Rozdz. VIII. Habent sua fata … territoria

Miały przecież swych właścieli – przestrzenie. Poukrywali się wówczas, na nowo określali obszary, szukali porozumienia z nową władzą. Ale wszak nie byli to ludzie nowi.

Lapidarium formalnie należało do Muzeum Miasta Historycznego Warszawy, kierowanego – przez pól wieku nieprzerwanie ! – od roku 1951 do 2003 przez profesora Janusza Durko. Człowieka, o którym ostatnio mówiono, że równie mocno osadzony był w Kurii jak niegdyś w KC, w którym od 06.06.1968 do 12.03.1971 pełnił obowiązki kierownika Zakadu Historii Parii przy KC, od 12.03.1971 do 04.08.1981 kierował zaś Centralnym Archiwum KC.

Tak,  Rynek Staromiejski to przestrzeń tajemnic. Strona Dekerta: wszystkie kamieniczki w całości wypełnione przez Muzeum Historyczne M.St. Warszawy

Stronę Dekarta nazwawszy stroną Durki, stronę Kołątaja, tę z Fukierem łatwiej zapamietać nazywając dziś Stroną Gesslerów, Stronę Zakrzewskiego ( od Hortexu i Krokodyla) – stroną Jachacego.

Ale najciekawsza jest strona Barsa z Dessą, z dawną Piętakową (wdową po poecie) przy Kamiennych Schodkach na krańcach, a między nimi z Klubem Księgarza od dwudziestu z górą lat zawiadywanym przez Jana Rodzenia, byłego Komisarza Stanu Wojennego w Warszawskim Ośrodku Kultury, którego dyrektorem był od roku 1982; z Muzeum Literatury od przeszło trzydziestu lat kierowanym przez profesora Janusza Odrowążą-Pieniążka – kto pamięta, że to były wiceprzewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej za wczesnego Gierka. Wreszcie historyczna siedziba klubu Krzywego Koła czyli Staromiejski Dom Kultury, którym zarządzał świeżo podówczas wyzwolony spod bezpośredniego (przynajmniej formalnego) nadzoru rozsypującego się Socjalistycznego Związku Młodzież Polskiej – Sebastian Lenart, pracujący tam też od lat trzydziestu z górą.

Trzeba było 15 lat by Lenart ( i to pod rządami Kaczora!) jawnie odkrył swoje korzenie. Spisując dzieje SDK przyznał, że z punktu widzenia kultury komunizm nie jest niczym gorszy od kapitalizmu. Dla niego zaś  wolność zaczęła się nawet nie w czerwcu ’89 lecz w roku 87 kiedy to przekazano SDK ówczesnemu całkiem jeszcze komuszemu wojewodzie. No cóż, jeśli popatrzeć na ten wywód z tą wiedzą, którą dzisiaj mamy na temat faktycznego wpływu „głasnosti’ i ‘pieriestrojki’ na przewrót Okrągłego Stołu – trzeba przyznać, że mało może patriotycznego romantyzmu lecz sporo jest zimnej logiki w tym wywodzie.

Wtedy jednak wszyscy byli cisi i oczywiście bardziej od nas fachowi. Pomocą służyli, swoje mieli też w tym wyrachowanie.

Jakie ? Pokazały lata. Chyba już podczas pierwszego konkursu pani Maria Chmielewska proponowała radnemu, że organizacją ogródków teatralnych mógłby się zająć Staromiejski Dom Kultury. Jakoś nie miałem ochoty. Niezależność była dla mnie najwyższą wartością. O pieniądzach – po prostu nie myślałem. Pieniędzy też nadmiernych nie było. Więc w czasie pierwszego konkursu przybiegała Ewa Janowska – malutka, energiczna urzędnicza ze śródmiejskiego Wydziału Kultury i co tu wiele kryć: tuszowała kiksy pana marszałka, który np. -  nie pomyślał w porę o pianinie. Wtedy ściągała je awaryjnie z SDK-u od Sebastiana. Wydział też dogadał się z Mirkiem Wróblewskim, który nagłaśniał organizowane przez Kilińskiego w Lapidarium koncerty. Coś mu płacili. Zapłacono też jakieś śmieszne grosze jurrorom. Honoraria pokryto w pierwszym roku za pośrednictwem Muzeum Historycznego, potem – jak pamiętam poprzez Staromiejski Dom Kultury Sebastiana Lenarta: koszt nagrody, kilku noclegów i przejazdów.

Organizacja krążyła więc gdzieś nad moją improwizacją. Organizacja i nadorganizacja, bo jak wiadomo w trzecim roku ogródka na Starówce pojawiła się tzw. mafia. Tu już nie chcę udawać, że rozumiem więcej niż pojmuję. Interesy pp. Jachacych i Gesslerów, ich rozgrywki z Jackiem Kilińskiem przekraczają moje kompetencje.

Rokita nie przyszedł. Wiedział pewnie, że za kilka dni do Nowej Telewizji Warszawa, w której jeszcze w Czerwcu realizowałem ( jako pirat) wywiad z urzędującym Prezydentem RP Lechem Wałesą wkroczą pachołki ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w rządzie Pawlaka – Cimoszewicza.

Ten jakże szanowny dziś kandydat na wysokie unijne stanowiska nie zawachał się by zdjąć z anteny ściągającą już wielki plaster z reklamowego stołu komercyjną stację, która bardzo przeszkadała zarówno publicznej TVP jak czającym się już do skoku ludziom Solorza i Waltera. Tak więc na Grzybowską 77 wkroczyła policja. Nawet grzecznie mnie przesłuchano. Było trochę medialnego szumu, Grześ Kalinowski ( dziś komentator sportowy w TVN) lamentował w Wiadomościach Wieczornych  lecz… codzienny niezależny sygnał zamilkł. Koledzy stracili pracę. Mnie w sumie Włosi potraktowali najlepiej. Jeszcze przez rok będę nadawał, już nagrywany „ATaK Show” przez satelitę „Polonii 1″.

Na Starówce też skończyły się żarty. Tu grano jeszcze ostrzej.Ktoś kogoś szantażował, ktoś ( czyli Wróbel) haracz zapłacił, a Kiliński przyznał się do tego. Ktoś zorganizował  bojkot, ktoś czyli najemcy Lapidarium nie wzięli w nim udziału. Dość, że burmistrz Jan Rutkiewicz się wściekł, wycofał Konkurs i zaczęły się naciski na mnie bym grał na Rynku. Na samym środku placu ! Pomiędzy powstałymi właśnie w tym roku na rynku Ogródkowymi Kawiarenkami.

Bo wcześniej ich nie było! Przez dwa lata Lapidarium było jedynym miejscem, gdzie miał szansę zatrzymać się turysta. Teraz zorientowano się, że imprezy, które nota bene wieczorem właśnie wyciągały klientelę z Rynku do urokliwego Lapidarium mogą przyciągnąć widzów. No więc dano mi szansę, a ja nie skorzystałem. Mówiłem, że teatr, intymność, l’ambiance. Przypominałem film „Mefisto” z Brandauerem i przypadek agorafobii. Patrzono na mnie z politowaniemi. No cóż „miszigene”. Zatem dopiąłem swego. Pan Grocholski z Londynu nie zgodził się wystąpić na wskazanej przez Wydział Kultury estradce, przenieśliśmy się do Gwiazdeczki.

A Rynek ? Rozwijał się swoim rytmie. Było lobby, potrzebny był produkt. Wymyślono: Jazz na Starówce. Powstał dokładnie w tym samym ’94 roku. Powstał dla Ogródków. Z mojego konkursu przejął tylko jedno: cykliczność. Dlatego dziś może nazywać się najdłużej trwającym festiwalem jazzowym Europy. I choć hałasu pewnie sobotni jazz powoduje więcej niż ogródkowe poniedziałkowe występy w Dolinie Szwajcarskiej, protesty mieszkańców nie czynią większego wrażenia na władzach miasta.

Choć … przebąkiwał był mi Andrzej Urbański, gdy był wiceprezydentem ds. kultury, iż Lech Kaczyński, który mnie ostatecznie z Doliny Szwajcarskiej wykurzył, miał zamiar i z jazzem potańcować.

Tyle, że Krzysztof Wojciechowski – spokojniejszy. Nie plecie o budynku, nie uzgadnia zabudowy, nie zaniża kosztów. Raz w tygodniu wystawia na rynku koszmarną scenę za kilkanaście tysięcy złotych, po dobrym koncercie scena znika i nikt nie liczy, że za pieniądze wydane na jej instalację można by może w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem Warszawskim rekonstruwanych już lat bezmała dwadzieścia – wybudować amfiteatr.

Ale amfiteatrem nie nacieszą się najemcy rynkowych kawiarenek ani nie utrzyma się z jego budowy Stołeczna Estrada.

W każdym razie nie utrzymała by się wtedy. Jeszcze przed podnoszącymi przekręt do artystycznych wymiarów ustawami: o finasach publicznych, o zamówieniach publicznych, że o pożytku publicznym nie wspomnę.

Skoro więc poddałem dobrowolnie temat Starówki, zaproponowano mi inne miejsce. Niby nic, niby jak: ktoś z Wydziału Kultury wskazał mi dziedziniec Starej Dziekanki z piwiarnią pana Pszczoły. Spodobało mi się. I tak przypadkiem ten może właśnie telefon zdecydował o mym całym życiu: wzlotach, upadkach, bakructwie, rozwodzie – i działaniu w poczuciu jakiejś coraz wyraźniej konkretyzującej się misji, działaniu pozbawionym stricte finansowego celu (choć pełnym marzeń o bogactwie). Opartym jednak przecież na pragnieniu pozostawienia po sobie czegoś trwalszego od spiżu, a nawet od poematu. Stworzenie schroniska  dla wspólnoty, która może się nawet bez budynku obejść. Coś niby instytucji, kościoła, jak ją dziś odnalazłszy nazywam – kulturalnej wspólnoty.

I stąd największym Cezar historykiem,

który dyktował z konia. Nie przy biurze

I Michał Anioł, co kuł sam – w marmurze.”

(zacząłem powtarzać)

W zasadzie wszystko się skończyło. Wszystko, co oparte było na samorządowej władzy i telewizji i – miejscu.

Tagi: , ,

Dodaj odpowiedź

Musisz się zalogować aby dodać komentarz.