Wpisy otagowane ‘Samorząd’

Rozdz. CXXVI – Frascati czyli Wola – Kaczora

czwartek, 20 Maj 2010

Frascati czyli tzw. Park Kultury i wypoczynku opadający estakadą od znajdującego się za budynkiem IMCY na Konopnickiej Muzeum Ziemi w stronę Czerniakowskiej aż ku Wiśle. To Frascati dawno za mną chodziło. Tę opadającą w dół estakadę dla pieszych nie wiedzieć czemu nazwano dziś jak ulicę: imieniem księdza Stanka. Tak, że adresowa ulica Frascati biegnie nieco ukryta schowana w plątaninę nazw krótkich a pobocznych: Na Skarpie, Konopnickiej, Prusa, Francesco Nullo. Namnożon ulic i skwerów a przecież cała ta okolica to jedno tradycyjne – Frascati.
Co to jest Frascati ? Niewielu je pamięta. A przecież jest, było i ma dwuwiekowa tradycję. Spotykamy je wspomniane u Gojawiczyńskiej w „Dziewiczętach z Nowolipek” „Bronia była ze swoją panią po lekcji we Frascati, w pięknym ogrodzie, gdzie wpuszczają tylko za biletami wstępu Pola Gojawiczyńska”
Ulica w Warszawie nazwana tak od małej miejscowości letniskowej pod Rzymem, której imię stało się nazwą dla niejednego europejskiego ogrodu. W czasie mego dzieciństwa to już była niewielka uliczka, nieopodal Sejmu. Mieszkali przy niej notable z Władysławem Gomułką na czele. Za nią rozpościerał się tzw. Park Kultury i Wypoczynku wykonany bodaj na któryś Światowy Zjazd Młodzieży. Przyozdobiony estakadami i fontannami, które jakoś nigdy nie ożyły ani swobodną, ani zorganizowaną rozrywką. W mojej pamięci, jeśli nie wyobraźni, pozostał jakiś spacer z Ojcem po tym terenie. Musiałem mieć cztery, góra sześć lat. A więc gdzieś między 58 a 60 rokiem pamiętam zafascynował mnie tam labirynt ułożony z żywopłotu. Pewnie nie wysoki był ten żywopłot lecz wyższy od dziecka, które pod kontrolą rodziców w nim sobie bładziło. – Czy nie wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Minosie i Nici Ariadny ? – Nikt poza mną tego labiryntu nie pamięta ale wspomnienia związne z tym ternenem są żywe. Napewno w latch pięćdziesiątych na rogu Książęcej i Rozbratu funkcjonował zachowany do dziś krąg taneczny. Ktoś pamięta, że między wojnami był tam Lunapark. Tak przeze mnie nazwane „Ogrody Frascatii” narodziły się w połowie XVIII wieku jako Ogrody na Górze.

Krąg Taneczny u zbiegu Rozbrat, i Książęcej Tyle pozostało po ludowych zabawach PRL-i

Historia Frascati zaczyna się ok. 1779 roku, gdy wytyczono tu aleję wiodącą od ulicy Wiejskiej do otoczonej ogrodem rezydencji starszego brata Króla Stanisława – księcia podkomorzego Kazimierza Poniatowskiego. Po jego śmierci Frascati zmieniało właścicieli ok. 20-krotnie.
Z bardziej znanych wspomnieć trzeba senatora Mikołaja Nowosilcowa oraz rodzinę hrabich Branickich. W XIX w. Szymon Chovot urządził tu ogród rozrywkowy nazwany Frascati.
Jego nazwa wywodzi się od obfitującego w zieleń włoskiego miasteczka. W latach 50. ubiegłego wieku na terenie ogrodów podkomorzego stworzono Centralny Park Kultury, którego główna aleja ciagnąaa sią od monumentalnych schodów na osi ulicy Prusa po brzeg Wisły.
A więc – głową w dół. Ruszyłem. Andrzejowi przedstawiłem projekt kosztorysu Frascati na milion złotych. To w sumie niewielkie pieiądze jak na warszawskie obyczaje, gdzie Stołeczna Estrady potrafiła na samą Paradę Teatralną z Doliny wydać 400 tys. zł. Tyle samo, co mnie całe trzy miesiące zabaw w Dolinie kosztowało. Ale największe pieniądze szły przy takich okazjach na wynajem. Według takiego też wzoru wykonałem kosztorys dla Urbańskiego, gdzie najwyższą pozycją był wynajem sceny na 100 dni ze stołecznej Estrady. Urbański przyjął to bez zastrzeżeń. Kosztorys leżał w jego gabinecie chyba ze dwa tygodnie, aż w końcu któregoś kwietniowego dnia rozbiłem obozowisko w jego gabinecie i z pomocą bardzo miłej i świetnie zorganizowanej Ewy Frydrychowicz – wydobyłem parafę od satrapy. Reszta to już była formalność, która suma sumarum skończyła się zarządzeniem Prezydenta Kaczyńskiego, który zwiększył załącznik budżetowy Dzielnicy Śródmieście o 1320 tys. zł – z przeznaczeniem dla moejgo Domu Kultury. Ja ruszyłem do pracy. Radni dostali szału.

Zygmunt Vogel - Ogród Kazmierza Poniatowskiego

Nie rozumiałem, właściwie do dziś nie pojmuję o co tak naprawdę chodziło. Dlaczego wiele osób ( choćby taki Pietkiewicz czy dyrektor Stołecznej Estrady Matusiak) mogą obracać ogromnymi kwotami, a nawet je delikatnie mówiąc czasem dość swobodnie rozkurzać – pojawienie się jednak w moim ręku kwot desygnowanych z woli prezydenta Kaczyńskiego, a umożliwiających wyrwanie się z  dotychczasowej ogródkowej „parcianości”  wzbudziło  takie szaleńcze ataki. Zwołano wręcz sesję rady, na której potępiono w czambuł wszystkie moje projekty, zarzucono mi rozrzutność, skierowano adres do prezydenta Kaczyńskiego by odebrał mi przyznane pieniądze. Uruchomiono Telewizję. Przewodnicząca rady wykrzykiwała do kamery, że dom kultury marnotrawi środki i ( w czasie gdy w szaleńczym tempie powstawała ogródkowa dekoracja) – wskazywała na moje skromne spracowane namioty mówiąc, że przecież to, co jest na Frascatii nie może kosztować dziesiątek tysięcy złotych. Do gardła też skoczyła mi Gazeta Wyborcza publikując paskudny tekst zatytułowany „Pan na Smolnej” – tekst, który był streszczeniem wszystkich żali radnych i pracowników nie potrafiących się pogodzić z wizją Domu Kultury skierwoanego do szerokiej publiczności, a nie do urzędników i znajomych królika.

Ja jednak nie wielką na to wszystko zwracałem uwagę, gdyż od pierwszych dni czerwca wiedziałem, że słowo stanie się ciałem i pieniądze dostanę. Z tą wiedzą, którą każdy szanujący się dyrektor instytucji kultury posiada około października, listopada roku poprzedzającego sezon rzuciłem się do cyzelowania imprezy na Frascati i pośpiesznie projektowałem nową aranżację przestrzeni.

O programie nawet nie wspominam, bo to było dziecinnie proste. Jednak wydanie w ciągu dwu miesięcy i wykonanie w kilka tygodni prawie 400 tysięcy złotych nie było sprawą łatwą. I tu pomocnikiem nieocenionym okazał się polecony mi przez przyjaciół specjalista od Zamówień Publicznych pan Wojciech Gruz.
Gruz to rzadkie połączenie inteligencji, pewnej wrażliwości i czegoś co można by nazwać urzędniczą wyobraźnią. W ciągu kilku dni uprządkował procedurę, podsunął mi kilka sensownych zarządzeń, a przede wszystkim zorganizował przetarg, który pozwolił mi wybrać wykonawcę w ciągu dosłownie kilku dni. A wykonawca, którym została –znakomita firma Blu-Box pani Zielińskiej zatrudniwszy do pracy znakomitych modelatorów z Teatru Wielkiego podjęła się wykonać nową aranżację teatru dosłwonie w ciągu miesiąca. Podjęła się i ku zdumieniu wszystkich wykonała.

Projekt firmy Blue-Box (Majka Zielińska)

Oczywiście – wykonał jako, że znanłem ją nie od wczoraj. Nie nie była to żadna rodzina moja, ani też członka komisji przetargowej ale osoba rekomendowana, która niejeden już mój ogródek widziała i była w stanie przygotować projekt szyty na moją miarę. Tę jednak informację, za którą ruszy dziesiątek domniemań musiałem najgłębiej ukrywać. Choć wszystko niby zgodne z prawem to jednak obce duchowi najbardziej korupcjogennej ustawy jaką unia europejska z siebie wydała w postaci prawa określającego zasady organizowania zamówień publicznych. Praw, które w istocie sprowadza się do tego, że inwestor ma obowiązek wybierać z pośród oferentów nieznanych, każda rekomendacja może zostać uznana za podejrzaną, jedynym wyznacznikiem prawidłowości przetargu jest cena lecz każdy z uczestników postępowania może wstrzymać na miesiące jego wdrożenie oprotestowując przetarg w procedurze, która trwać może nawet kilka miesięcy.

Projekt firmy Blue-Box (Majka Zielińska)

Trzeba było mistrza jakim okazał się mający doświadczenie w pracy Teatrze Roma a także w ministerstwie Pracy pan Gruz, by połaczyć przepisy dotyczące działalności artystycznej z wszystkimi procedurami urzędniczymi tak, że nikt nigdy, nawet w trwającym po dziś dzień szale oskarżeń nie zdołał mi zarzucić naruszenia przepisów przy zrealizowaniu budowy Letniego Teatru w równe czterdzieści dni. Pieniądze na koncie Domu Kultury pojawiły się 5 lipca. 15 sierpnia 2005 roku nowa aranżacja teatru ogródkowego z kurtyną, zapleczem, trejażami i budką suflera, z metalowymi altanami, które zaopatrzyłem w rynny, z lampami ogrzewającymi widownię – wszystko zostało wykonane. Spełnił się na Frascatii – Cud.

Zanim jednak do tego doszło musieliśmy przeżyć dwa i pół miesiąca. Imprezę bowiem uruchomiliśmy tym razem z początkiem czerwca. Moi odziedziczeni, nie możliwi do zwolnienia a zjednoczeni już w związek zawodowy pracownicy techniczni i impresaryjni schrzanili, co tylko było do schrzanienia więc nawet duży namiot estradowu pojawił się z opóźnieniem. No ale się pojawił. Zaczęliśmy czerwcu – Festiwalem Literatury, który miał być formą kiermaszu polskich książek.

Przy tej okazji nawiązałem współpracę z panią Ireną Koźmińską, żoną byłego ambasadora Polski w Stanach Zjednoczonych i prezesa Polsko Amerykańskiej Fundacji Wolności, koleżanką z Rejtana Małgosi Naimskiej i organizatorką akcji pt. Cała Polska Czyta Dzieciom. Kożmińską przysłała mi Małgosia prosząc bym pomógł jej przy zorganizowaniu akcji. Pomogłem na ile byłem w staniechoć, gdym się zwrócił w tej sprawie pisemnie mojej „przełożonej” ani w głowie było odpowiedzieć mi pisemnie.
Wiedziała widać, że nic tak nie plami jak ten stale kaleczony przeze mnie papier.
Było jednak chłodno i zbyt wiele osób się nie pojawiło. Zresztą miejsce było nowe, niewypromowane. Jednak skoro scena stanęła każdego dnia prezentowaliśmy zgodnie z ukszatłtowaną w Dolinie Szwajcarskiej tradycją – a to teatr, piosenkę, literaturę, taniec i kabaret. Na widowni było po kilkadziesiąt osób. Napisałem manifest. I pierwszy programik został wydany.

Rozdz. CV – Lech Kaczyński plus Janusz Pietkiewicz równa się – Całe to Bizancjum

czwartek, 3 Grudzień 2009

poprzedni pierwszy następny

Udział w tym „rykowisku” pod Bella Center 13 grudnia 2002 nie był to wcale koniec mych zatrudnień owego roku. Wszakże ku memu zdumieniu nie żaden Olechowski lecz „moi” przyjaciele Lecha Kaczyńskiego znaleźli się w mieście u władzy. Andrzej Urbański został zastępcą prezydenta miasta ds. kultury. Od pierwszych dni grudnia pełniłem funkcję jego nieformalnego doradcy.

Wszyscy uważali, znając nasze relacje, że wkrótce obejmę jakąś ważną w mieście posadę, a przynajmniej moje ogródki urosną do należnych rozmiarów. Gdy sobie dziś przypominam nasze ówczesne relacje muszę przyznać Urbańskiemu, że wyraźnie chciał ze mną pracować i skorzystać z doświadczenia, także samorządowego, którym dysponowałem. Przypominam sobie nasze spotkania jeszcze na placu Konstytucji, gdzie po wygranych wyborach lecz jeszcze przed wkroczeniem na Miodową do Urzędu Miasta miał gabinet.

- Dawaj festiwal, powiedział mi pierwszego dnia. Dałem. Poczem nigdy już do tematu nie wrócił. Potem, odkrywszy zasiedzenie profesora Durki, który zresztą wnet po 50 latach piastowania tej funkcji zdecydował się odejść na emeryturę ,  zastanawiał się czy nie powierzyć mi Muzeum Warszawy do którego m.in. należy staromiejskie Lapidarium. Wnet jednak stwierdził, że wokół obsady tego stanowiska zbyt wielkie panuje wśród varsavianistów zdenerwowanie. Tylko posady szefa biura kultury ani przez moment mi nie proponował konsultując ze mną jedynie, jak już wspominałem kolejne, stuprocentowo koszerne warianty. Zorientowałem się wnet, iż Andrzej musiał poczuć jakiś nieprzewidywany dotąd opór. Okazało się, że wbrew pozorom nie jestem wcale tak dobrze osadzony w środowisku. Nie tak organicznie jak pewnie sądził. Owszem Senior był i pewnie pozostaje autorytetem dla kręgów Gazety Wyborczej i Okolic Tygodnika Powszechnego. Ja z wiekiem coraz bardziej – „wyrodny”…  Tyle, że po śmierci – atencja nic nie kosztuje… Gdyby jednak żył ? Gdyby tej wolności doczekał ? Czy w rządzie Mazowieckiego, zamiast Cywińskiej likwidowałby przywileje dla plastyków, którym komuna przydzielała pracownie (często na niezłe mieszkania) i kategoryzował teatry czy może byłby dziś wyklęty i na marginesie?  „Pan to jest takie „dziecko przez ptaka przyniesione”…” ostrzegała wszak Seniora w ’68 roku pogardzana Halina Auderska[1]. Ojciec pisał o niej, że „głupia baba i najpodlejsza na świecie” [2] – czy aby się nieco nie mylił ?

Po prawdzie nie wiem czy problem jest we mnie czy w środowisku samym. We mnie, jak mi często zarzucają, w jakichś moich nietaktach, nadmiernych szczerościach, może braku wdzięku, w tym, że jak mi to kiedyś dosadnie powie Urbański: nie buduję układu. Inaczej – nie budzę sympati.   Czy jednak chodzi po prostu o środowisko? O to, że ci, którzy tworzą opiniotwórcze kręgi artystycznej Warszawy dobierają się wg klucza, w którym nie ma miejsca dla czysto polskiego inteligenta,

syna pisarza pochodzącego z Krakowa.

Andrzej Urbański
Andrzej Urbański

Wyobrażał sobie Andrzej, że będę tą osobą, która zapewni Prezydentowi Kaczyńskiemu dobre relacje ze środowiskiem artystycznym.

- Zacznijmy od wigilii zaproponowałem, niech spotkanie ma tę aurę jaką gwarantuje duszpasterstwo środowisk twórczych i ks. Wiesław Niewęgłowski. Bardzo się to Jędrkowi spodobało.

- Tylko bez pompy prosił, najskromniej, wręcz w jakimś domu dziecka byłoby najstosowniej. Dom Dziecka, domem dziecka ale znalazłem miejsce idealne. Lokal Muzeum Historycznego M.st. Warszawy, który jest dość ciepły no i nic nie kosztuje Prezydenta bo to lokal miejski. W czasie gdyśmy z Kasią bujali po Danii, druga moja pracowniczka pani Iza Pieczykolan siedziała w Urzędzie Miasta pracując nad przygotowywaniem Wigilii. Tu już nie obyło się bez zgrzytów. Najpierw duszpasterz Środowisk Twórczych X. Wiesław – pleno titulo, którego umówiłem na uroczystość obraził się, że pominąłem mu dra przed nazwiskiem tytułując prezydenta Kaczyńskiego profesorem. Z tym poradziliśmy sobie przy pomocy Ani Jedlińskiej poprawiając w firmie Cezan zaproszenie w jedną noc. Jednak w czasie mego pobytu w Kopenhadze urzędnicy z Januszem Pietkiewiczem na czele dowiedzieli się o wigilijnych planach. No i zaczęło się, jak je po czterech latach odchodząc ze stanowiska Kanclerza Rzeczpospolitej Urbański określi: „całe to Bizancjum”.

