Wróciłem do moich baranów. A raczej jednego zodiakalnego baranka, który zameldowawszy się na świecie, w primaaprilisowy śmigus dyngus roku poprzedniego, dokładnie w dniu, w który opublikowałem mój wywiad z Herbertem w „Tygodniku Solidarność”, teraz właśnie zbierał się do nauki chodzenia. Trzeba mu było poświęcić nieco czasu, więc z nosidełkiem z przodu lub z tyłu wędrowałem i przemieszczałem się po mieście w poszukiwaniu pomysłu na dalsze konsumowanie świeżo odzyskanej wolności.
Jak wspominałem z „Nowego Świata” nie odszedłem sam. Co się rzadko zdarza w ślad za mną opuścili lokal przy Białobrzeskiej wszyscy moi pracownicy włącznie z Anią Kowalską. Czując się za nich odpowiedzialny postanowiłem sam stworzyć pismo. Ściśle mówiąc – odtworzyć. Wymyślając bowiem dział kultury dla „Nowego Świata” wpadłem na pomysł by nie sprowadzał się on do właściwego wszystkim kolumnom tego typu: zestawu recenzji teatralnych, filmowych czy książkowych lecz by był faktycznie – informatorem kulturalnym. Między szpalty wypełnione aktualnymi repertuarami chciałem wpychać poszerzoną informację w ramkach. Dawać ich dużo. Dążyć by były obiektywne, a nie subiektywne. Gwiazdkami oznaczaliśmy jakość proponowanej pozycji, zamieszczając każdego dnia tygodnia poświęcony innej dziedzinie sztuki dwugłos recenzyjny. Tak więc okolone repertuarami poniedziałki były teatralne, wtorki w księgarni, środy w galerii, czwartki w kinie, w piątek ukazywał się anons rozrywkowy, soboty poświęcałem muzyce poważnej. W środę miałem ponadto do dyspozycji dwie kolumny, stanowiące kulturalną, tematycznie skomponowaną rozkładówkę. W sam raz tyle by wypełnić tym informator kulturalny. A przecież był taki w Warszawie: kolorowy, podłużny wydawany wpierw jako dodatek do Życia Warszawy potem jako osobny – Warszawski Informator Kulturalny, znaczy WIK. W latach 70-tych kupowałem go i zbierałem tym bardziej, że ozdabiany był zawsze jakimś ładnym kolorowym zdjęciem na okładce. Revers uformowany był jak sobie przypominam na kartkę pocztową odrywaną po perforacji. Przepadła gdzieś ta kolekcja. Zostały mi tylko dwa wycięte z pisma fotosy – bliskich sercu znajomych idoli.
Zapragnąłem taki WIK odtworzyć. Ustaliwszy, że prawa do tytułu znalazły się jakimś cudem w gestii Urzędu Wojewody udałem się na negocjacje do ówczesnego dyrektora wydziału Kultury w Urzędzie Wojewody – Andrzeja Hagmajera. Dowiedziałem się, że prawo to zostało przezeń już przekazane do podległego mu wówczas Warszawskiego Ośrodka Kultury czyli Szpitala Świętego Ducha zawiadywanego naonczas przez kolegę pana Andrzeja – aktora o nazwisku Rudzki. Wiesław mu było na imię. I większej wzmianki – nie trzeba … To była strona formalna. Mieli tytuł ale nie mieli pieniędzy a jeśli to niezbyt duże. Ja natomiast zrobiwszy research już wiedziałem, że stworzenie pisma repertuarowego o zasięgu jedynie regionalnym miałoby sens jedynie pod warunkiem, że będzie ono tygodnikiem. Przy każdym innym cyklu produkcji niemożliwe jest utrzymanie aktualności repertuaru. A i tak w skali regionu mała szansa by nakłady potrzebne na wydanie tygodnika zwróciły się ze sprzedaży. Takie działania mogłyby się udać jedynie w skali całego kraju. Wymyśliłem i zarejestrowałem pismo pot tytułem PIK – czyli Polski Informator Kulturalny. WIK – miał być jego warszawską mutacją. Przewidywaliśmy oczywiście wersje regionalne: gdańskie, krakowskie, łódzkie, poznańskie, katowickie itd. Mówię my, bo przecież nie byłem sam. Poza Ania Kowalską i częścią przynajmniej chłopców, którzy nie wszyscy od razu znaleźli nową pracę wspierała mnie wszak Hanka Zielonka. To
