Wpisy otagowane ‘Katarzyna Synowiec’

Rozdz. CV – Lech Kaczyński plus Janusz Pietkiewicz równa się – Całe to Bizancjum

czwartek, 3 Grudzień 2009

poprzedni pierwszy następny

Udział w tym „rykowisku” pod Bella Center 13 grudnia 2002 nie był to wcale koniec mych zatrudnień owego roku. Wszakże ku memu zdumieniu nie żaden Olechowski lecz „moi” przyjaciele Lecha Kaczyńskiego znaleźli się w mieście u władzy. Andrzej Urbański został zastępcą prezydenta miasta ds. kultury. Od pierwszych dni grudnia pełniłem funkcję jego nieformalnego doradcy.

Wszyscy uważali, znając nasze relacje, że wkrótce obejmę jakąś ważną w mieście posadę, a przynajmniej moje ogródki urosną do należnych rozmiarów. Gdy sobie dziś przypominam nasze ówczesne relacje muszę przyznać Urbańskiemu, że wyraźnie chciał ze mną pracować i skorzystać z doświadczenia, także samorządowego, którym dysponowałem. Przypominam sobie nasze spotkania jeszcze na placu Konstytucji, gdzie po wygranych wyborach lecz jeszcze przed wkroczeniem na Miodową do Urzędu Miasta miał gabinet.

- Dawaj festiwal, powiedział mi pierwszego dnia. Dałem. Poczem nigdy już do tematu nie wrócił. Potem, odkrywszy zasiedzenie profesora Durki, który zresztą wnet po 50 latach piastowania tej funkcji zdecydował się odejść na emeryturę ,  zastanawiał się czy nie powierzyć mi Muzeum Warszawy do którego m.in. należy staromiejskie Lapidarium. Wnet jednak stwierdził, że wokół obsady tego stanowiska zbyt wielkie panuje wśród varsavianistów zdenerwowanie. Tylko posady szefa biura kultury ani przez moment mi nie proponował konsultując ze mną jedynie, jak już wspominałem kolejne, stuprocentowo koszerne warianty. Zorientowałem się wnet, iż Andrzej musiał poczuć jakiś nieprzewidywany dotąd opór. Okazało się, że wbrew pozorom nie jestem wcale tak dobrze osadzony w środowisku. Nie tak organicznie jak pewnie sądził. Owszem Senior był i pewnie pozostaje autorytetem dla kręgów Gazety Wyborczej i Okolic Tygodnika Powszechnego. Ja z wiekiem coraz bardziej – „wyrodny”…  Tyle, że po śmierci – atencja nic nie kosztuje… Gdyby jednak żył ? Gdyby tej wolności doczekał ? Czy w rządzie Mazowieckiego, zamiast Cywińskiej likwidowałby przywileje dla plastyków, którym komuna przydzielała pracownie (często na niezłe mieszkania) i kategoryzował teatry czy może byłby dziś wyklęty i na marginesie?  „Pan to jest takie „dziecko przez ptaka przyniesione”…” ostrzegała wszak Seniora w ’68 roku pogardzana Halina Auderska[1]. Ojciec pisał o niej, że „głupia baba i najpodlejsza na świecie” [2] – czy aby się nieco nie mylił ?

Po prawdzie nie wiem czy problem jest we mnie czy w środowisku samym. We mnie, jak mi często zarzucają, w jakichś moich nietaktach, nadmiernych szczerościach, może braku wdzięku, w tym, że jak mi to kiedyś dosadnie powie Urbański: nie buduję układu. Inaczej – nie budzę sympati.   Czy jednak chodzi po prostu o środowisko? O to, że ci, którzy tworzą opiniotwórcze kręgi artystycznej Warszawy dobierają się wg klucza, w którym nie ma miejsca dla czysto polskiego inteligenta,

syna pisarza pochodzącego z Krakowa.

Andrzej Urbański
Andrzej Urbański

Wyobrażał sobie Andrzej, że będę tą osobą, która zapewni Prezydentowi Kaczyńskiemu dobre relacje ze środowiskiem artystycznym.

- Zacznijmy od wigilii zaproponowałem, niech spotkanie ma tę aurę jaką gwarantuje duszpasterstwo środowisk twórczych i ks. Wiesław Niewęgłowski. Bardzo się to Jędrkowi spodobało.

- Tylko bez pompy prosił, najskromniej, wręcz w jakimś domu dziecka byłoby najstosowniej. Dom Dziecka, domem dziecka ale znalazłem miejsce idealne. Lokal Muzeum Historycznego M.st. Warszawy, który jest dość ciepły no i nic nie kosztuje Prezydenta bo to lokal miejski. W czasie gdyśmy z Kasią bujali po Danii, druga moja pracowniczka pani Iza Pieczykolan siedziała w Urzędzie Miasta pracując nad przygotowywaniem Wigilii. Tu już nie obyło się bez zgrzytów. Najpierw duszpasterz Środowisk Twórczych X. Wiesław – pleno titulo, którego umówiłem na uroczystość obraził się, że pominąłem mu dra przed nazwiskiem tytułując prezydenta Kaczyńskiego profesorem. Z tym poradziliśmy sobie przy pomocy Ani Jedlińskiej poprawiając w firmie Cezan zaproszenie w jedną noc. Jednak w czasie mego pobytu w Kopenhadze urzędnicy z Januszem Pietkiewiczem na czele dowiedzieli się o wigilijnych planach. No i zaczęło się, jak je po czterech latach odchodząc ze stanowiska Kanclerza Rzeczpospolitej Urbański określi: „całe to Bizancjum”.

