Rozdz.XV. KTO… (przed deszczem zaklinał)

Skończyliśmy pięć lat. Za nami wstępna nauka życia w sztuce w normalnych czasach. Za nami stawianie zamków z piasku ale także pierwsze lekcje kapitalistycznej fizyki. Za nami Lapidarium. Przygody z mafią na Starówce. Płócienny dach Dziekanki. A przed nami…?

Rekonstrukcja Warszawy! Już nie budynków. Nie Starówki, która wzniesiona dekretem rządowym następnie prosi o ciszę. Przed nami wskrzeszenie warszawskiego ducha.

Zniszczono go, rozpędzono na cztery wiatry, zapomniano. Błąka się gdzieś w kronikach Prusa, wierszach Słonimskiego, czasem przemknie po Wolumenie w swojej najpopularniejszej postaci.

Jego tchnienie dało się czasem odczuć w naszych teatrach ogródkowych. Gdy hrabia Dzieduszycki czy grupa „Pod Górkę” wspominali kulturalny Lwów, gdy studenci prezentowali przedwojenne przeboje Petersburskiego, gdy

Bronisław Wrocławski ( na zdjęciu) -  rozbawiał nas do łez swym teatralnym kunsztem, gdy na naszych oczach rodził się talent Edyty Olszówki.

Wtedy można było przeczuć, że istnieje także inteligencka tradycja Warszawska. Wspomnieć, że były Dynasy, cyrk Staniewskich, Reduty, Kwesty na Krakowskim Przedmieściu, ślizgawki, koncerty i teatralne spektakle w Dolinie Szwajcarskiej…

W trakcie pięciu KTO towarzyszyła nam opieka niebios. Nie będę ukrywał, że w impresariacie teatralnym u świętego Piotra miałem pewne wpływy, dzięki którym – bywało, rozganiano chmury na pięć minut przed spektaklem. Jednak protekcja nieba dobra jest tylko wtedy, gdy towarzyszy jej sympatia widzów.

Na brak przyjaźni nie mogłem przecież narzekać, skoro w 1997 roku chcieli widzowie czekać półtorej godziny w ulewie obrywającej się chmury, skoro wspaniałe dziewczyny pod wodzą Julii Wernio  z Teatru Miejskiego w Gdyni ani na moment nie zwątpiły, że słońce musi zaświecić, gdy one przybyły ze spektaklem „Nie przerywajcie zabawy”. I nie przerwaliśmy ! Mimo, widzowie ulewę przeczekali, artyści chcieli grać i spektakl się odbył. Skoro tak bardzo chcieliśmy stał się teatr. Stał się tym razem,  tak jak i wcześniej w 1993 roku, gdy jeszcze w Lapidarium Teatr Siemaszkowej z Rzeszowa wygrywał  II Konkurs spektaklem „Nienawidzę”. Tak jak i wtedy, gdy chmury pierzchały przed spektaklem „Nic nie jest takim jakim się wydaje” wg. Witkacego w wykonaniu studentów z warszawskiej szkoły teatralnej…

Na palcach jednej ręki można było wyliczyć zagrożone przez pogodę spektakle. Taka bowiem była wola spotkania, że i przyroda także była z nami !

Pas d’place pour s’amuser.(Nie ma gdzie się rozerwać) – ocenił Warszawę wczesnego Gierka w największym skrócie swego argot Dominique, mój znajomy Paryżanin. To było przeszło 30 lat temu. Czy coś się od tego czasu zmieniło? Czy poza możliwością napicia się dużo lepszego piwa i większą nieco liczbą dyskotek Warszawa latem proponuje coś swoim mieszkańcom i przyjezdnym?

Czy jest w Warszawie miejsce, gdzie w sposób swobodny, bez artystycznego pseudo zadęcia rozerwać się mogą ludzie kulturalni. Gdy piszę te słowa 2 lipca 2009 przechodziłem właśnie placem Konstytucji, na którym Krystyna Janda, która debiutowała wszak plenerowo na moim konkursie prezentuje sztuki „Teatru Polonia”.

Deszcz, mokre ławki, nieosłonięta scena, Nieszczęsna aktorka wykrzykuje coś przez mikroport do garstki gapiów ( kilkudziesięciu osób), które z ciekawosci zechciały się zatrzymać.