żona znanego architekta – Jacka Zielonki, która szefowała ekonomicznie wydawnictwu „Spotkania”. Potem była dyrektorem ekonomicznym „NIW”-u czyli Niezależnego Instytutu Wydawniczego będącego producentem „Nowego Świata”. Rozstała się z Piotrem Wierzbickim wnet po mnie i choć różnie o jej kompetencjach mówiono wydawać by się mogło, że jeśli ktoś zarządzał finansami dziennika o zasięgu krajowym i tygodnika chcącego być polską wersją „Newsweeka”, to nawet jeśli nie poradził sobie z przedsięwzięciem tej skali, powinien mieć wiedzę i zaplecze wystarczające na stworzenie niewielkiego pisma reklamowo-kulturalnego. Powinien. Jednak, niestety – Hanka okazała się uroczą choć nieco zwariowaną osóbką. W wielkiej komitywie spędziliśmy wiele godzin na pogaduszkach. Ja opanowywałem arkusze kalkulacyjne w programie Works. Wypuszczałem symulację po symulacji, sprawdzając jaki procent powierzchni muszę pokryć reklamami by na pozostałym zmieścić informacje kulturalne. Rozważałem wariant francuski czyli zeszycik uformowany na podobieństwo paryskiego „L’Officiel des Spectacles” , który w kioskach kosztował około 2 FF ( 0,4 $). Poznany w „Tygodniku Solidarność” Krzysztof Wolicki
dobrze osadzony we Francji obiecał mi spytać o środki na moją inicjatywę kogoś z rodziny znanego wydawcy paryskiego „Esprit” Paula Thibaulta. Zasadniczo odpowiedź przyszła negatywna. Chociaż … Jednak nie uprzedzajmy zdarzeń. Umówiłem się z Rysiem Holzerem,
poetą i dziennikarzem ekonomicznym, który pracując naonczas w Wyborczej dzielił się ze mną nabytą na jakimś amerykańskim stypendium wiedzą jak tworzyć prasę darmową wypełnianą jedynie reklamami. Nie było jeszcze w Warszawie gazet w rodzaju dzisiejszego „Metra”. Brałem zatem też serio pod uwagę pismo rozdawane, wypełnione w znacznym procencie, nawet sięgającym 80% treścią reklamową. Gdy jednak zaproponowałem Rysiowi współpracę ten popatrzył mi głęboko w oczy, rozmawialiśmy na Starówce u „Pana Michała” i powiedział:
- Patrz Andrzej gdzie są ładne dziewczyny. W Sierpniu ’80 pełno ich było w Regionie. Teraz tam sentymentalne panny „S”, a i w gazetach – też myszy. Dziewczyny wszystkie siedzą w bankach i spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością. Do dziś późniejszy redaktor „Pulsu Biznesu” szuka szczęścia w świecie ekonomii. Tyle z tego. Wszystkie tego typu projekty z jakimi występowano w owym czasie rozbijały się o naszą krańcową niefachowość. Ani ja nie wiedziałem jak to robić od strony merytorycznej – choć skłonny byłem się uczyć, ani co gorsza nie mieli o tym pojęcia ludzie tacy jak Hanka. Zielonka przy bliższym poznaniu okazała się kompletną pozorantką. Kontaktów nie miała żadnych, o nowoczesnym marketingu prasowym – pojęcia. Zresztą, kto je miał. Pierwsza połowa lat ’90 tych w Polsce to był raj dla blagierów. Niektórzy zdołali kogoś naciągnąć ( ale to już nie Zielonka bynajmniej, „żeby to było jasne między nami” jak zwykła była mówić). Po stronie podziemnej Solidarności pieniędzy