Wpisy otagowane ‘Lapidarium’

Rozdz. CLIV – Z Derdziukiem pod Górkę.

czwartek, 26 Sierpień 2010

Z Derdziukiem pod Górkę .  Opis…r. CLIV

Było po panelu. Był też dwudziesty listopad i … było po pierwszej turze wyborów  samorządowych, która odbyła się 12 listopada. Następna miała się odbyć za kilka dni – 26 listopada – w niedzielę.  Mój projekt Centralnego Parku Kultury „Ogrody Frascati”,  Frascatii, który Marcinkiewicz obiecał przejrzeć nazajutrz po występie Marii Peszek od trzech miesięcy nie ruszony. Kontrole wypisywały coraz to większe androny no i oczywiście znów zanosiło się na to, że należącej się każdemu dyrektorowi w mieście premii rocznej (za rok 2005) – i tym razem nie dostanę. Jedyne, co mi zapłacono to za scenariusze, które mi Małgosia Naimska zatwierdziła dowodząc tym samym autorstwa projektu mych całoletnich Ogrodów Frascatii.

Widząc, że robi się gorąco, a do „Osoby pełniącej funkcje Prezydenta Miasta” dobić się nie jestem w stanie dopadłem Marcinkiewicza, na jakimś spotkaniu. Strasznie był zdziwiony mymi kłopotami. Gwarantował, że na „Ogrody Frascati” środki z pewnością znajdzie. W sprawie mojej nagrody natychmiast telefonicznie interweniował u swego asystenta – nijakiego, a oslawionego przez Kazika Staszewskiego Zbigniewa Derdziuka. [1]

Pobiegłem więc nazajutrz ( dzień przed II turą), a wszyscy już poza głównymi zainteresowanymi czuli, że Marcinkiewicz przegra ją raczej,  do szefa biura Prezydenta. No i mówię szefowi – powołując się na Ober-Szefa Kazika

„ No daj mi Derdziuk nagrodę, no co ci to stanowi?

A on mi na to: jak niegdyś piosenkarzowi – nb. też Kazikowi:

„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”.

No i przegrali wybory. Jeszcze ostatniego dnia Marcinkiewicz podpisał dokument z tzw. zaleceniami pokontrolnymi po całosezonowej inwigilacji przedstawicieli miasta. Nie podpisałem dokumentacji kontroli. Tyle tam było bzdur i przeinaczeń.

Jednak same zalecenia nie brzmiały w sumie zatrważająco. Ot, tu sprawdzić, tu dodać, tam poprawić, owdzie uporządkować. Zdaniem moich prawników w znacznym stopniui zalecenia te były bezzasadne. Wydawało się, że będzie z tego kolejna urzędnicza mitręga. I może by była, gdyby … nie ten drobiazg, że zmieniła się miejska miotła,  jak najwulgarniej trzeba dziś określić samorząd miejski. Ja jednak specjalnie się nie przejmowałem. Z trudem ale na życie mi starczało, a wciąż nie mogłem nasycić się sukcesem. Przez cały grudzień  Agnieszki Budzyń prowadziła rozmowy z moimi najważniejszymi współpracownikami.  Od Staszkia Górki poczynając.

Rozmowa z p. Staszkiem Górką – 09.12.2006

Agnieszka Budzyń

S. Górka w "Opowieści Zimowej" reż. Z. Mrozowska Dyplom PWST (Teatr Współczesny) - 1977

A.B. - Ile lat trwa Pana znajomość z Dyrektorem?

S.G.- Znajomość trwa bardzo długo, bo ponad 30 lat. Spotkaliśmy się kiedyś w tym samym miejscu, na Miodowej, i w tym samym czasie, gdy zdawaliśmy do szkoły teatralnej. Stanęliśmy oko w oko.  Andrzej zrobił na mnie wrażenie…, kojarzył mi się… Na Rasputina  był za chudy, ale miał jakiś żar w oku, emblemat na piersi, nie wiem, ale miałem bardzo prawosławne skojarzenia.   Myślałem, że to jakiś młody, natchniony pop. Potem dowiedziałem się, że jest synem Andrzeja Kijowskiego – pisarza i uzyskałem na jego temat więcej informacji. Andrzej równocześnie studiował polonistykę i układ był taki, że wiedzieliśmy o sobie, spotykaliśmy się,

gadaliśmy, byliśmy widzami tych samych zdarzeń teatralnych, wtedy się dużo działo: festiwal narodów itp. A potem spotkaliśmy się kiedy został młodym pracownikiem naukowym w Szkole, a ja asystentem i robiliśmy wspólne różne spotkania, troszkę „ryliśmy pod czerwonym”, troszkę to była konspiracja, partyzantka, jakieś takie właśnie historie. Potem był okres Solidarności. Mieliśmy sztamę, gadaliśmy dość dużo. A potem był pierwszy konkurs, ale go jakoś w ogóle nie zauważyłem, zjawiłem się na drugim czy na trzecim, ale już wiedziałem, co on robi, wiedziałem, że w Lapidarium. Zaczepił mnie kiedyś i mówi:

ATK - Emblemat plemienia Hoopi przywiózł Senior z Wielkiego Kanionu

- Przecież ty masz jakieś swoje przedstawienie.

- No, mam – jeszcze wtedy nie nazywaliśmy się Towarzystwo Teatralne Pod Górkę, ale zrobiliśmy takie przedstawienie lwowskie, na które namówiłem się ze Zbyszkiem Rymarzem i zgłosiłem te piosenki Andrzejowi i to był rzeczywiście niezapomniany wieczór. Warunki były bardzo bojowe, świeże powietrze, to był przepiękny lipcowy wieczór. Było to dla mnie zabawne i dziwne, bo rzeczywiście upał, gorący wieczór, ludzie pijący piwo, jednocześnie bar żyjący swoim życiem, trzeba było sztuką aktorską, tym przedstawieniem, opanować ten żywioł. Tam gdzieś były skrzypiące, skwierczące kawałki mięsa rzucone na grill. To wszystko było szalone i odrealnione, coś do czego nie byliśmy przyzwyczajeni i takie było moje pierwsze spotkanie z KTO. Zresztą ten spektakl został szczęśliwie zarejestrowany przez TV „Polonię 1″ i gdzieś krąży.

Andrzej lubił to przedstawienie i miał do niego ciepły stosunek. Wiem, że ta kaseta żyje, ja też ją mam, bo przegrywaliśmy wtedy. I to był właściwie pierwszy kontakt z „ogródkami”. A potem były takie zdarzenia, że co parę lat (już powstało Towarzystwo Teatralne Pod Górkę) włączaliśmy się do akcji próbując zawalczyć o nagrody, mieliśmy możliwość pokazania swoich przedstawień w Warszawie i niespłacone długi wobec reżyserów, powiedziałem do Andrzeja:

- Dobrze byłoby gdyby Tadek Wiśniewski dostał nagrodę, bo ciągle mamy poczucie, że jesteśmy mu winni pieniądze

I szczęśliwym zbiegiem okoliczności reżyser dostał nagrodę, chociaż Andrzej mówił:

- Absolutnie ja nie mam na to wpływu, to jest decyzja jury.

I pewnie tak było, bo potem przekonałem się, że Andrzej ma taką zasadę, że nie wtrąca się do jury, nie wywiera nacisku, niemniej te sugestie, marzenia nasze jakoś tam się przenosiły. Właściwie byliśmy taką grupą, która ciągle tymi swoimi przedstawieniami znaczyła. Zbierała i nagrody, i wyróżnienia, była zauważalną grupą, która stale współpracuje, a potem przyszły bardzo chude lata i nawet jeśli nie braliśmy udziału w konkursie, to graliśmy. Był pamiętam taki rok, zupełnie beznadziejny, Andrzej poprosił mnie o pomoc:

- Słuchaj, jesteście w Warszawie albo w pierwszych krzakach za Warszawą, czyli w Kopkach i okolicy, może byście tak od czasu do czasu zagrali…

- Jak często?

- No, tak co drugi dzień albo i codziennie…

I to było takie lato, gdzie my przyjeżdżaliśmy, graliśmy w Dolinie Szwajcarskiej, umowa była brutalna, okrutna, to była wczesna, kapitalistyczna manufaktura – tyle ile będzie z biletów. Dyrektor Kijowski z upodobaniem powtarza anegdotę, że Górka wyczuł sprawę mechanizmów kapitalistycznych i ogłaszał promocję. Za pięć siódma mówił:

- No co będziecie Państwo tak tu siedzieć? Zapłaćcie chociaż te dwa złote czy trzy i wejdźcie tam na teren teatru.

To tak było. Rzeczywiście odbywałem indywidualne wycieczki przed rozpoczęciem przedstawienia i zapraszałem, żeby jednak wejść i oglądać jak człowiek…

A.B - Działało?

- Tak, bardzo często to działało, to był taki śmieszny moment tej naszej strasznej biedy. Kończyło się to później spotkaniem i piciem winka, bo tego rzędu były to zyski.

A.B - Wystarczało na butelkę wina?

S.G - Tak, na butelkę wina. I to był właściwie taki styl życia, że w ten sposób spędzaliśmy wakacje w mieście.

A.B - „Lato w mieście?”

S.G - Tak, taka akcja. A potem zaczęło się to tak zwane jurorowanie.

A.B - Ile razy był Pan jurorem?

S.G - Trzy albo cztery

A.B - Stała fucha.

S.G- Tak, taka stała fucha. Nie bez przerwy, choć propozycje Dyrektora były częste, bo chciał, żebym tam był, natomiast ja miałem jakieś ciekawsze zajęcia, jakieś wyjazdy. Mówiłem: – nie mogę w tym czasie, bo miałem jakąś robotę i to było niemożliwe. I był jeszcze taki epizod kiedy któregoś roku Andrzej zaproponował mi liczenie głosów, prowadzenie razem z nim takiej konferansjerki, zabawiania publiczności i wtedy padł pomysł, żeby nagrać te nasze piosenki, które od dziesięciu lat funkcjonują: „Dziś do ogródka zbiegła się trzódka” albo „Oddaj głos na kogo chcesz”. I tak to mniej więcej wyglądało w takim bardzo ogólnym zarysie łącznie z tym rokiem.