Janusz Pietkiewicz to potęga. Impresario nie znający granic rozmachu. Skądinąd człowiek miły, obyty, znający języki z włoskim na czele. No i ma wdzięk. W obronie jego posady w Mieście dzwonili jak mi relacjonował Urbański wszyscy: od Kurii po Gminę czy postkomunę, z której to rąk dwukrotny szef Opery Narodowej, dziś jeden z kandydatów na fotel Telewizji Publicznej, późniejszy wreszcie już za Kaczyńskiego nowożytny Muchanow czyli Dyrektor Miejskiego Biura Teatrów stanowisko w strukturze miejskiej w jakimś 1999 roku otrzymał.

Janusz Pietkiewicz

Janusz Pietkiewicz

Nie szło z nim walczyć. Więc przeniesiono całą imprezę na Zamek Warszawski z elementami dekoracji i zaprojektowanymi do Muzeum Historycznego występami. Piękna instalacja anielska i artystyczna choinka wykonana przez Grzegorza Stachańczyka oraz występ grupy Pod Górkę

z fragmentami Schillerowskiej „Pastorałki”. „Kolęda na 4 głosy” zupełnie z innej niż zamkowa były bajki, ale po to się miesza, by namieszać.

Monika Świtaj, Wojciech Machnicki i Stanisław Górka

Monika Świtaj, Wojciech Machnicki i Stanisław Górka

Namieszali więc urzędnicy tak skutecznie, że ludzi też przyszło niewiele. Staszek Górka z Moniką Świtaj dokonali cudu radząc sobie jednak z koszmarną akustyką Zamkowej Sali Wielkiej, a pan prezydent Kaczyński … zachorował na gardziołko pozostawiając Urbańskiemu pełnienie honorów domu na tej  artystycznej Wigilii. Kolejna zmarnowana szansa i niepotrzebna  praca to napisana przeze mnie dla Kaczora mowa. Życzenia Bożonarodzeniowe. Nigdy niewygłoszone, może nawet niedostarczone – oczywiście nie opłacone, zatem już tylko moje.  Niech więc dziś dokładnie w siódmą rocznicę ich napisania (3.XII.2002) – w czas nadchodzących Świąt wprost ode mnie popłyną.

Sala Wielka w Zamku Warszawskim

Sala Wielka w Zamku Warszawskim

Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus !

Mili Państwo ! To właściwie moje pierwsze tak duże spotkanie od czasu kiedy mieszkańcy Warszawy powierzyli mi mandat Prezydenta Stolicy.[3] Chciałem by to spotkanie odbywało się właśnie z ludźmi kultury, gdyż co tu dużo mówić od Was teraz bardzo wiele zależy. Od obecnych tu pisarzy, malarzy, muzyków, aktorów, przedstawicieli instytucji kulturalnych zależy znów to co zrobi z sobą Warszawa w Polsce, a Polska w Europie.

Czy będzie cierpieć “krzywdę i pogardę świata, krzywdę ciemięzcy, obelgi dumnego. Lekceważonej miłości męczarnie “ czy będzie hamletyzować i histeryzować, czy cały swój wysiłek skupi na tym by w demokratycznym społeczeństwie, jakie sfery artystyczne pomagały przed piętnastu laty odtworzyć, zaprowadzić porządek, pielęgnować standardy, dbać o wartości. “A nade wszystko słowom naszym zmienionym pilnie przez krętaczy – jedyność wróci i prawdziwość. Niech miłość zawsze miłość znaczy a sprawiedliwość – sprawiedliwość.”

Mamy wkraczać do zjednoczonej Europy. To dobrze bo przecież dla nas Polaków nie ma innej kultury niż europejska. Ale wspólnota europejska zdaje się dziś na kulturę bardzo słabo nastawiona. Narodzona ze wspólnoty Węgla i Stali dopracowała się wspólnego pieniądza – ale czy jakiś wspólny duch ją ożywia ? Choćby ów Święty Duch, którego przywołaniem przed dwudziestu czteroma ( trzydzieści już mija…) laty Ojciec Święty sprawił, iż odmienione zostało oblicze Ziemi – tej Ziemi,

Myślę, że musimy je nadal odmieniać. Poczynając od tej najbliższej warszawskiej i stołecznej razem.  „Nie można zrozumieć dziejów Narodu polskiego bez Chrystusa” – wołał Jan Paweł II w swojej homilii sprzed ćwierci wieku na Placu Zwycięstwa w Warszawie. Po dwudziestu pięciu latach Warszawa i Polska stają przed niezwykłym wyzwaniem. Z tysiącem naszych narodowych wad: z naszym brakiem pracowitości, nieposzanowaniem autorytetów, skłonnością do efekciarstwa, z zacofanym rolnictwem, skorumpowanym urzędem, niedokształconym pracownikiem mamy oto wkroczyć do europejskiej wspólnoty, gdzie prawa będziemy mieć wprawdzie równe lecz i kary za wszelkie niedociągnięcia ponosić godzimy się jednakie.

Czy jesteśmy na to przygotowani ?

Dziś – może mniej niż wczoraj. Wczoraj, gdy naszą siłą, nasżą wizytówką, nasza identycznością była nasza kultura.