prawie nie było. Źródła finansowania urwały się w momencie odzyskania niepodległości. Część pozostałą przechwyciła „Agora”, a ci którzy próbowali zagospodarować resztę posługując się tymi samymi co ludzie Michnika, nie do końca księgowymi, opartymi na zaufaniu metodami wyniesionymi z konspiracji – oskarżani zostawali o przekręty. Nie było mnie w tym biznesie ale z tego co od lepiej zorientowanych słyszałem wiem, że pieniądze zbierane np. na „Telegraf” przez Macieja Zalewskiego w dużej mierze pochodziły z resztek zobowiązań i rozliczeń zachodnich sponsorów względem dawnych podziemnych pisemek z „Wolą” na czele. To jednak co między Iwicką a Czerską było cnotą, po wywołaniu wojny na górze, w okolicach ulicy Chłodnej i Karolkowej nazywano przekrętem, nietransparencją, łapówką czy jeszcze gorzej. Jak zwał tak zwał: była wola, nadzieja, ambicja – umiejętności nie było. Wszystkie środki i cała władza znajdowała się w środowisku ludzi dawnego aparatu czyli czerwonych i ich satelitów. Instrumenty do powołania pisma także znalazły się w takich gestii takich osób jak np. – Andrzej Hagmajer.
Andrzej Hagmajer jest synem Jerzego – przedwojennego ONR-owca. Był to lekarz, chirurg. Wieloletni zastępca ordynatora Szpitala Praskiego. Miał piękną kartę odważnego żołnierza Powstania Warszawskiego o pseudonimie „Kiejstut”. Jednak po tym jak Bolesław Piasecki używając jego własnych słów „kupił sobie od NKWD wolność za zobowiązanie do pomocy w rozładowaniu partyzantki i zbliżeniu kościoła z Państwem”, Jerzy Hagmajer dał się swojemu przełożonemu i przyjacielowi przekonać i spędził publiczną częśc swego życia jako PAX-owski kolaborant. A PAX to wyjątkowo paskudna formacja pseudo-katolików współpracujących z komunistami. W latach 1945 usprawiedliwiali bezprawie, akceptując i z katolickich pozycji uwiarygadniając wszelkie ataki na kościół. Nie dość, że milczeli. Nawet kradli. Przejęli tytuł „Tygodnika Powszechnego” w czasie, gdy kardynał prymas Wyszyński przebywał w więzieniu. Mieli swoją reprezentację w Sejmie, wydawali pisma „Kierunki” i „Słowo Powszeche”. PAX-owcy usiłowali nawet na resztkach kościelnych włości (zawłaszczyli fundację „Caritas) metodami socjalistycznych nadań budować namiastkę kapitalizmu poprzez takie firmy jak „Inco”o czy „Veritas”. Ostatnim akordem tej fałszywej symfonii był akces Jerzego Hagmajera (już po śmierci Piaseckiego) do zorganizowanego po 13 grudnia 1981 roku przez przez Jana Dobraczyńskiego pod egidą WRON-y ( Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego) – PRON-u czyli Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Miała to być nowa forma polityczna dla Frontu Jedności Narodu czyli odgórnie układanej listy PRL-owskiech parlamentarzystów. W czasach gomułkowsko-gierkowskich składali się oni, przypomnijmy, w przewadze z członków wiodącej PZPR. Jednak jako ozdoby wpuszczano reprezentantów satelickich parti ZSL i SD, a także nielicznych bezpartyjnych, którzy jak Gustaw Holubek czy Jarosław Iwaszkiewicz godzili się legitymizować władzę. Także członków wyselekcjonowanych stowarzyszeń takich jak właśnie PAX Piaseckiego czy po 56 roku ZNAK Mazowieckiego, Stommy i Zawieyskiego. W tej więc nowej PRON-owskiej formule objawił się po raz pierwszy w latach 80’tych młody polonista – Andrzej Hagmajer.
