Wpisy otagowane ‘Dolina Szwajcarska’

Rozdz. CLIV – Z Derdziukiem pod Górkę.

czwartek, 26 Sierpień 2010

Z Derdziukiem pod Górkę .  Opis…r. CLIV

Było po panelu. Był też dwudziesty listopad i … było po pierwszej turze wyborów  samorządowych, która odbyła się 12 listopada. Następna miała się odbyć za kilka dni – 26 listopada – w niedzielę.  Mój projekt Centralnego Parku Kultury „Ogrody Frascati”,  Frascatii, który Marcinkiewicz obiecał przejrzeć nazajutrz po występie Marii Peszek od trzech miesięcy nie ruszony. Kontrole wypisywały coraz to większe androny no i oczywiście znów zanosiło się na to, że należącej się każdemu dyrektorowi w mieście premii rocznej (za rok 2005) – i tym razem nie dostanę. Jedyne, co mi zapłacono to za scenariusze, które mi Małgosia Naimska zatwierdziła dowodząc tym samym autorstwa projektu mych całoletnich Ogrodów Frascatii.

Widząc, że robi się gorąco, a do „Osoby pełniącej funkcje Prezydenta Miasta” dobić się nie jestem w stanie dopadłem Marcinkiewicza, na jakimś spotkaniu. Strasznie był zdziwiony mymi kłopotami. Gwarantował, że na „Ogrody Frascati” środki z pewnością znajdzie. W sprawie mojej nagrody natychmiast telefonicznie interweniował u swego asystenta – nijakiego, a oslawionego przez Kazika Staszewskiego Zbigniewa Derdziuka. [1]

Pobiegłem więc nazajutrz ( dzień przed II turą), a wszyscy już poza głównymi zainteresowanymi czuli, że Marcinkiewicz przegra ją raczej,  do szefa biura Prezydenta. No i mówię szefowi – powołując się na Ober-Szefa Kazika

„ No daj mi Derdziuk nagrodę, no co ci to stanowi?

A on mi na to: jak niegdyś piosenkarzowi – nb. też Kazikowi:

„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”.

No i przegrali wybory. Jeszcze ostatniego dnia Marcinkiewicz podpisał dokument z tzw. zaleceniami pokontrolnymi po całosezonowej inwigilacji przedstawicieli miasta. Nie podpisałem dokumentacji kontroli. Tyle tam było bzdur i przeinaczeń.

Jednak same zalecenia nie brzmiały w sumie zatrważająco. Ot, tu sprawdzić, tu dodać, tam poprawić, owdzie uporządkować. Zdaniem moich prawników w znacznym stopniui zalecenia te były bezzasadne. Wydawało się, że będzie z tego kolejna urzędnicza mitręga. I może by była, gdyby … nie ten drobiazg, że zmieniła się miejska miotła,  jak najwulgarniej trzeba dziś określić samorząd miejski. Ja jednak specjalnie się nie przejmowałem. Z trudem ale na życie mi starczało, a wciąż nie mogłem nasycić się sukcesem. Przez cały grudzień  Agnieszki Budzyń prowadziła rozmowy z moimi najważniejszymi współpracownikami.  Od Staszkia Górki poczynając.

Rozmowa z p. Staszkiem Górką – 09.12.2006

Agnieszka Budzyń

S. Górka w "Opowieści Zimowej" reż. Z. Mrozowska Dyplom PWST (Teatr Współczesny) - 1977

A.B. - Ile lat trwa Pana znajomość z Dyrektorem?

S.G.- Znajomość trwa bardzo długo, bo ponad 30 lat. Spotkaliśmy się kiedyś w tym samym miejscu, na Miodowej, i w tym samym czasie, gdy zdawaliśmy do szkoły teatralnej. Stanęliśmy oko w oko.  Andrzej zrobił na mnie wrażenie…, kojarzył mi się… Na Rasputina  był za chudy, ale miał jakiś żar w oku, emblemat na piersi, nie wiem, ale miałem bardzo prawosławne skojarzenia.   Myślałem, że to jakiś młody, natchniony pop. Potem dowiedziałem się, że jest synem Andrzeja Kijowskiego – pisarza i uzyskałem na jego temat więcej informacji. Andrzej równocześnie studiował polonistykę i układ był taki, że wiedzieliśmy o sobie, spotykaliśmy się,

gadaliśmy, byliśmy widzami tych samych zdarzeń teatralnych, wtedy się dużo działo: festiwal narodów itp. A potem spotkaliśmy się kiedy został młodym pracownikiem naukowym w Szkole, a ja asystentem i robiliśmy wspólne różne spotkania, troszkę „ryliśmy pod czerwonym”, troszkę to była konspiracja, partyzantka, jakieś takie właśnie historie. Potem był okres Solidarności. Mieliśmy sztamę, gadaliśmy dość dużo. A potem był pierwszy konkurs, ale go jakoś w ogóle nie zauważyłem, zjawiłem się na drugim czy na trzecim, ale już wiedziałem, co on robi, wiedziałem, że w Lapidarium. Zaczepił mnie kiedyś i mówi:

ATK - Emblemat plemienia Hoopi przywiózł Senior z Wielkiego Kanionu

- Przecież ty masz jakieś swoje przedstawienie.

- No, mam – jeszcze wtedy nie nazywaliśmy się Towarzystwo Teatralne Pod Górkę, ale zrobiliśmy takie przedstawienie lwowskie, na które namówiłem się ze Zbyszkiem Rymarzem i zgłosiłem te piosenki Andrzejowi i to był rzeczywiście niezapomniany wieczór. Warunki były bardzo bojowe, świeże powietrze, to był przepiękny lipcowy wieczór. Było to dla mnie zabawne i dziwne, bo rzeczywiście upał, gorący wieczór, ludzie pijący piwo, jednocześnie bar żyjący swoim życiem, trzeba było sztuką aktorską, tym przedstawieniem, opanować ten żywioł. Tam gdzieś były skrzypiące, skwierczące kawałki mięsa rzucone na grill. To wszystko było szalone i odrealnione, coś do czego nie byliśmy przyzwyczajeni i takie było moje pierwsze spotkanie z KTO. Zresztą ten spektakl został szczęśliwie zarejestrowany przez TV „Polonię 1″ i gdzieś krąży.

Andrzej lubił to przedstawienie i miał do niego ciepły stosunek. Wiem, że ta kaseta żyje, ja też ją mam, bo przegrywaliśmy wtedy. I to był właściwie pierwszy kontakt z „ogródkami”. A potem były takie zdarzenia, że co parę lat (już powstało Towarzystwo Teatralne Pod Górkę) włączaliśmy się do akcji próbując zawalczyć o nagrody, mieliśmy możliwość pokazania swoich przedstawień w Warszawie i niespłacone długi wobec reżyserów, powiedziałem do Andrzeja:

- Dobrze byłoby gdyby Tadek Wiśniewski dostał nagrodę, bo ciągle mamy poczucie, że jesteśmy mu winni pieniądze

I szczęśliwym zbiegiem okoliczności reżyser dostał nagrodę, chociaż Andrzej mówił:

- Absolutnie ja nie mam na to wpływu, to jest decyzja jury.

I pewnie tak było, bo potem przekonałem się, że Andrzej ma taką zasadę, że nie wtrąca się do jury, nie wywiera nacisku, niemniej te sugestie, marzenia nasze jakoś tam się przenosiły. Właściwie byliśmy taką grupą, która ciągle tymi swoimi przedstawieniami znaczyła. Zbierała i nagrody, i wyróżnienia, była zauważalną grupą, która stale współpracuje, a potem przyszły bardzo chude lata i nawet jeśli nie braliśmy udziału w konkursie, to graliśmy. Był pamiętam taki rok, zupełnie beznadziejny, Andrzej poprosił mnie o pomoc:

- Słuchaj, jesteście w Warszawie albo w pierwszych krzakach za Warszawą, czyli w Kopkach i okolicy, może byście tak od czasu do czasu zagrali…

- Jak często?

- No, tak co drugi dzień albo i codziennie…

I to było takie lato, gdzie my przyjeżdżaliśmy, graliśmy w Dolinie Szwajcarskiej, umowa była brutalna, okrutna, to była wczesna, kapitalistyczna manufaktura – tyle ile będzie z biletów. Dyrektor Kijowski z upodobaniem powtarza anegdotę, że Górka wyczuł sprawę mechanizmów kapitalistycznych i ogłaszał promocję. Za pięć siódma mówił:

- No co będziecie Państwo tak tu siedzieć? Zapłaćcie chociaż te dwa złote czy trzy i wejdźcie tam na teren teatru.

To tak było. Rzeczywiście odbywałem indywidualne wycieczki przed rozpoczęciem przedstawienia i zapraszałem, żeby jednak wejść i oglądać jak człowiek…

A.B - Działało?

- Tak, bardzo często to działało, to był taki śmieszny moment tej naszej strasznej biedy. Kończyło się to później spotkaniem i piciem winka, bo tego rzędu były to zyski.

A.B - Wystarczało na butelkę wina?

S.G - Tak, na butelkę wina. I to był właściwie taki styl życia, że w ten sposób spędzaliśmy wakacje w mieście.

A.B - „Lato w mieście?”

S.G - Tak, taka akcja. A potem zaczęło się to tak zwane jurorowanie.

A.B - Ile razy był Pan jurorem?

S.G - Trzy albo cztery

A.B - Stała fucha.

S.G- Tak, taka stała fucha. Nie bez przerwy, choć propozycje Dyrektora były częste, bo chciał, żebym tam był, natomiast ja miałem jakieś ciekawsze zajęcia, jakieś wyjazdy. Mówiłem: – nie mogę w tym czasie, bo miałem jakąś robotę i to było niemożliwe. I był jeszcze taki epizod kiedy któregoś roku Andrzej zaproponował mi liczenie głosów, prowadzenie razem z nim takiej konferansjerki, zabawiania publiczności i wtedy padł pomysł, żeby nagrać te nasze piosenki, które od dziesięciu lat funkcjonują: „Dziś do ogródka zbiegła się trzódka” albo „Oddaj głos na kogo chcesz”. I tak to mniej więcej wyglądało w takim bardzo ogólnym zarysie łącznie z tym rokiem.

Andrzej oczywiście zaprosił mnie na to spotkanie, na ten panel „Teatr to miejsce spotkania”, który – sama Pani widziała- przebiegał dosyć tak smutnawo, z taką nutką… wręcz tendencyjnie. Natomiast ja uważam, że zabrakło tam takiego akcentu, może to złe słowo. Że przy wszystkich zasługach Andrzeja i trudach, które poniósł dla tej inicjatywy, dla tego projektu jak się mówi współcześnie, i wszystkich smuteczkach, które płyną z realizacji, przeszkód i trudności, jedno jest pewne, że on rzeczywiście umiał jakoś…, że złapaliśmy sztamę, że zaimponował tym swoim szalonym zupełnie, wariackim pomysłem. Przecież to nie chodziło o pieniądze. Pieniądze jak Pani opowiadałem w pewnym momencie były żadne czy w ogóle dopłacaliśmy do tego interesu przyjeżdżając trzydzieści kilometrów spod Warszawy na przedstawienia. To się nie opłacało, już nie mówiąc o wypożyczeniu kurtyn, różnych elementach, które funkcjonowały w tej inscenizacji, a on nas jednak zafascynował tym swoim szalonym pomysłem. Właściwie mógł na nas liczyć, wytworzyły się takie relacje przyjaźni. Może nie braliśmy za to odpowiedzialności, bo odpowiedzialność on miał, ale mówiliśmy: dobrze, temu facetowi trzeba pomóc, bo to jest słuszne, bo to jest warte realizacji, mimo że ma trudną sytuację, dawaj, robimy to. To chyba się Andrzejowi udało, że przy jego wszystkich takich trudnościach, nerwowości – jak mówiłem zobaczyłem obłąkanego, młodego popa na tym…, że nagle te loty gdzieś się zbiegły i gdzieś ręka w rękę, ramię w ramię, połączyła nas idea.

Parę dni temu byłem na rozmowie u prezydenta Bydgoszczy, to takie drugie moje miasto, które mnie interesuje, i w którym lubię przebywać i nagle padł pomysł, żeby zrobić takie przedstawienia letnie, taki przeszczep. To nie będzie rodzaj konkursu, tylko taki przegląd naszych rzeczy, które obejmują już kilkanaście spektakli.

A.B - W tym roku było bardzo dużo indywidualnych nagród. Właśnie dlatego, tak?

S.G- Tak, tak. Chcieliśmy zauważyć, że w pewnej przeciętności przedstawienia warto zawsze wyłowić drobiazg, kogoś kto w tej masie się pojawia i nagle zwraca uwagę. To jest interesujące i to jest piękne. Takimi elementami była na przykład świetna muzyka, w jakimś przedstawieniu, nie pamiętam w którym, przepięknie zrobiona. W innym przedstawieniu był świetnie zagrany epizod, były tego typu rzeczy, których nie można pominąć. Pamiętam taki rok kiedy byli Rosjanie, grali „Oświadczyny” według Czechowa przerobione na musical. To był utwór właściwie jak ja pamiętam w tej historii Ogródków taki jedyny pełny, to znaczy, że było doskonałe aktorstwo całej tej trójki czy czwórki aktorów rosyjskich, świetne inscenizacyjnie, świetnie śpiewane, niezwykle muzykalne.

To były nawet brzózki, które dyrektor Kijowski ściął w najbliższym lesie i wsadził do drewnianych doniczek i podlewał je wodą, żeby nie zdechły do wieczora. Nawet to tworzyło jakąś nieprawdopodobną aurę i pełnię tego przedstawienia. To było akurat, w tej przestrzeni, pod gołym niebem, przy skromnym namiociku, przy tym oświetleniu, w tej scenerii, te środki aktorski, te melodie, to było wpasowane w punkt. A na ogół takie przeniesienie przedstawienia, kabaretu, to jest inna stylistyka i zgrzyta. Przestrajamy się, przestawiamy się i nagle mówimy o, to fajnie wyglądałoby w podziemiach, w jakiejś scenerii kabaretowej, w jakiejś kawiarence, ale nie w ogródku.

A.B - To dość powszechna opinia, że rzadko które przedstawienie jest przedstawieniem ogródkowym. Dyrektor miał nawet taką koncepcję, żeby specjalnie premiować sztuki przygotowane specjalnie do ogródkowej scenerii.

S.G- No tak, ale takich przedstawień jest w przeglądzie trzy, cztery. Trzeba byłoby przywrócić tak zwany repertuar rewiowo-bulwarowy, tam mieściłaby się jakaś burleska, komedia muzyczna, recital na świeżym powietrzu. To trzeba byłoby iść zdecydowanie w tym kierunku. A póki co wszystko jest przemieszane. Zawsze miałem o to straszną pretensję, mówię jeszcze o czasach kiedy nie byłem jurorem, ale antreprenerem, który wystawiał jakieś swoje przedstawienia. Miałem wtedy tylko czapkę, szalik i śpiewałem piosenki lwowskie, gdzie mi się było ścigać z jakimś Elblągiem czy teatrem z Jeleniej Góry, które miały olbrzymią kasę.

A.B - Panie Staszku, kojarzą się Panu  z dyrektorem Kijowskim jakieś zabawne zdarzenia ?

S.G- Ja podziwiam jego nieprawdopodobny refleks w różnych sytuacjach, które się dzieją. Ja też się wykazuję pewnym refleksem na scenie, ale to w sytuacjach kiedy coś się wali, przewraca dekoracja, siada aparatura i są sytuacje tak zwane stresowe, wtedy radzę sobie w tych sytuacjach. Natomiast jego i tak podziwiam, to już właściwie można o tym głośno mówić, pamięta Pani jak Marysia Peszek zaśpiewała to swoje „pieprzę miasto” w obecności prezydenta tego miasta? To, moim zdaniem, było nadużycie, nie można robić takich rzeczy i pewnie nie obyłoby się bez gwizdów (sam bym gwizdał), to nie było grzeczne i nie było na miejscu, ale dyrektor wpadł i powiedział „przepraszam za każdy słowny grzeszek Marysi Peszek” i rozładował te bombę bezbłędnie.

A.B - Panie Staszku, Pana największa wpadka w KTO.

S.G- A, były różne drobne draki z niedziałającymi mikrofonami itp., ale największa… Była, tak, na konferencji prasowej gdzie śpiewaliśmy po raz pierwszy „Osculati na Frascati” w naszej wersji, a przedtem mówiłem fragment z „Tułacza”. Kiedy zacząłem recytować, zobaczyłem tylko jednego dziennikarza, (bo spotkanie zostało całkowicie zignorowane przez tzw. prasę), który zresztą kompletnie mnie lekceważył, bo Hemar prawdopodobnie kojarzył mu się wyłącznie z homarami. I ja tu walę tekst, i nagle naszedł mnie taki moment wątpliwości, że przecież to zupełnie nie ma sensu, co ja tu w ogóle robię? Jakiś jeden facet siedzi, a ja mu bebechy wywalam… I nagle całkiem stanąłem z tekstem, zacząłem coś haftować i skutek to miało taki, że facet się obudził. Ja gadałem, szły jakieś słowa, które były kompletnie bez sensu, ostatecznie jednak wskoczyłem na właściwy tryb, ale to była wpadka. Potem jeszcze Kijowski mi dokuczał: o, kolega nie powtórzył tekstu. Tak się tym przejąłem, że kiedy później śpiewaliśmy „Osculati na Frascati” dwa razy przestawiłem tekst, byłem poza muzyką.

To był taki dzień wpadek, co mi się na ogół rzadko zdarza, bo jednak człowiek stara się być zawsze dobrze przygotowany, ale zdarzyło się, było.

A.B - Będzie Pan w przyszłym roku jurorem?

S.G- A skąd ja to mogę wiedzieć?

A.B - Można podsumować, że publiczność ogródkowa jest bardziej wymagająca od publiczności teatralnej takiego zamkniętego teatru, ale przez to ciekawsza pewnie…

S.G- Nie wiem czy ona jest bardziej wymagająca… Trudniejsza do ujarzmienia, bo tamci przychodzą i mogą siedzieć w skupieniu, a tu są tysiące rzeczy, które mogą publiczność rozproszyć: nagłe załamanie się pogody, jakiś pies, helikopter…

A.B - Czyli nawiązując do tezy dyrektora, że teatr to miejsce spotkania, czyli, że do ogródka ludzie przychodzą, żeby się spotkać, wypić kawę, pogadać, a to czy się z tego spotkania zrobi teatr zależy od aktora, który wyjdzie i albo ich zaczaruje, albo nie – to Pan się pod tym podpisuje?

S.G- Podpisuję, jako że moja formuła teatru, którą robię w „podgórce” to jest teatr ubogi, w którym jedynym walorem nie jest stara, wytarta walizki czy szalik, ale człowiek, jego oko, twarz, to co z niego płynie. Możliwe, że to ta formuła nas zbliża z Kijowskim.  To jest moja odpowiedź na pytanie czy teatr to miejsca spotkania.  Rozm. Agnieszka Budzyń

Chwilę potem 21.12.2006 porozmawia pani Agnieszka też z Jankiem Pietrzakiem.

A.B - Proszę opowiedzieć o swojej znajomości z dyrektorem Kijowskim.

J.P.- Muszę powiedzieć, że z podziwem obserwuję akcję Andrzeja Kijowskiego, który z Warszawy próbuje zrobić miasto sztuki, miasto wesołe, miasto pogodne, miasto bardzo związane z teatrem, i temu służą te możliwości, które ma. Bo ludzie na ogół są osadzeni w teatrach państwowych, w których, jak w urzędach, wykonują swoją robotę, są funkcjonariuszami państwa, które im za to płaci, dostają pensje, etaty, urlopy macierzyńskie, bilet bezpłatny w jedną stronę i wtedy pracują dla teatru.

A Andrzej robi coś w strukturach nieformalnych, istotnego bardzo i wydaje mi się, że ma wielkie sukcesy na tym polu, mianowicie całe te lata sezonów teatrów ogródkowych, które rozkwitały w różnych miejscach według jego pomysłów, to jest fantastyczna praca. Ja zetknąłem się z działalnością Andrzeja Kijowskiego kilka sezonów temu. Jako człowiek kabaretu, a nie teatru, występowałem najpierw w Dolince Szwajcarskiej, a potem w Ogrodach Frascati. Uważam, że to jest fantastyczne miejsce, świetnie zaaranżowane, na świeżym powietrzu.

A.B - Jak się Panu tam występowało?

J.P.- Dobrze, bardzo dobrze. To jest nawrót do tradycji teatru średniowiecznego, starożytnego, kiedy ludzie się spotykali. Jechał wóz, zatrzymywał się, artyści występowali na wozie, a ludzie stali i podziwiali, wtedy nie było jeszcze budynków teatralnych, a więc to taka dawna tradycja. Kabaret jest pewnym odłamem teatru w gruncie rzeczy, bardziej uproszczonym z konieczności, bo kabaret jest biedny tak jak i działalność Andrzeja Kijowskiego, nie ma na to zbyt wielu pieniędzy tak jak instytucje państwowe, trzeba grać dla ludzi w takich okolicznościach i w takich warunkach jak to jest możliwe, a więc na powietrzu. Wydaje mi się, że zaaranżowanie tych miejsc jest wielką zasługą Andrzeja, zrobił coś oryginalnego i w Dolince Szwajcarskiej, i w Ogrodach Frascati gdzie to się rozwija pięknie i staje się miejscem, które tętni życiem przez wiele miesięcy w roku.

A.B - W okresie kiedy w tych zinstytucjonalizowanych teatrach trwają urlopy, niekoniecznie macierzyńskie, więc nic się tam nie dzieje?

J.P.- Tak, tak, i poza tym zdarzają się tu przedstawienia, zdarzają się ludzie, występy, których normalnie w Warszawie nie można oglądać, więc to jest taka jakby ścieżka off, jak mówią Anglosasi, taki off-brodway pojawia się i bardzo dobrze, że pan Kijowski nie upiera się przy konkretnych gatunkach, że pokazuje wszystko co wartościowe, spektakle muzyczne, kabaretowe, spektakle teatralne również, jakieś grupy oryginalne, które inaczej w Warszawie nie istnieją, bo nie stać ich na wynajęcie sal w – powiedzmy – normalnym sezonie, czy zaistnienie w konkurencji z wielkimi instytucjami państwowymi, a w tej scenerii, w tych warunkach dają sobie radę, gromadzą liczną publiczność, która dowiaduje się o barwnej kulturze, która w ten sposób się przejawia. Jestem wielkim zwolennikiem tego działania pana Kijowskiego i podziwiam, że tak ładnie mu to wszystko idzie.

A.B - Pamięta Pan jakieś szczególne przedstawienie w KTO?

J.P.- Może szczególne to było takie związane z sierpniem, z rocznicą sierpnia, które było bardzo poważne jeżeli o mnie chodzi, poważne piosenki, poważne tematy związane z naszą narodową historią, z Powstaniem Warszawskim. Mam takie przedstawienie, w którym wykonywałem po raz pierwszy swoją piosenkę o Powstaniu i rzeczywiście poruszenie było olbrzymie.

A.B - Pamiętam je, owacja na stojąco…

J.P.- Tak, owacje, bisy, jednym słowem wielkie poruszenie. To daje pogląd na temat tego, że Warszawiacy w takich warunkach nawet, na powietrzu, w otwartej przestrzeni potrafią się i skupić i wzruszać, i bardzo chłonąć treści, które tam im się podaje, czyli w sumie pokazuje to, że miejsce jest dobrze zaaranżowane, miejsce służy wyrażaniu różnych emocji, nie tylko kabaretowych żartów, ale także pewnemu skupieniu, wzruszeniu.

A.B - Ale to również zasługa artystów.

J.P.- Tak, ale artyści nie w każdych warunkach są w stanie się przebić, bo czasami są to warunki nieżyczliwe po prostu, zwłaszcza kiedy jest to sztuka nazwijmy to uproszczona, bez wykwintnej improwizacji, bez bogatych dekoracji, bez dwóch tysięcy prób…

A.B - W teatrze ogródkowym trudno o bogatą inscenizację.

J.P.- No właśnie o to chodzi, to są wymagania artystyczne o niebo wyższe, bo w teatrze ogródkowym trudno o ten cały sztafaż artystyczny, trzeba go zastąpić czymś innym, talent artysty musi pokryć wszystko, braki scenografii czy też padający deszcz, czy wrzeszczące sroki za plecami, to wszystko talentem trzeba pokrywać, a więc tym bardziej jest to pasjonujące wyzwanie.

A.B - W teatrze ogródkowym brak kulis jest Pan bardziej dostępny, bardziej na widoku i  … wszystkie panie mają ułatwioną drogę do Pana ?

J.P.- Nie tylko panie, panowie również, bo to są ludzie, z którymi piłem pod kioskiem piwo czterdzieści lat temu, albo w Hybrydach żeśmy się kolegowali, albo byliśmy razem w wojsku czy w fabryce. Ja w Warszawie znam połowę mieszkańców, Warszawiaków oczywiście, nie mówię o elemencie napływowym, ale do Ogrodów Frascati przychodzą na ogół rdzenni Warszawiacy, tak mi się wydaje z odbioru, co jest dla mnie istotną różnicą.

Ja to wyraźnie widzę na widowni, wiem czy jest element napływowy czy jest warszawski. Moja znajomość z publicznością warszawską od prawie pół wieku powoduje, że mamy zupełnie inne relacje niż z ludźmi, którzy przyjechali tu pięć czy dziesięć lat temu i właściwie dopiero uczą się tego miasta i jego specyficznego nastroju. I z tego punktu widzenia działalność Andrzeja jest też bardzo korzystna, pozwala się skrzyknąć środowisku ludzi, dla których Warszawa jest ważnym miejscem nie tylko jako adres zamieszkania, ale jako pewien zbiór wartości, sentymentów, bo dla każdego Warszawiaka Czerniaków czy te Ogrody na Powiślu mają swój urok i smak młodości, świadomość tego co tam było kiedyś. I takie imprezy w przestrzeni warszawskiej bardzo pomagają określić tę warszawskość.