Janusz Pietkiewicz to potęga. Impresario nie znający granic rozmachu. Skądinąd człowiek miły, obyty, znający języki z włoskim na czele. No i ma wdzięk. W obronie jego posady w Mieście dzwonili jak mi relacjonował Urbański wszyscy: od Kurii po Gminę czy postkomunę, z której to rąk dwukrotny szef Opery Narodowej, dziś jeden z kandydatów na fotel Telewizji Publicznej, późniejszy wreszcie już za Kaczyńskiego nowożytny Muchanow czyli Dyrektor Miejskiego Biura Teatrów stanowisko w strukturze miejskiej w jakimś 1999 roku otrzymał.

Janusz Pietkiewicz

Janusz Pietkiewicz

Nie szło z nim walczyć. Więc przeniesiono całą imprezę na Zamek Warszawski z elementami dekoracji i zaprojektowanymi do Muzeum Historycznego występami. Piękna instalacja anielska i artystyczna choinka wykonana przez Grzegorza Stachańczyka oraz występ grupy Pod Górkę

z fragmentami Schillerowskiej „Pastorałki”. „Kolęda na 4 głosy” zupełnie z innej niż zamkowa były bajki, ale po to się miesza, by namieszać.

Monika Świtaj, Wojciech Machnicki i Stanisław Górka

Monika Świtaj, Wojciech Machnicki i Stanisław Górka

Namieszali więc urzędnicy tak skutecznie, że ludzi też przyszło niewiele. Staszek Górka z Moniką Świtaj dokonali cudu radząc sobie jednak z koszmarną akustyką Zamkowej Sali Wielkiej, a pan prezydent Kaczyński … zachorował na gardziołko pozostawiając Urbańskiemu pełnienie honorów domu na tej  artystycznej Wigilii. Kolejna zmarnowana szansa i niepotrzebna  praca to napisana przeze mnie dla Kaczora mowa. Życzenia Bożonarodzeniowe. Nigdy niewygłoszone, może nawet niedostarczone – oczywiście nie opłacone, zatem już tylko moje.  Niech więc dziś dokładnie w siódmą rocznicę ich napisania (3.XII.2002) – w czas nadchodzących Świąt wprost ode mnie popłyną.

Sala Wielka w Zamku Warszawskim

Sala Wielka w Zamku Warszawskim

Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus !

Mili Państwo ! To właściwie moje pierwsze tak duże spotkanie od czasu kiedy mieszkańcy Warszawy powierzyli mi mandat Prezydenta Stolicy.[3] Chciałem by to spotkanie odbywało się właśnie z ludźmi kultury, gdyż co tu dużo mówić od Was teraz bardzo wiele zależy. Od obecnych tu pisarzy, malarzy, muzyków, aktorów, przedstawicieli instytucji kulturalnych zależy znów to co zrobi z sobą Warszawa w Polsce, a Polska w Europie.

Czy będzie cierpieć “krzywdę i pogardę świata, krzywdę ciemięzcy, obelgi dumnego. Lekceważonej miłości męczarnie “ czy będzie hamletyzować i histeryzować, czy cały swój wysiłek skupi na tym by w demokratycznym społeczeństwie, jakie sfery artystyczne pomagały przed piętnastu laty odtworzyć, zaprowadzić porządek, pielęgnować standardy, dbać o wartości. “A nade wszystko słowom naszym zmienionym pilnie przez krętaczy – jedyność wróci i prawdziwość. Niech miłość zawsze miłość znaczy a sprawiedliwość – sprawiedliwość.”

Mamy wkraczać do zjednoczonej Europy. To dobrze bo przecież dla nas Polaków nie ma innej kultury niż europejska. Ale wspólnota europejska zdaje się dziś na kulturę bardzo słabo nastawiona. Narodzona ze wspólnoty Węgla i Stali dopracowała się wspólnego pieniądza – ale czy jakiś wspólny duch ją ożywia ? Choćby ów Święty Duch, którego przywołaniem przed dwudziestu czteroma ( trzydzieści już mija…) laty Ojciec Święty sprawił, iż odmienione zostało oblicze Ziemi – tej Ziemi,

Myślę, że musimy je nadal odmieniać. Poczynając od tej najbliższej warszawskiej i stołecznej razem.  „Nie można zrozumieć dziejów Narodu polskiego bez Chrystusa” – wołał Jan Paweł II w swojej homilii sprzed ćwierci wieku na Placu Zwycięstwa w Warszawie. Po dwudziestu pięciu latach Warszawa i Polska stają przed niezwykłym wyzwaniem. Z tysiącem naszych narodowych wad: z naszym brakiem pracowitości, nieposzanowaniem autorytetów, skłonnością do efekciarstwa, z zacofanym rolnictwem, skorumpowanym urzędem, niedokształconym pracownikiem mamy oto wkroczyć do europejskiej wspólnoty, gdzie prawa będziemy mieć wprawdzie równe lecz i kary za wszelkie niedociągnięcia ponosić godzimy się jednakie.

Czy jesteśmy na to przygotowani ?

Dziś – może mniej niż wczoraj. Wczoraj, gdy naszą siłą, nasżą wizytówką, nasza identycznością była nasza kultura.

Nie będzie w Warszawie bezpiecznie, nie zostanie zahamowana korupcja, nie polepszy się praca urzędów, nie przybędzie dobrych dróg jeśli nie postawimy na edukację, na naszą młodzież, jeśli nie przywrócimy należnego miejsca kulturze, a z nią nie zwrócimy się ku europejskim miastom z planem szeroko zakrojonej europejskiej wspólpracy kulturalnej.

Nie można zrozumieć dziejów Polski i Warszawy bez kultury. Na nią zawsze brakowało pieniędzy, a to przecież ona dawała  nam wolność. Teraz wolność już podbno mamy. Obiecuję więc jako Nowowybrany prezydent Warszawy zrobić wszystko by przestało brakować pieniędzy przynajmniej na to co Rada Kultury jaką powołać zamierzamy uzna za słuszne. Powstanie taka Rada. Do jej powołania zobowiązałem już odpowiedzialnego za sprawy kultury: publicystę, dziennikarza prasowego i telewizyjnego, ze wszech miar kompetentego polityka i czlowieka kultury jakim jest pan Andrzej Urbanski.

Spodziewam się raportu, w którym zaproponowane zostanie, które inicjatywy tak jak dziś większość kin czy galerii pozostać mają w rękach prywatnych, a które winnny zostać otoczone organizacyjnym mecenatem. Które zaś z niezwykle dziś scentralizowanych instytucji teatralnych czy bibliotecznych mają tkwić w strukturze miasta, a które mogą lub powinny radzić sobie same. Przejrzystszym musi się stać  system miejskich dotacji dla kultury, stworzony system grantów dostępnych zarówno dla osób prywatnych jak i organizacji pozarządowych, wreszcie podjęte muszą zostać działania zaznaczające silniej znaczenie Warszawy na kulturalnej mapie Europy. Warszawa leży w jej geograficznym centrum.

Mam nadzieję  że jeszcze dziś i w najbliższym czasie porozumiemy się co do tego jakie przedsięwziąć działania by Polska nie stała się zakładnikiem europejskiej normy. By wkroczyła do Europy z taką dumą i pewnością siebie z jaką słowiańszczyzna dodała do judejskiego rytu bożonarodzeniowego swoją ośnieżoną choinkę.

Dobrej Choinki Państwu życzę, Pogodnych świąt i mnóstwa prezentów, a sobie by mi pomogli Anieli jak najwięcej tych prezentów dla  świata kultury zgotować.

Przez cały pierwszy kwartał 2003 roku wykonywać więc będę kontredans wokół gabinetu kulturalnego wiceprezydenta Warszawy Andrzeja Urbańskiego. Faktycznie pełniąc rolę doradcy wiceprezydenta formalnie musiałby mnie jednak w swoim teamie zatrudnić sam prezydent. Mimo, że taki wniosek faktycznie z podpisem wiceprezydenta zostanie skierowany,

Doradca ?

ATK - Doradca ?

Wojciech Arkuszewski - pierwsze słyszę...

Wojciech Arkuszewski - pierwsze słyszę...

zatrudnienia w kierowanym przez Wojciecha Arkuszewskiego zespole doradców Kaczyńskiego nigdy nie uzyskam.

I słusznie. Nie mam pojęcia o tej roli. Kiedy mi Urbański zadawał pytanie, otwierałem komputer i w punktach na dwóch-trzech stronach spisywałem wszystko, co na dany temat wiem. Jędrek czytał te moje sylabusy z zachwytem i wzdychał – żebym ja mógł ci tylko za takie konspekty płacić. Ale taki doradca działa przeciw sobie. Po trzech miesiącach uczciwie informowany przełożony wie już tyle co doradca. Dzielący się całą swoją wiedzą doradca staje się niepotrzebny. Urzędnik, polityk nigdy nie myśli o meritum. On myśli o tym jak wzmocnić swoją pozycję. Udzielić minimum a uzyskać maksimum informacji.

Zadaniem, które postawił mi Urbański było stworzenie Rady Kultury przy prezydencie Kaczyńskim. Takiej intelektualnej tarczy. Zasadniczo to dla mnie pryszcz. Napisałem regulamin.

4.         Cele Rady są następujące:

1.         działanie na rzecz rozwoju polskiej kultury i sztuki oraz architektury – zasadniczych zrębów cywilizacji śródziemnomorskiej;

2.         działanie na rzecz rozwoju m. st. Warszawy i zapewnienia mu godnego miejsca wśród stolic kulturalnych jednoczącej się Europy;

3.         działanie na rzecz idei integracji Europejskiej;

4.         działanie na rzecz rozwoju terytorialnych, lokalnych, gospodarczych i regionalnych wspólnot samorządowych.

5.         Do kompetencji Rady należy

5.1.      Koordynowanie niezależnych, rządowych i samorządowych imprez kulturalnych o charakterze ponadlokalnym, a spełniających się w Warszawie

5.2.      Inicjowanie kulturalnej współpracy międzynarodowej ze szczególnym uwzględnieniem miast partnerskich oraz krajów Unii Europejskiej.

5.3.      Inicjowanie przekształceń w zakresie infrastruktury instytucjonalnej

5.4.      Podejmowanie działań organizacyjnych w zakresie realizacji stricte miejskiej polityki kulturalnej itd., itd./.

Zaproponowałem 7.   Skład Rady: Komitetu Honorowego i Zespołu Miejskiego składającego się z urzędników i zarządzających miejskimi instytucjami kultury, a także Zespołu Stołecznego składającego się z dyrektorów Instytucji Kulturalnych z siedzibą w Warszawie – niepodlegających miastu

Kiedy jednak tylko zestawiłem to godne grono znowu zaczęli wtrącać się do tego polityczni urzędnicy. A to, że któryś z autorytetów zbyt unijny. Czerwonych sam nie proponowałem, zresztą szczęśliwie ta formacja nie ma jednak wśród artystów zbyt wielu fanów. To znów, żeby gdzieś między Wajdę, Zanussiego, Piesiewicza, Pendereckiego czy Hartwig wcisnąć jednak jakiegoś dyrektora, radnego czy innego Gelberga. Na takie propozycje parsknąłem śmiechem.

Oni też na mnie … parsknęli. Potem była mowa o Pałacu Kultury. Radzie nadzorczej czy zarządzie. To już było trzecie moje podejście do tej ciekawej w sumie instytucji.

CVI – Bujalski, Isakiewicz – cały ten PeKiN

CDN -


[1] 8/III.1968 Rozmowa z H. A[uderską]. Ostrzeżenia. Intrygi żydowskie. „Pan w tym wszystkim jest takie dziecko przez ptaka przyniesione…”Żydzi zainicjowali podpisywanie, Żydzi przemawiali, Żydzi odrzucają nasz eksport. A. chce mnie „ocalić” od ew. procesu, w który mógłbym być wplątany. Radzi mi po prostu wyjechać do Zakopanego. Wszystko to ma być oparte na informacjach pewnej osoby  partyjnej ( Andrzej Kijowski, Dziennik T.II, s.281)

[2] Op.cit. t.III. s.147

[3] To miał mówić Lech Kaczyński. Ja może powinienem powiedzieć: od czasu, gdu urzędnicy przerażeni tłumami, do których (nie bez wsparcia Prezydenta Kaczyńskiego ) przemawiałem w Ogrodach Frascati, postanowili pozbyć się mnie z Miasta wraz z piękną imprezą”

Rozdz. XCIX – Dionizje czyli z Jurkiem Derflem w saunie

niedziela, 15 Listopad 2009

poprzedni pierwszy następny

To był w sumie bardzo miły sezon. Nawet nie szaleńczo pracowity. Repertuar ułożywszy z wyprzedzeniem, mając Kasię Synowiec do pomocy mogłem sporo czasu wakacyjnego spędzić z moimi dziewczynkami ( Kamka miała właśnie 11, Emka 9 lat ) – w naszych podlaskich Ołtarzach-Gołaczach. W Warszawie zjawiałem się w sobotę. Czasem dopiero w niedzielę. Miałem czas by skserować w VERSO  u otwartego w piątek, świątek i niedzielę pana Pluteckiego bieżące programy.

Verso na Freta

Verso na Freta

Zrobić powiększenia plakatów. Czasem dodać kupony do losowania, czy drukowane w formie zakładki regulaminy plebiscytu publiczności wraz z piosenką o teatrach ogródkowych. Wyłożyć folder do sprzedawania.

Folder na XI KTO był pierwszą próbą podsumowania. Przedstawienia poważnej bibliografii, zestawienia spektakli z dziesieciu lat wydarzeń. Zmniejszona do mojego ulubionego formatu A-5 antologia recenzji ogródkowych przygotowana w kilkunastu egzemplarzach na konferencję prasową zorganizowaną w Centrum Prasowym PAI przed Paradą Dionizyjską otwierającą finały XI KTO miała blisko sześćset stron. Bibliografia w folderze: dwa tysiące pozycji. Przedstawiłem w nim też moje marzenia, historię Doliny Szwajcarskiej, moje pomysły biznesowe na jej zagospodarowanie. To wszystko poprzedzone Inwokacją do sponsora mógłby ktoś nazwać transparencją. Spoglądając z perspektywy siedmiolecia trzeba podsumować jako krańcową naiwność, wręcz graniczącą z głupotą.

Zastanawiam się, czy gdybym chciał na tym poprzestać mogłoby tak trwać w nieskończoność ?  Jednak nie sądzę. Krzysztof Marszałek powstrzymujący mnie przed marzeniami o wielkim festiwalu, tłmaczył zawsze:

- Ma pan porządną małą, lokalną imprezę. Po co panu jakiś Avignon czy Edynburg ?

Tele Tydzień XI KTONo właśnie – po co ? Czemu nie umiałem jak mnie w czasie negocjacji z Miętusem pouczał Marek Borowik poznać swojego “miejsca w szeregu” ? – Czy dlatego, żem taki próżny ? Żem zawsze “poeta” czy o tym wiedziałem czy nie. Że “mediocribus non licet esse poete” ?  A może dlatego, że warunki na jakich stworzyłem konkurs nie mogły trwać wiecznie. Uruchomiłem go przy okazji bycia radnym i dziennikarzem Nowej Telewizji Warszawa. Nigdy nie udało pozyskać się hojniejszych od samorządu sponsorów. Mogłem być nim tylko ja sam. I byłem – oddając swój czas i swoje pieniądze ( także te niezarobione), wtedy gdy dane mi było realizować zlecenia dla Komitetu Badań Naukowych, wykładać w Wyższej Szkole Dziennikarstaw czy kierować Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Ale i te prace nie trwały wiecznie.  Może dlatego, że nie dbałem o nie tak bardzo, gdy coraz wyraźniej czułem, iż w misji ogródkowej realizuję się najpełniej, że Warszawa każdym oddechem odpowiada, iż czuje potrzebę proponowanego przeze mnie festiwalu. Zamknięte koło.

W Lapidarium 2002

W Lapidarium 2002

Przeglądy XI KTO zakończyły się pod koniec sierpnia. W sumie obejrzeliśmy z sześćdziesięcioma – stoma widzami w Lapidarium na spektaklu dwanaście spektakli.[1]

W wyniku głosowań publiczności zgromadzonej w Lapidarium na Przeglądach XI Konkursu Teatrów Ogródkowych: najwyższą ocenę otrzymał: Spektakl „Zaliczenie..Lekcja ” Teatru Konsekwentnego z Warszawy. Na tak głosowało 138 osób, na nie 11. Pozytywna ocena wyrażała się 93 % aprobatą. W związku z tym spektakl został zaproszony do konkursowej części festiwalu i otrzymał Nagrodę Publiczności w wysokości 2500 zł.

Drugie miejsce publiczności otrzymał spektakl „Wszystko zależy od Dziadka” Teatru Omnia z Nadarzyna z 93 % aprobatą, gdzie spektakl spodobał się 59 widzom, a 4 uznało go za zły. Otrzymał  nominację i Nagrodę Publiczności w wysokości 1500 zł.