Andrzej oczywiście zaprosił mnie na to spotkanie, na ten panel „Teatr to miejsce spotkania”, który – sama Pani widziała- przebiegał dosyć tak smutnawo, z taką nutką… wręcz tendencyjnie. Natomiast ja uważam, że zabrakło tam takiego akcentu, może to złe słowo. Że przy wszystkich zasługach Andrzeja i trudach, które poniósł dla tej inicjatywy, dla tego projektu jak się mówi współcześnie, i wszystkich smuteczkach, które płyną z realizacji, przeszkód i trudności, jedno jest pewne, że on rzeczywiście umiał jakoś…, że złapaliśmy sztamę, że zaimponował tym swoim szalonym zupełnie, wariackim pomysłem. Przecież to nie chodziło o pieniądze. Pieniądze jak Pani opowiadałem w pewnym momencie były żadne czy w ogóle dopłacaliśmy do tego interesu przyjeżdżając trzydzieści kilometrów spod Warszawy na przedstawienia. To się nie opłacało, już nie mówiąc o wypożyczeniu kurtyn, różnych elementach, które funkcjonowały w tej inscenizacji, a on nas jednak zafascynował tym swoim szalonym pomysłem. Właściwie mógł na nas liczyć, wytworzyły się takie relacje przyjaźni. Może nie braliśmy za to odpowiedzialności, bo odpowiedzialność on miał, ale mówiliśmy: dobrze, temu facetowi trzeba pomóc, bo to jest słuszne, bo to jest warte realizacji, mimo że ma trudną sytuację, dawaj, robimy to. To chyba się Andrzejowi udało, że przy jego wszystkich takich trudnościach, nerwowości – jak mówiłem zobaczyłem obłąkanego, młodego popa na tym…, że nagle te loty gdzieś się zbiegły i gdzieś ręka w rękę, ramię w ramię, połączyła nas idea.

Parę dni temu byłem na rozmowie u prezydenta Bydgoszczy, to takie drugie moje miasto, które mnie interesuje, i w którym lubię przebywać i nagle padł pomysł, żeby zrobić takie przedstawienia letnie, taki przeszczep. To nie będzie rodzaj konkursu, tylko taki przegląd naszych rzeczy, które obejmują już kilkanaście spektakli.

A.B - W tym roku było bardzo dużo indywidualnych nagród. Właśnie dlatego, tak?

S.G- Tak, tak. Chcieliśmy zauważyć, że w pewnej przeciętności przedstawienia warto zawsze wyłowić drobiazg, kogoś kto w tej masie się pojawia i nagle zwraca uwagę. To jest interesujące i to jest piękne. Takimi elementami była na przykład świetna muzyka, w jakimś przedstawieniu, nie pamiętam w którym, przepięknie zrobiona. W innym przedstawieniu był świetnie zagrany epizod, były tego typu rzeczy, których nie można pominąć. Pamiętam taki rok kiedy byli Rosjanie, grali „Oświadczyny” według Czechowa przerobione na musical. To był utwór właściwie jak ja pamiętam w tej historii Ogródków taki jedyny pełny, to znaczy, że było doskonałe aktorstwo całej tej trójki czy czwórki aktorów rosyjskich, świetne inscenizacyjnie, świetnie śpiewane, niezwykle muzykalne.

To były nawet brzózki, które dyrektor Kijowski ściął w najbliższym lesie i wsadził do drewnianych doniczek i podlewał je wodą, żeby nie zdechły do wieczora. Nawet to tworzyło jakąś nieprawdopodobną aurę i pełnię tego przedstawienia. To było akurat, w tej przestrzeni, pod gołym niebem, przy skromnym namiociku, przy tym oświetleniu, w tej scenerii, te środki aktorski, te melodie, to było wpasowane w punkt. A na ogół takie przeniesienie przedstawienia, kabaretu, to jest inna stylistyka i zgrzyta. Przestrajamy się, przestawiamy się i nagle mówimy o, to fajnie wyglądałoby w podziemiach, w jakiejś scenerii kabaretowej, w jakiejś kawiarence, ale nie w ogródku.

A.B - To dość powszechna opinia, że rzadko które przedstawienie jest przedstawieniem ogródkowym. Dyrektor miał nawet taką koncepcję, żeby specjalnie premiować sztuki przygotowane specjalnie do ogródkowej scenerii.

S.G- No tak, ale takich przedstawień jest w przeglądzie trzy, cztery. Trzeba byłoby przywrócić tak zwany repertuar rewiowo-bulwarowy, tam mieściłaby się jakaś burleska, komedia muzyczna, recital na świeżym powietrzu. To trzeba byłoby iść zdecydowanie w tym kierunku. A póki co wszystko jest przemieszane. Zawsze miałem o to straszną pretensję, mówię jeszcze o czasach kiedy nie byłem jurorem, ale antreprenerem, który wystawiał jakieś swoje przedstawienia. Miałem wtedy tylko czapkę, szalik i śpiewałem piosenki lwowskie, gdzie mi się było ścigać z jakimś Elblągiem czy teatrem z Jeleniej Góry, które miały olbrzymią kasę.

A.B - Panie Staszku, kojarzą się Panu  z dyrektorem Kijowskim jakieś zabawne zdarzenia ?

S.G- Ja podziwiam jego nieprawdopodobny refleks w różnych sytuacjach, które się dzieją. Ja też się wykazuję pewnym refleksem na scenie, ale to w sytuacjach kiedy coś się wali, przewraca dekoracja, siada aparatura i są sytuacje tak zwane stresowe, wtedy radzę sobie w tych sytuacjach. Natomiast jego i tak podziwiam, to już właściwie można o tym głośno mówić, pamięta Pani jak Marysia Peszek zaśpiewała to swoje „pieprzę miasto” w obecności prezydenta tego miasta? To, moim zdaniem, było nadużycie, nie można robić takich rzeczy i pewnie nie obyłoby się bez gwizdów (sam bym gwizdał), to nie było grzeczne i nie było na miejscu, ale dyrektor wpadł i powiedział „przepraszam za każdy słowny grzeszek Marysi Peszek” i rozładował te bombę bezbłędnie.

A.B - Panie Staszku, Pana największa wpadka w KTO.

S.G- A, były różne drobne draki z niedziałającymi mikrofonami itp., ale największa… Była, tak, na konferencji prasowej gdzie śpiewaliśmy po raz pierwszy „Osculati na Frascati” w naszej wersji, a przedtem mówiłem fragment z „Tułacza”. Kiedy zacząłem recytować, zobaczyłem tylko jednego dziennikarza, (bo spotkanie zostało całkowicie zignorowane przez tzw. prasę), który zresztą kompletnie mnie lekceważył, bo Hemar prawdopodobnie kojarzył mu się wyłącznie z homarami. I ja tu walę tekst, i nagle naszedł mnie taki moment wątpliwości, że przecież to zupełnie nie ma sensu, co ja tu w ogóle robię? Jakiś jeden facet siedzi, a ja mu bebechy wywalam… I nagle całkiem stanąłem z tekstem, zacząłem coś haftować i skutek to miało taki, że facet się obudził. Ja gadałem, szły jakieś słowa, które były kompletnie bez sensu, ostatecznie jednak wskoczyłem na właściwy tryb, ale to była wpadka. Potem jeszcze Kijowski mi dokuczał: o, kolega nie powtórzył tekstu. Tak się tym przejąłem, że kiedy później śpiewaliśmy „Osculati na Frascati” dwa razy przestawiłem tekst, byłem poza muzyką.

To był taki dzień wpadek, co mi się na ogół rzadko zdarza, bo jednak człowiek stara się być zawsze dobrze przygotowany, ale zdarzyło się, było.

A.B - Będzie Pan w przyszłym roku jurorem?

S.G- A skąd ja to mogę wiedzieć?

A.B - Można podsumować, że publiczność ogródkowa jest bardziej wymagająca od publiczności teatralnej takiego zamkniętego teatru, ale przez to ciekawsza pewnie…

S.G- Nie wiem czy ona jest bardziej wymagająca… Trudniejsza do ujarzmienia, bo tamci przychodzą i mogą siedzieć w skupieniu, a tu są tysiące rzeczy, które mogą publiczność rozproszyć: nagłe załamanie się pogody, jakiś pies, helikopter…

A.B - Czyli nawiązując do tezy dyrektora, że teatr to miejsce spotkania, czyli, że do ogródka ludzie przychodzą, żeby się spotkać, wypić kawę, pogadać, a to czy się z tego spotkania zrobi teatr zależy od aktora, który wyjdzie i albo ich zaczaruje, albo nie – to Pan się pod tym podpisuje?

S.G- Podpisuję, jako że moja formuła teatru, którą robię w „podgórce” to jest teatr ubogi, w którym jedynym walorem nie jest stara, wytarta walizki czy szalik, ale człowiek, jego oko, twarz, to co z niego płynie. Możliwe, że to ta formuła nas zbliża z Kijowskim.  To jest moja odpowiedź na pytanie czy teatr to miejsca spotkania.  Rozm. Agnieszka Budzyń

Chwilę potem 21.12.2006 porozmawia pani Agnieszka też z Jankiem Pietrzakiem.

A.B - Proszę opowiedzieć o swojej znajomości z dyrektorem Kijowskim.

J.P.- Muszę powiedzieć, że z podziwem obserwuję akcję Andrzeja Kijowskiego, który z Warszawy próbuje zrobić miasto sztuki, miasto wesołe, miasto pogodne, miasto bardzo związane z teatrem, i temu służą te możliwości, które ma. Bo ludzie na ogół są osadzeni w teatrach państwowych, w których, jak w urzędach, wykonują swoją robotę, są funkcjonariuszami państwa, które im za to płaci, dostają pensje, etaty, urlopy macierzyńskie, bilet bezpłatny w jedną stronę i wtedy pracują dla teatru.

