Najdłuższą rozmowę z Michnikiem odbyłem w towarzystwie Boba Kierklanda, który był amerykańskim korespondentem i asystentem Leonarda Bernsteina.
W więzieniu czytał wszystko. Przypominam sobie, że wyśledził nawet jakąś moją recenzję w „Twórczości” nt. wydanego wówczas „Pożegnania twierdzy” – Witolda Zalewskiego. Napisałem tam, że bohaterstwo nie zawsze popłaca, że Miłosz w sumie dobrze wyszedł na tym, że nie zginął jak Baczyński, Trzebiński czy Gajcy lecz Powstanie przesiedział w Milanówku.
- Takich rzeczy pisać nie wolno! Pogroził mi Rabbi.
- Jak nie wolno, gdy prawda.
- Ani prawda, ani wolno. Uciął.
Rozmawialiśmy o książkach, pieniądzach, karierze.
Opowiedziałem mu również o jakichś planach Marcina Niziurskiego, tworzenia pisma kulturalnego w oparciu o Warszawski Ośrodek Kultury z Elektoralnej. Otóż Adama nie oburzyło bynajmniej, że próbuję coś nadziemnie kombinować ( takie już wszakże nadchodziły czasy) lecz ambicje nadmierne.
- Ty nie jesteś człowiek na pismo. Ty jesteś człowiek na rubrykę. Zawyrokował.
No cóż, zgłosiłem się doń po tę rubrykę w ’90 do Wyborczej. Przyjął mnie łaskawie. Jeszcze w żłobku na Iwickiej. Wyściskał na oczach załogi. Wszystko odbywało się transparentnie, Adam urzędował bowiem w przeszklonej dawnej kuchni skąd niegdyś wydawano posiłki, więc cały news-room widział co dzieje się w gabincie szefa. I Michnik zaprotegował telefonicznie kandydata na radnego ze Starówki do ówczesnej minister Cywińskiej w sprawie rzecz jasna czysto pu, pu, pu – blicznej.
Jednak ani mój tekst o tejże Starówce pt. „Starówka prosi o zgiełk”, ani recenzja z pierwszego odcinka „Dekalogu” Kieślowskiego, który właśnie zaczynała emitować telewizja, w Gazecie Wyborczej miejsca dla siebie nie znalazły. W Polsce rządzonej przez Adama i jego kolegów dla takich jak ja pozycja radnego i felieton kulturalny w II pr. PR u Iwony Smolki na pociechę miał to być szczyt kariery. Oczywiście do chwili, gdy więcej nie zapragnęli.
Po epizodach z „Tygodnikiem Solidarność” i „Nowym Światem”, zacząłem przecież pracować w prywatnej ”Nowej Telewizji Warszawa: finansowanej przez włoskiego potentata medialnego Nicola Grauso. W moim programie „A Teraz Konkretnie” rozmawiałem niemal ze wszystkimi politykami o solidarnościowym rodowodzie włącznie z samym Prezydentem Wałęsą. I nigdy wcześniej ani później nie czułem się tak wolny ! Michnik jednak moje zaproszenie zignorował. Uznał, że jak ja z jakimiś „Krzaklewskimi” gadam, to dla niego nie ma tam miejsca. Stację Adam odwiedził tylko raz. Zaszczycając odwiedzinami jedynie Michała Komara. Później jednak Gazeta zaangażowała cały swój autorytet by nie dopuścić do przyznania koncesji Włochom. Włochom sprowadzonym wszakże przez najbliższego współpracownika Michnika w latach 76-80 jakim był twórca Niezależnej Oficyny Wydawniczej – Mirek Chojecki. Ten ostatni próbował jeszcze rozszczepiać włos na czworo: tu wspierał Włochów zostawiając ich z Komarem, tam się sam wycofywał lansując własny projekt Niezależnej Telewizji Polskiej. Gazeta była jednak nieubłagana. Koncesję dostali Walter, Solorz i Canal Plus. Nasza strona jak ktoś gdzieś Chojeckiemu, pocierając charakterystycznie kciukiem o palce, powiedział - za małą miała siłę przebicia.
Tak więc gdy Michnik mną wzgardził, a piracka przepaska na oku przestała być w dobrym tonie – z felietonem w publicznym radio też musiałem się pożegnać. „Znaj proporcje mocium Panie”. Zacytowałby w tym momencie Fredrę Senior.
Wtedy, zimą ‘85 zbierając się by odwieźć Michnika moim maluchem w Aleję Przyjaciół, spytałem jeszcze Adama czemu właściwie nie ma samochodu.
-Widzisz, powiedział, - prawdę powiedziawszy stać mnie dziś na każdy wóz. Sęk w tym, że w Polsce wszystko, co przekracza skalę malucha budzi emocje. No cóż nigdy bym nie pomyślał, że będę kiedyś sławny i bogaty. Ale bogaty musi dwakroć uważać. Po co mi zresztą rzeczy, samochody, forsa nawet: czy to ja kolegów nie mam, wyznał coraz mocniej wstawiony Adam tłumacząc mi w ten sposób, że najpierw trzeba znać miejsce w szeregu, potem mieć kolegów, nareszcie napisać książkę.
- Bo jak mnie los na białego konia wsadził – powiedział na koniec, gdym wychwalał jego więzienny heroizm – to ja się na nim ku…, ku…, ku…, - zapiał po swojemu - nie zesram !
Tak. Michnik, to bon moty. Ledwie kilka spotkań I to wtedy, gdy naprawdę nie było wiadomo, że to on okaże się się Noem formacji, a z każdej: zapamiętane zdanie.
Uważaj na Kaczory – powiedział mi w ‘93 roku, gdym znów go odwoził, tym razem z domu Jacka Bocheńskiego, po ostatnim wręczeniu nagrody im. Andrzeja Kijowskiego ( której wszakże w ’85 roku był pierwszym laureatem) : - To czyste ka,ka, ka…rierowiczostwo.
Z akcentem na słowo czyste. Dla Adama znaczyło to inaczej bezideowość. Karierowiczami wszak jesteśmy wszyscy, chodzi nam o siebie, o to by być ważnym. Ale nie wolno zapomnieć o sprawie, o Bogu, o Księdze. I o szabasie.