Wreszczie trzecie miejsce widzowie przyznali spektaklowi „Jarosy zawsze ten sam”. Był to monogram Wojtka Machnickiego wyprodukowany przez Teatr Syrena. Zaakceptowało 90 % widzów: 92 osobom spektakl podobał się, odrzuciło go 10. Został zaproszony do konkursowej części festiwalu i otrzymał Nagrodę Publiczności w wysokości 1000 zł.

Po obejrzeniu wszystkich spektakli ubiegających się o Nagrodę Publiczności urzeczeni profesjonalizmem, skromnością i artystycznymponuraki polotem spektaklu arbitrzy ( czyli Staszek Górka i niżej podpisany ATK) postanowili zaprosić jeszcze do udziału w konkursowej części Festiwalu spektakl Teatru „Okno” z Białegostoku, który nie został wysoko oceniony przez publiczność z Lapidarium (80 procentowe poparcie dawałoby mu dopiero dziewiąte miejsce). Jednak uznaliśmy go za wart obejrzenia przez publiczność i jury konkursu. Decyzja ta nie pociągała za sobą konsekwencji finansowych i nie uszczuplała sumy przeznaczonej na Nagrody Publiczności.

I zaczął się Konkurs właściwy. Przenosiny z Lapidarium do Doliny postanowiłem uczcić organizując nieznaną dotąd Warszawie: Paradę Teatralną. Nazwałem ją Paradą Dionizyjską. A do jej zorganizowania zatrudniłem  zawsze niezawodnego Romka Holca. Aktora i reżysera od trzydziestu już lat związanego z warszawskim teatrem lalka. Także – świetnego organizatora.

Roman Holc

Roman Holc

Romka znam jeszcze z harcerskich czasów. Nigdy nie zapomnę jak przed „wieczorkiem zapoznawczo rozpoznawczym” podczas instruktorskiego zimowiska w gdańskim Wrzeszczu, w grudniu nad szumiącym morzem, w jakimś ’71 roku udzielał młodzieńcom błyskawicznej korepetycji tanecznej. Nauczył  nas jednego uniwersalnego kroku z półobrotem, którym można dosłownie każdy rytm, dogonić. Sprawdza mi się już 35 lat…

Pracowaliśmy też razem w Teatrze ‘Reduta 77’ gdzie wraz z Pawłem Konicem asystowałem Marcinowi Idzińskiemu późniejszemu spekierowi Radia Wolna Europa.

Marcin Idziński ( w Nieczech dziś ... nie do poznania...)

Marcin Idziński ( w Niemczech dziś ... nie do poznania...)

Romek tam debiutował w spektaklu, w którym nasze nazwiska pojawiły się  pod montażem poetyckim „Kanon Polski”. Niezwykłość tego przedstawienie polegała na tym, że pierwszy czas od ucieczki autora „Umysłu Zniewolonego” z PRL cenzura zaakceptowała ( jeszcze przed wyborem Karola Wojtyły na Papieża) pojawienie się na plakacie nazwiska przebywającego od 30 lat na emigracji Czesława Miłosza.

Idziński zgromadził w „Reducie 77” różnorakie typy: od steranego teatralnymi walkami, pamiętającego czasy Nowohuckiego Teatru Skuszanki Waldemara Krygiera, poprzez takich gości jak Paweł Konic, aż po różnych „dziwaków” jak choćby ja – wówczas doktorant Instytutu Filozofii i Socjolologii PAN czy  także kończący filozofię Grzegorz Miecugow, który zatrudnił się tu w dziale technicznym. Czy wreszcie ambitnych lalkarzy w rodzaju Romka Holca.

Romek jednak nie dał się uwieść ani konszachtom Idzińskiego z Tadeuszem Łomnickim ( Rektorem PWST i członkiem Komitetu Centralnego PZPR) i Zjednoczonymi Przedsiębiorstwami Rozrywkowymi, które przekształcą jeszcze ten teatr w scenę „Na Rozdrożu” pamiętną tym z kolei, że na niej Jacek Kaczmarski wykonywał pierwszy raz w Warszawie z Gintrowskim i Łapińskim program „Mury”.

Nie uległ też Holc pokusom emigracji. Zasadniczo oparł się nawet telewizji. Odnalazł się w sposób niezwykły w teatrze dziecięcym. Pracuje w Teatrze Lalka nieprzerwane już 20 lat służąc pomocą zawsze, gdy trzeba skłonić do zabawy dzieciaki.

Wyobraziłem sobie kolorowy korowód, w którym powinny brać udział wszystkie obecne w danym momencie w Stolicy zespoły. Jednak pomysł Parady teatralnej narodził się w mojej głowie późno bo chyba dopiero w gdzieś w czerwcu. Dowiedziałem się szybko, że podobną ideę proponował miastu pod nazwą “Wozy Tespisa”, aktor i impresario – Andrzej Niemirski. Oczywiście zadzwoniłem doń z propozycją współpracy ale nie widząc pieniędzy nie był zainteresowany wspieraniem mego czy tworzeniem wspólnego przedsięwzięcia. Jego pomysł polegał na tym by każdy teatr jakimś pojazdem przejechał przez Warszawę. Akcję chciał wykonywać z osadzonym w telewizji Maciejem Orłosiem. Nie to nie. Pobawiliśmy się z Romkiem też sami.

Scena w DolinieNa razie chodziło mi o czystą promocję. Zatrudniłem więc Monikę Świtaj  i Romka Holca, który  „wypożyczył” dzieciaki z jakiegoś Domu Dziecka czy Lata w Mieście. Nakupywaliśmy im w zamian cukierków i balonów.  Wynająłem dwie dorożki ze Starówki i tak przemaszerowaliśmy wesoło podśpiewując i  pokrzykując ( nawet w językach obcych, w których z Moniką się uzupełnialiśmy), zaopatrzeni w kupioną przeze mnie specjalnie na tę okazję tubę elektryczną z Placu Zamkowego do Doliny Szwajcarskiej. Tam na dzieci czekały atrakcje. Jakieś picie, słodycze i spektakl w wykonaniu Holca oraz jego kolegów. W ten sposób – przy wsparciu cały czas w osobie Jakuba Chełmińsiego  zachwyconej tym wszystkim Stołecznej „Gazety Wyborczej”, która nas pięknie obfotografowała zareklamowaliśmy przenosiny z Lapidarium do Doliny i samą Dolinę Szwajcarską. Tam od ostatniego poniedziałku sierpnia ruszał już oficjalny, co dzień przez tydzień trwający  konkurs oceniany przez całkiem odnowione jury.

Poza Edytą Jungowską udało mi się w tym roku pozyskać: w miejsce przebywającej na urlopie macierzyńskim Doroty Wyżyńskiej – doświadczoną dziennikarkę radiowo-teatralną Anię Retmaniak. Na stanowisko przewodniczącego jury mianowałem Krzysztofa Raua.

Rau to świetny, znany w świecie  reżyser i organizator. Twórca białostockiej szkoły lalkarskiej i teatru lalek w Białymstoku. Skądinąd stworzył to wszystko za Gierkowskiej komuny nie gardząc nawet stanowiskiem członka Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Białymstoku, a i w KC pod X Zjeździe PZPR w 1986 roku też zasiadał. No ale czego się nie robie z miłości do kukiełek…  Potem, na początku lat ’90 tych był Rau krótko dyrektorem warszawskiego Teatru Guliwer. Próbował zreformować Teatr w Bielsko-Białej, gdzie potworzył trupy aktorskie, którym stwarzał szanse sukcesu podobnego temu jaki odnosi już od początku lat dziewięćdziesiątych jego prywatno-rodzinny Teatr ¾ z Zusna.

Jury 2002 - Jerzy Derfel, Edyta Jungowska, Anna Retmaniak i Krzysztof Rau

Jury 2002 - Jerzy Derfel, Edyta Jungowska, Anna Retmaniak i Krzysztof Rau

Wreszcie wyjeżdżającego na ten akurat ostatni tydzień Staszka Górkę zastąpił w jury – w rzymskim stylu długo przekonywany przez nas do tego zadania w staszkowej  saunie z wiązowieńskich Kopek – znakomity pianista, kompozytor, a z czasem jeden z serdeczniejszych przyjaciół Ogródka – Jurek  Derfel. Derfel to znakomity pianista. Szczególnie związany zawodowo z Wojciechem Młynarskim i Haliną Kunicką, dla której skomponował do tekstów Wojciecha Młynarskiego music-hall  ”Dwanaście godzin z życia kobiety”. To także autor licznych muzyk teatralnych. Szerokiej publiczności Jurek najlepiej jest znany jako akompaniator i kompozytor nieśmiertelnych przebojów Wojciecha Młynarskiego. [2]

Nie będę ukrywał, że ta zmiana jury była kolejną próbą znalezienia osób, które pomogą mi utrzymać mój festiwal. Ułatwią bądź nadanie mu formy instytucjonalnej lub pozyskanie sponsora. Kończyła się wszak dwuletnia ważność decyzji o warunkach zabudowy Doliny Szwajcarskiej. Nikt nie zechciał w nią zainwestować. Sto tysięcy złotych jakie dostałem z Gminy Centrum płynęły w istocie na wypromowanie odrestaurowanego w fatalnym stylu ”Lapidarium” czyli miejsca, które w intelektualnym sensie Sebastian Lenart – szef Staromiejskiego Domu Kultury przy wsparciu Krzysztofa Marszałka odebrał Jackowi Kilińskiemu.

Teatr w Dolinie _ 2001Jeszcze szukałem sponsorów. ( Stąd te wstępne inwokacje do HITa w folderze XI KTO). Zleciłem to zadanie Kasi Synowiec. Pod koniec sezonu zatrudniłem nawet  przedstawiającą się jako specjalistkę od marketingu panią Izabellę Pieczykolan. Finansowo znajdowałem się bowiem w coraz bardziej błędnym kole. W przyszłość spoglądałem z coraz większym niepokojem.

Z jednej strony po stracie pracy w Centrum Monitoringu –  2,5 tysiąca złotych ( przewidziane na moje honorarium dyrektorskie) mnożone nawet przez pięć miesięcy  pensji od biedy starczało mi na życie. Z drugiej jednak strony pieniędzy na to XI KTO wcale nie było bardzo mało, a wydać trzeba je było wszystkie głównie na honoraria chcąc należycie rozliczyć dotację. Stąd miałem na tych parę dorożek czy występ Edyty Jungowskiej w finale ogródka. Ale przecież cały ten budżet nie starczyłby porządnemu impresario na jedną przyzwoitszą imprezę.

Postanowiłem więc zainwestować w “dział marketingu”. Któremu nawet po skończeniu imprezy aż do grudnia przedłużyłem trwanie. Miały panny przygotować między innymi wystąpienie do założonej przy URM jeszcze przez premiera Buzka, a teraz przezornie przeniesonej pod skrzydła rzecznika praw obywatelskich Andrzej Zola Fundacji “Pro Publico Bono”.  Od kilku lat mi mówiono, że ta organizacja mogłaby wesprzeć moje dzieło. Materiały panie przygotowały pilnie i złożyły punktualnie. Dziś ślad po nich znajdziecie w internetowej bazie inicjatyw obywatelskich: ma znak B18.  Jednak poza tym  nie dostrzeżono mojej inicjatywy. A do innych efektów marketingowych mogę dodać jedynie gwałtowny wzrost rachunków telefonicznych w lokalu na Wilczej skąd panie rozsyłały faxy do potencjalnych sponsorów… Tak więc zakończył się XI Ogródek.

Jak zwykle bogaty repertuar. Po dwa spektakle dziennie.  Po raz drugi przybyli Rosjanie z Iwanowa, pokazał się Adam Walny. Na przedstawieniach było pogodnie i publiczności sporo. W sumie zobaczyliśmy dziesięć spektakli[3].

Konsekwentni: Agnieszka Czekierda i Adam Sajnuk

Konsekwentni: Agnieszka Czekierda i Adam Sajnuk

Narody zaś otrzymali:

  1. Kabaret Moralnego Niepokoju za przedstawienie „La granda Maniana”: Wielką Ogródkową w wysokości   – 6000 zł
  2. Teatr „Okno” z Białegostoku za przedstawienie „Romans Perlimplina i Belissy” – Dużą Ogródkową w wysokości  -3500 zł
  3. Teatr „Koło” z Warszawy za przedstawienie „Miłość do trzech pomarańczy”  - Małą Ogródkową w wysokości – 2500 zł

Jeszcze dwa równorzędne wyróżnienia  przyznano:

a)      Teatrowi Własnemu Stanisławiak z Chorzowa za spektakl „Ogród Miłości” w wysokości 1500 zł

b)      Teatrowi Konsekwentnemu z Warszawy za spektakl „Zaliczenie. Lekcja” w wysokości 1500 zł

Konsekwentni zostali więc w ten sposób podwójnym Laureatem zarówno uwielbiającej ich młodzieżowej publiczności jak i szacownego jury.

W oczekiwaniu na werdykt wystąpiłem wraz z zespołem „Pod Górkę” z ilustrowaną ogródkowymi piosenkami i parafrazami muzyczną opowieścią o naszych dziesięcioletnich zmaganiach.

Trio: ATK & Górka & Machnicki

Trio: ATK & Górka & Machnicki

Trzeba było wszak gościowi finału dać czas by poawanturował się w Jury. Narada z udziałem Edyty była ponoć wyjątkowo burzliwa. Jednak dama postawiła na swoim po czym zgodnie z planem o godz.21:00 przedzierzgnęła się w „Gotującego się psa”  racząc zebranych spektaklem muzycznym w reżyserii Rafała Sabara.

Edyta Jungowska - Gotujący się pies

Edyta Jungowska - Gotujący się pies

„Jury podziękowało Organizatorom za sprawne przeprowadzenie Festiwalu, stworzenie niepowtarzalnej atmosfery służącej dobrze sztuce teatru i warszawskiej publiczności”.

No i po jedenastym Konkursie. Przed nami znowu niepewne. Nadchodziła przecież kolejna zmiana władzy. Przygotowanie do akcesji unijnej. W sumie napięcie i nadzieje. Postanowiłem ostrzej wziąć się do pracy. Jako, że panie nie odniosły sukcesu marketingowego pomyślałem by zawalczyć o pieniądze z Unii Europejskiej.

Wykonaliśmy ogromną pracę przygotowania projektu wystąpienia o środki unijne. Opisałem imprezę, zebraliśmy dokumentację. Wszystko pod hasłem łączenia europejskich Dolin Szwajcarskich. W internecie znalazłem Doliny Szwajcarskie w Paryżu, Troyes i Miellen pod Koblencją. Telefonowaliśmy, rozmawialiśmy z afiliowanymi w Polsce zagranicznymi instytutami kultury. Z Francuzami, Austriakami, Węgrami, Duńczykami, Włochami.  Nic to nie dawało. W porywach byli skłonni częściowo sfinansować przybycie jakiegoś zagranicznego zespołu do Warszawy. Doświadczenia z zaproszonymi jeszcze na Mariensztat z polecenia przez Międzynarodowego Instytutu Teatralnego (ITI) Finami przekonały mnie jednak, że nie wiele to daje, średnio odpowiada publiczności i wcale nie gwarantuje podwyższenia poziomu. Co najwyżej można sobie dopisać nobilitujący przymiotnik międzynarodowy. Tu jednak jestem skromniejszy. Wolę przyzwoitą narodowość niż byle jaki internacjonał.

No tak – przecież projekt unijny powinno złożyć przynajmniej trzech narodowych partnerów.  Postanowiłem zagrać ostatnią kartę. Przygotowawszy projekt najlepiej jak umiałem zainwestowałem w tłumaczenie, zgrałem wszystko na płyty. Przygotowałem nawet efektowaną wizytówkę na CD wielkości karty kredytowej. Wymusiłem z Paniami Kasią i Joanną na instytucie Goethego i Kultury Francuskiej by jakoś wstępnie zaanonsowano mnie w Miellen i w Troyes  … Wsiadłem w Tipo i … ruszyłem w świat.

