzyszkowski, Roman Kogut, Aleksander Czajkowski-Ładysz jak zwykle – śpiewał i  prowadził a Andrzej Płonczyński grał na fortepianie.

W trakcie koncertu zapaliliśmy wszyscy razem światełka pamięci i SOLIDARNOŚCI z niewinnymi, którzy tego strasznego dnia zginęli…

17 września 2006 – Jeszcze raz, który to już ? Bodaj czwarty koncert Elżbieta Ryl-Górska i jej gości. Prowadziłem ten wieczór choć i – jak wszyscy to wszyscy babcia też, postanowiem i Elżbietę upamiętnić melrecytatywnem  epigramatem:

Elżbieta Ryl-Górska na Frascati - 2006

Usta milczą, dusza  śpiewa

Ptaków tryll

Kto z Frascati nie pamięta

Panny Ryl

Kiedy z gór nadreńskich

Gna Ryl-Górską czart

Wszystko mówi mi,

Że koncert – grzechu wart

Zawołałem na początku koncertu.

24 września 2006 odbył się koncert: „Do usłyszenia za rok”, w którym znów występli: Małgorzata Kubala – sopran koloraturowy i Aleksander Czajkowski-Ładysz – bas .jak zwykle  prowadził.

Koncert życzeń najpiękniejszych arii, pieśni i duetów, które wykonywane były przez kolejne niedziele.

No i na tym koniec, czy muzyczny prawie  koniec. Czekał nas jeszcze Wielki Finał, którego pomysł zaczął rodzić się dopiero we wrześniu, a finał ten okaże się wielkim „tutti” kabaretowych, peretkowych i dziecięcych imprez.

Bo jeszcze tylko o dziecięcych imprezach nie wspominałem. A i one rozrosły się tego roku wspaniale.

CDN


[1] 11 czerwca 2006 na koncercie  inauguracyjnym Muzycznych Ogrodów 2006 występowały: Elżbieta Ryl-Górska – sopran, Małgorzata Kubala – sopran koloraturowy, Andrzej Jaworski – tenor,            Adam Sychowski – fortepian,            prowadzenie: Aleksander  Czajkowski-Ładysz

Na początek naszych Muzycznych Ogrodów przedstawiliśmy wieczór najpiękniejszych arii, pieśni i duetów. Gościem specjalnym wieczoru była wieloletnia gwiazda Warszawskiej Operetki pani Elżbieta Ryl-Górska. Oglądało spektakl :346 osób

18 czerwca 2006 koncert zatytułował Pan Aleksander: ”Trzy Słowiki w hołdzie Bognie Sokorskiej. Występiły: Ewelina Hańska – sopran, Małgorzata Kubala – sopran, Grażyna Mądroch – sopran,  Aleksander Czajkowski-Ładysz – bas, Adam Sychowski –             fortepian, prowadzenie: Aleksander Czajkowski-Ładysz

Był to pierwszy koncert z cyklu imprez pod patronatem małżonki Prezydenta RP pani Marii Kaczyńskiej, zaplanowanych w tym roku w Warszawie i miejscowościach podwarszawskich  pod wspólnym tytułem Pamięci Bogny Sokorskiej – niezapomnianej artystki, wybitnej śpiewaczki i pedagoga “Słowika Warszawy”. Na program koncertu złożyły się arie i pieśni z repertuaru Bogny Sokorskiej w wykonaniu uczennic wielkiej Maestry. Program oglądało 546 osób.

Nieco mniej bo „tylko” 233 osób przybyły 25 czerwca 2006 wysłuchać recitalu fortepianowego Jędrzeja Lisieckiego. Ten absolwentem Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w klasie Prof. Piotra Palecznego to laureat wielu krajowych i międzynarodowych konkursów. Brał udział w kursach pianistycznych Haliny Czerny-Stefańskiej, Sergiusza Dorenskiego, Viktora Makarova oraz Vladimira Kraineva. Był stypendystą Ministra Kultury i Sztuki oraz Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci. Posiada szeroki repertuar od baroku do utworów współczesnych. Współpracuje również kameralistycznie ze śpiewakami dając koncerty w kraju i zagranicą.