Urodzony około 1948 roku, absolwent założonego przez swego ojca PAX-owskiego liceum im. Św. Augustyna w późnych latach 80 tych był już dyrektorem wydziału kultury w warszawskim magistracie zarządzanym pod koniec przez związanego ze Stronnictwem demokratycznym Adama Langera. W roku 1989 funkcjonariusz ten łączył godność wojewody i prezydenta Warszawy. Po wyborach czerwcowych roku 1989 w tych strukturach nic się jednak nie zmieniło. Dopiero reforma samorządowa miała coś wzruszyć. W maju 1990 roku wygraliśmy i te wybory. My czyli Komitet Obywatelski. Jednak to już był czas „grubej kreski”, która w praktyce sprowadzała się do tego by wszystko się zmianiało tak aby nie wiele się zmieniło. Czułem to w dawnej Radzie Narodowej przy Nowogrodzkiej, czułem przy placu Dzierżyńskiego ( wtedy jeszcze nie oddano mu nazwy Bankowy). Jako zwycięscy witani byliśmy po przyjacielsku i tak by zatrzeć wrażenie zmiany ekipy. Urzędnicy starali się raczej wywołać wrażenie kooptacji. Widoczne było, że przez rok, który upłynął od Okrągłego Stołu administracja stara z nową już się porozumiały. Ukonstytuowany Sejmik Warszawski, jeszcze przed wyborem swych władz miał opiniować kandydata na Wojewodę. Reprezentujący rząd Tadeusza Mazowieckiego Jacek Ambroziak rekomendował na to stanowisko …. Zarządzającego Miastem od czasu komuny dra Adama Langera. Scenariusz był gotowy. Wszakże sekretarzem stanu nadzorującym pracę wojewodów był Jerzy Kołdziejski – wojewoda Gdański z roku 1980. Owszem sygnatariusz Porozumień Sierpniowych ale jednak reprezentant tamtej ekipy. Zatrudniony już w jakimś ministerstwie radny Wołomina Krzysztof Oksiuta poparł tę propozycję i … tak zaczęła się moja polityczna kariera. Nie miałem nic przeciw Kołodziejskiemu. Doceniałem jego historyczne zasługi, stawiające go w jednym rzędzie z Mieczysławem Jagielskim czy Tadeuszem Fiszbachem. Byłem nawet w stanie zrozumieć, że Mazowiecki potrzebuje w pierwszym etapie rządzenia konsultacji takich ludzi. Nie mogłem się jednak zgodzić na to by oni nadal panowali nad „karuzelą stanowisk” czyli polityką kadrową.
- Kołodziejski proszę bardzo, mówiłem ale na zapleczu. Jako doradca i bez swego kalendarzyka, bez pana Langera i całej kryjącej się za jego dossier dalszej części partyjnej nomenklatury.
Wygłosiłem płomienna mowę w obronie odnowy. Stwierdziłem, że nic się nie zmieni jeśli w urzędach nie pojawią się nowi ludzie i … wygrałem. W tajnym głosowaniu moja rezolucję poparło 62 radnych, 4 opowiedzialo się za rekomendowanym przez rząd mazowieckiego – Langerem. Opinia zatem była negatywna. W rezultacie zostałem członkiem prezydium, a nawet jego wicemarszałkiem. Obok mnie w Prezydium Sejmiku znaleźli się: Piotr Fogler jako marszałek, Kazimierz Porębski jako drugi zastępca, a ponadto: Bogusław Bartolik, Marek Borowik, Roman Chlebowski, Kazimierz Hałat, Bohdan Jastrzębski, Agata Leokadia Rymkiewicz. Agatę mianuje wkrótce Stanisław Wyganowski swoim zastępcą ds. kultury. Jednak ta przemiła i wielkiej uczciwości znajoma Wyganowskiego z biura projektów, gdzie była kreślarzem, zrezygnuje wnet z przekraczającego jej kompetencje stanowiska zorientowawszy się, że jest na dodatek brutalnie „kiwana” przez wyzbytego jakichkolwiek skrupułów radnego i aktora Jerzego Zassa, który w przedziwny sposób opęta Prezydenta Wyganowskiego. Na stanowisko wojewody wobec obstrukcji sejmiku względem protegowanego Kołdziejskiego wyznaczymy w rezultacie Bohdana Jastrzębskiego.Tu kompetencji nie brakowało.
