“Piszę te słowa po przełomie sierpniowym, na początku burzliwego 1981 roku. Ileż bym chciał dodać, ileż zjawisk odsłania swoje nowe oblicze. Ale nie zrobię już tutaj tego. Tej pracy istotnie nie można poprawiać. Ona jest, czym jest: świadectwem mojego wzrastania, zwierciadłem poglądów kształtujących się w drugiej połowie lat siedemdziesiątych i tworem wprawiającego się pióra. Jeśli jest warta lektury, niech idzie do ludzi. I – niech nie wraca więcej.”
Od chwili, kiedy napisałem tamte słowa minęło równo ćwierć wieku. Prawie 10 lat solidarnościowego karnawału, Stanu Wojennego i wychodzenia przezeń mimo kantów Okrągłego Stołu. No i piętnaście lat epoki, którą godzi się nazwać Piętnastoleciem Międzysojuszniczym, a może godniej Okresem III Rzeczypospolitej.
Bo, ten dramat, który przychodzi odsłonić pod koniec życia spinając jego doświadczenia klamrą z chwytem, którym przed laty życie za grzywę brałem – będzie pewnie Zarysu Teorii Instrumentalnej Teorii Teatru – lustrzanym odbiciem. Chwyt Teatralny, tamta „Praca o teatrze stała się poniekąd – jak ćwierć wieku temu pisałem - rozprawą o dramacie, w części o propagandzie, edukacji, psychologii społecznej.” Po trosze: Ogólną Teorią Wszystkiego.
Tu chcę opowiedzieć życie razem niezwykle bezpieczne, pasjonujące, pełne doświadczeń naukowego klerka, pół-emigranta na paryskim bruku myślącego o karierze, nauczyciela akademickiego i podziemnego konspiratora, nieoczekiwanie dziennikarza poczytnej prasy, a nawet przez czas jakiś telewizyjnego publicysty, którego żywe programy oglądały miliony ludzi, działacza samorządowego – prawie polityka, a wreszcie, a może przez cały czas antreprenera, człowieka, którego głównym celem, próżnością, pasją było: stawanie wobec innych, zwracanie na siebie uwagi po to, by zapośredniczywszy emocję zbiorową w obserwatorach doznać tego niezwykłego uczucia podniecenia, nieomal lotu, szczęścia którego istnienie przeczuwałem, którego doznanie wydawało mi się nadzieją, o którym wiem, że zdarzyć się może najwyżej raz, kilka razy w życiu, ale przecież bywało, uciekało, wraca i ciągle wierzę, że jeszcze mnie ogarnie poczucie jedności, bycia potrzebnym, służenia wspólnocie: słowem – kreowania teatru spotkania, które jednoczy i leczy wszystkich wyznawców boskiego Dionizosa i Asklepiosa, co poprzez teatr dawał przybyłym do Epidauros radość i zdrowie.
„Od czego się zaczęło – i co to się stało?
Liście spadły, tak drogę zaścieliły całą…”
Liście spadły. Istotnie spadły. Widziałem. Widziałem choć przyznam szczerze nie do końca wierzyłem. Widzę. Bo teatr od greckiego thea to właśnie znaczy widzieć. Inaczej patrzeć. Teatrem jest wszystko na co wspólnie, to znaczy zbiorowo patrzymy. Widziałem czy byłem wizjonerem ? Widziałem życie jak teatr właściwie z tej jednej sceny zaćmienia słońca z Faraona literacko bodaj najgłębiej przeżytej, tej drugiej już realnej, choć mistycznej, gdy JP II wezwał duch Św. i gdy ten przybył na nasze wołanie. Ale wszystko to przeżywałem poza wspólnotą. Czasem z przypadku, częściej z wyboru.
- Pan się boi tłumu, recenzował moje młodzieńcze filipiki mój promotor Sław Krzemień Ojak.
- A ja nie, bo ja z tłumu pochodzę. Plebs miał pewnie na myśli poczciwy aparatczyk. A czuł we mnie klasowego wroga.
„Pon się bojom we wsi ruchu,
Pon nas obśmiwają w duchu.
A ja myślę, że panowie to by mogli wiele chcieć.
Ino oni nie chcom chcieć.”
Pewnie najbliższa mi ta cytata, bo krakowska. Ale jaki tam ze mnie krakauer, przed którym ( smoczym grodem) – Senior zmykał gdzie pieprz rośnie (czyli do Warszawy). Jaki inteligent jeśli dziś słowo to cokolwiek znaczy. Jaki szlachecki rodowód mam wpisać między deski rozstrzelanej przez faszystów stolarni Adamskiego, pąsowe od szmalcowniczej winy „świnki” z ciasteczek „od Wintera” ( por. Bałucki), potracone w wielkim kryzysie parcele i stajnie Żeglikowskich.
