Wpisy otagowane ‘historia’

Rozdz. CLVII – Krzyż nad Frascati

sobota, 28 Sierpień 2010

Skończyło się na Frascati. To co przeczułem w Palermo. Czyli, gdyby ciągnąć te metaforę: w kurorcie pod Rzymem upadło to, co miało powstać z natchnienia jakie spadło na mnie w Stolicy Światowej Mafii. No i tego wszystkiego nie byłoby bez Polaka na Stolicy Piotrowej. W ogóle nic by nie było – albo wszystko byłoby inaczej.  Ale czy aby się napewno skończyło ? A nawet jeśli. Nawet jeśli cały ten cud dwudziestolecia był mafijnym spiskiem, którego jedynym celem było ocalenie władzy Gorbaczowa i potęgi Ameryki, dochodów Kwaśniewskiego i życia Jaruzelskiego, posady Sebastiana Lenarta i dorobku życia profesora Durko czy  Pieniążka oraz schedy dla wnuków całe życie trzęsącego portkami  Lesława M. Bartelskiego – nawet jeśli tak było to, co otrzymaliśmy w zamian ?…

Więcej w wydaniu książkowym:

Rozdz. CLIII – Teatr to miejsce Spotkania. Panel dyskusyjny

piątek, 20 Sierpień 2010

Piętnaście lat minęło. Miałem poczucie domknięcia jakiegoś cyklu. Zacząłem zresztą właśnie spisywać te wspomnienia i systematyzować materiały. Postanowiłem więc użyć wszystkich niezbędnych a będących w mym zasięgu narzędzi badawczych: wywiadów i panelu dyskusyjnego. …

Rozdz. CXLIV Ogródki Warszawskie czy Luka pamięci ?

piątek, 16 Lipiec 2010

W przyjętym 5 lipca 2005 roku stanowisku Rady Dzielnicy Sródmieścia czytamy m. in. „ Zrealizowany przez DKŚ ze środków rezerwy celowej Prezydenta projekt rewitalizacji Dolinki Szwajcarskiej był całkowicie nietrafiony i  na skutek protestów okolicznych mieszańców został w roku bieżącym przeniesiony do Ogrodów Frascatii, tym razem za ponad dwukrotnie wyższą kwotę. Z pomysłu rewitalizacji  Dolinki Szwajcarskiej pozostały jedynie długo uprzątane sterty śmieci.

Nieważne, że opinia to niesprawiedliwa, ignorująca fakt, iż  180 imprez latem 2004 roku odwiedziło w Dolinie Szwajcarskiej około dwudziestu tysięcy osób.  …

Rozdz. CXXXI – Solidarność albo – prawo i sprawiedliwość.

sobota, 29 Maj 2010

Jeśli ktoś wierzy w reinkarnację, a zna przy tym historię i ma wyobraźnię, niech wyobrazi sobie duszę, która przeżywszy w swoich kolejnych wcieleniach wszystkie czasy we wszystkich możliwych miejscach i na wszystkich istniejących szczeblach drabiny społecznej, wezwana została przed oblicze Najwyższej Istoty, po to by raz jeden wybrała sobie czas i miejsce doczesnego życia, w którym jej będzie najlepiej. Po nocach śnić się może jej niepojęta odpowiedź, gdy po namyśle zdecydowała: więc niech to będzie Polska we wschodniej Europie, druga połowa dwudziestego wieku. …

Rozdz. CXXX – Pokolenie Solidarności

sobota, 29 Maj 2010

Nic, nowego nic / i zimą nuda taka, że…

a w sąsiedniej wsi / to pociąg wykoleił się — śpiewali gdzieś w połowie lat sześćdziesiątych Skaldowie do słów Leszka A. Moczulskiego, a Wojciech Młynarski wtórował im lansując piosenkę o Kolumbach:

„Dzieci  Kolumba,   dzieci  Kolumba  dziś już  są dawno dorosłe

Przygód nie znają, przed sobą mają drogi przetarte i proste.

Szlak wiedzie jasny,  tędy i tędy. Nikt się nie waha ni chwili.

Nawet na władne nie stać ich błędy. Starzy je dawno zrobili.”