A Andrzej robi coś w strukturach nieformalnych, istotnego bardzo i wydaje mi się, że ma wielkie sukcesy na tym polu, mianowicie całe te lata sezonów teatrów ogródkowych, które rozkwitały w różnych miejscach według jego pomysłów, to jest fantastyczna praca. Ja zetknąłem się z działalnością Andrzeja Kijowskiego kilka sezonów temu. Jako człowiek kabaretu, a nie teatru, występowałem najpierw w Dolince Szwajcarskiej, a potem w Ogrodach Frascati. Uważam, że to jest fantastyczne miejsce, świetnie zaaranżowane, na świeżym powietrzu.

A.B - Jak się Panu tam występowało?

J.P.- Dobrze, bardzo dobrze. To jest nawrót do tradycji teatru średniowiecznego, starożytnego, kiedy ludzie się spotykali. Jechał wóz, zatrzymywał się, artyści występowali na wozie, a ludzie stali i podziwiali, wtedy nie było jeszcze budynków teatralnych, a więc to taka dawna tradycja. Kabaret jest pewnym odłamem teatru w gruncie rzeczy, bardziej uproszczonym z konieczności, bo kabaret jest biedny tak jak i działalność Andrzeja Kijowskiego, nie ma na to zbyt wielu pieniędzy tak jak instytucje państwowe, trzeba grać dla ludzi w takich okolicznościach i w takich warunkach jak to jest możliwe, a więc na powietrzu. Wydaje mi się, że zaaranżowanie tych miejsc jest wielką zasługą Andrzeja, zrobił coś oryginalnego i w Dolince Szwajcarskiej, i w Ogrodach Frascati gdzie to się rozwija pięknie i staje się miejscem, które tętni życiem przez wiele miesięcy w roku.

A.B - W okresie kiedy w tych zinstytucjonalizowanych teatrach trwają urlopy, niekoniecznie macierzyńskie, więc nic się tam nie dzieje?

J.P.- Tak, tak, i poza tym zdarzają się tu przedstawienia, zdarzają się ludzie, występy, których normalnie w Warszawie nie można oglądać, więc to jest taka jakby ścieżka off, jak mówią Anglosasi, taki off-brodway pojawia się i bardzo dobrze, że pan Kijowski nie upiera się przy konkretnych gatunkach, że pokazuje wszystko co wartościowe, spektakle muzyczne, kabaretowe, spektakle teatralne również, jakieś grupy oryginalne, które inaczej w Warszawie nie istnieją, bo nie stać ich na wynajęcie sal w – powiedzmy – normalnym sezonie, czy zaistnienie w konkurencji z wielkimi instytucjami państwowymi, a w tej scenerii, w tych warunkach dają sobie radę, gromadzą liczną publiczność, która dowiaduje się o barwnej kulturze, która w ten sposób się przejawia. Jestem wielkim zwolennikiem tego działania pana Kijowskiego i podziwiam, że tak ładnie mu to wszystko idzie.

A.B - Pamięta Pan jakieś szczególne przedstawienie w KTO?

J.P.- Może szczególne to było takie związane z sierpniem, z rocznicą sierpnia, które było bardzo poważne jeżeli o mnie chodzi, poważne piosenki, poważne tematy związane z naszą narodową historią, z Powstaniem Warszawskim. Mam takie przedstawienie, w którym wykonywałem po raz pierwszy swoją piosenkę o Powstaniu i rzeczywiście poruszenie było olbrzymie.

A.B - Pamiętam je, owacja na stojąco…

J.P.- Tak, owacje, bisy, jednym słowem wielkie poruszenie. To daje pogląd na temat tego, że Warszawiacy w takich warunkach nawet, na powietrzu, w otwartej przestrzeni potrafią się i skupić i wzruszać, i bardzo chłonąć treści, które tam im się podaje, czyli w sumie pokazuje to, że miejsce jest dobrze zaaranżowane, miejsce służy wyrażaniu różnych emocji, nie tylko kabaretowych żartów, ale także pewnemu skupieniu, wzruszeniu.

A.B - Ale to również zasługa artystów.

J.P.- Tak, ale artyści nie w każdych warunkach są w stanie się przebić, bo czasami są to warunki nieżyczliwe po prostu, zwłaszcza kiedy jest to sztuka nazwijmy to uproszczona, bez wykwintnej improwizacji, bez bogatych dekoracji, bez dwóch tysięcy prób…

A.B - W teatrze ogródkowym trudno o bogatą inscenizację.

J.P.- No właśnie o to chodzi, to są wymagania artystyczne o niebo wyższe, bo w teatrze ogródkowym trudno o ten cały sztafaż artystyczny, trzeba go zastąpić czymś innym, talent artysty musi pokryć wszystko, braki scenografii czy też padający deszcz, czy wrzeszczące sroki za plecami, to wszystko talentem trzeba pokrywać, a więc tym bardziej jest to pasjonujące wyzwanie.

A.B - W teatrze ogródkowym brak kulis jest Pan bardziej dostępny, bardziej na widoku i  … wszystkie panie mają ułatwioną drogę do Pana ?

J.P.- Nie tylko panie, panowie również, bo to są ludzie, z którymi piłem pod kioskiem piwo czterdzieści lat temu, albo w Hybrydach żeśmy się kolegowali, albo byliśmy razem w wojsku czy w fabryce. Ja w Warszawie znam połowę mieszkańców, Warszawiaków oczywiście, nie mówię o elemencie napływowym, ale do Ogrodów Frascati przychodzą na ogół rdzenni Warszawiacy, tak mi się wydaje z odbioru, co jest dla mnie istotną różnicą.

Ja to wyraźnie widzę na widowni, wiem czy jest element napływowy czy jest warszawski. Moja znajomość z publicznością warszawską od prawie pół wieku powoduje, że mamy zupełnie inne relacje niż z ludźmi, którzy przyjechali tu pięć czy dziesięć lat temu i właściwie dopiero uczą się tego miasta i jego specyficznego nastroju. I z tego punktu widzenia działalność Andrzeja jest też bardzo korzystna, pozwala się skrzyknąć środowisku ludzi, dla których Warszawa jest ważnym miejscem nie tylko jako adres zamieszkania, ale jako pewien zbiór wartości, sentymentów, bo dla każdego Warszawiaka Czerniaków czy te Ogrody na Powiślu mają swój urok i smak młodości, świadomość tego co tam było kiedyś. I takie imprezy w przestrzeni warszawskiej bardzo pomagają określić tę warszawskość.

A.B - I tak doszliśmy do tematu „Teatr to miejsce spotkania”. Zgadza się Pan z dyrektorem, że teatr na świeżym powietrzu tym różni się od teatru zamkniętego, że to teatr przychodzi do widza, a nie widz do teatru, to znaczy, że na artyście ciąży odpowiedzialność wciągnięcia widza w grę, w przeżycia, w emocje, które dzieją się na scenie ?

J.P.- Powiedzmy szczerze, że to jest bardziej dostępne miejsce, codziennie coś innego się dzieje i to sprzyja temu, że się pewna grupa, pewna społeczność gromadzi wokół tego miejsca, które nie ma charakteru repertuarowego tylko co wieczór jest coś innego, coś charakterystycznego, że warto pójść i to jest dodatkowy motyw, dla wielu tysięcy ludzi to jest ważne miejsce w Warszawie. Wiadomo, że teatr jest miejscem spotkania, ważne jaka tradycja się wokół tego wytwarza wokół tego spotkania, kto tam przychodzi, Z mojego punktu widzenia to jest zgromadzenie warszawskie, znacznie bardziej niż w innych placówkach.

A.B - Taka lokalna specjalność.

J.P.- Tak, my się czujemy dobrze, bo znamy to miejsce, znamy te strony, jesteśmy u siebie. Kryją się za tym jakieś psychologie.

A.B - To ostatnie miejsce – Ogrody Frascati, które mamy nadzieję, że już zostanie na stałe, ono znajduje się w centrum miasta, ale jednocześnie jest z tego miasta wyizolowane, wyciszone, nie słychać samochodów, szumu. Z wyjątkiem jakiś emocjonujących wydarzeń na stadionie Legii, można powiedzieć,  że tam jest cisza i spokój.

J.P.- Tak, bardzo to jest fajnie zaaranżowane. Mam nadzieję, że ta inicjatywa będzie się toczyć dalej, że Andrzej rzeczywiście tam od maja do września będzie miał swoją placówkę i że będzie mu to wszystko świetnie funkcjonować.

A.B - Panie Janie, gdyby miał Pan wymienić trzy przymiotniki, które określają dyrektora Kijowskiego, to jakie by one były?

J.P.- Jest na tle innych urzędników bardzo pozytywną osobą, ponieważ ma inicjatywę i ma pomysły i nie boi się ich wcielać w życie, nawet za cenę konfliktów nieraz z różnymi ludźmi i ja to bardzo cenię, bo jeśli człowiek ma odwagę i ma pomysły, i potrafi je jakoś zagospodarować, to jest to taka cecha wyjątkowa na tle spokojnych, uładzonych i bezkonfliktowych urzędników od kultury. Poza tym jest człowiekiem niezwykle wykształconym, inteligentnym, mającym ogromne zaplecze intelektualne do tego co mówi i robi, a więc jego wiedza o teatrach i o całej pracy, którą wykonuje jest olbrzymia, dogłębna i to się liczy. A prywatnie jest miłym człowiekiem, z którym można o wszystkim porozmawiać, pobawić się. Rozumie nie tylko teatry i poważną sztukę, ale również i kabaret. Wydaje mi się, grając od kilku sezonów, że bardzo lubi kabaret i docenia wartość kabaretu w obecnej kulturze, widzi jej znaczenie i ma poczucie humoru. Jest błyskotliwy, inteligentny, śmieje się z żartów… same zalety.

A.B - Proszę mi powiedzieć czy współpraca z dyrektorem także ma same zalety, zawsze wszystko jest zapięte na ostatni guzik, nigdy nie było jakiegoś wywału, wpadki?