CDN – Palant na Palatynacie – Opis Obyczajów, r. C


[1] 07-lip „Wszystko zależy od dziadka”,Iwona Pawłowicz, reż.Witold Skaruch; Teatr Omnia z Nadarzyna k/ Warszawy

14-lip „Moralność Pani Dulskiej” G.Zapolska, reż. Sylwester Biraga ; Teatr 2 Strefa z Warszawy

14-lip godz.20:30 „Dusza uprzykrzona”; Towarzystwo petersburskich artystów (Petersburg, Rosja);

21-lip Romans Perlimplina i Belissy wg.Lorki, reżyseria Krzysztof Zemło; Teatr „Okno” z Białegostoku

21-lip godz.20:30 „Być albo nie być”, scen. i reż. Marek Bartkowicz,; Teatr „Atlantis” z Warszawy

28-lip Kaczo,byczo,indyczo, Bogusław Schaefer, reżyseria Edward Żentara; Teatr im.St.Żeromskiego z Kielc

04-sie „Zaliczenie.Lekcja” K.Zanussi, E.Ionesco; Teatr Konsekwentny z Warszawy

11-sie „Ciało”scen. i reż.Janusz Janiszewski,; Teatr Uhuru z Gryfina

18-sie „Opowiadanie o Zoo” E. Albee,opieka art.A.Makowiecki; Teatr Epizod z Wrocławia,

18-sie godz.20:30 „Jarosy mniej znany” scen. i reż. Tadeusz Wiśniewski; Teatr Syrena z Warszawy,

25-sie „Rozmowa na gościńcu” I. Turgieniewa, reż. Jacek Sut; Agencja artystyczna „Na boku”

25-sie godz.20:30 „Portret młodego aktora” scen. i reż. M. Szyszka, Grupa przeds. teatr. i film. z Warszawy

[2] Takich jak: skomponowane przez Jerzego Derfla do tekstów Wojciecha Młynarskiego: Co By Tu Jeszcze… , Moje Ulubione Drzewo, Absolutnie,  Zeszycik Pierwszej Klasy, Gruz Do Wywózki,  Co Ma Zrobić taki Frajer, Dwie Akacje,Wywalczymy Kapitalizm, O Tych, Co Się Za Pewnie Poczuli, Jest Jeszcze Panna Hela.

[3] 26-się Genesis – Ogród ziemskich rozkoszy, scen i reż. Adam Walny; Teatr Walny z Poznania

27-sie Pierwsze Przedstawienie wybrane przez publiczność Lapidarium  czyli „Wszystk zależy od dziadka” Iwony Pawłowicz, Teatru Omnia z Warszawy w reż.Witolda Skarucha

27-sie godz.20:30 „Ogród miłości” wg M. Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, reż. L.Majerczak-Stanisławiak; Teatr Własny z Chorzowa

28-sie „Zdawało się to wczoraj”; Teatr Pieśni i Romansu „Ptak”z Ivanowo (Rosja)

28-sie godz. 20:30 Drugie Przedstawienie wybrane przez publiczność Lapidarium  czyli „Zaliczenie” Zanussiego i „Lekcja” Ionesco Teatry Konsekwentnego z Warszawy

29-sie „La granda Maniana”; Kabaret Moralnego Niepokoju z Warszawy

30-sie „Ostatnia Pieśń Pulcinelli”,tłum. H.Jurkowski; Teatr Maski i Aktora „Groteska” z Krakowa

31-sie „Jarmark Sarmacki”,scen. i reż. Adam Skolankiewicz; Stowarzyszenie teatralne „Kalejdoskop” z Iławy

31-sie godz. 20:30 Trzecie Przedstawienie wybrane przez publiczność Lapidarium  czyli „Jarosy mniej znany” w reżyserii i wg scenariusza Tadeusza Wiśnieskiego z warszawskiej „Syreny”

01-wrze Miłość do trzech pomarańczy, G.Gozzi, reż. I. Gorzkowski , Studio Teatralne „Koło”z Warszawy

Rozdz. LXXXI – Adam Kinaszewski czyli cisza nad trumną !

środa, 16 Wrzesień 2009

poprzedni pierwszy następny

Wyszedłem na Białobrzeską na tyłach Kopińskiej hali i pierwszy raz od pół roku rozejrzałem się po świecie bożym. Zna to uczucie każdy, kto dał się pochłonąć bez reszty jakiejś fascynacji. A „Nowy Świat” był taką. Te pół roku, licząc z czasem wydawania numerów próbnych spędziłem w istnym obłędzie starając się podołać wszystkim miłym skądinąd obowiązkom, które przed czterdziestką na mnie spadły. Pierwszy raz zostałem ojcem. Starałem się więc mimo całego zawodowego szału pamiętać o rodzinie. Żona nie pracowała, ja zaś -zatrudniwszy panią do pomocy- próbowałem się punktualnie przedzierać około trzeciej do domu na obiad.  Potem zaś pokonując korki na Towarowej zdążyć na popołudniowe kolegium. Było to tak trudne, że prawie nie wykonalne. Nie sposób dotrzymywać zobowiązań w kraju, w którym nikt nie szanuje cudzego czasu, każdy szef uważa, że ma prawo dowolnie zmieniać ustalenia z podwładnymi, każdy podwładny uważa, że zawsze ma prawo zawracać głowę szefa, a nade wszystko nie ma ustalonych godzin początku pracy, jej końca ani pory jadania obiadów. Co o tym myślę napisałe w odpowiedzi na ankietę „Spotkań”, a potem starałem się żyć życiem przedstawiciela klasy średniej. Ba – nawet jakiś certyfikat dostałem.

"Spotkania"

"Spotkania"

„Takie były zabawy, spory w one lata…”. Zajęć miałem sporo. Od maja 90 roku byłem radnym, Przewodniczącym Komisji Kultury i Oświaty warszawskiego Śródmieścia. Wiedząc jednak, że praca zawodowa będzie dla mnie ważniejsza od radcostwa zadbałem o to jeszcze na pierwszym posiedzeniu, by zebrania Rady nie odbywały się w czasie pracy. We wtorki o 5 PM bywałem więc w gminie. Byłem też wiceprzewodniczącym Prezydium Sejmiku Samorządowego, którego niemal wszyscy członkowie pragnęli jakoś zawodowo przytulić się do samorządu. Tam zatem wymogłem by posiedzenia toczono o zabójczej dla mnie ósmej rano tak bym docierał na kolegia. Wreszcie odnaleziony przez Piotra Wierzbickiego w „Tygodniku Solidarność”, a nie tak naiwny przecież by mieć pewność, że ta inicjatywa się powiedzie – nie widziałem przeszkód by nadal kierować Tygodnikowym działem kultury. Tam też chciałem nadal  pisywać recenzje teatralne KAT-a aby trudniejszej funkcji selekcjonera tekstów do dziennika, w konflikt interesów z  własną twórczością nie stawiać. Tu jednak po raz pierwszy ( i nie ostatni w życiu) poznałem prawdziwą naturę Andrzeja Gelberga. Nawet o tym słyszeć nie chciał. Natychmiast przedstawił mi mego ( i tak to się zazwyczaj kończy… z czasem swego) następcę czyli Jerzego Kłosińskiego. Ten ostatni w kilka miesięcy zniszczył całą moją pracę. Nie zgodził się publikować moich recenzji twierdząc, że pod pseudonimem mogę je równie dobrze publikować we własnym dziale. Po kilku miesiącach zwolnił z pracy pozyskanego przeze mnie z trudem, a pamiętającego jeszcze pierwszy Tygodnik „S” Mazowieckiego – Maćka Cisłę. Największą jednak szkodę wyrządził Tygodnik „S” Gelberga i Kłosińskiego  próżnym i nieudolnym podczepianiem się pod mit Zbigniewa Herberta. Choć jak pisałem wyżej małość wybaczać trzeba. Tu bardziej winni są ludzie z kręgu Adama Michnika. Oni przecież wiedzieli, co czynią i komu!

Tak więc wędruję sobie Białobrzeską w stronę Placu Zawiszy i dalej Towarową ku placowi Bankowemu. Etaty straciłem dwa. Także możliwość pisania. Głód  jednak jeszcze mi w oczy nie zagląda. Radcostwo w I kadencji samorządu to wprawdzie finansowo nie był jeszcze interes ( dopiero w drugiej podniosą sobie radni diety do poważnych stawek), ja jednak jako wicemarszałek Sejmiku Samorządowego miałem parę złotych, dokładnie równowartość jednej najniższej płacy krajowej. (Przypominam sobie, co to było wrzasku jak po uchwaleniu tych stawek czyli 200 % dla przewodniczącego, a 100 % dla wice Wyborcza zamiast stawkę „najniższego” podała, że podstawę stanowi „średnia” krajowa. Com musiał się natłumaczyć kolegom z Prezydium, że w takiej sytuacji jedynym sprostowaniem może być tylko godne milczenie. Bo jak będziemy dementować to naród nie zapamięta ile lecz z pewnością uzna, że i tak zbyt dużo…). Teraz jednak nie było to wiele, więc jako, że całe prezydium i część zarządu umieścił już Piotr Fogler na etatach, a ja miałem „pod sobą” wszystkie komisje merytoryczne, przeto wydawałoby się, że w zamian za „dietę” mogę liczyć  na nieco wyższy i zapewniający ubezpieczenie zdrowotne „etat”. Zdawało się to czystą formalnością. A jednak – przyszło się zdziwić po raz drugi. W Sejmiku już widać poznano się na mnie i uznano widać, że lepiej bym nie musiał codziennie pojawiać się w pracy. Wysłuchałem pięknej przemowy Piotra Foglera ( który już wcześniej wszystkich znajomych swojego królika powsadzał na etaty) o transparencji, o dezetatyzacji i … prezydium wicemarszałeczkowi odmówiło… Nie pierwszy raz przekonałem się, że sukcesy mogę odnosić w wyborach bezpośrednich. Kooptacje dwustopniowe, w których decydują układy i koterie są  już poza moim zasięgiem.

Za jakiś czas potwierdzą mi to zresztą moi włoscy przyjaciele z TV „Polonia”. U szczytu rozwoju stacji, której oglądalność przekraczała 8 mln telewidzów w czasie, gdy jeszcze nikt w Polsce, przynajmniej na poziomie samorządowym, nie miał pojęcia o profesjonanej kampanii wyborczej miały się odbywać wybory roku ’94. Dowiedziawszy się, że kandyduję i to z poziomu marszałka Sejmiku zgłosili się do mnie z propozycją, że … zrobią mnie prezydentem Warszawy.

- Jak to sobie wyobrażacie ? – spytałem.

- Qual è il problema. TV fa miracoli. Odrzekli. – Jesteś dość znany. Po paru  naszych „czary mary” będziesz ukochany. Nie ukrywam, zapaliły mi się oczy. Już, już witałem się z gąską.

- No więc kiedy wybory, jaka ordynacja ? spytali Włosi.

- Wybory będą w czerwcu. Tym razem dwustopniowe. Odparłem - Osobne do Rad Gmin. Osobne do Rady Warszawy. Potem Rada Warszawy wybierze Prezydenta jednak nie koniecznie ze swego składu.

– Co !?  Prezydenta Warszawy nie wybiera się bezpośrednio. Włochów zatkało. Popatrzyli po sobie.

- Gomorra ?

- Si gomorra. – Scusa Andrea. Nie wiedzieliśmy, że to nie są prawdziwe wybory. Ludzi umiemy przekonać. Kilkudziesięciu radnych – to ciało absolutnie niesterowalne. Jak każdy oderwany od podłoża aparat. To struktura partyjna czyli mafijna, co zresztą na jedno wychodzi. Z nimi nie poradzimy ani pieniędzmi ani siłą. To bardzo niebezpieczne dla kraju… Jak wspominałem nasze polskie obyczaje jeszcze nie jednym skautów od Berlusconiego zaskoczą.

Wracając do opowieści – straciwszy szansę zostania samorządowym aparatczykiem ruszyłem szukać dalej. A blisko było, ot rzut beretem – na Prostą róg Towarowej.  Był to bowiem czas, gdy nie tylko Kubiak z Bataxem, również A

USA-Today-Logomerykanie chcieli mieć w Polsce swoją gazetę.  I to tę, którą już dobrze znałem, którą właśnie w „Nowym Świecie” sobie wymarzyłem i naśladować chciałem. Miała nazywać się „Dziennik Krajowy” i być polską wersją amerykańskiego „US Today”. Wyglądało pięknie, płacono też ponoć znakomicie. Redakcja była w trakcie kompletowania. Redakcja, którą kierować miał Adam Kinaszewski w większości importowana była z Gdańska. Ja jednak miałem w tym czasie oparcie na bałtyckiej ziemi. Znajomi umówili i udałem się na spotkanie z panią Małgorzatą Bucką desygnowaną na stanowisko szefowej działu regiony. Zaniosłem CV. Porozmawialiśmy miło w zakupionym właśnie na potrzeby redakcji dawnym biurowcu należącym chyba do kompleksu Zakładów Róży Luksemburg, które właśnie padły. Budynek będący dziś siedzibą

Towarowa 25 - stan z 1974 roku ( widok od strony zakładów R.Luxemburg)

Towarowa 25 - stan z 1974 roku ( widok od strony zakładów R.Luxemburg)

banku BPH wg mojej ówczesnej wiedzy został właśnie kupiony z pieniędzy ofarowanych przez Polsko-Amerykański Fundusz Przedsiębiorczości spółce PA Press, której szefem był Adam Kinaszewski czyli Druga połowa JanaMura. Pod tym pseudonimem wydał wraz z Andrzejem Drzycimskim „Dziennik internowanego” (wyd. podziemne, 1985) oraz opracowania biografii L. Wałęsy „Droga nadziei” (Paryż, 1987).  Na naczelnego „Dziennika Krajowego” przedstawiciele funduszu przedsiębiorczości proponowali początkowo Marka Nowakowskiego. Ten jednak już na początku roku 92 zdementował tę informację twierdząć, że w czasie, gdy był zainteresowany propozycją Kinaszewskiego nawet źródło finansowania projektu było nieznane.

Adam Kinaszewski (1944-2008)

Adam Kinaszewski (1944-2008)

Adam nie żyje.  Urodzony w Mikołajki roku 1944, zmarł w Andrzejki w zeszłym 2008 roku. Wtedy czyli w 1992 roku nawet go nie poznałem. Zetknę się z nim dopiero za dwa lata w roku 1994 by przekonać się, że osobisty ministrant Ojca Świętego, który w czasie internowania w Strzembielinku otrzymywał imienne kartki z życzeniami i zapewnieniem modlitwy od Jana Pawła II był człowiekiem ciepłym i miłym. Była w nim jakaś siła i spokój, swoisty arystokratyzm, poczucie dystansu. Gdzież tam do niemu jakiemuś… np. Maćkowi Zalewskiemu.

I cóż może łączyć spółkę „Telegraf”, którą z nieprzytomnym zacietrzewieniem ścigały wszystkie media z „Gazetą Wyborczą” na czele  za próbę stworzenia koncernu medialnego i szybkie bo niespełna rok trwające  pomnożenie kapitału z 25 tysięcy do 3.5 mln $ ( 36 mld starych złotych) z kierowaną przez Adama PA-Press, która jednym podpisem uzyskała gwarancje finansowe na kwotę 27 mld złotych.   60%  tej sumy zapewnić mieli Amerykanie, pozostałe udziały należeć miały do grupy polskich biznesmenów, m.in. Pawła Obremskiego i Bohdana Rytel. Na pogrzebie Kinaszewskiego jego przyjaciel opowiadał jak to zdobywszy 5 mln $ od Amerykanów, późniejszy właściciel AKProduction pośliznął się na brakujących dwustu milionach polskich złotych. Pozostając zaś w osobistej korespondencji z o niczym rzecz jasna nie wiedzącym głównym przełożonym Banku Watykańskiego, przedsięwzięcie skwitował w stylu Greka Zorby. Jak rozumiem uznawszy, że to była piękna  katastrofa. No cóż. Może dla niego była piękna. Jak dla tych co tańczą, całują ziemię i idą inne wyspy odwiedzać.  Już nawet nie pamiętam czy mi koleżanka Bucka pracy odmówiła czy jakąś pozostawiła nadzieję. Przypominam sobie, że pierwszy raz sporządziłem na tę okoliczność CV w amerykańskim stylu i wróciłem do swoich baranów. Nie minęło jednak pół roku, gdy nagle gruchnęła wieść po Warszawie, że „Dziennika Krajowego” nie będzie. Ot, jak bańka mydlana – był i pękł.

W wydaniu weekendowym Gazety Wyborczej z 26-27 września 1992 roku można było przeczytać: Polsko-Amer. Fundusz Przedsiębiorczości po wydaniu trzech milionów dolarów wycofał się z wydawania w Warszawie gazety codziennej  Dziennika Krajowego. Jeszcze w środę do urządzonych kosztem 780 tys. dolarów pomieszczeń redakcyjnych w Warszawie dostarczono komputery. Stoją w skrzyniach w umeblowanej redakcji. We wtorek Adam Kinaszewski, szef spółki PA Press s-ka, wydawcy „Dziennika”, którego publikacja była przygotowywana przez półtora roku, oznajmił pracownikom, że Fundusz wycofał się z przedsięwzięcia. Poinformował, że powodem była zwłoka w przepływach” pieniędzy, za co winę ponosi Bank Handlowy. Dyrektor ekspozytury Funduszu w Warszawie, Barbara Lundberg, powiedziała w czwartek „Gazecie, że Fundusz wydał na rozruch Dziennika” 1,6 mln dolarów gotówką i udzielił spółce PA Press 1,4 mln kredytu. „Zmieniła się sytuacja w Polsce, zmienił się rynek i wobec tego zmieniamy strategię inwestowania” – powiedziała Lundberg. Dodała, że ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły. – Rok temu, kiedy zaczynaliśmy organizować „Dziennik Krajowy, wszystkie polskie dzienniki wyglądały inaczej niż teraz. ,USA Today’, którego kopią miała być nasza gazeta, położony wtedy obok „Życia Warszawy,„Gazety Wyborczej” i Rzeczpospolitej”, wyraźnie odbiegał od nich, dawał nadzieję na sukces – powiedział nam wczoraj Adam Kinaszewski. Jego zdaniem o klęsce zadecydował czas: „Jeśli udałoby się ruszyć przed wakacjami, moglibyśmy liczyć na sukces. Niestety, komputery dostaliśmy za późno. Winien jest Bank Handlowy, który opóźnił przyznanie nam gwarancji na amerykański kredyt, za który je kupiliśmy. Nie odpowiedział jednak na pytanie, skąd miały pochodzić pieniądze na rozruch gazety.”