Dokąd wiódł ten szlak, któremu pokolenie dojrzewające w Polsce w sześćdziesiątych latach XX wieku i chciałoby się przeciwstawić, i nie widziało ku temu jasnych powodów. Pewnie do naszej małej stabilizacji — jak określił epokę Różewicz. Pewnie ku temu aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej, co głosił dla nich właśnie sformułowany, jeden z nielicznych powszechnie przez Polaków akceptowany slogan partyjnej propagandy. …

Rozdz. CXXIX Czerwiec – czas zwycięstwa

sobota, 29 Maj 2010

Na początku – w czerwcu 2005  było bardzo skromnie. Z imprezą czyli Festiwalem Artystycznym instaurowanym na Frascati  postanowiłem ruszyć nieco później niż rok wcześniej ( ci Agnieszki Boleckiej „Zimni Ogrodnicy” dali nam się nadto we znaki). Postanowiłem zatem zacząć od przypomnienia właściwie wymazywanej z historycznej pamięci Polaków daty 4 czerwca 1989 roku. Roku zwycięstwa, pamieci  pierwszch wolnych wyborów.

To niepojęte, że ten dzień nie stał się świętem narodowym, wielkim wspomnieniem narodowego zwycięstwa, bezkrwawej rewolucji, patriotycznego pojednania. Dlaczego ? …

Rozdz. CXXII – Co po psie w Teatrze?

niedziela, 16 Maj 2010

Ponad pięćset osób oklaskiwało w Dolinie Szwajcarskiej przedstawienia „Roxi Bar” z Gdyńskiego Teatru. W połowie spektaklu coś zaskuczało z cicha. Obejrzawszy się odkryłem, że siedząca koło mnie pani trzyma na kolanach malutkiego jamnika. „Przepraszam, on taki sentymentalny” wyszeptała elegancka dama, pogłaskaliśmy pieska i ten wnet się uspokoił. Mieszka tu w okolicy. „Odkąd powstał ten teatrzyk przynajmniej nie boję się nocą chodzić z psem na spacery, no i idąc na spektakl niekoniecznie trzeba pieska samego zostawiać” – powiada. …


Rozdz. XLVII. Szpital Świętego Ducha

niedziela, 2 Sierpień 2009
poprzedni pierwszy następny

Rujnowały go dwa Powstania: Warszawskie z 1 Sierpnia 1944 i to z 19 kwietnia roku 1943 , też warszawskie tyle, że zamknięte w Getcie,  na którego samej granicy przy ulicy Elektoralnej 12 był położony. Najwięcej jednak ucierpiał w trakcie Obrony Warszawy, gdy 25 września 1939 roku bestialsko zbombardowany stał się mogiłą płonących w nim pacjentów i lekarzy.

Szpital Świętego Ducha

Szpital Świętego Ducha

Cd. w wydaniu książkowym:

Rozdz.XLIV – Mariensztat

czwartek, 30 Lipiec 2009
poprzedni pierwszy następny

Pogoda niezbyt sprzyjała. Media były nasze. Ludzi coraz więcej, ale miejsce nie było idealne. Baryłeczce załatwiłem ogródek i cieszyłem się, że ludzie mają na czym siedzieć. Pojawił się jednak problem sceny. Zacząłem liczyć… pieniądze

Od trzech lat umowy, które jako firma Media ATaK zawierałem z Urzędem Dzielnicy oparte były na kosztorysie, gdzie uwzględniano koszt montażu sceny przez … Stołeczną Estradę. Tak jakby była ona jedynym wykonawcą. No cóż, instytucja była miejska,  a Ustawa o Zamówieniach Publicznych w powijakach. Per saldo sądzę, że i tak było niż teraz uczciwiej… Tak czy siak koszt wynajmu wynosił kilkaset złotych za dzień.  Niby nic ale w skali dwóch miesięcy było to dobre 5-6 tysięcy. Jak dobrze poszukałem okazało się, że wartość sceny nie musiała wiele przekraczać tysiąca złotych. Zacząłem więc skupować własny sprzęt i „kombinować” kosztorysy. Rzecz bowiem w tym, że kosztorysy wszystkich imprez plenerowych oparte są na wynajmie. Jest to zrozumiałe i uzasadnione, gdy buduje się scenę doraźnie w przypadkowym miejscu. Wtedy koszt uwzględnia montaż i demontaż, szybkość i bezpieczenstwo konstrukcji oraz likwidacji. Jednak moja scena coraz bardziej dążyła do stałości. Potrzebna jej była intymność, swoista powtarzalność.

W wynajętym mi na biuro skromnym pokoiku na Wilczej zacząłem pierwsze potyczki z techniką. Po raz pierwszy zacząłem przeszkadzać. –  Stołecznej Estradzie, która nawykła raz w tygodniu w niedzielę wystawiać coś ( jakiś koncert) na Mariensztacie. A tu ja z moim  teatrem.  I to w dodatku na stałe. Wiedziałem bowiem, instynktownie, iż teatru dramatycznego na estradzie bez pleców i boków wystawić się nie da. Projekt zresztą miałem w oczach. Przypadkiem podejrzałem kiedyś w Instytucie Sztuki wywieszone rysunki Józefa Galewskiego, scenografa, który debiutował w 1905 roku jeszcze w teatrzykach ogródkowych i (obdarzony wyjątkową pamięcią wzrokową) z  pamięci je wraz z wieloma innymi fragmentami zrujnowanej Warszawy potem odrysował.