J.P.- Nie, nie, zaskoczył mnie tylko raz, na początku, jak zaczynaliśmy współpracę, wygłosił jakieś słowo wstępne, witając nas w swojej placówce i zrobił to wierszem. Byliśmy zaskoczeni z kolegami, bo nic o tym nie wiedzieliśmy, staliśmy za kulisami i słuchaliśmy jak dyrektor rymuje wspominając wiele naszych różnych historycznych spraw, adresów, piosenek, problemów jakie kabaret pod Egidą miewał, to wszystko ujął w bardzo ładną formę wierszowaną.

A.B - Dostał Pan to na piśmie?

J.P.- Tak, tak, i kiedyś na pewno to wydam.

Rozm. Agnieszka Budzyń

Już po świetach ale wciąż z nadzieją, że rozmowy te wykorzystamy w Opracowaniu projektowanym dla XVI KTO i III Ogrodów Frascati

spotka się pani Agnieszka ze Zbigniewem Rymarzem – 22 lutego 2007

A.B - Wie Pan, że to nie będzie wywiad-rzeka?

Z.R.- Nie? A co?

A.B - Kilka – mam nadzieję – wesołych historyjek, które posłużą jako przerywniki dla dyrektorskich tyrad.

Z.R.- Hm, był rzeczywiście taki wesoły akcent… Graliśmy „Lwów”, na Szopena, w „Dolinie Szwajcarskiej” i nagle zerwał się huragan, ulewa potworna, ludzie się schowali, a mnie – od tamtej pory twierdzę, że bardzo dobrze, że się garbię – na plecy spadła zastawka. Gdybym się nie garbił spadłaby na głowę. Wiatr tak miótł, że zalewało scenę, ludzie zaczęli uciekać, trwało to ponad godzinę… Nie skończyliśmy tego spektaklu.

A.B - Jednym słowem: mokry wieczór.

Z.R.- Bardzo mokry, ale czasami tak się zdarza.

A.B - Czy te nieprzewidziane wypadki w ogródkowym teatrze nie wyprowadzają Pana czasem z równowagi?

Z.R.- Nie. Zaczynałem pracę w teatrze pod kierunkiem reżysera, od którego nauczyłem się cierpliwości. To cecha niezbędna w każdym twórczym zawodzie.

A.B - Nie tylko w zawodzie, przydaje się również w kontaktach z innymi. Rozumiem, że dzięki cierpliwości komunikowanie się z dyrektorem Kijowskim nie sprawia Panu problemu.

Z.R.- Nie, spokojnie daję sobie radę. Zresztą, wie Pani, dyrektor jest małomównym człowiekiem.

A.B - Dyrektor?!

Z.R.- Tak, Zazwyczaj mówi tylko jedno zdanie.

A.B - Ale ile to zdanie trwa?!

Z.R.- A, to już inna sprawa…

A.B - Jak się Panowie poznaliście?

Z.R.- Nasze pierwsze spotkanie wyglądało tak, że ja powiedziałem: „dziękuję bardzo, to ja idę do domu”.

A.B - ?

Z.R.- Chodziło o „Lwów”. Przedstawienie zrobione na moich materiałach, wspólna scenografia i reżyseria. Przychodzę na Starówkę, wszystko jest, tylko mojego nazwiska w ogóle nie ma, nie istnieje. Powiedziałem: „no to dobrze, widzę, że dzisiejszy spektakl idzie jako mówiony, to ja jestem wolny, do widzenia”. Rozumie Pani, można mieć cierpliwość, ale pewnych rzeczy trzeba wymagać.

A.B - I jak to się skończyło? Dopisali nazwisko, dokleili?

Z.R.- Nie, nie było jak. Zapowiedzieli, taka specjalna, długa zapowiedź.

A.B - Czyli zrekompensowali faux-pas. Pomimo tego niefortunnego początku współpraca trwa. Co by Pan zmienił w Konkursie Teatrów Ogródkowych?

Z.R.- Przesiałbym wykonawców i zostawił tylko dobre spektakle. Już sama nazwa „teatr ogródkowy” zobowiązuje do jakiś form. Namawiałbym Dyrektora do zrobienia czterech programów ogródkowych. Aktorki w stylowych sukniach, z parasolkami, część operetkowa, potem jakaś jednoaktowa farsa. W tej chwili miejsce na Frascati jest tak ładnie urządzone, ma nastrój, klimat. Można pokusić się o stworzenie takiego cyklu: ogródek fin de siecle’owy, ogródek z czasów pierwszej wojny, ogródek lat dwudziestych i ogródek Dakowskiego z czasów okupacji. To byłaby historia ogródków.

A.B - Świetny pomysł.

Z.R.- Dyrektor zrobił coś wspaniałego, co kojarzy mi się z teatrem, w którym zaczynałem. To było w Poznaniu, za teatrem był ogród, który dyr. Szczerbowski zaadoptował na letnią scenę. No, ale nie o tym rozmawiamy. Wracając do Pani pytania o to, co bym zmienił, jak już mówiłem, przesiałbym wykonawców.

A.B - Co to znaczy?

Z.R.- To znaczy, że częściej sięgałbym na prowincję, bo tam dzieje się wiele ciekawych rzeczy, które można pokazać i dałbym prawo decydowania publiczności o jakości przedstawień od samego początku, czyli od etapu przeglądu. Rozumie Pani? Jury sobie, bo zależy kto będzie w jury, a publiczność sobie.

A.B - A właśnie, a propos, jak Pan tłumaczy fakt, że przez dwa ostatnie sezony werdykt publiczności i jurorów był w zasadzie taki sam? O czym to według Pana świadczy?

Z.R.- O wyrobieniu ogródkowej publiczności, oczywiście, która ma większą odwagę w podejmowaniu decyzji, i o mniej udziwnionej komisji.

A.B - Żartuje Pan sobie…

Z.R.- Nie, pamiętam nagrodzony spektakl, z którego gdyby wyrzucić dwie trzecie, to byłby nienajgorszy, a bez tego był sam bełkot, ale podobał się przewodniczącej jury, która przeforsowała swoją decyzję.

A.B - Acha… To skoro już jesteśmy przy sprawach wątpliwych, miał Pan jakąś wpadkę w KTO?.

Z.R.- Tak, był jeszcze taki incydent na Mariensztacie. Tadek Wiśniewski dostał nagrodę za reżyserię, Monika Świtaj za piosenkę, trzeba było wystąpić, a tego dnia wyszedłem ze szpitala i czułem się bardziej jak rekonwalescent, niż artysta. Ale mimo to stawiłem się o 14:00, żeby zrobić próbę i wszystko byłoby dobrze, tylko nie dowieźli pianina…

A.B - W ogóle?

Z.R.- Nie, na spektakl instrument dojechał.

A.B - To szczęśliwie. A pamięta Pan jakiś szczególny moment konkursu, coś ważnego dla Pana, o czym mógłby Pan powiedzieć: sukces!

Z.R.- Nie ma nic takiego. Wszystkie spektakle grało mi się bardzo dobrze, publiczność dopisywała i dobrze się bawiła. Jedno tylko w plenerze wymaga dopracowania, jak jest wiatr, to fruwają nuty.

A.B - Przecież można je przypiąć.

Z.R.- A jak trzeba ciągle przekładać i przypinać od nowa, to się robią dziury, bo kto w tym czasie ma grać, skoro pianista zajęty jest czy innym.

Rozm. Agnieszka Budzyń

Było już po wyborach. Należało jakoś przywitać się z nową władzą.

Na Sylwestra napisałem wierszyk[2], a potem poprosiłem pania Agnieszkę by dopadła Włodka Paszyńskiego, który –  a ta wiadomość zdawała mi się gwarancją bezpieczeństwa i uczciwości – miał zostać na miejsce Andrzeja Urbańskiego zastępcą obejmującej Urząd Prezydenta Hanny Gronkiewicz Waltz. Dla mnie wydawały się to bardzo dobrym prognostykiem. Byłem wśród samych przyjaciół. Andrzej Urbański był moim przyjacielem i nigdy się tego nie wyprę, Kaczyńskich szanuję obydwu, ale przecież Hanna Gronkiewicz-Waltz pomagała nam zakładać samorząd. W ’92 roku konsultowała Ustawę Warszawską, gdy byłem wicemarszałkiem Sejmiku. No a Paszyński! – Paszczak … był mi przyjacielem jeszcze dawniej niż Jędrek Urbański, poznaliśmy się jak sam powiada przed wojną japońską. Istotnie…

CDN

Przypisy:


[1] Escusi signore „No speaking inglese”
A gdzie kupiłeś sobie takie luks wąsy?
Czy może na stadionie bez praw autorskich?
I gdzie kupiłeś sobie taką super głowę?
Nakrycie na głowę nie musi być typowe
Pytasz się mnie gdy spokojnie sobie leżę
„Sorry mensch – no speaking inglese”
No daj mi Derdziuk wódki, no co ci to stanowi?
„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”


[2] Każdego roku otrzymywali ode mnie radni i prezydenci kartkę wydrukowana w Domu na Smolnej z jakimś najczęściej De La Tourem, tym razem był do Pierro Della Francesca z takim przesłaniem:

Wygranym  Kornie i z nadzieją

Niesiemy mirrę i kadzidło

Wierząc ze złotem się podzielą

By panowanie  im nie zbrzydło


Przegranym! Piosnkę zaśpiewamy

Krzyż Pański czeka wszak każdego

A my z gęślami, z gitarami

Nikomu  nie życzymy złego


Więc dziękujemy dobry Boże

Za nasze spotkania na Dworze

I za rozmowy pod dachami

Za to że nie jesteśmy sami


Przyjmijcie czego trzeba komu –

Kijowski z śródmiejskiego domu

Rozdz.CXII – Z ducha tańca

wtorek, 9 Marzec 2010

Pewna Grupa z Warszawy - Mistrz Pathelin ( spektakl w Dolinie Szwajcarskiej

Wróciłem wprost na XII Konkurs. Był już właściwie przygotowany. Skromniej niż przed rokiem. Dużo skromniej niż dwa lata wcześniej. Bo i pieniędzy było w sumie o ponad 20 tysięcy mniej niż przed rokiem. Wystartowałem więc w tym 2003 roku dopiero 6 lipca. W tym roku także w Lapidarium, które pod swoją kuratelę przejął już stanowczo Sebastian Lenart ze Staromiejskiego Domu Kultury.

