Historia XV lat Konkursu Teatrów Ogródkowych (1992-2006) to kanwa "Opisu Obyczajów w 15-leciu Międzysojuszniczym: 1989-2004". Teoria estetyczna, praktyka polityczna, obyczaje kulturalne. Sztuka, media, pieniądze. Opisy spektakli, relacje zdarzeń, portrety ludzi.
Skończyło się na Frascati. To co przeczułem w Palermo. Czyli, gdyby ciągnąć te metaforę: w kurorcie pod Rzymem upadło to, co miało powstać z natchnienia jakie spadło na mnie w Stolicy Światowej Mafii. No i tego wszystkiego nie byłoby bez Polaka na Stolicy Piotrowej. W ogóle nic by nie było – albo wszystko byłoby inaczej. Ale czy aby się napewno skończyło ? A nawet jeśli. Nawet jeśli cały ten cud dwudziestolecia był mafijnym spiskiem, którego jedynym celem było ocalenie władzy Gorbaczowa i potęgi Ameryki, dochodów Kwaśniewskiego i życia Jaruzelskiego, posady Sebastiana Lenarta i dorobku życia profesora Durko czy Pieniążka oraz schedy dla wnuków całe życie trzęsącego portkami Lesława M. Bartelskiego – nawet jeśli tak było to, co otrzymaliśmy w zamian ?
Piętnaście lat niewątpliwej wolności. Może trudnej, ale realnej. I przedłużenie okresu pokoju do czasu jakiego w tym miejscu Europy nie było od początku powstania Państwa Polskiego. Od 65 lat nikt nad Wisłą nie stoi z bagnetem na broni. Czy to dobrze ?
- Szczerze mówiąc nie wiem. Dla pokolenia z którego pochodzę, pokolenia Solidarności – pokój był wartością najwyższą. Nie mogło być inaczej po hekatombie Powstania Warszawskiego, Powstania w Gettcie, po Treblince i Oświęcimiu. Ojciec mi stale powtarzał i wypowiedział to, w czasie Kongresu Kultury Polskiej, że : „cały powojenny porządek polityczny w Europie został ufundowany na strachu przed nową wojną. Przebieg polskiego kryzysu i sposób w jaki reagują nań wszystkie zainteresowane strony świadcz, że doszły do głosu motywy od owego strachu silniejsze.”.
Andrzej Kijowski na Kongresie Kultury Polskiej 1981 (fot.S.Olzacki)
Dla niego syptomem było objęcie stanowiska premiera Francji przez Laurenta Fabiusa urodzonego w 1946 roku.
- Uważaj, powiedział mi oto pierwszy powojenny mąż stanu, który nie pamięta wojny. Dla takich jej uniknięcie może być celem deklarowanym nie będzie jednak dogmatem. Wszyscy polscy premierzy ( z wyjątkiem Jana Olszewskiego), którzy sprawowali władzę w okresie 15-lecia międzysojuszniczego lat 1990-2005 byli urodzeni w tych właśnie latach: między 1946 a 1959. Stanowiska w samorządzie biorą już urodzone w latach siedemdziesiątych – dzieci.
Te młode wilczki spragnione są krwi. Szukają upustu energii w walkach medialnych, w obmowie, w niszczeniu. Obecny porządek polityczny nie jest już podporządkowany strachowi przede nową wojną jak przez lata PRL-u ani entuzjazmowi z odzyskaniu niepodległości – jak w latach 90’tych dwudziestego wieku. Obecny system polityczny podporządkowany jest jedynej wartości jaką jest zdobycie wpływów i władzy. Demokracja to system, w którym opresyjnego władcę zastępuje lud, który tego władcę kontroluje. Demonokracja to system, w którym wg słów profesora Zbigniewa Stawrowskiego chodzi tylko władzę.[1]. Rządzący nie skupiają się w rezultacie na trosce o dobro wspólne, nikt już nie myśli w kategoriach pokoleniowych – wszystkie cele są doraźne i podporządkowane wyborom następującym co cztery-pięć lat.
Tama Assuańska od strony Nilu
Czym może się skończyć taka krótkowzroczność zrozumiałem nie w Polsce ani w czasie walk o to kto będzie przemawiał, a raczej kto nie będzie się zwracał do tłumów w Parku na Frascatii. Pojąłem to rok później, gdy zwiedzając Egipt dotarłem do Asuanu i popatrzyłem na wielkie jak ¾ Polski morze nazwane Jeziorem Nassera. Ten zbiornik wodny napełniano 20 lat. Przenoszono najcenniejsze zabytki, których 5 tysięcy lat nie wzruszyło. Zmieniono w rezultacie ekosferę tak dalece, że nie tylko zbiory w Egipcie odbywają się trzy razy w roku lecz nawet można kąpać się w Nilu, gdyż poniżej tamy asuańskiej – wyginęły krokodyle. A, gdyby… Gdyby jakieś nieszczęście nastąpiło i zerwało asuańską tamę. Jakiś wstrząs podziemny. Choć to nie tektoniczny teren jednak trzęsienia ziemi nawet się w Polsce zdarzają. Albo bomba szalonego terrorysty. Cały Egipt włącznie z Piramidami znika z powierzchni ziemi w bardzo krótkim czasie.
Tama Asuańska
Zadałem sobie pytanie czy egipscy kapłani, którzy wznieśli Piramidę Chufu, nie umieliby zbudować tamy na Nilu. Bez wąpienia – potrafili. Jednak Faraon nie myślał w skali dekady czy siedmiolecia. Faraon wiedziała, że po latach chudych tłuste są przez bogów przepisane. Faraon nie myślał o tym by dziś mu lud wiwatował. Budował groby by cywilizacja żyła.
Tama Asuańska ma za plecami spiętrzenie wód Jeziora Nassera
Śmierć to wreszcie romantyczna figura:
Niech szubienic drzewa
W ogrodach miejskich rosną jak szpalery,
Niech się w ogrody takie tłum wylewa
Śmiechom przyjazny, a łzom nienawistny;
Niech niańki w ogród szubienic bezlistny
Prowadzą dziatki, by tam dla zabawy
Grzebały piasek krwią męczeńską rdzawy…
Nie będę z nimi! – O zmarli Polacy,
Ja idę do was!…
Czemu zawsze gdy jeszcze jako dziecko ten tekst mówiłem miałem w oczach, w przestrzeni świata przedstawionego w poemacie – właśnie tę estakadę nad Książęcą ?
A znam to na pamięć, gdyż – jak zauważył Jacek Trznadel[2] ten mało przytaczany i eksponowany monolog Kordiana dostrzegł z całą mocą Senior czyli Andrzej Kijowski, cytując go w swym „Listopadowym Wieczorze”. Tak – ma rację i Trznadel: w polskiej sytuacji trzeba go wciąż czytać:
Szczęście doczesne nie będzie nam dane. Na ziemi możemy dostrzec, wymarzyć sobie tylko jego zapowiedź. Każdemu na jego skalę. Dla mnie tą zapowiedzią było te kilkadziesiąt dni ostateniego Frascati, te tłumy, ten cud. – To nie mogło trwać. Bo gdyby trwało już by nie przeżyło. Oglądalibyśmy już tylko powidoki. A tak pozostało nam wspomnienie. Pamięć, którą zanosimy do grobowaca. Zamykamy wrota. Dedykujemy napisy.
W napisach wszak cała nadzieja. Bo przecież istniejemy w słowach, które przenoszą marzenia. Festiwal dla warszawskich inteligentów jest takim samym marzeniem jak wolna Polska dla Zjednoczonej Europy. Nadzieją i wskazaniem. A także przestrogą. Dla każdego jego skala. Komuś fabryka, komuś bank, komuś prezydencki pałac – komu innemu teatrzyk ogródkowy. Lecz to samo tyczy narodów. Dla kogoś podbój, komuś dobre żniwo, komu innemu wawelskie groby.
Dziś widzimy groby. Upadek nadziei. Po dwudziestu latach wolność już nie jest ta sama. Bohaterowie zdają się zdrajcami. Triumfują mali ludzie, którzy tylko o własne dbali interesy. To się nazywa restauracja albo kontrreformacja. Rewolucja, która sieje nowe musi jak twierdził Hegel przeżyć czas zaprzeczenia by z tezy i antytezy zrodziła się synteza. Ale to zrodzenie to walka, to wojna, to bój. Teraz właśnie trwa ta wojna. Wytaczają ją Ci co wypierają się krzyża – tym, którzy mieli na pieczy jedynie zmianę układu. Tak to wygląda. Niewinnych nie ma !
Układ jest wszakże innym słowem na system czy porządek. Porządek polityczny powinien być wieczny. I takim był porządek faraona, monarchy. Ideę porządku zanegowali romantycy. Stworzyli kategorie młodości, narodu, równości, bezinteresownej sztuki. Zmienność i oryginalność wzięły górę nad tym, co rzetelne i trwałe. Lecz ten cały „ruch” skostaniał wnet w instytucjonalnym bezruchu. Powstały parlamety i akademie, sale muzealne i związki zawodowe, powstają coraz to nowe i coraz bardziej paranoidalne zapisy – poziomu groteski sięgające w dokumentach pisanych dziś w kilkunastu językach przez europejski parlament.
Z teatrzykiem ogródkowym walczyła karykatura biurowej Solidarności i parodia samorządu dzielnicy. Wszelkie próby utrzymania idei upodmiotowienia społeczeństwa – zwalczają dziś próbujące ukształtować się na gruzach tego wstrząsu oligarchie z opisaną klasą media polityczną na czele.
Czy się to uda ? – Nie jest to wykluczone. Ale i przesądzone też nie. Jak pisał Herbert: „teraz kiedy piszę te słowa zwolennicy ugody zdobyli pewną przewagę nad stronnictwem niezłomnych zwykłe wahanie nastrojów losy jeszcze się ważą”
Ta wojna trwa. W polityce nazywa się przeciwnika postkomuną. W przestrzeni czasu wolnego nazywam ją konfliktem z postromantycznymi instytucjami. W ideologii to walka z demonkracją, w socjologii z media polityczną klasą. To wojna o wartości. O człowieka. O publiczność. O przestrzeń, w której zapiszemy swoje imię, nasze trwanie. Wojna, jakby powiedział publicysta Andrzej Urbański, która trwa ale „o której nie chcieliśmy wiedziec”. Ta wojna po tragedii smoleńskiej nabrzmiewa. Ludzi wygnanych z Frascatii zdarzało mi się spotykać na Krakowskim Przedmieśiu manfestujacych w obronie Smoleńskiego Krzyża. To wciąż ta sama batalia. Walka o prawo wyrażania emocji zbiorowych. O terytorium. O miejsce spotkania.
Wojna o wolność Lapidarium, równość Dziekanki, braterstwo Szwajcarskiej Doliny. Bój o wspólnotę, w którą w moich oczach przekształcały się tłumy ściągające „ różnych stron , z róznych dróg i na nogach i bez nóg” nad wiślaną skarpę warszawskich Ogrodów Frascati.
Finis Coronat Opus
[1] Zbigniew Stawrowski Niemoralna demokracja, Wydawca: Ośrodek Myśli Politycznej
[2] Kordian i Horsztyński . Porządek historii literatury, s.4
Nie od razu dociera do człowieka, co się właściwe stało. Już parę razy wyrzucano mnie z pracy. Znałem to uczucie, choć zawsze dotąd skąd bym nie wyleciał: Ogródek, firma, fundacja – pozostawały mi bazą. Teraz już nie. Dla spotęgowania sukcesu Ogrodów oddałem wszystko, co miałem.
Porzucony w tym samym czasie przez żonę, obrabowany z mieszkania, mebli, książek nawet – miałem już tylko ogródek. Nie, żebym nie wiedział, że to niebezpieczne lecz po prostu nie było jak budować sobie odwodu. Ewentualnym manewrem była idea Centrum Kulturalnego „Ogrody Frascatii”. Nowe przepisy, których Kaczor i jego ludzie fanatycznie przestrzegał zabraniały dyrektorowi Instytucji Kultury posiadać Firmę. Wykorzystywanie prywatnej Fundacji dla celów związanych ze społeczną też okrzyknięto by wnet konfliktem interesów. Tak więc zawiesiłem firmy i fundacje, zadeklarowałem uczciwie podatki, dla których już od 2004 roku nie byłem w stanie generować kosztów i … oszukany przez urzędników miejskich na te niewypłacane premie dziś jestem szczerym bankrutem. Nie tylko, że nie odłożyłem na swojej ogródkowej, letniej pracy ani grosza - to aby przeżyć popadłem w rezultacie w zobowiązania kredytowe i podatkowe rzędu 50, dziś już blisko stu tysięcy złotych. Oto mój bilans piętnastolecia.
Podobny w gruncie rzeczy jak - Kolonii w Wesołowie. To było w 1971 roku. Po „Gromie”, gdzie skończyłem 16 lat i na ręce dh-a Paszczaka złożyłem zobowiązanie instruktorskie, wyróżniono mnie niezwykle. Już po trzech miesiącach z „Organizatora” awansowałem na pwd. – Przewodnika. Udaliśmy się z przyjacielem (czy mogę tak mówić ?) Paszczakiem na kolonię zuchową do miejscowości Wesołowo. To już nie była „Wzorcówka” pod namiotami jak LAS ( Letnia Akcja Szkoleniowa) przed rokiem w Gromie. Włodek – świeżo upieczony student Polonistyki, dopełniał swą inicjację. Już w Gromie lekko byłem zszokowany obserwując jak po nocy odwiedzają dh-a komendata w jego jedynce kolejno dwie instruktorki z sąsiedniego obozu. Spytany jak tego dokonuje odparł: nie zapomnę „bo na tym Andrzejku polega mój wdzięk”.
Teraz już nie było czego obserwować. Dh Komendant całe dnie spędzał miotając się służbowym samochodem od obozu do obozu. Mnie 17-letniemu zostawiawszy na głowie całą kolonię z panią pielęgniarką, kuchenką, kilku dziesięciorgiem zuchów i jedną złotowłosą przyboczną, która nb. acz urocza (! ) nie była wcale instruktorką lecz córeczką zaprzyjaźnionej z druhem komendantem pielęgniarki.
Idą zuchy na wycieczkę
Zuchy – czuj, czuj, czuj !
Strojne w niebieską czapeczkę
Kolorowy Strój.
Nie odchodź w bok.
Przyłącz swój krok
Głośno się śmiej. Hej
Napisałem tam na węgierską nutę swój pierwszy ludowy przebój. Jednak po dwudziestu dniach orki, pląsania, organizowania zabaw, gier terenowych, świetlicowych, zdobywania sprawności – byłem u kresu odporności. Kiedy więc wróciwszy przedostatniego dnia kolonii wypoczęty Pan Komendant zaczął się o coś mnie czepiać przy zuchach – dostałem mojego szału. Trzasnąłem drzwiami, zamknąłem je za sobą. Nocą: próbowalem nawet uciec.
Ruszyłem jak oszalały. Wściekły, młody, urażony. Że nieodpowiedzialny … ? – No pewnie, to poza dyskusją: byłem wszak dzieckiem. Zniewolnonym, udręczonym janczarem. Uciekałem przed wyzyskiem, przed
Przyboczna Ania
układem, nadużywaniem władzy, wszystkimi cechami biurokracji, z którymi organizacje młodzieżowe zapoznawały przyszłych funkcjonariuszy.
I, bądźmy sprawiedliwi – akurat Włodek zdemoralizować dał się w stopniu minimalnym. Ot, jak każdy dziwiętnastolatek zachłysnął się wzięciem u pań i służbowym kierowcą ( scil. Zaopatrzeniowcem). Jednak po roku sam opowie jak zrezygnuje z tzw. „próby na harcmistrza”, gdzie wśród wielu należało jeszcze jeden drobny dokument wypełnić: deklarację partyjną. Nie tego Paszyński nie zrobił. Dogonił mnie za to. A w tym dogonieniu było coś metafizycznego.
Leciałem jak oszalały z plecakiem w stronę Jedwabna. Po jakiejś godzinie marszu za sobą usłyszałem samochód. Uskoczyłem w rów. Minął mnie i … dosłownie kilkanaście metrów dalej zatrzymał się wygaszając światła. Czekałem kilkanaście minut. Las szeptał, ziemia pachniała. A mnie, mnie – zamiast obejść wóz bokiem – zdało się naraz, że to było przywidzenie. Nic nie jechało, nic nie stanęło. Wstałem i ruszyłem. Po przejsciu kilkunastu metrów światła poraziły mi oczy. Stanąłem przed służbówką Paszyńskiego.
Czy byłem w gruncie rzecy zadowolony, że nie muszę kontynuować ucieczki, składać, jak miałem zamiar instruktorskich szlifów, etc. ? Trudno to dziś powiedzieć. Wiem, że pozostało mi z naszej „gry nocnej” gombrowiczowskie wspomnienie irrealności i poczucie, że jak autor „Kosmosu”: „czasem sobą zadziwiam sam siebie”. To był już przedostatni dzień kolonii. Następnego: zastrajkowałem. Chciałem w ten sposób zmusić Komendanta do pracy, aby poczuł zuchów pęd.
Alem się przeliczył. W odwiedziny przyjechała, krążąca też między obozami, więc formalnie na wakacjach i w cywilu, jednak też zuchowa instruktorka – Dorota Klingofer. O rok młodsza ode mnie koleżanka z tej samej podstawówki i tego samego czerwonego postkuroniowskiego szczepu byłych Walterowców. Dorota pomogła Włodkowi. A w podróży powrotnej: już mi przeszło i normalnie pracowałem.
Zapomniałbym pewnie cały epizod ( może poza tym tajemniczym fragmentem irrealnej gry nocnej w lesie), gdyby ze zdarzeniem nie łączyła się jedna z pierwszych głębszych uraz i niesprawiedliwości jakich w życiu wiele potem człowieka spotyka. We wrześniu czy w październiku ( po trzech miesiącach!) odbywało się tzw. Święto Hufca, na którym wręczano nagrody z jakimś bonem towarowym za akcję letnią. Odkąd jeździlem na obozy jako instruktor zawsze taką premię dostawałem. Tym razem – moje dwadzieści dni ciężkiej harówki za Komendanta przepadło w jeden dzień: zaszczyt i prezent wręczono za tych kilka godzin pracy nie pełniącej tego lata poza tym w ogóle funkcji opiekunki dzieci – Dorocie Klingofer.
Trudno mi Włodka nie zrozumieć. Gdyby był złośliwym łobuzem mógłby napisać na mnie donos i wywalono by mnie z harcerstwa. W swoim poczuciu postąpił sprawiedliwie. Jako urzędnik wykorzystujący swe przewagi z pewnością – ale jako druh? Jak sam mówi o sobie – przyjaciel ? – Nie raz potem miałem w życiu takie dylematy i rozumiem, że w tej sytuacji należało oczywiście nagrodzić Dorotę ale całkowite pominięcie mnie było błędem. Pozostawiło mi uraz na całe życie i to między innmi, a także próba zideologizowania naszej pracy w formacjach HSPS ( Harcerskiej Służby Polsce Socjalistycznej) sprawiło, że po maturalnym urlopie rozstałem się ostatecznie z harcerstwem.
Następne wakacje spędzę też na Mazurach. W Krzyżach z moim byłym harcerskim przybocznym Andrzejkiem Axerem i Joasią – moja pierwszą dziewczyną. Będziemy szaleć i nie tylko. Ale prywatnie. Na koszt naszych rodziców. Nie korzystając z samochodow służbowych ani bonów hufcowych.
Tak już całe życie mam. Strasznie mi zależy więc daję się wykorzystywać. Jakieś zawstydzenie sprawia, że nie umiem – do czasu – zwracać na dyskomfort uwagi. Lecz, przecież świety, to ja nie jestem. W którymś momencie trafia mnie szlag. Coś ponoć dziwnego robi się z moją twarzą i choć nigdy nikogo palcem nie tknąłem ci, na których się wyładowuję mają poczucie, że ich zabiję. To dotyczy żon, kochanek, pracowników, dzieci. No cóż, że jestem wariat to dowiedzione. – Ale o tym, że taki, który wie, gdzie stoja konfitury przeświadczony był tylko (taki sam wariat) czyli Senior – mój ojciec.
Z tymi konfiturami jednak nie do końca prawda. Skoro skończyłem 50 lat, a dałem sobie jak dziecko – odebrać wszystkie frykasy. I nikt mi nie pomógł. Nikt nawet nie chciał rozmawiać. Mało, po usunięciu mnie z Domu Kultury organizujący całą kampanię politykierscy zawistnie radni posunęli się do wszystkich możliwych kłamstw, oszczerstw i grabieży.
Wojciech Bartelski albo szachista ( w tle)
Czy naprawdę tą kroplą, która przeważyła szalę był wnuk autora „Genalogii Ocalonych” – niejaki Bartelski – szachista, który został radnym z klubu PIS-u, potem wypisał się, udawał niezależnego, o zawał serca wraz ze swym kolegą Michałem Bittnerem przyprawił Grażynkę Bandych, gdy miał ona zastąpić na tym stanowisku suwalskiego Dyzmę czyli Jarosława Zielińskiego. Potem, o czym już bodaj pisałem próbowali mi wsadzić na kark przede wszystkim antypatycznie nadętą, a w szczegółach niekompetentną panią Olę żonę szachisty. Głupia, a już z pewnością brzydka to ona nie była jednak o redagowaniu nie miała lub pojęcia mieć nie chciała.
Aleksandra Bartelska
Oni i jeszcze jakiś mydłek w funkcji wiceburmistrza ( darujmy historii nic nie znaczące nazwisko), cała gromada młodych wilczków miotających się od partii, do partii, od układu do układu, z posady na posadę. Niby normalne to, może nareszcie odarte z osłonek wpierw płatnych pacholków Rosji potem styropianowych kombatantów. Miedzy moim pokoleniem, pokoleniem Solidarności, a tą generacją naszych pokoleniowych dzieci wyrósł mur.
Prawem zaś dziadka, do którego ma się sympatię – burmistrz Bartelski będzie genealogicznie bliski temu pisarzynie, którego Senior całe życie nazywał trupojadem, twierdząc, że tak przestraszył się w czasie okupacji patrząc jak Gajcy, Trzebiński i Baczyński szli jak kamienie rzucane na szaniec, że potem bał się nie tylko kamienia lecz nawet własnego cienia.
Bartelscy się jednak nie boją. Dzisiejszy Burmistrz Śródmieścia kroczy godnie po śladach dziadka bez którego asysty nie można było nawet pojawić się na zdjęciu z kiermaszu. Lesław M. Bartelski bowiem sprzeniewierzywszy się całej AK-owskiej tradycji przez lata siał postrach w Związku Literatów Polskich, w ZBOWiDzie, a także jako komunistyczny radny nomenklaturowych Rad Narodowych.
Burmistrz Bartelski się nie boi. Wie, że najlepszą obroną – atak. Nauczono go też, że nie wystarczy ofiary zabić. Trzeba jeszcze by jej duch nie straszył – zatańczyć na jej grobie. I taki taniec wykonano 5 lipca 2007, w cztery miesiące po zwolnieniu mnie z pracy – kiedy chciano ruszać z przeniesiononymi na dziedziniec Muzeum Wojska Polskiego kilkoma ledwie plenerowymi imprezami przezwanymi jakoś inaczej.
Andrzej Kijowski (Senior) i Lesław Bartelski. Dni Oświaty, Książki i Prasy, maj 1969
By zmniejszyć szok dla publiczności postanowiono – stwierdzić, że to ja za wszystko odpowiadam. Zwołano konferencję prasową. Oczywiście nawet nie zaproszono mnie na nią. Podniesiono za to absurdalne zarzuty.
Nie sposób streszczać tu oszczerstw, których jednak faktyczny efekt jest taki, że choć od razu wszystkie odparłem, choć prawomocnie oczyściła mnie prokuratura nie podejmując żadnych czynności oskarżycielskich, choć i izba obrachunkowa przed, która kilkakrotnie próbowano mnie oskarżac o tzw. naruszenie dyscypliny finansów publicznych nie znalazła ani razu powodu by mnie nawet kontrolować – młodociani wandale wychodzą ze słusznego założenia, że jeśli się wiele rzuca błotem, jest szansa, że coś się jednak przyklei. A, że w złe zawsze łatwiej niż w dobre wierzymy, to jeśli do dziś w interencie znaleźć można informacje o rozpowszechnionym „podejrzeniu naruszenia przeze mnie trzech artykułów kodeksu karnego” – może jednak coś się wreszcie przyklei.
Próbuję z tym walczyć. Całkowicie już uniewinniony oskarżyłem burmistrza o oszczerstwo. Zapomniałem jednak, że dziecko wie, iż w naszym kraju sądom daleko do niezawisłości. Działajac w imieniu Prezesa Sądu w zakresie czynności przekraczających kompetencje tegoż prezesa młoda sędzina z dwuletnim stażem moje oskarżenie postanowiła umorzyć. Sąd II Instancji zgodził się jednak (PRAWOMOCNIE !) , że:
„Umorzenie postepowania przeciwko Wojciechowi Bartelskiemu jest zdecydowanie przedwczesne […]” przyznał, iż „zgodzic sie nalezy ze stanowiskiem skarzacego, iz Wojciech Bartelski na konferencji prasowej nie ograniczyl sie wylacznie do rzeczowego przedstawienia wynik6w kontroli w Domu Kultury Srodrniescie, skoro w „materiale prasowym” rozdawanym podczas konferencji znalazl sie bezposredni zarzut popelnienia przestepstwa -„przywlaszczenie materialow i wyposazenia stanowiacego wlasnosc miasta” ( k-17 ). Nie rna watpliwosci co do tego, ze pelnienie funkcji burmistrza nie upowaznia do stawiania innym osobom takich konkretnych zarzut6w. Ponadto, oskarzony, jako Burmistrz Dzielnicy Warszawa Srcdrniescie, wystepujac publicznie, winien wazyc slowa i w spos6b odpowiedzialny inforrnowac 0 stwierdzonych nieprawidlowosciach w podleglej jednostce.” Sąd II Instancji, kierując sprawę do ponownego rozpatrzenia zwazył nawet, iż „iz sad I instancji nie dose, ze bez przeprowadzenia rozprawy, to rowniez malo wnikliwie, bo og61nikowo, malo obiektywnie ocenil zdarzenie, wyciagajac zbyt pochopne wnioski 0 braku znamion strony podmiotowej i uznajac tym samym, ze Wojciech Bartelski swoim zachowaniem nie wyczerpal znamion przestepstwa z art. 212 § 1 kk.”.
Tak proszę państwa. Bo artykuł 212, który przewiduje kary za oszczerstwo nie jest wbrew temu co się naiwnym wydaje wyłącznie batem na prasę. Lecz karą dla tych, którzy prasę dezinformuja. Ja domagam się kary najwyższej
Mam jednak świadomość, że mogę zwycięstwa nie dożyć, a nawet nie wiem czy przed Strassburskim Trybunałem kiedyś sprawiedliwości doczekam .
Zamiarem moim nie jest bowiem uzyskanie przeprosin. Wiem zbyt dobrze, że publiczne poinformowanie, że czegoś nie zrobiłem przypomni tylko, że cos mi zarzucano. I może stać się przedmiotem spekulacji.
Moim celem jest KARA .
Wandal Bartelski przypomniał mi wartość kodeksu Hamurabiego. Akt oskarżenia głosić będę w sądzie, w Internecie, w literaturze i z teatralnej sceny.
To oskarzenie o zrujnowanie całego podsumowanego tą opowieścią dzieła.
Powodowany małością, żądzą zemsty i zawiścią Wojciech Bartelski wykorzystuje swoje stanowisko, koneksje i podległe mu środki masowej komunikacji czyniąc co w jego mocy w celu odebrania mi dobrego imienia.
Jest to więc spór na śmierć i życie. Cywilną rzecz jasna śmierć i prawo do publicznego istnienia.
5 lipca 2007 roku zostałem przez tego urzędnika publicznie unicestwiony. Odebrano mi dobre imię, zniszczono dzieło mego życia jakim było XV edycji Konkursu Teatrów Ogródkowych. Mimo prawomocnego postanowienia oczyszczającego mnie z zarzutów Wojciech Bartelski nie tylko trwa w uporze lecz skierowaną przeciwko mnie oszczerczą działalność cały czas prowadzi – lekceważąc ustalenia organów ścigania i wykorzystując piastowane stanowisko. W Internecie na stronach dzielnicy śródmieście nadal można czytać jakie stawiano mi zarzuty. Nie ma jednak informacji, iż wszystkie okazały się bezzasadne. Tylko zatem publiczne ogłoszenie wyroku odbierające Wojciechowi Bartelskiemu prawo sprawowania funkcji publicznych oraz zasilenie organizacji aktorskiej (ZASP) hojnym zadośćuczynieniem, może roznieść się echem na tyle szerokim by te same media, które szeroko komentowały fałszywe oskarżenia pod moim adresem poinformowały z równym natężeniem o zasłużonej infamii Bartelskiego oskarżonego o to, że mnie publicznie obmówił i za to, że – lekceważąc prawomocne orzeczenia Prokuratury i Regionalnej Izby Obrachunkowej - nadal przed Urzędami, przed Sądem oraz na stronach internetowych kierowanego przez siebie urzędu – oczernia mnie przed światem.
Taki oto nadchodzi czas. Bezwzględny czas, Zmęczeni najdłuższym w historii nowożytnej Europy okresem pokoju młodzi wandale czują zew krwi. Oni tak naprawdę nie wiedzą o co im chodzi. A chodzi po prostu o – zabijanie. O radość, którą przez lata z tego aktu czerpano.
Nie od razu do nas dociera kiedy nas zabijają. A mnie wychowano w jakiejś nie wiadomo skąd branej wierze, że zabójstwa, podstępy, wojenne szachy – to nie dla nas.
A jednak. Jak kiedyś mi już powiedział Andrzej Urbański: Tragedie są dla ludzi. Wtedy w 2006 roku dla Marcinkiewicza, potem dla mnie, wnet dla obrzucanego błotem Krzysztofa Skowrońskiego. Wreszczie dla Prezydenta Kraju i 95 poległych pod Smoleńskiem osób. Ten proces trwa już cztery lata. Niemal tyle co II Wojna Światowa !
Patrzyłem na Marcinkiewicza, gdy jako świeżo odwołany premier udawał Prezydenta Stolicy. On też jeszcze nie wiedział co się naprawdę stało. Potem spotkałem Krzysztofa Skowrońskiego ( też zwolnionego z zarzutami jakiś malwersacji znakomitego szefa radiowej trójki) – szedł z ekipa TV. Jeszcze zarabia. Jeszcze nie stracił nadzei. Jeszcze nie wie, że koniec nadchodzi. Człowiek tak trudno godzi się z klęską. Nie wierzymy w śmierć. Ani własną ani naszych idei. My. – Któż to my ? Bo są tacy, co tylko śmierć wyznają. Na imię im – wandale.
Więc któż to my? My z Pokolenia JP II ? My z opozycji, z Komitetu Obywatelskiego, z Solidarności. My PO-PISU, który się tak skompromitował. Czy też my, którzy starają się łączyć ludzi ideami. My z harcerstwa. My walterowcy, korowcy, kornikoiwcy, harcerze. – My: pierwsza brygada…
Myślałem, że my to i ja i Paszyński i Urbański. Bo przecież ani borówcza lewica, do której Paszczak chyba jednak nie należy ani kaczorzy PiS, z którym wszak i Urbanski nigdy formalnie nie był związany. I ja oczywiście też z PIS-em Zielińskich, Błaszczaków czy Brodowskich utożsamić się nie mogę. Niestety. Związany zażyłością dziecięcą byłem z Andrzejem, który był wobec mnie zawsze lojalny. I on jeden. Ale jak już chyba wspominałem pod tym warunkiem, że wara mi od polityki. Bo to gra, to szachy, gdzie będzie mnie musiał wykończyć. Co oczywiście definiuje wystarczająco całą naszą klasę polityczną – y compris Boni czy Grupiński – z którym wszakże jesteśmy z tej samej – zdawałoby się – paczki. I dlatego boli.
A najbardziej chyba boli Paszyński. On poprzez opozycję i Unię zszedł na lewo, gdzieś w okolice Marka Borowskiego. A przecież z nim byłem związany bardziej niż z Urbańskim. O dawniej ! Od 16 roku życia w harcerstwie ( to on wyciągnął mnie od Walterowców do normalnych ludzi). I zawsze go wspierałem. Gdy trzeba było zrobić go Kuratorem. Wielokrotnie zapraszałem do telewizji. Nawet dawałem zarobić gdym się obawiał, że może żyć za co nie ma. Broniłem też wszystkich spraw Paszyńskiego u Andrzeja Urbańskiego gdy był wiceprezydentem Warszawa. A ten się ze mnie śmiał. I mówił – nigdy Ci nic nie dali ( mowa o poważniejszych dotacjach na Ogródki czy Dolinę Szwajcarską). I zobaczysz jak pogonią. A gdy pogonili ( oczywiście przy aktywnej pomocy wszystkich PiSowskich urzędników, co wypomniałem Andrzejowi) powiedział krótko:
– PiS Ci dokuczał, ale dawał Żyć !
– Ci zabiją !
No i właśnie nas dobijają i mnie i Jego.
Czy mam jeszcze walczyć ? Skoro w tym dziele zniszczenia połączyli się solidarnie radni wszystkich opcji przerażeni, że oto rodzi się autentycznie polska wspólnota, że kulturalna Warszawa odnajduje się nie bacząc na gusta elit z Krakowskiego Przedmieścia, że spod kontroli wymyka się rząd dusz. W walce o władzę nad duszami wszystkie chwyty są dozwolone !