I tyle ! Koniec na tym. Gdzieś wyparowało trzy miliony dolarów. Liczni pracownicy „Dziennika Krajowego” pootwierali sobie firmy producenckie, z których usług montażowych w dalszej części mego życia zawodowego nawet korzystałem. Bank Handlowy oskarżany przez Kinaszewskiego o opieszałość, w swoim kolejnym wcieleniu BPH jeszcze przed podziałem bo w roku 1998  wybuduje sobie na Towarowej 25 siłami EXBUDU SA  główną centralę zaprojektowaną przez APA Wojciechowski.

Towarowa 25 siedziba BPH niedoszły lokal "Dziennika Krajowego"

Towarowa 25 siedziba BPH niedoszły lokal "Dziennika Krajowego"

Miejsce to   piórem Anety Borowiec w roku 2003 Gazeta Wyborcza opisywać będzie językiem odbiegającym od jakichkolwiek standartów dziennikarskich,  porównywalnym jedynie ze stylem folderu reklamowego.[1] i żaden dziennikarz śledczy nie ruszył tropem tego przekrętu dwudziestolecia!

No cóż ja dziennikarzem śledczym nie jestem. Ja tylko wnioskuję. Adam Kinaszewski nie żyje. Zmarł też jego Święty Wujek, który nam Polskę Wolną chciał wymodlić. Wiele inicjatyw, jak choćby przywoływany „Telegraf” utrupiono. Wielu ludzi takich jak uniewinnionego w II Instancji, a skazanego w drodze kasacji na karę więzienia Macieja Zalewskiego udręczono. „Dziennikowi Krajowemu” nie dane było się narodzić. Polsce wolnej w rezultacie – też.

Cisza nad tymi trumnami !

Rozdz. LXXXII – „PAX’ z „telegrafem” czyli co może Hagmajer


[1] bph towarowa 25- Gazeta Wyborcza, 21.III.2003

Rozdz. LXXVI – Wiadomości o Dniach Dobrych Wiadomości

wtorek, 8 Wrzesień 2009

poprzedni pierwszy następny

8 września na Dzień Dobrej Wiadomości wybrała Małgosia Bocheńska w roku 2001. To miało być otwarcie nowej epoki – nowego tysiąclecia. Stworzyła wspaniałą kapitułę, rozesłała apel. Prezydent Warszawy Paweł Piskorski przyjął patronat. Ja – mówiąc szczerze nie do końca z pomysłem tym się identyfikowałem. Czułem w nim niebezpieczeństwo lansowania „pozytywnej wizji świata”, która zatruwała nam młodość w dobie gdy, jak mawiało się za późnego Gierka, dzięki talentom Mariusza Waltera by napełnić lodówkę –  wystarczyło podłączyć ją do telewizora. Mnie to

Małgorzata Bocheńska podczas DDW

Małgorzata Bocheńska podczas DDW

niepokoiło. Przedstawicielom „mainstream-u” od Pawła Piskorskiego po większość członków kapituły z Marcinem Frybesem, Urszulą Dudziak, Markiem Nowickim, po Jacka Żakowskiego pewnie się podobało.  Pozwoliło to w roku  2001 poza przekazaniem Apelu do Mediów zorganizować Małgosi uroczystą proklamację DDW w Parku Skaryszewskim. ddw 2005To było 8 września 2001 roku. Odpowiedź przyszła w trzy dni później.  11 września i WTC i zachłystywanie się mediów tym zdarzeniem. Jakby ktoś sobie zakpił z tej wyartykułowanej przez środowisko Salonu 101 woli przypomnienia, że: „Jesteśmy cywilizacją informacji. Często gubimy się w natłoku i szumie informacji. Wybieramy to, co wyraziste a to, co wyraziste oznacza często to, co drastyczne.  Przyzwyczailiśmy się, że dobra wiadomość nie jest żadną wiadomością, że dobra wiadomość to brak wiadomości. Odbudujmy wspólnie pełną wizję świata, gdzie obok złej wiadomości znajdzie się miejsce dla dobrej wiadomości.Nie twierdzimy, że złych, trudnych wiadomości nie ma. Pragniemy szukać DOBRYCH WIADOMOŚCI.

Poczułem, że los uderzył  Bocheńską w twarz.  Żeby tylko Małgorzatę: uderzono w  Nas. W ideę, w dobro po prostu. W końcu zło można tylko dobrem zwyciężać. Zacząłem rozumieć, że opozycja laurkowej i realistycznej wizji świata, nie jest kategorią jedyną. Nowe tysiąclecie niesie nowe przesłania:  zagrożenia globalizacji, ocieplenia klimatu, narastających konfliktów etnicznych i kulturowych. Wiedząc, że skończył się już czas instytucji, dobiegają kresu rządy gmin, a nawet być może zmierzcha też epoka ludów i wiek narodów odchodzi w zapomnienie –  również z komunikatu Bocheńskiej postanowiłem wysłuchać to co dobre – na bok odkładając wątpliwe.

W 2001 roku moje możliwości współpracy były skromne. Troszkę pomagałem w promocji jednak na stanowisku szefa Centrum Monitoringu Wolności Prasy, które objąłem pod koniec września 2001 nawet do września roku następnego się nie utrzymałem. W  roku 2002 działał jednak nadal patronat prezydenta Warszawy. Małgorzata promocję DDW zorganizowała samodzielnie w zawiadywanym przez panów Krzysztofa Marszałka i Sebastiana Lenarta znanym nam skądinąd Lapidarium. Gdy władzę w mieście obejmie Lech Kaczyński, a Andrzej Urbański zostanie jego zastępcą, w ramach całościowego projektu programu Domu Kultury Śródmieście, który miała wg słów Małgorzaty Naimskiej promieniować na Warszawę ( a mnie się chciało aby jeszcze szerzej )  w mych planach uwzględniłem pomoc w organizacji DDW. Niestety, zadziałała tu zasada, którą nazwałbym „Prawem swojaka”. Jeśli coś kupił Piskorski, Kaczyński musiał odrzucić. Nawet jeśli robiła to osoba w sumie bliższa ideowo jego formacji niż poprzedniej władzy. Poczucia ciągłości władzy i wartości ludzkiej pracy w urzędnikach nie sposób zaszczepić. Oni każdy projekt traktują ad personam miast ad rem. Dotyczyło to Małgosi a nawet i mnie pośrednio. Miałem szereg ciekawych projektów: własnych, zastanych, czy tak jak DDW pozyskiwanych. Korzystając z dojść do decydentów aplikowałem u Prezydenta Warszawy o dodatkowe pieniądze  z tzw. rezerwy, którą obiecano uruchomić dla kierowanej przeze mnie instytucji kultury.  O kontrasygnatę wypadało jednak  poprosić  burmistrza. Wydawało mi się to formalnością skoro proszę o środki, które bez uszczerbku dla dzielnicy zwiększą budżet Śródmieście o załącznik budżetowy przeznaczony na działalność kulturalną. – Nic nie rozumiałem ! Nie wiedziałem ciągle, że pieniądze publiczne nie służą do tego by je racjonalnie wydawać. W każdym razie nie dla ludzi pokroju Jarosława

Jarosław Zieliński czyli Nikodem Dyzma z Podlasia

Jarosław Zieliński czyli Nikodem Dyzma z Podlasia

Zielińskiego burmistrza warszawskiego śródmieścia, który potrafił – by uwiarygodnić swoje samorządowe  kompetencje – przedstawiać się w Stolicy jako … były Prezydent Suwałk. Trzeba poznać Polski biegun zimna by wiedzieć, że nigdy nie mógł nim być skoro miastem tym od lat dwudziestu rządzi niemal nieprzerwanie były komisarz Stanu Wojennego Józef Gajewski. Ale któżby sobie weryfikacją takich faktów zaprzątał głowę między Wiejską (Sejm), a Nowogrodzką (siedziba PIS)  w Warszawie.  Otóż dla takich Nikodemów Dyzmów z podlaskich kresów, pieniądze i instytucje publiczne są jedynie  – instrumentem władzy. Burmistrz, a także jego zastępca otrzymali kwity i oczywiście zapadła nad nimi cisza. Nie było więc wyjścia. Musiałem naruszyć procedury i włamać się z moimi wnioskami wprost do Urbańskiego. Wymogłem spotkanie w towarzystwie kierującej Biurem Kultury Małgosi Naimskiej. Jędrek zachowywał się już jak satrapa. No, cóż powiedział mi kiedyś: - Przecież i tak wiadomo, że mogą coś załatwić tylko ci, którzy przekroczą próg tego gabinetu. Pochylił się nad moimi papierami. – Dzień Dobrej Wiadomości ( organizowany przez świetnie mu znajomą  – Małgosię Bocheńską), mowy nie ma. Centrum wolontariatu, żadne takie ! Na swój ogródek dostaniesz, Poem Expres – proszę bardzo. Wyszedłem jednak w sumie ze sporymi pieniędzmi. Burmistrz nie miał wyjścia. Skręcał się ale musiał to podpisać. Wyznał jednak gdzieś na stronie, że to nie może tak być by szefem podległej mu instytucji zostawał ktoś, na tyle ustosunkowany by sam pozyskiwał środki na działalność. Wtedy władza traci instrument. ddw-2004

Ale dziś miało być o dobrych wiadomościach.. A dobrą było to, że raz dostawszy kasę tak naprawdę mogłem ją wydać według uznania. Byle zgodnie z procedurami. Włączyłem więc projekt Dnia Dobrej Wiadomości w zatwierdzony budżet  Ogródków Warszawskich.  By nie generować dodatkowych kosztów połowę wrześniowego folderku przeznaczonego na  tę imprezę oddając Małgosi.  W ten sposób w roku 2004 Dzień Dobrej Wiadomości można było uczcić organizując w Dolinie Szwajcarskiej prezentację prac nagrodzonych w ramach Konkursu zatytułowanego „Dobra Wiadomość w fotografii”.  Nagrody przyznawało jury z Tadeuszem Rolke, Martą Majewską, Wojciechem Eichelbergerem,  Jerzym Gumowskim, Tomaszem Tomaszewskim i laureatem I edycji konkursu Alkiem Sochoniem. Wystawę zorganizowaliśmy na Smolnej wieczorem. Nagrodzono Tomasza Woźniczka, Arkadiusza Dziczka i Eugeniusza Nurzyńskiego W Dolinie Szwajcarskiej wystąpił wyróżniny właśnie na  ”Złotej Tarce” zespół Swing Guitars.

Za rok czyli w 2005 było wiele lepiej. Jakoś obszedłem Andrzeja, pozyskując w budżecie nieco większe środki dla proklamacji  Dnia Dobrej Wiadomości. Bocheńska też pozyskała nieco pieniędzy dla swojej Fundacji „Salonu 101” i tak 8 września 2005  w ramach zorganizowanej tym razem na Frascati akcji umieściliśmy w tzw. Dolnych Kuluarach instalację: bramę zdjęć z czasówBrama DDW Solidarności w znacznej mierze autorstwa Erazma Ciołka. To była już III edycję Konkursu Dobra Wiadomość w   DZIEŃ DOBREJ WIADOMOŚCI. W samo południe odbyło się otwarcie wystawy „SOLIDARNOŚĆ” i ogłoszenie III edycji Ogólnopolskiego  Konkursu Fotograficznego Dobra Wiadomość w Fotografii Solidarni. Następnie o 18.30Jurek Antoszkiewicz z grupą To i Owo zapraszał na muzykowanie: SOLIDARNI z Bluesem. A po jego wprowadzeniu wystąpiła  Grupa KG BAND z udziałem Miry Kubasińskiej  i Krzysztofa J. Krawczyka. Ten koncert okazał się ostatnim publicznym występem niezapomnianej solistki grupy Breakout.

Ostatni koncert Miry Kubasińskiej 8.IX.2005

Ostatni koncert Miry Kubasińskiej 8.IX.2005

Na koniec zagrała jeszcze reggae grupa muzyków afrykańskich z udziałem Ricy Liona. Odbyło się też spotkanie Posłańców Dobrej Wiadomości. Kolejnym nadzwyczajnym eventem był zorganizowany przez Bocheńską pod hasłem „SOLIDARNI” – Dzień Otwarty dla młodzieży i pedagogów.  Zaczęło się i tym razem w południe spotkaniem w ramach konkursu  Dobra Wiadomość w Fotografii.  W programie:• spotkanie z mistrzami fotografii reporterskiej • koncert akustyczny zespołu RELIEVERS: Tomasz Bielecki – harmonijka, vocal; Janek Pęczak – gitara, vocal; Grzegorz Rybka – saksofon • małe harmonijkowe jam session • hapenning plastyczny ŚCIANA WOLNOŚCI:rysunek, graffiti, hasła, cytaty, slogany; • otwarty mikrofon.

Nagłośnienie w mediach było spore. Jednak co szklany ekran to szklany – spotkanie realne ma inne znaczenie. A można to było zrobić efektowniej zważywszy, że w niemałym budżecie jaki w roku 2005 udało mi się pozyskać z Miasta na całe Ogrody Frascati,  miałem i na Dzień Dobrej Widomości kilka tysięcy złotych. Dzięki wkomponowaniu zdarzenie w zestaw imprez na Frascati, gdzie funkcjonowała już stała parkowa infrastruktura wszystko mogło kosztować znacznie taniej.

To wydawałoby się też dobra wiadomość. Okazało się jednak, że wśród wielu wiadomości dobrych jedna będzie zawsze fatalna – będę nieskromny: zwyczajna uczciwość. Tego się nie wybacza – zwłaszcza w telewizji. Jako członka Kapituły DDW zaproszono mnie do emitowanego na żywo TVP Info programu. Bodaj „Gość Dnia” on się nazywał. Gość Dnia, DDW, TVP 3, 8.IX.2005 . Otrzymawszy możliwość niemal półgodzinnego dywagowania  o specyfice mediów i gazetowej prawdzie, że „dobra wiadomość to zła wiadomość” znalazłem jednak 2 minuty by wspomnieć o Małgosi, o jej Fundacji Salonu 101, zaprosić na Frascati no i przypomnieć, że Warszawiacy zawdzięczają to wszystko osobistej decyzji Pana Prezydenta Miasta. Lizusostwo czy prosta rzetelność ? – Dla mnie zwyczajna lojalność.

Jednak wobec Kaczyńskich obowiązują szczególne prawa – inne! Przecież, gdybym publicznie pochwalił urzędującego Prezydenta Miasta w jakiejkolwiek innej osobie: Wyganowskiego czy Piskorskiego, że o pani HGW nie wspomnę, wszystko byłoby w porządku. Jednak po tej wypowiedzi wywiad mój, który rankiem gdzieś około 12 nadawany był na żywo natychmiast zleciał z anteny. Wbrew ramówce nie został już powtórzony zgodnie z harmonogramem. Nie został nawet  zamieszczony w Internecie. Wydawca stwierdził bowiem, że zamiast mówić o „Dniu Dobrej Wiadomości”, któremu TVP patronowało wspomniałem o zasługach prezydenta miasta kandydującego na stanowisko prezydenta kraju. Zatem – robiłem mu kampanię wyborczą.

Rok później, a będzie to piękny zmierzch naszych z Bocheńską parkowych Dobrych Wiadomości – 8 września 2006  Ogrody Frascati (Park im. Rydza-Śmigłego) zamieni się z kolei w Port Dobrych Wiadomości.DDW 2006 Będą działania artystyczne, akcje i performances. Stowarzyszenie Calendula ułoży  Kwietną Mandalę Dobrej Wiadomości i przybliży nas do Piękna. Pralka Frania, główna bohaterka poszukiwania Dobrych Wiadomości, odrzuci wszystko, co jest chwilową sensacją. Po Warszawie krążyć będzie wynajęty „Tramwaj Dobrej Wiadomości” informujący o naszych akcjach i najważniejszych wydarzeniach prezentowanych w tym czasie  na Frascati. Rowerzyści jako specjalni posłańcy rozwozić będą po mieście Kurier Dnia Dobrej Wiadomości. Można też będzie wypełnić ankiety z pytaniem: Wolność, Miłość, Przyjaźń czy Zdrowie są dla Ciebie Dobrą Wiadomością. Tym, co nie mają wiary, rozdawane będą nadto Różowe Okulary. Jedną z ważniejszych akcji tego dnia będzie też organizowana przez Akademię Fotografii IV edycja Konkursu na Dobrą Wiadomość w Fotografii. W roku 2006 nosił tytuł „Codzienność”.