Bohdan był inżynierem, urbanistą. Swego czasu odbudowywał macedońskie Skopie po trzęsieniu ziemi. Po 68 roku uznał jednak, że już nie zdoła żyć w biurach i … otworzył biznes. Warsztat samochodowy, który prowadził w latach 70’ przyniósł mu znaczne dochody. Muszę przyznać, że gdy zaprosił nas na jakiś podwieczorek do swojego żoliborskiego domu otwartym tekstem potem powiedziałem.
- Tak Bohdan jest wymarzonym kandydatem na Wojewodę. Jest człowiekiem sukcesu. Dorobionym. Takiego nie można kupić za kilka dolarów. Nie potrzebuje odregować biedy, z której , co było widać wychodzili liczni mandatariusze społecznego zaufania. Ich nerwowość była widoczna. Standardy życia domowego podnosiły się nieproporcjonalnie szybko. Coraz wyraźniej dostrzegałem, że pies pogrzbany jest w pieniądzach. Nie zrobią polityki ci co ich nie mają. Los Richarda Nixona tego najlepszym przykładem. Od czasu afery Watergate wiadomo, że cenzus majątkowy także nowożytnej demokracji ma swoje uzasadnie. Tutaj czyli w Warszawie, z nieliczymi wyjątkami, które uosabiał Jastrzębski – po prostu pieniędzy nie było.
No a jak nie ma to nie ma. Z licznych wizyt u sponsorów pozostała jedna korzyść. W antychambrach Piotra Büchnera, który ze swoją apteką szwajcarską przy alei Róż był jednym z biznesowych bohaterów epoki natknęliśmy się z Hanką Zielonką na Michała Komara kolędującego właśnie na rzecz Niezależnej Telewizji Polskiej. Projekt mego przyjaciela, twórcy paryskiego „Kontaktu” i Video-Kontaktu był mi świetnie znany. Miałem nawet w domu biznes plan pozostawiony mi przez Mirka dla wywiadu, jaki z nim zrobiłem w „Tygodniku Solidarność” przed rokiem. Chojecki właśnie do kraju ostatecznie wrócił ale ani w głowie mu było zawiadamić mnie o tym po protekcji. Zatem absolutnie przypadkowo dowiedziałem się, że jego telewizja rusza i za kilka dni na Wiejskiej odbywać się będą przesłuchania.
Z pustego i Salomon nie naleje. Toteż nie nalano. Można było teoretyzować, marzyć, pisać.Polska zdawała się jak Eldorado. Byłem naiwny. Nie znalazłem grosza. A przecież jak tu się pieniędzmi rządzi pokazał mi był Andrzej Hagmajer wnet po powołaniu Jastrzębskiego na stanowisko wojewody. To było jeszcze w 1990, może z początkiem 1991 roku. Bohdan był człowiekiem kompetentnym lecz konsyliacyjnym. Większość urzędników pozostawił na stanowiskach. Nie ruszył też Hagmajera. Ten zaś pewnego razu, gdy już zostałem Wicemarszalkiem Sejmiku zaprosił mnie bym wziął udział w komisji przyznającej nagrodę Wojewody dla instytucji kultury. Poza dyrektorem wydziału kultury i przedstawicielem Sejmiku w mojej osobie, w komisji brali jeszcze udział reprezentanci środowiska: pan profesor Janusz Pieniążek z Muzeum Literatury oraz Prezes Mazowieckiego Towarzystwa Kultury. Znalazłem czas, wpadłem. Panowie rozmawiali w wielkiej komitywie. Usiedliśmy przy owalnym henrykowskim meblu. Podano kawę.