Okrzyknięto mnie nawet przestępcą: wbrew logice, wbrew dokumentom, które już wszystkie znajdują się na stronie www.oszczerstwa.kijowski.pl wbrew prawdzie i wszelkim procedurom.
Tu nie chodzi bowiem o mnie, ani nawet o pieniądze. Tu chodzi o wspólnotę. ISTOTNIE JESTEM PRZESTĘPCĄ ! SKORO OŚMIELIŁEM SIĘ WALCZYĆ Z GLOBALIZACJĄ I ANONIMOWOŚCIĄ. PRÓBOWAŁEM INTEGROWAĆ LUDZI. ZBIERAĆ TOWARZYSTWO.
Moje projekty zyskały wysokie oceny Prezydenta RP, patronat i dotację z Ministerstwa Kultury. Państwo nam wówczas sprzyjało. Koterie samorządowe odrzucały. Ale Państwo jest ubogie. Centralnego zarządzania nie da się porównać z dobrym gospodarowaniem.
Obecna ekipa samorządowa wydaje ogromne pieniądze na tzw. Kulturę, ale taką co państwa przytłoczy jak jazz w Złotych Tarasach, zdezintegruje jak Sztuka na ulicy, przekona, iż nie macie własnej lecz jesteście zakładnikami cudzej skrzyżowanej Kultury. Zresztą za zdobyty przeze mnie budżet, za pieniądze, którym w tym 2010 roku wciąż dysponuje Dom Kultury Śródmieście ( 3,35 mln). Ja zrobiłbym tyle samo co w 2006 roku ( 265 imprez). Oni zdobyli się na 30. ( słownie: trzydzieści !) przedstawień.
Jak to nie jest przekręt – to co nim jest ?
Może jednak uratujemy przy nadchodzących wyborach WARSZAWSKI SAMORZĄD ?
URATUJMY ŚRÓDMIEŚCIE. PRZED PARTYJNIACTWEM, KOTERIAMI I ZAWIŚCIĄ, KTÓRE ODBIERAJĄ NAM PODMIOTOWOŚĆ. PRZED PONADPARTYJNYM SOJUSZEM ZAŚCIANKA. PRZED WSZYSTKIMI RADNYMI, KTÓRZY ZA NIC SOBIE MAJĄ DZIESIĄTKI TYSIĘCY SENIORÓW I MŁODZIEŻY, TURYSTÓW I ARTYSTÓW, KTÓRZY ODNALEŹLI SWÓJ DOM WOGRODACH FRASCATII.
A w szczególności przed obecnym burmistrzem : Wojciechem Bartelskim. Radnymi: Andrzejem Batorem, Michałem Bitnerem, Agnieszką Gierzyńską-Zalewską, Przemysławem Zającem działaczom samorządowym, których inicjatywie zawdzięczmy zniszczenie piętnastoletniej tradycji Konkursu Teatrów Ogródkowych i miejsca spotkania jakim dla warszawskich inteligentów były i wierzę, że prędzej czy później znów będą – zbudowane przez nas wspólnie – Ogrody Frascati.
* * *
Więc cała polityka obmierzła. Straszne jest jednak to, że bez polityki nie da się w tym kraju zrobić nic społecznego. Cóż więc pozostaje ?
Włodek Paszyński wśród serdecznych przyjaciół – Opis…r. CLV
Paszczak… Poznaliśmy się … Poznaliśmy się „przed Wojną Japońską” istotnie, ściślej zaraz po Marcu’68 roku – jakoś w maju. Pląsy zuchowe zaliczałem u niego na obozie w Cierzpiętach latem 1968, gdy miałem lat czternaście, a Włodek jeszcze siedemnastu nie skończył.
Włodek Paszyński z zuchami. Lipiec 1970 (Grom), fot.A.T.Kijowski
W sumie podobnie to pamiętamy
Rozmowa Agnieszki Budzyń z Włodzimierzem Paszyńskim – 4 luty 2007
A.B. - Panie Prezydencie, długo Pan zna Andrzeja Tadeusza Kijowskiego? Pewnie długo.
W.P. - Od Wojny Japońskiej… A tak naprawdę, poznaliśmy się w harcerstwie śródmiejskim, byłem wtedy instruktorem zuchowym, a Andrzej, przez moment, moim przybocznym. Wtedy zaprzyjaźniliśmy się, wspólnie robiliśmy różne rzeczy, poza bezpośrednią pracą z dziećmi. Najzabawniejszym momentem był Festiwal Kulturalny Hufca Warszawa Śródmieście, a właściwie to co towarzyszyło temu wydarzeniu. Jak powszechnie wiadomo ojciec Andrzeja Tadeusza jest wybitnym, współczesnym, dwudziestowiecznym prozaikiem. Wtedy utożsamiany był ze środowiskiem katolickim, skupionym wokół „Tygodnika Powszechnego”. Pamiętam jak już po festiwalu – a rzecz była w kosmicznej scenografii i oparta na kosmicznym pomyśle – na scenę Stołecznego Teatru Rozrywki, bo tam się to odbywało, wtargnął nie wiedzieć skąd jakiś pies, co wywołało oczywiście powszechną wesołość. A mówię o tym dlatego, bo obaj to wtedy bardzo przeżyliśmy, chociaż na różne sposoby. Ojciec Andrzeja napisał w „Tygodniku Powszechnym” felieton („Co może pies„)[1] , z którego wynikało, że ten pies był najjaśniejszym punktem całej imprezy, co nie ukrywam sprawiło nam pewną przykrość. Opowiedziałem tę anegdotę, bo jest dość charakterystyczna. Andrzej Kijowski wykpiwał tego typu imprezy jako ideowe. A my byliśmy takim trochę tematem zastępczym, bo to co robiliśmy nie miało charakteru ideowego, ale felietonu w tym stylu opiewającego pochód pierwszomajowy, albo święto Trybuny Ludu nikt by mu nie puścił, również w „Tygodniku Powszechnym”. Takie były czasy, że mówiliśmy do siebie mrugając okiem, tylko, że Kijowski senior mrugnął naszym kosztem, co dla Andrzeja było bardziej przykre, bo ja nie traktowałem tego tak osobiście. Dla nas festiwal to było obcowanie z kulturą, śpiewaliśmy niezłe piosenki, recytowaliśmy dobrą poezję, nie było w tym żadnego nadużycia natury ideowej.
ATK z Zuchami - Lipiec 1970 (Grom), fot.W.Paszyński
A.B. – Czyli wszystko zaczęło się dawno temu, rozumiem, że wasza znajomość trwała, mieliście ze sobą kontakt. A potem Andrzej Tadeusz Kijowski wymyślił KTO. Został Pan zaproszony na pierwszy spektakl, czy może o inicjatywie dowiedział się przypadkiem?
W.P. - Nie, to na pewno nie był przypadek, ale dokładnie tego nie pamiętam. To był początek lat dziewięćdziesiątych, zajmowałem się wtedy warszawską oświatą i Andrzej po prostu kiedyś mnie zaprosił. Od tamtego czasu bywałem dość okazjonalnym gościem Ogródków. Impreza odbywała się w okresie wakacyjnym, ja jestem nauczycielem, więc w tym czasie wyjeżdżałem, natomiast pamiętam te pierwsze spotkania jako znakomitą inicjatywę.
A.B. - Panie Prezydencie, a gdybym zapytała Pana o najciekawsze wspomnienie związane z Ogródkami, spektakl, anegdotę, może spotkanie z kimś wyjątkowym. Pamięta Pan coś takiego, czy ma raczej ogólne wrażenie o imprezie?
W.P. - Mam ogólne wrażenie, że tam zawsze było miło. Ludzie przychodzili zobaczyć przedstawienie, ale była to też taka towarzyska okazja, zawsze się gdzieś kogoś spotykało. Wydaje mi się, że impreza wciągała nawet przypadkowe osoby. Na przykład w Dziekance, gdzie przedstawienia odbywały się na podwórku, dookoła sceny okna, a w nich ludzie zaciekawieni nagle tym co się dzieje. To było takie szczególne.
A.B. - To może pamięta Pan jakąś wpadkę, coś co się nie udało?
W.P. - Też nie, ale pamiętam, że najgorzej oglądało mi się spektakl na Mariensztacie w pewne bardzo zimne popołudnie. Proszę pamiętać, że ja jednak byłem okazjonalnym gościem, więc żadną smaczną anegdotą Pani nie uraczę.
A.B. - Proszę powiedzieć czy miał Pan okazję być na Frascati?
W.Paszyński i A.Rozenfeld 6.VII.2003 w Lapidarium na XII KTO
W.P. - Nie, Ogrody Frascati znam wyłącznie z nazwy. Byłem tam raz, widziałem zagospodarowane miejsce, ale nie oglądałem spektaklu. Wybierałem się kilka razy w ubiegłym roku, ale ciągle coś się działo.
A.B. - To proszę żałować, bo w ubiegłym roku właśnie były bardzo dobre spektakle, między innymi drugą nagrodę jury i publiczności zdobył Teatr Konsekwentny, który funkcjonuje w powołanym przez Pana Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej.
W.P. - Tak, powołałem SCEK i to jest rzeczywiście takie dobre miejsce edukacji kulturalnej w Warszawie. Zresztą „Konsekwentnych”, wtedy „Niekonsekwentnie Konsekwentnych”, odkryłem dzięki Andrzejowi. To jest historia sprzed paru lat…
W.P. - Przyszli do mnie dwaj fajni, mądrzy, sympatyczni ludzie, Andrzej Kijowski i Jurek Kisielewski, i zaprezentowali taki trochę „odjechany” pomysł, ale ponieważ ja byłem przekonany o konieczności przecierania drogi do Unii i miałem trochę czasu, więc ruszyliśmy tym autobusem, właśnie z Konsekwentnymi. Spędziliśmy razem kilka dni w tym autobusie, przejechaliśmy sporą część północno-wschodniej Polski, robiliśmy przedstawienie o zaślubinach Polski z Europą. Andrzej się w tym wyżywał podwójnie, trochę intelektualnie, bo był tam taki element wiedzowy, związany ze znajomością Europy, a z drugiej strony Andrzej miał zawsze nie do końca zrealizowane pomysły aktorskie. Fajny był ten autobus, zwłaszcza, że pokazywał nam bardzo różne miejsca i momenty. Czasem było po prostu miło i sympatycznie, ale czasami było też dramatycznie…
A.B. - Rzucali się na Was, tłukli jajkami?
W.P. - Jajkami nie, natomiast były takie miejsca, w których czekali na nas miejscowi aktywiści antyeuropejscy. Zazwyczaj mieściło się to jednak w jakiejś normie, z wyjątkiem jednego z miasteczek w lubelskim, którego nazwy przez litość nie wspomnę. Tam była naprawdę groza. W bardzo ładnym i zadbanym miasteczku miejscowi aktywiści jakiejś akcji katolickiej, przywitali nas okrzykami nie bardzo europejskimi „Żydzi, won do komór gazowych”. Było to podwójnie dramatyczne, bo rzecz działa się koło Bełżca, ale też myślałem sobie, że to jest taki swoisty chichot historii.
Z pozoru – pełna kultura. Z pozoru. Jest wszakże 4 luty 2007. Wyrok na mnie i na Ogrody już pewnie zapadł. Dowiem się o nim za trzy tygodnie. Tymczasem… Żyję złudzeniami.
Jakby jeszcze dobrych zdarzeń było mało, spekuluję: najtrudniej dotąd szło z dzielnicą, a tu na stanowisko zastępcy burmistrza zastał mianowany: mój asystent przez lat cztery, człowiek, którego wybrałem z tłumu starających się o pracę w Samorządowym Sejmiku i którego miałem za może ślamazarnego czasem, nieco nadto nieśmiałego lecz niezwykle skrupulatnego, inteligentnego, wrażliwego i uczciwego – słowem Piotruś Królikiewicz.
Wiedziałem oczywiście, że obstrukcja pracowników i części urzędników jest spora – lecz poziom odniesionego sukcesu przy tak inteligentnych i ideowych, jak sądziłem ludziach za jakich całe to towarzystwo miałem - wydawał mi się gwarantem ostatecznego zwycięstwa. Miałem przy tym nadzieję, że nowa ekipa okaże się śmielsza nieco w inwestycjach, a i kompetentna bardziej od PIS-owskich zakonników otaczających Lecha Kaczyńskiego. Skoro więc urzędniczy motłoch tak mnie dołował w mięście i domu kultury myślałem, ze będzie łatwiej namówić panią prezydent na realizację idei stworzenia na Frascatii „Centralnego Parku Kultury” z Teatrem Ogródkowym. Z tym wszystkim szybko spotkałem się z Paszczakiem. Szło łatwiej i kulturalniej niż z Urbańskim. Przygotowałem list powitalny do Waltzowej, Włodek go przejrzał pogadał ponoć, z jakimś Stasiakiem i stwierdził, że będę przyjęty i mogę list wysyłać. Tedy – cała dokumentację wysłałem. Do przypisu…[2]
Szalałem ? – Jak popatrzeć z daleka, pewnie nieco. Miałem jednak dodatkowe powody. Mało, że budżet Ogrodów po raz kolejny próbowano mi ograniczyć – w pewien piekny listopadowy poranek, ot tak niemal równo w imieniny otworzyła drzwi mego Gabinetu główna księgowa Joasia O… – popatrzyła na mnie swymi małymi oczkami i powiedziała ze skruchą acz bez trwogi. Panie dyrektorze jak przepraszam ale nie mamy „kasiory”.
Do dziś pamiętam jej słodką minkę i to wyrażenie. Okazalo się, ( tak przynajmniej twierdziła), że obliczając budżet na cały rok pominęła w obliczeniach bagatelnych 200 tysięcy tzw. zobowiązań z roku 2005 płatnych w 2006. Jak mnie poinformowała w listopadzie i grudniu pozostały nam środki jedynie na finansowanie zobowiązań z Listy płac, ZUS i podatku dochodowego. Do dziś nie wiem czy była to taka beztroska czy celowe może dzialanie, którego celem było wpuszczenie mnie w manko. Przed każdym wszak tegorocznym wydatkiem związanym z Frascatii pytałem Joasi czy starczy nam pieniędzy. Wychodziła, liczyła i przynosiła wiadomości. Najczęsciej ( choć nie zawsze naturalnie) akceptując wydatki. Tym razem więc zorientowawszy się, że nie naruszę dyscypliny budżetowej ani nie wpędzę w kłopoty pracowników, jak to już nie raz w mym ogródkowym życiu finansowym bywało…skoncentrowałem się na walce o przetrwanie. Nie była mi to pierwszyzna. Od dawna wszak po merytorycznym i medialnym sukcesie kolejnego festiwalu arkusz kalkulacyjny w moim komputerze nosił tytuł: „wymiar_klęski.xls.” Także i tym razem zarządziłem oszczędności, nie robiłem już hucznych „Inwazji Gwiazdkowych Skrzatów”, bali i frenetów oraz udałem się negocjować rachunki z wierzycielami. Wytłumaczywszy co się stało bardziej lub mniej oględnie zapewniłem, że zobowiązania grudniowe zapłacone zostaną w styczniu lub lutym. Tak się też stało. Do końca lutego długi były popłacone. Ale budżet XVI KTO i III Frascatii mocno nadszarpnięty. W minionym roku wydałem na 265 imprez 800 tysięcy. Odwiedziło nas blisko 90 tysięcy osób. Na na kolejny zostawało mi w granicach 320. Nie było to zreszta tak strasznie mało tym bardziej, że już caly sztab ludzi pracował nad pozyskaniem strategicznego sponsora i impreza zyskała sobie znaczną popularność.
Nie zaprzestałem jednak walki. Wiedząc, że jestem atakowany uznałem, że najlepszą obrona jest atak. Zgłosili się do mnie panowie ze śródmiejskiej gazetki z propozycją oddania mi do dyspozycji całej strony. Przygotowalismy kolumnowy material zatytułowany „Tłumy na Smolnej”, który prezentował osiągnięcia nie tylko na Frascatii lecz cały dorobek domu kultury, w którym w roku 2006 odbyło się łącznie blisko trzy tysiące imprez dla przeszło 150 tysięcy osób. Z tym wszystkim skierowalem list do Radnych Komisji Kultury i Sportu Dzielnicy Warszawa Śródmieście[3].
Gazeta "Południe"
W konkluzji
PYTAŁEM ! CZY NOWA RADA ŚRÓDMIEŚCIA ZDOŁA URATOWAĆ WARSZAWSKI SAMORZĄD. PRZED PARTYJNIACTWEM, KOTERIAMI I ZAWIŚCIĄ, KTÓRE ODBIERAJĄ NAM PODMIOTOWOŚĆ ?
• PRZED LUDŹMI, KTÓRZY ZA NIC SOBIE MAJĄ DZIESIĄTKI TYSIĘCY SENIORÓW I MŁODZIEŻY, TURYSTÓW I ARTYSTÓW, KTÓRZY ODNALEŹLI SWÓJ DOM W OGRODACH FRASCATI ?
Jak zwykle. Pisałem , pisałem – a z drugiej strony cisza.
Spotkałem wreszcie Pania Gronkiewicz-Waltz, na jakimś noworocznym raucie, było to akurat w momencie, gdy Premier Kaczyński próbował jakims mało zręcznym ruchem podważyć mandat elekti ze względu na fakt, że jej mąż nie złożyl w porę czy we właściwym miejscu podatkowego oświadczenia. Proszę o negocjowane ponoć przez Paszczaka spotkanie:
- No tak ale tam jest przecież jakiś audyt, zbyła mnie HGW bez rozmowy. Jeszcze odwiedziłem raz czy drugi Piotrusia Królikiewicza od razu rzecz jasna napadanego przez mych „związkowców domowych”.
– Zbierają się nad tobą chmury, zbierają kwękał – aż wykwękał.
Gdzieś około 20 lutego zawiadomili mnie Piotruś wraz z Małgosią Naimską, że zostanę odwołany. Tak się też stało. 28 lutego 2007 roku, – w trzy lata i trzy miesiące po powołaniu skończyło się moje – mówiąc słowmi Andrzej Urbańskiego – „pikowanie”.
PRZYPISY:
[1]Co może pies ?, „Tygodnik Powszechny” 1970, nr 45, s.6. Przedruk, /w:/, Gdybym był królem, Poznań, Wyd.”W Drodze” 1988, s.85-87.
[2] Szanowna Pani Prezydent. Proszę przede wszystkim przyjąć szczere gratulacje z okazji objęcia tak odpowiedzialnego stanowiska, które w Zjednoczonej Europie ma szczególne znaczenie. Wierzę, że będzie to z korzyścią dla Stolicy. Tej stolicy, o której samorządność walczę ze zmiennym szczęściem już lat piętnaście – niegdyś jako radny i wicemarszałek Sejmiku pierwszej kadencji odrodzonego Samorządu w latach 1990-1994, dziennikarz niezależnej telewizji, a od tamtej pory jako animator kultury, pragnący by Warszawa stała się stolicą kulturalną geograficznego centrum Europy.
Ten cel zdaje się bliski. W ciągu minionych trzech lat udało mi się jako szefowi Domu Kultury Śródmieście przekształcić dość elitarny Konkurs Teatrów Ogródkowych w wielką kulturalną imprezę, o randze tłumnie odwiedzanego przez warszawiaków i turystów - letniego Festiwalu Artystycznego „Ogrody Frascati”. W załączonej NOTATCE opisuję organizacyjną drogę jaką przebywam dążąc realizacji tej wizji.
Zdobyliśmy to, co najważniejsze. Ogrody Frascati mają fantastyczną widownię ! 90 tysięcy widzów pod zadaszoną sceną to marzenie każdego menedżera kultury. To istota naszego sukcesu. Spełniony sukces nie znosi jednak improwizacji. A do jego zdyskontowania potrzeba już bardzo niewiele: infrastruktury, budżetu na doskonalenie programu artystycznego, a przede wszystkim przychylności urzędów. To bowiem, co udało się zrobić nie było rzeczą partii ani układów. Mogę przysiąc, że to, co powstało – stworzyłem praktycznie wbrew większości zwłaszcza niższych urzędników i dzielnicowych radnych, za to z wierną publicznością i gronem oddanych współpracowników. Powstała jedna z większych imprez kulturalnych w Polsce. 90 tysięcy widzów, 265 imprez, 120 dni kosztowało ze wszystkim, z całą infrastrukturą i merytorycznym zapleczem zaledwie 810 tys. pln.
Szanowna Pani Prezydent!
Sukces merytoryczny nie pociąga jednak za sobą satysfakcji czysto pracowniczej. Dom Kultury nie otrzymał wystarczającego budżetu na rok 2007 (jeszcze dwa dni przed wyborami komisarz Kazimierz Marcinkiewicz, gwarantował mi, że o Ogrody Frascati mogę by spokojny bo prezydent ma swoją rezerwę). No cóż, wiem o tym, bo w takim trybie była Warszawa zarządzana przez minione cztery lata, acz wolałbym miast rezerwy, której używanie budzi zrozumiałe emocje, dysponować po prostu w porę przyznanym budżetem proporcjonalnym do wykonywanych zadań.
Wykonana przeze mnie praca wzbudziła wiele negatywnych emocji. Nie mogąc odebrać mi Frascati, tłumów i Domu na Smolnej, zrobiono wszystko by pozbawić mnie godziwej płacy. Znosiłem to z trudem dopóty, dopóki dysponowałem budżetem wystarczającym na rozwijanie imprez. Teraz jednak i tu mnie zablokowano z nadzieją jak sądzę, że odium spadnie na nową władzę.
Dla mnie, który pamięta pomoc jakiej nam Samorządowcom udzielała Pani Prezydent, wraz z profesorami Regulskim i Kuleszą, szesnaście lat temu, gdy w Komitetach Obywatelskich tworzyliśmy zręby Samorządnej Rzeczpospolitej ta władza nie jest ani nowa, ani obca.
Dla mnie liczy się tylko jeden prosty cel. By Warszawskie Ogrody Frascati stały się turystyczno-architektoniczno-kulturalną atrakcją Warszawy. By mając wiedzę czym bywa paryskie Trocadero czy kopenhaskie Tivoli, stało się – unikalną propozycją kulturową dla mieszkańców Warszawy i przybyszy.
I to się udało. Mamy coś niezwykłego. Imprezę elitarną i masową zarazem. Nawiązującą do tradycji przedwojennej Warszawy, wcale nie tak odległej od wiedeńskich form. Imprezę nowoczesną, plenerową i organicznie polską, związaną z niepowtarzalną warszawską tradycją teatrów ogródkowych i schweizertalli.
Bardzo proszę Panią Prezydent by - mam nadzieję w większym niż poprzednicy wymiarze - zechciała pomóc mi w tym dziele.
Zwracam się zatem z prośbą: o
1. zwiększenie budżetu Domu Kultury Na Smolnej do kwoty 5 950 000 PLN, co pozwoli kontynuować rozwój naszej inicjatywy;
2. łaskawe zorganizowanie narady określającej zasady na jakich Dom Kultury Śródmieście winien łączyć zadania ogólno dzielnicowe z funkcjami ogólno miejskimi, w oparciu o zaproponowaną przeze mnie rok temu koncepcję stworzenia w jego łonie lub wydzielonego instytucjonalnie Centralnego Parku Kultury „Ogrody Frascati”;
3. rozważenie możliwości nadania materialnej formy uznaniu publiczności i mediów, którego mi nie brak, poprzez przyznanie mi nagrody rocznej za rok 2005 i przywrócenie pełnej wysokości premii miesięcznych za rok 2006 !
Notatka z dn. 15 grudnia 2006 r. NOTATKA
1. Na stanowisku dyrektora DKŚ zostałem zatrudniony 5 listopada 2003. Budżetu na rok 2004 wynosił 2 067 tys. PLN. To wystarczał zaledwie na podstawową działalność.
2. 12. stycznia 2004 – dodatek funkcyjny został mi zmniejszony o 715 PLN do kwoty 915 PLN ze względu na zmianę interpretacji przepisu dot. 150% ( najniższego zaszeregowania, a nie zasadniczego wynagrodzenia) – Uzgodniono wówczas z dyr. Biura Kultury, iż premia uznaniowa będzie w związku z tym wypłacana w maksymalnej wysokości 70%
3. Jako organizator dwunastu edycji wspieranego tradycyjnie przez samorząd Warszawy Konkursu Teatrów Ogródkowych w Dolinie Szwajcarskiej nieodpłatnie użyczyłem logo imprezy Domowi Kultury i wystąpiłem do Miasta o środki na ten cel.
4. Między grudniem 2003 a lutym 2004 odkryte zostają malwersację b. głównej księgowej Krystyny Zbroch na łączną kwotę 280 000 PLN. Odkryte zostają znaczne zaległości w opłacaniu składek ZUS. Poinformowałem o tym przełożonych. Złożyłem doniesienie do Prokuratury. K. Zbroch jest już dwukrotnie prawomocnie skazana i spłaca zadłużenie. Na razie spłaciła około 50 %. Wobec b. dyrektor pani Staręgi, która do emerytury pozostawała zatrudniona w Biurze Kultury nie wyciągnięto wg mojej wiedzy żadnych konsekwencji.
5. W listopadzie 2003 powstał w DKŚ Związek zawodowy, którego działacze konsekwentnie torpedowali wszystkie polecenia dyrektora. Imprezy w plenerach odbył się zgodnie z planem tylko dzięki temu, że użyczyłem DKŚ oczywiście nieodpłatnie swój prywatny sprzęt: aparaturę nagłaśniająca, krzesła, namioty etc.
6. W 2004 roku frekwencja na imprezach DKŚ wzrosła blisko dwukrotnie w stosunku do roku 2003, i przekroczyła 50 000 osób. W plenerach 20 000 wobec 10 tys. w 2003 kiedy to imprezę po raz ostatni organizowałem z pozycji NGO.
7. We wrześniu 2004 zwróciłem się do Prezydenta o przeprowadzenie Audytu instytucji. Audyt przeprowadzany był od listopada 2004 do czerwca 2005 roku.
8. Budżet na rok 2005 zaplanowany przez Miasto na kwotę 2 7333 967 został przez Radę Dzielnicy zmniejszony o 433 tys. do kwoty 2300 PLN.
9. W styczniu 2005 roku odzyskałem w formie dotacji celowej 430 000 PLN przyznane z rezerwy celowej na aktywizację Domów Kultury.
10. W marcu 2005 dowiedziałem się, że Ogródki Warszawskie w Dolinie Szwajcarskiej nie mogą być kontynuowane .
11. Wtedy wskazałem Park Kultury i Wypoczynku im. Rydza Śmigłego jako nową lokalizację śródmiejskiej imprezy. Zaproponowałem powrót do tradycyjnej nazwy Ogrody Frascati i wystąpiłem z wnioskiem o środki na rewitalizację kulturalną tego miejsca.
12. Środki te w łącznej wysokości 1 320 tys. PLN zostały przyznane zarządzeniem Prezydenta Miasta z 31. 05. 2005.
13. 7.06.2005 roku otrzymałem pismo dyr. Biura Kultury, że w związku z toczonym przeciw mnie postępowaniem RIO premia zostaje mi zmniejszona o 40 % i będzie wypłacana w minimalnej wysokości czyli 30 %.
14. W tym samym czasie do Prezydenta zaczęły napływać coraz liczniejsze wnioski działaczy ZZ o zwolnienie mnie ze stanowiska.
15. 5 LIPCA 2005 RADA DZIELNICY ŚRÓDMIEŚCIE PRZYJĘŁA STANOWISKO NEGATYWNIE OCENIAJĄCE DZIAŁALNOŚĆ DKŚ I POSTULUJĄCE ODEBRANIE ŚRODKÓW NA REWITALIZACJE KULTUROWĄ OGRODÓW FRASCATI.
16. Latem 2005 Sukces Ogrodów Frascati, przerósł najśmielsze oczekiwania – mimo zmiany miejsca frekwencje w na Ogródkach Warszawskich, a w szczególności na XIV Konkursie Teatrów Ogródkowych wzrosła o 100% i wyniosła przeszło 44 tysiące osób. ( W całym Domu Kultury na 800 imprezach sięgnęła 88 tysięcy.
17. Po zakończeniu imprezy, mimo jej sukcesu, Dzielnica Śródmieście po raz drugi ( tym razem skutecznie) zmniejszyła proponowany przez miasto budżet Domu Kultury na rok 2006 o 240 tys. PLN z 3 275 tys. zł do 3 035 tys. zł.
18. Mimo odstąpienia przez RIO we wrześniu 2005 od wymierzenia mi kary za powstałe nie z moje winy zaległości – oczywiście nie wyrównano mi zmniejszonych premii.
19. W związku z postępowania przed RIO Zarząd Dzielnicy nie wystąpił też o nagrodę roczną dla mnie za rok 2004.
20. W styczniu 2006 roku rozpoczęto kompleksową kontrolę całej działalności Domu Kultury. Wystąpienie pokontrolne, wręczono mi dopiero po 11 miesiącach paraliżowania naszej pracy - 5 grudnia 2006. Komisja spisała kilkudziesięciu stronnicowy raport powtarzający ściśle zarzuty niezadowolonych związkowców, pomijający wszystkie pozytywne opinie i rozmowy, wskazała dziesiątki drobnych w moim przekonaniu uchybień, które naturalnie natychmiast usuwamy . Nie zarzucono tylko najmniejszej nawet malwersacji, naruszenis ustawy o zamówieniach publicznych, czy złej pracy merytorycznej. Tego bowiem nawet z palca wyssać się nie da!
21. Oczywiście od stycznia 2006 roku do chwili obecnej – ze względu na trwającą kontrolę i liczne zarzuty oraz donosy, premia dyrektora została na powrót zmniejszona do 30 %.
22. Mimo oszałamiającego sukcesu Ogrodów Frascati. (frekwencja po raz kolejny wzrosła o sto procent sięgając 140 tysięcy osób na 1150 imprezach DKŚ w tym blisko 90 tysięcy widzów na Frascati )- nie zaopiniowano wniosku o zwiększenie budżetu imprezy na rok 2007 ( konieczność odnowy infrastruktury, nieunikniony wzrost honorariów). Wnioskowaliśmy 5 950 tys. proponuje się nam 3 093 600 PLN.
23. W latach 2004 – 2006 skierowano do władz Warszawy i do mnie osobiści dziesiątki pisemnych i mnóstwo ustnych podziękowań, wśród nich w 2004 list zbiorowy bywalców Doliny Szwajcarskiej podpisany przez 160 osób, w 2005 ponad tysiąc osób podpisało się pod listem dziękującym władzom Warszawy za stworzenie Ogrodów Frascati. Gratulacje i podziękowania otrzymałem od rzeszy intelektualistów skupionych w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, Związku Artystów Scen Polskich. Artystów Estrady i Operetki. Oraz od osób prywatnych z Izabellą Cywińską na czele
24. Mimo składanych mi ustnych deklaracji – zarówno przez dyrektora Biura Kultury panią Naimską, jak i komisarza Marcinkiewicza nie wystąpiono o nagrodę roczną dla mnie za rok 2005.
2. Informacja o odmowie podpisania budżetu DKŚ na rok 2007. Warszawa 8 grudnia 2006
Sz. P. Małgorzata Eytner-Branicka
Główna Księgowa Wydziału Budżetowo Księgowego
Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy
Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa
A Teraz Konkretnie z HGW i Jarkiem Kretem 10. IX.1993
Szanowna Pani!
Uprzejmie informuję, że w dniu 18 sierpnia 2006 złożyliśmy projekt budżetu dla Domu Kultury Śródmieście na kwotę 5 950 000 PLN. Projekt ten uwzględniał kontynuację letnich już III Ogrodów Frascati w roku 2007 na poziomie porównywalnym z rokiem mijającym oraz kontynuację wszystkich działań Domu Kultury Śródmieście. Podczas 1150 imprez z naszej oferty w Domu Na Smolnej i w klubach, w minionym roku skorzystało 140 tysięcy mieszkańców Dzielnicy Śródmieście i Warszawy .
Projekt ten nie został przez nikogo ani negatywnie, ani pozytywnie zaopiniowany. Dotarły do nas jedynie komentarza urzędników wyrażających zadowolenie z faktu, iż nasza działalność plenerowa realizowana wbrew Stanowisku Rady Śródmieścia z dnia 5 lipca 2005 zostanie ograniczona i staniemy się na powrót, jak to ktoś w Pani Wydziale miał powiedzieć „zwykłym szarym domem kultury”.
Ewentualne zaopiniowanie zwiększenia budżetu DKŚ uzależnione miało być od wyników audytu, z którym wstrzymywano się do dnia wyborów.
Abstrahuję od faktu, iż wystąpienie pokontrolne, które ( co zostanie mocno udokumentowane) otrzymałem dnia 5 grudnia 2006 r. jest tendencyjne i wybiórcze. Dokument nie uwzględnia opinii pozytywnych, nie uwzględnia także zmian wprowadzonych na przestrzeni lat 2004 – 2006 r. Dane, na podstawie których ustalono stan faktyczny są niereprezentatywne, protokół sugeruje, że nie zrealizowano wniosków pokontrolnych, z czym nie mogę się zgodzić.
Z budżetowego punktu widzenia ważne jest jednak, iż w dokumencie tym, negatywnie oceniającym zasady polityki kadrowej, znalazło się sformułowanie z którego wynika, że „Obecna struktura DKŚ zapewnia realizację zadania zarówno o zasięgu dzielnicowym jak i ogólnomiejskim , czego potwierdzeniem jest istniejąca bogata oferta programowa oraz sprawna realizacja przedsięwzięcia PN. „Ogrody Frascati”, cieszącego się dużym zainteresowaniem mieszkańców Warszawy”. ( str. 6 wystąpina pokontrolnego podpisanego 1.XII.2006 przez b. Prezydenta Miasta Warszawy w osobie pełniącego tę funkcję Kazimierza Marcinkiewicza).