Koncert wykonany po południu tego samego dnia, gdy w Łazienkach pod Pomnikiem Choina można bez żadnego jednak przeciwdeszczowego zabezpieczenia słuchać Koncertów Chopinowskich uświadomił mi, że target odbiorców muzyki poważnej w nieco mniej od filharmonii podniosłym nastroju – bynajmniej nie jest jeszcze w Stolicy wyeksplorowany.

No a 2 lipca 2006 odbyła się  Wielka gala – Viva Moniuszko.Z gościem  specjalnym – Panią Marią FOŁTYN, Małgorzata Kubala – sopran koloraturowy, Piotrem Kaczmarkiem  – tenor, Aleksander Czajkowski-Ładysz – bas, Michał Szopski – baryton, Roman Ziemlański – gitara,  Adam Sychowski – fortepian

Koncer, który prowadzili: Małgorzata Kubala i            Aleksander Czajkowski-Ładysz był połączony z promocją wystawy poświęconej kompozytorowi Opery Narodowej Stanisławowi Moniuszce  z udziałem i pod Patronatem Pani Marii Fołtyn. Moniuszki  Marii Fołtyn. Wielka Gala – Viva Moniuszko odbywała się pod patronatem Prezydenta Miasta Stołecznego Warszawy oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Przybyło 745 osób.

9 lipca 2006           W programie pani Renz „Operetki czar”           występowaly: Ewelina Chrobak-Hańska, Małgorzata Długosz, Paweł Lipnicki, Witold Matulka, Mirosław Wójciuk            prowadziła : Danuta Rentz, a na widowni zasiadły 848 osoby. Zaś 16 lipca 2006 w drugiej części tego konceru wystąpiły: Joanna Białek, Marta Poliszot, Danuta Renz, Ivo Orłowski, Mateusz Zajdel, Janusz Żełobowski, prowadziła : Danuta Rentz a oklaskiwało artystów 1220 widzów.

660 osób przybyło 23 lipca 2006 na „Canto y gitara” z udziałem: Doroty Lachowicz – sopran, Andrzej Jaworski – tenor, Janusz Raczyński grającego na gitarze.

Gitara i głos od setek lat stanowi kanon brzmienia ballady, pieśni i  pieśni miłosnej. Najczęściej kojarzy się z Hiszpanią, corridą i gorącymi rytmami. W naszym koncercie słuchaliśmy nie tylko wirtuozowskich wykonań gitarowych, ale też pięknych pieśni i ballad, zarówno tych znanych jak i tych, które kojarzą się z zupełnie innym instrumentarium.

30 lipca 2006 na wieczór z  Izabellą Kłosińską przybyło 720 osób. Gwaizda wieczoru to czołowa solistka Teatru Wielkiego w Warszawie. Studiowała w warszawskiej Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej, gdzie uzyskała dyplom z wyróżnieniem i nagrodę im. Kazimierza Czekotowskiego. Występuje w wielu przedstawieniach operowych, śpiewając m.in. partie Roksany w “Królu Rogerze” Szymanowskiego, Micaëli w “Carmen” Bizeta, , Paminy w “Czarodziejskim Flecie” Mozarta, Mimi i Musetty w “Cyganerii” Pucciniego, Hanny w “Strasznym dworze” Moniuszki, Hrabiny w “Weselu Figara” Mozarta, Violetty w “Traviacie” Verdiego, Ewy w “Raju utraconym” Pendereckiego, Małgorzaty w “Fauście” Gounoda, Xeni w “Borysie Godunowie” Musorgskiego,  Leonory w “Mocy przeznaczenia” i Elżbiety w “Don Carlosie” Verdiego, Tatiany w “Eugeniuszu Onieginie” Czajkowskiego, Frei w “Złocie Renu” Wagnera, Sophie w “Wertherze” Masseneta, Sophie w “Kawalerze Srebrnej Róży” Richarda Straussa i Aldony w “Litwinach” Ponchiellego.