A.B - I tak doszliśmy do tematu „Teatr to miejsce spotkania”. Zgadza się Pan z dyrektorem, że teatr na świeżym powietrzu tym różni się od teatru zamkniętego, że to teatr przychodzi do widza, a nie widz do teatru, to znaczy, że na artyście ciąży odpowiedzialność wciągnięcia widza w grę, w przeżycia, w emocje, które dzieją się na scenie ?

J.P.- Powiedzmy szczerze, że to jest bardziej dostępne miejsce, codziennie coś innego się dzieje i to sprzyja temu, że się pewna grupa, pewna społeczność gromadzi wokół tego miejsca, które nie ma charakteru repertuarowego tylko co wieczór jest coś innego, coś charakterystycznego, że warto pójść i to jest dodatkowy motyw, dla wielu tysięcy ludzi to jest ważne miejsce w Warszawie. Wiadomo, że teatr jest miejscem spotkania, ważne jaka tradycja się wokół tego wytwarza wokół tego spotkania, kto tam przychodzi, Z mojego punktu widzenia to jest zgromadzenie warszawskie, znacznie bardziej niż w innych placówkach.

A.B - Taka lokalna specjalność.

J.P.- Tak, my się czujemy dobrze, bo znamy to miejsce, znamy te strony, jesteśmy u siebie. Kryją się za tym jakieś psychologie.

A.B - To ostatnie miejsce – Ogrody Frascati, które mamy nadzieję, że już zostanie na stałe, ono znajduje się w centrum miasta, ale jednocześnie jest z tego miasta wyizolowane, wyciszone, nie słychać samochodów, szumu. Z wyjątkiem jakiś emocjonujących wydarzeń na stadionie Legii, można powiedzieć,  że tam jest cisza i spokój.

J.P.- Tak, bardzo to jest fajnie zaaranżowane. Mam nadzieję, że ta inicjatywa będzie się toczyć dalej, że Andrzej rzeczywiście tam od maja do września będzie miał swoją placówkę i że będzie mu to wszystko świetnie funkcjonować.

A.B - Panie Janie, gdyby miał Pan wymienić trzy przymiotniki, które określają dyrektora Kijowskiego, to jakie by one były?

J.P.- Jest na tle innych urzędników bardzo pozytywną osobą, ponieważ ma inicjatywę i ma pomysły i nie boi się ich wcielać w życie, nawet za cenę konfliktów nieraz z różnymi ludźmi i ja to bardzo cenię, bo jeśli człowiek ma odwagę i ma pomysły, i potrafi je jakoś zagospodarować, to jest to taka cecha wyjątkowa na tle spokojnych, uładzonych i bezkonfliktowych urzędników od kultury. Poza tym jest człowiekiem niezwykle wykształconym, inteligentnym, mającym ogromne zaplecze intelektualne do tego co mówi i robi, a więc jego wiedza o teatrach i o całej pracy, którą wykonuje jest olbrzymia, dogłębna i to się liczy. A prywatnie jest miłym człowiekiem, z którym można o wszystkim porozmawiać, pobawić się. Rozumie nie tylko teatry i poważną sztukę, ale również i kabaret. Wydaje mi się, grając od kilku sezonów, że bardzo lubi kabaret i docenia wartość kabaretu w obecnej kulturze, widzi jej znaczenie i ma poczucie humoru. Jest błyskotliwy, inteligentny, śmieje się z żartów… same zalety.

A.B - Proszę mi powiedzieć czy współpraca z dyrektorem także ma same zalety, zawsze wszystko jest zapięte na ostatni guzik, nigdy nie było jakiegoś wywału, wpadki?

J.P.- Nie, nie, zaskoczył mnie tylko raz, na początku, jak zaczynaliśmy współpracę, wygłosił jakieś słowo wstępne, witając nas w swojej placówce i zrobił to wierszem. Byliśmy zaskoczeni z kolegami, bo nic o tym nie wiedzieliśmy, staliśmy za kulisami i słuchaliśmy jak dyrektor rymuje wspominając wiele naszych różnych historycznych spraw, adresów, piosenek, problemów jakie kabaret pod Egidą miewał, to wszystko ujął w bardzo ładną formę wierszowaną.

A.B - Dostał Pan to na piśmie?

J.P.- Tak, tak, i kiedyś na pewno to wydam.

Rozm. Agnieszka Budzyń

Już po świetach ale wciąż z nadzieją, że rozmowy te wykorzystamy w Opracowaniu projektowanym dla XVI KTO i III Ogrodów Frascati

spotka się pani Agnieszka ze Zbigniewem Rymarzem – 22 lutego 2007

A.B - Wie Pan, że to nie będzie wywiad-rzeka?

Z.R.- Nie? A co?

A.B - Kilka – mam nadzieję – wesołych historyjek, które posłużą jako przerywniki dla dyrektorskich tyrad.

Z.R.- Hm, był rzeczywiście taki wesoły akcent… Graliśmy „Lwów”, na Szopena, w „Dolinie Szwajcarskiej” i nagle zerwał się huragan, ulewa potworna, ludzie się schowali, a mnie – od tamtej pory twierdzę, że bardzo dobrze, że się garbię – na plecy spadła zastawka. Gdybym się nie garbił spadłaby na głowę. Wiatr tak miótł, że zalewało scenę, ludzie zaczęli uciekać, trwało to ponad godzinę… Nie skończyliśmy tego spektaklu.

A.B - Jednym słowem: mokry wieczór.

Z.R.- Bardzo mokry, ale czasami tak się zdarza.

A.B - Czy te nieprzewidziane wypadki w ogródkowym teatrze nie wyprowadzają Pana czasem z równowagi?

Z.R.- Nie. Zaczynałem pracę w teatrze pod kierunkiem reżysera, od którego nauczyłem się cierpliwości. To cecha niezbędna w każdym twórczym zawodzie.

A.B - Nie tylko w zawodzie, przydaje się również w kontaktach z innymi. Rozumiem, że dzięki cierpliwości komunikowanie się z dyrektorem Kijowskim nie sprawia Panu problemu.

Z.R.- Nie, spokojnie daję sobie radę. Zresztą, wie Pani, dyrektor jest małomównym człowiekiem.

A.B - Dyrektor?!

Z.R.- Tak, Zazwyczaj mówi tylko jedno zdanie.

A.B - Ale ile to zdanie trwa?!

Z.R.- A, to już inna sprawa…

A.B - Jak się Panowie poznaliście?

Z.R.- Nasze pierwsze spotkanie wyglądało tak, że ja powiedziałem: „dziękuję bardzo, to ja idę do domu”.

A.B - ?

Z.R.- Chodziło o „Lwów”. Przedstawienie zrobione na moich materiałach, wspólna scenografia i reżyseria. Przychodzę na Starówkę, wszystko jest, tylko mojego nazwiska w ogóle nie ma, nie istnieje. Powiedziałem: „no to dobrze, widzę, że dzisiejszy spektakl idzie jako mówiony, to ja jestem wolny, do widzenia”. Rozumie Pani, można mieć cierpliwość, ale pewnych rzeczy trzeba wymagać.

A.B - I jak to się skończyło? Dopisali nazwisko, dokleili?

Z.R.- Nie, nie było jak. Zapowiedzieli, taka specjalna, długa zapowiedź.

A.B - Czyli zrekompensowali faux-pas. Pomimo tego niefortunnego początku współpraca trwa. Co by Pan zmienił w Konkursie Teatrów Ogródkowych?

Z.R.- Przesiałbym wykonawców i zostawił tylko dobre spektakle. Już sama nazwa „teatr ogródkowy” zobowiązuje do jakiś form. Namawiałbym Dyrektora do zrobienia czterech programów ogródkowych. Aktorki w stylowych sukniach, z parasolkami, część operetkowa, potem jakaś jednoaktowa farsa. W tej chwili miejsce na Frascati jest tak ładnie urządzone, ma nastrój, klimat. Można pokusić się o stworzenie takiego cyklu: ogródek fin de siecle’owy, ogródek z czasów pierwszej wojny, ogródek lat dwudziestych i ogródek Dakowskiego z czasów okupacji. To byłaby historia ogródków.

A.B - Świetny pomysł.

Z.R.- Dyrektor zrobił coś wspaniałego, co kojarzy mi się z teatrem, w którym zaczynałem. To było w Poznaniu, za teatrem był ogród, który dyr. Szczerbowski zaadoptował na letnią scenę. No, ale nie o tym rozmawiamy. Wracając do Pani pytania o to, co bym zmienił, jak już mówiłem, przesiałbym wykonawców.

A.B - Co to znaczy?

Z.R.- To znaczy, że częściej sięgałbym na prowincję, bo tam dzieje się wiele ciekawych rzeczy, które można pokazać i dałbym prawo decydowania publiczności o jakości przedstawień od samego początku, czyli od etapu przeglądu. Rozumie Pani? Jury sobie, bo zależy kto będzie w jury, a publiczność sobie.

A.B - A właśnie, a propos, jak Pan tłumaczy fakt, że przez dwa ostatnie sezony werdykt publiczności i jurorów był w zasadzie taki sam? O czym to według Pana świadczy?

Z.R.- O wyrobieniu ogródkowej publiczności, oczywiście, która ma większą odwagę w podejmowaniu decyzji, i o mniej udziwnionej komisji.

A.B - Żartuje Pan sobie…

Z.R.- Nie, pamiętam nagrodzony spektakl, z którego gdyby wyrzucić dwie trzecie, to byłby nienajgorszy, a bez tego był sam bełkot, ale podobał się przewodniczącej jury, która przeforsowała swoją decyzję.

A.B - Acha… To skoro już jesteśmy przy sprawach wątpliwych, miał Pan jakąś wpadkę w KTO?.

Z.R.- Tak, był jeszcze taki incydent na Mariensztacie. Tadek Wiśniewski dostał nagrodę za reżyserię, Monika Świtaj za piosenkę, trzeba było wystąpić, a tego dnia wyszedłem ze szpitala i czułem się bardziej jak rekonwalescent, niż artysta. Ale mimo to stawiłem się o 14:00, żeby zrobić próbę i wszystko byłoby dobrze, tylko nie dowieźli pianina…

A.B - W ogóle?

Z.R.- Nie, na spektakl instrument dojechał.

A.B - To szczęśliwie. A pamięta Pan jakiś szczególny moment konkursu, coś ważnego dla Pana, o czym mógłby Pan powiedzieć: sukces!

Z.R.- Nie ma nic takiego. Wszystkie spektakle grało mi się bardzo dobrze, publiczność dopisywała i dobrze się bawiła. Jedno tylko w plenerze wymaga dopracowania, jak jest wiatr, to fruwają nuty.

A.B - Przecież można je przypiąć.

Z.R.- A jak trzeba ciągle przekładać i przypinać od nowa, to się robią dziury, bo kto w tym czasie ma grać, skoro pianista zajęty jest czy innym.

Rozm. Agnieszka Budzyń

Było już po wyborach. Należało jakoś przywitać się z nową władzą.

Na Sylwestra napisałem wierszyk[2], a potem poprosiłem pania Agnieszkę by dopadła Włodka Paszyńskiego, który –  a ta wiadomość zdawała mi się gwarancją bezpieczeństwa i uczciwości – miał zostać na miejsce Andrzeja Urbańskiego zastępcą obejmującej Urząd Prezydenta Hanny Gronkiewicz Waltz. Dla mnie wydawały się to bardzo dobrym prognostykiem. Byłem wśród samych przyjaciół. Andrzej Urbański był moim przyjacielem i nigdy się tego nie wyprę, Kaczyńskich szanuję obydwu, ale przecież Hanna Gronkiewicz-Waltz pomagała nam zakładać samorząd. W ’92 roku konsultowała Ustawę Warszawską, gdy byłem wicemarszałkiem Sejmiku. No a Paszyński! – Paszczak … był mi przyjacielem jeszcze dawniej niż Jędrek Urbański, poznaliśmy się jak sam powiada przed wojną japońską. Istotnie…

CDN

Przypisy:


[1] Escusi signore „No speaking inglese”
A gdzie kupiłeś sobie takie luks wąsy?
Czy może na stadionie bez praw autorskich?
I gdzie kupiłeś sobie taką super głowę?
Nakrycie na głowę nie musi być typowe
Pytasz się mnie gdy spokojnie sobie leżę
„Sorry mensch – no speaking inglese”
No daj mi Derdziuk wódki, no co ci to stanowi?
„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”


[2] Każdego roku otrzymywali ode mnie radni i prezydenci kartkę wydrukowana w Domu na Smolnej z jakimś najczęściej De La Tourem, tym razem był do Pierro Della Francesca z takim przesłaniem:

Wygranym  Kornie i z nadzieją

Niesiemy mirrę i kadzidło

Wierząc ze złotem się podzielą

By panowanie  im nie zbrzydło


Przegranym! Piosnkę zaśpiewamy

Krzyż Pański czeka wszak każdego

A my z gęślami, z gitarami

Nikomu  nie życzymy złego


Więc dziękujemy dobry Boże

Za nasze spotkania na Dworze

I za rozmowy pod dachami

Za to że nie jesteśmy sami


Przyjmijcie czego trzeba komu –

Kijowski z śródmiejskiego domu

Rozdz. CLIII – Teatr to miejsce Spotkania. Panel dyskusyjny

piątek, 20 Sierpień 2010

Piętnaście lat minęło. Miałem poczucie domknięcia jakiegoś cyklu. Zacząłem zresztą właśnie spisywać te wspomnienia i systematyzować materiały. Postanowiłem więc użyć wszystkich niezbędnych a będących w mym zasięgu narzędzi badawczych: wywiadw i panelu dyskusyjnego. Dla panelu przygowałem materiały. Wybór moich tekstów, montaż telewizyjnych relacji z lat piętnastu. Magda Jurczyk obdzwoniła ludzi i w sumie w zaproszeniu napisałem. 

XV Ogólnopolski Konkurs Teatrów Ogródkowych dobiegł końca. Twórcom, artystom, jury, krytykom teatralnym, a nade wszystko widzom udało się przywrócić tradycję i odtworzyć fenomen Teatrów Ogródkowych, wpisując to wydarzenie na stałe w kalendarz stołecznych imprez kulturalnych.  

Wokół KTO powstało wiele pytań i refleksji, które dotyczą: celu konkursu, wyrazu artystycznego, formy teatralnej, organizacji widowni. Nadszedł moment na podsumowanie i sformułowanie ocen, oczekiwań, tych estetycznych, teoretycznych i praktycznych.  

Program spotkania:  

19.00 – wprowadzenie i prezentacja Andrzej Tadeusz Kijowski  

19.30 – dyskusja  

20.30 – koncert Pawła Szymańskiego  

Nie do końca może w to wierzyłem lecz zamarzyła mi się rozmowa serio. Dyskusja o wartościach estetycznych a nie politycznych komerażach. Zaprosiłem nawet Dorotę Wyżyńska, autorkę najbardziej w moim przekonaniu niesprawiedliwej i nieuczciwej krytyki naszego dzieła repertuarowego, Izę Cywińską, zaprosiłem też teatrologów. Pani Wyżyńska nie umiała jednak popatrzeć mi w oczy. Iza przysłała laurkę. Miłą acz dziwną. Czy jej gratulacje dla władzy Kaczyńskiego mogły być szczere ? Czy szykując się  właśnie do objecia  dyrekcji Teatru Ateneum naprawdę myślała, myśli, rozumie, że teatr jest tylko pochodną układu ?  

Izabella Cywińska

 

To był świetny pomysł Andrzeja Kijowskiego. Mówię to nie tylko jako widz, jako animator kultury, ale i to  może nawet ważniejsze, jako wieloletni dyrektor scen poza warszawskich. Dla teatrów, a szczególnie aktorów z mniejszych ośrodków, ale także dla tych stołecznych i Łódzkich i Krakowskich, którzy się jeszcze nie „załapali”, to szansa na pozytywną  konfrontację. Dla nas reżyserów – jurorowanie w  konkursie to czysta korzyść. Nigdy dosyć kontaktów z nieznanymi aktorami, którym potem, jeśli okażą się tego warci, można zaproponować współpracę. Tak. To był świetny pomysł!  

Upór Andrzeja, jego determinacja i naiwna wiara w sukces, które towarzyszyły mu  w chwilach, gdy  wszyscy wszystkiego mu odmawiali, okazał się zbawienny. Pamiętam te walkę, pamiętam izdebkę, w której mieściło się jego biuro, przypominające pakamerę ubogiego stróża /przepraszam Cię Andrzeju!!/ i pamiętam jego oczy, szukające u nas potwierdzenia i wiary  podobnej jemu.  

Tak się rodzi sukces !!!  

Gratuluje  Ci ANDRZEJU !!! gratuluje  Twoim współpracownikom, gratuluje władzy, która ci ostatecznie pomogła zbudować to Twoje królestwo w służbie społecznej.  

Warszawa 15.11.06  

Izabella Cywińska  

Czy jednak ktoś jeszcze chce serio rozmowy, czy ktoś potrafi zadać sobie pytania stricte estetyczne o nasz gust, o ducha czasu, o zmiany w świadomości estetycznej ?  

Mój poniedziałkowy panel miał niestety konkurencję. W Teatrze Narodowym odbywał się tego dnia jubileusz 60 lecia pracy scenicznej Barabary Krafftówny. Kilka osób, w tym Janek Pietrzak musiało tam być obecnych i trudno było odmówić artystce pierwszeństwa. W końcu mój „jubileusz” czterykroć był mniejszy. Janek jednak zachował się pięknie. Przyszedł przed południem i z Krzysiem Paszkiem nagrali mi audio, a także  Vido muzycznie podrasowany przez Janka mój wiersz o Ogrodach Frascatii. To wykonanie zgodnie z planem zamknęło imprezę, przed którą [przedstawiłem telewizyjną kronikę 15 lat ogródka, po czym zagaiłem:  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI: Witam na pierwszym panelu dyskusyjnym, poświęconym konkursowi Teatrów Ogródkowych. Na początek postaram się wiele nie mówić, tylko przypomnieć państwu, jak było – zapraszam na prezentację poświęconą ogródkom[1]  

   

   

Chciałbym powiedzieć tylko o jednej rzeczy, która uderzyła mnie podczas oglądania filmu wspomnieniowego[2], a o której napisałem expressis verbis w tekście, znajdującym się w materiałach, jakie państwo otrzymali. Nie wiem czy nie byłoby Teatru Ogródkowego czy też byłby inny, gdyby nie rok 1987, kiedy to ja, jako poważny estetyk i współautor pisma „Dialog”, zaniosłem Jackowi Sieradzkiemu, Małgosi Szpakowskiej i Pawłowi Konicowi, którzy byli tam wówczas redaktorami, esej filozoficzny „Teatr to miejsce spotkania”. Wyśmiali mnie – tak że śmiech niesie się przez dziesięciolecia. Od Jacka, albo do Małgosi usłyszałem wtedy: „Słuchaj ty nie masz prawa takiego bełkotu uprawiać. Chcesz taki teatr robić to go rób; natomiast nie gadaj jak teoretyk”.  

Sztuka w moim przekonaniu jest bowiem konceptem w istocie  krótkotrwałym. Pojęciem ukształtowanym tak naprawdę w połowie XVIII wieku. Poczynając od roku  1747 kiedy to   – Charles Batteux – wyartykuował pojęcia, zliczenie pięć sztuk pięknych. Poprzez rok 1750 – w którym Aleksander Baumgarten – ukuł pojęcia estetyki czyli nauki o pięknie, kończąc na roku 1790 gdy Immanuel Kant w „Krytyce Władzy Sądzenia” wskazał na bezinteresowność doznania. To fundamenty pojęcia sztuki artystycznej, instytucji sztuki, czyli takiego teatru, w jakim my się poruszamy. To fundamenty nowożytnego czyli romantycznego pojmowania sztuki. Ale romantyzm to tylko jedna  epoka.  

Rzeczy piękne powstawały przez tysiące lat. I nie potrzebne było do tego pojęcie artysty, kultury i całej instytucji sztuki. Ta ostatnia,  skierowana na siebie, autoteliczna działalność artystyczna zamiera na naszych oczach. Instytucje żyją już tylko lobbingiem etatowych magistrów sztuki – nic to nie ma wspólnego z zapotrzebowaniem odbiorców.  

Twierdzę, że dziś sztuka, w tym pojęciu „sztuka artystyczna” jest nieporozumieniem. Uważam, że wszyscy jesteśmy technikami. Uważam, że ta sztuka to techne,   a ja jestem po prostu technikiem organizującym kulturalne spotkania – po dawnemu: mistrzem ceremonii. Uprawiam, jak mawiał Hugon od św Wiktora paedeutike, sztukę zabawy na świeżym powietrzu. Twierdzę, że teatrem jest każda sytuacja, w której jednostka się znajduje, zwraca na siebie uwagę, skupia emocję zbiorową i ją zapośrednicza, a także buduje swoiste napięcie wyznaczając  jakąś barierę dystansu i strefę kontaktu.[3]  

W oglądanym materiale uderzyło mnie to, że o Teatrach Ogródkowych wszyscy wyrażają się z pobłażliwością, że nie przywiązują do tego wydarzenia wielkiej wagi. Jestem przekonany, że taka forma teatru wróci na dobre, że prędzej czy później  znikną instytucje kulturalne, w których funkcjonują związki zawodowe i dyrektorzy wyznaczeni przez aktualną partię polityczną; to się musi skończyć. Na razie odzyskujemy dla publiczności  Dom Kultury, a przez  Ogrody Frascati przewinęło się jakieś 88 tysięcy osób.  

Spotkaliśmy się dziś po to, by zdefiniować zdarzenie, któremu chcę nadać jakąś, oczywiście instytucjonalną lecz nie koniecznie w artystycznym tego słowa znaczeniu formę. Myślę, że impreza przerosła już w pewnym sensie Dom Kultury i że trzeba ustanowić Ogród Frascati na kształt kopenhaskiego Tivoli czy niemieckiego Schweizertalu. W sensie prawnym może być to instytucja Kultury czy też park rozrywki, nawet stołeczne centrum Kultury. Jedno jest pewne:  Frascati ! Bo to ono staje się dziś  miejscem kultowym skupiając w sobie gromadzone przez lata elementy  

MACIEJ NOWAK: Dyrektor Kijowski poprosił mnie, abym poprowadził dyskusję, ponieważ, jak sam twierdzi – za dużo gada. Moja rola zatem jest całkowicie porządkowa. A skoro już Andrzej Tadeusz wywołał Jacka Sieradzkiego, do którego odnosił się w swojej wypowiedzi, a który jest jednym z jurorów o najdłuższym stażu, od początku oglądającym festiwal Teatrów Ogródkowych, to poproszę go o rozpoczęcie dyskusji. Czy Ty również Jacku z pobłażliwością traktowałeś Teatry Ogródkowe?  

Jacek Sieradzki

 

JACEK SIERADZKI: Ja już się tutaj wypowiadałem i nudziłem z  ekranu, więc mogę powiedzieć bardzo krótko: jeśli coś jest sympatyczne i lekkie, to mówiąc o tym czymś, przybieramy ton pobłażliwości, ale życzliwej pobłażliwości. Nie ma w tym nic uwłaczającego. Niech ręka boska broni tradycji Teatru Ogródkowego przed przekształceniem w to, o czym przed chwilą Andrzeju wspominałeś, mówiąc o budowaniu jakiegoś gmachu, jakiegoś podniosłego miejsca. Dopóki to będzie lekkie, dopóty będzie wspaniałe i piękne.  

MACIEJ NOWAK: Andrzej Tadeusz Kijowski, zapraszając nas tutaj, prosił, żebyśmy spróbowali sobie odpowiedzieć na takie pytania jak: cele tego konkursu, jego wyraz artystyczny, formy teatralne, organizacja widowni.  

Proponuję, żebyśmy podyskutowali wokół tych tematów. Przy okazji ostatniej edycji i dwóch wcześniejszych, w których też uczestniczyłem, dyskusja medialna nie przybrała imponujących rozmiarów; była natomiast dość krytyczna.  

Powstaje pytanie: skąd ów krytycyzm się wziął? Co go zrodziło? Jeżeli państwo macie pomysł na wyjaśnienie tej kwestii, chętnie posłuchamy.  

JANUSZ LEŚNIEWSKI: Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że poniekąd jestem ojcem chrzestnym Teatrów Ogródkowych. Jeszcze wówczas, gdy pracowałem w Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym – jako pierwszy, może jedyny, kiedy pan Andrzej szukał poparcia, filmowałem ogródki.  

   

Dziękuję za oznajmienie, że Teatr Ogródkowy będzie istniał – o ile to będzie lekka, przyjemna, łatwa forma. Natomiast nadawanie tej imprezie rangi ponadczasowości i prekursorstwa to przesada. Forma tych spotkań jest faktycznie przyjemna; stanowi zarazem miejsce – ale jedno z wielu miejsc – w których mogą realizować się aktorzy. Chwała panu za to, że przez piętnaście lat organizował pan to przedsięwzięcie i doprowadził do tego, że istnieje również dzisiaj. Jednak, jak sam pan to pokazał, Teatry Ogródkowe realizowane były w wielu miejscach, w różnych przestrzeniach – i wszędzie znajdowały publiczność. Myślę, że nie ma powodu instytucjonalizować tej inicjatywy. Niech trwa dalej w niezmienionej formie.  