W związku z tym stwierdzeniem pragnę oświadczyć że sprawna realizacja oferty programowej i wzrost frekwencji na wszystkich imprezach na Smolnej w okresie trzech lat mej dyrekcji o 500 % ( z 30 tys. w roku 2003 do 140 tys. w 2006 ) był możliwy jedynie dzięki wprowadzeniu nowej ( acz nie zaopiniowanej przez związki zawodowe, ani przez informowane o tym fakcie jednostki nadrzędne) - struktury organizacyjnej.
Nie byłoby Ogrodów Frascati, Inwazji Gwiazdkowych Skrzatów, Akcji z Dziecka Król, Poranków Familijnych, Five o’clock-ów Muzycznych, Akademii Filmowej, Saloników Kabaretowych i Biesiad oraz Jubileuszy Literackich na Smolnej, Warsztatów Pisarskich w klubie na Marszałkowskiej z redakcją pisma „Tekstualia” – bez wolontariuszy, bezrobotnych absolwentów, osób kierowanych w ramach robót publicznych przez Urząd Pracy, nawet resocjalizowanych więźniów pomagających nam w remontach i pracach porządkowych na Frascatii. Wreszcie bez wybitnych artystów i animatorów kultury, których – wobec uporczywego blokowania realizacji zmian kadrowych – zmuszony jestem zatrudniać na zlecenia.
Nie byłoby ich też bez zwiększenia budżetu DKŚ o 1 973 tys. PLN w 2005 PLN. Z tej kwoty, po odjęciu dotacji celowej na uruchomienie Ogrodów Frascatii, zwiększenie wydatków na działalności programową w 2005 roku według projektu budżetu Miasta sięgać miało 1 200 tys. PLN i zamykało się kwotą 3 275 950 PLN. Niestety 240 tys. PLN odebrała nam negatywnie nastawiona do projektu Ogrodów Frascatii (por. Stanowisko z 5 lipca 2005) Rada Dzielnicy Śródmieście - zmniejszając nasz budżet na rok 2006 do kwoty 3 035 950. PLN Dokładnie takiej kwoty 240 tys. zł brak nam dziś do pełnej realizacji budżetu po sprawnym wykonaniu oferty Programowej DKŚ w minionym roku.
W związku z tym jako Dyrektor Domu Kultury Śródmieście i twórca Ogrodów Frascati, zmuszony jestem odmówić akceptacji i złożenia podpisu pod skierowanym przeciwko interesom skupionej wokół Domu na Smolnej publiczności – projektem Uchwały Rady Miasta Stołecznego Warszawy w Sprawie budżetu MS Warszawy na Rok 2007, przewidującym w paragrafie 92109 dalece niewystarczającą na kontynuowanie działalności kwotę 3.093.600 PLN.
Do wiadomości:
1) Zastępca Prezydenta m. st. Warszawy Włodzimierz Paszyński ,
2) Małgorzata Naimska Dyrektor Biura Kultury m. st. Warszawy Pl. Zamkowy 10, 00-277 Warszawa
3) Agnieszka Maria Gierzyńska-Zalewska Przewodnicząca Rady Dzielnicy Śródmieście Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa
4) Artur Grzegorz Brodowski Burmistrz Dzielnicy Śródmieście Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa
5) Przewodniczący Komisji Kultury Rady m. st. Warszawy, Pałac Kultury i Nauki, pl. Defilad 1, 00-110 Warszawa
6) Przewodniczący Komisji Kultury Dzielnicy Śródmieście, Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa
7) Przewodniczący Komisji Budżetowej Rady m. st. Warszawy, Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa
8) Przewodniczący Komisji Budżetowej Dzielnicy Śródmieście , Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa
9) Tomasz Zdzikot Zastępca Burmistrza Dzielnicy Śródmieście , Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa
10) Joanna Strzelecka Naczelnik Wydziału Kultury Dzielnicy Śródmieście , Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa
11) Andrzej Hagmajer, Biuro Kultury m. st. Warszawy, pl. Zamkowy 10, 00-277 Warszawa
[3] „Za nami kolejne wybory samorządowe. Skończyła się czwarta kadencja Samorządu od chwili jego odrodzenia w roku 1990. Przed nami kadencja piąta ( w Warszawie szósta) lub jak kto woli pierwsza w IV Rzeczpospolitej.
A Teraz Konkretnie z W.Paszyńskim - 18.XII.1993
Idea samorządowa była wielką nadzieją roku 90-tego. Chodziło o to by odejść od dotacji celowych, środków dystrybuowanych przez Urzędy Wojewódzkie, rejonowe, ministerialne priorytety. Chodziło o to by dać szanse inicjatywom oddolnym. By autentyczni radni, przedstawiciele dzielnic, wsi i powiatów decydowali jakie pieniądze przeznaczą na szkołę, jakie na drogę, a które na festyn kulturalny. Aby to było możliwe potrzebna była podmiotowość prawna i możliwość dysponowania podatkiem od osób fizycznych oraz prawnych ( przynajmniej 15 %), a także podatkiem drogowym i gruntowym.
Cztery kadencje samorządu przekształciły go we własną karykaturę ! Rada Dzielnicy Śródmieścia – przynajmniej w ostatniej kadencji - nie rozważała czy naszemu kwartałowi miasta potrzebna jest impreza kulturalna, odrestaurowany park i czy ma jakieś, a jeżeli – to jakie: ogólnopolskie zobowiązania. Radni Dzielnicy Śródmieście administrując przestrzeniami historycznymi będącymi centrum stolicy Polski myśleli jedynie o tym jak wykonać partyjne polecenie i jak politycznym konkurentom stawić odpór. Zupełnie inaczej rozumowali radni pierwszej, jeszcze drugiej kadencji i ich zarządy z burmistrzem Janem Rutkiewiczem czy Markiem Rasińskim, dzięki którym udało się piętnaście lat temu ustanowić imprezę – Konkurs Teatrów Ogródkowych. Imprezę, która wpisała się już zarówno w historię polskiego teatru jak i w kalendarz kulturalnych imprez Stolicy.
Konkurs Teatrów Ogródkowych swoje istnienie i byt zawdzięczały samorządowi Warszawy i jej śródmiejskiej dzielnicy w szczególności. Jednak od chwili, gdy z offowej niszowej imprezy wychwalanej w mediach lecz pomijanej w dotacjach rozrósł się do wymiaru – jak go w tym roku nazwało pismo WPROST „największego i najtańszego festiwalu artystycznego w Polsce” - Ogrody Frascati rozwinęły się – musi to być wyraźnie powiedziane – wbrew Radzie Dzielnicy Śródmieścia, która 5 lipca 2005 roku wyraziła swoje stanowisko jednoznacznie: „krytycznie oceniając działalność Domu Kultury Śródmieście w roku 2004 i pierwszej połowie 2005 roku oraz projekty, na które przeznaczona została łączna kwota prawie 2 milionów złotych.” Zdaniem radnych IV Kadencji :” DKŚ nie jest przedsiębiorstwem działającym na rynku show biznesu organizującym wielkie przedsięwzięcia rozrywkowe dla najszerszego odbiorcy i działającym dla osiągnięcia zysku. Realizowane przez DKŚ projekty realizują wyłącznie koszty pokrywane z pieniędzy samorządowych, a więc z kieszeni podatnika . Taki charakter ma większość „wizjonerskich” pomysłów dyrektora Andrzeja Kijowskiego.”.
Chodziło o to że mimo próby zmniejszenia budżetu DKŚ na rok 2005 przez Dzielnicę o kwotę 433 tys. PLN udało mi się te pieniądze ( w styczniu 2005 roku nb. przy poparciu Komisji Kultury ówczesnej Rady). Jednak fakt, iż udało nam się pozyskać z Miasta jeszcze dodatkowe środki na nowe projekty z Ogrodami Frascati na czele wzbudził już skrajnie negatywne emocje. W podjętym 5 lipca 2005 bez jednego głosu sprzeciwu stanowisku Rada Dzielnicy postulowała uchylenie zarządzenia Prezydenta Kaczyńskiego nr 2455/2005 z dn. 31.05.2005 przyznającego Domowi Kultury Śródmieście kwotę 1320 tys . PLN na te cele.
Stanowisko to nie zostało na szczęście przez Prezydenta wzięte pod uwagę. Jego jedyną, acz niebagatelną konsekwencją pozostało, iż moja dyrektorska premia została w konsekwencji zmniejszona o 40 % i od tamtej chwili do tych dni grudniowych roku 2006 miast nagrody czy podziękowania ZA DETERMINACJĘ PRZY ORGANIZACJI OGRODÓW ORAZ ROZWÓJ OFERTY PROGRAMOWEJ DOMU NA SMOLNEJ PRZEZ PIĘTNAŚCIE MIESIĘCY PŁACIŁEM ZMNIEJSZENIEM POBORÓW – w porównaniu do kwot premii jakie pobierali zatrudnieni na identycznych warunkach dyrektorzy innych domów kultury !
W ciągu dwu lat przyjęliśmy w Domu na Smolnej dziewięć kontroli, z których żadna nie zdołała wskazać najmniejszego wykroczenia czy malwersacji. Formułowano za to tysięczne zastrzeżenia natury biurokratycznej. Sam fakt trwania kontroli spowodował, iż jestem jedynym bodaj dyrektorem instytucji kultury, który mimo wypromowania w roku 2005 „największego wydarzenia teatralnego Stolicy” jakim zdaniem ówczesnego Dyrektora Biura Teatrów kierującego dziś Teatrem Wielkim Janusza Pietkiewicza była 40 tysięczna frekwencja i atmosfera kulturalnego spotkania stworzona w Ogrodach Frascati – nie otrzymał dotychczas nagrody rocznej za rok 2005.
Zaś sukces pierwszych ogródków na Frascati, ostateczny efekt plastyczny teatru i ogromna frekwencja też nie zrobiła na Radnych Śródmieścia ani poprzednim Zarządzie Dzielnicy Śródmieścia najmniejszego wrażenia. Budżet na rok 2006 został już po sukcesie Ogrodów Frascati zmniejszony przez Radę Dzielnicy tym razem skutecznie o 240 tys. zł w stosunku do kwot proponowanych przez Miasto.
Jednak projekty Domu Kultury Śródmieście zyskały wysokie oceny Prezydenta RP, patronat Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Edukacji Narodowej, a przede wszystkim patronat i jedną z wyższych dotacji przyznanych przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Na wszystkie swe bowiem projekty DKŚ otrzymał z MKiDN aż 86 tys. PLN.
Na Radnych ani na urzędnikach nie robi to jednak wrażenia, tak samo jak oszałamiające sukcesy naszych imprez: blisko 90 tysięcy widzów w Ogrodach Frascati, gdzie frekwencja po raz kolejny wzrosła o sto procent. W całej instytucji, od chwili objęcia przeze mnie w roku 2003 jej dyrekcji, frekwencja wzrosła o 500 procent – z niespełna 30 tys. w roku 2003 – przekraczając 150 tysięcy osób na ponad trzech tysiącach imprez zorganizowanych przez nas w 2006 roku.
Mimo to nie zaopiniowano wniosku o zwiększenie budżetu imprezy na rok 2007 ( konieczność odnowy infrastruktury, nieunikniony wzrost honorariów). Wnioskowaliśmy ( w sierpniu 2006 myśląc o rozwoju imprezy, nowej scenie, podniesieniu na najwyższy poziom jakości wykonawców – 5 950 tys) proponuje się nam 3 093 600 PLN co stanowi regres o przynajmniej 500 tys. zł.
Na Ogrody Frascati, na które w roku 2006 wydaliśmy około 800 tysięcy złotych, (średnia wartość imprezy to 3 tys zł, koszt widza 9 zł !) w roku 2007 przy obecnym budżecie będziemy mogli wydać co najwyżej 300 tys. PLN!
NIE TRZEBA CHYBA DODAWAĆ, ŻE W WYPADKU BRAKU KOREKTY BUDŻETU DECYZJA KONSTRUKTORÓW PRELIMINARZA OBCIĄŻY W OCZACH MIESZKAŃCÓW I WYBORCÓW OBECNE WŁADZE !
Zwracam się w konkluzji:
1) o reasumpcję Stanowska Rady Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy podjętego na 31 Sesji Rady w dniu 5 lipca 2005 r. w sprawie: finansowania i działalności Domu Kultury Śródmieście.
2) o pozytywne zaopiniowanie zwiększenia budżetu DKŚ poprzez zwiększenie załącznika budżetowego Dzielnicy Warszawa Śródmieście o kwotę 2857 tys. PLN w § 921 rozdz. 92109 do kwoty 5 950 tys. z uwzględnieniem wydatków ogólnomiejskich związanych z rozbudową Festiwalu Artystycznego Ogrody Frascati20.
3 Uprzejmie też proszę o spowodowanie ( w trybie wystąpienia do Zarządu Dzielncy i Prezydenta Miasta) nadania materialnej formy uznaniu publiczności i mediów, którego mi nie brak, poprzez przyznanie mi nagrody rocznej za rok 2005 i przywrócenie pełnej wysokości premii miesięcznych za rok 2006 i w przyszłości.
Było po panelu. Był też dwudziesty listopad i … było po pierwszej turze wyborów samorządowych, która odbyła się 12 listopada. Następna miała się odbyć za kilka dni – 26 listopada – w niedzielę. Mój projekt Centralnego Parku Kultury „Ogrody Frascati”, Frascatii, który Marcinkiewicz obiecał przejrzeć nazajutrz po występie Marii Peszek od trzech miesięcy nie ruszony. Kontrole wypisywały coraz to większe androny no i oczywiście znów zanosiło się na to, że należącej się każdemu dyrektorowi w mieście premii rocznej (za rok 2005) – i tym razem nie dostanę. Jedyne, co mi zapłacono to za scenariusze, które mi Małgosia Naimska zatwierdziła dowodząc tym samym autorstwa projektu mych całoletnich Ogrodów Frascatii.
Widząc, że robi się gorąco, a do „Osoby pełniącej funkcje Prezydenta Miasta” dobić się nie jestem w stanie dopadłem Marcinkiewicza, na jakimś spotkaniu. Strasznie był zdziwiony mymi kłopotami. Gwarantował, że na „Ogrody Frascati” środki z pewnością znajdzie. W sprawie mojej nagrody natychmiast telefonicznie interweniował u swego asystenta – nijakiego, a oslawionego przez Kazika Staszewskiego Zbigniewa Derdziuka. [1]
Pobiegłem więc nazajutrz ( dzień przed II turą), a wszyscy już poza głównymi zainteresowanymi czuli, że Marcinkiewicz przegra ją raczej, do szefa biura Prezydenta. No i mówię szefowi – powołując się na Ober-Szefa Kazika
„ No daj mi Derdziuk nagrodę, no co ci to stanowi?
A on mi na to: jak niegdyś piosenkarzowi – nb. też Kazikowi:
„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”.
No i przegrali wybory. Jeszcze ostatniego dnia Marcinkiewicz podpisał dokument z tzw. zaleceniami pokontrolnymi po całosezonowej inwigilacji przedstawicieli miasta. Nie podpisałem dokumentacji kontroli. Tyle tam było bzdur i przeinaczeń.
Jednak same zalecenia nie brzmiały w sumie zatrważająco. Ot, tu sprawdzić, tu dodać, tam poprawić, owdzie uporządkować. Zdaniem moich prawników w znacznym stopniui zalecenia te były bezzasadne. Wydawało się, że będzie z tego kolejna urzędnicza mitręga. I może by była, gdyby … nie ten drobiazg, że zmieniła się miejska miotła, jak najwulgarniej trzeba dziś określić samorząd miejski. Ja jednak specjalnie się nie przejmowałem. Z trudem ale na życie mi starczało, a wciąż nie mogłem nasycić się sukcesem. Przez cały grudzień Agnieszki Budzyń prowadziła rozmowy z moimi najważniejszymi współpracownikami. Od Staszkia Górki poczynając.
Rozmowa z p. Staszkiem Górką – 09.12.2006
Agnieszka Budzyń
S. Górka w "Opowieści Zimowej" reż. Z. Mrozowska Dyplom PWST (Teatr Współczesny) - 1977
A.B. - Ile lat trwa Pana znajomość z Dyrektorem?
S.G.- Znajomość trwa bardzo długo, bo ponad 30 lat. Spotkaliśmy się kiedyś w tym samym miejscu, na Miodowej, i w tym samym czasie, gdy zdawaliśmy do szkoły teatralnej. Stanęliśmy oko w oko. Andrzej zrobił na mnie wrażenie…, kojarzył mi się… Na Rasputina był za chudy, ale miał jakiś żar w oku, emblemat na piersi, nie wiem, ale miałem bardzo prawosławne skojarzenia. Myślałem, że to jakiś młody, natchniony pop. Potem dowiedziałem się, że jest synem Andrzeja Kijowskiego – pisarza i uzyskałem na jego temat więcej informacji. Andrzej równocześnie studiował polonistykę i układ był taki, że wiedzieliśmy o sobie, spotykaliśmy się,
gadaliśmy, byliśmy widzami tych samych zdarzeń teatralnych, wtedy się dużo działo: festiwal narodów itp. A potem spotkaliśmy się kiedy został młodym pracownikiem naukowym w Szkole, a ja asystentem i robiliśmy wspólne różne spotkania, troszkę „ryliśmy pod czerwonym”, troszkę to była konspiracja, partyzantka, jakieś takie właśnie historie. Potem był okres Solidarności. Mieliśmy sztamę, gadaliśmy dość dużo. A potem był pierwszy konkurs, ale go jakoś w ogóle nie zauważyłem, zjawiłem się na drugim czy na trzecim, ale już wiedziałem, co on robi, wiedziałem, że w Lapidarium. Zaczepił mnie kiedyś i mówi:
ATK - Emblemat plemienia Hoopi przywiózł Senior z Wielkiego Kanionu
- Przecież ty masz jakieś swoje przedstawienie.
- No, mam – jeszcze wtedy nie nazywaliśmy się Towarzystwo Teatralne Pod Górkę, ale zrobiliśmy takie przedstawienie lwowskie, na które namówiłem się ze Zbyszkiem Rymarzem i zgłosiłem te piosenki Andrzejowi i to był rzeczywiście niezapomniany wieczór. Warunki były bardzo bojowe, świeże powietrze, to był przepiękny lipcowy wieczór. Było to dla mnie zabawne i dziwne, bo rzeczywiście upał, gorący wieczór, ludzie pijący piwo, jednocześnie bar żyjący swoim życiem, trzeba było sztuką aktorską, tym przedstawieniem, opanować ten żywioł. Tam gdzieś były skrzypiące, skwierczące kawałki mięsa rzucone na grill. To wszystko było szalone i odrealnione, coś do czego nie byliśmy przyzwyczajeni i takie było moje pierwsze spotkanie z KTO. Zresztą ten spektakl został szczęśliwie zarejestrowany przez TV „Polonię 1″ i gdzieś krąży.
Andrzej lubił to przedstawienie i miał do niego ciepły stosunek. Wiem, że ta kaseta żyje, ja też ją mam, bo przegrywaliśmy wtedy. I to był właściwie pierwszy kontakt z „ogródkami”. A potem były takie zdarzenia, że co parę lat (już powstało Towarzystwo Teatralne Pod Górkę) włączaliśmy się do akcji próbując zawalczyć o nagrody, mieliśmy możliwość pokazania swoich przedstawień w Warszawie i niespłacone długi wobec reżyserów, powiedziałem do Andrzeja:
- Dobrze byłoby gdyby Tadek Wiśniewski dostał nagrodę, bo ciągle mamy poczucie, że jesteśmy mu winni pieniądze
I szczęśliwym zbiegiem okoliczności reżyser dostał nagrodę, chociaż Andrzej mówił:
- Absolutnie ja nie mam na to wpływu, to jest decyzja jury.
I pewnie tak było, bo potem przekonałem się, że Andrzej ma taką zasadę, że nie wtrąca się do jury, nie wywiera nacisku, niemniej te sugestie, marzenia nasze jakoś tam się przenosiły. Właściwie byliśmy taką grupą, która ciągle tymi swoimi przedstawieniami znaczyła. Zbierała i nagrody, i wyróżnienia, była zauważalną grupą, która stale współpracuje, a potem przyszły bardzo chude lata i nawet jeśli nie braliśmy udziału w konkursie, to graliśmy. Był pamiętam taki rok, zupełnie beznadziejny, Andrzej poprosił mnie o pomoc:
- Słuchaj, jesteście w Warszawie albo w pierwszych krzakach za Warszawą, czyli w Kopkach i okolicy, może byście tak od czasu do czasu zagrali…
- Jak często?
- No, tak co drugi dzień albo i codziennie…
I to było takie lato, gdzie my przyjeżdżaliśmy, graliśmy w Dolinie Szwajcarskiej, umowa była brutalna, okrutna, to była wczesna, kapitalistyczna manufaktura – tyle ile będzie z biletów. Dyrektor Kijowski z upodobaniem powtarza anegdotę, że Górka wyczuł sprawę mechanizmów kapitalistycznych i ogłaszał promocję. Za pięć siódma mówił:
- No co będziecie Państwo tak tu siedzieć? Zapłaćcie chociaż te dwa złote czy trzy i wejdźcie tam na teren teatru.
To tak było. Rzeczywiście odbywałem indywidualne wycieczki przed rozpoczęciem przedstawienia i zapraszałem, żeby jednak wejść i oglądać jak człowiek…
A.B - Działało?
- Tak, bardzo często to działało, to był taki śmieszny moment tej naszej strasznej biedy. Kończyło się to później spotkaniem i piciem winka, bo tego rzędu były to zyski.
A.B - Wystarczało na butelkę wina?
S.G - Tak, na butelkę wina. I to był właściwie taki styl życia, że w ten sposób spędzaliśmy wakacje w mieście.
A.B - „Lato w mieście?”
S.G - Tak, taka akcja. A potem zaczęło się to tak zwane jurorowanie.
A.B - Ile razy był Pan jurorem?
S.G - Trzy albo cztery
A.B - Stała fucha.
S.G- Tak, taka stała fucha. Nie bez przerwy, choć propozycje Dyrektora były częste, bo chciał, żebym tam był, natomiast ja miałem jakieś ciekawsze zajęcia, jakieś wyjazdy. Mówiłem: – nie mogę w tym czasie, bo miałem jakąś robotę i to było niemożliwe. I był jeszcze taki epizod kiedy któregoś roku Andrzej zaproponował mi liczenie głosów, prowadzenie razem z nim takiej konferansjerki, zabawiania publiczności i wtedy padł pomysł, żeby nagrać te nasze piosenki, które od dziesięciu lat funkcjonują: „Dziś do ogródka zbiegła się trzódka” albo „Oddaj głos na kogo chcesz”. I tak to mniej więcej wyglądało w takim bardzo ogólnym zarysie łącznie z tym rokiem.
Andrzej oczywiście zaprosił mnie na to spotkanie, na ten panel „Teatr to miejsce spotkania”, który – sama Pani widziała- przebiegał dosyć tak smutnawo, z taką nutką… wręcz tendencyjnie. Natomiast ja uważam, że zabrakło tam takiego akcentu, może to złe słowo. Że przy wszystkich zasługach Andrzeja i trudach, które poniósł dla tej inicjatywy, dla tego projektu jak się mówi współcześnie, i wszystkich smuteczkach, które płyną z realizacji, przeszkód i trudności, jedno jest pewne, że on rzeczywiście umiał jakoś…, że złapaliśmy sztamę, że zaimponował tym swoim szalonym zupełnie, wariackim pomysłem. Przecież to nie chodziło o pieniądze. Pieniądze jak Pani opowiadałem w pewnym momencie były żadne czy w ogóle dopłacaliśmy do tego interesu przyjeżdżając trzydzieści kilometrów spod Warszawy na przedstawienia. To się nie opłacało, już nie mówiąc o wypożyczeniu kurtyn, różnych elementach, które funkcjonowały w tej inscenizacji, a on nas jednak zafascynował tym swoim szalonym pomysłem. Właściwie mógł na nas liczyć, wytworzyły się takie relacje przyjaźni. Może nie braliśmy za to odpowiedzialności, bo odpowiedzialność on miał, ale mówiliśmy: dobrze, temu facetowi trzeba pomóc, bo to jest słuszne, bo to jest warte realizacji, mimo że ma trudną sytuację, dawaj, robimy to. To chyba się Andrzejowi udało, że przy jego wszystkich takich trudnościach, nerwowości – jak mówiłem zobaczyłem obłąkanego, młodego popa na tym…, że nagle te loty gdzieś się zbiegły i gdzieś ręka w rękę, ramię w ramię, połączyła nas idea.
Parę dni temu byłem na rozmowie u prezydenta Bydgoszczy, to takie drugie moje miasto, które mnie interesuje, i w którym lubię przebywać i nagle padł pomysł, żeby zrobić takie przedstawienia letnie, taki przeszczep. To nie będzie rodzaj konkursu, tylko taki przegląd naszych rzeczy, które obejmują już kilkanaście spektakli.
A.B - W tym roku było bardzo dużo indywidualnych nagród. Właśnie dlatego, tak?
S.G- Tak, tak. Chcieliśmy zauważyć, że w pewnej przeciętności przedstawienia warto zawsze wyłowić drobiazg, kogoś kto w tej masie się pojawia i nagle zwraca uwagę. To jest interesujące i to jest piękne. Takimi elementami była na przykład świetna muzyka, w jakimś przedstawieniu, nie pamiętam w którym, przepięknie zrobiona. W innym przedstawieniu był świetnie zagrany epizod, były tego typu rzeczy, których nie można pominąć. Pamiętam taki rok kiedy byli Rosjanie, grali „Oświadczyny” według Czechowa przerobione na musical. To był utwór właściwie jak ja pamiętam w tej historii Ogródków taki jedyny pełny, to znaczy, że było doskonałe aktorstwo całej tej trójki czy czwórki aktorów rosyjskich, świetne inscenizacyjnie, świetnie śpiewane, niezwykle muzykalne.
To były nawet brzózki, które dyrektor Kijowski ściął w najbliższym lesie i wsadził do drewnianych doniczek i podlewał je wodą, żeby nie zdechły do wieczora. Nawet to tworzyło jakąś nieprawdopodobną aurę i pełnię tego przedstawienia. To było akurat, w tej przestrzeni, pod gołym niebem, przy skromnym namiociku, przy tym oświetleniu, w tej scenerii, te środki aktorski, te melodie, to było wpasowane w punkt. A na ogół takie przeniesienie przedstawienia, kabaretu, to jest inna stylistyka i zgrzyta. Przestrajamy się, przestawiamy się i nagle mówimy o, to fajnie wyglądałoby w podziemiach, w jakiejś scenerii kabaretowej, w jakiejś kawiarence, ale nie w ogródku.
A.B - To dość powszechna opinia, że rzadko które przedstawienie jest przedstawieniem ogródkowym. Dyrektor miał nawet taką koncepcję, żeby specjalnie premiować sztuki przygotowane specjalnie do ogródkowej scenerii.
S.G- No tak, ale takich przedstawień jest w przeglądzie trzy, cztery. Trzeba byłoby przywrócić tak zwany repertuar rewiowo-bulwarowy, tam mieściłaby się jakaś burleska, komedia muzyczna, recital na świeżym powietrzu. To trzeba byłoby iść zdecydowanie w tym kierunku. A póki co wszystko jest przemieszane. Zawsze miałem o to straszną pretensję, mówię jeszcze o czasach kiedy nie byłem jurorem, ale antreprenerem, który wystawiał jakieś swoje przedstawienia. Miałem wtedy tylko czapkę, szalik i śpiewałem piosenki lwowskie, gdzie mi się było ścigać z jakimś Elblągiem czy teatrem z Jeleniej Góry, które miały olbrzymią kasę.
A.B - Panie Staszku, kojarzą się Panu z dyrektorem Kijowskim jakieś zabawne zdarzenia ?
S.G- Ja podziwiam jego nieprawdopodobny refleks w różnych sytuacjach, które się dzieją. Ja też się wykazuję pewnym refleksem na scenie, ale to w sytuacjach kiedy coś się wali, przewraca dekoracja, siada aparatura i są sytuacje tak zwane stresowe, wtedy radzę sobie w tych sytuacjach. Natomiast jego i tak podziwiam, to już właściwie można o tym głośno mówić, pamięta Pani jak Marysia Peszek zaśpiewała to swoje „pieprzę miasto” w obecności prezydenta tego miasta? To, moim zdaniem, było nadużycie, nie można robić takich rzeczy i pewnie nie obyłoby się bez gwizdów (sam bym gwizdał), to nie było grzeczne i nie było na miejscu, ale dyrektor wpadł i powiedział „przepraszam za każdy słowny grzeszek Marysi Peszek” i rozładował te bombę bezbłędnie.
A.B - Panie Staszku, Pana największa wpadka w KTO.
S.G- A, były różne drobne draki z niedziałającymi mikrofonami itp., ale największa… Była, tak, na konferencji prasowej gdzie śpiewaliśmy po raz pierwszy „Osculati na Frascati” w naszej wersji, a przedtem mówiłem fragment z „Tułacza”. Kiedy zacząłem recytować, zobaczyłem tylko jednego dziennikarza, (bo spotkanie zostało całkowicie zignorowane przez tzw. prasę), który zresztą kompletnie mnie lekceważył, bo Hemar prawdopodobnie kojarzył mu się wyłącznie z homarami. I ja tu walę tekst, i nagle naszedł mnie taki moment wątpliwości, że przecież to zupełnie nie ma sensu, co ja tu w ogóle robię? Jakiś jeden facet siedzi, a ja mu bebechy wywalam… I nagle całkiem stanąłem z tekstem, zacząłem coś haftować i skutek to miało taki, że facet się obudził. Ja gadałem, szły jakieś słowa, które były kompletnie bez sensu, ostatecznie jednak wskoczyłem na właściwy tryb, ale to była wpadka. Potem jeszcze Kijowski mi dokuczał: o, kolega nie powtórzył tekstu. Tak się tym przejąłem, że kiedy później śpiewaliśmy „Osculati na Frascati” dwa razy przestawiłem tekst, byłem poza muzyką.
To był taki dzień wpadek, co mi się na ogół rzadko zdarza, bo jednak człowiek stara się być zawsze dobrze przygotowany, ale zdarzyło się, było.
A.B - Będzie Pan w przyszłym roku jurorem?
S.G- A skąd ja to mogę wiedzieć?
A.B - Można podsumować, że publiczność ogródkowa jest bardziej wymagająca od publiczności teatralnej takiego zamkniętego teatru, ale przez to ciekawsza pewnie…
S.G- Nie wiem czy ona jest bardziej wymagająca… Trudniejsza do ujarzmienia, bo tamci przychodzą i mogą siedzieć w skupieniu, a tu są tysiące rzeczy, które mogą publiczność rozproszyć: nagłe załamanie się pogody, jakiś pies, helikopter…
A.B - Czyli nawiązując do tezy dyrektora, że teatr to miejsce spotkania, czyli, że do ogródka ludzie przychodzą, żeby się spotkać, wypić kawę, pogadać, a to czy się z tego spotkania zrobi teatr zależy od aktora, który wyjdzie i albo ich zaczaruje, albo nie – to Pan się pod tym podpisuje?
S.G- Podpisuję, jako że moja formuła teatru, którą robię w „podgórce” to jest teatr ubogi, w którym jedynym walorem nie jest stara, wytarta walizki czy szalik, ale człowiek, jego oko, twarz, to co z niego płynie. Możliwe, że to ta formuła nas zbliża z Kijowskim. To jest moja odpowiedź na pytanie czy teatr to miejsca spotkania. Rozm. Agnieszka Budzyń
Chwilę potem 21.12.2006 porozmawia pani Agnieszka też z Jankiem Pietrzakiem.
A.B - Proszę opowiedzieć o swojej znajomości z dyrektorem Kijowskim.
J.P.- Muszę powiedzieć, że z podziwem obserwuję akcję Andrzeja Kijowskiego, który z Warszawy próbuje zrobić miasto sztuki, miasto wesołe, miasto pogodne, miasto bardzo związane z teatrem, i temu służą te możliwości, które ma. Bo ludzie na ogół są osadzeni w teatrach państwowych, w których, jak w urzędach, wykonują swoją robotę, są funkcjonariuszami państwa, które im za to płaci, dostają pensje, etaty, urlopy macierzyńskie, bilet bezpłatny w jedną stronę i wtedy pracują dla teatru.
A Andrzej robi coś w strukturach nieformalnych, istotnego bardzo i wydaje mi się, że ma wielkie sukcesy na tym polu, mianowicie całe te lata sezonów teatrów ogródkowych, które rozkwitały w różnych miejscach według jego pomysłów, to jest fantastyczna praca. Ja zetknąłem się z działalnością Andrzeja Kijowskiego kilka sezonów temu. Jako człowiek kabaretu, a nie teatru, występowałem najpierw w Dolince Szwajcarskiej, a potem w Ogrodach Frascati. Uważam, że to jest fantastyczne miejsce, świetnie zaaranżowane, na świeżym powietrzu.
A.B - Jak się Panu tam występowało?
J.P.- Dobrze, bardzo dobrze. To jest nawrót do tradycji teatru średniowiecznego, starożytnego, kiedy ludzie się spotykali. Jechał wóz, zatrzymywał się, artyści występowali na wozie, a ludzie stali i podziwiali, wtedy nie było jeszcze budynków teatralnych, a więc to taka dawna tradycja. Kabaret jest pewnym odłamem teatru w gruncie rzeczy, bardziej uproszczonym z konieczności, bo kabaret jest biedny tak jak i działalność Andrzeja Kijowskiego, nie ma na to zbyt wielu pieniędzy tak jak instytucje państwowe, trzeba grać dla ludzi w takich okolicznościach i w takich warunkach jak to jest możliwe, a więc na powietrzu. Wydaje mi się, że zaaranżowanie tych miejsc jest wielką zasługą Andrzeja, zrobił coś oryginalnego i w Dolince Szwajcarskiej, i w Ogrodach Frascati gdzie to się rozwija pięknie i staje się miejscem, które tętni życiem przez wiele miesięcy w roku.