6 sierpnia 2006 znów niezawodne „Polskie Trio” czyli: Małgorzata Kubala – sopran koloraturowy,  Aleksander Czajkowski-Ładysz – bas i  Andrzej Płonczyński – fortepian

Na repertuar TRIO składają się najlepsze i lubiane utwory muzyki polskiej. Wykonano arie, pieśni i piosenki polskie, oraz znane i lubiane utwory z repertuaru światowego. Artyści traktują – “Con amore” polską pieśń artystyczną, śpiewają ja i popularyzuja „z czułością” – widząc, że wciąż za mało jest popularyzowaną. Oryginalne, własne programy TRIA powstają na kanwie muzyki i literatury. Kubala i Ładysz nie tylko śpiewają ale i recytują też –  nawiązując dialog ze słuchaczami. Ideą takich koncertów jest jakże potrzebne w Ogrodach – wspólne muzyczne biesiadowanie. W tej zabawie wzięło udział malutko, „tylko” 300 osób.

Za to 13 sierpnia 2006  – zważmy, że „kanikuła” w pełni – czterysta osób przybyło na koncert: „Viva Strauss”, w którym wystąpiła: Ewelina Hańska – sopran, Małgorzata Kubala– sopran koloraturowy, Piotr Kaczmarek – tenor, Aleksander            Czajkowski-Ładysz – bas, Adam Sychowski – fortepian

Usłyszeliśmy słynne walce wiedeńskie w brawurowym wykonaniu wspaniałych solistów. A Ogrody Frascati wypełniła  atmosfera XIX wiecznego roztańczonego i rozśpiewanego Wiednia.

[2] To uczeń Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych im. F. Chopina w Warszawie w klasie perkusji prof. A. Branickiego. Laureat Konkursu Młodego Werblisty w Warszawie, Konkursu Instrumentalistów na V Warszawskim Festiwalu Dziecięcej i Młodzieżowej Twórczości Artystycznej, ”Asteriada”. Bierze udział w wielu konkursach i  koncertach w kraju.

Rozdz.CLXVIII – Komediantka i Literatka czyli posady

7 sierpnia 2010

Ta Komediantka – to zatrudniona w Domu Kultury bohaterka kardiologicznych reklam i poetyckich wieczorków. Kto wie czy nie istotna przyczyna mojej ostetcznej klęski. Fakt, że nie ułożyłem sobie z nią stosunków dowodzi pewnie mojej niewątpliwej krótkowzroczności, głupiej ortodoksyjności czy zasadniczości. Wierności jakimś abstrakcyjnym założeniom. Jakiejś wydymanej sprawiedliwości, abstrakcyjnym prawom. Idiotycznej bezkompromisowości, której dziwili się nawet Ci, którzy zyskiwali na moim zaślepieniu.

Komediantka jest zatem aktorką. I to przyzwoitą. Dziś bardzo już w latach jednak zadbana, wyliftingowana, ustawiona. Niemal całe życie 33 lata  spędziła w warszawskim Tearze Dramatycznym. Grała. Raczej nie główne ale jednak – role. Debiutowała w Katowicach zagrała nawt  Ofelię. I Klarę w „Zemście” reżyserowanej niegdyś przez Holoubka. Dostała raz  na  zachętę nagrodę specjalną „dla młodej aktorki”, To było w 1962 roku. Na pożegnanie  z warszawskim Teatrem w 1997 r. Medal 400 lecia stołeczności miasta nadawany przez Prezydenta Warszawy. Poza tym, żyła. Uprawiała zawód. Wyspecjalizowała się w dubbingach, dziś jest gwiazdką reklamy. Córkę też wykierowała na aktorkę, więc gdy w 1997 roku zaprzyjaźniona wieloletnia kierowniczka biura organizacji widowni w z jej Teatru została kierowniczką Śródmiejskiego Domu Kultury panie wpadły na pomysł iście genialny – zabezpieczający właściwie do końca życia.

Rzecz w tym, że  w miejscu pracy, gdzie zastaje cię wiek emerytalny musisz oddać posadę – zwalniając etat dla młodszych pokoleń. Jeśli jednak przejdziesz na wcześniejszą emeryturę z teatru czy innego miejsca zatrudnienia, a w nowym zakładzie pracy podpiszą z tobą umowę na czas nieokreślony – do końca życia będziesz zabezpieczony. Nikt Cię praktycznie do końca życia zwolnić nie zdoła jako pracownik z długim stażem pracy !!!