Nie będzie w Warszawie bezpiecznie, nie zostanie zahamowana korupcja, nie polepszy się praca urzędów, nie przybędzie dobrych dróg jeśli nie postawimy na edukację, na naszą młodzież, jeśli nie przywrócimy należnego miejsca kulturze, a z nią nie zwrócimy się ku europejskim miastom z planem szeroko zakrojonej europejskiej wspólpracy kulturalnej.

Nie można zrozumieć dziejów Polski i Warszawy bez kultury. Na nią zawsze brakowało pieniędzy, a to przecież ona dawała  nam wolność. Teraz wolność już podbno mamy. Obiecuję więc jako Nowowybrany prezydent Warszawy zrobić wszystko by przestało brakować pieniędzy przynajmniej na to co Rada Kultury jaką powołać zamierzamy uzna za słuszne. Powstanie taka Rada. Do jej powołania zobowiązałem już odpowiedzialnego za sprawy kultury: publicystę, dziennikarza prasowego i telewizyjnego, ze wszech miar kompetentego polityka i czlowieka kultury jakim jest pan Andrzej Urbanski.

Spodziewam się raportu, w którym zaproponowane zostanie, które inicjatywy tak jak dziś większość kin czy galerii pozostać mają w rękach prywatnych, a które winnny zostać otoczone organizacyjnym mecenatem. Które zaś z niezwykle dziś scentralizowanych instytucji teatralnych czy bibliotecznych mają tkwić w strukturze miasta, a które mogą lub powinny radzić sobie same. Przejrzystszym musi się stać  system miejskich dotacji dla kultury, stworzony system grantów dostępnych zarówno dla osób prywatnych jak i organizacji pozarządowych, wreszcie podjęte muszą zostać działania zaznaczające silniej znaczenie Warszawy na kulturalnej mapie Europy. Warszawa leży w jej geograficznym centrum.

Mam nadzieję  że jeszcze dziś i w najbliższym czasie porozumiemy się co do tego jakie przedsięwziąć działania by Polska nie stała się zakładnikiem europejskiej normy. By wkroczyła do Europy z taką dumą i pewnością siebie z jaką słowiańszczyzna dodała do judejskiego rytu bożonarodzeniowego swoją ośnieżoną choinkę.

Dobrej Choinki Państwu życzę, Pogodnych świąt i mnóstwa prezentów, a sobie by mi pomogli Anieli jak najwięcej tych prezentów dla  świata kultury zgotować.

Przez cały pierwszy kwartał 2003 roku wykonywać więc będę kontredans wokół gabinetu kulturalnego wiceprezydenta Warszawy Andrzeja Urbańskiego. Faktycznie pełniąc rolę doradcy wiceprezydenta formalnie musiałby mnie jednak w swoim teamie zatrudnić sam prezydent. Mimo, że taki wniosek faktycznie z podpisem wiceprezydenta zostanie skierowany,

Doradca ?

ATK - Doradca ?

Wojciech Arkuszewski - pierwsze słyszę...

Wojciech Arkuszewski - pierwsze słyszę...

zatrudnienia w kierowanym przez Wojciecha Arkuszewskiego zespole doradców Kaczyńskiego nigdy nie uzyskam.

I słusznie. Nie mam pojęcia o tej roli. Kiedy mi Urbański zadawał pytanie, otwierałem komputer i w punktach na dwóch-trzech stronach spisywałem wszystko, co na dany temat wiem. Jędrek czytał te moje sylabusy z zachwytem i wzdychał – żebym ja mógł ci tylko za takie konspekty płacić. Ale taki doradca działa przeciw sobie. Po trzech miesiącach uczciwie informowany przełożony wie już tyle co doradca. Dzielący się całą swoją wiedzą doradca staje się niepotrzebny. Urzędnik, polityk nigdy nie myśli o meritum. On myśli o tym jak wzmocnić swoją pozycję. Udzielić minimum a uzyskać maksimum informacji.

Zadaniem, które postawił mi Urbański było stworzenie Rady Kultury przy prezydencie Kaczyńskim. Takiej intelektualnej tarczy. Zasadniczo to dla mnie pryszcz. Napisałem regulamin.

4.         Cele Rady są następujące:

1.         działanie na rzecz rozwoju polskiej kultury i sztuki oraz architektury – zasadniczych zrębów cywilizacji śródziemnomorskiej;

2.         działanie na rzecz rozwoju m. st. Warszawy i zapewnienia mu godnego miejsca wśród stolic kulturalnych jednoczącej się Europy;

3.         działanie na rzecz idei integracji Europejskiej;

4.         działanie na rzecz rozwoju terytorialnych, lokalnych, gospodarczych i regionalnych wspólnot samorządowych.

5.         Do kompetencji Rady należy

5.1.      Koordynowanie niezależnych, rządowych i samorządowych imprez kulturalnych o charakterze ponadlokalnym, a spełniających się w Warszawie

5.2.      Inicjowanie kulturalnej współpracy międzynarodowej ze szczególnym uwzględnieniem miast partnerskich oraz krajów Unii Europejskiej.