A.B - W okresie kiedy w tych zinstytucjonalizowanych teatrach trwają urlopy, niekoniecznie macierzyńskie, więc nic się tam nie dzieje?
J.P.- Tak, tak, i poza tym zdarzają się tu przedstawienia, zdarzają się ludzie, występy, których normalnie w Warszawie nie można oglądać, więc to jest taka jakby ścieżka off, jak mówią Anglosasi, taki off-brodway pojawia się i bardzo dobrze, że pan Kijowski nie upiera się przy konkretnych gatunkach, że pokazuje wszystko co wartościowe, spektakle muzyczne, kabaretowe, spektakle teatralne również, jakieś grupy oryginalne, które inaczej w Warszawie nie istnieją, bo nie stać ich na wynajęcie sal w – powiedzmy – normalnym sezonie, czy zaistnienie w konkurencji z wielkimi instytucjami państwowymi, a w tej scenerii, w tych warunkach dają sobie radę, gromadzą liczną publiczność, która dowiaduje się o barwnej kulturze, która w ten sposób się przejawia. Jestem wielkim zwolennikiem tego działania pana Kijowskiego i podziwiam, że tak ładnie mu to wszystko idzie.
A.B - Pamięta Pan jakieś szczególne przedstawienie w KTO?
J.P.- Może szczególne to było takie związane z sierpniem, z rocznicą sierpnia, które było bardzo poważne jeżeli o mnie chodzi, poważne piosenki, poważne tematy związane z naszą narodową historią, z Powstaniem Warszawskim. Mam takie przedstawienie, w którym wykonywałem po raz pierwszy swoją piosenkę o Powstaniu i rzeczywiście poruszenie było olbrzymie.
A.B - Pamiętam je, owacja na stojąco…
J.P.- Tak, owacje, bisy, jednym słowem wielkie poruszenie. To daje pogląd na temat tego, że Warszawiacy w takich warunkach nawet, na powietrzu, w otwartej przestrzeni potrafią się i skupić i wzruszać, i bardzo chłonąć treści, które tam im się podaje, czyli w sumie pokazuje to, że miejsce jest dobrze zaaranżowane, miejsce służy wyrażaniu różnych emocji, nie tylko kabaretowych żartów, ale także pewnemu skupieniu, wzruszeniu.
A.B - Ale to również zasługa artystów.
J.P.- Tak, ale artyści nie w każdych warunkach są w stanie się przebić, bo czasami są to warunki nieżyczliwe po prostu, zwłaszcza kiedy jest to sztuka nazwijmy to uproszczona, bez wykwintnej improwizacji, bez bogatych dekoracji, bez dwóch tysięcy prób…
A.B - W teatrze ogródkowym trudno o bogatą inscenizację.
J.P.- No właśnie o to chodzi, to są wymagania artystyczne o niebo wyższe, bo w teatrze ogródkowym trudno o ten cały sztafaż artystyczny, trzeba go zastąpić czymś innym, talent artysty musi pokryć wszystko, braki scenografii czy też padający deszcz, czy wrzeszczące sroki za plecami, to wszystko talentem trzeba pokrywać, a więc tym bardziej jest to pasjonujące wyzwanie.
A.B - W teatrze ogródkowym brak kulis jest Pan bardziej dostępny, bardziej na widoku i … wszystkie panie mają ułatwioną drogę do Pana ?
J.P.- Nie tylko panie, panowie również, bo to są ludzie, z którymi piłem pod kioskiem piwo czterdzieści lat temu, albo w Hybrydach żeśmy się kolegowali, albo byliśmy razem w wojsku czy w fabryce. Ja w Warszawie znam połowę mieszkańców, Warszawiaków oczywiście, nie mówię o elemencie napływowym, ale do Ogrodów Frascati przychodzą na ogół rdzenni Warszawiacy, tak mi się wydaje z odbioru, co jest dla mnie istotną różnicą.
Ja to wyraźnie widzę na widowni, wiem czy jest element napływowy czy jest warszawski. Moja znajomość z publicznością warszawską od prawie pół wieku powoduje, że mamy zupełnie inne relacje niż z ludźmi, którzy przyjechali tu pięć czy dziesięć lat temu i właściwie dopiero uczą się tego miasta i jego specyficznego nastroju. I z tego punktu widzenia działalność Andrzeja jest też bardzo korzystna, pozwala się skrzyknąć środowisku ludzi, dla których Warszawa jest ważnym miejscem nie tylko jako adres zamieszkania, ale jako pewien zbiór wartości, sentymentów, bo dla każdego Warszawiaka Czerniaków czy te Ogrody na Powiślu mają swój urok i smak młodości, świadomość tego co tam było kiedyś. I takie imprezy w przestrzeni warszawskiej bardzo pomagają określić tę warszawskość.
A.B - I tak doszliśmy do tematu „Teatr to miejsce spotkania”. Zgadza się Pan z dyrektorem, że teatr na świeżym powietrzu tym różni się od teatru zamkniętego, że to teatr przychodzi do widza, a nie widz do teatru, to znaczy, że na artyście ciąży odpowiedzialność wciągnięcia widza w grę, w przeżycia, w emocje, które dzieją się na scenie ?
J.P.- Powiedzmy szczerze, że to jest bardziej dostępne miejsce, codziennie coś innego się dzieje i to sprzyja temu, że się pewna grupa, pewna społeczność gromadzi wokół tego miejsca, które nie ma charakteru repertuarowego tylko co wieczór jest coś innego, coś charakterystycznego, że warto pójść i to jest dodatkowy motyw, dla wielu tysięcy ludzi to jest ważne miejsce w Warszawie. Wiadomo, że teatr jest miejscem spotkania, ważne jaka tradycja się wokół tego wytwarza wokół tego spotkania, kto tam przychodzi, Z mojego punktu widzenia to jest zgromadzenie warszawskie, znacznie bardziej niż w innych placówkach.
A.B - Taka lokalna specjalność.
J.P.- Tak, my się czujemy dobrze, bo znamy to miejsce, znamy te strony, jesteśmy u siebie. Kryją się za tym jakieś psychologie.
A.B - To ostatnie miejsce – Ogrody Frascati, które mamy nadzieję, że już zostanie na stałe, ono znajduje się w centrum miasta, ale jednocześnie jest z tego miasta wyizolowane, wyciszone, nie słychać samochodów, szumu. Z wyjątkiem jakiś emocjonujących wydarzeń na stadionie Legii, można powiedzieć, że tam jest cisza i spokój.
J.P.- Tak, bardzo to jest fajnie zaaranżowane. Mam nadzieję, że ta inicjatywa będzie się toczyć dalej, że Andrzej rzeczywiście tam od maja do września będzie miał swoją placówkę i że będzie mu to wszystko świetnie funkcjonować.
A.B - Panie Janie, gdyby miał Pan wymienić trzy przymiotniki, które określają dyrektora Kijowskiego, to jakie by one były?
J.P.- Jest na tle innych urzędników bardzo pozytywną osobą, ponieważ ma inicjatywę i ma pomysły i nie boi się ich wcielać w życie, nawet za cenę konfliktów nieraz z różnymi ludźmi i ja to bardzo cenię, bo jeśli człowiek ma odwagę i ma pomysły, i potrafi je jakoś zagospodarować, to jest to taka cecha wyjątkowa na tle spokojnych, uładzonych i bezkonfliktowych urzędników od kultury. Poza tym jest człowiekiem niezwykle wykształconym, inteligentnym, mającym ogromne zaplecze intelektualne do tego co mówi i robi, a więc jego wiedza o teatrach i o całej pracy, którą wykonuje jest olbrzymia, dogłębna i to się liczy. A prywatnie jest miłym człowiekiem, z którym można o wszystkim porozmawiać, pobawić się. Rozumie nie tylko teatry i poważną sztukę, ale również i kabaret. Wydaje mi się, grając od kilku sezonów, że bardzo lubi kabaret i docenia wartość kabaretu w obecnej kulturze, widzi jej znaczenie i ma poczucie humoru. Jest błyskotliwy, inteligentny, śmieje się z żartów… same zalety.
A.B - Proszę mi powiedzieć czy współpraca z dyrektorem także ma same zalety, zawsze wszystko jest zapięte na ostatni guzik, nigdy nie było jakiegoś wywału, wpadki?
J.P.- Nie, nie, zaskoczył mnie tylko raz, na początku, jak zaczynaliśmy współpracę, wygłosił jakieś słowo wstępne, witając nas w swojej placówce i zrobił to wierszem. Byliśmy zaskoczeni z kolegami, bo nic o tym nie wiedzieliśmy, staliśmy za kulisami i słuchaliśmy jak dyrektor rymuje wspominając wiele naszych różnych historycznych spraw, adresów, piosenek, problemów jakie kabaret pod Egidą miewał, to wszystko ujął w bardzo ładną formę wierszowaną.
A.B - Dostał Pan to na piśmie?
J.P.- Tak, tak, i kiedyś na pewno to wydam.
Rozm. Agnieszka Budzyń
Już po świetach ale wciąż z nadzieją, że rozmowy te wykorzystamy w Opracowaniu projektowanym dla XVI KTO i III Ogrodów Frascati
spotka się pani Agnieszka ze Zbigniewem Rymarzem – 22 lutego 2007
A.B - Wie Pan, że to nie będzie wywiad-rzeka?
Z.R.- Nie? A co?
A.B - Kilka – mam nadzieję – wesołych historyjek, które posłużą jako przerywniki dla dyrektorskich tyrad.
Z.R.- Hm, był rzeczywiście taki wesoły akcent… Graliśmy „Lwów”, na Szopena, w „Dolinie Szwajcarskiej” i nagle zerwał się huragan, ulewa potworna, ludzie się schowali, a mnie – od tamtej pory twierdzę, że bardzo dobrze, że się garbię – na plecy spadła zastawka. Gdybym się nie garbił spadłaby na głowę. Wiatr tak miótł, że zalewało scenę, ludzie zaczęli uciekać, trwało to ponad godzinę… Nie skończyliśmy tego spektaklu.
A.B - Jednym słowem: mokry wieczór.
Z.R.- Bardzo mokry, ale czasami tak się zdarza.
A.B - Czy te nieprzewidziane wypadki w ogródkowym teatrze nie wyprowadzają Pana czasem z równowagi?
Z.R.- Nie. Zaczynałem pracę w teatrze pod kierunkiem reżysera, od którego nauczyłem się cierpliwości. To cecha niezbędna w każdym twórczym zawodzie.
A.B - Nie tylko w zawodzie, przydaje się również w kontaktach z innymi. Rozumiem, że dzięki cierpliwości komunikowanie się z dyrektorem Kijowskim nie sprawia Panu problemu.
Z.R.- Nie, spokojnie daję sobie radę. Zresztą, wie Pani, dyrektor jest małomównym człowiekiem.
A.B - Dyrektor?!
Z.R.- Tak, Zazwyczaj mówi tylko jedno zdanie.
A.B - Ale ile to zdanie trwa?!
Z.R.- A, to już inna sprawa…
A.B - Jak się Panowie poznaliście?
Z.R.- Nasze pierwsze spotkanie wyglądało tak, że ja powiedziałem: „dziękuję bardzo, to ja idę do domu”.
A.B - ?
Z.R.- Chodziło o „Lwów”. Przedstawienie zrobione na moich materiałach, wspólna scenografia i reżyseria. Przychodzę na Starówkę, wszystko jest, tylko mojego nazwiska w ogóle nie ma, nie istnieje. Powiedziałem: „no to dobrze, widzę, że dzisiejszy spektakl idzie jako mówiony, to ja jestem wolny, do widzenia”. Rozumie Pani, można mieć cierpliwość, ale pewnych rzeczy trzeba wymagać.
A.B - I jak to się skończyło? Dopisali nazwisko, dokleili?
Z.R.- Nie, nie było jak. Zapowiedzieli, taka specjalna, długa zapowiedź.
A.B - Czyli zrekompensowali faux-pas. Pomimo tego niefortunnego początku współpraca trwa. Co by Pan zmienił w Konkursie Teatrów Ogródkowych?
Z.R.- Przesiałbym wykonawców i zostawił tylko dobre spektakle. Już sama nazwa „teatr ogródkowy” zobowiązuje do jakiś form. Namawiałbym Dyrektora do zrobienia czterech programów ogródkowych. Aktorki w stylowych sukniach, z parasolkami, część operetkowa, potem jakaś jednoaktowa farsa. W tej chwili miejsce na Frascati jest tak ładnie urządzone, ma nastrój, klimat. Można pokusić się o stworzenie takiego cyklu: ogródek fin de siecle’owy, ogródek z czasów pierwszej wojny, ogródek lat dwudziestych i ogródek Dakowskiego z czasów okupacji. To byłaby historia ogródków.
A.B - Świetny pomysł.
Z.R.- Dyrektor zrobił coś wspaniałego, co kojarzy mi się z teatrem, w którym zaczynałem. To było w Poznaniu, za teatrem był ogród, który dyr. Szczerbowski zaadoptował na letnią scenę. No, ale nie o tym rozmawiamy. Wracając do Pani pytania o to, co bym zmienił, jak już mówiłem, przesiałbym wykonawców.
A.B - Co to znaczy?
Z.R.- To znaczy, że częściej sięgałbym na prowincję, bo tam dzieje się wiele ciekawych rzeczy, które można pokazać i dałbym prawo decydowania publiczności o jakości przedstawień od samego początku, czyli od etapu przeglądu. Rozumie Pani? Jury sobie, bo zależy kto będzie w jury, a publiczność sobie.
A.B - A właśnie, a propos, jak Pan tłumaczy fakt, że przez dwa ostatnie sezony werdykt publiczności i jurorów był w zasadzie taki sam? O czym to według Pana świadczy?
Z.R.- O wyrobieniu ogródkowej publiczności, oczywiście, która ma większą odwagę w podejmowaniu decyzji, i o mniej udziwnionej komisji.
A.B - Żartuje Pan sobie…
Z.R.- Nie, pamiętam nagrodzony spektakl, z którego gdyby wyrzucić dwie trzecie, to byłby nienajgorszy, a bez tego był sam bełkot, ale podobał się przewodniczącej jury, która przeforsowała swoją decyzję.
A.B - Acha… To skoro już jesteśmy przy sprawach wątpliwych, miał Pan jakąś wpadkę w KTO?.
Z.R.- Tak, był jeszcze taki incydent na Mariensztacie. Tadek Wiśniewski dostał nagrodę za reżyserię, Monika Świtaj za piosenkę, trzeba było wystąpić, a tego dnia wyszedłem ze szpitala i czułem się bardziej jak rekonwalescent, niż artysta. Ale mimo to stawiłem się o 14:00, żeby zrobić próbę i wszystko byłoby dobrze, tylko nie dowieźli pianina…
A.B - W ogóle?
Z.R.- Nie, na spektakl instrument dojechał.
A.B - To szczęśliwie. A pamięta Pan jakiś szczególny moment konkursu, coś ważnego dla Pana, o czym mógłby Pan powiedzieć: sukces!
Z.R.- Nie ma nic takiego. Wszystkie spektakle grało mi się bardzo dobrze, publiczność dopisywała i dobrze się bawiła. Jedno tylko w plenerze wymaga dopracowania, jak jest wiatr, to fruwają nuty.
A.B - Przecież można je przypiąć.
Z.R.- A jak trzeba ciągle przekładać i przypinać od nowa, to się robią dziury, bo kto w tym czasie ma grać, skoro pianista zajęty jest czy innym.
Rozm. Agnieszka Budzyń
Było już po wyborach. Należało jakoś przywitać się z nową władzą.
Na Sylwestra napisałem wierszyk[2], a potem poprosiłem pania Agnieszkę by dopadła Włodka Paszyńskiego, który – a ta wiadomość zdawała mi się gwarancją bezpieczeństwa i uczciwości – miał zostać na miejsce Andrzeja Urbańskiego zastępcą obejmującej Urząd Prezydenta Hanny Gronkiewicz Waltz. Dla mnie wydawały się to bardzo dobrym prognostykiem. Byłem wśród samych przyjaciół. Andrzej Urbański był moim przyjacielem i nigdy się tego nie wyprę, Kaczyńskich szanuję obydwu, ale przecież Hanna Gronkiewicz-Waltz pomagała nam zakładać samorząd. W ’92 roku konsultowała Ustawę Warszawską, gdy byłem wicemarszałkiem Sejmiku. No a Paszyński! – Paszczak … był mi przyjacielem jeszcze dawniej niż Jędrek Urbański, poznaliśmy się jak sam powiada przed wojną japońską. Istotnie…
CDN
Przypisy:
[1] Escusi signore „No speaking inglese”
A gdzie kupiłeś sobie takie luks wąsy?
Czy może na stadionie bez praw autorskich?
I gdzie kupiłeś sobie taką super głowę?
Nakrycie na głowę nie musi być typowe
Pytasz się mnie gdy spokojnie sobie leżę
„Sorry mensch – no speaking inglese”
No daj mi Derdziuk wódki, no co ci to stanowi?
„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”
[2] Każdego roku otrzymywali ode mnie radni i prezydenci kartkę wydrukowana w Domu na Smolnej z jakimś najczęściej De La Tourem, tym razem był do Pierro Della Francesca z takim przesłaniem:
Przed rokiem otwierała Festiwal Joasia Szczepkowska – na Finał miałem występ Barabary Dziekan ? Co teraz ? – Teraz w ogóle zrobiło się: muzycznie. Finał miałem zaklepany od początku sezonu i był to występ Marii Peszek. Kultowy jak mnie przekonywał przyjęty z polecenie Maćka Nowaka jako asystent selekcjonera młody recenzent teatralny – Paweł Sztarbowski.
Paweł Sztarbowski
I, co ciekawsze, mimo, że to czysta punkowa muzyka, przez samą artystkę nazywana „wulgaryzmem muzycznym” z aktorstwem czy nawet aktorską piosenką nie wiele ma wspólnego. Ale de gustibus itd. Skoro ma się podobać publiczności, przyciągnąć młodych widzów… Nie było dla mnie sprawy. I w spektakl ten zainwestowałem sporo choć bynajmniej nie jakieś horrendalne pieniądze. Podobnie jak w wypadku większej miary wydarzeń teatralnych cenę występu śpiewającego aktora nie stanowi jego gaża. Koszta istotnie podnoszą muzycy: ich honoraria a najbardziej ich wymagania sprzętowe.
Tak, pamiętam, było przy Jandzie, gdzie połowo z górą honorarium artystki szła dla jej muzyków, którzy np. zażyczyli sobie bym elektryczne panino klawiszowe z bębenkami marki Yamaha – zamienił na … też elektroniczny ale fortempian Yamahy. Pytałem specjalistów czy jakakolwiek to róznica ( wszak i jedno i drugie nie Steinway, a koncert odbywa się na dworze). Oczywiście, że różnica żadna to tylko takie ogólne wskazanie, by przypomnieć kto tu rządzi. Kłania się „Dyrygent” z Jandą – film wg opowiadania i scenariusza Seniora. A to jest zasadnicze pytanie. Kto tu rządzi.
Do rządów chętnych jest wielu. Kiedyś rządził książe i wszystko było jasne. Rządził w imieniu poddanych dając im tyle by go nie obalili lub – w zależności od systemu, ponownie wybrali. W imieniu księcia ( sekretarza, burmistrza czy Prezydenta) występował zwykle impresari. Potem władzę przejęli romantyczni artyści – oczywiście nie oni.
Musieli ją szybko oddać cedując ją w ręce instytucji sztuki, gdzie dominujący głos ma miernota.
Ci, którzy jak ja sądzą, że o wszystkim rozstrzyga publiczność też muszą wiedzieć, że liczba mnoga to abstrakcja. W imieniu Liczby Mnogiej występują dziś coraz bardziej skoligacone z władzą media. Media zaś mają swoje wybory. A te ostatnie sam nie zauważyłem kiedy znów przestały być wolnymi.
Oto całkiem nowa sytuacja, w której przychodzi nam działać. Oto pytanie dlaczego dla takiej „Gazety Wyborczej” - mały ogródek dla garstki studentów był dobry, czemu tak ideologicznie ważny dla Seweryna Blumsztajna jest wolny od zahamowań Klub Le Madame- natomiast koncerty Jerzego Połomskiego, Hanny Kunickiej czy nawet premierowe właściwie wykonnie małej Mszy Radosnej Jurka Derfa – nie budzą zainteresowanie.
Jerzy Połomski i ATK
Także i Teatry Ogródkowe zdawały się meinstremowej prasie tym bardziej jałowe – im bardziej masowe. Teatry Ogródkowe – przypominałem: kontynuują tradycję teatrzyków letnich, które funkcjonowały w Warszawie w drugiej połowie XIX wieku. Ich ideą jest dostarczenie rozrywki widzom ze stolicy i gościom oraz ożywienie martwego letniego sezonu. Adresatami są warszawiacy, turyści i cudzoziemcy, wszyscy pragnący zapoznać się z bogatym dorobkiem najlepszych prywatnych i państwowych teatrów w Polsce i za granicą. Przeszło trzysta spektakli, jakie pokazano w ramach XV-stu edycji KTO, wyróżniał konieczny profesjonalizm, połączony z wymaganą bezpretensjonalnością, umożliwiającą dotarcie do bardzo szerokiego spectrum odbiorców.
Sobie pozostawiłem rolę arbitra selekcjonującego spektakle z pomocą Pawła Sztarbowskiego.
Jury skladało się w tym roku z Ani Chodakowskiej oraz Staszka Górki, Jurka Derfla i Macieja Nowaka, któremu powierzono rolę przewodniczącego .
Darek Sikorski, Jerzy Derfel, ATK, Anna Chodakowska, Maciej Nowak, Stanisław Górka
Nie wszystkie spektakle miały charakter konkursowy. Zaczęliśmy zatem od przedstawienia Jurrora, czyli Staszka Górki, który to Teatr Pod Górkę pokazał 5 czerwca 2006 Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:
W przedstawieniu „Jest teściowa i zięć czyli w oparach piór-nonsensu” w reżyseri: Grażyny Matyszkiewicz, Stanisław Górka wystąpił z Katarzyną Łaniewską. Akompaniowała im Irena Kluk-Drozdowska. Tutuł :Teściowa i zięć – jest strasznie komercyjny. Wręcz absurdalny, co tylko z twórczością Gałczyńskiego, w której zwykłe przyziemne sprawy stają się poezją – może się zgodzić. Nawiazuje bowiem do faktycznej rozpoznawalności obojga artystów, którzy … szeroko znani stali się właśnie jako Teściowa i Zięć z serialu „Plebania”, w której Góraka i Łaniewska od lat już grają. No cóż, tak się porobiło, że sława, a co za tym idzie pieniądze przychodzi do aktora nie z tego tytułu, który wymaga odeń wysiłków lecz przypadkiem niemal. A gdy chce zwrócić na siebie uwagę w innym wcieleniu to – jeśli jest jak Górka samoświadomy wie, że nie ma sensu wypierać się roli, która daje mu to, co najważniejsze, to niuchwytne, to nieprzekupne – i raz jeszcze powtórzę, bo mnie to ze Staszkiem łączy: nie sztuka, nie idealy lecz dobra publiczność. Tak więc Teściowa i zięć z plebanii ze świata durszlaków, hydraulicznych kolanek, koronkowych serwetek, gazety i calówki siłą artystycznej kreacji tworzą domowo-odświętny, zwariowanie-logiczny, konkretnie-abstrakcyjny świat. Świat Gałczyńskiego. Badają metody prania w czasach Napoleona, podglądają anioły, boże krówki i Japończyków. Oto oni – otoczeni “piórami nonsensu”.
Pod niebem Paryża
Właściwie już sam nie wiedziałem, czy to jeszcze konkurs czy już regulny teatr repertuarowy. Konkurs pozostawał znanym Logo, no i na Konkurs otrzymywałem z ministerstwa dotacje. Jednak już od pięci lat nie było szans by utrzymać jury przez cały sezon w Warszawie. Więc obstawałem przy formule przeglądu. Przeglądu ocenianego przez publiczność owymi już w miarę zakorzenionymi w obyczaju plebiscytowymi brawami i klapami. W sumie do przeglądu kwalifikowałem te występy, które w ocenie publiczności obecnej na spektaklu otrzymały najwyższy pracent akceptacji czyli tzw. braw.
Między 12 czerwca 2006 roku a 20 sierpnia, gdy ruszyły finały daliśmy zatem następujące przedstawienia.
12 czerwca Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie wystawił „Pod niebem Paryża” według pomysłu Marka Ślósarskiego, scenariusz, reżyseria i choreografia: Dorota Furman: występują: Agata Ochota-Hutyra, Iwona Chołuj, Małgorzata Marciniak, Waldemar Cudzik, Adam Hutyra, Marek Ślósarski
Niezwykły spektakl złożony z piosenek francuskich. Opowieść o miłości, zdradzie, radości życia, o Paryżu i urokach przedmieścia. Karnawałowość, ludyczność, nostalgia i zaduma – tym wszystkim przesycone są teksty takich znakomitości jak: Brel, Brassens, Plante we wspaniałych przekładach Jeremiego Przybory i Wojciecha Młynarskiego.
19 czerwca 2006 „Scena PreTeksT” zaprezentowała „Miasteczko” w reżyseri Jerzego Raszkowskiego z: Anną Miką, Jerzym Raszkowskim i Piotrem Świtalskim.
Spektakl teatralno-muzyczny z udziałem publiczności.
Po kilkunastu latach pobytu w USA wracają do Miasteczka Ania i Piotr. Są pełni energii i robią wszystko, żeby zaktywizować mieszkańców i rozbudzić w nich zainteresowanie kulturą. Organizują konkursy i różne imprezy, a nawet inwestują własne pieniądze w budowę…
Miasteczko
O tym, co chcą zbudować i jak kończy się ta satyryczna opowieść osadzona w polskich realiach, dowiedzieć się było można odwiedzając Miasteczko.
26 czerwca 2006 pokazaliśmy „Tak bardzo chciałbym być kimś innym” spektakl na podstawie tekstów m.in. : Alberta Camusa, Agnieszki Osieckiej i Williama Whartona. Był to monodram wyreżyserowany i wykonany przez Piotra Makarskiego.
Bohaterem sztuki jest młody mężczyzna, który przeżywa problemy związane z pełną identyfikacją swojej osoby (kim jest i czego chce). Jego nieporadne pragnienia “bycia sobą” powodują, iż udaje mu się jedynie powielić już istniejące klisze ludzkich typów i zachowań. Teksty prozy poprzeplatane zostały piosenkami: Jana Kantego Pawluśkiewicza, Ewy Korneckiej, Zygmunta Koniecznego. Spektakl miał nasuwać się nam pytanie: czy możliwa jest ucieczka z “klatki cywilizacji”, w której żyjemy? Czy i jak można osiągnąć wolność jakiej pragnął tytułowy bohater „Ptaśka” Williama Whartona?
W lipicu w cyklu TEATRY OGRÓDKOWE w poniedziałki o 7 wieczorem daliśmy trzeciego występ „Platformy Artystycznej O.B.O.R.A. w Poznaniu pt „OCH, SZCZĘŚCIE”.Scenariusz i reżyseria – Janusz Andrzejewski z udziałem Izabelli Tarasiuk i Janusza Andrzejewskiego.
Och szczęście
Aktorom towarzyszył Trio TAKLAMAKAN: Jan Romanowski (skrzypce), Michał Karasiewicz (fortepian), Andrzej Trzeciak (wiolonczela). Muzycznie projektem kierował Jan Romanowski. Ten muzyczny spektakl inspirowany tekstami Horacego Safrina, Juliana Tuwima i Zbigniewa Herberta, opowiadał historię Żyda-tułacza. Powrotu w rodzinne strony wywołującego nostalgiczne wspomnienia. Wszystko to daje rodzajowy obrazek życia żydowskiego miasteczka, po którym pozostały jedynie pamiątki zgromadzone w walizce. Żydowski humor w najlepszym stylu to wystarczająca rekomendacja wspaniałej rozrywki. Do tego piękne piosenki śpiewane w jidysz. Po prostu cymes!
Na spektaklu pojawił się jako widz Mirek Konarowski. Dawno go nie widziałem. Okazało się, że to z Andrzejewskim grali swego czasu, gdy Mirek na krótko wyemigrował do Wrocławia – jeszcze w Dziekance na szóstym konkursie : Opowiadanie o Zoo – Albeego.
10 lipca 2006 pojawił się Teatr Maszoperia z Gdyni. Wystawili „PÓŁKARNAWAŁ” ze scenariuszem, w reżyserii i w wykonaniu Ludwika Lubieńskiego i Anny Maji Miller
Treścią widowiska był znany motyw literacki mówiący o przebraniu śpiącego parobka w króla. Rzecz dzieje się przy znaczącym udziale widzów „grających” różne symboliczne role, a tym samym współtworzących przebieg widowiska. „Półkarnawał” tkwiący na pograniczu zabawy, sztuki i… życia posiada teatralno-widowiskową formę, na którą składają się m.in. oryginalne „dekoracje” i „kostiumy”, muzyka oraz same działania aktorskie oscylujące pomiędzy dynamiczną klaunadą, a wyciszeniem aż do samej obecności. Jest to propozycja dla każdego, możliwa do realizacji szczególnie w plenerze; wszędzie tam gdzie można „widzieć się i słyszeć” oraz… bawić!
Tegoż 10 lipca 2006 miało miejsce spore wydarzenie – o 20:30 poza konkursem wystąpił – laureat VII KTO z Mariensztatu: krakowska „Grupa Rafała Kmity”. Dla 820 osób, które pojawiły się w parku pokazali „PIOSENKI Z CYNAMONEM”. Ze scenariuszem i w reżyseri – Rafała Kmity, z muzyką Bolesława Rawskiego. Z udziałem w obsadzie: Marty Bizoń/Sonia Bohosiewicz, Marcin Kobierski/Piotr Sieklucki, Tadeusz Kwinta, Andrzej Róg, Jacek Stefanik/Wojciech Leonowicz
To skecze i opowieści wywiedzione z żydowskiego folkloru. Scena zapełniona jest dziesiątkami starych przedmiotów, spośród których każdy ma swoją historię i tajemnicę. Na szczególną uwagę zasługują piękne piosenki i perfekcyjnie skomponowane tańce. To także przypowieść o pamiętaniu i potrzebie przekazywania historii dalszym pokoleniom. W starych przedmiotach zaklęta jest bowiem tajemnica, która pozwala lepiej rozumieć świat.
Dziennik „Rzeczpospolita” uznał spektakl za jeden z czterech najlepszych spektakli teatralnych 2005 roku, natomiast tygodnik „Przegląd” umieścił go w dziesiątce najważniejszych wydarzeń teatralnych ubiegłego sezonu. Ponadto na festiwalu Komedii Talia 2005 „Piosenki z cynamonem” otrzymały nagrody za najlepszą inscenizację oraz najlepszą muzykę.
17 lipca 2006 do konkursu aspirował – avant’TEATR z Krakowia i Scena Fundacji Starego Teatru. Pokazali Sławomira Mrożka „Emigrantów” w reżyseria i wykonaniu Dominika Nowaka i Piotar Siekluckiego. Udział specjalny (w postaci projekcji wideo) wziął Edward Linde-Lubaszenko. Scenografia była dziełem Michała Borczucha.
Emigranci z Lubaszenką w tle
Klasyczny już dramat Sławomira Mrożka we współczesnej i niezwykle humorystycznej aranżacji dwóch młodych aktorów. Na scenie przeplatają się komedia i groteska, nie brakuje też chwili zadumy i nostalgii za opuszczonym domem, wszystko okraszone piosenkami Michała Bajora. Na spektakl zaproszała uśmiechnięta twarz Edwarda Linde-Lubaszenki. Całość podkreślała wesoła, pełna fantazji scenografia Michała Borczucha, jednego z najzdolniejszych reżyserów i scenografów młodego pokolenia.
No a po konkursowym znów spektakl „repertuarowy”, o 20:30 Teatr Wybrzeże z Gdańska pokazał „FADO”. Teatralny recital Marzeny Nieczuji- Urbańskiej. Aranżacje były dziełem Adama Matyska i Stanisława Reptowskiego.
Spektakl poza stricte teatralną konkurencją, to raczej piosenka aktorska, która na dodatek powstawała w Teatrze Wybrzeże w czasie gdy jego dyrektorem był przewodniczący memu jury Maciek Nowak. Wystarczające powody by nie kwalifikować do konkursu i wszystkie by przyciągnąć publiczność. Niektórzy mówią, że „fado” nie istnieje poza językiem portugalskim. Sprawdźcie, czy to jest prawda. Czy charyzmatyczna Marzena Nieczuja-Urbańska nie dorównuje legendarnym wykonawczyniom muzyki, która wyraża duszę Portugalii? – Pierwsza w Polsce próba zmierzenia się z portugalską pieśnią fado zainteresowała blisko 600 widzów.
24 lipca 2006 pojawił się Teatr Zakład Krawiecki we Wrocławiu z przedstawieniem Eve Ensler: DOLNE PARTIE – MUSICAL INTYMNY w reżyseri Szymona Turkiewicza Grały: Magdalena Skiba, Magdalena Engelmajer, Zuza Motorniuk, Karina Abrahamczyk.