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym koniecznie chciałbym wspomnieć. Nie do końca rozumiem, z jakiej pozycji pan występuje, mówiąc o Teatrach Ogródkowych – z pozycji dyrektora Teatru Ogródkowego czy dyrektora Domu Kultury Śródmieście? Mam wrażenie, że te dwa światy zupełnie się przeniknęły. Dlatego też zrodziło się we mnie pytanie: czy, w sytuacji, gdy nie będzie pan dyrektorem Domu Kultury Śródmieście, Teatry Ogródkowe przestaną istnieć?  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI: Dzisiaj nie mówię ani jako dyrektor Domu Kultury Śródmieście, ani jako dyrektor Teatrów Ogródkowych – czy jakakolwiek instytucja – tylko jako człowiek, który przez piętnaście lat zupełnie amatorsko, za minimalnie, śmieszne pieniądze (do dziś dnia zresztą śmieszne) organizuje to przedsięwzięcie. Chcę państwu powiedzieć, że pierwszy konkurs Teatrów Ogródkowych nie kosztował po prostu nic: 0,0zł. Ja również nie zarobiłem nic. W tym roku Ogrody Frascati odwiedziło 88 tysięcy osób, według naszych obliczeń – w granicach 30 tysięcy osób fizycznych. Wiele z nich bywało codziennie. Każdego dnia gościliśmy minimum 100-200 osób, zazwyczaj więcej. Budżet, trwającego przez cztery miesiące przedsięwzięcia, włącznie ze wszystkimi kosztami utrzymania (własną ochroną, własnymi honorariami itd.), dotacją samorządu, ministerstwa kultury, przychodami z baru  mieści się w granicach 800 tysięcy złotych. W czasie trwania Ogródków odbywa się około 250 imprez, co oznacza, że jedna z nich kosztuje średnio 3 tysiące złotych. Jeśli w przyszłym roku mamy zorganizować zdarzenia na takim poziomie jak msza Derfla, występ Jerzego Połomskiego, czy koncert Marii Peszek – to się musi zmienić. Nie będę już dostawał od przyjaciół takich prezentów, a jeśli nawet – wciąż będą to ci sami przyjaciele. Jeżeli ma zagrać ktoś inny – nie zrobi tego za takie pieniądze jak, dajmy na to, wspomniany Jurek Derfel. Jeżeli Ogrody Frascati mają funkcjonować to nie w taki sposób jak dotychczas. Nie upieram się przy instytucji, nie zarzekam się, że impreza powinna przenieść się do budynku i że budynkiem tym ma być Dom Kultury Śródmieście. Myślałem może o jakimś biurze – zlokalizowanym tu, lub gdziekolwiek indziej; to nie ma wielkiego znaczenia.  

To jest właśnie jedno z fundamentalnych pytań: jaką formę instytucjonalną, finansową, organizacyjną to zdarzenie przyjmie? Tego, że jest na taki rodzaj spotkań zapotrzebowanie udało się dowieść. I to nie jest zainteresowanie 40 osób, które przychodziły do Lapidarium czy 100-120 osób, które odwiedzały Dolinę Szwajcarską. Chodzi o jakieś 500 osób, które codziennie, z ochotą uczestniczy w imprezach organizowanych w Ogrodach Frascati. Możemy i powinniśmy stworzyć dla nich w Warszawie miejsce.  

MACIEJ NOWAK: Może tutaj należałoby sobie zadać pytanie bardziej podstawowe, aniżeli kwestie organizacyjne i instytucjonalne, mianowicie: pytanie o program.  

Maciej Nowak

 

Konkurs Teatrów Ogródkowych zrodził się z małej, uroczej i gustownej imprezy stricte teatralnej, w której brali udział aktorzy oraz kilkanaście czy kilkadziesiąt teatrów. Dzisiaj jest to moloch – ogromne przedsiębiorstwo, olbrzymi jarmark sztuki z 250 imprezami. Zastanawiam się czy ten poziom nieusatysfakcjonowania, który zaobserwować można w mediach, a który dręczy też Andrzeja Tadeusza Kijowskiego, nie bierze się przypadkiem stąd, że początkowo była to malutka, elitarna impreza, obecnie zaś to potężny program kulturalny, właściwy dla jarmarku, dla wielkiego zdarzenia plenerowego, nie zaś stricte teatralnego.  

Chciałbym też podzielić się z Państwem jedną swoją refleksją, która nasunęła mi się, gdy oglądałem materiał archiwalny – otóż, zauważyłem, że publiczność ogródków stopniowo stawała się coraz bardziej dojrzała.  

Na początku widziałem przy stolikach bardzo młodych ludzi pijących piwo – mówiłeś wtedy, Andrzeju, że staropolski teatr był ufundowany na miodzie. Dzisiaj, w Ogrodach Frascati, publiczność jest chyba bardziej dorosła niż wcześniejsza, odwiedzająca Dolinę Szwajcarską. Już ani piwa, ani miodu tam nie uświadczysz. Zastanawiam się, czy to nie są kolejne czynniki, wpływające na to, że publiczność stała się bardziej dorosła od tej początkowej?  

Janusz Leśniewski

 

JANUSZ LEŚNIEWSKI: Dla mnie kwestia programu nie jest tak istotna; cenię tę imprezę za pewną niedojrzałość, ubóstwo, improwizację, ale też swego rodzaju niedowartościowanie. Chciałem jednak mówić o czymś innym. Nie jestem człowiekiem teatru, natomiast jestem człowiekiem miasta. U źródeł zaś słowa miasto jest miejsce. Nie ma miasta bez miejsc, miejsce jest istotą miasta. Nasze miasta są w sytuacji dramatycznej – przez wojny i inne okoliczności historyczne – stały się korytarzami, nie miejscami. Dlatego też fakt, że Teatry Ogródkowe od lat tworzą miejsca – już trzy miejsca w Warszawie – jest dla mnie sprawą ważną. Tworzenie miejsc w Warszawie, mieście zniszczonym, mieście, które  wciąż z trudem odzyskuje swoją duszę, jest po prostu działalnością bezcenną. Nie jako człowiek teatru, ale jako człowiek miasta bardzo to cenię.  

BARBARA BORYS-DAMIĘCKA: Wydaje mi się Andrzeju, niepotrzebnie nastraszyłeś Państwa, że teatry stacjonarne będą znikać, i że za chwilę można będzie pójść tylko do ogródków. Moim zdaniem teatry w Warszawie naprawdę mają się dobrze (funkcjonują, pracują, grają), a kataklizm Teatrów Ogródkowych Państwu nie grozi.  

Przede wszystkim – nie tragizowałabym. Ani z tych powodów, które podałeś, ani z powodów finansowych; one w ogóle utrudniają życie kulturze. To, że na kulturę nie ma pieniędzy – czy masową czy elitarną – wszyscy wiemy. Wydaje mi się, że dzisiejszą dyskusję powinniśmy prowadzić raczej w tonie optymistycznym, na temat samego istnienia takiego zjawiska jak Teatr Ogródkowy – który powstał, rozwinął się i wciąż funkcjonuje. W okresie letnim, zwłaszcza gdy jest piękna pogoda, rzeczywiście bardzo wiele osób uczestniczy w odbywających się w Teatrze Ogródkowym, spektaklach. Dla dużej rzeszy warszawiaków to dosyć ważne wydarzenie. Zgadzam się, że miejsce w mieście jest ważne. Ostatnia lokalizacja – Ogrody Frascati to bardzo dobry adres; potwierdzają to również ludzie, którzy tam przychodzili. W tym roku przedsięwzięciu sprzyjała pogoda – a to element szalenie ważny. Można też mówić o pewnym fenomenie socjologicznym. Te tłumy ludzi, którzy przychodzili na Frascati z pewnymi oczekiwaniami i potrzebami to bardzo często osoby, których nie stać na to, by pójść do teatru, czy przyjechać do Warszawy, aby obejrzeć jakieś przedstawienie w okresie letnim, kiedy teatry profesjonalne, stacjonarne z wielu powodów nie pracują. Nie wszyscy ci ludzie mieli gdzie pójść. Dlatego też udział w Konkursie Teatrów Ogródkowych jest również pewnego rodzaju wyzwaniem dla teatrów, które latem przyjeżdżają do Warszawy.  

Barbara Borys-Damięcka

 

Na chwilę obecną, sprawą najważniejszą wydaje mi się zawalczenie z władzami miasta – niezależnie od tego, że brakuje pieniędzy – o to, by podnieść poziom techniczny Teatrów Ogródkowych. Mam na myśli przede wszystkim kwestie nagłośnienia i światła (to nie jest ani zbyt skomplikowane, ani zbyt kosztowne) oraz promocję miasta. Chodzi mi o to, aby z jednej strony popracować nad podniesieniem poziomu technicznego tej imprezy (wielokrotnie pozostawiał on wiele do życzenia lub wręcz psuł niektóre zabiegi artystyczne) z drugiej zaś, by ludzie zajmujący się promocją Warszawy mogli też wnieść wkład w rozwój przedsięwzięcia i na przykład uwzględnić Teatry Ogródkowe w swoim programie. Uważam też, że należy angażować w tę inicjatywę jak największe rzesze młodych ludzi, zainteresowanych teatrem czy chcących pracować wokół teatru. Za przykład powodzenia podobnego pomysłu niech posłuży pani dyrektor Machulska, która wielokrotnie pracowała z młodzieżą i potrafiła, korzystając z potencjału tych młodych ludzi – z ich zapału i energii – osiągnąć bardzo dobre rezultaty. Dziękuję.  

Krystyna Antoszkiewicz

 

KRYSTYNA ANTOSZKIEWICZ: Chciałabym – z punktu widzenia obserwatora i słuchacza dyskusji na temat Teatrów Ogródkowych, ale też z pozycji pracownika Domu Kultury Śródmieście – zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. W dzisiejszej rozmowie powraca pytanie: czy dom kultury jest miejscem, w którym można prowadzić takie przedsięwzięcie jak scena letnia? Osobiście uważam, że spokojnie może, choć zdaję sobie sprawę, że Teatry Ogródkowe, to ogromne przedsięwzięcie logistyczne, wymagające intensywnej pracy wielu ludzi. Nawet jeśli niektórzy uważają, że ta inicjatywa sprawia wrażenie amatorskiej – to chciałabym podkreślić, że to wrażenie jest pozorne. Nad organizacją tego przedsięwzięcia przez kilka miesięcy pracuje mnóstwo osób. Czy Dom Kultury Śródmieście, w którym przez cały rok wiele się dzieje: działają rozmaite pracownie, trwają spotkania różnych kół zainteresowań, odbywają się wieczory autorskie, występy, koncerty, kiedy przychodzi lato, ma zaprzestać działalności? Jechać na wakacje? Czy nie lepiej stworzyć scenę letnią, na której to wszystko, co w ciągu roku dzieje się w różnych domach kultury, znajduje swoje miejsce? Na Frascati przecież bardzo często występują zespoły – muzyczne, taneczne, teatralne, kabaretowe – poza sezonem związane z innymi ośrodkami kultury, nie tylko warszawskimi, zamykanymi na czas wakacji. Czy Dom Kultury Śródmieście ma oferować tylko zajęcia taneczne, plastyczne, literackie, muzyczne, tkackie, czy też dom kultury ma być DOMEM KULTURY? Szeroko pojętej kultury, która polega również na tym, żeby nauczyć ludzi chodzić do teatru. A ponieważ ten teatr jest w parku – widz może, jeśli mu się spodoba w nim zostać, a jeśli nie – bez konsekwencji i wzbudzania zamieszania z niego wyjść. Odejść jak od telewizora. W moim przekonaniu połączenie domu kultury i Teatrów Ogródkowych to wcale nie jest złe rozwiązanie. Wydaje mi się, że to przedsięwzięcie, jako całość sytuuje się gdzieś na pograniczu sztuki wysokiej i masowej. Jeśli Dom Kultury Śródmieście zaprzestałby organizacji Teatrów Ogródkowych, kto miałby to robić? Czy musiałby powstać teatr, działający tylko w lecie?  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI: Pani Krystyna dotknęła tematu, nazwijmy to administracyjnego. Ponieważ nie widzę wśród zgromadzonych nikogo z moich administracyjnych przełożonych, którzy zostali zaproszeni, chciałbym poprosić o zabranie głosu Janusza Rosa. Jesteś Januszu, chyba jedynym radnym w dzielnicy Śródmieście, pamiętającym pierwszą historyczną kadencję samorządową, kiedy razem byliśmy radnymi z Komitetu Obywatelskiego. Ciekaw jestem twojego poglądu w sprawie, którą podniosła pani Antoszkiewicz.  

JANUSZ ROSA: Kiedy dawno temu startowałem w wyborach, zgodnie z sugestią Andrzeja, na ulotce umieściłem informację, że będziemy skłonni finansować kulturę (taką zwykłą, warszawską) oraz podtrzymywać tradycje. Będąc radnym, starałem się, w miarę możliwości tę obietnicę realizować. Choć nie mam w tym zakresie specjalnych zasług, cieszę się, że mogłem dołożyć swoje trzy grosze. W nowej kadencji, w której akurat też zostałem radnym, będę popierał rozwiązania istotne dla Warszawy. Dolina Szwajcarska ma swoją tradycję i należałoby trzymać się tego miejsca ze wszystkich sił. W przeciwnym razie impreza straci dawny urok i stanie się jakimś molochem.  

Janusz Rosa

 

BARBARA BORYS-DAMIĘCKA: Pan proponuje powrót do Doliny Szwajcarskiej?  

JANUSZ ROSA: Pomysł jest taki: w lecie teatry, a zimą lodowisko w Dolinie Szwajcarskiej. Mieszkańcy tego miejsca…  

MACIEJ NOWAK: Jest przedstawiciel mieszkańców – Pan Adam Kijan mieszka tuż obok Doliny.  

Adam Kilian

 

ADAM KILJAN: Kontakt z teatrem ogródkowym jest dla mnie szalenie ciekawy, bo ten rodzaj teatru należy do wielkiej rodziny wspaniałych teatrów plenerowych. Nie będę powtarzał truizmów o tym, że teatr w ogóle narodził się na tle przyrody. Ale nawet obecnie funkcjonują teatry obrzędowe, świątynne, czy teatr ulicy. Dawnymi laty, dzięki Pani Jadwidze Domańskiej, nieżyjącej już pani reżyser w stopniu majora, miałem przyjemność uczestniczyć w teatrze plenerowym pomyślanym przestrzennie na wielką skalę. Pokazująca monumentalne obrazy batalistyczne scena miała wielkość 300 metrów. Inny taki teatr – tylko malutki – obserwowałem 5 lat temu w Łucku. Odbywał się tam festiwal bożonarodzeniowych spektakli, w którym udział wzięły zespoły z Hiszpanii, Niemiec, Francji, Anglii, Skandynawii, Rosji, Białorusi i z Polski. Polskę reprezentował zespół składający się z trzech osób: matki, ojca i synka-sześciolatka. Rzecz działa się w restauracji. Rekwizyty stanowiły szopka wielkości pudełka od zapałek i jedna świeczka. Spektakl był prościutki. W pewnym momencie chłopczyk zaczął śpiewać: „Oj maluśki maluśki kej by rękawicka”, matka podjęła sopranem, a ojciec potem tenorem. Dalej, chłopiec wziął przelipkę chleba (tak jak Mołdowiacy mówili: przelipka), w której był patyczek, symbolizujący Chrystusa i zaczął chodzić między nami i pokazywać nam tego Chrystusa z patyczka, w aureoli też zrobionej z patyczka. Ten malutki teatrzyk zrobił furorę, zwyciężył wszystkie inne. Wspominam o tym dlatego, że fascynuje mnie niezwykła różnorodność teatru ogródkowego, który wydaje się być teatrem bez granic, zjawiskiem żywiołowym, autentycznym.  

JANUSZ LEŚNIEWSKI: Ponieważ przywołaliśmy w kontekście teatrów ogródkowych, osobę Haliny Machulskiej, Jana Machulskiego, chciałbym powiedzieć, że to, co oni tworzyli w latach 70-tych w Zamościu, to podwaliny.  

W Warszawie jest dużo magicznych miejsc, do których należy oczywiście i Frascati, i Dolinka Szwajcarska i wiele innych. Ale pamiętać trzeba, że nie ma w Warszawie takiej instytucji, która ściągnęłaby w jedno miejsce tylu ludzi, ile przyciągają Teatry Ogródkowe. Moim zdaniem zastanowić się trzeba nie nad miejscem, w którym impreza ma się odbywać, ale nad tym, jak sprawić, by władze Warszawy pracowały z mieszkańcami takich magicznych miejsc i budowały charyzmę Teatrów Ogródkowych – tak żeby twórcy nie mieli kłopotów. Mnie tu niepokoi jedna rzecz, do której wracam po raz kolejny. Ponieważ Pan, Panie Andrzeju wykreował Teatry Ogródkowe w Warszawie, chciałbym zapytać czy to instytucja warszawska, czy poniekąd Pańska? Uważam, że dom kultury, kimkolwiek by nie był jego dyrektor, powinien organizować tego rodzaju inicjatywę, jako jedno z zadań zgłoszonych przez miasto. Taka działalność to wspaniała sprawa, najwspanialsza jaka może być, bo tworzy się placówka lekkiego teatru. Mój niepokój związany jest z ciągłością Pana obecności przy zjawisku Teatrów Ogródkowych.  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI:  Wrócę do korzeni i powiem tak: teatr ogródkowy, czyli teatr plenerowy, został stworzony przez Ajschylosa. Sam zastanawiam się nad odpowiednią nazwą dla tego przedsięwzięcia. Najpierw nad logo widniał napis: teatr ogródkowy, potem: ogródki warszawskie, a w tej chwili powstały Ogrody Frascati – i to jest pewnie najlepsze miano i najlepsze logo. Ogrody Frascati coraz bardziej stają się teatrem ogrodowym. Mam w planach stworzenie na tym terenie jednej, znakomicie nagłośnionej sceny, a może nawet kilku scen (w tym, jakiejś kameralnej). Myślę o budowie całej instytucji, ale do tego, jak mówiła Pani Basia Borys, niewątpliwie jest potrzebna akceptacja miasta, a to już nie jest takie proste.  

HALINA MACHULSKA: Chciałabym powiedzieć o trzech aspektach, które pokazują, jak ważną inicjatywą są ogródki. Po pierwsze są one niesłychanie istotne dla aktorów, którzy przyjeżdżają do Warszawy na Konkurs Teatrów Ogródkowych. Sam udział w konkursie i przyjazd do stolicy to dla nich wyróżnienie. Wracają później do swojego miasta – Lublina, Opola czy Olsztyna – i opowiadają, jak było w Warszawie.  

Halina Machulska

 

Druga sprawa – to mój osobisty, niesłychanie radosny kontakt z teatrem ogródkowym – akurat grupa moich studentów otrzymała tu dwie nagrody, w tym pierwszą nagrodę publiczności. Chwalimy się tym bardzo i wszędzie staramy się o tym przypominać.  

I wreszcie sprawa trzecia. Jestem zdania, że nie ograniczymy działalności teatrów z prawdziwego zdarzenia, takich jak Teatr Narodowy, czy Teatr Polski i w żadnym razie nie powinniśmy tego robić. Ale trzeba też powiedzieć, że istnieje potrzeba, aby tworzyć takie miejsca, (domy kultury, szkoły), w których można pracować z dziećmi i zainteresować je teatrem organizując na przykład teatr podwórkowy. Sama z teatrów podwórkowych wyrosłam – tak zaczynałam w Łodzi, i tak pracuję do tej pory. Uważam, że teatry podwórkowe mają ogromny wpływ na przyszłą twórczość dzieci i młodzieży – ludzi, którzy w przyszłości albo będą lubić teatr i go odwiedzać, albo będą go tworzyć.  

Myślę, że za to się panu Kijowskiemu, który jest znakomicie przygotowany do tego, żeby robić teatr ogródkowy, należy serdeczne podziękowanie. I to jest mój czwarty, niezapowiedziany, punkt wystąpienia. Od lat, prawie od początku istnienia warszawskich teatrów ogródkowych, obserwuję, jak Andrzej Tadeusz Kijowski organizuje je z wielkim zaparciem i przygotowaniem intelektualnym, którego brak wielu dyrektorom. Dlatego należy mu się szczególna wdzięczność – bo robi teatr, który jest tak potrzebny młodym ludziom. Za to serdecznie dziękuję.  

RYSZARD LASOTA (dziennikarz): Chciałbym państwu przypomnieć, że cesarz Napoleon, kiedy szukał oficerów do nominacji na stopień generała, pytał: „czy ten oficer ma szczęście?” Gdyby jego wysokość zjawił się w Warszawie i szukał kandydata na generała, to wskazalibyśmy dyrektora Kijowskiego, bo ta „bestia” ma szczęście. Wygrał piętnaście bitew i nie zwalił go zawał serca. I jeszcze słowo do dziennikarzy: dziennikarstwo to informacja i komentarz. Nie chcecie komentować, to dawajcie koledzy informacje na temat repertuaru teatru ogródkowego na Frascati. Dziękuję.  

Cezary Szczygielski

 

CEZARY SZCZYGIELSKI: Jestem starym, emerytowanym aktorem. Miałem okazję i przyjemność, 30 września, przez paręnaście godzin, pracować z panem Kijowskim. Pozwoliłem sobie zainicjować imprezę „Artyści – artystom”. Zanim do tego doszło, dosyć długo i często bywałem na Frascati jako przeciętny odbiorca i widz. Wydaje mi się drodzy państwo, że należy działać dopóty, dopóki są odbiorcy, dopóki przychodzą ludzie. A na Frascati przychodzi ich masa. To przedsięwzięcie nie kończy się na teatrzykach ogródkowych, które stanowią tylko wycinek zakrojonej na szeroką skalę działalności. Codziennie odbywają się tam różne inne imprezy: spotkania literackie, muzyczne, kabaretowe, taneczne. To miejsce, gdzie jest prawdziwa rozrywka, a nie ma alkoholu. To niesłychanie ważne dla ludzi, którzy bywają w ogródkach. Nie przychodzi tam nastoletnia młodzież, bo nie znajduje dla siebie atmosfery ani klimatu, ale ludzie dojrzali, których, jak słusznie pani zauważyła, nie zawsze jest stać na pójście do teatru. I dla tych tu ludzi, głównie dla warszawiaków to znakomita odskocznia od codziennej szarości.  

Od czasu do czasu mam okazję pracować z ludźmi dojrzałymi, z tzw. seniorami. Muszę państwu powiedzieć, że są to wspaniali ludzie, jeżeli tylko pomoże im się żyć – po prostu żyć w tym wieku. W swoim maleńkim klubiku organizuję dla nich przeróżne: puszczam filmy. Ci ludzie przychodzą bardzo licznie – po to, żeby się pobawić, żeby spędzić parę godzin w miłej, sympatycznej atmosferze, której nie doświadczą  w żadnej knajpie w Warszawie. Tradycja lokali rozrywkowych dla ludzi dojrzałych w Warszawie zginęła; są tylko puby. Dlatego letnia propozycja Dom Kultury Śródmieście jest znakomita. Nie chodzi tu o peany pod adresem pana Kijowskiego, ale zastanawiam się, czy znajdzie się drugi człowiek, który to będzie robił. Jestem ciekaw, czy w momencie, gdy pan Kijowski na przykład zrezygnuje, znajdzie się ktoś inny, kto będzie chciał to reaktywować. Prawdopodobnie będą problemy, bo organizacja tak wymagającego i absorbującego przedsięwzięcia, jak Ogrody Frascati wymaga niesamowitego samozaparcia i wielu wyrzeczeńwyrzeczenia (wyrzeczenia się życia rodzinnego, codziennego).  

A propos prasy, która poświęca ogródkom za mało uwagi. Nam nie chodzi o oceny, recenzje, artykuły, ale o informacje. Telewizja i prasa są zobowiązane do informowania o działalności miasta Warszawy. Panie Tadeuszu, proszę się nie przejmować i robić swoje; dokąd jest odbiorca, jest żywiciel. Amen.  

MACIEJ NOWAK: Chciałbym zaprotestować przeciwko rasizmom wiekowym. Myślę, że teatr ogródkowy, przez swoją otwartość, jest dostępny dla wszystkich pokoleń. Nie może być tak, żeby stał się atrakcją jedynie dla dojrzałego pokolenia; powinien przyciągać publiczność w każdym wieku Chciałbym przypomnieć pewną rozmowę, którą z Andrzejem Kijowskim odbyliśmy w Ogrodach Frascati. Gdy pojawia się tu motyw instytucjonalizacji teatru ogródkowego, nie chodzi wcale o budowę jakiejś siedziby, czy kolejnej sali. Odwoływaliśmy się w tej dyskusji do wspaniałych tradycji antycznych, do Zamościa Machulskich, do ogródków warszawskich w wydaniu XIX-wiecznym. Warto również wspomnieć o pewnej funkcjonującej dziś w Europie formule, która doskonale się sprawdza i którą, doszliśmy z Andrzejem do wniosku, można by właśnie w Ogrodach Frascati, powtórzyć. Myślę o Ogrodach Tivoli w Kopenhadze. To miejsce absolutnie magiczne i niezwykłe, usytuowane w samym centrum miasta, tuż koło głównego dworca, tuż koło najwspanialszych zabytków Kopenhagi. Ma ono długą tradycję. Zajmujący kilka/kilkanaście hektarów teren zaczęto zagospodarowywać od połowy XIX wieku. Obecnie istnieje tam kompleks, przypominający XIX-wieczne ogródki warszawskie, miejsca oferujące (zarówno w wersji wytwornej, jak bardziej ludowej) doskonałe jedzenie i picie. Restauracje te stanowią część infrastruktury  o charakterze lunaparkowym; są tam piękne, wystylizowane karuzele, diabelskie młyny itd.  Jest tam również kilkanaście rozmaitych scen (od bardziej konwencjonalnych po sceny typu cyrkowego) i estrad. Cały kompleks świetnie zarabia i stanowi ogromną atrakcję turystyczną Kopenhagi – to żelazny punkt pobytu w stolicy Danii każdej grupy turystycznej. Myślę, że Ogrody Frascati ze swoją 200-letnią tradycją, ale też z tradycją lat 50-tych, czyli parkiem kultury i wypoczynku, można zorganizować w podobny sposób. Jeśli myślę o instytucjonalizacji przedsięwzięcia to właśnie w kierunku przeformułowania, na wzór Ogrodów Tivoli, przestrzeni rozrywki miejskiej.  