5.3.      Inicjowanie przekształceń w zakresie infrastruktury instytucjonalnej

5.4.      Podejmowanie działań organizacyjnych w zakresie realizacji stricte miejskiej polityki kulturalnej itd., itd./.

Zaproponowałem 7.   Skład Rady: Komitetu Honorowego i Zespołu Miejskiego składającego się z urzędników i zarządzających miejskimi instytucjami kultury, a także Zespołu Stołecznego składającego się z dyrektorów Instytucji Kulturalnych z siedzibą w Warszawie – niepodlegających miastu

Kiedy jednak tylko zestawiłem to godne grono znowu zaczęli wtrącać się do tego polityczni urzędnicy. A to, że któryś z autorytetów zbyt unijny. Czerwonych sam nie proponowałem, zresztą szczęśliwie ta formacja nie ma jednak wśród artystów zbyt wielu fanów. To znów, żeby gdzieś między Wajdę, Zanussiego, Piesiewicza, Pendereckiego czy Hartwig wcisnąć jednak jakiegoś dyrektora, radnego czy innego Gelberga. Na takie propozycje parsknąłem śmiechem.

Oni też na mnie … parsknęli. Potem była mowa o Pałacu Kultury. Radzie nadzorczej czy zarządzie. To już było trzecie moje podejście do tej ciekawej w sumie instytucji.

CVI – Bujalski, Isakiewicz – cały ten PeKiN

CDN -


[1] 8/III.1968 Rozmowa z H. A[uderską]. Ostrzeżenia. Intrygi żydowskie. „Pan w tym wszystkim jest takie dziecko przez ptaka przyniesione…”Żydzi zainicjowali podpisywanie, Żydzi przemawiali, Żydzi odrzucają nasz eksport. A. chce mnie „ocalić” od ew. procesu, w który mógłbym być wplątany. Radzi mi po prostu wyjechać do Zakopanego. Wszystko to ma być oparte na informacjach pewnej osoby  partyjnej ( Andrzej Kijowski, Dziennik T.II, s.281)

[2] Op.cit. t.III. s.147

[3] To miał mówić Lech Kaczyński. Ja może powinienem powiedzieć: od czasu, gdu urzędnicy przerażeni tłumami, do których (nie bez wsparcia Prezydenta Kaczyńskiego ) przemawiałem w Ogrodach Frascati, postanowili pozbyć się mnie z Miasta wraz z piękną imprezą”

Rozdz. CIII – Alert europejski czyli śladami Leszka Millera,

sobota, 21 Listopad 2009

poprzedni pierwszy następny

Pamiętacie ? Wszystko zaczęło się jeszcze w listopadzie 2002 roku. Właśnie wtedy, gdy wymyśliłem EFIK pierwsze kroki skierowałem do Ministerstwa Integracji Europejskiej, kierowanego wówczas przez Danutę Huebner. Czasy były wprawdzie millerowskie, lecz wszelkie złudzenia związane z tym rządem, już przeszły. A pewne jednak przyznam się otwarcie były.

Gdy po odejściu hołdującej zasadzie nazwanej przez Jarosława Kaczyńskiego „Teraz k…my”  ekipy Jerzego Buzka, który nawet zakończywszy swą misję nie umiał się ze mną za wysiłki włożone w tworzenie częstochowskiej uczelni rozliczyć, w rządzie Millera, pojawiły się osoby tak przeze mnie szanowane jak Andrzej Celiński ( wówcza SLD jednak przez lata sekretarza komisji krajowej w najtrudniejszych czasach Solidarności) na stanowisku Ministra Kultury, czy Włodek Paszyński jako wiceminister edukacji.  Przez chwilę zwątpiłem. Pomyślałem, że gdyby komuś przyszło do głowy ( inna sprawa, że nikt na to jakoś nie wpadł) to wolałbym np. Odznakę zasłużonego działacza kultury odbierać z rąk Celińskiego niż np. pani Nazarowej, której zasług w walce o demokrację  z pamięci nie umiem wyliczyć.

Ale ten czas już minął. Teraz, a działo się to dokładnie w momencie wybuchu Afery Rywina, było już jasne, że końcówka tego rządu nie będzie taką jakiej prawdziwy życzył by sobie mężczyzna. Tym niemniej miałem informacje, że stworzony jeszcze przez Jana Krzysztofa Bieleckiego Urząd Komitetu Integracji Europejskiej głównie dlatego, że był w URM zupełnie nowym ciałem jest wolny od komunistycznych naleciałości. I to okazało się prawdą.

Inaczej niż w jakimś Amsterdamie, w którym nadchodząca z Polski nawet najbardziej słuszna aplikacji jakiegoś

Kamienica Adama Bromke

Kamienica Adama Bromke

pana …ski pozostanie anonimowa póki jej jakiś przedstawiciel Sanhedrynu ni podżyruje, inaczej niż w Komisji Europejskiej, gdzie nawet recepcji nie udało mi się sforsować, w kamienicy Adama Bromke u zbiegu Bagateli  i al. Szucha  w którym nb. mieściła się Polskiej Agencji Informacyjnej w czasie, gdy tam pracowałem – nie czułem się anonimowy. I przedstawiwszy miłej urzędniczce z czym przychodzę usłyszałem to zdanie, którego w Brukseli wywalczyć się nie dało.

- Wie pan to ciekawa inicjatywa, powiedziała osoba odpowiedzialna za współpracę z Fundacjami. Ale na żadne EFIKI czy Międzynarodowe Festiwale Kulturalne my pieniędzy nie mamy,  ani nie damy. Jednak, gdyby miał pan jakiś pomysł na akcję związaną z integracją europejską, to powiem panu szczerze, że mamy niewykorzystane środki, które do końca roku musimy spożytkować.