Brawurowy musical osnuty na kanwie bestsellera Eve Ensler „Monologi waginy”. „Dolne partie…” to opowieść o młodej dziewczynie, która postanawia pójść na bardzo popularne w USA a u nas kompletnie nieznane warsztaty pochwowe.Będzie się musiała wykazać talentem malarskim, wokalnym i … detektywistycznym. Czy dowie się czegoś nowego o swoich dolnych partiach? Spektakl jest roztańczony, intymny, kobiecy i ciepły. Porusza tematy, o których w Polsce rozmawia się szeptem.
No cóż sam nie jestm zwolennikiem świńtuszenia na scenie i przyznam, że w związku z tym spektaklem miałem mieszane odczucia. Istotnie czy o siódmej wieczorem, gdy w parku jasno latem i każdy może z dziecmi trafić do ogródka można i czy wypada prowadzić dywagacje na poziome damskich majtek. Ostrzegłem więc lojalnie widzów pisemnie i ustnie, że spektakl Est zdecydowanie adresowany jedynie do widzów dorosłych. Nie wszystkim to jednak wystarczyło. Ludziom Gazety Wyborczej zdecydowanie to nie przeszkadzało lecz ci bliźsi Radiu Maryja – byli w szoku. Znaleźli się też tacy, którzy wykorzystali ten temat by pisać na mnie do burmistrza donosy. Dodatkowo spektakl nie był jakąś artystyczną rewelacją – acz przez publiczność oceniony został dosyć wysoko nie zdecydowałem się zaprosić go do konkursowych zmagań.
Po „Dolnych Partiach” o 20:30 jeszcze jeden konkursowy spektakl to Jacka Hempela „JAKOŚ TO BĘDZIE” w reżyseri Krzysztofa Wierzbiańskiego z udziałem: Sylwestra Maciejewskieg i Jacka Kałuckiego.
To zapis dzisiejszej rzeczywistości widziany oczyma dwóch bohaterów A i B. W spektaklu poruszane są tematy, o które często Polacy spierają się i na temat których dyskutują, gdyż „zna się na nich każdy”: polityka, prawo, gospodarka, rolnictwo. Mowa jest również o etyce i kulturze naszego społeczeństwa czyli jednym słowem „żyćko” w Polsce początku XXI wieku.
I wreszcie – tego już nawet Wyborcza przemilczeć nie zdołała – 31 lipca 2006 Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie pokazał głośną sztukę: Michała Walczaka „PIASKOWNICA” w reżyseri Tomasza Mana w wykonaniu: Ona – Teresa Zielska, On – Robert Rutkowski
Debiutancka sztuka Michała Walczaka znakomicie, z wyczuciem i prostotą oddaje opis pierwszej miłości. Autor w krótkim czasie stał się jednym z najgłośniejszych i najzdolniejszych dramaturgów w Polsce. Warto czasem zatrzymać się i wrócić do piaskownicy z naszego dzieciństwa. Może to być pouczające! I było. Ciekawy spektakl wymógł całkowite przestawienie widowni. Trzeba było nawieźć mnóstwo piasku co zrobiliśmy tworząc naprawdę efektowne zdarzenie teatralne, które oglądało ponad 700 osób. Ta frekwencja wyższa o o prawie dwieście od ponad pól tysięcznej widowni poprzednich spektakli dowodzi ilu widzów mimo wszystko „zabierała” nam Wyborcza nie racząc informować o znakomitej większości wystawień. Po tym konkursowym ( i zakwalifikowanym w rezultacie do konkursu) spektaklu sztukę Zyty Rudzkiej „SEKS, CHEMIA I LATANIE” w weżyseri Marcina Sosnowskiego z udziałem Barbary Wrzesińskiej, Małgorzaty Sochy, Doroty Dobrowolskiej i Ryszarda Barycza o 20:30 oglądalo około tysiąca widzów.
Trzy kobiety: babcia czyli Babi, jej córka Paulina i wnuczka Miśka. I jeszcze starszy pan zabłąkany w ich domu, o walecznym pseudonimie Łoś. Zakochany w Babi, żywy dowód na to, że mężczyźni nabierają rozumu po siedemdziesiątce. Tu żart goni żart, ale pod spodem kłębią się problemy.
W tej sztuce nic nie jest tylko śmieszne ani tylko smutne. Jest smutno-śmieszne, śmieszno-kwaśne, śmieszno-gorzkie, tak jak w życiu. I jak w życiu nikomu nie jest łatwo. Każda z kobiet ma swoją opowieść i snuje swój wątek, nie słuchając innych.
W sierpniu do OGRÓDKa – siódmego o 7 wieczorem zaprosiliśmy przedstawienie „Bądź mi opoką” Barrie Keeffe. Prezentowało je „Gdańskie Stypendium Teatralne”, reżyserowali Grzegorz Wolf i Ula Kijak a występowali Wojciech Chorąży, Grzegorz Wolf i Piotr Michalski.
To spektakl o tym jak miłość do piłki nożnej, a w szczególności utożsamienie z klubem sportowym może przerodzić się w fanatyzm. Ta angielska sztuka zwróciła na siebie uwagę na poznańskiej Malcie w 2005 roku. Mnie nie powaliła, chociaż niektórzy widzowie, szczególnie ci co redaguja miły mi zawsze portal internetowy „wstęp wolny” byli innego zdania: „Narzekałem kiedyś (w lipcu czy czerwcu), że nie podobają mi się tegoroczne przedstawienia na Frascati. Jakieś takie nudne, jak montaż poetycko-muzyczny na szkolnym apelu. Potem Błyskawica i inni korespondenci pisali, że mają takie same odczucia. Ale w poniedziałek poszedłem na Frascati zobaczyć, czy nadal jest tak niedobrze. I zaskoczyłem się na plus. Trafiłem na przedstawienie „Bądź mi opoką” w wykonaniu teatru „Gdańskie Stypendium Teatralne”, reżyseria: Grzegorz Wolf. Nie był to hicior, na kolana mnie nie powalili, ale zdecydowanie było to przedstawienie, na które warto wyjść z domu (przynajmniej, lub zwłaszcza, jeśli wstęp jest wolny). Historia o trzech kibicach Manchesteru, którzy czekają pod stadionem w nadziei, że uda im się wejść na mecz. E, historia. Za dużo powiedziane – historia – raczej opowieść, bo dzieje się niewiele, stoją chłopcy i rozmawiają. Sama sztuka – w znaczeniu tekst – nieszczególnie mi się podobała, ale aktorsko naprawdę to było dobrze zrobione.
Scenariusz dla trzech aktorów - Teatr Korez
Wciągnąłem się w ten świat, jeszcze dziś wydaje mi się, że to wszystko działo się naprawdę… Podsumowując: jestem zadowolony, że poszedłem na to przedstawienie. I chyba zacznę znowu w poniedziałki chodzić na Frascati.”. Miła recenzja. Spektaklu do konkursu nie zakwalifikowano w odróżnieniu od pokazanego o 20:30 przez jakże mi przyjazny Teatr Korez z Katowic - SCENARIUSZa DLA TRZECH AKTORÓW Bogusława Schaeffera w opracowaniu tekstu – Mikołaja Grabowskiego. Grali – i to jak ! Bogdan Kalus, Mirosław Neinert, Dariusz Stach/Piotr Warszawski.
Bogusława Schaeffera w końcu laureata jednej z honorowych nagród ogródkowych – przedstawiać nie trzeba nikomu. Jego rytmiczne, dowcipne dialogi wspaniale nadają się do teatru ogródkowego. Gra katowickich aktorów jest tak naturalna, że zapominamy o aktorstwie i oddajemy się zabawie, nie wiedząc, kiedy kończy się sztuka. Ten spektakl prawie tak stary jak moje KTO i znajomość z Mirkiem Najnertem prezentowany był m.in. w Wiedniu, Budapeszcie, Essen, Kolonii, Berlinie, a na opisywanym włąśnie XV konkursie po prostu zwycięży – najzasłużeniej !
Ostatni przed finałami dzień KTO to był 14 sierpnia 2006 . Najpierw o siódmej Teatr Wiczy z Torunia pokaże „CESARZA” w reżyseri Romualda Wicza-Pokojskiego z udziałem: Romualda Wicza-Pokojskiego, Radosława Smuźnego, Krystiana Wieczyńskiego i Błażeja Wdowczyka.
To prześmiewcza przypowieść o władzy. Rozgrywa się w transowym rytmie bębnów, ale mimo odrealnienia całej sytuacji, sporo w niej odniesień do aktualnych wydarzeń w kraju. Wciąż obserwujemy groteskowe popisy walk, które zaświadczać mają o męskości i sile. Spektakl o tym, co dotyka i boli nas wszystkich we współczesnej Polsce, nie pozbawiony humoru i lekkości.
O 20:30 Teatr z Gorzowa Wielkopolskiego wystawił zaś „NOCLEG W APENINACH” w reżyseria Jana Skotnickiego, ze scenografią: Małgorzaty Treutler, muzyką Stanisława Moniuszko oraz: Karoliną Miłkowską, Joanna Rossą, Krzysztofem Kolbą, Arturem Nełkowskim, Markiem Pudełko, Cezarym Żołyńskim, Janem Mierzyńskim, Przemysławem Kapsą, Anną Łaniewska, Edytą Milczarek, Beatą Chorążykiewicz, Bogumiłą Jędrzejczyk o Iwoną Haubą w obsadzie.
Jednoaktowa śpiewogra ze wspaniałą muzyką Stanisława Moniuszki graną na żywo. Rzecz dzieje się w gospodzie Anzelma w Apeninach, dokąd powraca syn właściciela, zakochany Antonio. Nie ma już wolnych miejsc, gdy przybywają tam również tajemniczy Fabricio i piękna Rozyna… Wielkie uczucie i intryga kryminalna, humor i wspaniałe partie śpiewane czynią z tej sztuki idealną propozycję na letnie wieczory.
Tutaj rządziła publiczność. Krótko i na temat.
Liczba widzów z 22 tysięcy w roku 2004 wzrastała w postępie geometryczny do 44 w roku 2005 tysięcy, zbliżając się do 90 tysięcy w roku 2006. Najdłuższy i najtańszy Festwal w Polsce trwała łącznie 120 dni a kosztował około 800 tysięcy zlotych. To tyle ile dziś Pani Prezydent Gronkieiwcz potrafi lekką ręką wydać np. na 3o minutowy film o Chopinie zrealizowany przez firmę zewnętrzną. Film dokumentalny, którego produkcja w TVP zmieściłaby się w granicach 80 do 100 tysięcy złotych. O czym publicznie obywateli i służby kontrolne samorządu Warszawy – powiadam.
W trakcie Ogrodów Frascatii 2006 pokazano 265 najprzeróżniejszych spektakli. Zatem jeden event kosztował średnio: niezależnie czy był to koncert Marii Peszek, Koncertowe wykonanie Mszy, czy recital Jerzego Połomskiego lub występ Teatru z Katowic w granicach 3 tysięcy złotych. Zaś koszt jednego widza na spektaklu to około 9 złotych od osoby na bezłatnej miejskiej imprezie.
Pięć, dziesięć, piętnaście… lat. Kiedy po piątym Konkursie Teatrów Ogródkowych zadałem pytanie, czy ma trwać, czy okaże się efemerydą, nie wierzyłem chyba, że tak naprawdę mój czas, moje życie, kwadrans wieku zwiąże się z tymi, jak go wszyscy przekręcają “przyogródkowymi działkami”.
Cóż, taka działka przypadła mi w Melpomeny podziale. Taki afrodyzjak. Taka publiczna dola.
Bo publiczność, widownia, wasze spotkania i oczarowania były jedynym powodem zaistnienia tych miejsc, które z Lapidarium, poprzez Gwiazdeczkę, Dziekankę, Mariensztat i Dolinę Szwajcarską przyprowadziły nas na Frascati.
Krzysztof Dukaszewicz w Ogrodach Frascati 2006
Pięć, dziesięć, dwadzieścia, czterdzieści tysięcy widzów. W takim tempie przybywało publiczności Teatru Ogródkowego w latach 2002, 2003, 2004, 2005. Ale czy ta instytucja będąca wynikiem kompromisu przyjaźni i polityki tzw. IV Rzeczpospolitej miała coś jeszcze wspólnego z tą obywatelską i entuzjastyczną III RP a Najjaśniejszą!?
Wszystko się zmieniło. Zawrotne kariery. Łagodny bibliotekarz staje się Kanclerzem, wokół mnie twórcy koncernów medialnych, innym wyrosły drukarnie. Pobudowane Multikina, a przy nich szczęściarze zaczynają stawiać ślizgawki…
My, tułacze spod parasoli Lapidarium, pod płócienny dach Gwiazdeczki po siedmiu latach dochrapaliśmy się drewnianej estrady w Dolinie Szwajcarskiej i bazarowych daszków dla publiczności. Na X Konkursie pojawiły się dziesięciokątne altany, by po piętnastu latach rozkwitnąć i pysznić się na Frascati sceną, która jest istnym cackiem warszawskiego pejzażu.
Piękne. Tak dużo! Ale jakież to kruche! Podmuch wiatru, odmowa dotacji, zmiana urzędnika może sprawić, że nie dotrwamy kolejnego lata.
Ale zapominam o tym, gdy tu Państwa spotykam!
Tych, którzy trwają przy nadziei:
W beretach grają w szczerym polu
Tych, co nie bali się zawiei
I nie spisują protokołów.
Przybywacie i wracacie! Zachęcają was Wydarzenia, a przywiązują Zwyczaje.
Wydarzenia zazwyczaj są jednorazowe. Może zaprosimy kiedyś na koncert jakąś Ingrid, ustawimy scenę na środkowym tarasie (uzyskamy zgodę na zakłócenie tzw. osi widokowej) i tłumy będą na to patrzyły. Zjawi się telewizja i wielką będziemy mieć reklamę. Może Komedia Francuska, którą widywałem w podparyskim Suresnes i w naszym Teatrze Narodowym, zagra kiedyś na Frascati z Andrzejem Sewerynem (i on swego czasu gościł w Teatrze Ogródkowym jeszcze na Mariensztacie). Nie ma dla nas rzeczy niemożliwych.
Na pewno jeszcze 2006 roku 15 sierpnia zaprosiliśmy tu Szanownych Państwa, a i przedstawicieli Państwa Polskiego, na wysłuchanie cudownej “Małej Mszy Radosnej D-moll”, napisanej przez członka jury XV KTO Jerzego Derfla. I były nas tu wtedy tysiące. Bywały takie jednorazowe, wyjątkowe wydarzenia. Trzeba było na nie pieniędzy i reklamy.
Jerzy Derfel i ATK
Rytuał zaś i zwyczaj, który udało nam się wytworzyć, któremu udało się wszczepić duszę żył już swoim własnym pędem i ( ja naiwnie wierzyłem) nie da się go zatrzymać. Widzę jeszcze te trzy, mijające mnie kilka dni temu, panie, sprowadzające koleżankę po głównych schodach Frascati i jej okrzyk “jak tu pięknie, że ja tu nigdy nie byłam”. I widziałem tę panią potem tu już bardzo często, widziałem w niej uczestniczkę naszego Letniego Rytuału.
Zwyczaj, jak każdy, wymaga opisania. Nasz zwyczaj to codzienność. To rytm. Od piętnastu lat rytmicznie przez cztery letnie miesiące odbywał się Konkurs Teatrów Ogródkowych. Tradycję uświęciły lata: już zawsze w poniedziałek. Pierwszy raz z codziennością zmierzyłem się w 2001 roku podczas jubileuszu dziesięciolecia w Dolinie Szwajcarskiej. Przybyliście tam państwo licznie. A ja do dziś liżę finansowe rany… Ale jak powiadała wspomagająca mnie w 2006 roku scenograficznie Izabella Konarzewska, nie jeden zbankrutował na teatrze!
Przez trzy lata graliśmy codziennie, rytmicznie – różne uprawiając formy. W istocie zawsze teatralne, jeśli przyjąć, że od greckiego thea (widzenie) teatr jest zbiorowym oglądaniem. A dla mnie miejscem spotkania, w którym w poniedziałki prezentowano sztukę dramatyczną, we wtorki theatron zmieniał się w odeon i śpiewaliśmy w ogrodach, środy były epikurejskie, poświęcone myśli: piosence autorskiej, czyli bardom przybywającym do Stanisława Klawego, radiowym reportażom Ireny Piłatowskiej i Janusza Deblesema, jubileuszom i literackim biesiadom Marcina Wolskiego i Marka Ławrynowicza ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a także politycznej satyrze Marka Majewskiego. W czwartki królowała Terpsychora, tańczyliśmy także z tymi Gwiazdami, które, jak Asia Jabłczyńska, wykluły się w Domu na Smolnej i jeszcze na Hożej. Piątki z Satyrami, którym przewodził Stanisław Klawe, soboty z kapelami “dworskimi”, jak swoją grającą na dworze od lat Orkiestrę z Chmielnej (co ostatnio zeszła do pasażu Śródmiejskiego i reklamowała nas spod ziemi), Janusz Mulewicz nazywał. Wreszcie zwieńczeniem tygodnia, również frekwencyjnym, były organizowane przez Aleksandra Czajkowskiego-Ładysza niedzielne spotkania Polihymni z gwiazdami operetki.
Janusz Mulewicz i Orkiestra z Chmielnej na Frascati
Oto i nasze rytuały. Każdego dnia inaczej. Zawsze obecni. Pewnie inaczej ubrani w czwartek, gdy zapraszałem na klasyczną francuską gęgetę z Jurkiem Antoszkiewiczem o wyglądzie kowboja, czy w sobotę, gdy spotykaliśmy się z panami w cyklistówkach, które szarmancko zdejmowali by wpadło do nich parę groszy. Strojniejsi w któryś konkursowy poniedziałek, wtorek z Połomskim czy Łazuką, w piątek z Kryszakiem, w pełnej zaś gali w roziskrzone “turniurami i koafiurami” operetkowe niedziele, kiedy to, jak uczy doświadczenie, warto było zarezerwować sobie zaproszenie.
Te zaproszenia nieodpłatne wcale, niech miały być potwierdzeniem statusu owego miejsca. Miejsca dla inteligenta, który nie przepłaci, nie przeczeka, ani nie przebije. Dla tych, którzy zawsze ustąpią drugim. Chciałem, jak pierwsi gospodarze tego miejsca: Kazimierz Poniatowski czy Braniccy, sprawić, by stało się Frascati miejscem dla tych, którzy potrafią przyjąć zaproszenie, odpowiedzieć na nie (R.S.V.P.), by nie ukształtowały się nam komitety kolejkowe, a sprawniejsi w łokciach nie opanowali widowni. [Sprawiedliwość (społeczna) sprawiedliwością … ale Prawo (wyboru) prawem ]
Teatr ogródkowy wymyślony był na lato. Na Ogórki. Chciał być nawet komercyjny, byle niezależny od polityki. I tak niezależnie przekulał dwanaście lat oklaskiwany w prasie i pomijany w dotacjach. Najwięcej dał mu Jan Rutkiewicz, który go ustanowił, wiele pomogła Teresa Stankowa. Nie zaszkodziła lewica Marka Rasińskiego ani piskorczycy z zawsze przyjaznym Piotrem Foglerem. Ale widzę to dziś wyraźnie – nic bym nie zdziałał, gdyby jak kometa nie przetoczyli się przez nasze Miasto, ludzie Państwa, którzy pomknęli by tworzyć IV Rzeczpospolitą. Dziś, gdy już Poległ Prezydent a znim marzenie o Niepodległej Polsce i wolnej od dyktatu Wschodzniej Europie – szczególnie to muszę podkreślić, że każdy elegancki fotel, trejaż, lampa i altana – fakt, że udało nam się ocalić spłachetek zeszłorocznego budżetu i zapraszać do ogrodów przez 120 dni był wyłączną zasługą zaufania, jakim mnie obdarzył przyjaciel pewny, że w moich rękach nie zmarnieją publiczne pieniądze – były wiceprezydent Warszawy i były już Szef kancelarii Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego – Andrzej Urbański.
Muszę to powiedzieć teraz. Jak Ty przed laty w Dolinie Szwajcarskiej. Andrzeju: dziękuję! I zapewnić Ciebie i Państwa, że tego zaufania, przyjaźni i nadziei stojących u wrót Najjaśniejszej Rzeczpospolitej nie zmarnuję.
Warszawie życzę, Polsce całej
Aby nie była taka smutna !
Wystarczy jednej sprawy małej:
Gdy będziesz Swego Strzegł Ogródka
Tak mi się przynajmniej wydawało w 2006 roku. W lipcu.Wszystko już było dograne Zaczynaliśmy tradycyjnie trzecim jużI Festiwal Literatury. 3 VI sb. 12.00 odbył się Kiermasz Książki i Poezji. Z publicznością tradycyjnie było krucho. Nie mogłem mimo pozyskiwania srodków z Willi Deciusa jakoś odtworzyć atmosfery święta książki. Za to w tym roku udało mi się wzbogacic otwarcie dodatkowymi koncertami. I to bardzo nobliwymi, że tak powiem. Imprezę otworzyła polecana przez wielu z Januszem Głowackim na czele Olena Leonenko wykonując piekne rosyjskie ballady. Artystkę reprezentował – organizujący dla Bocheńskiej większość muzycznych zdarzeń Pan Jerzy Brize.
Janusz Andrzejewski - Platforma Artystyczna O.B.O.R.A.;Ogrody Frascati 2006
Postać niezwykle charakterystyczna. Nie znam jego koligacji lecz gdy wkraczał czulem się jakby wróciły wczesne lata XIX wieku. Brize mógłby do filmów się wynajmowac by zagrać cwanego impresario. Niski, pochylony, niczym garbus wcielany przez Jean Marrais, długie siwe wlosy niczym pejsy spływały mu od uszu ku policzkom. Spoglądał na klienta jak wąż na zająca jakby z dołu, spod biurka lady zachwalając swój artystyczny towar, a ( niezwykle ostatecznie wysokie sumy) wymieniał z zawstydzeniem utracjusza, który uwiedzony spojrzeniem potencjalnego nabywcy właśnie postanowił przetracić swój cały majątek.
Brize mógłby zagrać wszystkich Skąpców, świętoszków – jakby go wyprodukowano w charakteryzatortni typów Moliera. Ale typów uwspółcześnionych bo jego tradycyjne niezwykle zachowanie podkreślał teraźniejszy rekwizyt: tkwiąca za wielgachnymi uszami ślimacza bluetooth-owa słuchawka od telefonu komórkowego.
Pogoda była średnia. Lecz frekwencja 160 osób w pierwszym dniu festiwalu na występie bardzo eleganckiej lecz niezbyt jeszcze popularnej artystki mieściła się w normie.
A następny dzien Festiwalu wspólprganizowałem ze Stowarzyszeniem Wolnego Słowa, w którego imieniu w tym roku głównie działał Wojtek Borowik. W rocznicę czerwcowych wyborów dołączyliśmy się do DNI WOLNEGO SŁOWA i prezentowaliśmy na III Festiwalu Literatury wybór wydawnictw podziemnych przy wspólpracy z Uniwersytetem Warszawskim, gdzie obywał się sesjie. Wieczorem natomiast odbył się bardzo niezwykły. Koncert Magdy Umer. Zimno było jak w psiarni. Strasznie kusiło mnie by wieczór ten zarejestrować. Jednak w kontrakcie wyraźnie stało, żebyśmy się nawet nie ważyli. Patrzymy więc w czasie gdy Pani Magda wkłada pięć pulowerów w garderobie pod sukienkę smętnie na naszego DATa, gdy nagle zobaczyłem jak asystentak pani Umer morduje się by podwiesić pod głośnikiem ręczny magnetofon. – Co pani robi, pytam. Przecież nie wolno nagrywać. – Ja tylko tak dla siebie, po pani Magda ma zamiar wykonać kilka starszych piosenek, które nigdy nie zostały zarejestrowane.
Magda Umer na Frascati
- No wie Pani, skorzystałem z okazji, jak tak to my tu mamy super profesjonalny sprzęt, który jednym naciśnięciem palca zarejestruje cały koncert na najwyższym poziomie. Wojtek Borowik, który ten koncert z ramienia SWS płacił też zgłosił, że w celach czysto rozrachunkowych chętnie by takim dokumentem dysponował. Ruszyliśmy do pani Magdy, która, usłyszawszy, że to dla prywatnego użytyku mego i … Mirka Chojeckiego, długo nie dała się przekonywać. W rezultacie powstało z tego koncertu świetne livowe nagranie. Artystka świadoma nagrania, gdy raz jeden pomyliła się w piosencie wzięła ją od początku tak, że kiedyś może moja mp3 zamieni się jeszczce w płytę czy już jakiś kolejny nośnik dźwiękowy. Zobaczmy fragment:
Tej płyty jednak zrobić mi się nie udało. Nie miałem czasu, siły ani specjalisty zdolnego rozmawiać przede wszystkim z właścicielem praw do większości piosenek pani Umer czyli z Pomathonem.
Koncert Umer odbył się jak wspomniałem w chłodzie. Praktycznie bez nagłośnienia. Była pani Magda dość negatywnie zdziwiona, że w „Co jest grane” Gazety Wyborczej na temat jej recitalu nawet wzmianki nie było. A przecież informacje co już bardzo ściśle sprawdzałem były regularnie zsyłane. Na dodatek chłodno. Czy w ogóle ktokolwiek się na tym odludziu zjawi – pytała lekko speszona. Coś próbowałem tłumaczyć, że Wyborcza bojkotuje naszą imprezę, choć zdaję sobie sprawę, że brzmi to niezbyt wiarygodnie. Zapeniałem jednak, że poczta pantoflowa się sprawdza i ludzie z pewnością przybędą tłumnie. Wewnatrz jednak drżałem z niepokoju, tak, że gdy przekonałem się, że mimo deszcu ludzie ściągają gromadnie kamień z mego serca spadał w garderobie z takim łoskotem, aż sobie ze mnie też oczywiście usatysfakcjonowana pani Magda z lekka dworowała.
Miejsca na zadaszonej widowni wypełnione były do jednego. Uruchomiliśmy nasze lampy grzewcze. Przy bojkocie w końcu najbardziej czytanej przez odbiorców sztuki takiej jaką prezentuje pani Umer drugi koncert na Frascati w chłodzie i na początku sezonu oglądało 256 osób. – A ten nic tylko pogłowne liczy, zażartowałaby pani Magda. – Ano, liczy. Bo dla mnie w teatrze tak naprawdę tylko widownia się liczy.
W przyjętym 5 lipca 2005 roku stanowisku Rady Dzielnicy Sródmieścia czytamy m. in. „ Zrealizowany przez DKŚ ze środków rezerwy celowej Prezydenta projekt rewitalizacji Dolinki Szwajcarskiej był całkowicie nietrafiony i na skutek protestów okolicznych mieszańców został w roku bieżącym przeniesiony do Ogrodów Frascatii, tym razem za ponad dwukrotnie wyższą kwotę. Z pomysłu rewitalizacji Dolinki Szwajcarskiej pozostały jedynie długo uprzątane sterty śmieci.”
Nieważne, że opinia to niesprawiedliwa, ignorująca fakt, iż 180 imprez latem 2004 roku odwiedziło w Dolinie Szwajcarskiej około dwudziestu tysięcy osób.
Urbański na XIII KTO
Jarosław Zieliński na XIII KTO
Nieważne, że obecni podczas finału XIII KTO wiceprezydent Andrzej Urbański i ówczesny Burmistrz Jarosław Zieliński publicznie mi dziękowali zszokowani kilkusetosobową widownią na imprezie dla inteligencji, gdzie na wolnym powietrzu były tłumy, choć nie podawano piwa. Po roku można przecież o wszystkim zapomnieć. Można zakwestionować każdą rzeczywistość. U Orwella to się nazywałodwój myślenie [1]:
A może i dziś ulegamy omamom. Może nie było tego teatru Na Frascatii, może nie przybywało doń codziennie od 300, 600, do 1200 a nawet 7000 osób. Może nie odwiedziło nas na Frascatii w 2006 roku od początku czerwca do 23 września przeszło 40 tysięcy osób, z tego tylko w sierpniu dobrze ponad 20 tysięcy widzów. Może Przewodniczącej Rady Śródmieścia, wypisującej potem do mnie obraźliwe listy przydałaby się jakaś Orwellowska „Luka pamięci”, która pochłonęłaby prezentowane fotografie. I może był powód, który uzasadniał czemu wiceburmistrz śródmieścia od dnia, w którym musiał przekazać na konto Domu Kultury przyznaną przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego celową dotację zaczął wstrzymywać przyznanie mi rocznej premii. Moja Uznaniowa Premia miesięczna stanowiąca w istocie uzgodniony fragment upożenia szostała w tym samym momencie zmniejszona o 40% czyli około 1200 zł. Za kilka miesięcy ( pisałem w 2005 roku) może się okazać, że nie było żadnego sukcesu, można pozbawić mnie rocznej premii także za rok obecny, a może po prostu stanowiska ? Czy tak naprawdę o to tu chodzi?
Małgorzata Naimska wśród tysięcznej publiczności XIV KTO ( entuzjazmu nie widać...)
– Tak ! O to chodziło i tak się też stało. W miejsce 180 imprez w 2004 ( maj-wrzesień) i także 180 od czerwca do września 2005 roku, a 265 od czerwca do września roku 2006 w roku 2010 obecne władze samorządowe stolicy na tym samym Frascati proponują po trzech latach uwaga: tylko już w sierpniu : Uwaga – 31 Imprez ! Przy czym najciekawsze spośród nich to powtórka koncertów organizowanych przze mnie 3 lata temu koncertów pani Celińskiej *( w zeszłym roku kopiowano koncert Magdy Umer) oraz recitale zaangażowanych przeze mnie do tej instytucji Marka Ravskiego i Jakuba Wociala. Warto dodać, że obecny budżet Domu Kultury wynoszący 3,35mln złotych już po uwzględnieniu wszystkich korekt pozostaje nadal o ponad dwieście tysięcy wyższy od tego, który pozwolił mi w roku 2006 zorganizować 265 imprez z udziałem najsłynniejszych Gwiazd Estrady dla 90 tysięcy osób. Jeden widz w Ogrodach Frascati kosztował wówczas Miasto po niżej 10 złotych. Miejskie imprezy plenerowe ogranzowane przez władze Warszawy koszt jednego widza kalkulują zwykle powyżej stu złotych. Warto zatem spytać, gdzie przetracono przynajmniej pół miliona złotych, które wg mojej oceny można by spokojnie nadal piękną i długotrwałą imprezę robić !
Kazimierz Marcinkiewicz na Finale XV KT) -2006
Wiedziełem o tym od dawna i pisałem, pisałem. Małgorzata Naimska, która (obok prezydenta Kaczyńskiego, Urbańskiego, Marcinkiewicza a nawet w ostatniej chwili i Hanny Gronkiewicz-Waltz) była jedną z częstszych adresatek mej „literatury biurowej” nie miała jednak zwyczaju odpowiadać na korespondencję. Myślała pewnie ( wierna asystentak Bartoszewskiego z PEN-Clubowych czasów), że papier plami. Może nie doceniła mej skrupulatności. Czasem bowiem milczenie też jest niegodziwością.
Niewątpliwą też niegodziwością było, iż ( o czym nieco później się dowiedziałem) w dniu, gdy na Frascatii tłumy oklaskiwały finalistów teatru ogródkowego, gdy z udziałem Majewskiego, Daukszewicza i rzeszy innych odbywał się II Przegląd piosenki politycznej – w tym samym dniu radni na Nowogrodzkiej przyjęli sobie następujące stanowisko potępiające w czambuł wszystkie moje prace[2]
Nie otrzymałem tego stanowiska. Chyba już o to chodziło. Chodziło o wytworzenie takiego szumu papierów spoza, którego już nic nie będzię słychać – poza tem, że zgrzyta. Zostało mi ono przekazane w połowie września z Biura Kultury : z wyrazami … zaniepokojenia.- Cóż miałem począć. Skierwałem następną epistołę do Naimskiej[3]. Nawet kutki prawne pisma sobie zastrzegałem …Efekt ? – Milczenie. Próbowałem pisać dalej. Podczas ostatniej rozmowy z Urabańskim jako z Prezydentem nie uzyskałem żadnej odpowiedzi w sprawie Parku Kultury na Frascatii, próbowalem więc chociaż przeprowadzić własną sprawę.[4] I to pismo rzecz jasna pozostało bez odpowiedzi. Rzczej pewne, że adresat nigdy go nie przeczytał. Bardzo prawdopodobne, że i Urbański po moim wyjściu wrzucił je na dno szuflady. Nie żebym tego nie przewidywał. Jeśli pisałem wtedy to może wiedząc, że kiedyś przyjdzie je między te strony włożyć.
Tłumy ma Frascatii - Finał XV KTO 2006
Nastąpiły jednak rzeczy, których się nie spodziewałem. Co jak co, ale patronat Prezydenta Kraju, który w odróżnieniu od Urbańskiego zajrzał z działaczkami Solidarności na Frascatii wydawał mi się pewny. Szczególnie, że nad moją imprezą sprawował pieczę sam późniejszy Wielki Kanclerz czyli Urbański w osobie Szefa Kancelarii Prezydenta.
No tak, ale kim się Pan Prezydent otaczał !? I cóż ma dziś powiedzieć Urbański, który – i on także – obawiając się takie jak ja osoby przypuścić bliżej, powie mi za rok: „Ja tu jestem kompletnie sam. Zawieszony jedynie na Leszku”. Nie wiem więc czy Urbański mój wniosek o patronat, choćby przejrzał. Czy zaopiniował ? Czy mu go ktoś w ogóle pokazał ? Dość, że wniosek, który zaniosłem doń i do Gabinetu niejakiej odpowiedzialnej w Pałacu za kulturę Emilli Błaszczak zostal właściwie – oddalony! [5] Kolejna próba uzyskania patronatu i w praktyce … odmowa.