- No tak, zagaił Hagmajer. – Mamy do przyznania nagrodę dla Instytucji Kultury. Moim zdaniem spośród wszystkich instytucji kulturalnych niewątpliwie najwyżej oceniać należy dorobek – Mazowieckiego Towarzystwa Kultury. Proponuję by właśnie ono w tym roku nagrodę tę otrzymało. Co Panowie na to ?
- Świetny pomysł, podchwycił Pieniążek. – Istotnie wkład Towarzystwa w tym roku był zauważalny. I ja akceptuję pomysł. Prezes MTK zgodził się z
przedmówcami. Milczałem. Co nie leży w moim obyczaju. Oczy coraz bardziej mi się rozszerzały.
- I co pan marszałek na to po chwili spytał Hagmajer.
- Czy, czy ja dobrze rozumiem, w końcu wykrztusiłem , że panowie proponujecie przyznać nagrodę instytucji, której przedstawiciel jest członkiem jury ?
- Ależ naturalnie odrzekł Hagmajer. Cóż poradzimy na to, że właśnie ta jest najlepsza. Nie będziemy przecież instytucji dyskryminowac za to, że jej prezes znalazł sie akurat w naszym zespole.
- Zresztą, dorzucił prezes MTK ja się mogę od głosu wstrzymać. Opadly mi ręce. Szczególnie na
widok Pieniążka, o którym wiedziałem wprawdzie, że ten arystokratyczny kolaborant wykukał sobie Muzeum Literatury za wczesnego Gierka zajmując podobne do piastowanej w tym momencie przeze mnie funkcji – stanowisko wiceprzewodniczącego Wojewódzkiej Rady Narodowej. Miałem jednak doń sporo szacunku, który zaszczepiła mi poważająca go, a pracująca w tej instytucji w latach ’70 tych żona Kazimierza pani Maria Brandysowa. Wiedziałem też, że Muzeum jakkolwiek przezeń zdobyte było „warte mszy”. Stworzył Pieniążek instytucję bardzo wartościową. Spojrzałem nań pytająco. Spuścił wzrok i coś półgębkiem dorzucił.
-Może to istotnie nieco niezręczne, jednak trudno nie zgodzić się z panem dyrektorem, że osiągnięcia Towarzystwa są znaczne, a znajduje się ono w sytucaji trudnej finansowo.
- Jednak nie tylko ono, stwierdziłem. Muzeum Literatury też by się coś przydało…
- Proponuje pan by podzielić nagrodę ? Zapytał Hagmajer.
- No cóż, zawsze trzeba wybierać. Dodał którys z Panów. Opadły mi ręce, wstałem.
- Darujcie panowie, powiedziałem. – Jednak ja się pod tym werdyktem nie podpiszę. Bez słowa opuściłem gabinet. Miałem bowiem świadomość, że tak naprawdę zaproszenie ku Sejmikowi skierowane było aktem czystej kurtuazji. Nie było żadnych procedur więc wojewoda mógł nagrodzić kogo chciał. Nie musiał nikogo pytać. Tak też zostało. Przynajmniej mnie więcej na takie konwentykle nie zapraszano. Opuściwszy salę sprawozdałem zdarzenie na Prezydium Sejmiku lecz większej nie zrobiłem afery.