No coż, to jest rozmowa !  Drogę z placu Unii na Wilczą odbyłem pieszo. I za nim doszedłem do mojej “pakamery stróża” zasadniczy zarys projektu był już gotowy. Włącznie z nazwą: zaczerpniętą z harcerstwa, a dziś wcale nie nadużywaną. Akcję związaną z naszymi staraniami o akcesję do Unii Europejskiej postanowiłem nazwać: Alert. Było już wiadomo, że 13 grudnia (sic!) odbędzie się w Kopenhadze ważne spotkanie, na którym zdecydowaną zostanie ostatecznie data i warunki naszej akcesji. A w nadchodzącym roku czekało nas referendum. Wymyśliłem więc Alert Europejski, czyli jazdę wskroś zachodniej Polski, przez Szczecin, zachęcanie i przekonywanie do głosowania za przystąpieniem do Unii. A potem promem do Ystad ( znałem go z jakiejś dziennikarskiej wycieczki w 94 roku) i przez Malme mostem łączącym Szwecję z Danią, by dotrzeć na manifestację, która miała towarzyszyć obradom akcesyjnym w kopenhaskim Bella Center.

Moją wewnętrzną motywacja była ta metaforyczna autostrada. Przybliżenie nas ku Francji i Szwajcarii. Zbudowanie drogi. Miałem przy tym ( szczególnie po nabiciu się na Oleksego) w siedzibie brukselskiej, świadomość, że nasz narodowy los spoczął w ręku sowieckich agentów, którzy wynegocjują kontrakt najgorszy z możliwych. No ale także i to głębokie poczucie, że innej dla Polski drogi nie ma. Że nawet pojęcie narodu jest młodym dziewiętnastowiecznym tworem, więc również upieranie się przy wartościach nacjonalnych mogłoby nie być konieczne. Pod jednym wszakże warunkiem, że zagwarantowane byłyby wszystkie wolności zapisane w karcie praw człowieka od zachowania ojczystego języka poczynając po prawo do swobodnego przemieszcznia się, czyli podróży. No i po drugie, że uzyskamy pewność, iż inni: w szczególności Francuzi czy Niemcy nie wykrzystają mechanizmów unijnych dla własnej narodowej dominacji.

Tu jednak  trzeźwy pragmatyzm mozelczyka stale mi z pamięc. To było w ’99, gdy przez Luneville de La Toura i jeszcze bardziej jego  Vic sur Seille zdążałem ze

Miejsce urodzenia Georgesa de La Toura

Vic sur Seille. Miejsce urodzenia Georgesa de La Toura (1593 - zm.1652)

stypednium Maison de Cultures du Monde z powrotem do kraju. Wylądowałem w Vic około północy pod ratuszem, w którym odbywała się huczna zabawa. Błądząc pod domem de La Toura spotkałem mężczyznę, który wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza. Poznawszy obcokrajowca spytał w czym może mi pomóc. Dowiedziawszy się, że błądzę śladami de la Toura Alain Blanchard przemiły miejski weterynanarz wygłosił mi wspaniały wykład nt. Historii szesnastowiecznej sztuki. Chciałbym dowiedzieć się tyle nt. muzyki romantycznej i o Szopenie np od dentysty z Żelazowej Woli. Miasteczka w Polsce mającego z Lotaryngią tyle wspólnego, że z tamtych okolic wywodzi się także ród ojca Fryderyka Chopina.

Zostałem zaproszony na bal cyklistów odbywający sięw merostwie  w Vic, a tam, gdy okazało się, że jestem Polakiem nauczono mnie jeszcze histori Polski i Europy. Nie bez kozery wszak główny plac w stolicy tego regionu Nancy nosi imię Stanislas na cześć króla Lotaryngii i Polski Stanisława Leszczyńskiego. Otóż mieszkańcy pogranicza Lotaryngii i Mozeli doświadczeni w XIX wieku  podobnie jak Polacy doznaniem niemieckiego  rozbioru, zapytali mnie czy nie obawiam się  jak oni, że stworzenie Unii może stać się wstępem do  rewindykacji granic i nawrotu dominacji ducha germańskiego?

Merostwo w Vic

Merostwo w Vic

- Nei, nie obawiałem się. Jeszcze wtedy. Gdy mnie pytali o bezpieczeństwo naszych granic zachodnich wspominałem klęczącego w Warszawie Willy Brandta i zawarte układy. A oni ?  Popatrywali na mnie z politowaniem jakby już antycypowali przyszłe spory o … mazurskie Narty.

Nie obawiełem się jednak i dlatego chętnie zaanagażowałem moją Fundację w powrót do Europy. Gdy więc powróciłem na Wilczą z pieniędzmi przyrzeczonymi z UKiE aktywnie wzięliśmy się do pracy. Kasia Synowiec okazała się tu pomocna wyjątkowo albowiem studiując Stosunki Międzynarodowe należała do Klubu Młodych Dyplomatów, z którymi w rezultacie przygotowaliśmy całą akcję.

Zacząłem od telefonu do Włodka Paszyńskiego. Tego Włodka, z którym znamy się jak to sam określi „sprzed wojny japońskiej”, który był kuratorem, a teraz zaskoczył mnie przyjęciem stanowiska wiceministra edukacji w rządzie Leszak Millera, gdy ten resort powierzył Krystynie Łybackiej. Jednak epizod ministerialny nie udał się Paszyńskiemu. Z jednej strony zachorował poważnie – dziś można już mieć nadzieję, że uratowano mu zdrowie – z drugiej, okazało się, że ci, którzy uwierzyli w nową twarz lewicy szybko musieli się przekonać, iż są zakładnikami rewindykacji personalnych osadzonych korzeniami w starym PZPRowkim układzie tzw. Czerwonych baronów.