Wracając do naszych baranów. Wróciła sprawa miejsca. Do Doliny Szwajcarskiej byłem przywiązany ale przecież nie mogłem tak w kółko tkwić pod namiotami. A czułem, że przeciwciała są dużo mocniejsze. No i z pieniędzmi wcale nie było wesoło. W rozproszeniu poprzedniej struktury Miasta wyciągałem od każdego po trochu. Dzięki Krzysztofowi Marszałkowi ciężar sponsorski przesunął się z Dzielnicy Śródmieście na Gminę Centrum ale jeszcze kapał grosik z tzw. Powiatu i z Sejmiku Mazowieckiego. W sumie byłem w stanie zebrać w granicach 180 tysięcy.

Teraz, po reformie, odebraniu dzielnicom osobowości prawnej, likwidacji powiatu i gminy Centrum i stworzeniu w to miejsce jednego Biura Kultury suma 150 tysięcy, którą Urbański zgodził się z oporami podpisać dla fundacji znajomego ( cóż z tego, że Miastu równie dobrze znanego) zdawała się kwotą astronomiczną. Dostałem więc 154 tysiące od „swoich” czyli …. O 26 tysięcy mniej niż w poprzednim roku od „wrażych”.

Czułem, że coś z tym trzeba zrobić. Że musi być jakieś „nowe otwarcie”. Nieco tylko ( co pozytywnie odróżnialo mnie od wielu) okrojona dotacja z przeznaczona była jak w poprzenim raku na wykonanie ogródka jak dotąd: w Dolinie Szwajcarskiej oraz w odrestaurowanym Lapidarium.

Pewna Grupa z Warszawy - Mistrz Pathelin ( spektakl w Lapidarium)

W trakcie XII KTO postanowiłem odarte przez Sebastaiana z całego swego wdzięku Lapidarium wykorzystać jako platformę reklamową dla Doliny Szwajcarskiej.

II Parada Dionizyjska - sierpień 2003 (XII KTO)

Skupiłem się na Paradzie Dionizyjskiej. Już drugiej. Nie było  więc powodu by nie została lepiej zorganizowana. Zgłoszeń było, wiele a wśród nich teatr tańca z Poznania. Wsiadłem w samochód, z rowerem na bagażniku i pojechałem na Maltę. Poznałem tam naprawdę nawiedzonych tańcem ludzi: Martynę i Piotra Bańkowskich i ich wspaniale roztańczoną młodzież. “Medea – moja sympatia” nazywał się spektakl, który zaprosiłem na otwarcie klasyfikowanej przez jury części konkursu.

A zaprosiłem także po to by mieć tłum zdolnych statystów do przedefilowania z Lapidarium do Doliny w niedzielę sierpniowym wieczorem. W Warszawie to niemozliwe. Po pierwszy każdy jest na urlopie. Po drugie – wpierw pyta o kasę. Przecież zadzwoniłem do Andrzeja Niemirskiego, o którym wiedziałem, że przedstawił Miastu podobny projekt:  Teatralne Parady wszystkich teatrów na wozach. Zaproponowałem współpracę. Wspólne szukanie sponsorów. Nie był tym zainteresowany. Zwróciłem się do Darka Sikorskiego aktora zatrudnionego w niedawno pwstałym Domu Kultury Śródmieście ( jeszcze nie wiedziałem, że za kilka miesięcy przyjdzie mi zostać jego szefem) i on także nie dysponował młodzieżą ( nawet tą z Lata w Mieście) by wzmocnić liczbowo Paradę.

Piotr Bańskowski

Martyna Bańkowska

Baniak jednak potrafi.  ”Baniak” czyli   Piotr Bańkowski to  tancerz, pedagog, ale przede wszystkim choreograf poznańskiego Teatru Tańca Zakręconego, artysta. Swoją przygodę z tańcem rozpoczął w 1984 roku, jak sam mówi – to właśnie wtedy powiedział sakramentalne „tak”. Niebanalny, zabawny, o niecodziennym wyglądzie i stylu bycia, człowiek, który cały jest tańcem

Mówi o sobie w wywiadzie dostępnym w internecie: Kim jest Piotr Bańkowski? -  Na pewno zwariowanym ‘old schoole’m', który bawi się swoją pracą. Moją pasją jest tworzenie, budowanie projektów artystycznych o różnym zabarwieniu. Teraz wróciłem do swoich korzeni, czyli kultury hip-hop i w niej odkrywam siebie na nowo…  Gdzieś po drodze przygody z tańcem zajmowałem się też innymi dziedzinami sztuki tanecznej np. współczesny rap dance. Próbowałem też aktorstwa, śpiewu, studiowałem muzykę, wszystko to jednak kierowało mnie w stronę tańca.

Baniak ma jeszcze znakomitą żonę – Martynę , z którą razem  pracują. Znaleźliśmy szybko wspólny język i krótko mówiąc udało mi się ściągnąć do Warszawy za jakiś symboliczny grosz (zwrot kosztów autobusu i noclegi) tłum roztańczonej młodzieży.

Do nich dołączył Artur Lis. Założyciel towarzystwa teatralnego Makata, z którym poznali mnie Konsekwentni.

Artur to świetny aktor plenerowy, aranżer ale i młody biznesmen. Umie starać się o środki unijne. Realizuje prejekty

Artur Lis (2003)

międzynarodowe. Myślę, że z czasem osiągnie pozycję nie mniejszą od obecnego króla polskich plenerów
– Jerzego Zonia z krakowskiego teatru KTO ( zbieżność skrótów z Konkuresm Teatrów Ogródkowych niezamierzona ale też nie nadużywana chyba nadto przeze mnie). Tak więc zaczął się dwunasty przegląd. Późno i spokojnie. Tak jak jedenasty.

Artur Lis na Frascati ( 2005)

Siedziałem na wsi z dziewczynkami. Na niedzielę zjeżdżałem  do miasta. Tu tylko należało zadbać o kilka plakatów, sprawdzić czy goście zakwatrerowani, jeszcze kotyliony „Braw” i „Klap”. Programy w formacie A-4 składny moim zwyczajem na pół do postaci broszuki  w Verso drukowałem ze sporym wyprzedzeniem. Słowem rutyna.

CDN – Rozdział CXIII –  Karaoke czyli wspólne śpiewanie

Rozdz. IX. Igrzyska

czwartek, 9 Lipiec 2009

Czy ja ten ogródek traktowałem serio ? Czy przypuszczałem, że może się on stać osią mego życia ? – I tak, i nie. Jakoś nie do końca, bez determinacji jednak robiłem wszystko by nie wyrzucać sobie, że czegoś zaniedbałem. Chodziłem więc od burmistrza Rutkiewicza do jego zastępcy Janka Latkowskiego szukając nieco bardziej instytucjonalnej bazy dla tworzącej się imprezy. W okresie zawieszenia między „Nowym Światem” a „NTW’ przygotowałem też projekt „Śródmiejskiego Banku Kultury”. Potem przekształciłem go w „Śródmiejski Impresariat Kultury”.

Ale nasz czas się kończył. W czerwcu przegrałem wybory na radnego kandydując poza partiami z Forum, które nazwaliśmy Warszawskim Forum Samorządowym.

Do Warszawy wracali przyczajeni przez minione cztery lata tzw. dobrzy fachowcy chociaż partyjni. Solidaruchy takie jak ja lądować miały na śmietniku historii. Było w tym sporo naszej winy, niefachowości, buty. Choćby takiej jaka wywołała idiotyczny spór Rutkiewicza z Kilińskim, w efekcie którego zaproponowano mi bym Teatry Ogródkowe prowadził na środku Staromiejskiego Rynku

Konkurs na Ogródkowy Spektakl Teatralny nazwy: KTO dorobił się w trzecim roku istnienia. Pierwszy plakat wykonano właśnie na konkurs IV. Już w Starej Dziekance. Straciwszy ( z końcem czerwca) ostatecznie pracę w „Polonii 1” ( Grauzo sprzedał stację niejakiemu Verdianiemu) wysyłałem sygnały do Waltera zakładajacego właśnie TVN, do WOTu, którego szefem został właśnie na krótko Maciej Rembiszewski. Jednocześnie uzyskałem kontrakt z Komitetu Badań Naukowych na produkcję filmów oświatowych. Kontrakt pozwolił mi przeżyć rok.

Szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałem kim jestem. Już nie dziennikarz, jeszcze nie telewizyjny producent, nie artysta ale też pozbawiony finansowego zaplecza niby biznesmen. Suma sumarum rozmowy z WOTem nie wyszły, Walter z TVN-u odwołał spotkanie. KBN szedł ( ale nie doszedł) w innym kierunku.

Czwarty konkurs zapisał się w mojej pamięci: plakatem, nowym, wolnym od lęku przed deszczem lokalem, no i pierwszym kontraktem, który sprawił, że zacząłem myśleć o imprezie też jako o potencjalnym źródle utrzymania. Pod koniec konkursu wydaliśmy folderek, napisałem doń wstęp. Pierwszy raz popatrzyłem wstecz: na odbyte spektakle, wręczone nagrody. Zacząłem rozpoznawać otoczenie: gromadzić przyjaciół.

Pojawił się już po raz kolejny Teatr Pod Górkę Staszka, przybyli Hankiewiczowie z Teatru Tradycyjnego w Krakowie, Stanisławiakowie z Katowic, pojawił się po raz pierwszy Teatr Atlantis Jacka Pacochy. Aha! Zamówiłem biało czarne zdjęcia. Widać na nich, że jury do wina stosunek miało nieobojętny.


Od lewe:j W.Malajkat,  I.Cywińska, J. Sieradzki i A.T.Kijowski


Rozdz. VIII. Habent sua fata … territoria

czwartek, 9 Lipiec 2009

Miały przecież swych właścieli – przestrzenie. Poukrywali się wówczas, na nowo określali obszary, szukali porozumienia z nową władzą. Ale wszak nie byli to ludzie nowi.