Na szczęscie nie wprost. Napisano:„W latach ubiegłych honorowy patronat nad Konkuresem Teatrów Ogródkowych sprawował Prezydent m. st. Warszawy. Pozwolę sobie na wyrażenie sugestii, aby kontynuować długoletnią tradycję patronowania Konkursowi przez Prezydenta Stolicy i także w tym roku zwrócić się z tą prośbą do Urzędu m.st. Warszawy”.
Patronat, którego nie było
A więc innymi słowy „pocałujta wójta. Jak nie chciecie – nie całujta.” No więc nie zechciałem. Po pierwsze Prezydenta w Warszawie praktycznie nie było. Pan Kochański był nikim a i o spotkaniu z nim nie miałem co marzyć. Raz nawet wdarłem się ( acz nie zaproszony) do Pałacu Slubów na jakieś wielkanocne jajeczko dla Urzedników. Próbowałem zagadać. Patrzył przerażony. O Ogrodach Frascatii nic prawie nie wiedział czułem natomiast, że z pewnością doń docierały plotki i donosy na mój temat. W tym samym zresztą miejscu – to było w kwietniu 2005, gdy ostro już pracowałem nad repertarem XV KTO i II Festiwalu zgłosiłem się do Naimskiej przy szefie Stolecznej Estrady byśmy wspólnie zorganizowali w święto „Cudu nad Wisłą” i w dzień Wniebowzięcia NMP -15 sierpnia wykonanie Małej Mszy Radosnej Jurka Derfla. Popatrzyli na mnie rozszerzonymi oczyma jakbym się z choinki urwał. Mówiac krótko – byłem już pogrzebany. Zacząłem przeszkadzać. Mówiono mi, słyszałem to od Ładysza, że nawet organizatorzy Zamkowych Operowych występów też zauważyli, że Frascatii zaczyna odciągać publiczność. Byłem całkiem sam.
Ani miejscy urzędnicy ani otoczenie Prezydenta Kaczyńskiego nie widzialo interesu w tym by moją działalność na rzecz warszawskiej inteligencji wspierać. W związku z odmową przyjęcia Patronatu przez Kaczyńskiego dokonałem jednak pierwszy raz w życiu: mistrzostwa manipulacji. Na szczęście list podpisany przez Panią Jakubiak był bardzo kulturalny i kompelemntujący. Wyciąłem więc z niego przytoczony wyżej fragment. Resztę wskanowałem.
Na wstępie Informatora Festiwalowego pozostawiony tekst zabrzmi lepiej niż wyglądałoby zdawkowe: Festiwal odbywa się pod Patronatem Prezydenta RP”.
„W imieniu Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Pana Lech Kaczyńskiego Pragne wyrazic uznanie dla Pańsywa pomysłu organizowania imprezy będącej cenną inicjatywą kulturalną, wpisaną już w kalendarz imprez staticy. Konkurs Teatrów Ogródkowych to poszukiwanie innej formuly prezentacji letnich spektakli teatralnych, kreowanie nowych, plenerowych miejsc na kulturalnej mapie Warszawy. Ogrady Frascati stały się miejscem interesujących spotkań z kulturą, niebanalnym i elcganckim, o wlasciwej sobie atmosferze.
Życzę Państwu udanego festiwalu, otoczonego wieloma imprezami towarzyszacymi, wspaniałej publiczności i interesujacych przedstawień.
No, cóż. Widać: nie dorastam do wiekich skal, jak ta Rachel z Wesela. A któż dorasta ? Warto odnotować . Patronaty Prezydenta RP – lipiec 2006 r.[6] Nie żebym miał coś przeciw „Piwnicznej Izbie” ale te przyparafialne światowe dni poezji Marii Konopnickiej w zestawieniu z dniami Konia Arabskiego czy Memoriałem Henryka Łysaka – to była zapewne konkurencja przez 90 tysięcy warszawskich inteligentów nie do pobicia.
Joanna Szczepkowska na widowni XIV KTO
Zatem Festiwal za pasem. Pieniędzy nieco mniej niż przed rokiem jednak dodatkowe środki udalo mi się zdobyć z Ministerstwa Kultury: zarówno na 15 lubileuszowy Konkurs Teatrów Ogródkowych jak na Festiwal Literatury. Infrastruktura w zasadzie jest. Przyjaciół wśród władzy nie ma, za to chętnych do występowania mnóstwo.
Na dodatek po półrocznym boksowaniu w Andrzeja Urbańskiego, dokładnie na dzień czy dwa przed startem Festiwalu zmuszono go, czy sam nie wytrzymał i zrezygnował ze swojej ministerialnej u Prezydenta posady.
- Dwa razy w życiu byłem niewolnikiem, powie mi podczas najbliższego spotkania. - Gdy mnie po studiach wcielili do wojska i teraz, gdy byłem Ministrem u Kaczyńskiego. Namawiałem go wtedy, by został Prezesem TVP. Zarzekał się, że nie ma na to najmniejszej ochoty, by …. W trzy miesiące po tej naszej rozmowie zastąpić Wildsteina w gabinecie na Woronicza.
Finały XV KTO - 2006
Ale to będzie już po imprezie. Na razie wiedziałem, że skoro już jest daleko i na dodatek w kłopocie tym cieplejsze należą mu się słowa. Niektórzy pracownicy patrzyli na mnie z powątpiewaniem czytając tekst otwierający Almanach XV Festiwalu. Mój repertuarowy łabędzi śpiew.
Wydarzenia i Zwyczaje –
CDN -
[1]„Weźmy inny przykład. Przed kilkoma laty uległeś bardzo poważnym omamom. Nabrałeś przekonania, że trzej ludzie, dawni członkowie Partii o nazwiskach Jones, Aaronson i Rutherford, straceni za zdradę i sabotaż po złożeniu pełnych, wyczerpujących zeznań, wcale nie popełnili zbrodni, o które ich oskarżano. Zdawało ci się, że widziałeś niezaprzeczalny dowód, jakoby te zeznania były fałszywe. Miałeś halucynacje na temat pewnej fotografii.
Nawet wierzyłeś, że trzymałeś ją w palcach. I że wyglądała mniej więcej tak.
W rękach O’Briena pojawił się strzęp gazety. Przez pięć sekund Winston miał go w polu widzenia. Ujrzał zdjęcie, to samo zdjęcie, na które natrafił przypadkiem jedenaście lat temu i które zaraz zniszczył; pomyłka nie wchodziła w grę. O’Brien trzymał strzęp innego egzemplarza gazety ze zdjęciem Jonesa, Aaronsona i Rutherforda na uroczystości partyjnej w Nowym Jorku. Po chwili cofnął dłoń. Lecz zdjęcie istniało, co do tego nie było dwóch zdań! Z rozpaczliwym, bolesnym wysiłkiem Winston szarpnął całym ciałem, aby się podnieść. Ani drgnął. W tym momencie zapomniał nawet o tarczy. Pragnął tylko dotknąć fotografii albo przynajmniej jeszcze raz na nią spojrzeć.
- Więc istnieje! – zawołał.
Prezydent Lech Kaczyński & ATK w Domu na Smolnej - 2005
- Nie – powiedział O’Brien.
Przeszedł na drugi koniec pomieszczenia. Na przeciwległej ścianie znajdowała się luka pamięci. O’Brien uniósł klapę. Strumień ciepłego powietrza porwał skrawek papieru; chwilę później połknęły go niewidoczne płomienie. O’Brien odwrócił się od ściany.
- Popiół – stwierdził. – Nawet nie popiół, pył. Zdjęcie nie istnieje. Nigdy nie istniało.
- Istniało! Wciąż istnieje! Istnieje w pamięci. Pamiętam je. Wy je pamiętacie!
- Nie pamiętam – rzekł O’Brien. Winston stracił wszelką nadzieję. Na tym właśnie polegało dwójmyślenie.”
Rok 1984, George Orwell [pseud.]; tł. [z ang.] Juliusz Mieroszewski., Paryż: Instytut Literacki, 1953 w serii Biblioteka „Kultury”; t. 2.
[2] Stanowisko Rady Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy
podjęte w dniu 31 sierpnia 2005 r.w sprawie: wydawania przez Dom Kultury Śródmieście miesięcznika „Skwery i fontanny”.
Komisja Kultury i Sportu w stanowisku z dnia 1.07.2005 r. a następnie Rada Dzielnicy Śródmieście w stanowisku podjętym na sesji w dniu 5.07.2005 r. wyraziły krytyczną ocenę działalności Domu Kultury Śródmieście oraz inicjatyw i decyzji podejmowanych przez dyrektora DKŚ Andrzeja Kijowskiego.
W powyższych dokumentach znalazły się również warunki, których spełnienie pozwoliłoby Radzie Dzielnicy udzielić poparcia dla projektu wydawania przez DKŚ miesięcznika „Skwery i fontanny” definiowanego przez projektodawcę jako pismo informacyjno-kulturalne a w istocie zajmujące się sprawami i działalnością samorządu terytorialnego. Do dziś dyrektor Andrzej Kijowski w żaden sposób nie ustosunkował się do podjętego w dniu 5.07.2005 r. stanowiska w sprawie finansowania i działalności Domu Kultury Śródmieście.
Rada Dzielnicy żąda niezwłocznego wywiązania się przez dyrektora DKŚ z postanowień Rady.
Rada zobowiązuje dyrektora DKŚ do pisemnego przedstawienia do najbliższego posiedzenia sprawozdania z realizacji stanowiska z dnia 5.07.2005 r.
W związku z Pismem z dnia 15 września ( które otrzymałem 28 września 2005) pragnę stwierdzić, że podzielam Pani zaniepokojenie.
Załączone stanowiska sformułowane przez Zarząd i Radę Dzielnicy dowodzą bowiem szczególnego nastawienia władz i radnych dzielnicy do działalności ośrodka kultury. Dziennikarze nazwaliby to stanowisko daleko posuniętą ignorancją przedstawicieli organów powołanych do wspierania działalności Domu Kultury Śródmieście i to zarówno w sprawach technicznych relacjonowanych w oparciu o przekazy pośrednie jak i w sprawach szerszych odnoszących się do miejskiej polityki kulturalnej.
Pragnę nadmienić, że ani podpisany pod stanowiskiem Zarządu Dzielnicy Burmistrz Mariusz Błaszczak ani odpowiedzialny za sprawy kultury burmistrz Ryszard Modzelewski nie wspominając o przewodniczącej Rady czy Komisji Kultur Dzielnicy Śródmieście ani razu nie zaszczycili Ogródków Warszawskich na Frascati swoją obecnością.
180 imprez zorganizowanych w Ogrodach Frascati dla przeszło czterdziestu czterech tysięcy widzów, wydaje się być poważnym sukcesem nie tylko artystycznym, ale i marketingowym. Sukces i świetna praca całego zespołu DKŚ pozostaną więc pięknym letnim wspomnieniem dla ogromnej rzeszy warszawiaków i problemem w sferze urzędowych dokumentów.
Wyjaśniam co następuje:
Sprawy techniczne.
Załączona dokumentacja ilustruje, że ani przez chwilę nie mieliśmy do czynienia z brakiem zabezpieczenia tymczasowej instalacji elektrycznej zasilającej w prąd Teatr Ogródkowy. Nie może być też mowy o jakimkolwiek narażeniu życia, zdrowia ani konieczności jej demontażu.
Faktem jest natomiast, że niebezpiecznym, źle utrzymanym, pełnym wykruszonych schodków pozostaje drugie zejście z przekazanego nam do użyteczności tarasu, zejście skierowane w stronę ulicy Książęcej i umieszczonej przy niej Przychodni Weterynaryjnej. Stając przed koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa widzom wydałem polecenie elektrykom zatrudnionym przez DKŚ aby na kikutach i uschłych konarach drzew, na słupie nieużytecznej, bo zepsutej i niemożliwej do naprawy latarni zamontowali tymczasowe halogenowe oświetlenie. Oświetlenie uruchamiano jedynie po zakończeniu spektaklu, dając konieczne zabezpieczenie rozchodzącej się widowni ( około 700 osób dziennie).
To docelowe oświetlenie ułatwiło również zatrudnianej przez nas służbie ochroniarskiej monitoring miejsca.
Niestety, mimo moich osobistych uzgodnień z panią dyrektor Renatą Kaznowską elektrykom zatrudnionym przez DKŚ nie udało się w tej sprawi porozumieć z nadzorem technicznym ZTP.
W konsekwencji po kilku dniach zmuszeni byliśmy zrezygnować z dodatkowego oświetlenia. Nie muszę chyba tłumaczyć, że bezpieczeństwo i komfort odwiedzających Teatr Ogródkowy warszawiaków pozostawił wiele do życzenie.
Konsekwencje służbowe.
Stwierdzam z całą odpowiedzialnością, iż mimo moich pism w sprawie wzmożonej ochrony Ogrodów Frascati adresowanych do wszystkich wiceprezydentów, (także do wiadomości Pani Dyrektor) mimo pisma, w którym Dyrektor Biura Bezpieczeństwa prosi Komendanta Straży Miejskiej o dyslokację służb w celu wzmożonej ochrony widzów przybywających na nasze imprezy Straż Miejska nie pojawiła się w celach prewencyjnych ani razu, wykazując kompletny brak zaangażowania. Interesowano się nami tylko w sytuacjach gdy samochody dostawcze – przywożące dekoracje, scenografię – parkowały na tarasie.
Sytuacje losowe
Sprawa bezpieczeństwa widzów, dzieci i artystów po nawałnicy 29 lipca br.
Stwierdzam, że działając w stanie wyższej konieczności, dążąc do nie odwoływania ponad konieczną potrzebę, planowanych imprez plenerowych w dniach od 30 lipca do 3 sierpnia (dla kilku tysięcy warszawiaków i dzieci uczestniczących w Lecie w Mieście) zatrudniłem specjalistyczną firmę, która z udziałem specjalisty – dendrologa dokonała usunięcia połamanych gałęzi i niezbędnych cięć w sposób profesjonalny.
W tej sprawie nawiązaliśmy kontakt z Dyrektor Zarządu Terenów Publicznych, prace nasze zostały zweryfikowane. Z rozmowy jaką przy świadku odbyłem w dniu 1.X z panią dyrektor Renatą Kaznowską wiem też, ze to nie dyrektor ZTP jest źródłem od którego Zarząd Dzielnicy „powziął informacje dotyczące dokonania wycięcia konarów i drzew rosnących w Parku Marszałka Rydza Śmigłego w Warszawie”.
Sprawę połamanych gałęzi na użyczonym DKŚ terenie wyjaśniam szerzej w załączonym sprostowaniu adresowanym do Życia Warszawy, które nota bene mimo uzgodnienia jego skróconej wersji z red Bulą nigdy nie zostało opublikowane.
Pismo „Skwery i Fontanny”
Sprawę wyjaśniałem szerzej w dniu 1 września w załączonej odpowiedzi na przesłane przez Panią Dyrektor stanowisko, którą skierowałem do Rady Śródmieścia.
Dziś w obliczu nowych informacji mogę stwierdzić, iż stałem się podmiotem wewnętrznych rozgrywek służbowych a nawet personalno – politycznych pomiędzy członkami Zarządu Dzielnicy a radnymi. Trudno mi się uwolnić od refleksji, iż czas obecny sprzyja szczególnie takim działaniom.
Decyzję o wydawaniu pisma podjąłem (w uzgodnieniu z Panią Dyrektor i Prezydentem Andrzejem Urbańskim). Osobista, zgodna prośba Burmistrza Mariusza Błaszczaka i radnego Michała Bitnera, przekonała zespół DKŚ do redagowania gazety lokalnej.
Otrzymaliśmy konieczne środki. Wiceburmistrz Ryszard Modzelewski wskazał osobę do realizacji projektu pisma Skwery i Fontanny.
Fakt powstania pisma wzbudził niezadowolenie radnych z przewodniczącą Komisji Kultury Wandą Bielesz i Przewodniczącą Rady Śródmieścia Anną Jaworską na czele.
Pierwszy (i ostatni numer) jaki ukazał się nie stał się na szczęście tubą żadnej opcji politycznej. Z faktu powstania pisma niezadowoleni byli radni, ja wyrażałem swoje wątpliwości co do formy i treści. Podjąłem wielowątkowe rozmowy z Panią Aleksandrą Bartelską poszukując stylu dla lokalnej gazetki.
Z inspiracji życzliwych
Kontrakt z panią Aleksandra Bartelską został przedłużony na czas realizacji Ogródków Warszawskich na Frascati i w ciągu tych trzech miesięcy miała ukształtować się formuła pisma. Niestety nie udało nam się wypracować żadnej interesującej dla czytelników śródmieścia formuły – ani w warstwie informacyjnej ani merytorycznej
Pisma nie ma, pozostała sprawa personalna, środki finansowe i niezadowolenie radnych.
Pani A. Bartelska (protegowana burmistrza Ryszarda Modzelewskiego) jest w zaawansowanej ciąży. W zaistniałej sytuacji i zgodnie z wymogami ustawowymi przedłużam pani A. Bartelskiej kontrakt do dnia szczęśliwego rozwiązania, jednak wydawanie konfliktogennego wydawnictwa zdaje mi się niecelowe szczególnie wobec faktu, iż środki na nie przeznaczone można z powodzeniem ( jeśli podzieli Pani Dyrektor mój pogląd) wykorzystać na inne przedsięwzięcia edytorskie.
Podniesienie jakości znakomicie zapowiadających się „Tekstualiów”, warszawskiego miesięcznika literackiego i wydawnictw informacyjno – kulturalnych o nie koniecznie periodycznym charakterze, wydaje się być interesująca propozycją dla młodej generacji twórczej i środowiska intelektualnego miasta .
Szanowna Pani Dyrektor!
Jak stwierdziłem na wstępie podzielam Pani zaniepokojenie.
Musi przerażać Stanowisko Rady Dzielnicy Śródmieście, w którym stwierdza się m.in., że „zrealizowany przez DKŚ ze środków rezerwy celowej Prezydenta projekt rewitalizacji Dolinki Szwajcarskiej był całkowicie nietrafiony i na skutek protestów okolicznych mieszańców został w roku bieżącym przeniesiony do Ogrodów Frascati, tym razem za ponad dwukrotnie wyższą kwotę. Z pomysłu rewitalizacji Dolinki Szwajcarskiej pozostały jedynie długo uprzątane sterty śmieci.”
Mało powiedzieć, że opinia to niesłuszna i niesprawiedliwa. To dowód na ignorowanie faktów jakim było 180 imprez, które latem 2004 roku odwiedziło w Dolinie Szwajcarskiej około dwudziestu tysięcy osób. Na to są dokumenty, nagrania, zdjęcia, artykuły prasowe. Zarejestrowane wypowiedzi i podziękowania pod moim adresem obecnych podczas finału XIII KTO wiceprezydenta Andrzej Urbański i ówczesnego Burmistrza Jarosława Zielińskiego, zachwyconych że kilkusetosobowa widownia nie musi być „zabawiana” piwem lecz spotyka się tak licznie na świeżym powietrzu po to by oglądać spektakle teatralne przy kawie i herbacie. Można zakwestionować każdą rzeczywistość. U Orwella to się nazywało „luka pamięci” efektem było „dwójmyślenie”.
Z takim dwójmyśleniem mamy jak widać nadal do czynienia. Bezprecedensowy Sukces Ogródków Warszawskich na Frascati, odnotowuje przede wszystkim publiczność. Wyrywkowe ataki w Gazecie Wyborczej czy w Kurierze Warszawskim inspirowane są, jak to zazwyczaj bywa, przez nieżyczliwe grupy osób, które nie tworząc nic mają siłę deprecjonować sukces i działanie. Nie miejsce aby wskazywać źródła tych aktywności.
Jest jednak rzeczą charakterystyczną, że gdy wystąpiłem jako Gość Dnia, 8 września br. w transmitowanej na żywo audycji programu III TVP , jej kolejna emisja ( i internetowe wydanie) zostało zdjęte z anteny ze względu na fakt, jak poinformował redaktor dyżurny panią Małgorzatę Bocheńską, iż wypowiedź moja nie zamykała się wyłącznie w treściach idei Dnia Dobrej Wiadomości ( patronat korporacyjny TVP) ale pozwoliłem sobie wspomnieć, iż środki na wydarzenie organizowane przez DKŚ otrzymałem jako Dyrektor Domu Kultury Śródmieście. Podziękowanie na antenie dla Prezydenta Lecha Kaczyńskiego uznano za element kampanii wyborczej.
Z drugiej strony otrzymuję dziesiątki serdecznych podziękowań, grupa wolontariuszy przekonanych do idei odtworzenia Ogrodów Frascati zebrała ponad tysiąc podpisów pod listem z podziękowaniami dla DKŚ i Pana Prezydenta Kaczyńskiego. Dziękowano za inicjatywę i stworzenie w Warszawie miejsca sztuki na które warszawiacy czekali.
Na nieprzychylne, delikatnie mówiąc, stanowiska wobec podejmowanych przez mnie działań żywo reagują środowiska kulturalne i artystyczne, które właśnie w DKŚ odnajdują swój azyl.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że poparcie Pani Dyrektor i zaufanie prezydenta Andrzeja Urbańskiego przesądziły o ostatecznym zwycięstwie koncepcji Ogródków Warszawskich.
Mam pełną świadomość, że nie dla każdego urzędnika i „animatora kultury” jestem osobą wygodną. Nic nowego w kulturze obyczajowej.
Kiedy fałszywy zarzut wobec mojej osoby, o naruszeniu dyscypliny finansowej, poszedł do lamusa należy wyszukać kolejny. Cel jak domniemam jest określony. Utrącić plan kulturalny w zarodku.
Nie wyobrażam sobie, abym zaakceptował fakt, iż mogę być ukarany finansowo za stworzenie miejsca i imprezy, za którą dziękuje mi tysiące mieszkańców, osobiście gratuluje Prezydent miasta Lech Kaczyński i która została oceniona jako „ogromny sukces teatralny sezonu”. Wyrazem tej oceny było zaproszenie organizatorów i artystów Teatrów Ogródkowych z Frascati przez Biuro Teatrów do Parady Teatralnej.
W ostatecznym ustosunkowaniu się do przedstawionych zarzutów i stanowisk nie sposób po prostu przyjąć ich do wiadomości. Przedstawione stanowiska są świadectwem dezinformacji i złej woli.
Nie ukrywam, iż prawnicy moi są bliscy stwierdzenia, iż szykany, które spotykają mnie wobec ogromu wykonanej pracy, mogą być zakwalifikowane jedynie jako mobbing.
Być może po 15 latach mojej współpracy z samorządem Śródmieścia rozwiązaniem jest stworzenie Instytucji, która pozwoli aby w Parku im. Rydza-Śmigłego powstało warszawskie Tivoli, o którym tak samo jak ja marzy też Andrzej Urbański ( por. ostatni wywiad prezydenta na www.warszawianka.waw.pl ).
Kierując instytucją położoną w śródmieściu warszawy trzeba mieć bowiem świadomość szczególnych, ponad dzielnicowych często stołecznych czasem nawet ponad miejskich zadaniach jakie stoją przed centralną dzielnicą stolicy
[4] To było 31 października 2005…..Prezydent RP Lech Kaczyński (elekt)
Prezydent Miasta Stołecznego Warszawy
Drogą Służbową na ręce z-cy Prezydenta W-wy Andrzeja Urbańskiego
Wielce Szanowny Panie Prezydencie !
Proszę przede wszystkim przyjąć szczere gratulacje z okazji zwycięskich wyborów i objęcia stanowiska Prezydenta Rzeczpospolitej. Wierzę, że będzie to z korzyścią dla Polski, a i w Warszawie rozpoczęty przez Pana proces sanacji będzie kontynuowany.
Choć w tej ostatniej sprawie pełen jestem obaw i to jest powód ostatniego listu jaki adresuję do Pana jako do Prezydenta Warszawy, który powołał mnie na stanowisko Dyrektora Domu Kultury Śródmieście.
Muszę naturalnie przede wszystkim podziękować i wyrazy mej wdzięczności złożyć na ręce Pana Prezydenta Andrzeja Urbańskiego i Dyrektor Małgorzaty Naimskiej za determinację w dotychczasowej pomocy, za pieniądze ( 1320 tys. w 2005 i 507 tys. w 2004 roku) jakie otrzymaliśmy decyzją Pana Prezydenta, bez czego merytoryczna realizacja mych planów nie byłaby możliwa. Zostało to zrealizowane i nigdy nie zapomnę Pańskiej wizyty w Ogrodach Frascati 12 września br. oraz słów jakie wówczas od Pana Prezydenta usłyszałem.
Sukces merytoryczny nie pociąga jednak za sobą satysfakcji czysto pracowniczej.
Zwracam się zatem z prośbą o danie temu wyrazu przynajmniej poprzez przyznanie mi nagrody rocznej za rok 2004 i przywrócenie pełnej wysokości premii miesięcznych za rok 2005!
Proszę zarazem o wyjaśnienie powodów działania osób, których opieszałość i zła wola sprawiły, że nagrody tej próbuje mi się nie przyznać. Powodem wstrzymania wystąpienia o nagrodę było
1) doniesienie i wytoczenie przeciwko mnie fałszywych zarzutów o naruszenie dyscypliny finansowej. Sprawa związana z kryminalnymi malwersacjami spowodowanymi przez poprzednie kierownictwo trwała półtora roku, mimo ( a może dlatego), że doprowadziłem do skazania byłej księgowej za malwersację prawomocnym wyrokiem sądu. Mimo oczywistej bezzasadności formułowanych wobec mnie zarzutów, od chwili, gdy RIO poinformowało Urząd Miasta o toczącym się przeciw mnie postępowaniu – moja premia miesięczna została zmniejszona o 40 %. Trwało to do 19 września, kiedy to ostatecznie Skład RIO oczyścił mnie z większości zarzutów i odstąpił od wymierzania kary. ( Dokumentów nie zakwestionował Rzecznik Dyscypliny zatem 9 listopada ostatecznie się uprawomocnią). Pozostaję więc nie karany za naruszenie dyscypliny, ale tymczasem 24 września minął jak się dowiaduję termin wystąpienia przez Burmistrza o nagrody i z nagrodą roczną mam się jakoby pożegnać. Jak dotąd nie wyrównano mi też premii miesięcznych.
2) 5 lipca 2005 roku Rada Dzielnicy Śródmieście głosami radnych Platformy i SLD potępiła w czambuł moją działalność w kuriozalnej uchwale przecząc faktom i stwierdzając m.in., że z zeszłoroczny projekt Ogródków Warszawskich, gdzie odwiedziło nas 20 tysięcy osób był całkowicie nietrafiony. Postulowano też by odebrać mi pieniądze jakie przyznał mi Pan Prezydent na Rewitalizację Ogrodów Frascatii. Nikt nie pamiętał już publicznych podziękowań jakie w zeszłym roku usłyszałem z ust wiceprezydenta Urbańskiego i Burmistrza Zielińskiego, gdy w ciągu jednego roku trzykrokrotnie zwiększyłem Frekwencję w Domu Kultury ( z 15 do 50 tys widzów w skali roku) i z 5 tys w latach poprzednich do 20 tys. na organizowanym przeze mnie od 14 lat Konkursie Teatrów Ogródkowych.
Ta akcja, godna Orwella - miała już zdecydowanie polityczny i przedwyborczy charakter, obawiano się bowiem, że rozwinięcie Ogrodów warszawskich w Ogrodach Frascatii może zbyt mocno pomóc Panu Prezydentowi w Kampanii Wyborczej. Tego jak wiadomo nie dało się uniknąć. Za Ogrody Frascatii, które odwiedziło około 44 tysięcy osób dziękowało Panu Prezydentowi pisemnie przeszło tysiąc warszawiaków oraz wybitne indywidualności skupione wokół Domu na Smolnej. Moi wrogowie nie dają jednak za wygraną:
3) Ostatnio Burmistrz Śródmieścia wystąpił do Biura Kultury z wnioskiem o ukaranie mnie przez Prezydenta za to, że dbałem o oświetlenie alejek parkowych i zatroszczyłem się o konserwowanie drzew po lipcowej nawałnicy.
4) Inni postulują by udzielić mi kary upomnienia za brak nadzoru - wobec wyników kontroli audytu wewnętrznego, którą to kontrolę sam zleciłem po to by zweryfikować pracę moich służb księgowych i zastosowałem się już do wszystkich zaleceń pokontrolnych.
Wszystkie moje działania są naturalnie dokumentowane. Pisma krążą między referentami, ludzie ściskają mi ręce, prasa Platformy ( Gazeta Wyborcza, Echo) atakuje, reszta (Rzeczpospolita, WIK_Wprost, Tele Tydzień – 2 mln nakładu, Passa, Gazeta Społeczna chwali w głos ) tylko, że ja w międzyczasie nie otrzymuję należnych poborów.
Szanowny Panie Prezydencie!
Powodem takiego działania oraz całego szeregu urzędowych szykan, z którymi spotykam się jest fakt, że prowadzona przez mnie instytucja jest konsekwentnie dekomunizowana, że pozyskuję nowych wybitnych, współpracowników takich jak: Agata Tuszyńska, Jan Pietrzak, Joanna Szczepkowska, Tomasz Jastrun, Marcin Wolski, Aleksander Ładysz, Elżbieta Ryl–Górska, że słowem Dom Kultury Śródmieście zarówno w swej siedzibie na Smolnej 9 jak i w Ogrodach Frascatii z frekwencją po 10 miesiącach 2005 przekraczającą 80 tysięcy widzów i uczestników – może w zdecydowanym stopniu udokumentować Pana Prezydenta wolę aktywizacji działalności kulturalnej w Warszawie.
Byłbym bardzo wdzięczny za wzmocnienie mojej sytuacji personalnej przed momentem, gdy już bez tak bliskich jak Pan Prezydent, Andrzej Urbański czy Małgorzata Naimska protektorów przyjdzie mi dalej realizować rozpoczętą pod Pańskim Przewodem misję.
Park Kultury im. Rydza-Śmigłego ( konia z rzędem temu, kto mi powie czemu?)
Krakowskie Przedmieście 48/50 00-071 Warszawa
Zwracam się z gorącą prośbą o przyjęcie Honorowego Patronatu nad pierwszą niezależną plenerową imprezą kulturalną III Rzeczpospolitej, jaką jest: realizowany ze środków samorządowych Stolicy od 1992 roku ogólnopolski lecz o zasięgu międzynarodowym, jubileuszowy
XV KONKURS TEATRÓW OGRÓDKOWYCH
W WARSZAWSKICH OGRODACH FRASCATI.
U ZA S A D N I E N I E
Panu Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, a już z pewnością Szefowi Kancelarii Prezydenta Panu Ministrowi Andrzejowi Urbańskiemu, których osobistemu wsparciu od trzech lat KTO zawdzięczało osiągnięty rozmach, nie muszę oczywiście tłumaczyć jaka jest rola i znaczenie niepozornej zdawałoby się imprezy.
Imprezę naszą w różnych miejscach Warszawy odwiedza z roku na rok wzrastająca liczba inteligentów, turystów i artystów z całej Europy. Początkowo w latach 1992 – 2002 między 5 000 a 10 000 widzów gościło na kilkunastu letnich spektaklach w swobodnej atmosferze letniego ogródka (Lapidarium, Gwiazdeczka, Stara Dziekanka, Rynek Mariensztacki, Dolina Szwajcarska – wreszcie Ogrody Frascati). Przez 12 lat funkcjonowaliśmy przy minimalnych środkach asygnowanych zawsze przez Samorząd Warszawy, przez Wojewodę Warszawskiego a później Sejmik Mazowiecki i tylko dwa razy w roku 2000 i 2001 ( gdy Ministrem był pan Kazimierz Ujazdowski) – przez Ministerstwo Kultury.
Prezydent Lech Kaczyński w Ogrodach Frascati - 2005
Dopiero w ostatnich trzech latach frekwencja wzrastała w postępie geometrycznym. Gdy objąwszy Urząd Prezydenta Warszawy umożliwił mi Pan Prezydent realizowanie tej idei już nie z pozycji NGO lecz dyrektora Stołecznej Instytucji Kultury zasilenie budżetu kwotą adresowaną na ten cel pozwoliło nam w roku 2004 zrealizować 180 imprez na najwyższym poziomie artystycznym dla 20 000 osób. Kilkuset bywalców Konkursu Teatrów Ogródkowych pisało do Prezydenta Warszawy listy z podziękowaniami.
W następnym roku uzyskawszy z budżetu stolicy środki na rewitalizację kulturalną parku zrealizowaliśmy w Ogrodach Frascati przy zupełnie innej już sceneri tak jak w roku poprzednim 180 imprez, z tym że frekwencja łączna przekroczyła 44 tysiące osób, a same finały Teatru Ogródkowego gromadziły w ciągu tygodnia przeszło tysiąc osób dziennie.
Jak powiedział mi Pan Prezydent 12 września 2005 w Ogrodach Frascati „ Wykonał tu pan kawał świetnej roboty” . Tak, jest faktem, że to spory sukces, sukces którego nie byłoby bez nawiązania do historii, szanowania i budowania tradycji i rzecz jasna bez zrozumienia, które w pełni uzyskaliśmy dopiero, gdy tak krótko był Pan Prezydent gestorem Warszawy.
Jak wiadomo Panu Prezydentowi nasz sukces wzbudził entuzjazm Warszawiaków, przysporzył wyborców, uczynił z Frascati dobre miejsce dla spotkań – w jakich uczestniczył Pan Prezydent spotykając się z warszawiankami Solidarności 12 września. List z podziękowaniami za tę inwestycję skierowało do Pana Prezydenta przeszło tysiąc osób.