CEZARY SZCZYGIELSKI: Nie mam nic przeciwko młodzieży. Mówiąc o określonym wieku publiczności Ogrodów Frascati, miałem na myśli to, że faktycznie przychodzi tam więcej ludzi dojrzałych, a jeżeli pojawiają się młodzi, to nie po to, aby się napić, ale posłuchać, popatrzeć, pobawić się. Ta wizja, którą Pan przedstawił jest przepiękna. Obawiam się jednak, że jej ogromny rozmach jest nie do udźwignięcia przez „jednego konia”. Tego się nie da zrobić w pojedynkę. Żeby takie przedsięwzięcie sfinalizować potrzebne są olbrzymie fundusze, które najpierw należałoby zainwestować, a następnie doprowadzić do tego, by inicjatywa z małych strat zaczęła przynosić jakieś zyski. W naszych realiach ekonomicznych i politycznych to prawie nierealne.  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI:  Kiedy w roku 1997 czy 1998 dane mi było zobaczyć Ogrody Tivoli, coś zrozumiałem. Zachwyciły mnie nie tylko ogrody, ale też teatry, które w Kopenhadze występują np. na barkach. Nabrzeże to prostu scena. Natomiast ewolucja ogródka teatralnego, czyli warszawskich ogródków przykawiarnianych, przyknajpianych miała iść w stronę plenerowego teatru ogrodowego, który ma swoją arystokratyczną tradycję (mam na myśli choćby Teatr Łazienkowski, czy teatr ogrodowy w Wersalu); tak miało być w Dolinie Szwajcarskiej.  

Teatrzyk ogródkowy, na co zwracam szczególną uwagę przez lat 12, był teatrem, w którym spektakle były płatne. Jeszcze w Lapidarium, kiedy ludzie wchodzili, myśmy krążyli wokół stolików; kto chciał – dawał pieniądze. Te bilety przypominały trochę zbieranie drobnych do czapki. Staraliśmy się tego pilnować w Dolinie Szwajcarskiej. Dopiero kiedy zostałem dyrektorem Domu Kultury Śródmieście, czyli rzeczywiście miejskiej instytucji, sytuacja się zmieniła. Imprezą bezpłatną rządzą zupełnie inne reguły. Mam na myśli chociażby jakość przedstawień teatralnych – kiedy płaci widz za spektakl, to jeśli ze sceny padają wulgaryzmy, dochodzi do wniosku, że zmienił się współczesny teatr, że taka jest jego specyfika i brzydkie wyrazy go nie zrażają. Natomiast osoby, które przychodzą do parku i biorą udział w przedstawieniu za darmo, nie życzą sobie takiego słownictwa. Kiedy odbiorca wchodzi do zamkniętej przestrzeni i płaci za wejście do niej to mogę mu zaproponować wino, szampana lub lepsze piwo. Natomiast nie wolno mi tego zrobić w przestrzeni otwartej, do której wchodzimy za darmo. Zakazu wnoszenia alkoholu do teatru ogródkowego bardzo przestrzegałem.  

Oczywiście, jestem za tym, żeby zrealizować pomysł, o którym Mówił Maciek. Uważam, że teren parku kultury powinien zostać określony i nazwany, ale zwracam uwagę, że wejście do Ogrodów Tivoli grubo kosztuje. Ta przestrzeń, o której rozmawiamy, odkryła swoje przeogromne możliwości; warszawiacy pokazują, że tego chcą, turyści tego potrzebują. Zrobiliśmy dość amatorskie, ale jednak badanie ankietowe, które pokazuje, że 60% publiczności Ogrodów Frascati to mieszkańcy Warszawy, 25% to mieszkańcy dzielnicy Śródmieście, kilkanaście procent to mieszkańcy Polski, a w granicach 2% mieszczą  się goście zagraniczni. W tym miejscu powstaje wiele pytań: czy lepiej organizować maleńką płatną imprezę, którą można spędzić przy kawie, czy przy piwie, czy wielką płatną inicjatywę, czy też bezpłatne, miejskie przedsięwzięcie.  

Maciej Wojtyszko

 

MACIEJ WOJTYSZKO: Myślę, że wszystkie najmądrzejsze rzeczy już zostały powiedziane. Panie Andrzeju, w tym towarzystwie, wszyscy jesteśmy męczennikami, ludźmi którzy dokładają do organizowanych przez siebie imprez. Więc nie ma Pan na co liczyć. Teatry Ogródkowe to pewnie wciąż jeszcze bardziej impreza kijowska, tzn. Pana włąsna, niż warszawska, ale dzięki Bogu, że się taki szalony człowiek znalazł, który to robi. Natomiast w tym gronie, w  którym się tu zebraliśmy, nie ma moim zdaniem miejsca na pokazywanie związane z finansami goryczy. Byłoby, gdyby wśród nas znalazł się jakiś dyrektor do spraw teatrów miasta, czy dyrektor sejmu mazowieckiego. Wówczas zapewne inaczej toczyłaby się nasza rozmowa. Może – i nie żartuję w tym momencie – znajdzie się jakiś mądry urzędnik. Mówię o tym dlatego, że odnoszę wrażenie, że mamy niedobrego adresata. Rozmawiamy w gronie przyjaciół, którzy znają własne wady, zalety, możliwości; a powinniśmy, jak sądzę, naszą dyskusję skierować do kogoś, kto powie: tak, teraz w kulturze miasta należy stworzyć Tivoli. Natomiast wszystkim wariatom, którzy zdobywają się na rzeczy niemożliwe należy się uznanie i skoro już się tu spotkaliśmy to uznanie wyrażamy.  

RYSZARD LASOTA: Pozwolę sobie na uwagę optymisty. Otóż i Warszawa i Polska, cierpią na brak wizerunku. Nie ma jednoznacznego logo Warszawy, tak jak nie ma logo Polski. Gdyby połączyć siły tu obecnych i spróbować porozmawiać o tym z departamentem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który otrzymał polecenie tworzenia wizerunku Polski, to może byłby tego jakiś efekt. Tym bardziej, że nowowybrany prezydent Warszawy, też będzie chciał umocnić wizerunek miasta. Może pozwoli oddać tę sprawę w ręce pana Kijowskiego – to człowiek któremu się udaje. Czy zauważyliście Państwo charakterystyczną zbitkę słowną, powtarzającą się w języku polskim: „plan był znakomity a wyszło jak zwykle”, tymczasem panu Kijowskiemu wychodzi nie jak zwykle, tylko tak jak on to zaplanował. To sprawa niebywała. Jestem szczęśliwy, że pozostaję w gronie ludzi, którzy go popierają. Jeśli rozważymy tworzenie wizerunku Warszawy i spróbujemy tę sprawę oddać w ręce twórcy Ogrodó Frascati, to coś z tego wyjdzie.  

JANUSZ LEŚNIEWSKI: Ja chciałbym bardzo króciutko powiedzieć kilka słów. Kilkakrotnie powróciła dziś taka wątpliwość: Ogrody Frascati to przedsięwzięcie Kijowskiego czy przedsięwzięcie warszawskie? Oczywiście jest to impreza warszawska, a stworzył ją dyrektor Kijowski. To rzecz bezsporna. Tylko człowiek o wielkiej charyzmie może prowadzić i robić coś takiego jak Ogrody Frascati. To naprawdę wielka, ogromna praca człowieka. Za każdą instytucją, za każdym przedsięwzięciem artystycznym, stoi człowiek. Jeżeli człowiek jest dobry to z jego nazwiskiem dana inicjatywa jest identyfikowana. Kiedy mówiło się o teatrze Dejmka, to nie miało znaczenia, czy jest to teatr w Nowej Hucie, czy teatr w Warszawie. To był teatr Dejmka. Ważny jest człowiek, który nadaje sztuce kierunek, który potrafi porwać publiczność, który ją przyciągnie. I tak się stało, że Ogrody Frascati przyciągają widownię i póki ta widownia istnieje, jak kolega bardzo słusznie zauważył, póty ta działalność jest absolutnie potrzebna i nie ma sensu rozważać czy to jest czy to jest Kijowskiego czy to jest warszawskie. To jest warszawskie, bo odbywa się w Warszawie i może stać się legitymacją Warszawy, a robi to człowiek, który rzecz wymyślił i prowadzi znakomicie. Istnieje w Polsce jest taka tendencja, żeby odbierać ciekawe inicjatywy tym, którzy się nimi zajmują, a ich samych dyskontować. Unikajmy tego. Powiedzmy sobie szczerze: Dom Kultury Śródmieście, jako organizator Ogrodów Frascati zapewnia przedsięwzięciu absolutnie konieczną otoczkę administracyjną. Żeby mogła powstać impreza pomyślana na taką skalę, niezbędny jest jakiś telefon, jakiś pokój, ktoś, kto się tym zajmuje; tego się obejść nie da. W związku z tym powiem w ten sposób: oczywiście dom kultury, oczywiście dyrektor Kijowski, oczywiście Ogrody Frascati. Publiczność warszawska to oceni. Dziękuję.  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI: Bardzo dziękuję Panu Januszowi.  

Tadeusz Hankiewicz

 

TADEUSZ HANKIEWICZ:  Przez 12 lat ćwiczyłem teatry ogródkowe w Krakowie. Z niepokojem zajrzałem do kalendarza i, ku wielkiej radości zobaczyłem, że jest dzisiaj 20, a nie 2 listopada (Zaduszki). A siedząc tutaj odnoszę wrażenie, jakbyśmy obchodzili Zaduszki obchodzili i to Zaduszki dotyczące Ogrodów Frascati. Pytanie proste: Andrzej będzie szesnasty konkurs?  

ANDRZEJ TADEUSZ KIJOWSKI: Myślę, że musi być. Zresztą, zaprosiłem dziś Państwa po to, żeby stworzyć rodzaj lobbingu na rzecz Ogrodów Frascati. Niewątpliwie chciałbym, żeby przyszłoroczne ogrody były znacznie lepsze niż tegoroczne. A mogą być słabsze z przyczyn, na przykład, finansowych. Chciałbym, na zakończenie dać jasny komunikat: to już nie jest teatrzyk kijowski – w taki teatrzyk bawiliśmy się z Januszem Leśniewskim w Lapidarium – teraz jest to teatr warszawski, polski, a nawet europejski, bo powrócił do swoich źródeł. Serdecznie dziękuję Państwu, że tak licznie i tak godnie zaszczycili nas swoją obecnością i udziałem w dyskusji. A Teraz niech nam śpiewa Jan Pietrzak. Nasz hymn. Naszą Wspólną o Ogrodach Frascati piosenkę.  

   

„Tutaj tradycja nowa wzrosła.  

Jest w drzewach, w schodach,  w gwiazdach,  w trawie.  

Spotkanie muz  i czas radosny,  

Ogród Frascati jest w Warszawie.”  

Dziękuję.  


[1] Panel dyskusyjny „Teatr to miejsce spotkania” odbył się 20.11.2006 w Domu Kultury Śródmieście przy ul. Smolnej 9, w Warszawie. W spotkaniu udział wzięli m.in. : Barbara Borys-Damięcka, Anna Chodakowska, Jerzy Derfel, Stanisław Górka, Andrzej Hagmajer, Tomasz Jastrun, Adam Kilian, Marcin Kołaczkowski, Halina Machulska, Maciej Nowak, Jacek Sieradzki, Paweł Sztarbowski, Piotr Wojciechowski, Maciej Wojtyszko.  

[2] Na spotkaniu zaprezentowany został dokument filmowy poświęcony historii warszawskich Teatrów Ogródkowych, przygotowany przez dyrektora Domu Kultury Śródmieście, Andrzeja Tadeusza Kijowskiego  

[3] Por. A.T.Kijowski „Chwyt Teatralny. Zarys Instrumentalnej teorii teatru. Kraków 1981 lub. w internecie

Rozdz. CXLV – Wydarzenia i zwyczaje.

sobota, 17 Lipiec 2010

Pięć, dziesięć, piętnaście… lat. Kiedy po piątym Konkursie Teatrów Ogródkowych zadałem pytanie, czy ma trwać, czy okaże się efemerydą, nie wierzyłem chyba, że tak naprawdę mój czas, moje życie, kwadrans wieku zwiąże się z tymi, jak go wszyscy przekręcają “przyogródkowymi działkami”.

Cóż, taka działka przypadła mi w Melpomeny podziale. Taki afrodyzjak. Taka publiczna dola.

Bo publiczność, widownia, wasze spotkania i oczarowania były jedynym powodem zaistnienia tych miejsc, które z Lapidarium, poprzez Gwiazdeczkę, Dziekankę, Mariensztat i Dolinę Szwajcarską przyprowadziły nas na Frascati.

Krzysztof Dukaszewicz w Ogrodach Frascati 2006

Pięć, dziesięć, dwadzieścia, czterdzieści tysięcy widzów. W takim tempie przybywało publiczności Teatru Ogródkowego w latach 2002, 2003, 2004, 2005. Ale czy ta instytucja będąca wynikiem kompromisu przyjaźni i polityki tzw. IV Rzeczpospolitej miała coś jeszcze wspólnego z tą obywatelską i entuzjastyczną III RP a Najjaśniejszą!?

Wszystko się zmieniło. Zawrotne kariery. Łagodny bibliotekarz staje się Kanclerzem, wokół mnie twórcy koncernów medialnych, innym wyrosły drukarnie. Pobudowane Multikina, a przy nich szczęściarze zaczynają stawiać  ślizgawki…

My, tułacze spod parasoli Lapidarium, pod płócienny dach Gwiazdeczki po siedmiu latach dochrapaliśmy się drewnianej estrady w Dolinie Szwajcarskiej i bazarowych daszków dla publiczności. Na X Konkursie pojawiły się dziesięciokątne altany, by po piętnastu latach rozkwitnąć i pysznić się na Frascati sceną, która jest istnym cackiem warszawskiego pejzażu.

Piękne. Tak dużo! Ale jakież to kruche! Podmuch wiatru, odmowa dotacji, zmiana urzędnika może sprawić, że nie dotrwamy kolejnego lata.

Ale zapominam o tym, gdy tu Państwa spotykam!

Tych, którzy trwają przy nadziei:

W beretach grają w szczerym polu

Tych, co nie bali się zawiei

I nie spisują protokołów.

Przybywacie i wracacie! Zachęcają was Wydarzenia, a przywiązują Zwyczaje.

Wydarzenia zazwyczaj są jednorazowe. Może zaprosimy kiedyś na koncert jakąś Ingrid, ustawimy scenę na środkowym tarasie (uzyskamy zgodę na zakłócenie tzw. osi widokowej) i tłumy będą na to patrzyły. Zjawi się telewizja i wielką będziemy mieć reklamę. Może Komedia Francuska, którą widywałem w podparyskim Suresnes i w naszym Teatrze Narodowym, zagra kiedyś na Frascati z Andrzejem Sewerynem (i on swego czasu gościł w Teatrze Ogródkowym jeszcze na Mariensztacie). Nie ma dla nas rzeczy niemożliwych.

Na pewno jeszcze 2006 roku 15 sierpnia zaprosiliśmy tu Szanownych Państwa, a i przedstawicieli Państwa Polskiego, na wysłuchanie cudownej “Małej Mszy Radosnej D-moll”, napisanej przez członka jury XV KTO Jerzego Derfla. I były nas tu wtedy tysiące. Bywały takie jednorazowe, wyjątkowe wydarzenia.  Trzeba było na nie pieniędzy i reklamy.

Jerzy Derfel i ATK

Rytuał zaś i zwyczaj, który udało nam się wytworzyć, któremu udało się wszczepić duszę żył już swoim własnym pędem i ( ja naiwnie wierzyłem)  nie da się go zatrzymać. Widzę jeszcze te trzy, mijające mnie kilka dni temu, panie, sprowadzające koleżankę po głównych schodach Frascati i jej okrzyk “jak tu pięknie, że ja tu nigdy nie byłam”. I widziałem  tę panią potem tu już bardzo często, widziałem  w niej uczestniczkę naszego Letniego Rytuału.

Zwyczaj, jak każdy, wymaga opisania. Nasz zwyczaj to codzienność. To rytm. Od piętnastu lat rytmicznie przez cztery letnie miesiące odbywał się Konkurs Teatrów Ogródkowych. Tradycję uświęciły lata: już zawsze w poniedziałek. Pierwszy raz z codziennością zmierzyłem się w 2001 roku podczas jubileuszu dziesięciolecia w Dolinie Szwajcarskiej. Przybyliście tam państwo licznie. A ja do dziś liżę finansowe rany… Ale jak powiadała wspomagająca mnie w 2006 roku scenograficznie Izabella Konarzewska, nie jeden zbankrutował na teatrze!

Przez trzy lata graliśmy codziennie, rytmicznie – różne uprawiając formy. W istocie zawsze teatralne, jeśli przyjąć, że od greckiego thea (widzenie) teatr jest zbiorowym oglądaniem. A dla mnie miejscem spotkania, w którym w poniedziałki prezentowano sztukę dramatyczną, we wtorki  theatron zmieniał się w odeon i śpiewaliśmy w ogrodach, środy były epikurejskie, poświęcone myśli: piosence autorskiej, czyli bardom przybywającym do Stanisława Klawego, radiowym reportażom Ireny Piłatowskiej i Janusza Deblesema, jubileuszom i literackim biesiadom Marcina Wolskiego i Marka Ławrynowicza ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a także politycznej satyrze Marka Majewskiego. W czwartki królowała Terpsychora, tańczyliśmy także z tymi Gwiazdami, które, jak Asia Jabłczyńska, wykluły się w Domu na Smolnej i jeszcze na Hożej. Piątki z Satyrami, którym przewodził Stanisław Klawe, soboty z kapelami “dworskimi”,  jak swoją grającą na dworze od lat Orkiestrę z Chmielnej (co ostatnio zeszła do pasażu Śródmiejskiego i reklamowała nas spod ziemi), Janusz Mulewicz nazywał. Wreszcie zwieńczeniem tygodnia, również frekwencyjnym, były  organizowane przez Aleksandra Czajkowskiego-Ładysza niedzielne spotkania Polihymni z gwiazdami operetki.

Janusz Mulewicz i Orkiestra z Chmielnej na Frascati

Oto i nasze rytuały. Każdego dnia inaczej. Zawsze obecni. Pewnie inaczej ubrani w czwartek, gdy zapraszałem na klasyczną francuską gęgetę z Jurkiem Antoszkiewiczem o wyglądzie kowboja, czy w sobotę, gdy spotykaliśmy się z panami w cyklistówkach, które szarmancko zdejmowali by wpadło do nich parę groszy. Strojniejsi w któryś konkursowy poniedziałek, wtorek z Połomskim czy Łazuką, w piątek z Kryszakiem, w pełnej zaś gali w roziskrzone “turniurami i koafiurami” operetkowe niedziele, kiedy to, jak uczy doświadczenie, warto było zarezerwować sobie zaproszenie.

Te zaproszenia nieodpłatne wcale, niech miały być potwierdzeniem statusu owego miejsca. Miejsca dla inteligenta, który nie przepłaci, nie przeczeka, ani nie przebije. Dla tych, którzy  zawsze ustąpią drugim. Chciałem, jak pierwsi gospodarze tego miejsca:  Kazimierz Poniatowski czy Braniccy, sprawić, by stało się Frascati miejscem dla tych, którzy potrafią przyjąć zaproszenie, odpowiedzieć na nie (R.S.V.P.), by nie ukształtowały się nam komitety kolejkowe, a sprawniejsi w łokciach nie opanowali widowni. [Sprawiedliwość (społeczna) sprawiedliwością … ale Prawo (wyboru)  prawem ]

Teatr ogródkowy wymyślony był na lato. Na Ogórki. Chciał być nawet komercyjny, byle niezależny od polityki. I tak niezależnie przekulał dwanaście lat oklaskiwany w prasie i pomijany w dotacjach. Najwięcej dał mu Jan Rutkiewicz, który go ustanowił, wiele pomogła Teresa Stankowa. Nie zaszkodziła lewica Marka Rasińskiego ani piskorczycy z zawsze przyjaznym Piotrem Foglerem. Ale widzę to dziś wyraźnie – nic bym nie zdziałał, gdyby jak kometa nie przetoczyli się przez nasze Miasto, ludzie Państwa, którzy pomknęli by tworzyć IV Rzeczpospolitą. Dziś, gdy już Poległ Prezydent a znim marzenie o Niepodległej Polsce i wolnej od dyktatu Wschodzniej Europie –  szczególnie to muszę podkreślić, że każdy elegancki fotel, trejaż, lampa i altana – fakt, że udało nam się ocalić spłachetek zeszłorocznego budżetu i zapraszać do ogrodów przez 120 dni był wyłączną zasługą zaufania, jakim mnie obdarzył przyjaciel pewny, że w moich rękach nie zmarnieją publiczne pieniądze – były wiceprezydent Warszawy i były już Szef kancelarii Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego –  Andrzej Urbański.

Muszę to powiedzieć teraz. Jak Ty przed laty w Dolinie Szwajcarskiej.  Andrzeju: dziękuję!  I zapewnić Ciebie i Państwa, że tego zaufania, przyjaźni i nadziei stojących u wrót Najjaśniejszej Rzeczpospolitej nie zmarnuję.

Warszawie życzę, Polsce całej

Aby nie była taka smutna !

Wystarczy jednej sprawy małej:

Gdy będziesz Swego Strzegł Ogródka

Tak mi się przynajmniej wydawało w 2006 roku. W lipcu.Wszystko już było dograne   Zaczynaliśmy tradycyjnie trzecim jużI Festiwal Literatury. 3 VI sb. 12.00  odbył się Kiermasz Książki i Poezji. Z publicznością tradycyjnie było krucho. Nie mogłem mimo pozyskiwania srodków z Willi Deciusa jakoś odtworzyć atmosfery święta książki. Za to w tym roku udało mi się wzbogacic otwarcie dodatkowymi koncertami. I to bardzo nobliwymi, że tak powiem. Imprezę otworzyła polecana przez wielu z Januszem Głowackim na czele Olena Leonenko wykonując piekne rosyjskie ballady. Artystkę reprezentował –  organizujący dla Bocheńskiej większość muzycznych zdarzeń Pan Jerzy Brize.

Janusz Andrzejewski - Platforma Artystyczna O.B.O.R.A.;Ogrody Frascati 2006

Postać niezwykle charakterystyczna. Nie znam jego koligacji lecz gdy wkraczał czulem się jakby wróciły wczesne lata XIX wieku. Brize mógłby do filmów się wynajmowac by zagrać cwanego impresario. Niski, pochylony, niczym garbus wcielany przez Jean Marrais, długie siwe wlosy niczym pejsy spływały mu od uszu ku policzkom. Spoglądał na klienta jak wąż na zająca jakby z dołu, spod biurka lady zachwalając swój artystyczny towar, a ( niezwykle ostatecznie wysokie sumy) wymieniał z zawstydzeniem  utracjusza, który uwiedzony spojrzeniem potencjalnego nabywcy właśnie postanowił przetracić swój cały majątek.

Brize mógłby zagrać wszystkich Skąpców, świętoszków – jakby go wyprodukowano w charakteryzatortni typów Moliera. Ale typów uwspółcześnionych bo jego tradycyjne niezwykle zachowanie podkreślał teraźniejszy rekwizyt: tkwiąca za wielgachnymi uszami ślimacza bluetooth-owa słuchawka od telefonu komórkowego.

Pogoda była średnia. Lecz frekwencja 160 osób w pierwszym dniu festiwalu na występie bardzo eleganckiej lecz niezbyt jeszcze popularnej artystki mieściła się w normie.

A następny dzien Festiwalu wspólprganizowałem ze Stowarzyszeniem Wolnego Słowa, w którego imieniu w tym roku głównie działał Wojtek Borowik.  W rocznicę czerwcowych wyborów dołączyliśmy się do DNI WOLNEGO SŁOWA i prezentowaliśmy na III Festiwalu Literatury wybór wydawnictw podziemnych przy wspólpracy z Uniwersytetem Warszawskim, gdzie obywał się sesjie. Wieczorem natomiast odbył się bardzo niezwykły. Koncert  Magdy Umer. Zimno było jak w psiarni. Strasznie kusiło mnie by wieczór ten zarejestrować. Jednak w kontrakcie wyraźnie stało, żebyśmy się nawet nie ważyli. Patrzymy więc w czasie gdy Pani Magda wkłada pięć pulowerów w garderobie pod sukienkę smętnie na naszego DATa, gdy nagle zobaczyłem jak asystentak pani Umer morduje się by podwiesić pod głośnikiem ręczny magnetofon. – Co pani robi, pytam. Przecież nie wolno nagrywać. – Ja tylko tak dla siebie, po pani Magda ma zamiar wykonać kilka starszych piosenek, które nigdy nie zostały zarejestrowane.

Magda Umer na Frascati

- No wie Pani, skorzystałem z okazji, jak tak to my tu mamy super profesjonalny sprzęt, który jednym naciśnięciem palca zarejestruje cały koncert na najwyższym poziomie. Wojtek Borowik, który ten koncert z ramienia SWS płacił też zgłosił, że w celach czysto rozrachunkowych chętnie by takim dokumentem dysponował. Ruszyliśmy do pani Magdy, która, usłyszawszy, że to dla prywatnego użytyku mego i … Mirka Chojeckiego, długo nie dała się przekonywać. W rezultacie powstało z tego koncertu świetne livowe nagranie. Artystka świadoma nagrania, gdy raz jeden pomyliła się w piosencie wzięła ją od początku tak, że kiedyś może moja mp3 zamieni się jeszczce w płytę czy już jakiś kolejny nośnik dźwiękowy. Zobaczmy fragment:

Tej płyty jednak zrobić mi się nie udało. Nie miałem czasu, siły ani specjalisty zdolnego rozmawiać przede wszystkim z właścicielem praw do większości piosenek pani Umer czyli z Pomathonem.

Koncert Umer odbył się jak wspomniałem w chłodzie. Praktycznie bez nagłośnienia. Była pani Magda dość negatywnie zdziwiona, że w „Co jest grane” Gazety Wyborczej na temat jej recitalu nawet wzmianki nie było. A przecież informacje co już bardzo ściśle sprawdzałem były regularnie zsyłane. Na dodatek chłodno. Czy w ogóle ktokolwiek się na tym odludziu zjawi – pytała lekko speszona. Coś próbowałem tłumaczyć, że Wyborcza bojkotuje naszą imprezę, choć zdaję sobie sprawę, że brzmi to niezbyt wiarygodnie. Zapeniałem jednak, że poczta pantoflowa się sprawdza i ludzie z pewnością przybędą tłumnie. Wewnatrz jednak drżałem z niepokoju, tak, że gdy przekonałem się, że mimo deszcu ludzie ściągają gromadnie kamień z mego serca spadał w garderobie z takim łoskotem, aż sobie ze mnie też oczywiście usatysfakcjonowana pani Magda z lekka dworowała.