Na wielkim placu, w zgiełku i smrodzie spalin Władze Miasta Warszawy i Wielka ( oczywiście nieobecna) artystka pokazuje publiczności jak ją szanuje !!!  A artystów utwierdza w  przekonaniu (jak ciężko mi było latami odwodzić ich od niego), że gra w plenerze to najgorsze, co może się przydarzyć i tylko wysokie honoraria mogą skłonić do tego poświęcenia.

Narody, których obywatele się nie szanują i nie wspierają – muszą zginąć.  Kultury, które nie sumują swych doświadczeń – usychają. Ludzie myślący tylko o własnym interesie…. No cóż … „losy jeszcze się ważą…”

A jednak żal mi Polonii, Teatru, Jandy. A najbardziej tej osieroconej, obrażonej, opuszczonej warszawskiej wspólnoty mi szkoda…

Tyle lat walczyłem o cichą Dolinę Szwajcarską, w której właśnie swój koncert w 2001 roku dawała pani Janda. Potem o Frascatii. To zaledwie kilkaset metrów od stalinowskiej architekury Placu Konstytucji !

Popatrzcie jednak państwo jak tam jeszcze przed wojną wyglądało.  Dolina Szwajcarska z lodowiskiem zimą i wrotkarnią latem, z salą balową i koncertową, z teatralnymi scenkami. Niech na to popatrzą rodzice, którym tak trudno zaproponować swym dzieciom sensowną rozrywkę.

Tych, których zmysł  naśladowczy nie wyczerpuje się podczas oglądania szympansa w praskim Zoo, litość nie uruchamia się jedynie na widok katowanego w cyrku słonia, a po to by doznać trwogi nie muszą koniecznie skorzystać z usług rollercoaster, tych wszystkich zapraszałem do restauracji Doliny Szwajcarskiej. Proponowałem powołanie stowarzyszenia, którego celem miało być przywołanie tradycyjnych warszawskich zachowań kulturalnych, urządzanie zimą ślizgawki, rautów, gdzie zabawić by się można na karnawałowych redutach, gdzie urządziłoby  się kwestę, a latem pokazało, że Warszawa nie jest gorsza od Avignonu ani Edynburga.

Położone na przecięciu traktów z Kopenhagi do Odessy i z Petersburga do Rzymu nasze miasto mogłoby stać się pożądanym miejscem letniego spotkania nie tylko mimo braku miejsc kulturalnej rozrywki lecz właśnie dlatego, że tu (jak może w żadnym innym miejscu Europy Centralnej) mamy szanse stworzyć nowoczesną formułę kultury czasu mediów.

A więc kto? Kto zbuduje dach dla KTO? Kto odbuduje Dolinę Szwajcarską?  Pytałem.

My!- Warszawiacy z urodzenia i z wyboru, którzy przybyliśmy tu na zgliszcza

z różnych stron z różnych dróg

i na nogach i bez nóg

(jak recytowano w ogródkowych teatrach przed laty)

My, w przeważającej większości warszawiacy w drugim pokoleniu, potomkowie przybyszów z Krakowa i z Poznania, z Płocka i z Sieradza, następcy gości ze Lwowa i z Kalisza: niezapomnianego Trapszo, Zimajerki i Rapackiego, którzy jesienią 1899 roku przenieśli teatrzyki ogródkowe właśnie do Doliny Szwajcarskiej – tworząc tam pierwszy warszawski teatr prywatny. My mamy szansę odnowić warszawskiego ducha.

My artyści, my publiczność, my dziennikarze, my samorząd. My sami, od  lat uporczywie budujący nasz ciągle bezdomny a przecież chyba żywy teatr.

Głos wołającego na pustynii ! A ścislej „Lament” na Placu Konstytucji …

Dziekanka i piąte KTO stało się asumptem do pierwszych podsumowań. Przewalczyłem wspomniany program w TVP 1.  „ Le théâtre en Pologne” opublikował w dwu językach mój tekst programowy. W tej pracy i ja zsumowałem pozyskaną na temat historii teatrów plenerowych wiedzę.

A swoją drogą ciekawe czy na coś mi się to jeszcze kiedyś przyda ?

Tagi: , , ,

Dodaj odpowiedź

Musisz się zalogować aby dodać komentarz.