To radość moja i duma, a także nadzieja. Nadzieja, że przy oficjalnym wsparciu, Honorowym Patronacie Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej uda mi się już w tym roku rozpocząć realizację wizji, którą głoszę przynajmniej od siedmiu lat.
Konieczności wykreowania w Warszawie wielkiego letniego międzynarodowego festiwalu.
Odkąd w 1998 roku zaproponowałem oficjalnie władzom Warszawy Festiwal Wisła Żywa, powstają kolejne nazwy, a to: Cała Warszawa, Na Skrzyżowaniu Kultur. Teraz słyszę o Multi Fest Warszawa 2006. Rzecz jednak nie w nazwie lecz w idei.
Koncepcja Festiwalu Ogródkowego sprawdziła się przez lata. Znalezione zostało idealne miejsce w Ogrodach Frascastii. Od piętnastu lat towarzysząca nam publiczność jest już wartością samoistną, mniej, jak udowodniają kolejne przeprowadzki, związaną z konkretnym parkiem czy Ogrodem – bardziej z formułą wypracowywaną przez lata.
Jeśli zatem pozwalam sobie zaprzątać uwagę Głowy Państwa tą inicjatywą to dlatego, że jestem najgłębiej przeświadczony, iż tkwi w niej ogromny potencjał kulturotwórczy, a pod Patronatem Prezydenta, dzięki środkom o jakie równolegle występujemy do Ministerstwa Kultury TEATRALNE OGRÓDKI NA FRASCATI mogą się stać latem główną atrakcją kulturalną kraju.
Szanowny Panie Prezydencie!
Widmo Festiwalu Krąży nad Warszawą. Stolica Polski stanowi wszak geograficzne centrum Europy i odkąd znaleźliśmy się w Unii Europejskiej może stanowić naturalne miejsce spotkania Europejczyków z północy (Finlandia, Szwecja, Litwa, Łotwa, Estonia) i wschodu ( Rosja, Białoruś, Ukraina, Czechy, Słowacja) – spotkania, które może być bardzo interesującym dla turystów i znawców kultury z Europy Zachodniej (przede wszystkim Francji, Szwajcarii, Włoch, Hiszpanii).
Odbywające się w wielu miastach Europy festiwale, spotkania i przeglądy, o bogatej tradycji i ustalonej renomie, a także utrwalająca się w świadomości Europejczyków rola Berlina grozi marginalizacją kulturalną stolicy Polski. Nie tylko turyści krajowi i zagraniczni, ale także mieszkańcy Warszawy i regionu, są pozbawieni w miesiącach letnich, propozycji kulturalnych o różnym charakterze – od elitarnych do masowych. Korespondenci zachodni oceniając nasze miasto stwierdzają, że „Warszawa pod każdym względem przypomina zachodnie metropolie, ogromny ruch samochodowy – w jej szerokich alejach, duży wybór towarów w sklepach, bilbordy i neony, luksusowe hotele, doskonała komunikacja miejska i dobra sieć telekomunikacyjna. Kuleje jedynie nocne życie miasta. Z zapadnięciem zmroku, nawet w weekendy, ulice pustoszeją.”
Z powyższego wynika iż istnieje wolna niezagospodarowana przestrzeń kulturalna, znajdująca się na przecięciu szlaków komunikacyjnych i kulturowych, gdzie spotkanie Wschodu i Zachodu byłoby próbą szukania antidotum na zagrożenia globalizacją kulturalną.
Te konstatacje, wydają się niewątpliwe. Formuła Organizacyjna Festiwalu Ogródkowego na Frascati została wypracowana. Udowodnione zostało, że zwiększenie środków na program i reklamę powoduje dwakroć wyższy wzrost frekwencji. Tak z 5 tysięcy w roku 2002. osiągnęliśmy pod Rządami Prezydenta Kaczyńskiego 10 tys w 2003, 20 tysięcy w 2004, 44 tysiące widzów w 2005. Przygotowuję się na to, by na dwakroć większej niż w zeszłym roku przestrzeni górnych tarasów ogrodów Frascati, pod Patronatem Pana Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, przy wsparciu Ministra Kultury i oczywiście na bazie organicznej jaką stanowi Samorząd Miasta Warszawy, dokończyć rozpoczęte dzieło. Stworzyć wielką międzynarodowa imprezę letnią, która będzie krzewić najlepsze tradycje, przyciągając do ciągle jeszcze smutnej Warszawy przynajmniej sto tysięcy gości z całej Polski oraz turystów z innych krajów.
Z nadzieją, że nie odmówi mi Pan Prezydent swego Patronatu przyczyniając się tym samym do podniesienia prestiżu dobrze znanej imprezy .
W załączeniu:
Fragm. wystąpienia Sekretarza Stanu Szefa kancelarii Prezydenta RP Andrzeja Urbańskiego (b. z-cy Prezydenta W-Wyt)
Fragm.. podziękowań Sekretarza Stanu w MEiN JZielińskiego ( b. burm.Dz. W-wa Śród na XIII KTO;
Dokumentacja wizyty Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Ogrodach Frascati (12.IX.2005)
Wybór recenzji prasowych. Więcej na www.kto.w.pl ; www.dks.art.pl
[6] Na wniosek Gen. Bryg. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, Prezesa Związku Powstańców Warszawskich oraz Pana Mirosława Kochalskiego, p. o. Prezydenta Miasta st. Warszawy: Obchody 62. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego: (28 lipca – 1 sierpnia 2006 r., Warszawa)
Na wniosek Pana Marka Krawczyka, Prezesa Zarządu Towarzystwa Opieki nad Archiwum Instytutu Literackiego w Paryżu: Uroczystości z okazji 100. rocznicy urodzin Jerzego Giedroycia: (27 lipca 2006 r., Maisons-Lafitte)
Na wniosek Pana Mirosława Oleszczuka Przewodniczącego Komitetu Organizacyjnego Obchodów 26. rocznicy strajku lubelskich kolejarzy:Obchody 26. rocznicy strajku lubelskich kolejarzy 16 lipca 2006 r., Lublin)
Na wniosek Pana Profesora Jacka Woźniakowskiego, Przewodniczącego Zarządu Stowarzyszenia Willa Decjusza: V Letnia Szkoła Wyszehradzka: (9-22 lipca 2006 r., Kraków)
Na wniosek Fundacji Huberta Jerzego Wagnera:
Memoriał H. J. Wagnera:(7-9 lipca 2006 r., Olsztyn)
Anna Chodakowska, Kazimierz Marcinkiewicz; Final XV Konkursu Teatrow Ogrodkowych i "Miasto mania"
Na wniosek Profesora Ryszarda Andrzejaka, Rektora Akademii Medycznej im. Piastów Śląskich we Wrocławiu: Obchody 65-tej rocznicy pomordowania profesorów lwowskich uczelni: (4 lipca 2006 r., Wrocław)
Na wniosek Pani Agaty Sapiechy, Przewodniczącej rady Programowej Fundacji Concert Spirituel: XV Międzynarodowa Letnia Akademia Muzyki Dawnej: (1-9 lipca 2006 r., Warszawa)
Na wniosek Pana Janusza Makucha, Dyrektora Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie: 16 Festiwal Kultury Żydowskiej 1-9 lipca 2006 r., Kraków)
Na wniosek Fundacji Młodej Polonii::Finał międzynarodowej olimpiady kulturalno-naukowej „Poloniada” 2006: (29 czerwca – 2 lipca 2006 r., Warszawa)
Na wniosek Pana Waldemara Krenca, rzewodniczącego Zarządu Regionu Ziemi Łódzkiej NSZZ „Solidarność”: 17. edycja Międzynarodowego Wyścigu Kolarskiego „Solidarności” i Olimpijczyków:(28 czerwca – 2 lipca 2006 r.)
Na wniosek Stałego Komitetu Mediewistów Polskich:
Wystawa „Polska i Stolica Apostolska X-XXI w. Polonia et Apostolica Sedes X-XXI saeculis” (24 maja – 2 lipca 2006 r., Zamek Królewski, Warszawa)
Na wniosek Pana Bartosza Węgrowskiego, Prezydenta Komitetu Kongresowego Kongresu Światowego AISEC Polska 2006: Kongres Światowy AISEC:(24 sierpnia-3 września 2006 r., Warszawa)
Na wniosek Pana Jana Łukaszewskiego, Dyrektora Naczelnego i Artystycznego Polskiego Chóru Kameralnego Schola Cantorum Gedanensis: Festiwal Mozartowski „MOZARTIANA 2006”: (23-26 sierpnia 2006 r., Gdańsk)
Na wniosek Pana Profesora K. Wożniaka oraz Pana Profesora T. M. Krygowskiego: XVIII Konferencja Fizycznej Chemii Organicznej: (21 sierpnia 2006 r., Warszawa)
Na wniosek Pana Profesora Ryszarda Zimaka, Dyrektora Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina:
Międzynarodowy Festiwal Muzyczny „Chopin i jego Europa”: (19-31 sierpnia 2006 r., Warszawa)
Na wniosek Pana Tadeusza Mytnika, Dyrektora Wyścigu Memoriał Henryka Łysaka oraz Pana Pawła Romańskiego, Prezesa Zarządu Duo Circuli sp. z o.o.: Wyścig kolarski o memoriał Henryka Łasaka
(14 sierpnia 2006 r., Sucha Beskidzka)
Tłumy na Frascati
Na wniosek Prezesa Polskiego Związku Brydża Sportowego, Pana Radosława Kiełbasińskiego:Drużynowe Mistrzostwa Europy w brydżu sportowym:(12-26 sierpnia 2006 r., Warszawa)
Na wniosek Księdza Prałata Cezarego Annusiewicza:
Odbudowa Ołtarza św. Klemensa Dworzaka w Kościele św. Apostołów Piotra i Pawła w Gdańsku: (Uroczyste poświęcenie Ołtarza – 12 sierpnia 2006 r., Gdańsk)
Na wniosek Pana Władysława Obarzanka, Przewodniczącego Zarządu Terenowego Towarzystwa im. Marii Konopnickiej: XV Światowy Festiwal Poezji Marii Konopnickiej:(11-16 sierpnia 2006 r., Góry Mokre i Przedbórz)
Na wniosek Pana Marka Treli, Prezesa Zarządu Stadniny Koni Janów Podlaski Sp. z o.o.: Dni Konia Arabskiego – Polska 2006 11-13 sierpnia 2006 r., Janów Podlaski)
Na wniosek Pana Józefa Kasprzyka, Prezesa Związku Piłsudczyków:XLI Marsz Szlakiem I Kompanii Kadrowej:(4-12 sierpnia, Kraków-Kielce)
Na wniosek Gen. Bryg. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, Prezesa Związku Powstańców Warszawskich oraz Pana Mirosława Kochalskiego, p. o. Prezydenta Miasta st. Warszawy: Obchody 62. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego: (28 lipca – 1 sierpnia 2006 r., Warszawa)
To był pomysł ucieczki do przodu. Przekształcenia dzielnicowego domu kultury w Instytucję z prawdziwego zdarzenia. Instytucję, której wzorem były mi warszawskie Łazienki z jednej a kopenhaskie Ogrody Tivoli – z drugiej strony.
Wejście do Ogrodów Tivoli w Kopenhadze
Tak powstała Koncepcja utworzenia Centralnego Parku Kultury-Ogrody Frascati[1]
Czułem wszakże, że dzielnicowi notable nie będą chcieli tolerować mnie dłużej na stanowisku szefa domu kultury. Wiedziałem, że czasu mam tyle, ile go Urbański spędzi jeszcze w Ratuszu. Niestety – jego zwycięstwo okazało się moją klęską.
Wrześniowe wybory parlamentarne wygrał ku swemu własnemu zaskoczeniu PIS. I wygrał je bardzo znacząco. W dwa tygodnie po nich ( byłem już na krótkim odpoczynku w Tunezji) odbyły się wybory prezydenckie, z których okazji zrobiłem sobie wycieczkę z Souss do Kartaginy. Wszystko po to, by na własny pohybel wyciągnąć Kaczyńskiego z Urbańskim z Ratusza do Prezydenckiego Pałacu.
Mój projekt przygotowany z pomocą Joli Turczynowicz leżał sobie w gabinecie Naimskiej i Urbańskiego i oczywiście nikomu nie było w przyszło do głowy by serio mnie potraktować. W ten sposób Urbański z Naimską dołączyli do grona serdecznych przyjaciół: Rutkiewiczów, Latkowskich, Sobockich, Rasińskich, Stankowych, Foglerów i Królikiewiczów – serdecznych przyjaciół ogródka, pośród których psy jak zająca mnie zjadły.
Po festiwalu na Frascati urzędnicy wszystkich wydziałów rzucili się na mnie ochoczo. Czy ja jeszcze spamiętam te kontrole ? – Pierwszą zaprosiłem sam. Jeszcze na życzenie burmistrza Zielińskiego. Niejaka pani Pietrzak (nomen omen) spędziła w Domu Kultury całą wiosnę roku 2005. Nic, oczywiście nie znalazła. Najmocniej czepiając się o to, że – nie biorę pieniędzy od jej imiennika Janka Pietrzaka, za występu kabaretu Pod Egidą. Pisałem już o tym. Kaczyński i Urbański rozstawali się z Miastem. Po powrocie z Tunezji, z której musiałem jeszcze telefonicznie koordynowac użycie Domu na Smolnej jako miejsce dla ewakuacji mieszkańców kamienicy sąsiadującej z moim warszawskim mieszakniem ( Jaworzyńska 10) – oto świadectwo napięcia jakie towarzyszyło kampanii, po powrocie zatem odwiedziłem zatem Andrzeja.
Nie wierzyłem oczom i uszom, co w pół roku władza może uczynić z inteligentnego człowieka. Od dawna już nie słuchał ( przynajmniej mnie). Teram nie mówił już nawet – on „wygłaszał”.
- Był tu przed tobą, zwrócił się do mnie z wysoka – Olo Łukaszewicz. Powiem ci to co i jemu. Opuszczamy Miasto. Widzieliście jak z nami dobrze wam było. Więc zróbcie co trzeba by następny Prezydent był od nas, a włos wam z głowy nie spadnie. – W miarę dokładnie cytuję …
No, cóż – jeśli o mnie chodzi zrobiłem pewnie więcej niż należało. I jeszcze zrobię. Nie musiałem wszak przynajmniej kilkanaście razy (na 150 imprez) dziękować Kaczyńskiemu za dotację, nie musiałem robić tego w TV. Najlepiej tego dowodzi mój występ w TVP III ( obecne Info) 8 września 2005 roku z okazji Dnia Dobrej Wiadomości, który zorganizowałem zatrudnionej na Smolnej Małgosi Bocheńskiej na Frascatii. To medialny pomysł, zawsze podobający się dziennikarzom ale mało kto skłonny jest dawać na te „Good News” pieniądze. Piskorski jako prezydent Warszawy przyjął nawet nad imprezą patronat ale Urbański, go nie podtrzymał. W 2004 osobiście skreślił „dobre wiadomości” z listy priorytwów domu kultury. W 2005 w tym milionie ( dokładnie 1320 tys!) – jakoś … przegapił miałem więc na imprezę kilka tysięcy i mogłem wtopić ją w zestaw Frascati, gdzie dzięki temu, iż funkcjonowała stała parkowa infrastruktura wszystko już kosztowało taniej.
Otrzymawszy zatem możliwość ponad dziesięciominutowego dywagowania w TVP3 o specyfice mediów i gazetowej prawdzie, że „dobra wiadomość to zła wiadomość” znalazłem jednak 2 minuty by wspomnieć o Małgosi, o jej Fundacji Salonu 101, zaprosić na Frascati no i przypomnieć, że Warszawiacy zawdzięczają je decyzji Pana Prezydenta Miasta. Lizusostwo czy uczciwość ? – Dla mnie zwyczajna lojalność. Jednak wobec Kaczyńskich obowiązują inne prawa ! Przecież, gdybym publicznie pochwalił urzędującego Prezydenta Miasta w jakiejkolwiek innej osobie: Wyganowskiego czy Piskorskiego – wszystko byłoby w porządku. Ten wywiad ze mną, który rankiem gdzieś około 12 tej nadawany był na żywo nie został już jednak powtórzony zgodnie z rozkładem, nie został nawet zamieszczony w Internecie, gdyż wydawca stwierdził, iż zamiast mówić o „Dniu Dobrej Woadomości”, któremu TVP patronowało wspomniałem o zasługach prezydenta miasta kandydującego na stanowisko prezydenta kraju, zatem – robiłem mu zatem kampanię wyborczą.
Może zresztą robiłem – niech i tak będzie. Jak powiadam – z diabłem bym się sprzymierzył byle swój ogródek w Warszawie rozplenić
Andrzej zatem zniknął w Prezydenckim Pałacu. Pani, która zajęła jego miejsce ( jakiejś urzędniczki PIS-owskiej) nazwiska już nawet nie wspomnę. W ogóle nie chciala ze mną gadać. Mój projekt stworzenia „Ogrodów Frascatii” – jako niezależnej instytucji nie znalazł też zrozumienia wśród urzędników. A mnie (mimo prób i licznych rozmów) nie udało się stworzyć lobby. Małgosi Naimskiej bliższe były zupełnie w mym pojęciu abstrakcyjne i z pewnością nie skierowane do społeczeństwa Warszawy projekty w stylu zabudowania „przekręconego” tunelu nad Wisłostradą przez „Centrum Kopernika”, którą to fuchę zleciła Robertowi Firmchoferowi. ( Nb. żona tego jegomościa zatrudniona została w Biurze Kultury i teoretycznie miała koordynować współpracę tegoż z Domami Kultury). Było to czystą teorią, bo do przeforsowania czy zrozumienia jakiegokolwiek projektu niestety ta miła pani ( inaczej niż pracująca z Urbańskim Ewa Frydrychowicz) – kompletnie się nie nadawała.
Słowem wsparcia – znikąd. Budżet zaproponowany przez Miasto – po raz kolejny obcięto mi w Dzielnicy. O jakieś 300 tysięcy złotych, które przekazano do dyspozycji Wydziału Kultury. Tym raz nie było już z kim walczyć o jego przywrócenie. Skończył się Urbański, skończyły wyborcze rezerwy prezydenta. Miastem zaczęli rządzić beznamiętni aparatczycy. Jakiś Pan Kochański , jako „osoba pełniąca funkcję prezydenta miasta” – zapamiętam, że był wysoki.
Nikt nie chciał ze mną gadać. Burmistrze na Nowogrodzkiej zmieniali się jak rękawiczki. W momencie uformowania rządu Marcinkiewicza, a więc pod koniec roku 2005 Mariusz Błaszczak odfrunął na stanowisko szefa Kancelarii Premiera, jego miejsce zajął aspirujący na warszawskiego Gulianiego Artur Brodowski. Nie mogli mnie zabić. Nie dawali żyć. Nie wspominałem chyba jeszcze, że cały czas zbierano na mnie kwity, próbowano wmówić, że połniłem wykroczenia przeciw dyscyplinie finansów publicznych, które w istocie regulowałem po mej poprzedniczce niezagrożenie czekającej na emeryturę gdzieś … w biurze kultury pani Naimskiej właśnie. Próbowano nie płacić mi premii. Skoro nie zdołano zabrać pieniędzy na działalność starano się chociaż mnie osobiście pogrążyć finansowo. I to się w znacznej mierze udało.
Jeszcze w sierpniu 2005 toku – w szale Festiwalu na Frascatii napisałem do Małgosi Naimskiej taki – ni to artykuł, ni to list:
CDN – Ogródki Warszawskie czy Luka pamięci
[1] Koncepcja utworzenia Centralnego Parku Kultury-Ogrody Frascati
Zalecane działania w perspektywie chronologicznej:
1. audyt prawny pod kątem racjonalności struktury zatrudnienia w Domu Kultury na Smolnej 9
zwolnienia pracowników, którzy przekroczyli wiek emerytalny( odprawa, nagroda)
oddelegowanie części pracowników do pracy w placówkach Domu Kultury Śródmieście znajdujących się przy ul. Hożej ,Marszałkowskiej, Andersa- w celu pełnego wykorzystania wyżej opisanych pomieszczeń w zgodzie ze strategią rozwoju instytucji ( w szczególności stanowiskiem Rady Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy z dnia 5 lipca 2001 r.), realizowanymi programami oraz możliwościami edukacyjno-wychowawczymi i społeczno-kulturalnymi
analiza zakresu obowiązków pracowników i rzeczywiście wykonywanej przez nich pracy w celu określenia, którzy pracownicy zajmują się ,, kulturą dzielnicową’’, a którzy ,,ogólnomiejską’’ ,realizacją Ogrodów Frascati
2. Przedstawienie Prezydentowi i Przewodniczącemu Rady Miasta projektu uchwały o utworzeniu Centralnego Parku Kultury- Ogrody Frascati wraz z uzasadnieniem oraz statutem.
3. Konsultacje prawne i programowe przez zespoły specjalistów Biura Rady Miasta pod kątem poprawności formalno-prawnej przedłożonych projektów.
4. Dekretacja Przewodniczącego do odpowiednich Komisji Rady Miasta w celu zaopiniowania projektu:
ü Komisji Budżetu i Finansów
ü Komisji Sportu i Turystyki
ü Komisji Kultury i Promocji
ü Planowana działalność Centralnego Parku Kultury –Ogrodów Frascati daleko wykracza poza ramy statutowej działalności Dzielnicowych Domów Kultury i dlatego utworzenie nowej jednostki nie wymaga uprzedniej zgody Rad Dzielnicowych
ü Szczegółowe przedstawienie przez Inicjatora koncepcji nowopowstałej instytucji na posiedzeniach Komisji Rady Miasta:
prezentacja historii pomysłu i dotychczasowych dokonań
- multimedialna prezentacja planów rozwoju instytucji
-przedstawienie struktury organizacyjno-prawnej instytucji
- preliminarz budżetowy
- Zaopiniowanie projektów przez ww Komisje Rady Miasta
- Wprowadzenie projektu uchwały o utworzeniu Centralnego Parku Kultury –Ogrodów Frascati do porządku obrad na sesję Rady Miasta
- podjęcie uchwały o utworzeniu Centralnego Parku Kultury-Ogrodów Frascati
- Realizacja uchwały przez Prezydenta Miasta Warszawy:
5. Wyposażenie przez Organizatora nowopowstałej Instytucji w środki trwałe i obrotowe, zakupione i używane dotychczas w celu realizacji koncepcji ,,Ogrodów Frascati’’ na podstawie porozumienia między Organizatorem a Dyrektorem Domu Kultury Śródmieście na Smolnej 9, w oparciu o § 5 ust.1 i 2 uchwały o utworzeniu instytucji
6. Zawarcie porozumień z wybranymi pracownikami Domu Kultury na Smolnej, którzy w ramach pracy realizowali program rewitalizacji Ogrodów Frascati o rozwiązaniu umowy o pracę za porozumieniem i nawiązanie stosunku pracy z nowopowstałą instytucją kulturalną.
7. Wpis Centralnego Parku Kultury –Ogrody Frascati do rejestru instytucji kultury prowadzonego przez Urząd miasta stołecznego Warszawy.
Plan Frascati
8. Przekazanie w nieodpłatne użytkowanie na okres 20 lat wyodrębnionej części Centralnego Parku Kultury im. Gen. Rydza-Śmigłego to jest nieruchomości stanowiącej działkę gruntu o pow…….oznaczoną w ewidencji gruntów jako działka nr…..położona w Warszawie przy ul…… objętą księga wieczystą KW nr…….
Projekt
Uchwała nr
Rady miasta stołecznego Warszawy
z dnia…
w sprawie utworzenia Centralnego Parku Kultury- Ogrody Frascati
Na podstawie art. 18 ust 2 pkt. 9 lit. h i art. 7 ust. 1 pkt. 9 ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym (Dz. U. z 2001 r. nr. 142 poz. 1591 z pźn. zm.) oraz art. 9 ust. 1 ustawy z 25 października 1991 r. o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej ( Dz. U z 2001 r. nr. 13 poz. 123 z póź. zm.)i art. 18 ust 3 pkt. 2 ustawy z 26 listopada 1998 r. o finansach publicznych ( Dz. U z 2003 r. nr. 15 poz. 148 z póź. zm.) Rada m. st. Warszawy uchwala co następuje:
§ 1 W mieście stołecznym Warszawie tworzy się Centralny Park Kultury-Ogrody Frascati jako instytucję kultury i wpisuje do rejestru instytucji kultury prowadzonego przez Urząd miasta stołecznego Warszawy.
§ 2. Określa się nazwę tworzonej instytucji jako Centralny Park Kultury-Ogrody Frascati.
I. Ustala się dla Centralnego Parku Kultury-Ogrody Frascati siedzibę w Warszawie.
II. Organizatorem dla utworzonej instytucji jest miasto stołeczne Warszawa.
§ 3 Przedmiotem działania Parku Kultury jest prowadzenie wielokierunkowej nowatorskiej działalności rozwijającej i zaspokajającej potrzeby kulturalne mieszkańców oraz upowszechnienie i promocja twórców i kultury polskiej w kraju i zagranicą, a nadto:
- stworzenie atrakcji turystycznej o ogólnokrajowym i międzynarodowym znaczeniu,
- promocja miasta przez stworzenie specjalnych programów działań i prezentacji eksponujących kulturalne oblicze Warszawy,
- rewitalizacja ogrodów warszawskich na Frascati poprzez nadanie im charakteru przestrzeni publicznej o funkcjach kulturalnych i artystycznych.
§ 4 Centralnemu Parkowi Kultury-Ogrody Frascati nadaje się Statut w brzmieniu załącznika do niniejszej uchwały.
§ 5
1. Środki niezbędne do rozpoczęcia i prowadzenia działalności oraz utrzymania obiektu w którym ta działalność jest prowadzona pochodzić będą z budżetu miasta stołecznego Warszawy.
2. Prezydent m.st. Warszawy wyposaży Centralny Park Kultury – Ogrody Frascati w środki trwałe i obrotowe.
3. Rada Miasta wskazuje jako główne miejsca prowadzenia działalności statutowej Centralnego Parku Kultury lokal przy ul. Smolnej 9 w Warszawie oraz wskazaną w § 5 ust.4 wyodrębnioną część Centralnego Parku Kultury im. Gen. Rydza-Śmigłego wraz z wyposażeniem Teatru Ogródkowego.
4. Rada m.st. Warszawy wyraża zgodę na przekazanie przez Prezydenta m.st. Warszawy w terminie 3 miesięcy od daty wpisu Centralnego Parku Kultury-Ogrody Frascati do Rejestru Instytucji Kultury, w nieodpłatne użytkowanie na okres 20 lat wyodrębnionej części Centralnego Parku Kultury im. Gen. Rydza-Śmigłego to jest nieruchomości stanowiącej działkę gruntu o pow…….oznaczoną w ewidencji gruntów jako działka nr…..położona w Warszawie przy ul…… objętą księga wieczystą KW nr…….
§ 6 Wykonanie uchwały powierza się Prezydentowi m.st. Warszawy.
§ 7 Uchwała wchodzi w życie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia w Dzienniku Urzędowym Województwa Mazowieckiego.
UZASADNIENIE
do uchwały Rady Miasta stołecznego Warszawy
z dnia……………….
w sprawie utworzenia Centralnego Parku Kultury-Ogrody Frascati
Proponuje się utworzenie Stołecznej Instytucji Kultury pod nazwą „Centralny Park Kultury – Ogrody Frascati”.
Rewitalizacja Kulturalna Centralnego Parku Kultury, który przez 50 lat pozostawał nim wyłącznie z nazwy stanowi nie tylko doskonałą okazję do wzmocnienia kulturalnego oblicza Warszawy, ale jest też szansą stworzenia atrakcji turystycznej o ogólnokrajowym i międzynarodowym znaczeniu.
Nadanie ogrodom warszawskim na Frascati charakteru przestrzeni publicznej o funkcjach kulturalnych i artystycznych nawiązuje do znamienitych tradycji tego typu miejsc w innych krajach Europy.
Stąd jedną z wielu przesłanek do złożenia Wysokiej Radzie propozycji utworzenia Centralnego Parku Kultury jest bezsprzeczny sukces jakim zakończyły się licznie odwiedzane ( 20 tysięcy w roku 2004 i 44 tysiące widzów w roku 2005) imprezy plenerowe w „Ogródkach Warszawskich” organizowane przez dyrektora Domu Kultury Śródmieście – dra Andrzeja Tadeusza Kijowskiego .
Autorskie projekty tego – działającego od 14 lat w samorządowej kulturze miasta –pasjonata teatru i muzyki sprawiły, że zapomniane miejsce Warszawy ożyło i stało się miejscem spotkań z dobrą kulturą, zarówno profesjonalną jak i amatorską.
Nowatorskie jest zwłaszcza prowadzenie szeroko zakrojonej, prezentującej znakomity poziom artystyczny działalności plenerowej na wolnym powietrzu.
Z wielu miejsc, gdzie działalność taka mogła i może być prowadzona od Lapidarium poprzez Rynek Mariensztatu, Dolinę Szwajcarską na Ogrodach Frascati skończywszy, właśnie to ostatnie miejsce stało się prawdziwym odkryciem, tworząc w roku 2005 największy teatralny sukces frekwencyjny Stolicy.
Można zatem przyjąć, iż formuła tego typu działań, realizowanych konsekwentnie przez dwanaście edycji Konkursu Teatrów Ogródkowych, rozbudowana w Dolinie Szwajcarskiej w roku 2004, a następnie w roku 2005 w Ogrodach Frascati- rzeczywiście zakorzeniła się w Warszawie.
Nawiązuje ona bowiem do warszawskich tradycji, wywiedziona jest z rdzennie polskiej dziwiętnastowiecznej historii Teatrów Ogródkowych, odwołuje się do specyfiki Stolicy Polski określając zarazem jej niepowtarzalny wabik turystyczny.
Zbiorowe listy poparcia podpisane przez przeszło tysiąc mieszkańców Warszawy złożone na ręce Prezydenta Miasta potwierdzają, iż tego typu działania są naszemu Miastu potrzebne.
Wyżej opisana, społecznie akceptowana idea daleko wykracza poza zadania Dzielnicowego Domu Kultury Śródmieście w strukturze którego była dotychczas prowadzona. W szczególności ze względu na aktualne stanowisko wyrażone przez Radę Dzielnicy Śródmieście m. St. Warszawy z dnia 5 lipca 2001, określające Dom Kultury Śródmieście wyłącznie jako,, placówkę dzielnicową, która powinna skupić się na pracy od podstaw z dziećmi i młodzieżą śródmiejską organizując również pewne zajęcia dla dorosłych mieszkańców Dzielnicy(np. seniorów)’’.
Przy takim założeniu zrozumiała jest postawa radnych dzielnicy, którzy z jednej strony uznają wizjonerski i autorski charakter pomysłów dra Andrzeja Tadeusza Kijowskiego, z drugiej zaś strony kontrowersyjny dla dzielnicowych radnych pozostaje sposób finansowania przez dzielnicę, jak to określają ,,wielkich przedsięwzięć rozrywkowych dla najszerszego odbiorcy’’
Mając to na względzie, uznaje się , iż zakrojona na tak dużą skalę działalność kulturalna ,zwłaszcza rewitalizacja Centralnego Parku Kultury-Ogrodów Frascati powinna znaleźć właściwe sobie miejsce w strukturze organizacyjnej samorządu i co jest tego konsekwencją posiadać odpowiednią strukturę prawną.
Pozwoli to nie tylko na usprawnienie procesu zarządzania, ale też stworzy przejrzyste formy finansowania i nadzoru nad przedsięwzięciem.
Dlatego też środki niezbędne do prowadzenia działalności tego rodzaju instytucji winny pochodzić z budżetu miasta, (nie z załącznika Dzielnicy do Budżetu) i Rada Miasta powinna mieć możliwość kontroli realizacji uchwalonych w statucie celów nowopowstałej Stołecznej Instytucji Kultury.
Naturalnie zadaniem instytucji usytuowanej w śródmieściu Warszawy, będzie także dalsze poszerzanie oferty kulturalnej stolicy adresowanej do tej części mieszkańców i turystów, którzy nie są wyłącznie odbiorcami kultury elitarnej.
Realizowane w ostatnich latach, za dyrekcji dra Andrzeja Tadeusza Kijowskiego w Domu Kultury Śródmieście programy kulturalne stworzyły dwa ważne obszary działań: w budynku przy ulicy Smolnej 9 oraz w Plenerach (Ogródki Warszawskie).
Działalność prowadzona w wyremontowanym znacznym nakładem środków, usytuowanym między ważnymi stołecznymi instytucjami kultury ( vis a vis Muzeum Narodowego, między Teatrami Buffo i Sabatem) budynku przy ulicy Smolnej obecnie nie ogranicza się wyłącznie do prezentacji amatorskich zespołów.
Daje ona m.in. możliwość występów profesjonalnym, pozbawionym siedziby Kabaretom z Egidą Jana Pietrzaka na czele, zwraca się do środowisk literackich, odtwarza zwyczaj publicznej dyskusji politycznej, podkreśla wartość kina edukacyjnego.
Ponieważ taka koncepcja działalności służy nie tylko mieszkańcom dzielnicy i miasta, ale całej lokalnej społeczności, celowe jest programowe włączenie jej w strukturę Centralnego Parku Kultury-Ogrody Frascati.
Środki finansowe uchwalane i przeznaczane dotychczas na realizację wyżej opisanych celów skierowane zostaną bezpośrednio do Centralnego Parku Kultury, który będzie je wypełniał i pochodzić będą z budżetu Miasta.