Lapidarium formalnie należało do Muzeum Miasta Historycznego Warszawy, kierowanego – przez pól wieku nieprzerwanie ! – od roku 1951 do 2003 przez profesora Janusza Durko. Człowieka, o którym ostatnio mówiono, że równie mocno osadzony był w Kurii jak niegdyś w KC, w którym od 06.06.1968 do 12.03.1971 pełnił obowiązki kierownika Zakadu Historii Parii przy KC, od 12.03.1971 do 04.08.1981 kierował zaś Centralnym Archiwum KC.

Tak,  Rynek Staromiejski to przestrzeń tajemnic. Strona Dekerta: wszystkie kamieniczki w całości wypełnione przez Muzeum Historyczne M.St. Warszawy

Stronę Dekarta nazwawszy stroną Durki, stronę Kołątaja, tę z Fukierem łatwiej zapamietać nazywając dziś Stroną Gesslerów, Stronę Zakrzewskiego ( od Hortexu i Krokodyla) – stroną Jachacego.

Ale najciekawsza jest strona Barsa z Dessą, z dawną Piętakową (wdową po poecie) przy Kamiennych Schodkach na krańcach, a między nimi z Klubem Księgarza od dwudziestu z górą lat zawiadywanym przez Jana Rodzenia, byłego Komisarza Stanu Wojennego w Warszawskim Ośrodku Kultury, którego dyrektorem był od roku 1982; z Muzeum Literatury od przeszło trzydziestu lat kierowanym przez profesora Janusza Odrowążą-Pieniążka – kto pamięta, że to były wiceprzewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej za wczesnego Gierka. Wreszcie historyczna siedziba klubu Krzywego Koła czyli Staromiejski Dom Kultury, którym zarządzał świeżo podówczas wyzwolony spod bezpośredniego (przynajmniej formalnego) nadzoru rozsypującego się Socjalistycznego Związku Młodzież Polskiej – Sebastian Lenart, pracujący tam też od lat trzydziestu z górą.

Trzeba było 15 lat by Lenart ( i to pod rządami Kaczora!) jawnie odkrył swoje korzenie. Spisując dzieje SDK przyznał, że z punktu widzenia kultury komunizm nie jest niczym gorszy od kapitalizmu. Dla niego zaś  wolność zaczęła się nawet nie w czerwcu ’89 lecz w roku 87 kiedy to przekazano SDK ówczesnemu całkiem jeszcze komuszemu wojewodzie. No cóż, jeśli popatrzeć na ten wywód z tą wiedzą, którą dzisiaj mamy na temat faktycznego wpływu „głasnosti’ i ‘pieriestrojki’ na przewrót Okrągłego Stołu – trzeba przyznać, że mało może patriotycznego romantyzmu lecz sporo jest zimnej logiki w tym wywodzie.

Wtedy jednak wszyscy byli cisi i oczywiście bardziej od nas fachowi. Pomocą służyli, swoje mieli też w tym wyrachowanie.

Jakie ? Pokazały lata. Chyba już podczas pierwszego konkursu pani Maria Chmielewska proponowała radnemu, że organizacją ogródków teatralnych mógłby się zająć Staromiejski Dom Kultury. Jakoś nie miałem ochoty. Niezależność była dla mnie najwyższą wartością. O pieniądzach – po prostu nie myślałem. Pieniędzy też nadmiernych nie było. Więc w czasie pierwszego konkursu przybiegała Ewa Janowska – malutka, energiczna urzędnicza ze śródmiejskiego Wydziału Kultury i co tu wiele kryć: tuszowała kiksy pana marszałka, który np. -  nie pomyślał w porę o pianinie. Wtedy ściągała je awaryjnie z SDK-u od Sebastiana. Wydział też dogadał się z Mirkiem Wróblewskim, który nagłaśniał organizowane przez Kilińskiego w Lapidarium koncerty. Coś mu płacili. Zapłacono też jakieś śmieszne grosze jurrorom. Honoraria pokryto w pierwszym roku za pośrednictwem Muzeum Historycznego, potem – jak pamiętam poprzez Staromiejski Dom Kultury Sebastiana Lenarta: koszt nagrody, kilku noclegów i przejazdów.

Organizacja krążyła więc gdzieś nad moją improwizacją. Organizacja i nadorganizacja, bo jak wiadomo w trzecim roku ogródka na Starówce pojawiła się tzw. mafia. Tu już nie chcę udawać, że rozumiem więcej niż pojmuję. Interesy pp. Jachacych i Gesslerów, ich rozgrywki z Jackiem Kilińskiem przekraczają moje kompetencje.

Rokita nie przyszedł. Wiedział pewnie, że za kilka dni do Nowej Telewizji Warszawa, w której jeszcze w Czerwcu realizowałem ( jako pirat) wywiad z urzędującym Prezydentem RP Lechem Wałesą wkroczą pachołki ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w rządzie Pawlaka – Cimoszewicza.

Ten jakże szanowny dziś kandydat na wysokie unijne stanowiska nie zawachał się by zdjąć z anteny ściągającą już wielki plaster z reklamowego stołu komercyjną stację, która bardzo przeszkadała zarówno publicznej TVP jak czającym się już do skoku ludziom Solorza i Waltera. Tak więc na Grzybowską 77 wkroczyła policja. Nawet grzecznie mnie przesłuchano. Było trochę medialnego szumu, Grześ Kalinowski ( dziś komentator sportowy w TVN) lamentował w Wiadomościach Wieczornych  lecz… codzienny niezależny sygnał zamilkł. Koledzy stracili pracę. Mnie w sumie Włosi potraktowali najlepiej. Jeszcze przez rok będę nadawał, już nagrywany „ATaK Show” przez satelitę „Polonii 1″.

Na Starówce też skończyły się żarty. Tu grano jeszcze ostrzej.Ktoś kogoś szantażował, ktoś ( czyli Wróbel) haracz zapłacił, a Kiliński przyznał się do tego. Ktoś zorganizował  bojkot, ktoś czyli najemcy Lapidarium nie wzięli w nim udziału. Dość, że burmistrz Jan Rutkiewicz się wściekł, wycofał Konkurs i zaczęły się naciski na mnie bym grał na Rynku. Na samym środku placu ! Pomiędzy powstałymi właśnie w tym roku na rynku Ogródkowymi Kawiarenkami.

Bo wcześniej ich nie było! Przez dwa lata Lapidarium było jedynym miejscem, gdzie miał szansę zatrzymać się turysta. Teraz zorientowano się, że imprezy, które nota bene wieczorem właśnie wyciągały klientelę z Rynku do urokliwego Lapidarium mogą przyciągnąć widzów. No więc dano mi szansę, a ja nie skorzystałem. Mówiłem, że teatr, intymność, l’ambiance. Przypominałem film „Mefisto” z Brandauerem i przypadek agorafobii. Patrzono na mnie z politowaniemi. No cóż „miszigene”. Zatem dopiąłem swego. Pan Grocholski z Londynu nie zgodził się wystąpić na wskazanej przez Wydział Kultury estradce, przenieśliśmy się do Gwiazdeczki.

A Rynek ? Rozwijał się swoim rytmie. Było lobby, potrzebny był produkt. Wymyślono: Jazz na Starówce. Powstał dokładnie w tym samym ’94 roku. Powstał dla Ogródków. Z mojego konkursu przejął tylko jedno: cykliczność. Dlatego dziś może nazywać się najdłużej trwającym festiwalem jazzowym Europy. I choć hałasu pewnie sobotni jazz powoduje więcej niż ogródkowe poniedziałkowe występy w Dolinie Szwajcarskiej, protesty mieszkańców nie czynią większego wrażenia na władzach miasta.

Choć … przebąkiwał był mi Andrzej Urbański, gdy był wiceprezydentem ds. kultury, iż Lech Kaczyński, który mnie ostatecznie z Doliny Szwajcarskiej wykurzył, miał zamiar i z jazzem potańcować.

Tyle, że Krzysztof Wojciechowski – spokojniejszy. Nie plecie o budynku, nie uzgadnia zabudowy, nie zaniża kosztów. Raz w tygodniu wystawia na rynku koszmarną scenę za kilkanaście tysięcy złotych, po dobrym koncercie scena znika i nikt nie liczy, że za pieniądze wydane na jej instalację można by może w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem Warszawskim rekonstruwanych już lat bezmała dwadzieścia – wybudować amfiteatr.

Ale amfiteatrem nie nacieszą się najemcy rynkowych kawiarenek ani nie utrzyma się z jego budowy Stołeczna Estrada.

W każdym razie nie utrzymała by się wtedy. Jeszcze przed podnoszącymi przekręt do artystycznych wymiarów ustawami: o finasach publicznych, o zamówieniach publicznych, że o pożytku publicznym nie wspomnę.

Skoro więc poddałem dobrowolnie temat Starówki, zaproponowano mi inne miejsce. Niby nic, niby jak: ktoś z Wydziału Kultury wskazał mi dziedziniec Starej Dziekanki z piwiarnią pana Pszczoły. Spodobało mi się. I tak przypadkiem ten może właśnie telefon zdecydował o mym całym życiu: wzlotach, upadkach, bakructwie, rozwodzie – i działaniu w poczuciu jakiejś coraz wyraźniej konkretyzującej się misji, działaniu pozbawionym stricte finansowego celu (choć pełnym marzeń o bogactwie). Opartym jednak przecież na pragnieniu pozostawienia po sobie czegoś trwalszego od spiżu, a nawet od poematu. Stworzenie schroniska  dla wspólnoty, która może się nawet bez budynku obejść. Coś niby instytucji, kościoła, jak ją dziś odnalazłszy nazywam – kulturalnej wspólnoty.

I stąd największym Cezar historykiem,

który dyktował z konia. Nie przy biurze

I Michał Anioł, co kuł sam – w marmurze.”

(zacząłem powtarzać)

W zasadzie wszystko się skończyło. Wszystko, co oparte było na samorządowej władzy i telewizji i – miejscu.