Agata Tuszyńska - konsultantka literacka Domu na Smolnej -w sezonie 2005

Jest więc Komediantka osobą – niezwykle zaradną.  Świat jej wartości jest skończenie prosty. Troszkę dla siebie, ciut – ciut dla bliźnich i dla rodziny co nieco.  Gdy pojawiłem się na Smolnej odkryłem, że na Marszałkowskiej, którą nieformalnie zawiaduje stosunki panują patriarchalne. Pani Komediantka wpadała, od czasu do czasu. Miły chłopiec Pan Tomek otwierał i zamykał drzwi lokalu, w którym rządzili: seniorzy, brydżyści, najprzeróżniejsi klubowicze. Poza tym nad klubem sprawowali pieczę zawodowcy od „upowszechniania kultury”. Z panem Zdzisławem Tadeuszem Łączkowskim i … pewną Literatką. Ten pierwszy – wieloletni redaktor PAX-owskiego „Słowa Powszechnego”, który swą karierę zaczynał od redagowanie działu kulturyn w „Tygodniku Powszechnym” w czasie PAX-owskiego zaboru lat 1953-1954 nie dawała się długo wypraszać. Zorientował się szybko, że proponowany „domokulturowy” styl chałturniczych konsultacji literackich nie spełni moich oczekiwań. Należąca do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Literatka broniła się dłużej. I ja początkowo miałem nadzieję, że uda mi się dogadać z tą chodzącą popielniczką. ( Nie bacząc na jakiekolwiek formy nie wyjmowała papierosa z ust jakby się od dwudziestu lat nie zmieniły w tym zakresie obyczaje).

Jednak to, co pani Komediantka wespół z Literatką  wyprawiały  wprowadziło mnie w osłupienie. Szczególnie w dziedzinie literatury. Panie jako ozdobę swych klubowych działań i chałturek potraktowaly bowiem tzw. Biesiadę Poetycką na której zjawiało się kilkunastu emerytów. Komediantka siadała wystrojona i czytała niezwykle zazwyczaj grafomańskie wiersze pupilów pana Łączkowskiego, które Literatka ( nie wyjmując papierosa z ust) poddawała fachowej ocenie. Ich występy przerwywał od czasu do czasu jakiś wtręt muzyczny  – Nadęcie, nuda, pretensjonalizm.  Ale to tylko początek. Następnie wierszyki raz do roku zbierano do kupy wydając w nakładzie kilkuset egzemplarzy na dobrym papierze i w sztywnych okładkach „pokłosie” tych Biesiad. Włosy stanęly mi na głowie, gdy przejrzałem rachunki za te bezwartościowe literacko makulatury. Iluż zdolnych pisarzy nie ma na chleb ! Ilu wybitnych poetów nie może się doprosić pieniędzy na wydanie tomiku, ileż pism literackich się nie ukazuje ! Podsumowawszy sumy jakie przepuszczano na Marszałkowskiej stwierdziłem, że za te kwoty naprawdę można zrobić dla literatury coś pożytecznego. Starałem się jakoś dotrzeć: czy to do Komediantki  czy Literatki. Udawały, że słuchają lecz robiły swoje. Gdy się wreszcie wkurzyłem i nie zgodziłem się zapłacić jakiegoś w ogóle nie uzgodnionego ze mną rachunkum, za któryś z występów autorki rozpoczęło się piekło. Napaści, donosy, telefony. Zmyślenia i przekręcenia. ( że mówię, iż chcę dop…olić Michnikowi, Urbańskiego porównuję z papieżem… itp., etc). Atak szedł równy. Wszystkie zarzuty odparłem w adresowanym do pani Literatki liście, któryn przekazałem do wiadomości organów, w którym obie panie starały się  ( ja się okazalo jednak skutecznie) zepsuć mi opinię.

Szanowna Pani !

W związku z Pani listem z dnia 4 stycznia oraz  rozsyłanymi po urzędach skargami na  moją działalność w DKŚ pragnę wyrazić ubolewanie, iż nie otrzymała Pani oczekiwanego honorarium.

Pracownicy, którzy mimo braku mojej merytorycznej akceptacji dla repertuaru realizowanego w grudniu 2004 w klubie na ul. Marszałkowskiej  zaproponowali Pani gratyfikację zostali przeze mnie upomniani i pouczeni, iż jest niedopuszczalnym przedstawianie umów osobom z zewnątrz wyłącznie na podstawie klubowego budżetu. Bez akceptacji programowej dyrekcji dla prowadzonych zajęć.