Natomiast zawarcie między Centralnym Parkiem Kultury i Domem Kultury Śródmieście porozumienia umożliwiającego Domowi Kultury Śródmieście realizację dotychczasowych zadań pozwoli na ustalenie siedziby nowej instytucji w Domu Kultury na Smolnej. Jest to uzasadnione, gdyż w miejscu tym odbywają się głównie imprezy o charakterze ogólnomiejskim oraz lokalizacja jest odpowiednia ze względu na strategiczny charakter wykonywanych przez nową instytucje działań kulturalnych. Takie rozwiązanie nie pociąga za sobą żadnych dodatkowych kosztów związanych z umiejscowieniem Centralnego Parku Kultury.
Celowe w tym kontekście jest przekazanie nowopowstałej instytucji do nieodpłatnego użytkowania wyodrębnionej części Centralnego Parku Kultury im gen. Rydza Śmigłego.
Istotne jest także to, iż nie ma potrzeby dodatkowego wyposażenia Centralnego Parku Kultury w mienie ruchome i dokonania zakupów środków trwałych, gdyż zostało ono już zakupione i używane w celu realizowania imprez prowadzonych w ramach rewitalizacji Ogrodów. Mienie to znajduje się na wyposażeniu Domu Kultury Śródmieście i może być Centralnemu Parkowi Kultury-Ogrodom Frascati przekazane.
Ponadto w nowoutworzonej instytucji kulturalnej może znaleźć zatrudnienie część dotychczasowych pracowników Domu Kultury Śródmieście co pozwoli na uniknięcie powstania zobowiązań finansowych wynikających ze stworzeniem nowych etatów.
Taka konstrukcja przedsięwzięcia pozwoli na utworzenie Centralnego Parku Kultury-Ogrody Frascati i realizację celów strategicznych w sferze kultury miasta st. Warszawy praktycznie bez dodatkowych obciążeń dla budżetu miasta.
Projekt
Załącznik nr 4
do Uchwały nr
……………
Statut
Centralnego Parku Kultury – Ogrody Frascati
Rozdział I
Postanowienia Ogólne
§ 1 Centralny Park Kultury- Ogrody Frascati, zwany dalej Parkiem Kultury, jest samorządową instytucją kultury posiadającą osobowość prawną i samodzielnie gospodarującą przydzieloną i nabytą częścią mienia.
§ 2 Park Kultury podlega wpisowi do Rejestru Instytucji Kultury m.st. Warszawy.
§ 3
1. Siedzibą Parku Kultury jest Warszawa.
2. Terenem działania Parku Kultury jest obszar m.st. Warszawy.
3. Park Kultury może również prowadzić działalność na terenie całej Polski oraz poza jej granicami.
§ 4
1. Organizatorem Parku Kultury w rozumieniu ustawy z dnia 25 października 1991 r. o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej ( Dz. U. z 2001 r. nr. 13, poz. 123 z późn. zm.), zwanej dalej ustawą, jest m.st. Warszawa.
2. Nadzór nad działalnością Parku Kultury realizują organy m.st. Warszawy.
§ 5 Park Kultury:
1) używa pieczęci podłużnej z nazwą i adresem,
2) może używać pieczęci okrągłej na zasadach określonych w odrębnych przepisach,
3) posiada znak graficzny ( logo)
4) można używać skróconej nazwy Ogrody Frascati
Rozdział II
Zakres działalności
§ 6
Celem Parku Kultury jest prowadzenie wielokierunkowej nowatorskiej działalności rozwijającej i zaspokajającej potrzeby kulturalne mieszkańców oraz upowszechnienie i promocja twórców i kultury polskiej w kraju i zagranicą, a nadto:
- stworzenie atrakcji turystycznej o ogólnokrajowym i międzynarodowym znaczeniu,
- promocja miasta przez stworzenie specjalnych programów działań i prezentacji eksponujących kulturalne oblicze Warszawy,
- rewitalizacja ogrodów warszawskich na Frascati poprzez nadanie im charakteru przestrzeni publicznej o funkcjach kulturalnych i artystycznych.`
§ 7 Zakres działalności Parku Kultury obejmuje:
1) rozpoznawanie, rozbudowanie i zaspokajanie potrzeb oraz zainteresowań kulturalnych mieszkańców,
2) tworzenie warunków do rozwoju aktywności kulturalnej, artystycznej, hobbystycznej, rekreacyjno-ruchowej oraz zainteresowania sztuką,
3) prezentacja i promocja amatorskiego ruchu artystycznego w szczególności twórców ludowych oraz twórczości profesjonalnej,
4) gromadzenie i udostępnianie informacji o twórcach, instytucjach i działalności artystycznej,
5) inspirowanie działań artystycznych i kulturalnych oraz różnorodnych form spędzania czasu wolnego we współpracy z organizacjami pozarządowymi, samorządowymi oraz innymi placówkami kultury,
6) działanie na rzecz integracji społeczności lokalnej,
7) prowadzenie współpracy kulturalnej z zagranicą,
edukację kulturalną i wychowanie przez sztukę,
9) kształtowanie nawyków mieszkańców do aktywnego współtworzenia i odbioru różnorodnych form spędzania czasu wolnego,
10) kształtowanie poczucia własnej tożsamości i poszanowania dziedzictwa kulturowego Warszawy, regionu, kraju i innych kultur,
11) działania alternatywne dla osób niepełnosprawnych oraz dla osób, szczególnie dzieci i młodzieży, zagrożonych uzależnieniami i niedostosowaniem społecznym,
12) upowszechniania twórczości artystycznej oraz dostępu do kultury i uczestnictwa w kulturze,
13) inne działania na rzecz rozwijania i zaspokajania potrzeb kulturalnych mieszkańców.
§ 8
Realizacja zadań Parku Kultury następuje w szczególności przez:
1) prowadzenie systematycznej działalności tematycznej w różnych dziedzinach edukacji kulturalnej,
2)prezentowanie dokonań kulturalnych przez organizowanie występów teatralnych, koncertów, seansów filmowych, wystaw, pokazów, aukcji, działalność wydawnicza, fonograficzna itp.,
3) współpracę z:
a) organizatorem za pośrednictwem Biura Kultury Urzędu m.st. Warszawy utworzonymi na terenie dzielnic m.st. Warszawy jednostkami pomocniczymi niższego rzędu, mieszkańcami oraz artystami i twórcami, w szczególności mieszkającymi lub działającymi na terenie Warszawy,
b) instytucjami kultury, placówkami oświatowymi i oświatowo- wychowawczymi, sportowymi, zespołami amatorskimi, stowarzyszeniami i innymi organizacjami uczestniczącymi w życiu kulturalnymi,
4) optymalne wykorzystanie warunków lokalowych oraz wyposażenia,
5) działalność reklamową i promocyjną w dziedzinie kultury.
Rozdział III
Zarządzanie i organizacja
§ 9
1. Organizację wewnętrzną Parku Kultury określa regulamin organizacyjny nadany przez Dyrektora Parku Kultury po zasięgnięciu opinii Prezydenta m.st. Warszawy, a także opinii działających w Parku Kultury organizacji związkowych i stowarzyszeń twórców.
2. Dyrektor Parku Kultury, zwany dalej Dyrektorem, zarządza instytucją i reprezentuje ja na zewnątrz.
3. W trybie określonym ustawą, Dyrektora powołuje i odwołuje Prezydent m. st. Warszawy albo powierza zarządzanie Parkiem Kultury osobie fizycznej lub prawnej na podstawie umowy o zarządzaniu ( kontrakt menadżerski).
4. Przy Parku Kultury może działać Rada Programowa jako ciało opiniodawcze i doradczo-konsultacyjne.
5. Rada Programowa działa na podstawie opracowanego przez siebie regulaminu.
6. Członków Rady Programowej powołuje Dyrektor.
§ 10
1. Park Kultury jest pracodawcą w rozumieniu Kodeksu Pracy.
2. Wobec pracowników Parku Kultury czynności w sprawach z zakresu prawa pracy dokonuje Dyrektor.
3. Dyrektor ustala szczegółowy zakres czynności pracowników i tryb załatwiania powierzonych im spraw.
§ 11
1. Dyrektor może tworzyć filie Parku Kultury.
2. Tworząc filie Dyrektor dokonuje zmian regulaminu organizacyjnego na zasadach określonych w § 8 ust. 1.
Rozdział IV
Zasady gospodarki finansowej Parku Kultury
§ 12 Mienie Parku Kultury służy wyłącznie wykonywaniu jego zadań statutowych.
§ 13
1. Park Kultury prowadzi samodzielnie gospodarkę finansową zgodnie z ustawą.
2. Podstawą gospodarki finansowej Parku Kultury jest plan działalności zatwierdzony przez Dyrektora z zachowaniem wysokiej dotacji organizatora.
3. Park Kultury zobowiązany jest do przedkładania rocznych sprawozdań finansowych dnia 31 marca Prezydentowi m.st. Warszawy w celu zatwierdzenia.
§ 14 Przychodami Parku Kultury są:
1) dotacje budżetowe,
2) wpływy uzyskiwane z prowadzonej działalności,
3) środki otrzymane od osób prawnych i fizycznych,
4) środki uzyskane z innych źródeł.
§ 15
1. Park Kultury może prowadzić działalność gospodarczą według zasad określonych w odrębnych przepisach.
2. Dochód uzyskany z działalności gospodarczej przeznacza się na realizację celów statutowych.
3. Działalność gospodarcza nie może ograniczać ani utrudniać wykonania zadań statutowych.
Rozdział V
No comment
Postanowienia końcowe
§ 16 Zmiany w statucie Parku Kultury mogą być wprowadzone w trybie właściwym dla jego nadania.
§ 17 W przypadku przekształcenia lub likwidacji Parku Kultury mają zastosowanie przepisy ustawy
Tego nie wiedziałem: że Frascati, że swobodna zabawa, że spotkanie na wolnym powietrzu – to dla Gazety Wyborczej i jak akolitów nie jest sprawa wolności zgromadzeń ani nawet igrzysk lecz znaczy – niepłacony lunch czyli – podejrzaną kasą.
Jak daleko z warszawskiego Ogrodu Frascati do Niepodległości ? Od gminnej afery kilku zawistnych radnych do pytania o zasadę Solidarności !? Cóż za przesada – ktoś zawoła. A przecież z takich właśnie małych sukcesów powstaje siła narodów. Z takich klęsk rodzą się urazy, zawiść, rozczarowanie, a stąd już tylko krok do bratobójczej walki. Mgnienie rapiera od zaborów.
Jedno jest pewne: jeszcze nie zacząłem tworzyć Frascati, jeszcze nie wiedziałem czy się to może udać, czy publiczność przyzwyczajona do popołudniowych spektakli w Dolinie Szwajcarskiej zechce wędrować do Parku na Frascati – a już uformował się zwarty krąg przeciwników. W jakiejś mierze z pewnością kreowanych przez moich pracowników, którym odebrałem spokój bytowania. W jakimś stopniu powiedzmy kreowany przez moje wpadki czy niezręczności. Ale gdzie tam porównywać moje nietakty z zachowaniem dziesiątek innych dyrektorów. Umówmy się nikt nie jest ideałem. Ja jednak ani takim mięsem jak Hanuszkiewicz czy Dejmek nie rzucałem, ani nie zasypiam jak Maciej Nowak. Nowak, który przez dwa lata pełnił funkcję jurora, poprowadził spotkanie poświęcone podsumowaniu teoretycznemu Ogródków, a nie tak dawno dwakroć potrafił odwołać ze mną spotkanie, następnie kazał mi na próżno czekać pod swoim gabinetem, a następnie nawet przez sekretarkę nie przeprosił. Na tej skali Sorry Winetou – lecz czuję się prawie ideałem.
15 lipca 2005
A przecież święty też nie jestem. Gdybym był święty nic bym w praktyce nie zdziałał. Był zatem 15 lipiec, miałem 51 lat, bańkę na Urzędowym koncie i … zero szans na wydanie tych pieniędzy uczciwie oraz zgodnie z prawem. Właściwie rozumiem radnych. Tak nagle otrzymane pieniądze można było tylko rozkraść.
Józef Galewski
I pewnie należało. Ale jakoś nie zdołałem. Nie, nie powiem by szatan nie zachodził i nie pukał. Ale widać tak jakoś nań popatrywałem, że otaczający mnie zespół może i coś tam kombinował na boku, ale tak ich kontrolowałem, że nawet nikt nie ośmielił się zaproponować mi wspólnego przekrętu. Trzeba było przede wszystkim stworzyć aranżację sceny. Zamówić wszystko w trybie przetargu, a ściśle zapytania o cenę dekorację. – To oczywiste chyba, że takiej rzeczy nie wykona nikt obcy, spoza branży. Ktoś kto od lat nie był związany z teatrem ogródkowym, również nie znał moich gustów, marzeń i rysunków Józefa Galewskiego, z którymi jeszcze od czasów Dziekanki chodziłem powszędy by pokazać styl w jakim architekturę mego teatru widziałem.
I tu Pan Bóg, czy skupiony w tym momencie Senior Kijowski w Rajskich Ogrodach zesłał mi – via Małgosia Bocheńska – dwa cuda. Pierwszym i zasadniczym był Pan Wojtek Gruz, który jako człowiek pracujący i w Teatrze Roma i w Ministerstwie Pracy umiał tak dopasować procedury by lege artis przeprowadzić Zapytanie o cenę wśród … no oczywiście, że znajomych.
W drugiej Połowie mego wieku
Folwark świętokrzyski - Teatr Ogródkowy
Pojawili się zresztą nowi ludzie. Po wpadce – jeden Bóg raczy wiedzieć: zamierzonej czy płynącej z niekompetencji mej pożal się boże kierowniczki administracji, która spóźniła o miesiąc ( cały czerwiec) dostarczenie dachu nad estradę zwymyślałem tę ostatnią jak burą sukę, powiedziałem, że nie mam do niej już za grosz zaufania i zacząłem rozwijać moje stosunki z Urzędem Zatrudnienia. Nawiązałem je przez Roberta Kwiatkowskiego ( nie nie ten z TV, lecz młody chłopak, z którym swego czasu startowaliśmy na radnych z okręgu warszawskiej Starówki, potem członek Zarządu Śródmieścia zwany przez właścicieli użytkowych lokali w Śródmieściu … Don Robert). Potem jednak Robert wyspecjalizował się jako Urzędnik na Rynku Pracy, zarządzał biurem pośrednictwa. To on podsunął mi pomysł, że skoro mi zespół robi koło pióra to można na zasadzie współfinansowania zatrudniać bezrobotnych absolwentów jako grafików czy researcherów, a nawet tzw. Architektów krajobrazu.
Robert Kwiatkowski ( około 1994)
Na to ostatnie stanowisko różny pojawiał się element. Ludzie przeważnie w moim wieku, zastygli w jakiś urzędach, najczęściej niestety nieskażeni obsługą komputera, co z kolei do szału doprowadzało zatrudnionego na stanowisku informatyka Marcina Kwolka.
Na tej zasadzie zatrudniłem do prac pomocniczych panią Iwonkę, syczącą czarnowłosą czterdziestkę, której jednak ku jej i zespołu zdumieniu uwieść się nie dałem i pana Mareczka.
A … to był oryginał ! Lata przepracował w Interpresie, gdzie jak twierdził odpowiadał i to w szczeblu dyrektora za plenerowe aspekty papieskich pielgrzymek. Niewątpliwie pieniędzmi obracać umiał, boć starał się mi wciskac jakieś kity fakturowe. Ale nie wgłębiajmy się w nieudany pokaz laserowy i naciąganą kuchnię polową.
Smutniejsza była dla mnie sprawa sponsora. I nie tyle szło tu o pieniądze, co o honor. Podczas konferencji na Nowym Świecie, gdzie była mowa o letnich akcjach pojawił się Urbański, pojawiła się też – w roli przedstawicieli biznesu nasza dawna koleżanka ze studiów niejaka Majka Zawadzka. Zorientowawszy się, jak dobre stosunki łączą mnie z Andrzejem złożyła mi propozycję nie do odrzucenia. Jeśli sprawię, że Prezydent pojawi się na warszawskim ingresie funkcjonującej dotąd jedynie w Łodzi firmy holenderskiej firmy Coram specjalizującej się w urządzaniu łazienek, firma przekaże na Ogródki dotację w wyskości, jak uzgodniliśmy 11 000 Euro. Stanąłem na głowie ! Sprawdziliśmy firmę ! Dokonałem zamachu na wolność osobistą Prezydenta dzięki wpływom jaki uzyskałem u uroczej asystentki tegoż Ewy Frydrychowicz i dokonałem rzeczy prawie niemożliwej. Gruby Ponton osobiście przypłynąl do namiotu na dalekiej Ochocie, uścisnął prawicę holenderskich bossów, podziękował, że inwestują w Polsce i , że mają kulturę wspierać.
Oni w zamian wręczyli mu List Intencyjny [1], z którego wynikało, że przekażą na mój Festiwal uzgodnioną kwotę. Prezydent podziękował dodając, iż pierwszy raz w swojej kadencji przyjmuje pieniądze, zwykle je daje i sprawa wydawała się załatwiona. Dwa kwity i przelew.
Oczywiście rozumiałęm, że jakieś formalności mogą być konieczne. Zrobiwszy swoje podałem więc sprawę „na tacy” mojej szacownej zastępczyni pani Anecie, która ogólnie była ( dla mnie) miła, jak stwierdziłem nie donosiła ani pod mną nie ryła ( co jak na stosunki panujące w PISie, z którego to nadania ją otrzymałem było i tak wartością), na urzędowaniu znała się malutko lecz zawsze twierdziła o sobie, że marketing to jej żywioł.
Odwiedziłem jeszcze z Panią Anetą jakiegoś urzędnika w Coramie, resztę zleciwszy mej zastępczyni, która … tak „intensywnie” wzięła się do pracy, że minął maj: upływał czerwiec – kogoś nie było, impreza ruszała, kompletowano dokumentację, nadszedł lipiec i … zaczęto się zastanawiać co właściwie w formie reklamy Dom Kultury da, za tę dotację, aż rozpoczął po trzech miesiącach ( sic!) koordynowany przez część pracowników Domu Kultury, śródmiejskich radnych i Gazetę Stołeczną ATaK na mnie i na Frascati. Firma „Coram” natychmiast skorzystała z okazji. W dniu 7 lipca 2005 pani Joanna Karaś skierowała do Prezydenta list, którym oświadczyła, że firmę zaniepokoiły „wiadomości negatywne oraz informacje, jakie ukazały się w wydaniach Gazety Stołecznej z dnia 01 oraz 06.07.05, a dotyczące Festiwalu Teatrów Ogródkowych – w którego sponsoringu wyrażał wolę uczestnictwa” i uważa, że „uczestniczenie przez Spółkę w sponsorowaniu imprezy, może w efekcie odnieść odwrotny do planowanego skutek i kolidować z dobrym wizerunkiem firmy.”
Nie dziwiłby mnie może taki list, gdyby ATaK nastąpił w kilka dni po przyrzeczeniu dotacji. Dla mnie jednak 13 kwietnia wydawało się oczywiste, że dotację Coramu otrzymam w ciągu co najwyżej jednego dwu miesięcy, które wówczas dzieliły nas od rozpoczęcia festiwalu. Zabawne, że chwytając się poważnego argumentu holenderscy naciągacze w swym polskim wydaniu demaskują się sami stwierdzając, że „Festiwal rozpoczął się 13.06.2005 r., przy braku jakiejkolwiek akcji reklamowo informacyjnej – co skutkuje niewielkim, jak na rangę imprezy, o której Spółka była zapewniana, zainteresowaniem Festiwalem mieszkańców Warszawy.”. To akurat jak pisałem już było poniekąd prawdą, skoro Coram nie dał na reklamę to istotnie, reklamy nie było ! Pieniądze prezydencie miałem potwierdzone dopiero 5 lipca.
Powinienem więc za atakujące mnie artykuły Stołeczną Gazetę Wyborczą gołymi rękami udusić, gdyby nie fakt, że po pierwsze ( jak już czytelnicy tych dialektycznych żali wiedzą) kocham Adama Michnika miłością dziecięcą więc nieskażoną, po za tym zaś jako człowiek próżny lecz i potrafiący liczyć – szybko skonstatowałem, że negatywny PR jaki zafundowała mi gazeta zaowocował reklamą żywszą i skuteczniejszą niż mógłbym ją kupić za tych nie otrzymanych z Coramu ok. 40 tys. ówczesnych złotych.
Wiadomo wszak, że wiadomość negatywna rozprzestrzenia się 11-krotnie, pozytywna bodaj 3- krotnie. Więc jak już się pisałem Gazecie, zamiast się na nią oficjalnie wpieniać, serdecznie podziękowałem w dniu mych urodzin, dla Firmy Coram, , a także moich „służb” marketingowych pozostał mi zaś cóż… niesmak. Niestety jednak biorąc pod uwagę płace, zmiany w Statucie Domu Kultury, z którego wręcz już wynikało, że Dyrektor powołuje swego zastępcę w uzgodnieniu z Organizatorem czyli Prezydentem i Burmistrzem, znając nepotyzm panujący w tych kręgach wiedziałem, że na panią Anetkę narzekać nie należy, bo zmienić mógłbym ją tylko na gorsze.
Zresztą 7 lipca, gdy zorientowałem się, że nie będę miał prywatnego sponsora miałem już co innego na głowie. Nie brakowało mi pieniędzy – lecz czasu na ich sensowne wydanie.
Majka Zielińska ( Blue-Box)
Odpuszczono mi wszak temat główny. Czyli aranżacje Ogródka. Pan Mareczek starał się wcisnąć swoją działkę, ale bardzo było to nieudolne, inna pani Krysia zrobiła za parawan, a przetarg wygrała, bo wygrać musiała wychowana w Ogródku, córka Malarza, ustosunkowana w Teatrze Wielkim, z którego pracowni następnie korzystała – cudem dostępna – Majeczka Zielińska ze swoją firmą Blue-Box.
Co ja się potem musiałem na udawać, że się niby nie znamy. Nawet najbliższym nie mogłem wyznać tej najprostszej prawdy, że się nie boję firmy, której dałem zlecenie, bo ją znam, bo jej ufam, bo znam jej znajomych, jej talent i rzetelność. No nie – takie wartości się przecież w unijnej procedurze nie zmieści. Ani to, że sukces imprezy, fakt, że w ciągu miesiąca udało się stworzyć teatr z niczego jest satysfakcją większą niż potencjalna łapówka, której wysokość wszyscy do dziś domniemywują. Wszak, że nie dorobiłem się ukrytego majątku w tamtym miesiącu na Frascati – nikt pewnie nigdy nie uwierzy.
Włącznie z zainteresowaną, która do dziś nie może mi ponoć darować jakiegoś dość sarkastycznego podsumowania ostatecznych rozliczeń.
„Teatr mój widzę dość skromny
- kulisy niech będą drewniane.
Za to widowni – ogromnej.
Z wrażenia zamurowanej.”
Tak napisałem na piąty konkurs – i oto: spełniło się.
Projekt firmy Blue Box ( Majka Zielińska)
Impreza już trwała. Ale wielkim „tutti” miał być XIV Konkurs Teatrów, którego finał już tradycyjnie rozgrywał się w trzeciej dekadzie sierpnia. Wtedy ludzie w większości wracają już z wakacji, teatr jeszcze nie grają – jest pięknie. Postanowiliśmy zatem, że wszystko ma być gotowe na 15 sierpnia, na wielki weekend połączony w tym roku ze Świętem Wniebowstąpienia NSP i rocznicą „Cudu nad Wisłą”. Rozmawiałem pamiętam z Marcinem Wolskim, nazwa imprezy nasunęła mu się sama: „Cud na Frascati”. I stał się cud.
Co miałem ? Miałem już ogromną estradę o wymiarach 8 na 10 metrów. Jeszcze większy namiot bodaj 10 na 12 metrów. No i ten namiot potężny oparty na czterech na aluminiowych czworokątnych nogach. Namiot spóźnił się miesiąc. Przybył pod koniec czerwca. Był nieco za duży i z trudem mieścił się pod gałęziami od sezonów nie przycinanych topoli.
Miałem też namioty. Do trzech dziesięciokątnych altan, które kupiłem jeszcze na X KTO do Doliny Szwajcarskiej i które na XIII KTO wobec obstrukcji związkowców ściągnąłem ze stodoły w Ołtarzach dokupiłem jeszcze cztery już należące do Domu na Smolnej. No i miałem krzesła. Chyba ze 140 moich i przynajmniej drugich tyle plastykowych krzeseł, które już dokupywał Dom Kultury. No ale to wszystko bardzo praktyczne – najpiękniejsze jednak nie było.
Majeczka wyrysowała cały teatrzyk na nowo. Metalową konstrukcję sceny z jej czterema potężnymi osłoniła pomalowanymi na biało ażurowymi trejażami. Osłaniały one dół sceny i nogi, a nad frontem sceny zbudowany został również z delikatnie okwieconego ażuru tympanon, z logo teatru ogródkowego, listkami Linasa po środku. Był front sceniczny, atrapa budki suflera, która nie wiedzieć czemu tak panią Dorotę Wyżyńską gniewala. Doszła prawdziwa, aksamitna i rozsuwania kurtyna w ciepłej butelkowej zieleni.
Projekt dotyczył całego terenu. Firma Blue-Box zaprojektowała też altany. Były czworokątne, stabilne, mieściły około 30 osób. Doświadczony przygodami z Doliny Szwajcarskiej zamówiłem do nich natychmiast podłogi, nb. wykorzystując dla przeszło połowy zakupowane jeszcze przeze mnie cztery, pięć lat wcześniej podesty. Jedynym problemem okazały się dachy. Majka zaproponowal dla nich spokojny kolor jasnej kawy z mlekiem. Na rysunku projektowym dobrze się prezentowały, tzn. miały właściwy kont nachylenia umożliwiający spływanie wody. Jednak, gdzieś w trakcie prac dokonała nie uzgodnionej ze mną korekty estetycznej. Zobaczywszy dachy pod drzewami – spłaszczyła je nieco. Wyglądało istotnie, ładniej może lecz gdym to zobaczył przy montażu zamarłem. Znałem bowiem konsekwencje, wiedziałem, że kilka zatrzymanych kropel, drobne wybrzuszenie namiotowej osłony skutkuje w sposób natychmiastowy nawet kilkulitrowymi balonami, w któtrcyh zbierająca się woda wyciąga i trwale deformuje płocienny dach.
Lamentowałem w głos, ale w tym sezonie nic się już nie dało zrobić. Zamówiłem za to jeszcze rynienki, by spływająca deszczówka nie kapała widzom po nosie. No i modliłem się by sezon przeszedł bez większych ulew. To – wymodliłem. Ulewa była jedna, ta która przeszła jeszcze przed zainstalowaniem teatru. Ale jaka !
Cykl letnich wydarzeń zdecydowałem więc otworzyć imprezą plenerową upamiętniającą Czerwcowe Wybory. Uzyskawszy na nią w zatwierdzonym przez Urbańskiego projekcie względnie przyzwoite pieniądze bo aż 150 tys zł mogłem spróbować poruszyć Warszawę. Moim celem było przywołanie symboliki związanej z początkiem demokracji w Polsce. Przypomnienie 4 czerwca poprzedzić miała kampania plakatowa w szkołach upowszechniająca historyczny plakat z 1989 roku zapowiadający wydarzenia 4 czerwca. Poczynając od 1 czerwca rozprowadzać mieli go wolontariusze.
Klou programu stanowiła impreza plenerowa. Do realizacji czerwcowego happeningu zaangażowałem Artura Lisa, z którym poznała mnie swego czasu Agnieszka Czekierda z Teatru Konsekwentnego, Małgosię Bocheńską, Inę Boruszewską, która wzięła na siebie całą logistykę. A było co „logizować” zważywszy, że wpadłem na pomysł by dla naszego happeningu wykorzystać zapomnianą trybunę honorową sprzed Pałacu Kultury.
4 czerwca. To był przecież najważniejszy dzień mojego życia. Rok ’89. Wybory, całonocne czekanie. Byłem rzecznikiem zaufania komitetów obywatelskich. Stałem się wkrótce radnym warszawskiej starówki. „Starówka prosi o zgiełk”, pamiętam taki felieton napisałem i chyba nawet u Iwony Smolki w radio go wygłosiłem. Lecz w prasie już mi go zamieścić nie dano. 4 czerwca. Redaguję te słowa akurat w przeddzień 21 rocznicy Wyborów Czerwcowych. Nie było ważniejszej daty w całej historii Polski. Nie było tak wielkiego, nieoczekiwanego, a bez kropli krwi osiągniętego zwycięstwa. Od porozumień sierpniowych po okrągły stół w Polsce spełnił się cud porozumienia. Po – rozumie pamiętam jak tłumaczył jakiś ksiądz trzeba się po-rozumieć. Consensus – to drugie słowo, które w ustach profesora Stelmachowskiego zrobiło wówczas ogromną karierę.
To niebywałe co z tą datą zrobli później Polacy. Jak szybko została zapomniana. Jak łatwo dopuszczono, by przysłoniło ten dzień listopadowe bodaj obalenie muru berlińskiego, które było już tylko zwieńczeniem polskiej, czeskiej, węgierskiej aksamitnej rewolucji, która w roku ’89 tylko w Rumunii wybuchła paroksyzmem mordestwa Nicolae Ceauşescu po demonstracjach Timişoary.
Postanowiliśmy uczcić ten dzień. Pod hasłem „wygraliśmy – wybraliśmy”. Happening projektowałem z Małgosią Bocheńską. Potem do akcji włączył się Artur Lis.
Happenig w największym skrócie pokazywał atak ludowych mas na komunistyczną trybunę honorową. Na Trybunie wielkie kantorowskie lalki symbolizowały gierków, jaruzelskich czy breżniewów. Defilujący w ordynku „lud pracujący miast i wsi” zrywał szyk i atakował trybunę. Ci, co wdarli się pierwsi wydobyli spod blatu butelkę gatunkowego koniaku, by poprzestać na nim – duldając go do dna na oczach tych, dla których nie starczyło zdobycznych frykasów. Najkrótsza mefora Piętnastolecia Międzysojuszniczego. Kto się załapał ten wygrany. Jak to wyśpiewał Jacek Kaczmarski ? – „Co ty tam jeszcze robisz na zachodzie ? Czy Cię tam forsa trzyma czy układy. – Wróć ! Może jeszcze się załapiesz …”.
Marzył mi się happening słyszalny od Domu Towarowego „Sezam” aż po Hotel „Mariotta”, marzyło mi się skupienie wszystkich sił miejskich w tym dniu wokół Placu Defilada. Marzyła mi się słowem defilada. Ale pozostałem sam z marzeniami. W nierówną 16 rocznicę nikt nie chciał podłączyć się po 4 czerwcową akcję. Nawet zatrudniony przez Lecha Kaczyńskiego szef biura promocji Tadzio Deszkiewicz nie przystał na to by wszystkie siły miejskie skupić tego dnia na promocji daty czerwcowych wyborów. Właśnie tej soboty wymyślił sobie „Piknik Naukowy” dla Warszawy.
A skoro nie udało się połączyć sił nie zdołaliśmy przebić się przez zgiełk Domów Towarowych Centrum. Jak na moje dotychczasowe doświadczenia dysponowałem ogromnymi środkami, kwotą stu tysięcy złotych, która pozwoliła mi opróżnić parking przed głównym wejściem Pałacu Kultury, postawić dużą scenę, zaprosić zespół Voo-Voo. I ten jednak nie przyciągnął oczekiwanej masy mlodzieży, gdyż … lało. Ogromna scena ustawiona przez Ninę Boruszewską była oczywiście oslonięta lecz publiczność, jak to na imprezach masowych musiała się kontentować parasolami.
Tak więc impreza pod Pajacem nie sprowadziła jakiś szaleństw, choć oczywiście było to z pewnościa kilka tysięcy osób. Inna to zupełnie skala niż moich normalnych działań, które jeszcze tego samego dnia kontynuowałem na umeblowanym już w moim stylu Frascatii. Urządziliśmy tam o siódmej wieczorem Koncert Piosenki Politycznej współorganizowany przez Stowarzyszenie Wolnego Słowa urządzające w tych dniach czerwcowych „Dni kultury niezależnej”.
Tu byłem już u siebie. Cały teren był zadaszony. Zamówiłem nową dużą estradę i potężny namiot. Rok wcześniej dokupiłem też do trzech moich jeszcze cztery 10-kątne altany. W ten sposób około 300 widzów mogło się chronić pod dachem na wypadek deszczu. Obstrukcja pracowników towarzyszyła mi jednak nieustannie. Tak jak rok wcześniej, jeszcze w Szwajcarskiej Dolinie jakiś nierób zmusił mnie do ściągnięcia na otwarcie ogródków moich dachów i altan, tak i teraz estrada stała, lecz potężny oparty na słupach aluminiowych namiot z odciągami nie został dostarczony na otwarcie.
Na początku ustawić musiałem na nowej mierzącej 8 na 10 metrów scenie mój stareńki namiot o wymiarch bodaj 5,7 na 5,7. Nie ukrywam jednak, że sprawiała mi satysfakcję ta moja samowystarczalność. Nie umiałem chować rzeczy kupowanych do Ogródka. Byłem z nich taki dumny. Nawet gdy nowe sprzęty się pojawiały ze starymi trudno było mi się rozstać i z przyjemnościa je zagospodarowywałem. Gdy w końcu pojawi się pod koniec czerwca zamówiony potężny dach, mój na resztkch podestów postawię obok sceny głównej tworząc zeń zadaszony parkiet taneczny, który w czasie najliczniej obleganych imprez będzie służył jako dodatkow boczna loża dla publiczności.
Kilkadziesiąt osób przybyło na koncert piosenki politycznej. I od tego dnia zaczęła się walka o widza na Frascatii.