Miejsca na zadaszonej widowni wypełnione były do jednego. Uruchomiliśmy nasze lampy grzewcze. Przy bojkocie w końcu najbardziej czytanej przez odbiorców sztuki takiej jaką prezentuje pani Umer drugi koncert na Frascati w chłodzie i na początku sezonu oglądało  256 osób. – A ten nic tylko pogłowne liczy, zażartowałaby pani Magda. – Ano, liczy. Bo dla mnie w teatrze tak naprawdę tylko widownia się liczy.

No a od poniedziałku wzięliśmy się  znów do pracy.

Rozdz. CXLIV Ogródki Warszawskie czy Luka pamięci ?

piątek, 16 Lipiec 2010

W przyjętym 5 lipca 2005 roku stanowisku Rady Dzielnicy Sródmieścia czytamy m. in. „ Zrealizowany przez DKŚ ze środków rezerwy celowej Prezydenta projekt rewitalizacji Dolinki Szwajcarskiej był całkowicie nietrafiony i  na skutek protestów okolicznych mieszańców został w roku bieżącym przeniesiony do Ogrodów Frascatii, tym razem za ponad dwukrotnie wyższą kwotę. Z pomysłu rewitalizacji  Dolinki Szwajcarskiej pozostały jedynie długo uprzątane sterty śmieci.

Nieważne, że opinia to niesprawiedliwa, ignorująca fakt, iż  180 imprez latem 2004 roku odwiedziło w Dolinie Szwajcarskiej około dwudziestu tysięcy osób.

Urbański na XIII KTO

Jarosław Zieliński na XIII KTO

Nieważne, że obecni podczas  finału XIII KTO wiceprezydent Andrzej Urbański i ówczesny Burmistrz Jarosław Zieliński publicznie mi dziękowali zszokowani kilkusetosobową widownią na imprezie dla inteligencji, gdzie na wolnym powietrzu były tłumy, choć  nie podawano piwa. Po roku można przecież o wszystkim zapomnieć. Można zakwestionować każdą rzeczywistość. U Orwella to się nazywałodwój myślenie [1]:

A może i dziś ulegamy  omamom. Może nie było tego teatru Na Frascatii, może nie przybywało doń codziennie od 300, 600,  do 1200 a nawet 7000 osób. Może nie odwiedziło nas na Frascatii w 2006 roku  od początku czerwca do 23 września przeszło 40 tysięcy osób, z tego tylko w sierpniu dobrze ponad 20 tysięcy widzów. Może Przewodniczącej Rady Śródmieścia, wypisującej potem do mnie obraźliwe listy przydałaby się jakaś Orwellowska „Luka pamięci”, która pochłonęłaby  prezentowane fotografie. I może był powód, który uzasadniał czemu wiceburmistrz śródmieścia od dnia, w którym musiał przekazać na konto Domu Kultury przyznaną przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego celową dotację zaczął wstrzymywać przyznanie mi rocznej premii.  Moja Uznaniowa Premia miesięczna stanowiąca w istocie uzgodniony fragment upożenia szostała w tym samym momencie zmniejszona o 40% czyli około 1200 zł. Za kilka miesięcy ( pisałem w 2005 roku)  może się okazać, że nie było żadnego sukcesu, można pozbawić mnie rocznej premii także za rok obecny, a może po                                       prostu stanowiska ?    Czy tak naprawdę o to tu chodzi?

Małgorzata Naimska wśród tysięcznej publiczności XIV KTO ( entuzjazmu nie widać...)

– Tak ! O to chodziło i tak się też stało. W miejsce 180 imprez w 2004 ( maj-wrzesień) i także 180 od czerwca do września 2005 roku,  a 265 od czerwca do września roku 2006 w roku 2010 obecne władze samorządowe stolicy na tym samym Frascati proponują po trzech latach uwaga: tylko już w sierpniu : Uwaga – 31 Imprez ! Przy czym najciekawsze spośród nich to powtórka koncertów organizowanych przze mnie 3 lata temu koncertów pani Celińskiej *( w zeszłym roku kopiowano koncert Magdy Umer) oraz recitale zaangażowanych przeze mnie do tej instytucji Marka Ravskiego i Jakuba Wociala. Warto dodać, że obecny budżet Domu Kultury wynoszący 3,35mln złotych już po uwzględnieniu wszystkich korekt pozostaje  nadal o  ponad dwieście tysięcy wyższy od tego, który pozwolił mi w roku 2006 zorganizować 265 imprez z udziałem najsłynniejszych Gwiazd Estrady dla 90 tysięcy osób.  Jeden widz w Ogrodach Frascati kosztował wówczas Miasto po niżej 10 złotych. Miejskie imprezy plenerowe ogranzowane przez władze Warszawy koszt jednego widza kalkulują zwykle  powyżej stu złotych. Warto zatem spytać, gdzie przetracono przynajmniej pół miliona złotych, które wg mojej oceny można by spokojnie nadal piękną i długotrwałą  imprezę robić !

Kazimierz Marcinkiewicz na Finale XV KT) -2006

Wiedziełem o tym od dawna i pisałem, pisałem. Małgorzata Naimska, która (obok prezydenta Kaczyńskiego, Urbańskiego, Marcinkiewicza a nawet w ostatniej chwili i Hanny Gronkiewicz-Waltz) była jedną z częstszych adresatek mej „literatury biurowej” nie miała jednak zwyczaju odpowiadać na korespondencję. Myślała pewnie ( wierna asystentak Bartoszewskiego z PEN-Clubowych czasów), że papier plami. Może nie doceniła mej skrupulatności. Czasem bowiem milczenie też jest niegodziwością.

Niewątpliwą też niegodziwością było, iż ( o czym nieco później się dowiedziałem) w dniu, gdy na Frascatii tłumy oklaskiwały finalistów teatru ogródkowego, gdy z udziałem Majewskiego, Daukszewicza i rzeszy innych odbywał się II Przegląd piosenki politycznej – w tym samym dniu radni na Nowogrodzkiej przyjęli sobie następujące stanowisko potępiające w czambuł wszystkie moje prace[2]

Nie otrzymałem tego stanowiska. Chyba już o to chodziło. Chodziło o wytworzenie takiego szumu papierów spoza, którego już nic nie będzię słychać – poza tem, że zgrzyta. Zostało mi ono przekazane w połowie września z Biura Kultury : z wyrazami … zaniepokojenia.- Cóż miałem począć. Skierwałem następną epistołę do Naimskiej[3]. Nawet kutki prawne pisma sobie zastrzegałem …Efekt  ? – Milczenie. Próbowałem pisać dalej. Podczas ostatniej rozmowy z Urabańskim jako z Prezydentem nie uzyskałem żadnej odpowiedzi w sprawie Parku Kultury na Frascatii, próbowalem więc chociaż przeprowadzić własną sprawę.[4] I to pismo rzecz jasna pozostało bez odpowiedzi. Rzczej pewne, że adresat nigdy go nie przeczytał. Bardzo prawdopodobne, że i Urbański po moim wyjściu wrzucił je na dno szuflady. Nie żebym tego nie przewidywał. Jeśli pisałem wtedy to może wiedząc, że kiedyś przyjdzie je między te strony włożyć.

Tłumy ma Frascatii - Finał XV KTO 2006

Nastąpiły jednak rzeczy, których się nie spodziewałem. Co jak co, ale patronat Prezydenta Kraju, który w odróżnieniu od Urbańskiego zajrzał z działaczkami Solidarności na Frascatii wydawał mi się pewny. Szczególnie, że  nad moją imprezą sprawował pieczę sam późniejszy Wielki Kanclerz czyli Urbański w osobie Szefa Kancelarii Prezydenta.

No tak, ale kim się Pan Prezydent otaczał !? I cóż ma dziś powiedzieć Urbański, który – i on także –  obawiając się takie jak ja osoby przypuścić bliżej, powie mi za rok: „Ja tu jestem kompletnie sam. Zawieszony jedynie na Leszku”. Nie wiem więc czy Urbański mój wniosek o patronat, choćby przejrzał. Czy zaopiniował ? Czy mu go ktoś w ogóle pokazał ? Dość, że wniosek, który zaniosłem doń i do Gabinetu niejakiej odpowiedzialnej w Pałacu za kulturę Emilli Błaszczak  zostal właściwie – oddalony! [5] Kolejna próba uzyskania patronatu i w praktyce … odmowa.

Na szczęscie nie wprost. Napisano:„W latach ubiegłych honorowy patronat nad Konkuresem Teatrów Ogródkowych sprawował Prezydent m. st. Warszawy. Pozwolę sobie na wyrażenie sugestii, aby kontynuować długoletnią tradycję patronowania Konkursowi przez Prezydenta Stolicy i także w tym roku zwrócić się z tą prośbą do Urzędu m.st. Warszawy”.

Patronat, którego nie było

A więc innymi słowy „pocałujta wójta. Jak nie chciecie – nie całujta.” No więc nie zechciałem. Po pierwsze Prezydenta w Warszawie praktycznie nie było. Pan Kochański był nikim a i o spotkaniu z nim nie miałem co marzyć. Raz nawet wdarłem się ( acz nie zaproszony) do Pałacu Slubów na jakieś wielkanocne jajeczko dla Urzedników. Próbowałem zagadać. Patrzył przerażony. O Ogrodach Frascatii nic prawie nie wiedział czułem natomiast, że z pewnością doń docierały plotki i donosy na mój temat. W tym samym zresztą miejscu – to było w kwietniu 2005, gdy  ostro już pracowałem nad repertarem XV KTO i II Festiwalu zgłosiłem się do Naimskiej przy szefie Stolecznej Estrady byśmy wspólnie zorganizowali w święto „Cudu nad Wisłą” i w dzień Wniebowzięcia NMP -15 sierpnia wykonanie Małej Mszy Radosnej Jurka Derfla. Popatrzyli na mnie rozszerzonymi oczyma jakbym się z choinki urwał.  Mówiac krótko – byłem już pogrzebany. Zacząłem przeszkadzać. Mówiono mi, słyszałem to od Ładysza, że nawet organizatorzy Zamkowych Operowych występów też zauważyli, że Frascatii zaczyna odciągać publiczność. Byłem całkiem sam.

Ani miejscy urzędnicy ani otoczenie Prezydenta Kaczyńskiego nie widzialo interesu w tym by moją działalność na rzecz warszawskiej inteligencji wspierać. W związku z odmową przyjęcia Patronatu przez Kaczyńskiego dokonałem jednak pierwszy raz w życiu: mistrzostwa manipulacji. Na szczęście list podpisany przez Panią Jakubiak był bardzo kulturalny i kompelemntujący. Wyciąłem więc z niego przytoczony wyżej fragment. Resztę wskanowałem.

Na wstępie Informatora Festiwalowego pozostawiony tekst zabrzmi lepiej niż wyglądałoby zdawkowe: Festiwal odbywa się pod Patronatem Prezydenta RP”.

„W imieniu Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Pana Lech Kaczyńskiego Pragne wyrazic uznanie dla Pańsywa pomysłu organizowania imprezy będącej cenną inicjatywą kulturalną, wpisaną już w kalendarz imprez staticy. Konkurs Teatrów Ogródkowych to poszukiwanie innej formuly prezentacji letnich spektakli teatralnych, kreowanie nowych, plenerowych miejsc na kulturalnej mapie Warszawy. Ogrady Frascati stały się miejscem interesujących spotkań z kulturą, niebanalnym i elcganckim, o wlasciwej sobie atmosferze.

Życzę Państwu udanego festiwalu, otoczonego wieloma imprezami towarzyszacymi, wspaniałej publiczności i interesujacych przedstawień.

No, cóż. Widać: nie dorastam do wiekich skal, jak ta Rachel z Wesela. A któż dorasta ? Warto odnotować . Patronaty Prezydenta RP – lipiec 2006 r.[6] Nie żebym miał coś przeciw „Piwnicznej Izbie” ale te przyparafialne światowe dni poezji Marii Konopnickiej w zestawieniu z dniami Konia Arabskiego czy Memoriałem Henryka Łysaka – to była zapewne konkurencja przez 90 tysięcy warszawskich inteligentów nie do pobicia.

Joanna Szczepkowska na widowni XIV KTO

Zatem Festiwal za pasem. Pieniędzy nieco mniej niż przed rokiem jednak dodatkowe środki udalo mi się zdobyć z Ministerstwa Kultury: zarówno na 15 lubileuszowy Konkurs Teatrów Ogródkowych jak na Festiwal Literatury. Infrastruktura w zasadzie jest. Przyjaciół wśród władzy nie ma, za to chętnych do występowania mnóstwo.

Na dodatek po półrocznym boksowaniu w Andrzeja Urbańskiego, dokładnie na dzień czy dwa przed startem Festiwalu zmuszono go, czy sam nie wytrzymał i zrezygnował ze swojej ministerialnej u Prezydenta posady.

- Dwa razy w życiu byłem niewolnikiem, powie mi podczas najbliższego spotkania. - Gdy mnie po studiach wcielili do wojska i teraz, gdy byłem Ministrem u Kaczyńskiego. Namawiałem go wtedy, by został Prezesem TVP. Zarzekał się, że nie ma na to najmniejszej ochoty, by …. W trzy miesiące po tej naszej rozmowie zastąpić Wildsteina w gabinecie na Woronicza.

Finały XV KTO - 2006

  • Ale to będzie już po imprezie. Na razie wiedziałem, że skoro już jest daleko i na dodatek w kłopocie tym cieplejsze należą mu się słowa. Niektórzy pracownicy patrzyli na mnie z powątpiewaniem czytając tekst otwierający Almanach XV Festiwalu. Mój repertuarowy łabędzi śpiew.

Wydarzenia i Zwyczaje –

CDN -


[1] Weźmy inny przykład. Przed kilkoma laty uległeś bardzo poważnym omamom. Nabrałeś przekonania, że trzej ludzie, dawni członkowie Partii o nazwiskach Jones, Aaronson i Rutherford, straceni za zdradę i sabotaż po złożeniu pełnych, wyczerpujących zeznań, wcale nie popełnili zbrodni, o które ich oskarżano. Zdawało ci się, że widziałeś niezaprzeczalny dowód, jakoby te zeznania były fałszywe. Miałeś halucynacje na temat pewnej fotografii.

Nawet wierzyłeś, że trzymałeś ją w palcach. I że wyglądała mniej więcej tak.

W rękach O’Briena pojawił się strzęp gazety. Przez pięć sekund Winston miał go w polu widzenia. Ujrzał zdjęcie, to samo zdjęcie, na które natrafił przypadkiem jedenaście lat temu i które zaraz zniszczył; pomyłka nie wchodziła w grę. O’Brien trzymał strzęp innego egzemplarza gazety ze zdjęciem Jonesa, Aaronsona i Rutherforda na uroczystości partyjnej w Nowym Jorku. Po chwili cofnął dłoń. Lecz zdjęcie istniało, co do tego nie było dwóch zdań! Z rozpaczliwym, bolesnym wysiłkiem Winston szarpnął całym ciałem, aby się podnieść. Ani drgnął. W tym momencie zapomniał nawet o tarczy. Pragnął tylko dotknąć fotografii albo przynajmniej jeszcze raz na nią spojrzeć.

- Więc istnieje! – zawołał.

Prezydent Lech Kaczyński & ATK w Domu na Smolnej - 2005

- Nie – powiedział O’Brien.

Przeszedł na drugi koniec pomieszczenia. Na przeciwległej ścianie znajdowała się luka pamięci. O’Brien uniósł klapę. Strumień ciepłego powietrza porwał skrawek papieru; chwilę później połknęły go niewidoczne płomienie. O’Brien odwrócił się od ściany.

- Popiół – stwierdził. – Nawet nie popiół, pył. Zdjęcie nie istnieje. Nigdy nie istniało.

- Istniało! Wciąż istnieje! Istnieje w pamięci. Pamiętam je. Wy je pamiętacie!

- Nie pamiętam – rzekł O’Brien. Winston stracił wszelką nadzieję. Na tym właśnie polegało dwójmyślenie.”

Rok 1984, George Orwell [pseud.]; tł. [z ang.] Juliusz Mieroszewski., Paryż: Instytut Literacki, 1953 w serii Biblioteka „Kultury”; t. 2.

[2] Stanowisko Rady Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy

podjęte w dniu 31 sierpnia 2005 r.w sprawie: wydawania przez Dom Kultury Śródmieście miesięcznika „Skwery  i fontanny”.

Komisja Kultury i Sportu w stanowisku z dnia 1.07.2005 r. a następnie Rada Dzielnicy Śródmieście w stanowisku podjętym na sesji w dniu 5.07.2005 r. wyraziły krytyczną ocenę działalności Domu Kultury Śródmieście oraz inicjatyw i decyzji podejmowanych przez dyrektora DKŚ Andrzeja Kijowskiego.

W powyższych dokumentach znalazły się również warunki, których spełnienie pozwoliłoby Radzie Dzielnicy udzielić poparcia dla projektu wydawania przez DKŚ miesięcznika „Skwery i fontanny” definiowanego przez projektodawcę jako pismo informacyjno-kulturalne a w istocie zajmujące się sprawami               i działalnością samorządu terytorialnego. Do dziś dyrektor Andrzej Kijowski w żaden sposób nie ustosunkował się do podjętego w dniu 5.07.2005 r. stanowiska w sprawie finansowania i działalności Domu Kultury Śródmieście.

Rada Dzielnicy żąda niezwłocznego wywiązania się przez dyrektora DKŚ                      z postanowień Rady.

Rada zobowiązuje dyrektora DKŚ do pisemnego przedstawienia do najbliższego posiedzenia sprawozdania z realizacji stanowiska z dnia 5.07.2005 r.

[3] Wielce Szanowna Pani Dyrektor

W związku z Pismem z dnia 15 września ( które otrzymałem 28 września 2005) pragnę stwierdzić, że podzielam Pani zaniepokojenie.

Załączone stanowiska sformułowane przez Zarząd i Radę Dzielnicy dowodzą bowiem szczególnego nastawienia władz i radnych dzielnicy do działalności ośrodka kultury. Dziennikarze nazwaliby to stanowisko  daleko posuniętą ignorancją przedstawicieli organów powołanych do wspierania działalności Domu Kultury Śródmieście i to zarówno w sprawach technicznych relacjonowanych w oparciu o przekazy pośrednie jak i w sprawach szerszych odnoszących się do miejskiej polityki kulturalnej.

Pragnę nadmienić, że ani podpisany pod stanowiskiem Zarządu Dzielnicy Burmistrz Mariusz Błaszczak ani odpowiedzialny za sprawy kultury burmistrz Ryszard Modzelewski  nie wspominając o przewodniczącej Rady czy Komisji Kultur Dzielnicy Śródmieście ani razu nie zaszczycili  Ogródków  Warszawskich na Frascati  swoją obecnością.

180 imprez zorganizowanych w Ogrodach Frascati dla przeszło czterdziestu czterech tysięcy widzów, wydaje się być poważnym sukcesem  nie tylko artystycznym, ale i marketingowym. Sukces i świetna praca całego zespołu DKŚ pozostaną więc pięknym letnim wspomnieniem dla ogromnej rzeszy warszawiaków  i problemem w sferze urzędowych dokumentów.

Wyjaśniam co następuje:

Sprawy techniczne.

Załączona dokumentacja ilustruje, że ani przez chwilę nie mieliśmy do czynienia z brakiem zabezpieczenia tymczasowej instalacji elektrycznej zasilającej w prąd Teatr Ogródkowy. Nie może być  też mowy o jakimkolwiek narażeniu życia, zdrowia ani konieczności jej demontażu.

Faktem jest natomiast, że niebezpiecznym, źle utrzymanym, pełnym wykruszonych schodków pozostaje drugie zejście z przekazanego nam do użyteczności  tarasu, zejście skierowane w stronę ulicy Książęcej i umieszczonej przy niej Przychodni Weterynaryjnej. Stając przed koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa widzom wydałem polecenie elektrykom zatrudnionym przez DKŚ aby na kikutach i uschłych konarach drzew, na słupie nieużytecznej, bo zepsutej  i niemożliwej do naprawy latarni zamontowali tymczasowe halogenowe oświetlenie. Oświetlenie uruchamiano jedynie   po zakończeniu spektaklu, dając konieczne zabezpieczenie  rozchodzącej się  widowni ( około 700 osób dziennie).

To docelowe oświetlenie ułatwiło również zatrudnianej przez nas służbie ochroniarskiej monitoring miejsca.

Niestety, mimo moich osobistych uzgodnień z  panią dyrektor Renatą Kaznowską elektrykom zatrudnionym przez  DKŚ nie udało się w tej  sprawi porozumieć z nadzorem technicznym ZTP.

W konsekwencji  po kilku dniach zmuszeni byliśmy zrezygnować z dodatkowego oświetlenia. Nie muszę chyba tłumaczyć, że bezpieczeństwo i komfort odwiedzających Teatr Ogródkowy warszawiaków pozostawił wiele do życzenie.

Konsekwencje służbowe.

Stwierdzam z całą odpowiedzialnością, iż mimo moich pism w sprawie wzmożonej ochrony Ogrodów Frascati adresowanych do wszystkich wiceprezydentów, (także do wiadomości Pani Dyrektor) mimo pisma, w którym Dyrektor Biura Bezpieczeństwa prosi Komendanta Straży Miejskiej o dyslokację służb w celu wzmożonej ochrony widzów przybywających na nasze imprezy Straż Miejska nie pojawiła się w celach prewencyjnych ani razu, wykazując kompletny brak zaangażowania. Interesowano się nami tylko w sytuacjach gdy  samochody dostawcze – przywożące dekoracje, scenografię – parkowały na tarasie.

Sytuacje losowe

Sprawa bezpieczeństwa widzów, dzieci  i artystów po nawałnicy 29 lipca br.

Stwierdzam, że działając  w stanie wyższej konieczności, dążąc do nie odwoływania ponad konieczną potrzebę, planowanych imprez plenerowych w dniach od 30 lipca do 3 sierpnia (dla kilku tysięcy warszawiaków i dzieci uczestniczących w Lecie w Mieście) zatrudniłem specjalistyczną firmę, która z udziałem specjalisty – dendrologa dokonała usunięcia połamanych gałęzi i niezbędnych cięć w sposób profesjonalny.

W tej sprawie nawiązaliśmy kontakt z Dyrektor Zarządu Terenów Publicznych, prace nasze zostały zweryfikowane. Z rozmowy jaką przy świadku odbyłem w dniu  1.X z panią dyrektor Renatą  Kaznowską wiem też, ze to nie dyrektor ZTP jest źródłem  od którego Zarząd Dzielnicy „powziął informacje dotyczące dokonania wycięcia konarów i drzew rosnących w Parku Marszałka Rydza Śmigłego w Warszawie”.

Sprawę  połamanych gałęzi na użyczonym DKŚ terenie wyjaśniam szerzej w załączonym sprostowaniu adresowanym do Życia Warszawy, które nota bene mimo uzgodnienia jego skróconej wersji z red  Bulą nigdy nie zostało opublikowane.

Pismo „Skwery i Fontanny”

Sprawę wyjaśniałem szerzej w dniu 1 września w załączonej odpowiedzi na przesłane przez Panią Dyrektor stanowisko,  którą skierowałem do Rady Śródmieścia.

Dziś w obliczu nowych informacji mogę stwierdzić, iż stałem się podmiotem wewnętrznych rozgrywek służbowych a nawet personalno – politycznych pomiędzy członkami Zarządu Dzielnicy a radnymi. Trudno mi się uwolnić od refleksji, iż czas obecny sprzyja  szczególnie takim działaniom.

Decyzję o wydawaniu pisma podjąłem (w uzgodnieniu z Panią Dyrektor  i Prezydentem Andrzejem Urbańskim). Osobista, zgodna  prośba Burmistrza Mariusza  Błaszczaka i radnego  Michała Bitnera, przekonała zespół DKŚ do redagowania gazety lokalnej.

Otrzymaliśmy konieczne środki. Wiceburmistrz Ryszard Modzelewski wskazał osobę do realizacji projektu pisma Skwery i Fontanny.

Fakt powstania pisma wzbudził  niezadowolenie radnych z przewodniczącą Komisji Kultury Wandą Bielesz i Przewodniczącą Rady Śródmieścia Anną Jaworską  na czele.

Pierwszy (i ostatni numer) jaki ukazał się nie stał się na szczęście tubą żadnej opcji politycznej.  Z faktu powstania pisma niezadowoleni byli radni, ja wyrażałem swoje wątpliwości co do formy i treści. Podjąłem wielowątkowe rozmowy z Panią Aleksandrą Bartelską poszukując stylu dla lokalnej gazetki.

Z inspiracji życzliwych

Kontrakt z panią Aleksandra Bartelską został przedłużony na czas realizacji Ogródków Warszawskich na Frascati i w ciągu tych trzech miesięcy miała ukształtować się formuła pisma. Niestety nie udało nam się wypracować żadnej interesującej dla czytelników śródmieścia formuły – ani w warstwie informacyjnej ani merytorycznej

Pisma nie ma, pozostała sprawa personalna, środki finansowe  i niezadowolenie radnych.

Pani A. Bartelska (protegowana burmistrza Ryszarda Modzelewskiego) jest w zaawansowanej ciąży.  W zaistniałej sytuacji i zgodnie z wymogami ustawowymi przedłużam pani A. Bartelskiej kontrakt do dnia szczęśliwego  rozwiązania, jednak wydawanie konfliktogennego wydawnictwa zdaje mi się niecelowe szczególnie wobec faktu, iż środki na nie przeznaczone można z powodzeniem ( jeśli podzieli Pani Dyrektor  mój pogląd) wykorzystać na inne przedsięwzięcia edytorskie.

Podniesienie jakości znakomicie zapowiadających się „Tekstualiów”, warszawskiego miesięcznika literackiego i wydawnictw informacyjno – kulturalnych o nie koniecznie periodycznym charakterze, wydaje się być interesująca propozycją dla młodej generacji twórczej i środowiska intelektualnego miasta .

Szanowna Pani Dyrektor!

Jak stwierdziłem na wstępie podzielam Pani zaniepokojenie.