Rozdz. VII. Spotkanie z Lapidarium.

czwartek, 9 Lipiec 2009

Powyższe było pisane w 1987 roku. Nie bez doświadczeń Stanu Wojennego. Teatru Domowego, którego organizacja w domu mego nieżyjącego Ojca na Jaworzyńskiej i u Hani Kirchner na Jelonkach była moim bodaj pierwszym doświadczeniem organizacyjnym w teatrze. I w tedy przyszło to trzecie

Przyszło - Lapidarium

Bodaj w 91 kiedy Andrzej Urbański był krótko wydawcą Pegaza, a ja pracowałem jeszczej w „Tygodniku Solidarność”, w którym właśnie przeprowadziłem ankietę pt. Głosowanie imienne pytając o celowość istnienia Ministerstwa Kultury oraz o to jak dalece teatry winny być dotowane - zgłosiła się do mnie TV bym się wypowiedział nt. dotacji dla sztuki. Materiał miał oczywiście tezę. Artyści chórem narzekali. Toteż nie znalazłem swojej „setki” między wypowiedziami od wszystkich  Englertów pobranych. Nie znalazłem bo pamiętam, co wtedy mówiłem. Jako starówkowy radny zaprosiłem kamerę na ulicę Nowomiejskią. Stanęlismy na wprost Lapidarium.

Na tym  Dziedzińcu Muzeum Historycznego m. st. Warszawy próbował zadomowić się teatr. W 91 roku grali tam „Lizystratę” Arystofanesa. Bardzo spodobała mi się ta idea. Byłem ‘za’ i twierdziłem do kamery, że to najlepszy dowód, że nie jest źle, że reformy, swoboda dobrze służą sztuce.

- Nie był to słuszny pogląd. Może nawet niesłuszny. Nie pojawiłem się na ekranie, a po roku aktorów także tam już nie było. Pojawił się za to Jacek Kiliński. Znałem go jeszcze z Komitetu Obywatelskiego, z ramienia którego rok wcześnej zostałem staromiejskim radnym Śródmieścia.

Jacek to kupiec, plastyk ze Starego Miasta, który od malowania portretów w stylu Montmartre w latach siedemdziesiątych przez dziuplę w Barbakanie, Muzeum SZEWCÓW na Szerokim Dunaju doszedł do sklepu z pamiątkami na Nowomiejskiej. Sklep jakiego dziś nie powstydziłby się paryski Beaubourg powstał w lokalu dawnego MPiKU. Jacek to człowiek z fantazją. Marzyły nam się kluby, gazety, barki. Inicjatywa goniła pomysł. Tu niejaki Wolski otworzył barkę na Wiśle (skończyło mu się na Volfra Taxi…), tam miał powstać elitarny klub zamknięty na angielski wzorzec, gdzie indziej w podwórku – kafejka. Poszedłem do niej. Na dziedziniec Lapidarium, który Jacek podnajął od profesora Durko szefa ( od 1951 roku nieprzerwanie do roku 2001) Muzeum Historycznego m.st.Warszawy. Poszedłem z młodą żoną i oniemiałem. To jeszcze nie był czas ogródków. Rynek Staromiejski był pusty. Lapidarium święciło triumfy. Wybudowano małą scenkę na której w weekendy Mirek Wróblewski czyli Wróbel organizował koncerty. ( W 1993 był nawet „zamówiony” do Lapidarium Bill Clinton i miał grać na saksofonie. Jednak jak stwierdził Jacek „Hilary była zmęczona..”).

Mirek był szefem sali, którą zorganizowano na zasadzie holdingu. Ktoś wział w ajencję bar. Ktoś handlował colą. Kto inny smażył creepsy w paryskim stylu. Butelka zmrożonej białej bułgarskiej Sofii wartej w sklepie wówczas 3 zł u Kilińskiego kosztowała może 5 zł. A piliśmy ją na galeryjce na wygodnych plastykowych krzesełkach, które wraz z parasolami Jacek dostał od coca-coli. Niech się schowa Madryt czy Sewilla, gdzie widziałem takie zaułki. Podczas wędrówki maluchem po Hiszpanii w ’88 roku, bodaj w Granadzie w  jakimś podwóreczku podglądałem występ teatralny czy cyrkowy. Ale tam po pierwsze i ostatnie nie było mnie stać na przestąpienie progu. A tu .. no właśnie. Tylko teatru brakuje.

Lapidarium zrobiło się modne. Jak zakładany właśnie przez Maćka Nowaka przy warszawkim ZASPiE Goniec Teatralny. I jego pierwsi redaktorzy.

W kwietniu ’92 próbowałem z Anią Kowalską (do dziś redagującą Mazowiecki Informator Kulturalny przy MCKiS) i Hanią Zielonką odtworzyć WIK czyli Warszawski Informator Kulturalny, który podopadł przed laty. Zacząłem kręcić się wokół Warszawskiego Ośrodka Kultury, któremu jak się okazało przekazano prawa wydawnicze. Siedzieliśmy zatem razem z moim ówczesnym zespołem (po „Tygodniku Solidarność” krótko kierowałem działem kultury w efemerydalnym dzienniku „Nowy Świat”, z którego mnie właśnie Piotr Wierzbicki wyrzucił). Rozmawiałem więc z Jackiem Cieślakiem ( właśnie zmykającym do Rzepy) z Tomkiem Płuciennikem, który osiadł jako wydawca w TAI) z Darkiem Wieromiejczykiem ( późniejszym szefem Telewizyjnej Agencji Filmowej za prezesury Bronka Wildsteina) ,  z nieżyjącym już Julkiem Gostkowskim, z Ewą Gałązką, Tomkiem Mamcarzem. Przypomniał mi się teatrzyk grający w Lapidarium przed rokiem. Któryś z teatrologów wspomniał XIX wieczne teatrzyki ogródkowe, o których nauczała nas w PWST pani Barbara Lasocka. Co to dla nas: odtworzymy. Wykrzyknąłem. Kilińskiemu też zapaliły się oczy. Zaraz zaproponował logo. Pamiętam wizytówkę. ‘Pierwszy Teatr Ogródkowy’. Ale skąd pieniądze ? Nie sposób przecież ze środków społecznych  wspierać wprost prywatnego biznesu. Ani liczyć na to, że pomysłowy biznesmen nie da się aktorkom zbajerować.

I tutaj zaczęła się moja rola. Bo kto miał by dać dotację? Kto gwarantować poziom? Fakt: miałem wszystkie sznurki w ręku. Byłem dziennikarzem, felietonistą kulturalnym II programu Polskiego Radia, do którego chętnie wówczas mnie Iwona Smolka zapraszała, przewodniczącym Komisji Kultury, Oświaty i Sportu posiadającej wówczas osobowość prawną Dzielnicy Śródmieście. Byłem też Wicemarszałkiem Sejmiku Warszawskiego, gdzie miałem faks i xero, komputer z Worksami i programem Banner Mania, na którym przez trzy pierwsze lata rzeźbiłem programy Konkursu na Teatralny Spektakl Ogródkowy. No i last but not least Piotrusia Królikiewicza, pełnego filozofa, teatralnego rekwizytora, a jak się z czasem okazało znakomitego samorządowego urzędnika, którego z konkursu pozwolił zatrudnić mi Piotr Fogler, z którego ( Królikiewicza) pomocą, na papierze ( transparentnie!) dostarczonym z Urzędu Dzielnicy Śródmieście drukowałem pierwsze programy.

Musieli mieć zabawę ochraniarze z Placu Bankowego widząc jak często po nocy pan marszałek atakuje ratusz od strony wjazdu z Elektoralnej, przechodzi przez płot nad ciężką metalową bramą ( jak wiadomo skoki przez płot cieszyły się wówczas jeszcze dobrą sławą) by po nocy w zaciszu gabinetu sejmikowego zająć się no właśnie … wiele mogło by im przyjść do głowy, ale chyba nie to, że miast kserować akty notarialne lub badać akta własności gruntów miejskich zajmuję się produkowaniem teatralnych programów. Na posiedzeniu zaś Zarządu Miasta miast zadbać o wykup działki w Kampinosie, pod nosem prezydenta Wyganowskiego darłem karteczki stęplując je na pierwsze amatorskie bilety dowiadując się od zarządzającego miliardami skarbnika miasta jak skonstruować książkę biletową.

No cóż – nie ma już tego prezydenta. Parę osób znikło, ktoś siedzi. Kogoś już z pudła wypuszczono. Ktoś inny pewnie nigdy nie siądzie bo prawników ma dobrych, a powiadają, że stał się jedną z osób najmajętniejszych spośród radnych… Piotruś  też dał się kupić …

Mnie, z tej historii udało się wykreować Konkurs. Konkurs, który trwał piętnaście lat – tyle co Polska między sojuszami.

Ten kawał historii współczesnego teatru powstał z poparciem samorządu. Ale też to byli inni radni, niż ci partyjni zakładnicy, którzy dziś podpisują diety. To była Rada z Janem Ekiertem profesorem fizyki i prorektorem politechniki na czele. A moim zastępcą (adiunkta i redaktora) była profesor polonistyki UW Maria Straszewska. Tym ludziom: architektowi Janowi Rutkiewiczowi, który był burmistrzem, Marcinowi Sobockiemu jego zastępcy nie długo trzeba było tłumaczyć na czym polegają ponaddzielnicowe, a nawet ogólnopolskie zobowązania gminy będącej Śródmieściem Stolicy Polski. A gdy ich zapewniłem, że do Jury zaproszę takie sławy jak Adama Hanuszkiewicza, Izę Cywińską ( świeżo po zakończeniu misji ministra kultury w rządzie Tadeusz Mazowieckiego), Jacka Sieradzkiego z „Dialogu”, ówczesną recenzentkę teatralną „Gazety Wyborczej” Wandę Zwinogrodzką i Pawła Konica wówczas kierownika literackiego Teatru Dramatycznego wszyscy byli zachwyceni, a burmistrz Rutkiewicz mianował mnie kierownikiem artystycznym i wyasygnował jedyne 60 mln zł czyli 6 tys.$ na nagrody. [po piętnastu latach suma nagrody  na imprezie  z dwustukrotnie zwiekszoną publicznością wzrosła niewiele: w roku 2006 wyniosla 30 000 PLN czyli oscylował w granicach 10 tys.$ ].