Włodek właśnie złożył był dymisję, kończył kurację, no ale dla kadr huebnerowskiej administracji był też znakomitym żyrantem naszych planów. Paszyński pojawił się w mojej “pakamerze nocnego stróża” na Wilczej, gdzie wymyśliliśmy całą akcję związaną ze zbliżającym się szczytem Unii Europejskiej w Kopenhadze.

W miesiąc wszystko zostało przygotowane. Uzyskaliśmy patronat  medialny RDC i TVPolonia, nawiązaliśmy kontakty z rozrzuconymi po Polsce  euroklubami, znaleźliśmy ekipę plastyków z Kamą Jackowską na czele, która pomogła wymalować autobus wynajęty z pomocą zawsze niezawodnej, gdy chodzi o podróże firmy BUT Barbara, pani Basi Szwargolińskiej.

Jako, że będący jeszcze w okresie wypowiedzenia z Ministerstwa Paszczak nie chciał angażować się osobiście w charakterze eksperta – o pomoc w tym zakresie poprosiłem przez lata współpracującą z nim jako wicekurator Irenę Dzierzgowską.

Irena Dzierzgowska ( 1948-2009)

Irena Dzierzgowska ( 1948-2009)

Irenka już nie żyje. Zmarła nagle. W marcu 2009 roku.   Podobnie jak Włodek organizowała w stanie wojennym tzw. Oświatę niezależną. ( Też z nimi współpracowałem w 1982 wykładając po mieszkaniach na kursach dla licealistów organizowanych przez Ewę Klinger). Potem ze swoją siostrą Alinką Bukowską i wieloletnim korespondentem Gazety Wyborczej w Paryżu Markiem Rapackim organizowała ekipę samorządową Komitetu Obywatelskiego w pierwszych wyborach roku 1990. Za naszymi plecami pojawiał się wtedy Czesław Bielecki ze swoją firmą architektoniczno – doradczą “Dom i Miasto” i Andrzej Lubiatowski, a nawet do chwili, gdy nie został przesądzony, osłabiający władzę prezydenta stolicy układ dzielnicowy – Zbyszek Bujak – oczywisty naonczas kandydat na Prezydenta Miasta.

Potem Irena przez lata pracowała z Paszyńskim jako jego zastępczyni w Kuratorium ale rozstała się z nim jeszcze przed tym nim go w czasach Buzka AWSowski wojewoda Gielecki ze stanowiska odwołał. Poprzez samorząd ( pamiętam, że czas jaki zarządzała oświatą w Gminie Centrum) dotarła za Handkego do Ministerstwa Oświaty i jest z pewnością za jej gimnazjalno-licealną reformę, za system nowoczesnych matur współodpowiedzialna. Wreszcie założyła funkcjonującą w momencie, gdy organizowaliśmy Alert firmę konsultingową, z której usług wynajmując Andrzeja Perego w charakterze eksperta, teraz korzystałem.

Irena rozstania z Paszyńskim nigdy specjalnie nie chciała komentować – stwierdziła tylko, że dh phm w trakcie ośmiu lat kuratoryjnej posługi ogromnie “sczerwieniał”. W tym momencie nie miało to jednak dla mnie znaczenia. Szanowałem oboje i cieszyło mnie, że mogę korzystać z usług najlepszych.

W Klubie Europejskim

W Klubie Europejskim- fot. Maciej Figurski/Forum

Naszą akcją zainteresowała się TVPOLONIA reklamując przejazd na antenie. RDC przeprowadziło quiz, którego laureatów zabrałem na zorganizowaną Pielgrzymkę i summa sumarum  10 grudnia Eurobus z kilkunastoma osobami na pokładzie ruszył pod moim i rezolutnej Kasi dowództwem przez Kutno, Gniezno ( z noclegiem w urokliwym Czerniejewie), Połczyn Zdrój do Szczecina, gdzie zaokrętowaliśmy się na prom do Ystad. Z tamtąd przez most za Malme dotarliśmy do Kopenhagi.

1

fot. Maciej Figurski/Forum

Podróż zorganizowana była w moim przekonaniu bez zarzutu. Jechaliśmy od szkoły do szkoły, od euroklubu do euroklubu. Autobus plastycy z ASP pięknie w kolory unijne obmalowali. Nie było to łatwe zważywszy panującą w grudniu temperaturę. Z dwóch stron towarzyszyło nam ułożone przeze mnie z córeczkami po polsku i przetłumaczone na angielski rejowskie hasło:

Niechaj to narodowie wżdy postronni znają

Polacy od Europy równych szans żądają.

Młodzież z odwiedzanych ośrodków pod tym wezwaniem dopisywała na specjalnie przygotowanej samoprzylepnej folii przylepionej do boku autobusu swoje sentencje, a nawet graffiti.  Przez najdłuższy w Europie jeśli nie na świecie 22 km most łączący Szwecję z Danią dostaliśmy się do Kopenhagi. Tu w pamiętny dla Polaków dzień mieliśmy dopingować Leszka Millera by polski unitom zbyt tanio nie sprzedał.