Musi przerażać Stanowisko Rady Dzielnicy Śródmieście, w którym stwierdza się m.in., że „zrealizowany przez DKŚ ze środków rezerwy celowej Prezydenta projekt rewitalizacji Dolinki Szwajcarskiej był całkowicie nietrafiony i  na skutek protestów okolicznych mieszańców został w roku bieżącym przeniesiony do Ogrodów Frascati, tym razem za ponad dwukrotnie wyższą kwotę. Z pomysłu rewitalizacji  Dolinki Szwajcarskiej pozostały jedynie długo uprzątane sterty śmieci.”

Mało powiedzieć, że opinia to niesłuszna i niesprawiedliwa. To dowód na ignorowanie faktów jakim było  180 imprez, które  latem 2004 roku odwiedziło w Dolinie Szwajcarskiej około  dwudziestu tysięcy osób. Na to są dokumenty, nagrania, zdjęcia, artykuły prasowe.  Zarejestrowane wypowiedzi i podziękowania pod moim adresem obecnych podczas  finału XIII KTO wiceprezydenta Andrzej Urbański i ówczesnego Burmistrza Jarosława Zielińskiego, zachwyconych  że kilkusetosobowa widownia nie musi być „zabawiana” piwem lecz spotyka się tak licznie na świeżym powietrzu po to by oglądać spektakle teatralne przy kawie i herbacie. Można zakwestionować każdą rzeczywistość. U Orwella to się nazywało „luka pamięci” efektem było „dwójmyślenie”.

Z takim dwójmyśleniem mamy jak widać nadal do czynienia. Bezprecedensowy Sukces Ogródków Warszawskich na  Frascati, odnotowuje przede wszystkim publiczność. Wyrywkowe  ataki w Gazecie Wyborczej czy w Kurierze Warszawskim inspirowane są, jak to zazwyczaj bywa, przez nieżyczliwe grupy osób, które nie tworząc nic mają siłę deprecjonować sukces i działanie. Nie miejsce aby wskazywać źródła tych  aktywności.

Jest jednak rzeczą charakterystyczną, że gdy wystąpiłem jako Gość Dnia, 8 września br. w transmitowanej na żywo audycji programu III TVP , jej kolejna emisja ( i internetowe wydanie) zostało zdjęte z anteny ze względu na fakt, jak poinformował  redaktor dyżurny panią Małgorzatę Bocheńską, iż wypowiedź moja nie zamykała się wyłącznie w treściach idei Dnia Dobrej Wiadomości ( patronat korporacyjny  TVP) ale pozwoliłem sobie wspomnieć, iż środki na wydarzenie organizowane przez DKŚ otrzymałem jako Dyrektor Domu Kultury Śródmieście. Podziękowanie na antenie dla Prezydenta Lecha Kaczyńskiego  uznano za element kampanii wyborczej.

Z drugiej strony otrzymuję dziesiątki serdecznych  podziękowań, grupa wolontariuszy przekonanych do idei odtworzenia Ogrodów Frascati  zebrała ponad tysiąc  podpisów pod listem z podziękowaniami dla DKŚ i Pana Prezydenta Kaczyńskiego. Dziękowano  za inicjatywę i stworzenie w Warszawie miejsca sztuki na które warszawiacy czekali.

Na nieprzychylne, delikatnie mówiąc, stanowiska wobec podejmowanych przez mnie działań żywo reagują środowiska kulturalne i artystyczne, które właśnie w DKŚ odnajdują swój azyl.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że  poparcie Pani Dyrektor i zaufanie  prezydenta Andrzeja Urbańskiego przesądziły o ostatecznym zwycięstwie koncepcji Ogródków Warszawskich.

Mam pełną świadomość, że nie dla każdego urzędnika i „animatora kultury” jestem osobą wygodną.  Nic nowego w kulturze obyczajowej.

Kiedy fałszywy zarzut wobec mojej osoby, o naruszeniu dyscypliny finansowej,  poszedł do lamusa należy wyszukać kolejny. Cel jak domniemam jest określony. Utrącić  plan kulturalny  w zarodku.

Nie wyobrażam sobie,  abym zaakceptował fakt, iż  mogę być ukarany finansowo za stworzenie miejsca i imprezy, za którą dziękuje mi tysiące mieszkańców,  osobiście gratuluje Prezydent miasta Lech Kaczyński i która została oceniona jako „ogromny sukces teatralny sezonu”.  Wyrazem tej oceny było  zaproszenie organizatorów i artystów Teatrów Ogródkowych z Frascati  przez Biuro Teatrów do Parady Teatralnej.

W ostatecznym ustosunkowaniu się do przedstawionych zarzutów i stanowisk nie sposób po prostu przyjąć ich  do wiadomości. Przedstawione stanowiska są świadectwem dezinformacji i złej woli.

Nie ukrywam, iż prawnicy moi są bliscy stwierdzenia, iż szykany, które spotykają mnie wobec ogromu wykonanej pracy, mogą być zakwalifikowane jedynie jako mobbing.

Być może  po 15 latach  mojej współpracy z samorządem Śródmieścia rozwiązaniem jest stworzenie Instytucji, która pozwoli aby w  Parku im. Rydza-Śmigłego  powstało warszawskie Tivoli,  o którym tak samo jak ja marzy też Andrzej Urbański   ( por. ostatni wywiad prezydenta   na  www.warszawianka.waw.pl ).

Kierując instytucją położoną w śródmieściu warszawy trzeba mieć bowiem świadomość szczególnych, ponad dzielnicowych często stołecznych  czasem nawet ponad miejskich zadaniach  jakie stoją przed centralną dzielnicą stolicy

[4] To było 31 października 2005…..Prezydent RP Lech Kaczyński (elekt)

Prezydent Miasta Stołecznego Warszawy

Drogą Służbową na ręce z-cy Prezydenta W-wy Andrzeja Urbańskiego

Wielce Szanowny Panie Prezydencie !

Joanna Szczepkowska - Finał XIV KTOProszę przede wszystkim przyjąć szczere gratulacje z okazji zwycięskich wyborów i objęcia stanowiska Prezydenta Rzeczpospolitej. Wierzę, że będzie to z korzyścią dla Polski, a i w Warszawie rozpoczęty przez Pana proces sanacji będzie kontynuowany.

Choć w tej ostatniej sprawie pełen jestem obaw i to jest powód ostatniego listu jaki adresuję do Pana jako do Prezydenta Warszawy, który powołał mnie na stanowisko Dyrektora Domu Kultury Śródmieście.

Muszę naturalnie przede wszystkim podziękować i wyrazy mej wdzięczności złożyć na ręce Pana Prezydenta Andrzeja Urbańskiego i Dyrektor Małgorzaty Naimskiej za determinację w dotychczasowej pomocy, za pieniądze ( 1320 tys. w 2005  i 507 tys. w 2004 roku) jakie otrzymaliśmy decyzją Pana Prezydenta, bez czego merytoryczna realizacja mych planów nie byłaby możliwa. Zostało to zrealizowane i nigdy nie zapomnę Pańskiej wizyty w Ogrodach Frascati 12 września br. oraz słów jakie wówczas od Pana Prezydenta usłyszałem.

Sukces merytoryczny nie pociąga jednak za sobą satysfakcji czysto pracowniczej.

Zwracam się zatem z prośbą o danie temu  wyrazu przynajmniej poprzez przyznanie mi nagrody rocznej za rok 2004  i przywrócenie pełnej wysokości premii miesięcznych za rok 2005!

Proszę zarazem  o wyjaśnienie powodów działania osób, których opieszałość i zła wola sprawiły, że nagrody tej próbuje mi się nie przyznać. Powodem wstrzymania wystąpienia o nagrodę było

1)            doniesienie i wytoczenie przeciwko mnie fałszywych zarzutów o naruszenie dyscypliny finansowej. Sprawa związana z kryminalnymi malwersacjami spowodowanymi przez poprzednie kierownictwo trwała półtora roku, mimo  ( a może dlatego), że doprowadziłem do skazania byłej księgowej za malwersację prawomocnym wyrokiem sądu. Mimo oczywistej bezzasadności formułowanych  wobec mnie zarzutów, od chwili, gdy RIO poinformowało Urząd Miasta o toczącym się przeciw mnie  postępowaniu – moja premia miesięczna  została zmniejszona o 40 %. Trwało to do 19 września, kiedy to ostatecznie Skład RIO oczyścił mnie z większości zarzutów i odstąpił od wymierzania kary. ( Dokumentów nie zakwestionował Rzecznik Dyscypliny zatem 9 listopada ostatecznie się uprawomocnią).  Pozostaję więc nie karany za naruszenie dyscypliny, ale tymczasem 24 września minął jak się dowiaduję termin wystąpienia przez Burmistrza o nagrody i z nagrodą roczną mam się jakoby pożegnać. Jak dotąd nie wyrównano mi też premii miesięcznych.

2)            5 lipca 2005 roku Rada Dzielnicy Śródmieście  głosami radnych Platformy i SLD potępiła w czambuł moją działalność w  kuriozalnej uchwale przecząc faktom i stwierdzając m.in., że z zeszłoroczny  projekt Ogródków Warszawskich, gdzie odwiedziło nas 20 tysięcy osób był całkowicie nietrafiony. Postulowano też by odebrać mi pieniądze jakie przyznał mi Pan Prezydent na Rewitalizację Ogrodów Frascatii.  Nikt nie pamiętał już publicznych podziękowań jakie w zeszłym roku usłyszałem z ust wiceprezydenta Urbańskiego i Burmistrza Zielińskiego, gdy w ciągu jednego roku trzykrokrotnie zwiększyłem  Frekwencję w Domu Kultury ( z 15 do 50 tys widzów w skali roku) i z 5 tys  w latach poprzednich do 20 tys. na organizowanym przeze mnie od 14 lat  Konkursie Teatrów Ogródkowych.

Ta akcja, godna Orwella -  miała już zdecydowanie polityczny i przedwyborczy charakter, obawiano się bowiem, że rozwinięcie Ogrodów warszawskich w Ogrodach Frascatii może zbyt mocno pomóc Panu Prezydentowi w Kampanii Wyborczej. Tego jak wiadomo nie dało się uniknąć. Za Ogrody Frascatii, które odwiedziło około 44 tysięcy osób  dziękowało Panu Prezydentowi pisemnie  przeszło tysiąc warszawiaków oraz wybitne indywidualności skupione wokół Domu na Smolnej. Moi wrogowie nie dają jednak za wygraną:

3)            Ostatnio Burmistrz Śródmieścia wystąpił do Biura Kultury z wnioskiem o ukaranie mnie przez Prezydenta  za to, że dbałem o oświetlenie alejek parkowych i zatroszczyłem się o konserwowanie drzew po lipcowej nawałnicy.

4)            Inni postulują by udzielić mi kary upomnienia za brak nadzoru -  wobec wyników kontroli audytu wewnętrznego, którą to kontrolę sam zleciłem po to by zweryfikować pracę moich służb księgowych i zastosowałem się już do wszystkich zaleceń pokontrolnych.

Wszystkie moje działania są naturalnie dokumentowane. Pisma krążą między referentami, ludzie ściskają mi ręce, prasa Platformy ( Gazeta Wyborcza, Echo)  atakuje, reszta (Rzeczpospolita, WIK_Wprost, Tele Tydzień – 2 mln nakładu, Passa, Gazeta Społeczna  chwali w głos ) tylko, że ja w międzyczasie nie otrzymuję należnych poborów.

Szanowny Panie Prezydencie!

Powodem takiego działania oraz całego szeregu urzędowych szykan, z którymi spotykam się jest fakt, że prowadzona przez mnie instytucja jest konsekwentnie dekomunizowana, że pozyskuję nowych wybitnych, współpracowników  takich jak: Agata Tuszyńska, Jan Pietrzak, Joanna Szczepkowska, Tomasz Jastrun, Marcin Wolski,  Aleksander Ładysz, Elżbieta Ryl–Górska, że słowem Dom Kultury Śródmieście zarówno w swej siedzibie na Smolnej 9 jak i w Ogrodach Frascatii z frekwencją po 10 miesiącach 2005 przekraczającą 80 tysięcy widzów i uczestników – może w zdecydowanym stopniu udokumentować  Pana Prezydenta wolę aktywizacji działalności kulturalnej w Warszawie.

Byłbym bardzo wdzięczny za wzmocnienie mojej sytuacji personalnej przed momentem, gdy  już bez tak bliskich jak Pan Prezydent, Andrzej Urbański czy Małgorzata Naimska protektorów przyjdzie mi dalej realizować rozpoczętą pod Pańskim Przewodem misję.

[5] Warszawa …2 lutego 2006……..

L.dz. …234……../2006

W.  Pan Lech Kaczyński

PREZYDENT RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ

Park Kultury im. Rydza-Śmigłego ( konia z rzędem temu, kto mi powie czemu?)

Krakowskie Przedmieście 48/50    00-071 Warszawa

Zwracam się z gorącą prośbą o przyjęcie Honorowego Patronatu nad pierwszą niezależną plenerową imprezą kulturalną III Rzeczpospolitej, jaką jest: realizowany ze środków samorządowych Stolicy od 1992 roku ogólnopolski lecz o zasięgu międzynarodowym, jubileuszowy

XV KONKURS TEATRÓW OGRÓDKOWYCH

W WARSZAWSKICH OGRODACH  FRASCATI.

U ZA S A D N I E N I E

Panu Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, a już z pewnością Szefowi Kancelarii  Prezydenta  Panu Ministrowi Andrzejowi Urbańskiemu, których osobistemu wsparciu  od trzech lat KTO   zawdzięczało osiągnięty rozmach,  nie muszę oczywiście tłumaczyć jaka jest rola i znaczenie niepozornej zdawałoby się imprezy.

Imprezę naszą w różnych miejscach Warszawy odwiedza z roku na rok wzrastająca liczba inteligentów, turystów i artystów z całej Europy. Początkowo w latach 1992 – 2002  między 5 000 a 10 000 widzów gościło na kilkunastu letnich spektaklach w swobodnej atmosferze letniego ogródka (Lapidarium, Gwiazdeczka, Stara Dziekanka, Rynek Mariensztacki, Dolina Szwajcarska – wreszcie Ogrody Frascati).  Przez 12 lat funkcjonowaliśmy przy minimalnych środkach asygnowanych zawsze przez Samorząd Warszawy, przez Wojewodę Warszawskiego a później Sejmik Mazowiecki  i tylko dwa razy w roku 2000 i 2001  ( gdy Ministrem był pan Kazimierz Ujazdowski)  – przez Ministerstwo Kultury.

Prezydent Lech Kaczyński w Ogrodach Frascati - 2005

Dopiero w ostatnich trzech latach  frekwencja wzrastała  w postępie  geometrycznym. Gdy objąwszy Urząd Prezydenta Warszawy umożliwił mi Pan Prezydent realizowanie tej  idei już nie z pozycji NGO lecz dyrektora Stołecznej Instytucji Kultury zasilenie budżetu kwotą adresowaną na ten cel pozwoliło nam w roku 2004 zrealizować 180 imprez na najwyższym poziomie artystycznym dla 20 000 osób. Kilkuset bywalców Konkursu Teatrów Ogródkowych  pisało do Prezydenta Warszawy  listy  z podziękowaniami.

W następnym roku uzyskawszy z budżetu stolicy środki na rewitalizację kulturalną parku zrealizowaliśmy w Ogrodach Frascati przy zupełnie innej już sceneri tak jak w roku poprzednim 180 imprez, z tym że frekwencja łączna przekroczyła 44 tysiące osób, a same finały Teatru Ogródkowego gromadziły w ciągu tygodnia przeszło  tysiąc osób dziennie.

Jak powiedział mi Pan Prezydent 12 września 2005 w Ogrodach Frascati  „ Wykonał tu pan  kawał świetnej roboty” . Tak, jest faktem, że to spory sukces, sukces którego nie byłoby bez nawiązania do historii, szanowania i budowania tradycji  i rzecz jasna bez zrozumienia, które w pełni uzyskaliśmy dopiero, gdy tak krótko był Pan Prezydent  gestorem Warszawy.

Jak wiadomo Panu Prezydentowi nasz sukces wzbudził entuzjazm Warszawiaków, przysporzył wyborców, uczynił z Frascati dobre miejsce dla spotkań – w jakich uczestniczył Pan Prezydent spotykając się z warszawiankami Solidarności 12 września. List z podziękowaniami za tę inwestycję skierowało do Pana Prezydenta przeszło tysiąc osób.

To radość moja i duma, a także nadzieja. Nadzieja, że przy oficjalnym wsparciu, Honorowym Patronacie Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej  uda mi się już w tym roku rozpocząć realizację wizji, którą głoszę przynajmniej od siedmiu lat.

Konieczności wykreowania w Warszawie wielkiego letniego międzynarodowego festiwalu.

Odkąd w 1998 roku zaproponowałem  oficjalnie władzom Warszawy Festiwal Wisła Żywa, powstają kolejne nazwy, a to: Cała Warszawa, Na Skrzyżowaniu Kultur. Teraz słyszę o  Multi Fest Warszawa 2006. Rzecz jednak nie w nazwie lecz w idei.

Koncepcja Festiwalu Ogródkowego sprawdziła się przez lata. Znalezione zostało idealne miejsce w Ogrodach Frascastii. Od piętnastu lat towarzysząca nam publiczność jest już wartością samoistną, mniej, jak udowodniają kolejne przeprowadzki, związaną z konkretnym parkiem czy Ogrodem – bardziej z formułą wypracowywaną przez lata.

Jeśli zatem pozwalam sobie zaprzątać uwagę Głowy Państwa tą inicjatywą to dlatego, że jestem najgłębiej przeświadczony, iż tkwi w niej ogromny potencjał kulturotwórczy, a pod Patronatem Prezydenta, dzięki środkom o jakie równolegle występujemy do Ministerstwa Kultury  TEATRALNE OGRÓDKI NA FRASCATI   mogą się stać latem główną atrakcją kulturalną kraju.

Szanowny Panie Prezydencie!

Widmo Festiwalu Krąży nad Warszawą. Stolica Polski stanowi wszak geograficzne centrum Europy i odkąd znaleźliśmy się w Unii Europejskiej może stanowić naturalne miejsce spotkania Europejczyków z północy (Finlandia, Szwecja, Litwa, Łotwa, Estonia) i wschodu ( Rosja, Białoruś, Ukraina, Czechy, Słowacja) – spotkania, które może być bardzo interesującym dla turystów i znawców kultury z Europy Zachodniej (przede wszystkim Francji, Szwajcarii, Włoch, Hiszpanii).

Odbywające się w wielu miastach Europy festiwale, spotkania i przeglądy, o bogatej tradycji i ustalonej renomie, a także utrwalająca się w świadomości Europejczyków rola Berlina grozi marginalizacją kulturalną stolicy Polski. Nie tylko turyści krajowi i zagraniczni, ale także mieszkańcy Warszawy i regionu, są pozbawieni w miesiącach letnich, propozycji kulturalnych o różnym charakterze – od elitarnych do masowych. Korespondenci zachodni oceniając nasze miasto stwierdzają, że „Warszawa pod każdym względem przypomina zachodnie metropolie, ogromny ruch samochodowy – w jej szerokich alejach, duży wybór towarów w sklepach, bilbordy i neony, luksusowe hotele, doskonała komunikacja miejska i dobra sieć telekomunikacyjna. Kuleje jedynie nocne życie miasta. Z zapadnięciem zmroku, nawet w weekendy, ulice pustoszeją.”

Z powyższego wynika iż istnieje wolna niezagospodarowana przestrzeń kulturalna, znajdująca się na przecięciu szlaków komunikacyjnych i kulturowych, gdzie spotkanie Wschodu i Zachodu byłoby próbą szukania  antidotum na zagrożenia globalizacją kulturalną.

Te konstatacje, wydają się niewątpliwe. Formuła Organizacyjna Festiwalu Ogródkowego na Frascati  została wypracowana. Udowodnione zostało, że zwiększenie środków na program i reklamę powoduje dwakroć wyższy wzrost frekwencji. Tak z  5 tysięcy w  roku 2002. osiągnęliśmy pod Rządami Prezydenta Kaczyńskiego 10 tys w 2003, 20 tysięcy w 2004, 44 tysiące widzów w 2005. Przygotowuję się na to, by na dwakroć większej niż w zeszłym roku  przestrzeni górnych tarasów ogrodów Frascati, pod Patronatem Pana Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, przy wsparciu Ministra Kultury i oczywiście na bazie organicznej jaką stanowi Samorząd Miasta Warszawy, dokończyć rozpoczęte dzieło. Stworzyć wielką międzynarodowa imprezę letnią, która będzie krzewić najlepsze tradycje, przyciągając do ciągle jeszcze smutnej Warszawy przynajmniej sto tysięcy gości z całej Polski oraz turystów z innych krajów.

Z nadzieją, że nie odmówi mi Pan Prezydent swego Patronatu przyczyniając się tym samym do podniesienia prestiżu dobrze znanej imprezy .

W  załączeniu:

             Fragm. wystąpienia Sekretarza  Stanu  Szefa kancelarii Prezydenta RP Andrzeja Urbańskiego (b. z-cy Prezydenta W-Wyt)

             Fragm.. podziękowań Sekretarza  Stanu  w MEiN JZielińskiego ( b. burm.Dz. W-wa  Śród                  na XIII  KTO;

             Dokumentacja wizyty Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Ogrodach Frascati (12.IX.2005)

             Wybór recenzji prasowych. Więcej na www.kto.w.pl ; www.dks.art.pl

[6] Na wniosek Gen. Bryg. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, Prezesa Związku Powstańców Warszawskich oraz Pana Mirosława Kochalskiego, p. o. Prezydenta Miasta st. Warszawy: Obchody 62. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego:  (28 lipca – 1 sierpnia 2006 r., Warszawa)

Na wniosek Pana Marka Krawczyka, Prezesa Zarządu Towarzystwa Opieki nad Archiwum Instytutu Literackiego w Paryżu: Uroczystości z okazji 100. rocznicy urodzin Jerzego Giedroycia: (27 lipca 2006 r., Maisons-Lafitte)

Na wniosek Pana Mirosława Oleszczuka Przewodniczącego Komitetu Organizacyjnego Obchodów 26. rocznicy strajku lubelskich kolejarzy:Obchody 26. rocznicy strajku lubelskich kolejarzy :( 16 lipca 2006 r., Lublin)

Na wniosek Pana Profesora Jacka Woźniakowskiego, Przewodniczącego Zarządu Stowarzyszenia Willa Decjusza: V Letnia Szkoła Wyszehradzka: (9-22 lipca 2006 r., Kraków)

Na wniosek Fundacji Huberta Jerzego Wagnera:

Memoriał H. J. Wagnera:(7-9 lipca 2006 r., Olsztyn)

Anna Chodakowska, Kazimierz Marcinkiewicz; Final XV Konkursu Teatrow Ogrodkowych i "Miasto mania"

Na wniosek Profesora Ryszarda Andrzejaka, Rektora Akademii Medycznej im. Piastów Śląskich we Wrocławiu: Obchody 65-tej rocznicy pomordowania profesorów lwowskich uczelni: (4 lipca 2006 r., Wrocław)

Na wniosek Pani Agaty Sapiechy, Przewodniczącej rady Programowej Fundacji Concert Spirituel: XV Międzynarodowa Letnia Akademia Muzyki Dawnej: (1-9 lipca 2006 r., Warszawa)

Na wniosek Pana Janusza Makucha, Dyrektora Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie: 16 Festiwal Kultury Żydowskiej :( 1-9 lipca 2006 r., Kraków)

Na wniosek Fundacji Młodej Polonii::Finał międzynarodowej olimpiady kulturalno-naukowej „Poloniada” 2006: (29 czerwca – 2 lipca 2006 r., Warszawa)

Na wniosek Pana Waldemara Krenca, rzewodniczącego Zarządu Regionu Ziemi Łódzkiej NSZZ „Solidarność”: 17. edycja Międzynarodowego Wyścigu Kolarskiego „Solidarności” i Olimpijczyków:(28 czerwca – 2 lipca 2006 r.)

Na wniosek Stałego Komitetu Mediewistów Polskich:

Wystawa „Polska i Stolica Apostolska X-XXI w. Polonia et Apostolica Sedes X-XXI saeculis” (24 maja – 2 lipca 2006 r., Zamek Królewski, Warszawa)

Na wniosek Pana Bartosza Węgrowskiego, Prezydenta Komitetu Kongresowego Kongresu Światowego AISEC Polska 2006: Kongres Światowy AISEC:(24 sierpnia-3 września 2006 r., Warszawa)

Na wniosek Pana Jana Łukaszewskiego, Dyrektora Naczelnego i Artystycznego Polskiego Chóru Kameralnego Schola Cantorum Gedanensis: Festiwal Mozartowski „MOZARTIANA 2006”: (23-26 sierpnia 2006 r., Gdańsk)

Na wniosek Pana Profesora K. Wożniaka oraz Pana Profesora T. M. Krygowskiego: XVIII Konferencja Fizycznej Chemii Organicznej: (21 sierpnia 2006 r., Warszawa)

Na wniosek Pana Profesora Ryszarda Zimaka, Dyrektora Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina:

Międzynarodowy Festiwal Muzyczny „Chopin i jego Europa”: (19-31 sierpnia 2006 r., Warszawa)

Na wniosek Pana Tadeusza Mytnika, Dyrektora Wyścigu Memoriał Henryka Łysaka oraz Pana Pawła Romańskiego, Prezesa Zarządu Duo Circuli sp. z o.o.: Wyścig kolarski o memoriał Henryka Łasaka

(14 sierpnia 2006 r., Sucha Beskidzka)

Tłumy na Frascati

Na wniosek Prezesa Polskiego Związku Brydża Sportowego, Pana Radosława Kiełbasińskiego:Drużynowe Mistrzostwa Europy w brydżu sportowym:(12-26 sierpnia 2006 r., Warszawa)

Na wniosek Księdza Prałata Cezarego Annusiewicza:

Odbudowa Ołtarza św. Klemensa Dworzaka w Kościele św. Apostołów Piotra i Pawła w Gdańsku: (Uroczyste poświęcenie Ołtarza – 12 sierpnia 2006 r., Gdańsk)

Na wniosek Pana Władysława Obarzanka, Przewodniczącego Zarządu Terenowego Towarzystwa im. Marii Konopnickiej: XV Światowy Festiwal Poezji Marii Konopnickiej:(11-16 sierpnia 2006 r., Góry Mokre i Przedbórz)

Na wniosek Pana Marka Treli, Prezesa Zarządu Stadniny Koni Janów Podlaski Sp. z o.o.: Dni Konia Arabskiego – Polska 2006 :( 11-13 sierpnia 2006 r., Janów Podlaski)

Na wniosek Pana Józefa Kasprzyka, Prezesa Związku Piłsudczyków:XLI Marsz Szlakiem I Kompanii Kadrowej:(4-12 sierpnia, Kraków-Kielce)

Na wniosek Gen. Bryg. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, Prezesa Związku Powstańców Warszawskich oraz Pana Mirosława Kochalskiego, p. o. Prezydenta Miasta st. Warszawy: Obchody 62. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego: (28 lipca – 1 sierpnia 2006 r., Warszawa)

Rozdz. CXXV – Lech Kaczyński i warszawska „klasa średnia”

środa, 19 Maj 2010

Tak naprawdę to Lecha Kaczyńskiego obudzono. Przyzna mi się do tego za rok, gdy gratulując  mi zbudowania Ogrodów Frascatii zacznie od słów:

– Bardzo panu gratuluję. Udało się !  Dolina Szwajcarska to nie było jednak najlepsze miejsce – ale tu zrobił pan wspaniałą robotę.