Jako, że nie zaogniłem konfliktu Hagmajer , gdy po dwu latach pojawiłem się u niego w sprawie reaaktywowania WIK-u zdawał się o tym incyndencie nie pamiętać. Jako, że pieniędzy nie znalazłem skończyło się na tym, że poinstruowany przez Hagmajera dyrektor Rudzki zaproponował zgodnie z moim postulatem Ani Kowalskiej etat sekretarza redakcji, mnie zaś … zastępcy naczelnego redaktora wymyślanego przez nas od pół roku czasopisma. Z miną pełną triumfu przedstawił mi mój nowy szef pracującego już w Szpitalu Świętego Ducha czas jakiś Juliusza Gostkowskiego.
I tu się pan dyrektor zawiódł. Istnieje coś takiego jak 15 sekund, w trakcie których wyczuwają się ludzie. Fachowcom wystaczy pięć. Po kilku sekundach rozmowy w moim przyszłym dyrektorskim gabinecie na Elektoralnej i w przytomności wyraźnie pragnącego nas poszczuć na siebie teatralnego intryganta wiedzieliśmy z Julkiem, że nie ma znaczenia jak kto się będzie nazywał. Obydwaj tego samego chcemy i projekt zrealizujemy razem. Nie było wyjścia. Gdy wdam się w inicjatywę Chojeckiego pan Rudzki zręcznie wykoleżankuje mnie z Elektoralnej. Pozostaną tam jednak wierni przyjaciele: Ania Kowalska i nieżyjący już dziś Gostkowski, którzy wnet uruchomią pismo – niestety jako daleki od aktualności dwutygodnik. W rezultacie kilka lat, od 15.I.1993 do 11.X.98 roku wychodzić będzie „WIK” – jako czasopismo dotowane przez Wojwodę Warszawskiego. Gdy skończy się dotacja – padnie.
Moją zaś wizję pisma prywatnego, niezależnego i aktualnego nieoczekiwanie zechce jeszcze zrealizować tajemniczy Francuz. Do dziś nie wiem co pod koniec roku 1992 sprowadzi na kilka miesięcy do Polski dwudziestopięcioletniego Pierre-Andre Grevina. Czyżby było to pokłosie wici rozsyłanych w mojej sprawie przez Wolickiego? Ktoś dowiedział się może, że jest dziura na warszawskim rynku i sam próbował ją wypełnić czy choćby wyeksplorować ? Dość, że ów tajemniczy traper kulturalny, przedstawiał się jako wydawca pism repertuarowych w dwunastu frankofońskich krajach Afrykańskich. Przez kilka tygodni będzie się starał wydawać tytuł pod nazwą „Impreza”. Grevin inwestor powie, że nawet angażując się w Afryce nie miał poczucia ryzyka- tym bardziej nie przeraża go polski rynek. Istotnie – nie przeraził. Pojawił się, narobił trochę szumu. Wnet jednak pojął, że się spóźnił, że ma już konkurencję w postaci sponsorowanego przez Hagmajera z publicznych pieniędzy „WIK”-u. Spakował manatki i czmychnął nie płacąc, jak mi opowiadano, wszystkich rachunków ani honorariów personelu.
Tak więc ani „Nowe Światy” ani francuskie „Spotkania”, ani relacjonowane przygody z amerykańskim „Dziennikiem Krajowym”… . Organizowana przez związanego z WSI Kubiaka inicjatywa „Obserwatora Codziennego” też wkrótce padła. Arykański finał pisma repertuarowego sprowadził nasze poczynania do absurdu. Demonstrował, choć tak strasznie tego widzieć nie chciałem, że nie może być mowy o wolności w buszu, w którym kapitaliści jeszcze nie zeszli z drzewa. Pod którym czycha wszechobecny i wciąż niezniszczalny- Hagmajer.
Rozdz. LXXXIII – Chojecki i Komar czyli co nam zdrady
Tagi: Hagmajer, media, Opis Obyczajów, Ryszard Holzer, Wolicki








[...] Hagmajer mokotowskim Domu Kultury zwanym “Centrum Łowicka”. Ale pani Katarzyna (żona Andrzeja, o którym też już było) nie taka głupia by przypisywać sobie jakieś pisemne zasługi. Jak się chce trwać na [...]