4

fot. Maciej Figurski/Forum

Jak wiadomo wywalczono tam jakiś miliard €uro, choć biorąc pod uwagę wahadło decyzji przedakcesyjnych od warunków z Nicei, poprzez Kopenhagę (Dania kończyła właśnie swoje przewodnictwo  w Unii), aż po nadchodzące Ateny trudno się oprzeć wrażeniu, że spektakl ten był jednak świadomie gdzieś reżyserowany. I, że w widowisku tym, który nazywa się interes publiczny o ten ostatni na samym końcu chodzi. Tak naprawdę pytanie jest o to, kto i jaką zgarnie po drodze kasę.

5

fot. Maciej Figurski/Forum

Myśl ta zaatakowała mnie już w trakcie przejazdu przez Szwecję. Ponieważ w Kopenhadze spodziewano się sporej demonstracji bardzo uważnie nas w Ystad kontrolowano długo zastanawiając się czy nie zagrażają bezpieczeństwu zabrane przez nas ( zgodnie z poleceniem organizatorów) pochodnie z oliwnymi lampkami.

Oni nas rewidowali, a ja przeszukiwałem mapę nie mogąc pojąć po co zrobiono cyrk z budowaniem ogromnego mostumiędzy Malme a Kopenhagą, gdy sześćdziesiąt kilometrów na północ gołym okiem widać, że można by połączyć mostem zaledwie kilku kilometrowym duński Helsingor ze Szweckim Helsingborgiem – miastem zresztą autostradami dużo lepiej z centrum kraju skomunikowanym.

No ale może tak to właśnie jest. Że czasem efekt marketingowy: czegoś największego pozwala łatwiej zgromadzić środki ogromne niż też nie małe, a jednak nie największe w świecie na inwestycje po pierwsze nie tak imponującą po drugie zaś taką, przy której mniej ludzi zarobi.

2004_iceland.1089571740.bridge-between-malmo-and-copenhagen

Rozdz. CIV – Bella Center albo ryczenie krów

Rozdz. XCII – Csatówna & CO czyli casus Hermiony

piątek, 6 Listopad 2009

poprzedni pierwszy następny

Kto nie zna Hermiony, mistrzowsko sportretowanej, a może i zautoportretowanej przez Rowling autorkę  Harrego Pottera. Mój Boże ile ja w życiu tych Hermion spotkałem. Tych najzdolniejszych, pilnych, przejętych Nauką jak niegdyś Bogiem lub Mężem przejmowały się  panny przez całe całe stulecia. Kobieta bowiem, szczególnie młoda najbardziej chyba potrzebuje zjednoczenia i uwielbienia. Chce być podziwiana za swoje poświęcenie, wdzięk, pilność i pracowitość zwykle bardziej niż za talent.

Justysia Guze i Natalka Woroszylska, Daniela Międzyrzecka i Anka Wasilewska, Ania Tanalska i  Justynka Csató – córki  kształconych tatusiów.
Natalia Woroszylska
Natalia Woroszylska
Dwie ostatnie bodaj najsilniej przeżyły ów rozdźwięk między ambicją, a emocją, abstrakcją zawsze znakomitej oceny i konkretem siły oraz fizycznej odporności. Pierwsza wybrnęła z tego po ciężkim załamaniu psychicznym, gdy wędrowała na początku studiów między politechniczną fizyką a uniwersytecką filozofią.
Ania Tanalska, była córką nibyprofesora z Wyższej Szkoły Partyjnej gdzie produkowano tytuły naukowe dla nomenklaturowych aparatczyków. Dionizy Tanalski ( w stanie wojennym nawet redaktor naczelny „Studiów Filozoficznych”) miał imię Apostaty, a zawodowo trudnił się udowadnianiem, w duchu materializmu antypersonalistycznego, że Boga nie ma. Sytuacja naprawdę zdolnej Ani, szczególnie w okresie, gdy wszyscy byli już w opozycji nie była prosta. Wiem  jednak, że się otrząsnęła, nawet wyszła za mąż. Została tłumaczką i … psychoterapeutą.
Daniela Międrzyrzecka
Daniela Międrzyrzecka
Druga czyli Justynka to, córka (młodsza) przedwojennego socjalisty, powojennego teatrologa –  Edwarda Csató. Z Justynką skończyło się najgorzej. Jej ojca wykończyły rozterki roku 68. Tu organizacja partyjna, tam lojalność wobec strajkujących studentów szkoły teatralnej, w której wykładał. Tu polecenie partyjne by objąć naczelną redakcję „Dialogu” po emigrującym Adamie Tarnie. Tam wyniosła drwina zaangażowanych już w Marzec po uszy ludzi takich jak mój przyjaźniący się z panem Edwardem przez lata Ojciec. Tu przerażona żona, ( Danka – redaktorka „Kobiety i Życia”) i chorująca starsza córka ( Zuźka przez lata sekretarzująca w redakcjach Ekspresu Wieczornego, Porannego, Życia Codziennego) – kontynuująca dwuwiekowe tradycje redaktorskie tej na poły węgierskiej, na poły austriackiej rodziny Polaków z wyboru. Tam antysemicka nagonka na przyjaciół z Erwinem Axerem (ojciem Andrzejka –Sahibka)na czele. 48 letni monograf Leonna Schillera nie wytrzymał napięcia. Zmarł na zawał w pociągu z wracając Uniwersytetu w Toruniu, gdze także wykładał –  do Warszawy.
Justysia miała wtedy około 13 lat. Nikt nie wie jak to przeżyła . Była zdolna. Skończyła studia polonistyczne. Po nich zdążyła nawet  przeprowadzić ze mną wywiad w trakcie pierwszego konkursu Teatrów Ogródkowych, gdy miała około 35 lat. Po czym … w końcu skutecznie popełniła samobójstwo. Nie była to ponoć pierwsza próba. Przyczyny jej depresji mogą być różne i indywidualne. Z niedokładnych wzmianek w słowniku „Niezależni dla Kultury” wynika, że wszystkie Csatówny wspierały opozycję. Czemu jednak Justynkę odnajdujemy na liście Wildsteina?… – Czy tylko dlatego, jak twierdzi jej siostra, że przegoniła kiedyś jakiegoś apsztyfikanta, co do którego zorientowano się szybko, że był SB-ecką wtyką ?