Lipnicka i Porter - Posłańcy Dobrej Wiadomości 2006

Lipnicka i Porter - Posłańcy Dobrej Wiadomości 2006

Dobra  Wiadomość to Frascatii

I Państwo tutaj: mądrzy, ładni

Dziś tu: Lipnicka, Porter, Wolski

Wieczór w Europie – ale polski !

Cały program na Frascati transmitował w 2006 roku  na bieżąco poświęcając akcji kilka wejść II program TVP 2, który przyjął honorowy tytuł partnera medialnego. Wszystko zakończyło się transmitowanym w TVP koncertem Anety Lipnickiej i Johna Porter , którzy otrzymali w tym roku nominację do tytułu Posłańca DW). W Dniu Dobrej Wiadomości na Frascati swój kabaret prezentowali też Marek Majewski i Marcin Wolski.

8 września 2006 proklamacje Dnia Dobrej Wiadomości trwały na warszawskim Frascati od godziny drugiej do dziesiątej wieczorem Czy wszystko było w tym dniu dobre ? – Oczywiście  nie wszystko. Nastąpiło bowiem warte odnotowania nieporozumienie. Bocheńska długo nie mogła mi darować, że nie byłem zbyt grzeczny dla artystów. Ano nie byłem. Bo ja jestem stróżem publiczności. Tak zaś jest, że wyższej miary artyści ( tzn. tacy, którzy siebie ponad miarę cenią) mają zwykle ogromne wymagania jeśli chodzi o nagłośnienie. Trochę to sprawa ich komfortu, jakości odsłuchów etc. Ale też często kwestia impresariów i całego oprzyrządowania, które ma tu największe pole do zarabiania. Proporcja jest taka, że wybitny artysta zagra jeśli jest sam nawet  za niewielkie pieniądze. Dla mnie czy dla Małgosi Bocheńskiej najwybitniejsi twórcy potrafili grać za darmo niemal. Oni tak, ale przecież nie nagłośnieniowcy. A tego Dnia w przygotowaniu tzw. readera koncertu zrobiono błąd. Najpierw miał wystąpić  Marcin Wolski, po nim na sam koniec koledzy z zespołu, który rok temu po raz ostatni grał w tym miejscy z Mirą Kubasińską miał  upamiętnić Artystkę  grając wspomnieniowe  rege. Tylko, że w tym rozkładzie zabrakło czasu na rozstawianie dodatkowego sprzętu nagłośnieniowego. Rege przyjechało w połowie imprezy chcąc w czasie gdy widownia pełna była publiczności … wyłączyć scenę z ruchu na godzinę niemal, przesunąć czy odwołać występ Marcina Wolskiego karząc, wszystkim czekać aż oni  poustawiają swoje „przeszkadzajki”.

Takie obyczaje … oczekiwania aż się artyści „zestroją”: znane są z koncertów rockowych, ale moja publiczność rockowa nie była. Na wolnym powietrzu przerwa dłuższa niż kilkunastominutowa też nie miała sensu. Nie zgodziłem się też na wypłoszenie widowni po to by artyści sobie a muzom zagrali. Skoro nie chcieli grać na nagłośnieniu jakie już było zainstalowane – podziękowałem grzecznie. Wiedziałem, że publiczność jeśli ma wybierać przełoży Kabaret Wolskiego bez czekania nad reggae z czekaniem.

No cóż ale publiczność to byt intencjonalny. Urażony artysta to problem całkiem realny. Tego niestety w moich kalkulacjach wciąż nie uwzględniałem. I być może to jeden z powodów, dla których od trzech lat nie odbywają się już huczne obchody Dnia Dobrej Wiadomości a pustką dziś zionie Frascati. Są jednak też wiadomości dobre:

  1. Do kolejnych wyborów samorządowych pozostało już mniej niż piętnaście miesięcy. A po nich, kto wie. Może będą jeszcze dla warszawskich inteligentów lepsze wiadomości.
  2. Małgosia Bocheńska w dniu Dobrej wiadomości 8 września  2009 wyrusza na spotkanie swych córek do Barcelony, gdzie będzie 10 września obchodziła urodziny. Ważne. Bo te, które uwalniają ją od czynowniczej pracy.

Todo lo mejor y las mismas noticias buenas

Rozdział  LXXVII – Po czemu wolność wypada mediom

CDN

LX. Fantazje Adama Kiliana

sobota, 15 Sierpień 2009

poprzedni pierwszy następny

Po IX KTO widać było, że pamiętająca Mariensztat i dwa szwajcarskie Ogródki Budka Domańci więcej w całości nie przetrzyma. Zresztą nadchodził jubileusz. Zwróciłem się zatem z kolejnym pismem do radnego Zająca. Dziwna postać. Postawiony przez SLD na straży Śródmiejskiej kultury, zastąpiwszy mnie na stanowisku przewodniczącego Komisji w roku 1994 nie mógł wprost utrupić dobrze rozwijającej imprezy, której nb. jego partyjny kolega Marek Rasiński raczej sprzyjał. Początkowo starał się jednak przekierować moje środki na teatralny Ogródek jaki jego znajmi  studenci próbowali prowadzć na małym  dziedzińcu przy Uniwersyteckiej  SIGMIE. ( Tak tak, tej Sigmie z Olejarza, gdzieśmy swego czasu z Urbańskim „Meteora” grali).

Mału Dziedziniec UW

Mały Dziedziniec UW

Tam, gdy ja prowadziłem imprezę biletowaną SLD-owscy propagandyści od razu wiedziel, że chleb kulturalny tłumom się darmo rozrzuca. Ale i tak nie wyszło.  Komuś po prostu zabrakło pary, i skończyło się na imprezach muzycznych, które zresztą do dziś się  tam z powodzeniem odbywają .

Więc mniej czy więcej ale trzeba było na Konkurs Tearów Ogródkowych dawać. Ciekawe jednak, że przez 10 lat ocierania się o siebie facet ten nie znalazł 15 minut na rozmowę ze mną. No ale poraz kolejny spóbowałem. Skoro nie chciał gadać – napisałem doń pismo

Tłumaczyłem, że IX Edycji Konkursu Teatrów Ogródkowych w latach 1992 – 2001 stanowi trwały dorobek organizacyjny i medialny samorządu Warszawskiego. Letnia impreza jest dostrzegana przez wszystkie media […] ma zasięg  międzynarodowy,[…] dysponuje trzy językowym portalem internetowym. ( Sam go w html-u wykonałem).  W ciągu 9 lat odbyło się około 130 spektakli, które obejrzało około 13 000 osób. Roczną frekwencję zaś szacować można było na 2-3 tysiące osób. W jury zasiadają najwybitniejsi przedstawiciele środowiska teatralnego Na temat imprezy powstało: 30 transmisji spektakli w sieci ogólnopolskiej […] Odnotowują ją wszystkie stacje radiowe. Wszystkie spektakle są zapowiadane i recenzowane w Stołecznej Gazecie Wyborczej i w Życiu Warszawy.[…] przez pisma specjalistyczne (Teatr, Dialog, Le theatre en Pologne, Ruch Teatralny) ale także przez wysokonakładowe magazyny[…] Dowodem popularności imprezy jest umieszczenie jej w większości zapowiedzi turystycznch a także odnotowanie wśród kilku najważniejszych imprez letnich  przez prestiżowe przewodniki  Wiedzy i Życia zarówno w edycji krajowej (Polska) jak i stołecznej (Warszawa)

Wiedz i Zyciei_webZ tym wszystkim impreza jest w znacznym stopniu niedoinwestowana, Boryka się też stale z kłopotami organizacyjnymi. Podstawowe mankamenty to:          Brak solidnego zadaszenia sceny i widowni

         Brak zaplecza (garderób) dla aktorow; brak środków np. na wóz castingowy

         Brak personelu technicznego, co uniemożliwia skuteczną kontrolę miejsc, a zatem ich rezerwacje.

1.1.      Spektakle mają najczęściej nadkomplety

1.2.      Brak środków na ochronę terenu  ( w czasie gdy nie odbywają się spektakle)

         Brak środków na zorganizowanie Komisji Kwalifikacyjnej co podniosłoby poziom średnich prezentacji.

Narodzona w Café Lapidarium przez pierwsze siedem lat moja impreza korzystała ze wsparcia restauratorów wynajmujących dziedziniec Lapidarium. Gwiazdeczki,  Starej Dziekanki czy Mariensztatu.  Od 1999 roku odbywała się jednak w  Dolinie Szwajcarskiej, Co okazało się triumfem frekwencyjnym i medialnym.Tradycyjne miejsce kulturalnych spotkań warszawiaków przywrócone został na mapę kulturalną stolicy. W sensie całkowicie dosłownym: Życie Warszawy w 1999 roku opublikowało taką mapę.Miejsce to okazało się już wdzięcznym terenem do organizacji innych imprez kulturalnych. Istnieje tu możliwość prowadzenia działalności kulturalnej przez cały rok. Apel powołanego w 1997 roku Komitetu Restytucji Doliny  Szwajcarskiej podpisało ponad 140 osób […]

W 1998 roku ufundowana została Fundacja „Kultura Tutaj Obecna”,Jej założenia statutowe to m. in:

•          zaangażowanie w organizację imprezy o nazwie: Konkurs Teatrów Ogródkowych

•          zaangażowanie się w organizację w Warszawie  letniego Festiwalu Artystycznego pod hasłem Kultura Tutaj Obecna – będącego miejscem spotkania  przybyszy i turystów z kraju a także z zagranicy;

•          Zaangażowanie w stworzenie w Stolicy Polski Warszawie Centrum Kultury Dolina Szwajcarska – modelowego ośrodka ponadregionalnych spotkań kulturalnych;

Fundacja ta  jest od dwóch lat głównym realizatorem imprezy, której głównym sponsorem i fundatorem nagród pozostaje Komisja  Kultry i Zarząd  Dzielnicy  Śródmieście Gminy Warszawa Centrum. Środki jakie na ten cel są asygnowane ulegają jednak znaczej fluktuacji Podjęte dotąd prace doprowadziły do wprowadzenia Imprezy do Doliny Szwajcarskiej. Na podstawie ikonografii Galewskiego odtworzono też scenkę ogródkową. Uległa jednak ona po trzech latach eksploatacji dekapitalizacji.

Jest zatem niezbędne by w roku 2001 X jubileuszowy Konkurs Teatrów Ogródkowych

         Odbywał się przez 4 dni w tygodniu od maja do września

         Zintegrował „magiczne” miejsca Warszawy takie jak: (1)       Lapidarium (2)       Starą Dziekankę (3)       Mariensztat (4)       Dolinę Szwajcarską

         Został zorganizowany w oparciu o własne zaplecza kawiarni ogródkowej nawiązującej stylistycznie do tzw. Stylistyki wiedeńskiej W tym celu w pierwszym etapie konieczne jest wzniesienie w Dolinie Szwajcarskiej zaplecza nawiązującego stylistycznie do ikonografii teatrów Ogródkowych Galewskiego w rodzaju Teatrzyku Belle Vue;

W następnym etapie należy dążyć do rozbudowywania go w kierunku wyznaczonym przez rozwój tzw. Foklwarku Świętokrzyskiego: W ostatnim etapie istnieje możliwość rozważenia idei odtworzenia w Warszawie ( rekonstrukcji) tzw. Salonu Wielkiej Alei.

Mogłem sobie pisać – przynajmniej mam teraz gotowca…

Dziewiąty Konkurs się skończył. Nagrody zostały rozdane. Na IX KTO przyznano w sumie najwięcej nagród w historii. Budżet: 116 000,00 zł musiałem zmniejszyć aż o 38 000,00 zł przeznaczone na nagrody. Nie powiem by mnie to bawiło. Na nagrody wszyscy dawali chętnie. Bo też to daje największe nagłośnienie. Ale na garderoby, podłogę, przyzwoitą dekorację, efektowniejsze wydawnictwa na to już sposororów nie było. Kończył się wiek. Nadchodziło trzecie tysiąclecie.

Po dziewiątym ogródku, pod nieudanej próbie osadzenia „Z Dziecka Króla” w Dolinie, zaszyłem się w moich  Ołtarzach-Gołaczach. Praktycznie na całą zimę. Siedziałem tam. Pisałem sprawozdania, wnioski, memoriały. Przed weekendami zjeżdżałem do Warszawy. W piątek, czasem w czwartek odbywałem jakieś spotkanie. To wtedy próbowałem nawet zwolnionego z pracy w „Życiu” Wołka Bronka Wildsteina namówić do współpracy. Czułem, że brakuje kogoś, kto miałby większą ode mnie wiarygodność finansową. Jednocześnie pracowałem nad projektem zabudowy Doliny. Podpisana przez panią Wysocką Decyzja o warunkach zabudowy Doliny z 1999 roku ostetcznie uprawomocniła się w 2000 roku. Od tego momentu można było projektować. Skorzystałem więc z porady pani Kozubowskiej z Wydziału Architektury i zatrudniłem młodych ludzi. Kontaktowaliśmy się praktycznie cały sezon. Przedstawiali symulację komputerową za symulacją.

Warszatat M.Goszczyńskiej, A.Kowalczyka i M.Kwietowicza

Warszatat M.Goszczyńskiej, A.Kowalczyka i M.Kwietowicza

Adam Kilian

Adam Kilian

Próbowałem spotykać ich z Adamem Kilianem. Członkiem jury, znakomitym grafikiem, ilustratorem, wieloletnim dyrektorem Teatru Lalka, do którego dzieł życia zaliczyć pewnie trzeba przede wszystkim słynna „szopkową” dekorację do „Wesela” Adama Hanuszkiewicza.

"Wesele" w Teatrze Narodowym (1963)

"Wesele" w Teatrze Narodowym (1963)

Ojciec Jarka Kiliana szefującego  od lat dziesięciu już  Teatrowi Polskiemu, to przede wszystkim uroczy, ciepły człowiek, z którym współpraca była razem radością i zaszczytem.  Cieszę się też, że udało mi się za ten trud podziękować. Swego czasu, gdy kierowałem moją „Fundacją Kultura Tutaj Obecna”  otrzymałem bowiem ankietę z pytaniem, komu  powinna  zostać wręczona  jako pierwszemu utworzona właśnie  przez Prezydenta RP  nagroda za twórczość i działalność artystyczną dla dzieci i młodzieży.

Wskazałem  Pana Adama jako najlepszego kandydata i … okazało się, że tylko ja na to wpadłem, a jury powołane przez Prezydenta przychyliło się do wniosku właśnie mojej Fundacji.  Kawaler  Orderu Uśmiechu z roku 1980 może więc dopisać Nagrodę Prezydenta RP z roku 2002 do kolekcji  zaszczytów.

No ale z do Doliną Szwajcarską, z którą zresztą pan Adam sąsiadował mieszkając nieopodal na Chopina szło strasznie opornie. Raz, że nie było inwestora, ja miałem w głowie  rysunki  Galewskiego, młodzi architekci bujali w jakich konstruktywych szablonach, a Pan Adam – też fantazjował.  Skoro tak martwiłem się o to by publiczność od deszczu ochronić –  Kilian  wyrysowywał nam jakieś latające dachy.

Ogródkowe Wizje  Adama Kiliana

Ogródkowe Wizje Adama Kiliana

Wsiadałem w samochód, spotykaliśmy się w bufecie Teatru Lalka, którego dyrektorem niegdyś, a teraz scenografem był pan Adam.

Młodzież inżynierska symulowała z komputera. Pan Adam – dalej fantazjował.

Fantazja na Ogródek i Dolinę Szwajcarską szkicowana przez Adama Kiliana

Fantazja na Ogródek i Dolinę Szwajcarską szkicowana przez Adama Kiliana

Prawdę mówiąc wszystkio o kant … potłuc.

Tymczasem po raz kolejny zmieniła się władza. Potem jak 23 maja 2000 r. Jerzy Buzek mianował komisarzem  Warszawy Andrzeja Hermana   pani Anna Wysocka z AWSu wzięła się za czuby z panią Teresą Wyszyńską z Unii Wolności.  Bez metafory – pobiły się panie pod gabinetem kłócąc o jakieś stołki czy apanaże. Samorząd Śródmieścia Warszawski sięgnął bruku. Na dziewiątym ogródku Pani Dyrektor Dzielnicy funkcjonowała z nadania AWSowskiego komisarza.  Teraz  przyszły jednak kolejne  wybory, które tradycyjnie wygrał układ warszawski. Dyrektorem Dzielnicy Śródmieście mianowano Piotra Foglera. On naczelnikiem Wydziału Kultury zrobił w Dzielnicy mojego dawnego asystenta z Sejmiku: Piotrusia Królikiewicza. Trudno  sobie wybrazić lepszą sytuację.

Starzy, dobrzy  znajomi …

Rozdz.. LXI –  ”Firma” – albo Piotr Królikiewicz CDN

Rozdz. XLVII. Szpital Świętego Ducha

niedziela, 2 Sierpień 2009
poprzedni pierwszy następny

Rujnowały go dwa Powstania: Warszawskie z 1 Sierpnia 1944 i to z 19 kwietnia roku 1943 , też warszawskie tyle, że zamknięte w Getcie,  na którego samej granicy przy ulicy Elektoralnej 12 był położony. Najwięcej jednak ucierpiał w trakcie Obrony Warszawy, gdy 25 września 1939 roku bestialsko zbombardowany stał się mogiłą płonących w nim pacjentów i lekarzy.