Podejrzewam jednak, że radni I kadencji odrodzonego samorządu decyzje burmistrza kontrasygnowali z taką ochotą, gdyż mieli w tym b wyrachowanie. Rozumieli dobrze, ze jak się pozwoli przewodniczącemu komisji kultury, oświaty i sportu realizować w plenerze – może będzie mniej swoją grandelokwencją na każdy temat na radach się popisywał… I nie pomylili się. Ogródek zaczął oplatać mnie jak powój.

Najbardziej zależło mi na niezależności jury. By żaden sponsor ani radny nie miał wpływu na werdykt.

Dla zaspokojenia ambicji powołaliśmy też Komitet Honorowy z Rektorem PWST Janem Englertem, Burmistrzem Dzielnicy Janem Rutkiewiczem, Dyrektorem Muzeum Historycznego M.St.Warszawy prof. Januszem Durko oraz Jackiem Kilińskim szefem Lapidarium.

Pierwsze posiedzenie jury odbyło się na bocianim gnieździe – jak by można nazwać przepiękny salonik, którym Muzeum Historyczne dysponuje na najwyższej kondygnacji kamieniczki Dekerta. Nie zostawszy przewodniczącym jury Hanuszkiewicz natychmiast stracił zainteresowanie dla zasiadnia w jury, w którym poza tym miała uczestniczyć nie należąca do miłośników mistrza Adama – Wanda Zwinogrodzka.

Adam (czyżby dlatego, że przyjaciel domu od lata szczenięcych znajomy) okazał się więc pierwszym i jedynym humbugiem z mojej strony. Reszta była niezawodna. I to jury nazywałem długo najlepszym i głównym produktem teatru ogródkowego. Po roku doszlusował Maciej Wojtyszko, po dwu Wojtek Malajkat. Wanda była gdy jej czas pozwalał. Całe to jury wierne i zdysplinowane służyło ogródkowi z oddaniem i niemal charytatywnie przez lat siedem.

To niezależność jury stworzyła jak sądzę markę Konkursu Teatrów Ogródkowych, na którym debiutowała Edyta Olszówka,

przedstawiali się warszawskiej publiczności Jolanta Fraszyńska czy Grupa Rafała Kmity, święcił pierwsze triumfy Bronisław Wrocławski czy Kabaret Moralnego Niepokoju.

Zaczęła się walka o formę. O to czym ogródek być może a czym nie powinien. Przyszła telewizja.

Tzn. telewizja publiczna pojawiła się zaraz. Jak dziś pamiętam drugą bodaj w mym życiu wizytę w studio Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego (nikomu jeszcze nie śnił się WOT) u Anny Frankowskiej. Było pięknie, byłem próżny i pełen najlepszych intencji, ale materiał, ze mną jako gościem Kuriera spadł ponieważ bodaj pierwszy raz szosy zablokowali, ziarno rozrzucając jacyś rolnicy z nikomu nieznanym  excusez le mot Andrzejem Lepperem na czele. Cóź szybko poczułem te kłody…

By mi to jakoś nagrodzić nazajutrz odnalazł mnie Janusz Leśniewski też wówczas pracujący w Kurierze i miast wywiadu w studio zrobił (nagrywaliśmy to w Fosie przy Placu Zamkowym) pierwszy materiał o Teatrze Ogródkowym w Lapidarium. Opowiadano potem, że i jemu łatwo nie było. Któryś z wydawców obsztorcował go zdrowo za zrobienie materiału, kryptoreklamowego, bowiem zdaniem nadredaktora zza pleców widowni wkręciło się w kadr całkiem nieodpłatnie logo coca-coli, pod której parasolami rzecz się działa.

Zatem na początku media były dla nas łaskawe. Jacek Cieślak załatwił zdjęcie z pierwszego teatrzyku w Rzepie. Wanda przychylność Wyborczej. Inny z moich studentów pracujący w TeleExpresie niejaki Michał Jacoszek rzeźbił 30 sekundowe newsy z teatrzykówna 17:15. Zgłosiła się nawet Magda Gardowska, która moją wypowiedź o teatrzykach puściła w I pr TVP po głównym wydaniu mających jeszcze dodatek kulturalny niedzielnych wiadomości wieczornych. To były piękne dni. I świat zdawał się kłaniać nisko.

Ale zachciało mi się więcej. Bo tego pierwszego ogródkowego lata, w trakcie którego ze zmiennym powodzeniem walczyłem o reaktywację Warszawskiego Informatora Kulturalnego układając dlań  fantastyczne marketgingowe plany,  jednocześnie wygrałem swoisty casting urządzony przez Niezależną Telewizję Polską, która miała być pierwszą komercyjną stacją telewizyjną. Od Gabriela Maretica, Teresy Kotlarczyk, Krzysztofa Wyszyńskiego, Michała Komara, Mirka Chojeckiego wpadającego na nasze kursy Andrzeja Wajdy, a wreszcie podczas stażu w sardyńskiej prywatnej telewizji Videolina w Cagliari nauczyłem się nowego zawodu.

Od grudnia 92 roku zacząłem więc pracę w Nowej Telewizji Warszawa, gdzie bardzo szybko sam sobie stałem się sterem, żeglarzm, okrętem. To był istny obłęd. 150 godzinnych audycji, 100 półgodzinnych live-ów, ponad 700 dwuminutowych newsów oraz… blisko trzydzieści ogólnopolskich transmisji z Teatru Ogródkowego.

Angelo Palla nie wahał się długo, gdy w czerwcu 93 roku pokazałem mu Lapidarium. Ustawa o prawach autoskich była jeszcze w powijakach, więc kto chciał i hopnorarium nie żądał mógł dać się całej Polsce oglądać. Nie ma co kryć. Przez dwa lata wypromowałem imprezę. Przyjeżdżałem z kamerą jako dziennikarz pod bramę Lapidarium, stawałem przed nią i zapraszałem jako organizator ( taka zakamuflowana forma nieakceptowanego jeszcze wówczas niewiedzieć czemu standuppera). Następnie z operatorami:  Boneckim, Rutkowskim lub Machnowskim kręciliśmy zdjęcia. Wracałem do stacji gdzie napisany przeze mnie komentarz najczęściej wgrywał zawsze najbardziej solidarny z dziennikarzy Jarek Kret, montował Eryk Dankwa, Pawka lub Walkiewicz i naród dowiadywał się, że Lapidarium czeka.

Czekało. – Ludzie też na nie czekali. Ja działałem jakby w transie,  obłędem niesiony. Choć inni, pamiętam komentarz Krzyśka Wyszyńskiego z NTW ( „promujesz sobie imprezę”) – myśleli, że więcej rozumiem. Z tymczasowości, szansy nie do zaprzepaszczenia, niepowtarzalności okazji. – A ja jak dziecko spuszczone z lejcy bawiłem się sznureczkami. Miałem wszak zadrę w stosunku do Szkoły Teatralnej, gdzie podziękowano mi za pracę. Chciałem pokazać, że sobie poradzę. Jednak nie przeciw nim, lecz z nimi, może nawet dla nich. Chciałem, by ze mną współpracowali. Englert czy Lasocka z wysoka spoglądali na profesora, co się stoczył do gminu, lecz już inaczej śpiewał Faber, zastępca ekonomiczny, którego prośby o dotację dla szkoły były w miarę możności ( nie małych!) dzielnicy przychylnie i bezwarunkowo rozpatrywane. Faber dopierow wtedy zaczął mnie zauważać. Cóż lubię dawać. I jeśli władza ma dla mnie jakiś urok to wtedy, gdy daje, gdy może być łaskawa.

Impreza nabierała impetu. „Nowa Telewizja Warszawa” była całkowicie finansowana i technicznie też obsługiwana przez Sardyńczyka Nicola Grauso i jego Staff. Ci pokazywali nam jak sprawnie i efektywnie pracować. Bardzo się to nie podobało pełnym ambicji filmowcom po łodzkich szkołach ale nie ulegało wątpliwości, że włoskie systemy lepiej były dostosowane do komercyjnej rzeczywistości medialnej. Na moje spektakle przyjeżdżali małym transmisyjnym wozem ( kierowca i elektryk w jednej osobie oraz  realizator w wozie, plus trzech czasem czterech operatorów). Kto do dziś o takiej ekonomii słyszał w Telewizji Publicznej gdzie transmisja zaczyna sie od tuzina honorariów ! Zatem Włosi przyjeżdżali i a vista, montując obraz z trzech kamer jak przy realcji na żywo nagrywali spektakl grany w poniedziałek. W środę przybiegałem do wykładanej czerwonymi kafelkami dawnej siedziby Życia Warszawy (też kupionego przez Grauzo) przy Marszałkowskiej jeden,  z Renato montowaliśmy czołówkę i napisy końcowe, korygowaliśmy ewentualne błędy żywego montażu, betę w specjalnej maszynie kopiowano na dwanaście U-Matic i w niedzielę we wszystkich lokalnych stacjach Polonii 1 w praiteimie można było nasz Ogródkowy Teatr Telewizji oglądać.

Minęły dwa lata. Pod wąskim daszkiem, na plastikowych krzesełkach, pod cieniutkim parasolkami rozkręcał sie teatrzyk. Głównym produktem było wciąż jury ale i telewizja grała swoją rolę. To było wielkie być albo nie być. Kto nie udźwignął monodramu Zoszczenki i dał się całej Polsce pokazać, ten nie powie, że aktorstwo nie dało mu szansy i cieszy się zapowiadając w radio czy referując pogodę, kto zagrał jak Edyta Olszówka bosko w „Spacerku przed Snem” ten do dziś z Teatru TV nie wychodzi.

Aż przyszedł ten deszczowy dzień.  Lało jak z cebra. Wracałem z nabytych przed rokiem za zarobione w „Poloni 1” pieniądze Ołtarzy-Gołaczy gdzie zostawiłem żonę z dwiema córeczkami. W NTW miałem umówione „A Teraz Konkretnie” z Janem Rokitą. W Lapidarium spektakl. Ale nie tylko deszcz przeszkodził w odbyciu tego przedstawienia.