Edwart Csató (1920-1968)

Edwart Csató (1920-1968)

- Tak bym myślał o liście Wildsteina jak myślałem o Macierewicza, gdyby nie ten piekielny Boni, który przynajmniej tę ostatnią, a więc i inkwizytora, który za nią stoi uwiarygodnił.

Były czasy. 68 rok stał się dla znacznej części i to chyba głównie inteligenckich, warszawskich dzieci – cezurą. Niezależnie czy miało się wtedy 12 czy 16 lat po tym Dniu Kobiet – ich święto nabrało głębszego wymiaru.

Justysia Guze
Justysia Guze
Jednak   w moim przekonaniu wszystkie te kobiety, a – Justynka Csatówna w szczególności są ofiarami chorego systemu koedukacyjnego.
Ania Tanalska
Ania Tanalska
Nie ma bowiem gorszej zbrodni niż wspólne kształcenie dojrzewających kobiet jakimi stają się dziewczynki między dziesiątym, a szesnastym/osiemnastym rokiem życia z  rozdokazywanymi w tym samym wieku piekielnikami płci męskiej. Dzieli ich w tym czasie siedem lat dojrzałości, a dystans ten tak naprawdę wyrównuje się nie wcześniej niż po dwudziestym pierwszym roku życia – przyjmowanym zresztą przez społeczeństwa dość naturalnie za próg np. biernego prawa wyborczego. Wychowywane między dziesiątym, a osiemnastym rokiem życia dziewczynki uczą się dominacji, a nawet pogardy i lekceważenia mężczyzn. Jeszcze mi w uszach brzmi, jak coś szesnastoletni opowiadam, a z ust Justynki słyszę staromalutki tekst wypowiadany tonem zapożyczonym od matki: - Boże, jaki on zabawny. Ten Kijoszczak. Chowane wraz z chłopcami panienki dochodzą do oczywistego w tym okresie wniosku, że są od chłopców czystsze, pilniejsze, zdolniejsze. Że słowem ród męski jest pomyłką ewolucyjną, a ideałem byłoby życie w babskiej republice.
Ania Wasilewska
Ania Wasilewska
Gdy po szesnastym roku życia hormony podpowiadają, co innego – szkody psychologiczne mogą już być nieodwracalne.
Tym bardziej, że wpajany w społeczeństwach industrialnych system wartości utrudnia kontakt z mężczyznami dojrzalszmi. Kobiety wchodzące w związki ze swymi szefami czy akademickimi nauczycielami traktowane bywają często jak karierowiczki; na dodatek odbijające mężczyznę ich rówieśniczkom, które przeważnie zaopiekowały się nimi we wczesnej młodości. W tych związkach będących skutkiem przedwczesnej koedukacji. Opartych na rzekomym partnerstwie i wyścigu, w którym nagle z niepojętych powodów, zmieniają się reguły gry, gdy  po dwudziestym piątym roku życia mężczyznom sukcesy zawodowe zaczynają dużo łatwiej przychodzić. Kobietom zaś zdarza się – rodzić. Ileż nagle pretensji i poirytowania. Nawet pretensji do Pana Boga lub Natury, że to na nie,  z niepojętych przyczyn został nałożony dopust płodności. I tak w coraz większym procencie ( zastraszająco już wysokim w kręgach inteligencji) około czterdziestki Hermiony bądź to pozostają same, bądź – jak te najzdolniejsze – nigdy za mąż nie wychodzą. Całą energię wczesnej młodości poświęcając mało twórczej rywalizacji z mężczyznami. Rywalizacji, ku której sposobi szkoła, studia, a także praca
Kasia Synowiec
Kasia Synowiec
zawodowa.
Nieszczęście zdolnych kobiet wśród mężczyzn chowanych! Hermion, których pozycję, nie powszechną wszak lecz w przewadze, tak pięknie podsumuje bohaterka „Harrego Pottera” ćwicząca z młodym czarodziejem elementarne zadania magiczne:
„- Ja! ksiażki! i troche inteligencji! sa ważniejsze rzeczy…przyjaźń i m ę s t w o…i..”. Nawet J.K.Rowling nie umiała znaleźć bardziej bezpłciowego słowa !
Napotkana w pociągu Kasia była Hermiony najczystszym wcieleniem, co wyjaśniam wszem, którzy chcieliby w opowieści doszukiwać się elementów lirycznych zdaniem jednych, cynicznych dla innych, a jednak pozostających, co najwyżej w sferze czystych rojeń. Od słowa do słowa, jak to podczas podróżnych flirtów bywa, okazało się, że panna S. potrzebuje praktyki, a ja takową na Świętojerskiej (gdzie ulokowałem biuro CMWP) dysponuję. Pomagała więc Kasia dzielnie przy organizacji sesji medialnej, ale moje dni w tej instytucji były już policzone.
Dlaczego ?