Jak Pani bowiem wiadomo nie było między nami ani nie ma żadnej pisemnej,  czy nawet ustnej umowy dotyczącej zasad, na jakich uczestniczyła Pani i wypowiadała się podczas organizowanych do mojego pojawienia się w DKŚ tzw. Biesiad Poetyckich.

Biesiada Literaacka - na Frascati

Deklarowała Pani zawsze (co potwierdza w liście) , że „pracuje społecznie” i choć nie jest to moja frazeologia przez rok – doceniając ich swadę – nie stawiałem przeszkód dla tych raczej auto-promocyjnych występów.

Zmuszony Pani listem odkryłem, iż  praca ta w minionych latach społeczna była tylko pozornie. W istocie poprzednie kierownictwo zawierało z Panią umowy na prace wydawnicze, co do których  celowości i kosztów od razu w momencie objęcia dyrekcji DKŚ  zgłosiłem bardzo poważne zastrzeżenia. Nie zostawiałem złudzeń w tej materii zapowiadając i Pani, i nadzorującym zajęcia literackie pracownikom, że w dotychczasowej formie nie zamierzam ich kontynuować. ( Tomy Zeszytów Biesiady Poetyckiej do dziś zalegają półki DKŚ i nikt, nawet darmo nie chce ich pobierać ). Pani zaś honoraria z tytułu ich opracowania wyniosły w kolejnych latach brutto:

•2001 r.-  1000,00zł   ( umowa wypłacona w X 01)

•2002 r.-  2700,00 zł  ( umowa w V -700,00 zł oraz X – 2000,00 zł)

•2003 r.-  3400,00 zł  (VII-700,00 zł X 03-700,00 zł XII-2000,00 zł)

Przez cały czas starałem się też zasygnalizować najdelikatniej jak potrafię i Pani,  i odpowiedzialnym pracownikom DKŚ, iż poziom literacki, dobór repertuaru i artystyczny wyraz imprez, na których Pani występuje daleki jest od moich oczekiwań. Że osoba uważająca się za krytyka nie powinna głośno chwalić utworów, o których sama potem w kuluarach powiada, iż lepiej by nie powstawały.

Piotr Wojciechowski - Prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Biesiada Literacki na Frascatii 2005

Żyjemy w Śródmieściu Warszawy. To spore miasto, na terenie którego, w samym tylko oddziale warszawskim Stowarzyszenia Pisarzy Polskich zarejestrowanych jest 455 autorów spośród, których Dyrektor Domu Kultury Śródmieścia może czerpać zarówno po to by otwierać instytucję dla czytelników i ludzi pióra jak i po to dawać najlepsze wzory amatorom.

Przy okazji na Pani zapytanie „Kim właściwie jestem by Panią wzywać” czy mówiąc moim językiem: prosić o rozmowę, uprzejmie wyjaśniam, że choć jestem autorem kilku książek, krytykiem literackim, członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich etc., to  dziś jestem  przede wszystkim osobą, której Prezydent Warszawy powierzył nadzór nad sporym budżetem i jakością artystyczną programu samorządowej Instytucji Kultury.

Jestem również człowiekiem, który choć ma kilku znajomych nie zwykł nikogo porównywać z Ojcem Świętym, z reguły unika wulgaryzmów, a już z pewnością nie posługuje się nimi w stosunku do zasłużonych dla Polskiej demokracji ciężko dziś chorych przyjaciół lat młodości.

Ponieważ  wbrew Pani sugestiom imprezy literackie są mi bardzo bliskie, a również uważam, że jak najlepszych wzorów trzeba dostarczać amatorom  zaprosiłem do konsultacji literackich najwybitniejszych pisarzy, m.in.: Agatę Tuszyńską czy Tomasza Jastruna. We współpracy z Zarządem Głównym i Odziałem Warszawskim Stowarzyszenia Pisarzy Polskich przekształciłem też ostatnio tzw. Biesiadę Poetycką w bogatszą  repertuarowo Biesiadę Literacką. Już pierwsza z udziałem m. in. Piotra Wojciechowskiego, Marcina Wolskiego, Bronisława Wildsteina, Anny Onichimowskiej,  Majki Czernik, Anny Janko   cieszyła się zdwojoną frekwencją – przyszło na nią ponad 100 osób.  Jestem więc spokojny, że bywalcy DKŚ niczego nie uronią z dotychczasowych przyzwyczajeń, a może nawet otrzymają ciut więcej niż zwykli oczekiwać.