Teatr Belle Vue - rysunek Józefa Galewskiego

Teatr Belle Vue - rysunek Józefa Galewskiego

Wg. tego projektu pracowała w 1998 Małgosia Domańska, a w 2004 ( już dla Frascati) Majka Zielińska i każda,  z poprawką na dziesięciokrotną różnicę budzetów  jakimi na projekt scenografii dysponowałem zrobiła co umiała.

Więc najpierw była Domańcia. Projekt mojej teatralnej budki wykonanej za środki uzyskane z ówczesnego Biura Zarządu Miasta, realizowały pracownie Teatru Rampa. Przetrwała ona demontowana i zwożona po sezonie do stodoły w Ołtarzach trzy sezony.

Teatrzyk na Mariensztacie wg projektu Małgorzaty Domańskiej-Wójcik

Teatrzyk na Mariensztacie wg projektu Małgorzaty Domańskiej-Wójcik

Jakiż ja byłem z niej dumny, a przecież  każde  Suwałki mają jak ostanio odkryłem na rynku nie gorszą scenę. Ta nie była już tymczasowa. Choć używać jej miałem tylko raz w tygodniu. Więc dlatego mi tak zależało by otoczyć ją kawiarnią, która da prąd i upilnuje nocą. Cóż upilnowała.

Na Mariensztacie zaczęły się tłumy. Atmosfera więcej jednak miała z festynu niż z teatralnego festiwalu. Jeszcze szukałem. Przed spektaklem  lub po zapraszałem jakiegoś śpiewającego aktora, ogłosiliśmy po raz kolejny  (pierwszy raz zrobiłem to na VI KTO jeszcze w Dziekance) plebiscyt publiczności. Gazeta Wyborcza przyjęła patronat, drukowała nasze logo czyli biust KTO

Pierwsze logo KTO wg projektu Władysława Kufko

Pierwsze logo KTO wg projektu Władysława Kufko

wykonany przez polsko-białoruskiego malarza Władka Kufko. Wydrukowała karteczki plebiscytowe, a nawet – rzecz niebywała ofiarowała żywy pieniądz – tysiąc złotych nagrody, które na finale naczelny stołecznej Wojciech Fusek wręczał osobiście.

Mariensztat to także pierwsza próba współpracy z Małgosią Bocheńską, która wyprowadziła dla mnie swój Salon na powietrze. Zorganizowała  w podcieniach kamieniczek ( nieco te z Rynku w Kazimierzu Dolnym przywodzących na pamięć ) przy aptece Galerię Salonu 101. To dla  Małgosi ( w ramach promocji pisma Grizzli) pojawił się na rynku Antoni Chodorowski rysujący gratis przybyszy, a i Salon Niezależnych, kto wie czy nie ostatni raz wystąpił w Finale w komplecie z Kleyfem,  Tarkowskim i Weisem .

Marek Sułek, bardzo dziś znany w swiecie performer zrealizował na Mariensztacie dla publiczności ogródkowej jedną z pierwszych swoich plastycznych prowokacji. Nazywała się Akcja  Blue* 6  czyli Sen o błękicie. Powstała w ramach  projektu „Warszawa Niezwykła”.

Marek  Sułek - Sen o błękicie

Marek Sułek - Sen o błękicie

To ostatnie dość skandalizujące wydarzenie zwróciło na nas uwagę artystowskiego światka,. Akcja polegała bowiem na pokryciu nagości pięknej młodej dziewczyny gipsem, w który zakuta i pomalowana na niebiesko –  zdawała się antycznym aktem.Po jakimś czasie jej odkuwanie, wyzwalanie z kamienia ku  oswobodzeniu ciała odbywało się ku uciesze  licznie przybyłych artystów fotografików, w których oczach akt rzeźbiarski przekształcał się w naturalny.

Na Mariensztacie narodziła się formuła teatru jako miejsca spotkania. Jeszcze nieśmiało, nawet nie do końca świadomie realizować zacząłem to, co wymyśliłem w „Chwycie teatralnym”, spotkanie w którym grupa gromadzi się wokół jednostki czy sprawy, popijając herbatę czy piwo i w takim spotkaniu znajduje przyjemność, takie spotkanie oczyszcza ją i podnieca.

Było dużo telewizji. Warszawski Osrodek Telewizyjny co tydzień dawał relacje. Pojawiły się ważne spektakle z Grupą Rafała KmityGrupa Rafała Kmity

czy Kabaretem Moralnego Niepokoju na czele.