W teatrze szukałem swojej wspólnoty. Jako widz, jako niedoszły aktor, niechciany krytyk, odrzucony nauczyciel, niespełniony reżyser, wreszcie antreprener wygnany. Szukałem i … znalazłem, a znalazłszy zdziwiłem ją i ja nią ciągle zdziwiony.
Myślałem: będę aktorem. Takim no Mirkiem Konarowskim. Miłym, przystojnym, w sam raz na męża panienki z dobrego aktorskiego domu. Nie wyszło. I to … po protekcji. Zosia Mrozowska ( matka mego szkolnego przyjaciela Andrzejka Axera – Sahibka) z Andrzejem Łapickim, Jerzym Koenigiem, Ryszardą Hanin wspólnie uradzili, że – szkoda chłopca (czyli mnie szkoda). Wprawdzie z recytacji najlepszy, ale zez (Kolbergerowi jakoś nie przeszkadzał..), brak koordynacji ruchu ( przez rok z zaciśniętymi zębami trenowałem … kulturystykę), no i teoretycznie zbyt mocny. Za dobry zatem. Udali się jeszcze na konsultacje do Hanuszkiewicza, w którego domu wówczas mieszkałem. Ten poparł ich wydając ostateczny wyrok na moje chłopięce marzenia, przede wszystki na tęsknotę odnalezienia się w grupie.
Czy mieli rację? Całkowitą. Bo kastową. Nie byłem wszak z kasty. Ani aktorskich wyrobnikow ani czynowników. Nie byłem żadnym Damięckim ani nawet Kasią Hanuszkiewiczówną córką Rysiówny. Kasia mogła sobie studiować prawo, plunąwszy na nie bez trudu dostać się do szkoły aktorskiej, po czym ojciec bez zahamowań zatrudnił ją w kierowanym przez siebie Teatrze Narodowym. Kasia w tym czasie przeżywa konwersję, zagra więc tylko jedną rolę w Fedrze obok Kucówny by zbiec do Stanów na stanowisko żony jakiegoś lekarza. Podobnie Piotra syna Adama odnajdujemy do dziś w bazach danych jako reżysera filmowego, choć bogiem a prawdą po ukończeniu łódzkiej filmówki i asystowaniu w kilku ważnych przedsięwzięciach filmowych w Stanie Wojennym – nigdy się w tym zawodzie nie odnalazł i przepadł w jakichś interesach – bodaj we Wrocławiu.
Czy mówi przezez mnie zawiść ? Czy mam czego zazdrościć Kasi albo Piotrowi. Porzuconym w dzieciństwie dzieciom samotnie wychowanym przez matkę, oglądającym całem życie wyścig ambicji rodzcielskich, który na dodatek nie do końca był ich. Kasi i Piotrowi, z którymi czas jakiś byłem w zażyłości i pewnie nie z mojej woli coś się rozluźniło. Trzeba było 50 lat bym pojął, że choć blisko chowani nie jesteśmy z tego samego klanu.
Z pewnością mi to nie zaszkodziło. Przynajmniej w tej sferze, o której stale myślę, która mnie istotnie dotyczy. Czyli w sferze publicznej. W sferze potwierdzenia swego jestestwa w dziele. Bo przecież o ilość codziennej miłości i pieniędzy na koncie nie pytam. Ja nie pytam choć nie wiem kiedy spytają moje córki, którym być może mimowolnie podobny jak Adam Kasi i Piotrowi zgotowałem los.
Nie było to moim zamiarem. Powiem na swoją obronę. Wszak nie pieniądze, nie sława nawet, ani praca ad gloriam caelestam była moim zamiarem. Dość szybko wywietrzały mi z głowy artystyczne marzenia o sławie dla samej sławy – czego najbardziej szukałem – to ludzi, wspólnoty bezpiecznej, zwyczajnego uznania.
Czemu na zewnątrz ? Czemu nie w rodzinie ? Ano może dlatego, że rodziny nie miałem. Ani rodziny, ani środowiska. Rodzice uciekli przed krakowskimi krewnymi, przed krakauerskim sądem do zrujnowanej, rozbitej, ograbionej z mieszkańców i tradycji Warszawy.
Boże w jakim ja zostałem wychowany – oderwaniu od pieniądza. Oderwaniu mówię, bo to nie to bym ich nie umiał liczyć, nie potrafił oszczędzać. Może nawet nie pożądał po cichu. Lecz bardzo po cichu. Bo cała wpojona mi przez Ojca hierarchia wartości nacelowana była na Sławę.
[...] pierwszy [...]
[...] poprzedni pierwszy następny [...]
[...] pierwszy [...]