Z nadzieją, że tak będzie nadal, przepraszam raz jeszcze za zaistniałe nieporozumienie i  zapraszam Panią bardzo serdecznie (w charakterze widza) na wszelkie literackie, a także inne organizowane w Domu Kultury Śródmieście imprezy.

Z wyrazami poważania  itd., etc.

Spraw pani Literatki to był początek  roku 2005. Jeszcze przed pierwszym festiwalem na Frascatii. Potem jednak przyszedł sezon letni w trakcie, którego ośmieliłem się poprosić zatrudnioną wszak na etacie Komediantkę by łaskawie zechciała popracować latem i zorganizowała „Śpiewające Ogrody”. O to samo poprosiłem jej asystenta – pana Tomka. Ten …odmówił grzecznie acz stanowczo twierdząć, że ma swoje kabaretowe zajęcia. A latem to on zwykł udawać się na urlop. I bardzo był zdziwiony, gdy podziękowałem mu za pracę.

Komediantka bardziej doświadczona i ukladowa moje polecienie zrozumiałe jednoznacznie. Jest nie wiele „kaski” ale można się nią podzielić. Starała się dowiedzieć jakich to ja  mam kolegów. Gdy odkryła, że zadaję się z Moniką Świtaj czy Staszkiem Górką zaraz się do nich zwróciła – uruchomiła też wszystkich znajomych z  arszaawskiego Teatr, w którym wciąż gościnnie występowała. Oczywiście z mojej propozycji wspólnego śpiewania, krzewienia kultury muzycznej – nic prawie nie zostawało. Cóż chałturka jak chałturka, droższa – jeżeli w plenerze.

No tylko, że ten plener, tworzone przeze mnie towarzystwo, atmosfera Frascatii mimo urzędniczego oporu pani Komediantki  zaczynały zmieniać charakter. Aktorka ta idiotką wszak nie jest. Czuje teatr i prawdziwa publiczność ją rajcuje.

Z Jurkiem Derflem - w lansadach

Powstało intrygujące napięcie. Komedianta żyła dotąd w przekonaniu, że artystyczny świat do którego aspirują to jedno. W teatrze jest się dla przyjemności, tam nawet można mniej zarabiać. A Dom Kultury – cóż … to dom kultury. Codzienne zarobkowanie, minimum pracy, maksimum szmalu. Już pierwsze „Ogrody Frascati” roku 2005 zdumiały naszą bohaterkę. Widziałem jak jej ptasi móżdżek dzwoni pod sztuczną trezką, gdy na Ogródkach czy to teatralnych czy muzycznych nawet zaczęło  pojawiać się towarzystwo, któremu dotychczas nie wypadalo się chwalić, że chlebek  powszedni odbiera się  z domu kultury.

Kiedy więc Janusz Pietkiewicz zaprosił mnie łaskawie z „Teatrzykami Ogródkowymi” do Teatralnej Parady Komediantka z największą radością wsiadła do dorożki, pozowaliśmy do fotografii. Zaczęła też zapraszać znajomych. A ma ich trochę. Na którymś z wieczorków pojawił się Jerzy Połomski, na innym pani Halina Kunicka. – Ta ostatnia zresztą mocno z Jurkiem Derfelem zaprzyjaźniona. I tak od słowa do słowa okazało się, że podobnie jak Janek Pietrzak ludzie ci chętnie wystąpią przed moją publicznością. Na początku roku 2006, gdy już wiedziałem, że  (nie mając nowych wydatków infrastrukturalnych) będę miał trochę wolnej kasy pani Komediantka położyła nawet spore zasługi w reorganizacji Śpiewających Ogrodów.  Potem jednak – jak dotąd: urlopy, a  latem nie ma komu pracować.