Szpital Świętego Ducha

Szpital Świętego Ducha

Szpital Świętego Ducha założony w XV wieku długo bo od 15 października 1861 roku aż po czas II Wojny będzie po przeniesieniu z Piwnej najnowocześniejszą lecznicą  Warszawy.

Odbudowany w 1953 roku został przekształcony w Dom Kultury. Początkowo Związków Zawodowych, potem nazwano go Warszawskim Ośrodkiem Kultury. Rózne były jego dzieje i dyrektorzy. Komisarz stanu wojennego Jan Rodzeń – kieruje dziś Klubem Księgarza, inny arystokrata ( Gerard Położyński) - pracował później  w Muzeum Lenina, jeszcze inny Wiesław Rudzki był aktorem i przyjacielem dyrektora Wydziału Kultury Andrzeja Hagmajera. Po opuszczeniu przeze mnie posady w „Nowym Świecie”,  czyli po tym jak mnie zeń Piotr Wierzbicki na zbity pysk  wywalił za zredagowanie obiektywnej rozkładówki na temt firmy Batax, musicalu „Metro” i pisma „Obserwator Codzienny”: kształtującego się  medialnego imperium Wiktora Kubiaka – był nawet krótki czas gdym tam pracował, proponując Wojewodzie odtworzenie Warszawskiego Informatora Kulturalnego. Nolens volens ( bardziel jednak nolens) Rudzki przyjął mnie wraz z Anuszką Kowalską do pracy, a następnie robił wszystko by mnie ( jeszcze wtedy marszałka Sejmiku) zrazić. Gdy nie udało się wykurzyć mnie mianowawszy redaktorem naczelnym wymyślonego przeze mnie pisma Julka Gostkowskiego, bośmy się w 15 minut rozpoznali jako fachowcy i niemal zaprzyjaźnili, odmówił mi urlopu bezpłatnego na wyjazd na telewizyjne szkolenie do sardyńskiej Caligari. I tak z wydawcy zmieniwszy się w prezentera Telewizyjnego pierwszy raz rozstałem się z budynkiem między Mirowem a Czystem. Ale to było w czasie pierwszego ogródka, w’92. Teraz czułem, że kończą się żarty. Próbowałem wstąpić z Ogródkiem na schody…

mec.wende

Edward Wende

Zacząłem od tego, że  zarejestrowałem Fundacje. Nazwałem ją Kultura Tutaj Obecna by logo i skrót miały te same KTO  w literach. Jury wprawdzie się ode mnie odwróciło ale zarówno Iza Cywińska jak Maciej Wojtyszko nie odmówili wsparcia fundacji. Statut (wyjąwszy fragment merytoryczny) udostępniła mi tworząca w tym samym czasie fundację Salonu 101 Małgosia Bocheńska. Bardzo się on spodobał mecenasowi Edwardowi Wende, z którym znaliśmy się jeszcze z czasów NTW. Często go tam razem z Falandyszem zapraszałem. Obydwaj już nie żyją. Wende poza tym mieszkał nieopodal, a na podwórku w garażu mojej klatki schodowej domu przy Długiej nalażącego do Spółdzielni mieszkaniowej adwokatów trzymał swój motor Kawasaki.

HarleyDavidson2

Swobodni Jeźdźcy

Harleyowcem być warto! Szczególnie gdy przyjdzie umierać. Na pogrzeb mecenasa Wende, senatora RP,  prócz posłów, palestry, przyjaciół stawiło się jeszcze kilkudziesíęciu starszych panów w skórzanych kurtkach, obwieszonych łańcuchami. A gdy trumnę obrońcy wyniesiono ze zboru Ewangelicko-Augsburskiego przy pl. Małachowskiego: motory zawyły, klaksony zatrąbiły pod niebiosa i w stronę cmentarza odprowadzała ambasadora pełnomocnego i nadzwyczajnego księstwa Luksemburga w Polsce kawalkada jakiej nie powstydziłby się niejeden prezydent. To jest właśnie teatr! I dla takiego teatru warto żyć. A nawet umierać.

Mecenasowi Wende zatem zawdzięczałem fundację, zarejestrowaną w pierwszych miesiącach 99 roku. Założyłem ją, gdy wydawało się, że przejmujemy władzę. Choć prawo nie było jeszcze tak restrykcyjne jak potem gdy ją przejmiemy wraz z Kaczorami. Teraz do głosu dochodził AWS. Z jednej strony. Z drugiej Wałęsa sromotnie przegrał drugą kampanię, za co ponoszę małą część odpowiedzialności. No w każdym razie wiem, kto ponosi. Byłem przy tym, gdy na miesiąc przed kampanią Mirek Chojecki zlecał zadanie firmie Kalejdoskop Janka Kidawy-Błońskiego ( nie mylić z Kalejdoskop Nowa Korporacja Urbańskiego i Nawrata, która tego pierwszego zakosztuje stanowisko Kanclerza Rzeczpospolitej). Widziałem najmarniejsze kasety typu Beta marki  Scotch ( o których operatorzy mawiali, że służą do klejenia głowic), na których się tę kampanię nagrywało. Wiem ile mi płacono i kto przyszedł na moje miejsce, gdy ( na dwa tygodnie przed drugą turą), w toku kampanii zażądałem nieco wyższej stawki. Amatorszczyzna, złodziejstwo, małość !!!

Ale to było wcześniej –  w roku ’95 bodaj. Teraz  jest ’98. Wygraliśmy wybory parlamentarne. Z Formacją AWSu, w której Rokita, obok Płażyńskiego (wyjątkowo medialny i pełen charyzmy to człowiek…. przy nim to już nawet twarz Mazowieckiego pełną energii się zdaje) dzielimy Polskę na Województwa. Ma ich dwanaście  wicepremier Tomaszewski na swej pisance. I w tym wszystkim:  tu agitując za  programem osłonowym dla likwidowanych województw  w jakimś ministerstwie, to znów próbując przebić się do tv publicznej z prywatnym newsem. ( Tak, tak nawet przyniosłem Jackowi Snopkiewiczowi do gabinetu szefa TAI, trzy za własne pieniądze zrobione materiały, za które ani zapłacono mi ani ich nie wyemitowano!). W tym wszystkim – psy zająca zjadły.

Nie było wyjścia. Dowiedziawszy się o konkursie postanowiłem kandydować na stanowisko dyrektora Warszawskiego Ośrodka Kultury. Czyli znów do Szpitala Świętego Ducha – na Elektoralną.elektoralna_12 (1)

Konkurs wygrałem najlegalniej w świecie. Z poparciem Andrzeja Hagmajera, Krzysztofa Marszałka i Macieja Klimczaka, który reprezentował ministerstwo. Słowem sama merytoryczna postkomuna!

Najciężej było z  byłym aktorem, a podówczas namiestnikiem kulturalnym u wojewody Gieleckiego – Maciejem Rayzacherem z AWS, pewnym siebie, próżnym, butnym. Ale jakoś  ich do zatwierdzenia wyniku konkursu przekonano. W sumie nie zdecydował się kandydować Sławek Kuczmirowski szef ochockiego – OKA, którego miano za faworyta. Ani jego zastępczyni Bożena Majewska, żona śpiewającego Marka kuplecisty, która też głęboko siedzi w jakimś raczej platformerskim, jak go się dziś nazywa – układzie. Więc zostałem dyrektorem szpitala  na ulicy Elektoralnej i … zacząłem pierwsze starcie z pacjentami, co się animatorymi kultury nazywają. Słowem „zjadaczy chleba w aniołów”, a dom kulturu w europejskie centrum przerobić mi się zachciało.

Zatrudniłem Małgosię Bocheńską by tworzyła Studio Aranżacji Spotkań, świeżo zwolnionego szefa II pr TVP Macieja Domańskiego,

Maciej Domański

Maciej Domański

z którym zaczęliśmy na bazie mojego ogródka projektować Festiwal Wisła Żywa. Myślałem tam o poważnej instytucji, agencji informacyjnej zawierającej bazy danych dotyczących kultury z całego województwa. Agencję chciałem robić z Markiem Perytem, jednym  z pierwszych partnerów IBM w Polsce. Miałem tam także bibliotekę, którą – (to już półżartem) byłem skłonny oddać zdymisjonowanemu ze stanowiska dyrektora Biblioteki Narodowej Adamowi Manikowskiemu. Słowem poprzewracane miałem w głowie.

Adam Manikowski

Pozbyto  się mnie zanim zdążyłem ziewnąć. Związkowcy nie odstępowali gabinetów: jedni rozbili obóz pod sejmikiem, inni czatowali  w ministerstwie. Dyrektorem przestałem być bodaj w maju ’99.  I… jakby nigdy nic ruszyłem organizować VIII konkurs. Po raz pierwszy w Dolinie Szwajcarskiej.

Rozdz. XLVIII. Dolina Szwajcarska

CDN

Rozdz. XLVI. Media ATaK i Grupy Trzymające Kulturę

sobota, 1 Sierpień 2009

poprzedni pierwszy następny

Był więc Mariensztat wielkim sukcesem, ale też pierwszym sygnałem ostrzegawczym. Bowiem siła mojego pomysłu przez sześć lat polegała na tym, że nikomu nie przeszkadzałem. Pracowałem latem, w dodatku prawie bez honorarium, innych do tego namawiałem, ściągałem media, zapewniałem publiczność. Wszyscy byli zadowoleni. A ja nie śmiałem upomnieć się o swoje: pieniądze, pozycję, lokal.

No może najbardziej o tę pozycję dbałem. I w zamian za uznanie, za przyznanie mi prawa publicznego istnienia byłem skłonny poświęcić wszystko. Wolno mi jednak było działać tylko pod warunkiem, że nie wchodziłem nikomu w drogę. Póki o czyjeś interesy nie zahaczałem swoją działalnością. Tak było w lokalnej telewizji  NTW i w ogólnoopolskiej sieci  , którą zamknięto brutalnie rękami Cimoszewicza ( był wicepremierem, ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym w rządzie Pawlaka) , lecz przy aplauzie Gazety Wyborczej – bardziej kibicującej Marianowi Terleckiemu, nawet Mariuszowi Walterowi z głębokiej komuny niż Mirkowi Chojeckiemu, z którym Michnik pierwsze opozycyjne kroki stawiał.

Tak było oczywiście z dziennikiem „Nowy  Świat” Grohmana i Wierzbickiego – wprost przeciwko Gazecie skierowanym, tak też będzie z Doliną Szwajcarską i z Frascati, które istnieć będą mogły dopóty, dopóki nie naruszą interesów grup trzymających kulturę.

Na Mariensztacie było jednak hałaśliwie  Z tego powodu kilku teatrów pokazać nie mogłem. Pamiętam szczególnie zgłoszenie Teatru Il Canto z Warszawy. Chcieli wykonać „Starcze Szaleństwo” A. Banchieriego. To był, zdawało mi się bardzo ciekawy projekt, który jak przeczuwałem podniósłby poziom Ogródka wyżej niż ściągnięci przez ITI, które nb. też przyjęło w tamtym roku patronat nad imprezą – Finowie. Ale teatralizowanych muzyków wypłoszył hałas tramwajów dochodzący z pobliskiej trasy WZ.

Więc niby było wszystko: i Gazeta i  Międzynarodowy Instytut Teatralny ITI, i Fundacja Batorego i Małgosia Bocheńska z Salonem 101 i tłumy z Andrzejem Sewerynem na widowni i Kleyff z kolegami, i stałe relacje w WOT-cie, a nawet pojawiła się w tym momencie ta, jak ją po latach Iza Cywińska nazwie – „izdebka stróża” na Wilczej 72/12 załatwiona mi przez panią Ewę Domanus z Dzielnicy Śródmieście. A  mogłem ją dostać po ulgowych cenach przeznaczonych dla instytucji kultury, jako że było wiadomo, że dom jest przeznaczony do zwrotu prywatnym właścicielom więc najemca długo się tam nie utrzyma. Istotnie wykwaterowano mnie stamtąd w 2004 roku, po pięciu latach. Więc niby było wszystko, a jednak się rozmyło. Jurorom nie spodobał się już, co rozumiem, festynowy charakter Mariensztatu, więc rozbiegli się na komendę. I w następnym roku, w którym uzyskawszy decyzję o warunkach zabudowy Doliny Szwajcarskiej będę mógł już do niej wkraczać, będzie  znowu „wszystko”… Tylko jury przyjdzie klecić od nowa.

Co właściwie miałem ? –  Dobre imię. Niewielkie wymagania. Poczucie misji i nadzieję, która umiera ostatnia. Z rzeczy ? Może ten obraz Olgi Wolniak z wyciętymi twarzami dla festynowych fotografii…

Obraz Olgi Wolniak

Obraz Olgi Wolniak

Wiele go lat (od piątego do aż trzynastego Konkursu jeszcze) wykorzystywałem. Doszła mi teraz budka Domańci, no i moja karykatura Antka Chodorowskiego.

ATK by  A.Chodorowski

ATK by A.Chodorowski

Karykatura, o którą w ostatniej chwili go poprosiłem. Zabrakło mu już papieru więc zrobił mi ją nieformatowo na odwrotnej stronie plakatu Ogródkowego. Przy okazji zrozumiałem jak trzeba doceniać momenty niezwykłe, zauważać je, dokumentować. Są tacy co mają naturalny odruch historyczny. Zakładają księgi pamiątkowe, zbierają dedykacje. Pamiętam zdziwienie Uli Rzepczak ( dziś korespondentki TVP w Rzymie), że nie zbieram wpisów od gości A Teraz Konkretnie. Cóż wpisów nie zbierałem ale mam nagrania z NTW. Przy Chodorowskim jednak olśniło mnie i zawdzięczam temu dniu karykaturę, która często starcza mi za sygnaturę.

Za mną zostało siedem lat.  W przełom  wtargnęła   polityka. Po Mariensztacie skończyła się druga kadencja samorządowa (1994-1998).  Można ją nazwać komunistyczną. W Śródmieściu był to sojusz SLD reprezentowanego przez dyrektora Marka Rasińskiego i Unii Wolności, której zakładniczką była, przyszła wieloletnia orędowniczka mojego  Ogródka –  Teresa Stankowa.

Teresa Stankowa

Teresa Stankowa

Radna Teresa do pozycji królowej kultury śródmiejskiej przebijała się uparcie. Przypominam ją sobie jeszcze w perkalowych bluzeczkach na pierwszych posiedzeniach Rady Dzielnicy tworzonej podówczas z nadania Komitetu Obywatelskiego. Ot skromna pani, z powstańczą przeszłością,  zasłużona jakąś uczciwą podziemną robotą, jakimś rozdawaniem darów, przy którymś z kościołów.

Nagle otrzymała władzę. Wraz z młodziutkim Robertem Kwiatkowskim decydowali w łonie Zarządu Śródmieścia o losie każdego lokalu użytkowego wynajmowanego prywatnie. Nie wiem ile prawdy jest w opowieściach o Don Roberto i Donnie  Teresie ale zmianę wizażu widać było gołym okiem. W miejsce ręcznych robótek jedwabne bluzeczki u Teresy. U Roberta dżinsy w jakich jeszcze ręka w rękę zalepialiśmy w trakcie kampanii w 90 roku starówkowe płoty, ustąpiły miejsca garniturom od Brokera. Nie wiem jak tam było. W końcu pensje członków Zarządu Dzielnicy do niskich nie należały. Co prawda inny członek tego zarządu ( ale żaden z wymienionych) przyszedł kiedyś na spektakl do ogródka jeszcze w Lapidarium, postawił Cywińskiej & consortes szampana, następnie zaciągnął mnie po nocy do Lochu na Wąskim Dunaju, gdzie pił, płacił, gadał, a w końcu wyciągnął harmonię pieniędzy  by skwitować przed wyniesieniem się do taksówki: widzisz co przyniósł jeden dzień!

Zobaczyłem. Ale ani nie uszczknąłem tych pieniędzy, ani nie zmusiłem drania by mi pomógł moje Śródmiejskie Centrum Kultury wykreować.

Co do Tereski to zapamiętałem ją jak w końcówce mojej kadencji radnego zdesantowała mi się na Komisję Kultury, Oświaty i Sportu by walczyć… a to o pieniądze dla Szkoły Teatralnej, a to o dotowanie jakichś fragmentów wystroju Teatru Wielkiego. Pieniędzy na kulturę Dzielnica Śródmieście miała sporo ( około 10 mln PLN co w roku 94 było jeszcze kwotą bliską miliona dolarów). Sam przekonywałem radnych o ponad lokalnych zobowiązaniach samorządu Centrum Stolicy, jednak tak bezpośrednie wyręczanie ministerstwa kultury w jego ewidentych zadaniach wydawało mi się przesadne. Rozumiałem jednak, że zarządzająca sklepami chce się jakoś nobilitować przez kulturę i nie walczyłem zbyt ostro. Pani Stankowa przeprowadziła co chciała.