Prezydant Lech Kaczynski na Frascati - 2005

Lech Kaczyński na Frascati - 2005

Dziękując zapytałem czemu jednak wygoniono mnie z tej kameralnej Doliny. Zbyt wielu osobom to przeszkadzało. Odpowiedział prezydent. – Przecież nie można walczyć ze wszystkimi. Nie dowiem się, kto ustalił telefon na Czerwonego Krzyża. Na pewno ktoś z tych lub zstępnych osób, które jeszcze w 1998 składały protest na ręce prezydenta Święcickiego. Pisano w tym liście: „Formuła imprezy p. Kijowskiego ma charakter jarmarczny i nie pasuje do dzielnicy, w której znajduje się Dolina Szwajcarska. Nadaje się do ludowych festynów na Bielanach i mało wykorzystanej Agrykoli. Tu jest dysonansem. Powoływanie się na przykład Tivoli w Kopenhadze jest nonsensem. Tivoli jest wielohektarowym parkiem rozrywki, poszczególne pawilony są znacznie oddalone zarówno od siebie jak i od ulicy. Dolina Szwajcarska ma 0,8 ha. Należy przypomnieć, że w domach przy ul. Chopina i Al. Róż 90 % mieszkań jest wykupionych przez

Jan Karol Kostrzewski

obecną klasę średnią. […]. Doniesienia prasowe o gospodarowaniu terenami publicznymi budzą nasz niepokój. Kto wyraził zgodę, aby p.Kijowski traktował publiczny ogród jako swoje prywatne źródło dochodów.”

Pod tekstem tym podpisali się wśród ledwie sześćdziesięciu ( ale jakich !) mieszkańców m.in.   Ewa i Jan Kostrzewscy (  Kostrzewski to były minister Zdrowia w czasach gierkowskich), Anna i Jana Kreczmarowie ( to spokrewniona z występującym też w Dolinie Krzysiem Daukszewiczem rodzina byłego rektora Szkoły teatralnej Jana, jego brata teatrologa Jerzego i Adama – też nieżyjącego już satyryka  występującego niegdyś w kabarecie Jana Pietrzaka[1]). Także pani Jadwiga Borejsza z rodziny twórcy SW „Czytelnik” oraz Włodzimierz Sokorski (były minister kultury i szef

Włodzimierz Sokorski

Radiokomitetu) złożył chyba jeden z ostatnich w życiu własnoręcznych podpisów, a i Małgorzata Spychalska scenografka, z którą drogi nasze skrzyżowały się na krótko, gdy córka skomunizowanego marszałka a była żona kulomiota Komara  miała zamiar włoską zawłaszczyć telewizję.[2]

Wszyscy wraz z mieszkająca tamże Niną Andrycz znananą aktorką i wieloletnią żoną premiera Cyrankiewicz, której jednakowoż nie zaprosiłem wbrew namowom do ogródka by w nim swoim zwyczajem przędła opowieść o Józefie Stalinie, o którym zwykła mawiać że był to uroczy mężczyzna – chronili swój parczek przed najazdem przyprowadzanej przeze mnie inteligenckiej „hołoty”, którą miałem czelność nazywać klasą średnią. Nie udało im się wprawdzie podważyć w Kolegium Odwoławczym uzyskanej przeze mnie decyzji o warunkach zabudowy. Jednak inwestorów, skutecznie ode mnie odganiano. Teraz, gdy już zrezygnowałem z „prywaty”, zrozumiałem, że sam nie poradzę, wspólników nie było  i chciałem inwestorem uczynić Miasto – znaleźli przełożenie i na nie. Moi przyjaciele z Janem Pietrzakiem, Marcinem Wolskim, Małgosią Bocheńską na czele próbowali kontratakować. Dziękczynny „adres”[3] do prezydenta Kaczyńskiego podpisało ( już po zakończeniu imprezy) kilkaset osób. Nic to jednak nie dało.

Marcowa interwencja u Prezydenta Kaczyńskiego była kompletnie wyssana z palca. Jednak skuteczna. Na próżno do Urbańskiego  oficjalnie pisałem: „W związku z Pańską wczorajszą interwencją dotyczącą nieformalnego stawiania estrady w Dolinie Szwajcarskiej uprzejmie wyjaśniam, że osobiście sprawdziłem, iż nic takiego ani ze strony Domu Kultury Śródmieście ( opiekującego się już od roku tym terenem), ani z żadnej innej strony miejsca nie miało.

Mamy więc do czynienia z celowym i na dodatek kłamliwym szerzeniem plotek ze strony kilkunastu osób. ( Owszem wpływowych i zasiedziałych w swych nomenklaturowych przydziałowych mieszkaniach z Alei Róż). Jaka jest proporcja zadowolonych i niezadowolonych z działalności, którą od lat próbuję prowadzić w Dolinie Szwajcarskiej pokaże choćby stosunek kilku protestów mieszkańców, których pretensje  już dawno odrzuciło w II Instancji Kolegium Odwoławcze konstatując, że mieszkańcy okolicznych posesji jako nie sąsiadujących bezpośrednio z Działką Parkowa nie wykazują tytułu prawnego do oprotestowywania planów zagospodarowania tego terenu, do znanych Panu, adresowanych do Prezydenta Kaczyńskiego podziękowań i opinii setek oraz tysięcy warszawskich inteligentów i młodzieży. ( frekwencja w Dolinie zeszłego lata sięgnęła 20 tys. Osób).

Dolina Szwajcarska i okoliczne Domy: Sądy (dawny KM PZPR) i Alej Róż 6

Jak Panu wiadomo akcje jakie prowadzimy w Dolinie Szwajcarskiej adresowane są właśnie do tej części warszawiaków, która winna być naturalnym zapleczem wyborczym Prawa i Sprawiedliwości: ludzi nie bardzo bogatych, lecz mających wysokie potrzeby kulturalne, ludzi nie ulegających snobizmom elit z Krakowskiego Przedmieścia lecz również nie odnajdujących się na ulicznych festynach. To pokolenie 40-60 latków, tak wspaniale w tym roku opisane w Internecie przez młodzież redagującą stronę internetową wstęp wolny,

„We wtorek (4 sierpnia) znowu wybraliśmy się z Piotrem do Dolinki Szwajcarskiej. Zapowiedziano występ bardów. Wieczór spędzony w tym miejscu zawsze jest ciekawy i pełen pozytywnych wrażeń. Bo jest tam kulturalnie, publiczność jest specyficzna, miejsc nie brakuje. Mówiąc specyficzna publiczność mam na myśli średnią wieku – otóż oscyluje ona wokół 40 lat! My z Piotrem należymy do tych młodszych widzów. Patrząc na piękne, mądre twarze siedzących obok widzów aż chce się westchnąć z zachwytu. To nie prawda, że ludzie dojrzali są tak zmęczeni życiem, że nie chce im się nic oprócz świętego spokoju i telewizora z dobrym teleturniejem.”. Panie Prezydencie ! Ja bym tego tekstu nie wymyślił – to autentyczna recenzja młodzieży, podobnie jak i Pan zdumionej ile i jakich  ludzi schodzi się do tego miejsca.

Andrzeju ! ( zwracałem się już wprost do Urbańskiego).  Nie o chodzi tu już o moją donkiszoterię. Tej chwilami wstydzę się sam przed sobą. Jak Ci wiadomo, jednym z głównych powodów objęcia przeze mnie urzędniczej posady w Śródmieściu jest wola zrealizowania idei, która dobrze zrobi Miastu i powinna przysporzyć chwały naszej formacji politycznej. Nb. wiesz znakomicie, że formacje komunistyczne mają ogromne wyczucie dla tej sprawy. Wokół Doliny krążył nawet i minister Kalisz, i jeśli dawno już Dolina nie została opanowana przez tych ludzi to dlatego może że zbyt mocno związałem ją z Samorządem, a trochę i z własną trudną do przeczerwieniania osobą.

Obecny atak na moją siedmioletnią pracę, na odtworzone już częściowo miejsce i nawyk kulturalny traktuję jako element w sumie pozytywny. Wierzę bowiem, że sprowokuje nas on do szybkiego i fachowego poradzenia sobie z przeciwnościami.

Dolina Szwajcarska i Aleja Róż 8-10

Obecnie sytuacja jest taka, że uzyskał Dom Kultury trzyletnią pozytywną opinię Wydziału Estetyki dotyczącą naszych Planów, również Konserwator Zabytków działania nasze popiera w całej rozciągłości. W porozumieniu z Burmistrzem Śródmieścia wystąpiłem ( przesyłając Panu Prezydentowi te teksty do wiadomości) do Delegatury o 120 dniowe użyczenie tego terenu w roku obecnym w okresie od czerwca do września. Ustaliliśmy z Panią Dyrektor Naimską, że dążyć będę do osadzania w Dolinie jedynie najbardziej kameralnych, pasujących do tego miejsca imprez, rezerwując sobie jednocześnie odwód dla akcji bardziej masowych na terenie Ogrodów Frascattii. Tak chciałbym nazywać teren Estakady za gmachem IMCY opadający tarasami w stronę Powiśla zwany niegdyś Parkiem Kultury, czy Parkiem Rydza Śmigłego.

Zwróciłem się  jednocześnie osobnym Pismem do Architekta Warszawy o pomoc w opracowaniu wariantów zagospodarowania terenu Doliny Szwajcarskiej niezbędnych do wydania warunków  zabudowy w sytuacji, gdy nie ma w mieście planu miejscowego.

Panie Prezydencie i oto jesteśmy w punkcie jak sądzę – strategicznym dla Warszawy. Słyszę deklarację Ministra Waldemara Dąbrowskiego o odtwarzaniu w wraz z Urzędem Miasta centrum Warszawy wokół Pałacu Kultury. Z drugiej jednak strony obserwuję  ataki obozu prezydenta Kwaśniewskiego  na własność Osi  Saskiej. Słyszę o planie rewitalizacji Traktu Królewskiego. O zamykaniu Nowego Światu. Ale są to często tylko hasła i słowa, puste środki za którymi nie idzie treść kulturalna.

Jak taką treść proponuję – dla całej osi Warszawy od Nowego Światu, poprzez Ogrody Bruhla, Frascatii, aż po Dolinę Szwajcarską. Idea odtworzenia Doliny Szwajcarskiej powinna się stać jej ważnym elementem, ale nie jest naturalnie osią tego planu. Po to by działania w Dolinie nikomu nie przeszkadzały potrzebnych jest wybudowanie kilku altan, pagód, może odtworzenia muszli. To nakład duży jak na budżet domu Kultury, W porywach sięgający 2 mln złotych ale przecież groszowy w skali dużych imprez miejskich, jakie wiem, że Planuje Pan dla Warszawy !!!

Dlatego wnoszę o pilne powołanie pod Pana osobistym Patronatem Biura Organizacyjnego Plenerów Warszawskich.  Najlepiej przy Domu Kultury Śródmieście. Służę tu całym moim doświadczeniem i uporem we współpracy z Architektem Warszawy, Dyrektorem Biura Promocji, Biura Kultury, organizatorami nadchodzącego Festiwalu Kultur jaki planuje Pan jesienią. Dolina Szwajcarska i inne elementy przestrzenne kulturalnego centrum Warszawy  powinny zostać rewitalizowane szybko i fachowo, bo istotnie tymczasowość z jaką borykam się na tym terenie już od siedmiu lat to młyn na wodę wszystkich malkontentów, którzy wykorzystując najprzeróżniejsze dojścia starają się utrudniać nam pozostawianie widocznych i skutecznych śladów w przestrzeni kulturalnej miasta.

W załączeniu:

         Spis Aktualnych zgód i Pozwoleń na realizację teatrów Ogródkowych w Dolinie Szwajcarskiej

         Dokumentacja Historyczna Decyzji o warunkach zabudowy Doliny Szwajcarskiej (1997-2001)”.

Dolina Szwajcarska. Gdzieś w drzewach Chopina 5a - pustka ... i tak trzymać !

Tyle. I  zasadniczo – grochem o ścianę.

Zasadniczo. Bo wprawdzie nikt mnie nie słuchał. Wprawdzie nikt mych  pism nie czytał,  to jednak jak mi to kiedyś Urbański uświadomił należałem do tych, którzy mieli wstęp do jego gabinetu. Tak to było jedno z jego szczerszych wyznań satrapy. - Bo widzisz wyznał mi kiedyś w amoku szczerości –  ludzie dzielą się na tych, którzy bezskutecznie starają się tu dostać, takich których przyjmuje się raz: z grzeczności czy z próżności  i wreszcie tych, co załatwiają bo tak jak ty (to znaczy ja  ATK ) mają w miarę prosty wstęp do tego gabinetu.

Nie nadużywałem tej mojej mocy ale tylko dzięki temu udało mi się wbrew oporowi radnych i urzędników zdobyć dużo większe, niewyobrażalne dotąd dla mnie  środki i dzięki temu przenieść  w końcu całą imprezę na Frascati.


[1] Trzymają się razem

[2] Protest

[3] Adres

Rozdz. CXXIII – Elżbieta Ryl–Górska czyli operetki czar

poniedziałek, 17 Maj 2010

Na którymś z występów pojawiło się eleganckie towarzystwo. Po koncercie dwie czy trzy panie podeszły do mnie. Pogratulowały imprezy i jedna z nich przedstawiwszy się jako Elżbieta Ryl-Górska spytała czy ewentualnie nie miał bym nic przeciw temu by wystąpiła tu ze swoim recitalem. Ze skruchą wyznaję, że w tym momencie nic mi jej nazwisko nie mówiło. A że miałem już za sobą kilka występów przebrzmiałych gwiazd ocierających się o granicę kiczu spytałem grzecznie czy jednak mógłbym przed nagraniem przesłuchać jakieś Demo koncertu. – Ależ oczywiście odparła niezrażona Artystka. Danusiu (zwróciła się do towarzyszącej jej pani Krasnodębskiej) ofiaruj płytę panu dyrektorowi.

Rzuciwszy okiem na profesjonalne nagranie, a następnie przesłuchawszy wspaniałe Elżbiety Ryl interpretacje operetkowe byłem szczerze zawstydzony. Zresztą, gdym prosił o to demo usłyszałem pół uchem zdumiony szept: Pan Dyrektor chyba nie poznał. No nie poznał, więcej powiem: nie znał.

Świat Operetki był bowiem całkiem teatrowi w latach komuny daleki. A łącząca te obszary postać wyjątkowej krytycznej kanalii i miłośnika operetki Witolda Fillera jeszcze bardziej osoby takie jak ja od operetki odstręczała. W prawdziwej Operetce byłem tylko raz. I wcale nie jest wykluczone, że właśnie Elę Ryl na tym przedstawieniu w roli „Wesołej Wdówk”i mogłem oglądać. No ale było to trochę dawno. Około roku 1963 kiedy to ja miałem lat 9 a moja nowa dolinna muza dokładnie 30.

Na tę Wesołą Wdówkę trafiłem zresztą absolutnym przypadkiem. Tak naprawdę rodzice chcieli bym zobaczył wystawianych w Teatrze na Nowogrodzkiej „Krakowiaków i Górali”, a że przedstawienie zostało z powodu choroby aktora zamienione więc Ojciec nie protestował i bileterzy przymknęli oczy na fakt, że 9 latek będzie kankana podziwał i damską bieliznę podglądał.

Przyszedł wrzesień 2004 roku. Rozpoczęliśmy go próbą nawiązania do tradycji festiwalu piosenki niezależnej. Wsaniały koncert z udziałem Marka Majewskiego, Kaczuch, Daukszewicza (przesło 700 osób) rozpoczął cykl zupełnie nowych zdarzeń. 3 września wystąpił Janek Pietrzak ( ponad 600 osób) z opisywanym już recitalem, a w dzień powszedni, wtorkowy, w ramach tego projektu nazwanego Śpiewające Ogrody – pojawiła się Elżbieta Ryl – Górska.

Szczerze powiem, że mnie zatkało. Skromna choć  elegancka pani, która podeszła do mnie kilka tygodni wcześniej mogła by być bez większego wysiłku moją matką. Kobietom wieku się nie liczy lecz w końcu ustaliłem, że jest od mojej młodsza równo o lat siedem skąd prosty wniosek, że gdym na świat przychodził Elżbieta była już 21 letnią kobietą.

Kiedym jednak przyszedł do ogródka w namiotowej garderobie wśród piór i tiurniur sptrzegłem kobietę piękną, młodą, rewelacyjnie ubraną, godną – słowem gwiazdę, od której (rówieśna jej mniej więcej) Juliette Greco, której koncert ostatnio oglądałem – mogłaby się uczyć szyku.

Zaczął się koncert. Koncert, któremu postawiłem swoje wymagania – tak bardzo mi przecież zależało by w moim ogródku ludzie wraz z artystami śpiewali. – Proszę być o to spokojnym usłyszałem, a następnie rozejrzałem się po krzesłach. Moje marzenie spełniało się samo. Nadciągało publiczność. Ale to już nie były tylko znane mi z ogródków twarze, nie tylko studenci i inteligenci. Widzę godnych bankowych  urzędników, monokle, biżuterie, krawaty. W wielu dłoniach zawczasu przygotowane bukiet. W zwyczajny powszedni dzień po południu zabrakło krzesła ( a mieliśmy ich 220) –  wykorzystane zostały do jednego.

Elżbieta w blasku mych jakże lichych reflektorów, w pięknych, skromnych, obdażonych tylko długimi dekoltami na plecach sukniach – wyglądała zjawiskowo. I śpiewała niezwykle. Ani cienia drżenia głosu, czystość – a wysokie „c” w arii „W ogródku szalona muzyka” z operetki „Czar Walca” O.Straussa –  niemal żarówki „rozśpiewywało”.

Patrząc na jej występ wspomniałem „Sentymentalną Pannę ‘S’” – Jacka Kaczmarskiego. Piosenka ta odebrana w jej pierwszej nie metaforycznej lecz właśnie opisowej warstwie.

Gdy powróciła znów na scenę, z początku nie chciał nikt w to wierzyć,

Widownia była przecież pusta nie licząc stróży i żołnierzy,

Ale rozniosło się po mieście, że znowu jest, że zagra ponoć

Więc się zaczęli schodzić gapie, choć bilet  NIE kosztowAŁ słono.

Przyszli – jej DAWNI wielbiciele, już przerzedzeni, postarzali.

I po raz pierwszy znów po latach niektórzy z nICH się spotykali,

A ona była trochę inna, choć przecież kostium był ten sam

I takim wzrokiem – jak my jej – zaczęła się przyglądać nam.

[…]

Ale obok starszych Państwa w Elżbiety czyli mych rodziców wieku, obok garstki moich rówieśników, którzy mogli jeszcze bywać w Operetce na Nowogrodzkiej. Dostrzegłem też młodzież.


„Niespodziewanie nam pomogli jej nowi wielbiciele młodzi

Wielbiący ją, jak starą gwiazdę co zamiast spadać – nagle wschodzi

I na ramionach ją ponieśli z tą siłą, której nam nie stało

A ona miała twarz poważną, w której coś jakby odmłodniało.”

Młodzi bankowcy, urzędnicy, przedstawiciele handlowi. To nie są ludzie kultury. To tzw. kulturalny establishment, który zawsze i wszędzie jest naturalnym klientem sztuki operetkowej. Prostej, wzruszającej, przyzwoitej – snobistycznej nieco. Operetki niosącej za sobą atmosferę pożądanego salonu. Operetki będącej miejscem spotkania, gdzi można jakby powiedział Gombrowicza ( w „Operetce”) „w konwencjonalnej formie wieść lekki towarzyski flirt”.

Elżbieta Ryl-Górska córka Marii Prażmówny, która jako „uczennica szkoły śpiewu pani Sobolewskiej występowała’ – jak donosił Express Poranny z 31 lipca 1927 roku -  z dużym powodzeniem na koncercie w Dolinie Szwajcarskiej w miejscu tym śpiewała ze szczególnym wzruszeniem. Okazała się jedną z tych osób, które moje szaleństwo zrozumiały, czytały jego korzenie. Bywała także na innych koncertach. Przyniosła mi ten wycinek z fotografią swej jej mamy zrobiony na dobrych kilka lat przed swym urodzeniem. Z poczuciem humoru, dystansem do siebie opowiadała mi Artystka swe piosenkarskie życie, występy w Operetce, pięć małżeństw, wieloletni pobyt w Kolonii ( u boku jednego z mężów), wreszcie powrót do Ojczyzny i … do pierwszego męża.

Elżbieta Ryl-Górska (sopran), Ryszard Wojtkowski (tenor), Ewelina Hańska (sopran) i Aleksander Czajkowski-Ładysz (bas)

Ma Ryl-Górska swój dwór, swych wielbicieli ( i wielbicielki!). Urządza imieniny, bywa w uzdrowskach, jest gwiazdą podkowiańskiego Salonu prowadzonego przez Edwarda Ipnarskiego. Nie samą bowiem Bocheńską salony pisane. Za Elżbietą ciągną salony prawdziwe, muzyczne, ludzie ze słuchem, których nie trzeba namawiać by „Usta milczą” z duszą wspólnie śpiewali. Tak  jak Janek Pietrzak stała się odtąd piękna Elżbieta drugą Ogródkową Muzą.

I w następnych latach częstą ozdobą tak „Śpiewających …” –  jak współtworzonych przez Aleksandra Czajkowskiego-Ładysza już na Frascatii niedzielnych Muzycznych Ogrodów.

Rozdz. CXXII – Co po psie w Teatrze?

niedziela, 16 Maj 2010

Ponad pięćset osób oklaskiwało w Dolinie Szwajcarskiej przedstawienia „Roxi Bar” z Gdyńskiego Teatru. W połowie spektaklu coś zaskuczało z cicha. Obejrzawszy się odkryłem, że siedząca koło mnie pani trzyma na kolanach malutkiego jamnika. „Przepraszam, on taki sentymentalny” wyszeptała elegancka dama, pogłaskaliśmy pieska i ten wnet się uspokoił. Mieszka tu w okolicy. „Odkąd powstał ten teatrzyk przynajmniej nie boję się nocą chodzić z psem na spacery, no i idąc na spektakl niekoniecznie trzeba pieska samego zostawiać” – powiada.

Iluż ludzi nie idzie do teatru czy do kina właśnie dlatego, że nie ma jak dojechać, obawia się o powrót czy z kim dziecko zostawić. Do Doliny Szwajcarskiej do teatru ogródkowego przychodzili rodzice z dziećmi, wielu (włącznie z mieszkającym nieopodal dyrektorem) potrafiło przyjechać rowerem. Mimo dżdżystej wiosny i niezbyt pogodnej pierwszej części lata od 15 maja do końca września odwiedziło nas tutaj przeszło 20 tysięcy osób. To prawie drugie tyle co roczna frekwencja całego Domu Kultury, który naturalnie niczego ze swej edukacyjnej działalności realizowanej na Smolnej 9 i w klubach przy Marszałkowskiej, Hożej, Mokotowskiej, Wilczej i Andersa nie zaniechał.

Wygraliśmy bitwę. Już nikt Doliny Szwajcarskiej niepotrzebnie nie spieszczał, zdawało się, że już niedługo nie będzie trzeba podawać jej adresu ( przy ul. Chopina). Sama stawała się adresem – jak niegdyś.

Mnie najbardziej cieszyły pieski na widowni, rowery w boksach i najprawdziwsi inteligenci w krzesełkach. Bo, jak zgodnie podkreślali jurorzy naszych festiwali i przybyli goście, w Dolinie Szwajcarskiej zbierała się wówczas najlepsza publiczność w Warszawie. Na występach teatralnych po pół tysiąca gości, dziesiątki dzieci wraz ze starszymi śpiewały karaoke, setki miłośników poezji przybywały we wtorki na spotkania z bardami organizowane przez Stanisława Klawe, trwał turniej tańców towarzyskich w czwartki, a w piątki przyciągały tłumy największe gwiazdy kabaretu ( we wrześniu Jan Pietrzak, Paweł Dłużewski, Olek Grotowski, Stanisław Zygmunt), które zapraszał Ryszard Makowski.

Na koncercie - Piosenko Powstań (31.VII.2004)

Bywalcy Ogródka Jordanowskiego w Parku Ujazdowskim wnet się zorientowali, że w sobotę i w niedzielę czekała na dzieci w Małej Szwajcarii kawiarenka i zabawa w Akademii Pana Foresta – Janusza Leśniewskiego.

To wszystko pozwoliło mi przedłużyć imprezę nazwaną „Ogródki Warszawskie”  do końca września:by oprócz codziennych koncertów pomóc 8 września w realizacji organizowanej przez „Salon 101″ Małgorzaty Bocheńskiej wystawy pod hasłem „Dobra Wiadomość w Fotografii”, by przez cały wrzesień służyć wszystkim warszawskim scenom teatralnym jako miejsce ich promocji, by w sobotę 25 września przy współpracy z Biurem Teatrów Urzędu Miasta uczynić Dolinę bazą wielkiej Dionizyjskej Parady Teatralnej.