Publiczność też nie byle jaka. Na jednym ze spektakli pokazał się nawet societariusz Komedii Francuskiej – Andrzej Seweryn.

Andrzej Seweryn wśród widzów na Mariensztacie -  VII KTO

Andrzej Seweryn wśród widzów na Mariensztacie - VII KTO

A wystartowaliśmy w telewizji. Kawą i Herbatą z zapowiedzią występu Teatru Rampa z Muzykoterapią Strzeleckiego w aranżacji Jasia Raczkowskiego. Tego samego Jasia, który rok wcześniej uratował gdyńskie wystawienie sztuki Strzeleckiego w Starej Dziekance. Tylko, że na zapowiedzi się  skończyło! Tego dnia zalało nas ze szczętem. To była jedna z trzech chyba klęsk pogodowych jakie sobie przypominam wsród 350 przedstawień scenicznych, a dziewięcuset zdarzeń teatralnych jakie w ciągu 15 lat zafundowałem Warszawie.

Raz, to było jeszcze w Lapidarium kiedy zalało Andre Ohodlo. W Dziekance choć deszcz srożył się zarówno na Teatr Miejski z Gdyni jak na Wybrzeże nie odwołałem jednak żadnego spektaklu. Jeszcze raz papa Kijowski  ( jak już wspominałem miał za pokutę z czyśćcowych przedsionków do Raju parasol nad mym ogródkiem rozciągać)  zaśpi coś w Dolinie ale zasadniczo wpadka z Rampą była najpoważniejszą. Hucznie zapowiedziana inauguracja: elektroniczne pianino, cuda niewidy, ale nad sceną ani kawałka dachu, ani osłony dla aparatury. Technicy z „Rampy” to już nie szaleńcy z „Wybrzeża” pod komendą nawiedzonych Pań –  powiedzieli pas. W prasie ukazały się nawet moje zdjęcia jak krążę zrozpaczony wokół mej pięknej sceny.

Ulewa na Mariensztacie

Ulewa na Mariensztacie

Ale za tydzień nie było silnych. Po pierwsze porozumiałem się z panem Maciejem Sarapatą z firmy Bossar i kupiłem u niego pierwszy namiocik profesjonalnie okrywający scenę.     ( Będzie mnie pan Maciej przez następnych lat dziesięć wspierał i w namioty zaopatrywał). Przywiozłem go wraz ze stelażem na dachu mojego Tiponka. A, gdy w następnym tygodniu deszczowe chmury zbierały się  nad Kolumną Zygmunta, zwróciłem się do deszczu ze skuteczną przemową. – Witam Państwa na VII KTO, powiedziałem, witam także deszcz co zbiera się nad nami, ale ponieważ deszcz za bilet nie płacił uprzejmie proszę by ominął nasz teatr nie zakłócając zgromadzenia. I podziałało! Gazety następnego dnia opisały jak deszcz skutecznie zaklinam, a tylko ja dziś wiem ( choć wtedy jeszcze się nie domyślałem), że to ten pokutujący Dyrektor Teatru Słowackiego z okresu solidarnośiowego karnawału tak nad moim zgromadzeniem czuwał.

Marynka Bersz-Szturo zajęła się programem, który zresztą ukazał się dopiero pod koniec imprezy, gdy wszystko już było wiadomo nawet o wielkim finale z Salonem Niezależnch ( Weis, Kleyf i Tarkowski bodaj czy nie po raz ostatni występowali razemi) i fińskimi gośćmi, których sprowadzenie rekomendowało mi ITI ( Międzynarodowy Instytut Teatralny). Rodzący się festiwal coraz już wyraźniej w głowie mi się układał. Zacząłem rozumieć ten, jak go wówczas nazwałem

XLV. Paradoks o Ogródkach

CDN

Rozdz. XLIII. Spacerkiem po Warszawie.

poniedziałek, 27 Lipiec 2009

Zacząłem od Łazienek. Od parku belwederskiego. Przyglądałem się Nowej Pomarańczarni z piękną kawiarnią prowadzoną przez Anetę Kręglicką i kawiarence Trou Madamme. Odkryłem miejsce estradowe z tyłu Starej Pomarańczarni i teatru Stanisławowskiego i małą kawiarenkę dokładnie na wprost wejścia do Urzędu Rady Ministrów. Pamiętam ten kiosk od dziecka, teraz rozrósł się właściwie wbrew przepisom bezpieczeństwa, ale funkcjonuje pod czujnym okiem BORu, bo ministrowie lubią tam latem wpadać na kawę.

Więcej w wydaniu książkowym: