Rozdz. XXV. Pisarz Gminny

Pamietam ich. Znam. I chciałbym szanować. Jako krakauer i potomek wielu chyba pokoleń galicyjskch zarękawków akceptuję urzędnika w sposób naturalny. Z drugiej jednak strony jako syn uciekiniera z banku traktuję urząd lekko.

Przez pięćdziesiąt lat od 1939 do 1989 roku niszczono w Polsce klasę urzędniczą. W 89 roku przyszedłem do samorządu aby ją odrodzić. Chcieliśmy by radni byli intelektualistami, urzędnicy inteligentami. I to się w jakiejś mierze udawało. Szczególnie w pierwszej kadencji. Kadencji architeków, urbanistów, lekarzy, nawet pisarzy.

Potem, co naturalne, następowała specjalizacja. Tworzyły się grupy nacisku. Struktury pośrednie. Radnym I Kadencji zostałem z Ramienia Komitetu Obywatelskiego Starego Miasta. Tworzyli go wtedy Jacek Kiliński, złotnik Zdanowicz, moj kolega ze szkoly teatralnej Jerzy Jackl ( twórca nazwy Porozumienia Centrum – pierwszej partii braci Kaczyńskich). Państwo Bojanowiczowie. Na  kilka posiedzeń wpadali nawet Magda Umer z Przyborą, który w telewizji lansował właśnie swoje  „Dobranoc Ojczyzno”. To musiało trwać krótko. Mnie delegowali warszawscy Starówkowicze. A moim mottem był ten tekst.

Pisarz gminny

Pytają mnie dlaczego zająłemsię polityką. I pytają mnie o to jako twórcę, jako człowieka związanego z kulturą. To mi pieści uszy. No bo oczywiście – moje ambicje są czy też były głównie artystyczne. Artystą nie zostałem. Jestem może pisarzem, może krytykiem, na pewno nauczycielem akademickim. Ale przecież nie jestem artystą. Bycie artystą jest znakiem jakiegoś braku. Wyrównaniem jakiejś niemożności, jest kompensacją. Bo w ogóle sztuka jest kompensacją. Jest wyrównaniem braku. Braku osobistego albo braku narodowego. Właśnie – braku narodowego. I stąd rola jaką sztuka w Polsce pełniła. Była dla nas zastępnikiem. Zastępnikiem wszystkiego: ekonomii, polityki, wojny. Przez dwieście lat, a może dłużej. Na pewno od czasów Oświecenia, a może już w czasach saskich jedynie kariera artystyczna była godną szacunku. Jedynie ona nie była podejrzana. Jedynie takie ambicje mógł Polak w Polsce realizować. I cieszył się prestiżem. – Jakim prestiżem cieszył się Balzac we Francji ? –  No, sporym ale przecież po cesarzu, po ministrze, po finansiście, pewnie i  po merze. Może gdzieś na poziomie miejskiego rajcy. A Lelewel, a Prus, a Sienkiewicz któremu dom w Oblęgorku  podarowano.  A Orzeszkowa, a Wyspiański, a Przybyszewski ? Ci średni europejscy artyści cieszyli się w Polsce większą estymą niż uwikłani w konflikty z zaborcami galicyjscy rajcy, pruscy, poznańscy ministrowie, z Królestwa pochodzący generałowie.I właściwie podobnie było po drugiej wojnie światowej. Mój osobisty los tak zdarzył, że nie przyniosłem ze sobą żadnego osobistego nieszczęścia. A chciałem być artystą. No bo było przecież oczywiste, nawet w tych złotych gierkowskich latach było oczywiste, że młody chłopiec z dobrego domu nie może babrać się w życiu. Może skończyć uczelnie artystyczną, jakąś polonistykę, ale przecież nie prawo. A kto wie, może moje talenty i ambicje do tego mnie predestynowały. Więc pochłonął mnie teatr, a raczej to, co w teatrze najmniej artystyczne. Czytałem i pisałem o teatrze życia. Zachłystywałem się teatrem życia codziennego. Studiowałem socjotechnikę, żywoty świętych i retorów. Retorykę i poetykę uczyniłem swoją sztuką. Ale sztuką nie w znaczeniu twórczości artystycznej lecz w znaczeniu umiejętności. Tej umiejętności, której udzielano niegdyś szlacheckim synom, którzy mieli zająć się polityką, w ostatnich klasach jezuickich albo pijarskich kolegiów. I dziś ja tej samej wiedzy studentom udzielam. Udzielam jej aktorom i reżyserom i młodym teatrologom. Udzielam jej w popijarskim budynku Collegium Nobilium, gdzie przychodzę z terenu dawnego konwiktu Teatynów, gdzie kształcił się Stanisław August, a potem była Komisja Edukacji Narodowej, a gdzie teraz jest budynek, w którym mieszkam. I gdy tak idę ulicą Długą czuję jak czają się duchy. Duchy Kołłątaja i Dekerta, Bohomolca i Stanisława Augusta, Konarskiego i Staszica. I czuję. Czuję jakby się coś odkręciło. Jakby te dwieście lat niewoli – w szponach artyzmu, który był jedyną wolnością: jakby to się skończyło. I oto znów nadchodzi okres, w którym wchodząc w wiek męski można działać swoją siłą, a nie swoją słabością. Swoją mocą stwórczą, a nie kompensacyjną.No tak, ale brak mi wiele. Nie studiowałem prawa, ani nie terminowałem w organizacjach młodzieżowych, jeśli nie liczyć harcerstwa. Nie mam też nawyku rządzenia. Ani doświadczeń organizacyjnych. Co więc mam ? – Mój styl, moją retorykę, znajomość historii, no i jak sądzę – umiejętność odróżniania złego i dobrego. Z tym przychodzę: uczyć się i budować – naprawdę, a nie na niby. Nazywać i argumentować i – formułować. Jeśli w pisarskim domu wychowano mnie na człowieka pióra – to dzisiaj zgłaszam się : na pisarza – do gminy. -Gromko na koniec zawołałem.

Tagi: ,

Dodaj odpowiedź

Musisz się zalogować aby dodać komentarz.