W drugiej kadencji radnym już nie zostałem. Wygrały Partie: Unia Wolności i SLD.  Z Markiem Rasińskim, który w pełnym ostracyźmie przeżył w dwuosobowym składzie pierwszą kadencję samorządową,  złych stosunków nie miałem choćby dlatego, że gdy wielu okazywało samotnym opozycjonistom z byłego PZPR swoją wzgardę,  ja rozmawiałem z nim chętnie i przyjaźnie. Także dlatego, że w czasie jego rzadkich wystąpień na radzie, gdzie przemawiał z ręką w kieszeni i swoistą dezynwolturą – trudno było nie doceniać sporej jednak wiedzy i doświadczenia wieloletniego prezesa Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. W odróżnieniu od wielu radnych Rasiński udowadniał, że wie o czym mówi zwłaszcza, gdy była mowa o pieniądzach.

Marek Rasiński wręcza nagrody na Mariensztacie

Marek Rasiński wręcza nagrody na Mariensztacie

Raz nawet zjednoczyliśmy się w samotnym na puszczy wołaniu. Zaprotestowałem bowiem  przeciw zmianie nazwy Alei Armii Ludowej na Piłsudskiego. Wywodziłem, że tej stalinowskiej architektury i znaku historii, który za sobą niesie nie warto wykorzeniać jeśli nie chcemy by w odwecie nas za lata wyrugowano. – Stwórzmy własne przestrzenie, ochrzcijmy je Alejami Solidarności, Skwerami Michnika, Placami Bujaka – wołem, gdy jeszcze żadna z warszawskich ulic nie była tak przezwana. „Więc niech wyryją imię marszałka, gdzie wola – jam się w alei Armii Ludowej wychował” –  zakończyłem przemówienie na  radzie gminy – opublikowane zresztą potem w Tygodniku Solidarność pt. Przeciw burzeniu pomników.

Sprawę nazwy ulicy w głosowaniu Rady sromotnie przegrałem: tylko ja i Marek z jeszcze jedną radną z SLD głosowaliśmy przeciw zmianie. Z tym, że ja z czystego przekonania i wbrew mojej formacji, a Marek z pewnością głównie w imieniu AL-owskich kombatantów, których też reprezentował. Jest rzeczą ciekawą, że mimo wyniku głosowania nazwy ulicy nie zmieniono. Moje argumenty wówczas w 1990 roku nie zadziałały politycznie, lecz merytorycznie wzięli je pod uwagę radni z komisji miejskiej zajmującej się zmianą nazewnictwa i … odpuścili.

Nie masz już,  nie masz nawet Marka, że nie wspomnę – radnego Jana Gromnickiego z Ułanów Jazłowieckich w Radzie. To radny Jan, inżynier w typie mego dziadka z przedwojennych galicyjskich urzędników, był wśród tych, co uratowali ostatecznie nazwę Armii Ludowej, przy której zresztą mieszkał.  W zamian przywrócił nazwę „Oleandrów” ulicy „Partyzantów”,  doprowadził do nadajnia imienia „Ronda Jazdy Polskiej” i  przeprowadził budowę  jej pomnika  przy bezimiennym skwerze łaczącym aleję  Armii Ludowej z ulicą Waryńskiego.

W tamtej byli tacy radni – razem ideowi i rozsądni.  Wspaniałe przedwojenne typy. Byli  i przez te pierwsze  lata ogródkowi dali żyć. To były lata Lapidarium,  Dziekanki no i Mariensztatu, na którym  po raz ostatni Marek i Teresa wręczali, wzrastające z roku na rok aż do 14 tysięcy złotych w 1998 roku Nagrody Dyrektora Dzielnicy Śródmieście.

Teraz, a  więc na przełomie roku 1998 i 1999  sytuacja była całkiem nowa. Nadchodziły wybory. W ich konsekwencji reforma samorządowa. Wojewoda, w imieniu którego (nb. bardzo zaprzyjaźnionego Bogdana Jastrzębskiego) wspierał mnie już skromnie kwotą 10 tys zł Andrzej Hagmajer, tracił jakiekolwiek uprawnienia kulturalne przekazując je Sejmikowi. Sejmik z warszawskiego przekształcony w Mazowiecki poszerzał znacznie swoje kompetencje. W Warszawie  powstawały dwie nowe struktury: Gmina Centrum i Starostwo Powiatowe.

Zrekapitulujmy aktywa: otrzymałem 11 metrowy lokal na Wilczej, przystąpiłem do konkursu na dyrektora podległego wojewodzie Warszawskiego Ośrodka Kultury, który zaproponowałem zmienić w Mazowieckie Centrum Kultury, uzyskałem wreszcie na moją Firmę Media ATaK ( uprawomocni się po roku) decyzję o warunkach zabudowy Doliny Szwajcarskiej. I znowu wszystkie sznurki w ręku.

XLVII. Szpital Świętego Ducha

CDN

Rozdz. XXV. Pisarz Gminny

piątek, 10 Lipiec 2009

Pamietam ich. Znam. I chciałbym szanować. Jako krakauer i potomek wielu chyba pokoleń galicyjskch zarękawków akceptuję urzędnika w sposób naturalny. Z drugiej jednak strony jako syn uciekiniera z banku traktuję urząd lekko.

Przez pięćdziesiąt lat od 1939 do 1989 roku niszczono w Polsce klasę urzędniczą. W 89 roku przyszedłem do samorządu aby ją odrodzić. Chcieliśmy by radni byli intelektualistami, urzędnicy inteligentami. I to się w jakiejś mierze udawało. Szczególnie w pierwszej kadencji. Kadencji architeków, urbanistów, lekarzy, nawet pisarzy.

Potem, co naturalne, następowała specjalizacja. Tworzyły się grupy nacisku. Struktury pośrednie. Radnym I Kadencji zostałem z Ramienia Komitetu Obywatelskiego Starego Miasta. Tworzyli go wtedy Jacek Kiliński, złotnik Zdanowicz, moj kolega ze szkoly teatralnej Jerzy Jackl ( twórca nazwy Porozumienia Centrum – pierwszej partii braci Kaczyńskich). Państwo Bojanowiczowie. Na  kilka posiedzeń wpadali nawet Magda Umer z Przyborą, który w telewizji lansował właśnie swoje  „Dobranoc Ojczyzno”. To musiało trwać krótko. Mnie delegowali warszawscy Starówkowicze. A moim mottem był ten tekst.

Pisarz gminny

Pytają mnie dlaczego zająłemsię polityką. I pytają mnie o to jako twórcę, jako człowieka związanego z kulturą. To mi pieści uszy. No bo oczywiście – moje ambicje są czy też były głównie artystyczne. Artystą nie zostałem. Jestem może pisarzem, może krytykiem, na pewno nauczycielem akademickim. Ale przecież nie jestem artystą. Bycie artystą jest znakiem jakiegoś braku. Wyrównaniem jakiejś niemożności, jest kompensacją. Bo w ogóle sztuka jest kompensacją. Jest wyrównaniem braku. Braku osobistego albo braku narodowego. Właśnie – braku narodowego. I stąd rola jaką sztuka w Polsce pełniła. Była dla nas zastępnikiem. Zastępnikiem wszystkiego: ekonomii, polityki, wojny. Przez dwieście lat, a może dłużej. Na pewno od czasów Oświecenia, a może już w czasach saskich jedynie kariera artystyczna była godną szacunku. Jedynie ona nie była podejrzana. Jedynie takie ambicje mógł Polak w Polsce realizować. I cieszył się prestiżem. – Jakim prestiżem cieszył się Balzac we Francji ? –  No, sporym ale przecież po cesarzu, po ministrze, po finansiście, pewnie i  po merze. Może gdzieś na poziomie miejskiego rajcy. A Lelewel, a Prus, a Sienkiewicz któremu dom w Oblęgorku  podarowano.  A Orzeszkowa, a Wyspiański, a Przybyszewski ? Ci średni europejscy artyści cieszyli się w Polsce większą estymą niż uwikłani w konflikty z zaborcami galicyjscy rajcy, pruscy, poznańscy ministrowie, z Królestwa pochodzący generałowie.I właściwie podobnie było po drugiej wojnie światowej. Mój osobisty los tak zdarzył, że nie przyniosłem ze sobą żadnego osobistego nieszczęścia. A chciałem być artystą. No bo było przecież oczywiste, nawet w tych złotych gierkowskich latach było oczywiste, że młody chłopiec z dobrego domu nie może babrać się w życiu. Może skończyć uczelnie artystyczną, jakąś polonistykę, ale przecież nie prawo. A kto wie, może moje talenty i ambicje do tego mnie predestynowały. Więc pochłonął mnie teatr, a raczej to, co w teatrze najmniej artystyczne. Czytałem i pisałem o teatrze życia. Zachłystywałem się teatrem życia codziennego. Studiowałem socjotechnikę, żywoty świętych i retorów. Retorykę i poetykę uczyniłem swoją sztuką. Ale sztuką nie w znaczeniu twórczości artystycznej lecz w znaczeniu umiejętności. Tej umiejętności, której udzielano niegdyś szlacheckim synom, którzy mieli zająć się polityką, w ostatnich klasach jezuickich albo pijarskich kolegiów. I dziś ja tej samej wiedzy studentom udzielam. Udzielam jej aktorom i reżyserom i młodym teatrologom. Udzielam jej w popijarskim budynku Collegium Nobilium, gdzie przychodzę z terenu dawnego konwiktu Teatynów, gdzie kształcił się Stanisław August, a potem była Komisja Edukacji Narodowej, a gdzie teraz jest budynek, w którym mieszkam. I gdy tak idę ulicą Długą czuję jak czają się duchy. Duchy Kołłątaja i Dekerta, Bohomolca i Stanisława Augusta, Konarskiego i Staszica. I czuję. Czuję jakby się coś odkręciło. Jakby te dwieście lat niewoli – w szponach artyzmu, który był jedyną wolnością: jakby to się skończyło. I oto znów nadchodzi okres, w którym wchodząc w wiek męski można działać swoją siłą, a nie swoją słabością. Swoją mocą stwórczą, a nie kompensacyjną.No tak, ale brak mi wiele. Nie studiowałem prawa, ani nie terminowałem w organizacjach młodzieżowych, jeśli nie liczyć harcerstwa. Nie mam też nawyku rządzenia. Ani doświadczeń organizacyjnych. Co więc mam ? – Mój styl, moją retorykę, znajomość historii, no i jak sądzę – umiejętność odróżniania złego i dobrego. Z tym przychodzę: uczyć się i budować – naprawdę, a nie na niby. Nazywać i argumentować i – formułować. Jeśli w pisarskim domu wychowano mnie na człowieka pióra – to dzisiaj zgłaszam się : na pisarza – do gminy. -Gromko na koniec zawołałem.

Rozdz. XVII. Ogródek to znaczy powietrze

piątek, 10 Lipiec 2009

albo  Teatr jak lusterko w kieszeni”    - wywiad z samym sobą

Pyt. VI Konkurs Teatrów Ogródkowych w roku 1997 zbliża się do końca – i co dalej

Odp. Jeszcze 4 spektakle, potem werdykt, finał no i oczywiście VII przelomowe KTO za rok.

Pyt. Przełomowe ?

Odp. Przecież wiadomo, że wszystkie cykle są siedmioletnie

Pyt. I co dalej

Odp. Zdobycie miejsca, rozpostarcie dachu, wzbogacenie repertuaru. Przed nami wskrzeszenie warszawskiego kulturalnego ducha i realizacja moich marzeń. Wiosennego kiermaszu książki, letniego teatru ogródkowego w Dolinie Szwajcarskiej, koncertu jesienią, a ślizgawki zimą.

Pyt. Ślizgawka w dobie łyżworolki ?

Odp. Tak jak estrada w dobie telewizji.

Pyt. Za nami 16 spektakli tegorocznego KTO, relacje Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego, zatrzęsienie informacji radiowych. To była telewizja czy estrada ?

Odp. Moją firmę, firmę, która dzięki hojności Urzędu Dzielnicy Śródmieście może realizować Konkurs Teatrów ogródkowych nazwałem Media ATaK, gdyż sądzę, że teatr jest dziś przede wszystkim miejscem spotkania. A najprostszego spotkania nie zrobisz dziś bez wsparcia mediów. W społeczeństwie informatycznym wszystko co ważne musi być medialne.

Pyt. Okres największej medialności KTO ma za sobą. Nie ma już realcji tv na żywo Polonii 1..

Odp. Rynek mediów jest petryfikowany. Nie głosowałem przeciw konstytucji, mimo, że uderza one we mnie osobiście utrzymując koncesjonowanie częstotliwości telewizyjnych. Ale zgodziłem się na taką jaka jest dlatego, iż gwarantuje ona bezwzględną wolność prasy i zgromadzeń. Zbyt dobrze pamiętam czasy, gdy żądanie tych wolności było mrzonką, by lekceważyć to co mamy tylko dlatego, że daleko nam do ideału. Więc nie mam poczucia cofania się.

Przeciwnie czuję, że udało się stworzyć coś. Chyba ciut więcej niż imprezę. Tworzymy pewien ruch. Teatr ogródkowy ma już swoją publiczność, swoich oddanych widzów, mam coraz więcej pomocników. Wspierła nas też patronatem prasowym Gazeta Wyborcza. Na początku były inne media. Miałem niemal domową telewizję i poparcie tak wspaniałychch i utalentowanych osób jak Izabella Cywińska, Wojtek Malajkat ,Maciej Wojtyszko, Jacek Sieradzki czy Paweł Koniic. Była atmosfera i chęć obcowania ze sztuką tylko tej sztuki było nie wiele. Miniony sezon dowiódł chyba, że nastąpiła jakościowa przemiana. Nie mnie oceniać ale sądzę, że tych dwadzieścia z górą przedstawień które pokażemy w lecie Warszawiakom prezentowało poważny poziom.

Przybycie Teatru 3/4 Krzysztofa Raua, Obecność takich gwiazd jak Jolanta Fraszyńska, Mirosław Konarowski czy

Jerzy Bińczycki. ( na zdjęciu).

Wspaniałe występy teatru Korez z Chorzowa, Ludowego z Nowej Huty, Teatru Wybrzeże – czynią już chyba z teatru Ogródkowego miejsce prawdziwie artystyczne.

Pyt. No właśnie- więc czemu ogródek. Czy udało się wskrzesić tę konwencję. Czy występujące teatry mają cokolwiek z ogródkiem wspólnego ?

Odp. Ogródek dla mnie to wolność. To wolność dla powietrza w teatrze.Teatr jest z gruntu obcy dusznej teatralnej sali w której zamknął go wiek XIX i tylko ten. Cały wielki teatr: Antyczny, Średniowieczny, Elżbietański, Commedie dell Arte, Molier – to wszystko było pisane na wolne powietrze. Dla publiczności, która nie musiała czekać na przerwę by uraczyć się piwem. Dla publiczności która nie była winna przed teatrem klęczeć.

W tym sensie cała tradycja teatralna jest „ogródkowa” i taką chcę odtworzyć. Marzy mi się teatr, który się nie puszy. Nie nudzi, nie udaje świątynii którą nie jest. Kościoła, z którym nie chce ani  wolno mu rywalizować. Teatr, który zawsze służy, a czasem nawet wzrusza.

Pyt. I to ma być w Dolinie Szwajcarskiej ?

Odp. Nie spotkałem jeszcze osoby, która mój pomysł uznałaby za zły. Tak marzę o odtworzeniu w Warszawie przy samorządowym, a także prywatnych sponsorów wsparciu – teatru prywatnego. Teatru, który pewnie będzie po trosze i kawiarnią i wrotkarnią i telewizyjnym studiem. Teatru, który nie będzie placówką kultury lamentującą nad swym ciężkim losem lecz miejscem spotkania ludzi,  którzy chcą pogadać o interasach, poagitować politycznie, poflirtować ale także potrafią czasem spojrzeć na siebie z oddalenia i zadumać się nad kondycją człowieka, swym losem.Teatr, który nie jest zbędny jak cudze ołtarze lecz konieczny jak lusterko w kieszeni.

*                                        *                                          *

W Dziekance zmierzyłem się też po raz pierwszy, z większymi przedsięwzieciami teatralnymi. No bo zasadniczo impreza wymyślona została dla małych zespołów. Dla,  jak je nazywałem „trup teatralnych”. Jednak w miarę rozwoju apetyt rósł, a i większe, w szczególności pozawarszawskie teatry pragnęły pokazać się Cywińskiej, Wojtyszce, Sieradzkiemu.

Nie było chyba reżysera, który nie przewinąłby się przez Starą Dziekankę. I Jarek Kilian, dzisiejszy dyrektor Teatru Polskiego wystawiał tam pod auspicjami Teatru Atlantis i Edek Wojtaszek (późniejszy dziekan w warszawskiej Akademii Teatralnej)  z tym samym firmowanym przez Jacka Pacochę zespołem. I Maja Kleczewska i Julia Wernio i Wojciech Kępczyński i Krzysztof Rau …