Tymczasem wisząca na marnym zleceniu Małgosia Bocheńska nawet marzyć nie może o pracy. A pchająca się drzwiami i oknami, zatrudniana przeze mnie z Urzędu Zatrudnienia bezrobotna młodzież marzy o jakimkolwiek zatrudnieniu. Czy to był błąd, żem w końcu nie wytrzymał tej obstrukcji i zwolniłem panią Komediantkę z początkiem 2006 roku tłumacząć, że ma przecież emeryturę, może dorabiać, grać w teatrach, a i u mnie gdy zechce może na zlecenie „śpiewające ogrody” pilotować ?

Długo myślałem, że  to był błąd najpoważniejszy. Szał jak powstał w wyniku mej decyzji, bojkot młodzieżowych kabaretów domu na Smolnej w obronie posady pana Daszczuka, organizowane przez Komediantkę napaści na mnie w Rzeczpospolitej i innych gazetach do dziś odbijają się czkawką po Internecie.

A mnie przecież chodziło o to by – impreza była lepsza. Dla Komediantki , choć z nią walczyła, moja decyzja była jasna: - Musi mnie Pan zwolnić mówiła, bo potrzebuje Pan miejsca dla „swojej” Bocheńskiej. Ale czy ona o tyle lepsza ode mnie ? – uśmiechała się kokieteryjnie.  - Czy pana nie zastanawia czemu Pan, samotny w końcu człowiek i ja kobieta z dorobkiem, nie biedna, z domem musimy się spierać. Czy nie prościej byłoby … No i coś tam dalej. W Domu Kultury pracownicy opowiadali sobie bajki, że Małgosia Bocheńska jest chyba  moją byłą żoną, kochanką z pewnością. A to, że ktoś po prostu czuje bluesa. I, że każdy kto będzie dobrze pracował może zostać zatrudniony. To, że zasady są transparentnene. No i że instytucja publiczna nie może być dożywotnią synekurą…Nie to się w głowie komediantek z Oleandrówo nie mieści.

Mam żałować ? I po co mi było zwracać tych ludzi przeciw sobie. Po co walczyć o miejsce dla Iwon Smolek, Małgoś  Bocheńskich, Marków Ławrynowiczów, Tomków Jastrunów, którzy ofiarowane im intraty biorą jak swoje, przekonani, że się im należy i mało, że nie okażą wdzięczności, nie odpłacą się niczym to jeszcze – nie do końca będą radzi, że pourażałem ich poprzedników. Pewnie – należałoby to robić z większym taktem.

Ale …  Trzeba mieć duży takt, By skończyć trzeci akt… Jak pisał Witkaci. O Rysiu Makowskim już wspominałem ?

Ryszard Makowski

Taktu z pewnością mu nie brakuje. Ryś objął  z polecenia Urbańskiego ale i dzięki dobrej komitywie z burmistrzem dzielnicy  - Dom Kultury Praga. To przemiły człowiek, brat łata, po opuszczeniu Kabaretu Otto nieco zagubiony ale pod czujnym okiem Agatki Rymkiewicz, która po wiceprezydenckich epizodach z czasów Wyganowskiego wylądowała na stanowisku zastępcy dyrektora Domu Kultury Praga, mógłby funkcjonować latami na pewno nie gorzej niż jakaś pani Hagmajerowa z Łowickiej czy nieśmiertelny Sebastian Lenart z warszawskiego Staromiejskiego Domu Kultury.

Ryś nie miał tylu pomysłów co ja, ale starał się ożywić praski dom kultury. Nawet naśladował mnie trochę coś tam organizaując latem w muszli parku Skaryszewskiego. Lecz kiedy zorganizował raz imprezę artystyczną jakąś praską ulice kulturalną czy coś w tym stylu wyznał mi, że natychmiast wyczuł, iż w dzielnicy bardzo nie chcą by dom kultury przejął inicjatywę.

No to się nie wychylał. Nikogo nie zwalniał, nie obrażał. Dawał nagrody. I co ? – I porządził raptem pół roku dłużej ode mnie – odszedł i słuch po nim ( przynajmniej z dyrektorskiego epizodu) zaginie.

Więc może jednak  było warto ? Może to nie Komediantki są powodem  - jeno ślepym narzędziem.  Narzędziem, które tylko czuje kiedy ma siedzieć cicho, a kiedy już wolno  czy nawet należy rozrabiać.