A potem? Zamierzałem pójść za ciosem. W końcu każdy, kto wspomni Dolinę Szwajcarską kojarzył ją przede wszystkim ze ślizgawką. Więc z pomocą prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Andrzeja Urbańskiego (bez których nadzwyczajnego wręcz zaangażowania w stworzenie budżetu dla Ogródków Warszawskich nie nastąpiłby ten niezwykły architektoniczny i estetyczny postęp w urządzeniu Doliny) – zamierzałem  przywrócić wreszcie Miastu jego Miejsce Magiczne.

Renata Kretówna

Miejsce, które może nawet dziesięciokrotnie zwiększyć ilość osób uczestniczących w stołecznej kulturze, miejsce, które wpisane jest w genotyp miejski i które może stać się rozpoznawalną w Europie, specyficzna wizytówką Warszawy. Miejsce przyjazne, zwrócone do tej części warszawiaków i odwiedzających ją turystów, którzy nie mają czasu, a bywa, że i pieniędzy na korzystanie z bogatej oferty warszawskich instytucji kultury.Wreszcie miejsce dla okolicznych mieszkańców, którzy jak moja rozmówczyni z „Roxi Baru” chcą czuć się bezpiecznie i szukają razem niezobowiązującej, eleganckiej i kulturalnej rozrywki dla siebie i dla swych najwrażliwszych przyjaciół.

I tak zakończył się trzynasty konkurs. Nie był to jednak koniec imprezy. Przedłużyłem ją jeszcze o cały miesiąc, aż do końca września fundując każdego dnia tygodnia inne plenerowe spotkania. W poniedziałki zaprosiłem laureatów konkursu. W pozostałe dni pojawiły się imprezy nowe.

I nowe powstawały wraz z nimi jakości. Spisałem je w końcu września ex post, tworząc i rozdając dokument, który nazwałem „Papirus dla potomności”. Charakterystyczne, że wydanie jego kosztowało grosze.  Od razu jednak wzbudziło wielki gniew miejskich urzędników instynktowanie rozumiejących, że to co w moich działaniach najgroźniejsze to pamięć. Pamięć przeszłości i pamiątka dla przyszłości – świadomość, że cokolwiek dziś powstaje z przeszłosci się rodzi i  przyszłość sobą naznacza.

Tak – walka o rząd dusz to zawsze walka pamięci.

Margita Ślizowska

Pamiętajmy więc, co poza poniedziałkowym XIII Konkursem Teatrów Ogródkowych i wrześniowymi powtórkami hitów sezonu[1] zdarzyło  się w Dolinie Szwajcarskiej latem 2004 roku.  Zaczęliśmy 15 maja 2004 Festiwalem Literatury z Kiermaszem Książki i Poezji. We wtorki odbywały się: Śpiewające Ogrody[2], w środy Przybywali Bardowie Staszka Klawego odwiedzili[3]. W czwartki toczyły się Taneczne Ogrody[4] W piątki zaingurowałem Kabaretowe Wieczory Gwiazd.[5] Prezentowana też była Pantomima w Ogrodach.[6] Odbywały się wreszcie na dziecięce Weekendy Ogródkowe[7]. A w ramach akcji wakacyjnej dla najmłodszych  tzw. Mała Szwajcaria czyli – Lato w Mieście.[8] Powstała wreszcie przy współpracy z Krzysztofem Chyżym tzw. Letnia Akademia Filmowa.[9]

Przeszło 20 tysięcy osób, które odwiedziły Dolinę od połowy maja do końca września 2004 roku to był wzrost dwukrotny w stosunku do najlepszego dotąd i jedynego całościowego X sezonu Konkursu Teatrów Ogródkowych. Ale to był wszak tylko letni teatr. Teraz pojawiły się nowe jakości.

Wtorkowe śpiewające ogrody, które pragnąłem wspierać techniką karaoke ciągnęła dzielnie Margita Ślizowska dając krótkie 30 minutowe recitale piosenek Jacka Kaczmarskiego, Osieckiej, Młynarskiego. Poza Margitą jako „zapiewajłę” wykorzytywałem zatrudnioną w Domu Kultury Ewę Ruckaber, ale też zwłaszcza we wrześniu, gdy już impreza nabrała rumieńców, hyr ( bo gazety zaczęły nas bagatelizować) poszedł po mieście i  pojawiały się różne pragnące zaistnieć osobowści wokalne. Miała szansę przypomniec się swoim fanom –  Renata Kretówna. Kiedy indziej po sukcesach w prestiżowych

Karaoke - czyli wspólne śpiewanie

włoskich lokalach gastronomicznych pojawiła się wraz ze swym impresario niejaka pani  Ewa Sikocińska, z którą udało się jednak miłą imprezę poświęconą włoskiej i francuskiej piosence zbudować. Pchałem to wszystko własnymi rękami. Brałem udział w karaoke by pokazać, że śpiewać każdy może, ale nade wszystko wykazać, że tu nie chodzi o solówki. Że pieśń jednoczy, że pieśń nas łączy i stroi. I wtedy nastąpił ten ważny dzień.

CDN


[1] 6 wrzesień 2004   Teatr Piosenki „Odrobina piosenki na co dzień”,  Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski, konsultacje Magda Umer, wyst. Hanna Chojnacka, Dorota Dobrowolska

13 wrzesień 2004    Monodram kabaretowy Stanisława Górki  „Wieczny tułacz”  tekstami M.Hemara

20 wrzesień 2004    Teatr Syrena „Szaleć nienagannie” Recital Izabelli Olejnik, reż. Artur Barciś

[2] 18 maj 2004         Wieczór Karaoke AA „Europa” Giedymin Wróblewski,

25 maj 2004            „Variete Operetkowe: Tadeusza Woszczyńskiego, Krystyna Starościk, akompaniament Andrzej Chmielewski”

1 czerwiec 2004      „Rewia Dziecięco – Młodzieżowa „”Kot w worku czyli co w nas siedzi”", Choreografia Marcin Skrzecz”

8 czerwiec 2004      Karaoke „Zakochane Piosenki” śpiewa Ewa Ruckgaber

15 czerwiec 2004    Karaoke „Piosenki Marii Koterbskiej” śpiewa Ewa Ruckgaber

22 czerwiec 2004    Karaoke „Piosenki Czerwonych Gitar” śpiewa Ewa Ruckgaber

29 czerwiec 2004    Karaoke „Piosenki Biesiadne”  śpiewa Ewa Ruckgaber

6 lipiec 2004           Piosenki Agnieszki Osieckiej śpiewa Margita Ślizowska

13 lipiec 2004         „Piosenki francuskie śpiewa Ewa Sikocińska-Gacka i Agnieszka Skrzyszewska”

20 lipiec 2004         Piosenki Jacka Kaczmarskiego śpiewa Margita Ślizowska

27 lipiec 2004         Piosenki Jonasza Kofty śpiewa Margita Ślizowska

30 lipiec 2004         KINOLATERNAE  Koncert tria Ryszard Latecki, Włodzimierz Kiniorski, Tadeusz Sudnik

3 sierpień 2004       Piosenki Wojciecha Młynarskiego śpiewa Margita Ślizowska

10 sierpień 2004     Recital poetycko-aktorski Renaty Kretówny

17 sierpień 2004     Piosenki do wierszy K.I.Gałczyńskiego śpiewa Margita Ślizowska

21 sierpień 2004     Zespół Muzyczny „Blueszcz”

31 sierpień 2004     Przegląd piosenki politycznej „Powstań piosenko”

7 wrzesień 2004      Recital Ewy Sikocińskiej – Gackiej – „VOGLIA DI AMARE”

8 wrzesień 2004      „Dzień Dobrej Wiadomości – spotkanie przyjaciół idei, Koncert zespołu Swing Guitars. Złota Tarka 2004 ”

14 wrzesień 2004    Recital Elżbiety Ryl-Górskiej „W krainie operetki”

21 wrzesień 2004    Koncert Margity Ślizowskiej z zespołem

[3] 20 maj 2004         Andrzej Brzeski „Walc dla outsiderów”

23 czerwiec 2004    Jacek Kleyff  „Przezroczysty las”.

30 czerwiec 2004    Stanisław Klawe

7 lipiec 2004           Ryszard Makowski, Stanisław Klawe

14 lipiec 2004         Piotr Bakal.

21 lipiec 2004         Grzegorz Tomczak.

28 lipiec 2004         Tomasz Olszewski.

4 sierpień 2004       Bogusław Nowicki.

11 sierpień 2004     Andrzej Garczarek.

18 sierpień 2004     Tomasz Szwed.

1 wrzesień 2004      Marek Majewski. „Wyrosłem z Ballady”.

15 wrzesień 2004    Leszek Wójtowicz.

22 wrzesień 2004    Finał Konkursu „Przybycie Bardów”

[4] 17 czerwiec 2004  „Zespół GAWĘDA pt. „”Gawęda Od-nowa”"

Lekcja Tańca – samba. Prowadzenie Andrzej Ciećwierz”

24 czerwiec 2004    „Teatr ZAMIAST

Lekcja Tańca – jive – młodszy brat rock & rolla”

1 lipiec 2004           „Teatr bez kota „”Po próbie”"

Lekcja Tańca – cha-cha ”

8 lipiec 2004           „”"I co teraz”" – KABARET 41

Lekcja Tańca – rumba”

15 lipiec 2004         Lekcja Tańca – mambo

22 lipiec 2004         „Pokaz tańca towarzyskiego – Andrzej Ciećwierz

Lekcja Tańca – walc angielski”

29 lipiec 2004         „Pokaz tańca towarzyskiego

Lekcja Tańca – tango”

5 sierpień 2004       „Pokaz tańca towarzyskiego

Lekcja Tańca – walc wiedeński”

12 sierpień 2004     Grupa Ad hoc i Lekcja Tańca

19 sierpień 2004     Pokaz tańca towarzyskiego i Lekcja Tańca

2 wrzesień 2004      Pokaz tańca nowoczesnego Teatru Bez Kota i Lekcja Tańca

9 wrzesień 2004      Pokaz warsztatowy Teatru Zamiast i Lekcja Tańca

16 wrzesień 2004    Pokaz tańca towarzyskiego – Tańczące dzieci i Lekcja Tańca

23 wrzesień 2004    „Turniej Tańca Towarzyskiego dla uczestników Tanecznych Ogrodów – Prowadzenie Andrzej Ciećwierz

[5] 18 czerwiec 2004  Tadeusz Ross „Życie przerosło kabaret”

23 lipiec 2004         Tomasz Woźniak i Magdalena Ciecierska – Kabaret autorski pt.”Paralaksa”

30 lipiec 2004         Marek Majewski,  Artur Andrus

6 sierpień 2004       Rafał Ziemkiewicz, Renata Zarębska

13 sierpień 2004     Muzyczny Kabaret Wojtka Dąbrowskiego „Kuplety i Piosenki Warszawskie”

20 sierpień 2004     Joanna Jeżewska, Marcin Wolski

27 sierpień 2004     Krzysztof Daukszewicz

3 wrzesień 2004      Jan Pietrzak

10 wrzesień 2004    Paweł Dłużewski

17 wrzesień 2004    Olek Grotowski i Gosia Zwierzchowska

24 wrzesień 2004    Stanisław Zygmunt

[6] 9 lipiec 2004         „Żywioły” Warsztat ekspresji twórczej Teatru Ruchu z Radzynia Podlaskiego pod kierownictwem Janusza Szymańskiego

16 lipiec 2004         „Umarli muszą tańczyć” Teatr Emocji i Wyobraźni – Klub IKAR z Warszawy pod kier. Katarzyny Kwiatkowskiej

23 lipiec 2004         „Ja” i „Wyspa daleko od morza” – Teatr Tańca „Figiel” z Połczyna Zdroju pod kier. Małgorzaty Lorenc

13 sierpień 2004     „”"Ostatni taniec”" i „”I – L`EMBELLIE”" -Teatr L`OBLIQUE z Koszalina pod kierownictwem Jupi Podlaszewskiego ”

20 sierpień 2004     „”"Maszyna ciała mego”" w wykonaniu Pauliny Wysockiej  ze Staromiejskiego Centrum Kultury Młodzieży w Krakowie. Opieka pedagogiczna Marta Pietruszka”

[7] 22 maj 2004         „Fasolinki” ZESPÓŁ wokalno taneczny z MDK

29 maj 2004            „Rewia Dziecięco – Młodzieżowa „”Kot w worku czyli co w nas siedzi”" autor i choreografia Marcin Skrzecz”

17, 18, 24  lipiec 2004            „Dlaczego ciele ogonem miele”- zbiór wierszy; reż. J.Lissner

31 lipiec 2004         „”"Bajkowy telefon, czyli igraszki z królem zwierząt”"- Kabaret dla dzieci w wykonaniu Joanny Lissner i Cezarego Poksa Reżyseria – Joanna Lissner”

1 sierpień 2004       Przedstawienie „Piosenki Powstania Warszawskiego”

7 sierpień 2004       „”"Bal u Kaczki Dziwaczki”" Barwna interpretacja wierszy J.Brzechwy , Joanna Lissner  Magda Maciejewska Piotr Makarski Cezary Poks”

8 , 14 sierpień 2004                – „”"Słoń Trąbalski i nie tylko”" . Spotkanie z Julianem Tuwimem.

Magda Maciejewska i Joanna Lissner”

15, 16 sierpień 2004               „Dlaczego ciele ogonem miele”- zbiór wierszy; reż. J.Lissner

21 sierpień 2004     „”"Pożarcie Królewny Bluetki”" Musical Macieja Wojtyszki.

Magda Maciejewska Joanna Lissner Cezary Poks Borys Jaźnicki”

22 sierpień 2004 oraz 4, 11, 12, 18 i 19  wrzesień 2004       Akadema Pana Foresta – gry parateatralne dla dzieci

[8] 2 lipiec 2004         LATO W DOLINIE SZWAJCARSKIEJ  – gry i zabawy parateatralne

6 lipiec 2004           Przedstawienie „Bal u kaczki dziwaczki”

7 lipiec 2004

6 lipiec 2004           „NA AZYMUT czyli dzień z życia harcerza

Impreza organizowana ze Szczepem 293 WDHiZ z ul.Kasprowicza 107 ”

9 lipiec 2004           ” Bawmy się razem” program artystyczny w wyk. Barbary Nowak i Andrzeja Zagrodzkiego

13 lipiec 2004         LATO W DOLINIE SZWAJCARSKIEJ  – DZIEŃ FRANCUSKI

15 lipiec 2004         BITWA POD GRUNWALDEM  – zapoznanie dzieci z właściwym fragm. „Krzyżaków” H.Sienkiewicza, scenki batalistyczne w wyk.dzieci

16 lipiec 2004         Gry i zabawy parateatralne

20 lipiec 2004         Warsztaty plastyczne, prowadzi Krzysztof Dzienkiewicz

23 lipiec 2004         WAKACJE Z KAMERĄ  – zajęcia  prowadzi Maciej Dominiak

27 lipiec 2004         SPOTKANIE Z JAPONIĄ. Impreza organizowana wspólnie z Oddziałem Warszawskim Towarzystwa Polsko-Japońskiego i  ambasadą Japonii.

30 lipiec 2004         „WIELKI PIKNIK LATA W MIEŚCIE! Koniec Akcji lipcowej, początek Akcji sierpniowej z udziałem sponsora WSS Społem Śródmieście i dzieci z Domów Dziecka i innych Placówej Opiekuńczych.

W programie: spektakl teatralny „”DALMATYŃCZYKI I 101 ŻARTÓW”"”

3 sierpień 2004       „”"SPOTKANIE Z KULTURAMI – STOWARZYSZENIE OB.SZARY”"

- tańce, zwyczaje, wspólna zabawa”

10 sierpień 2004     „ROWEROWA DOLINA – Spotkanie z policjanetem Piotrem Deputowskim z Komisariatu

przy ul. Wilczej, zasady bezpieczeństwa i ruchu drogowego, konkursy z nagrodami ”

17 sierpień 2004     „GLADIUS”  – pokazy walk rycerskich

19 sierpień 2004     „”"LATAWCE, DMUCHAWCE, WIATR – czyli sami robimy latawce”" z udziałem instruktora

Pracowni Modelarskiej z Pałacu Młodzieży”

20 sierpień 2004     Warsztaty plastyczne – lepienie w glinie, zajęcia prowadzi Krzysztof Dzienkiewicz

24 sierpień 2004     Przedstawienie „Dlaczego ciele ogonem miele”

25 sierpień 2004     LATO W DOLINIE SZWAJCARSKIEJ  – gry i zabawy parateatralne

27 sierpień 2004     PIKNIK Finał LATA W MIEŚCIE! Z udzialem WSS „SPOŁEM”

28 sierpień 2004     Akadema Pana Foresta – gry parateatralne dla dzieci

[9] 4 sierpień 2004     Trzy Kolory „Biały”,  reż. Krzysztof Kieślowski

5, 7 sierpień 2004   Trzy Kolory „Czerwony”,  reż. Krzysztof Kieślowski

8 ,9 sierpień 2004   Trzy Kolory „Niebieski”,  reż. Krzysztof Kieślowski

10, 11 sierpień 2004               „Nowy Jork czwarta rano”, reż. Krzysztof Krauze

12,13 sierpień 2004

14 sierpień 2004     „Cwał”, reż. Krzysztof Zanussi

15 sierpień 2004     „Blizna”, rez Krzysztof Kieślowski

16 ,17 sierpień 2004               „Przypadek”, reż. Krzysztof Kieślowski

18 ,20 sierpień 2004               „Cwał”, reż. Krzysztof Zanussi

21, 24 sierpień 2004               „7 mil do nieba”, rez. Maciej Dejczer

31 sierpień 2004     „Zakazane Piosenki”, reż. Leonard Buczkowski

1, 2 wrzesień 2004  „Zazdrość i Medycyna”, reż.Janusz  Majewski

3 ,4 wrzesień 2004  „Zaklęte Rewiry”, reż. Janusz Majewski

5 ,6 wrzesień 2004  „Limuzyna Deimler Benz”, reż. Filip Bajon

7, 8, 9, 10 wrzesień 2004       „Amator „, reż. Krzysztof Kieślowski

11, 13 wrzesień 2004             „Aria dla atlety „, reż. Filip Bajon

14 wrzesień 2004    „Dzięcioł”, reż. Jerzy Gruza

15 , 16 wrzesień 2004            „Iluminacja „, reż. Krzysztof Zanussi

17 ,18 wrzesień 2004             „Blizna „,reż. Krzysztof Kieślowski

19 , 20 wrzesień 2004            „Pajęczarki „, reż.Barbara Sas

21 ,22 wrzesień 2004             „Kłopoty z facetami „, reż. Bob Refelson USA

23 , 24 wrzesień 2004            „Pan Tadeusz „, reż. Andrzej Wajda

Rozdz. CXXI – Dolina Szwajcarska i „gustowne zabawy”

sobota, 15 Maj 2010

W 2004 roku codzienne spotkania w Dolinie Szwajcarskiej rozpoczęły się 15 maja – równo sześć lat temu. Opisanym już Festiwalem Literatury zmoczonym przez Zimnych Ogrodników. Jednak publiczności z każdym dniem przybywało.

Co niedzielę w Lapidarium i co poniedziałek graliśmy spektakl przeglądu ogródkowego. Było już wiadomo, że tego roku do Jury prócz Jurka Derfla, dołączy ściągnięta przez Anię Retmaniak  - Grażyna Barszczewska.

J.Derfel, M.Nowak. E.Barszczewska, A.Retmaniak - Jury 2004

Dokooptowałem też, naiwnie licząc na  wsparcie reprezentowanych przezeń środowisk,  świeżo odwołanego z Teatru Wybrzeże krytyka kulinarnego „Gazety Wyborczej”, zadeklarowanego geja i wytrawnego organizatora Teatralnego  - wychowywanego w latach ’80 tych  na placówce w Moskwie – Macieja Nowaka. Doprawdy czy można było pójść dalej w tolerancji !?

Maciej Nowak

W ramach przeglądu wystąpili 17 maja 2004  o godz.19.00 Teatr Dramatyczny (Elbląg) z „Psychoterapią, czyli sex w życiu człowieka” a 24 maja 2004 godz. 19. 00 Teatr Śląski (Katowice)      „Frank&Sztajn”.  I to był ostatni spektakl, na którym próbowałem jeszcze biletować imprezę. Z tego biletowania musiałem się wcześniej tłumaczyć, kiedy w odpowiedzi na moje prywatno-gminne ogródki eSeLDowskie „zające” próbowały ( a i tak bez powodzenia) wspierać urządzany na małym rynku dziekanki przez studentów UW Letni Ogródek Teatralny.

A zrobili to dlatego, że w odróżnieniu od prawicy zawsze czuli siłę igrzysk, za które od peryklejskich czasów władza nie tylko nie kazała płacić lecz skłonna była nawet płcić ludowi teatralną dniówkę – ateńskie dwa obole.

Kiedy więc ruszywszy z imprezą w połowie maja zobaczyłem, że w pełni sezonu teatralnego i bez nawyku tak wczesnego odwiedzania plenerów w Dolinie nie przybywają doń tłumy stwierdziłem, że blokowanie wejścia ludziom i zmniejszani frekwencji dla 100 – 400 zł od spektaklu, (co w skali sezonu mogło dać w porywach trzy do sześciu tysięcy złotych), które dotychczas przeznaczałem na skromne honoraria dla artystów w istocie mija się z celem.

Dotychczas obowiązywała genialna. skromnie zaznaczę :-) w swej prostocie zasada, że aktorzy występujący w Konkursie walcząc o wysoką nagrodę rezygnują z honorariów. Satysfakcjonując się jedynie ściąganym przeze mnie plenerowym (ale obowiązkowym) „kapeluszem”. Teraz jednak stwierdziłem, że przy 430 tys. zł które udało mi się otrzymać od Prezydenta Kaczyńskiego ważniejsze jest podniesienie frekwencji niż kilka tysięcy złotych. Ustaliliśmy więc z Darkiem Sikorskim, którego zwolniłem w tym momencie, z mało przyjemnej roli finansowego cerbera, że w Regulaminie Teatru Ogródkowego wprowadzona zostanie zmiana polegająca na tym, iż każdy występujący w konkursie aktor otrzyma ze strony organizatora prócz noclegu i zwrotu kosztów przejazdu także zryczałtowane honorarium w wysokości 100 zł.

Ważne jest to zastrzeżenie: ze strony organizatora. Przez lata bowiem korzystając z patentu: „gracie bez honorarium, za kasę z kapelusza z nadzieją na wysoką nagrodę” dostarczałem stołecznej publiczności znakomite spektakle za przysłowowy „psi grosz”. Patent ten jednak sprawdzał się w relacjach z małymi anterpryzami prywatnymi, gdzie trupa 4-6 osób ponosi koszta, główny aktor jest kierowcą, heroina księgową, służący tragarzem, gdzie aktorzy wzajemnie charakteryzują się, strzegą rekwizytów, gdzie najwyżej jedna góra dwie osoby – zwykle zajmujące się oświetleniem i nagłośnieniem pracują nie występując na scenie. Takich zespołów jest w Polsce parę: Teatr Tradycyjny Hankiewiczów, Clown Wiepriewa, Teatr Własny Stanisławiaka, Korez Mirka Najnerta, Montownia, czy Kabaret Moralnego Niepokoju.

24 maj 2004 - Teatr Śląski w Dolinie - początek Festiwalu

Jednak zespołami większymi, stacjonarnymi innymi zgoła rządzą prawa. Tam nie opędzi się przyjazdu czterema osobami, tam za zespołem ciągną się tragarze i garderobiane, tam aktor nie widzi powodu by poniżać się do fizycznej pracy. Tam też nawet 10 tys zł nagrody nie zrewolucjonizuje budżetu instytucji, a i nagroda na festiwalu sprawi przyjemność dyrekcji lecz nie wiele zmieni w życiu poszczególnego artysty. Taki też artysta zazwyczaj nawet na festiwalu konkursowym nie zrezygnuje ze swojej wyjazdowej stawki, którą wypłacać musi mu teatr. No i wypłacał. Tak było zawsze w wypadku profesjonalnych scen, z którymi dane mi było współpracować: Z Białostockim Teatrem Lalek, Ludowym z Nowej Huty, Miejskim z Gdyni, Tarnowskim im. Solskiego czy z Teatrem Powszechnym w Łodzi na samym czele.

Nie ma co ukrywać: był w mój festiwal wpisany paradoks. Paradoks, któremu najwyraźniej sprzeciwiał się jeszcze w połwie lat ’90 tych dyrektor Teatru w Nowej Hucie – Andrzej Fedorowicz pytając wprost jaki to ma sens by dyrekcja Teatru wydawała 10 tys. zł na wyjazd zespołu do Warszawy po to by dwie panie ( reżyserka i scenografka) dostały po 500 zł nagrody. Fedorowicz miał słusznośc, ze swego punktu widzenia. Ale przecież Konkurs Teatrów Ogródkowych powstał dla tych, którzy poza instytucją teatru szukają jego źródeł. Powstał z mojej, jakże naiwnej wiary, że oto wraz z nastaniem III RP kończy się zbiurokratyzowana instytucja sztuki socjalistycznej taka jakiej genialne portrety skręcila Agnieszka Holland w „Aktorach Prowincjonalnych” czy Andrzej Wajda w „Dyrygencie” wg scenariusza Seniora.

No cóż, pomyliłem się. III RP nie stworzyła mechanizmów finansowania kultury ze źródeł poza budżetowych. Artyści też poza bardzo nielicznymi wyjątkami nie szukali sposobów na zracjonalizowanie funkcjonowania instytucji teatralnej. Efekt jest taki, że wcale nie małe środki jakie przeznaczają rządy i samorządy na funkcjonowanie, miejskich teatrów giną w otynkowaniach, ogrzewanich, premiach kasjerek, kieszeniach pań z organizacji widowni. Dziurawe to kieszenie i nie głębokie ale każdy boi się ich oberwania: nie ma bowiem nic gorszego niż zrobić sobie wrogów z teatralnych funkcjonariuszy.

Warszawa jest tego bodaj najwyrazistszym przykładem. Dysponuje bowiem jedną z największych w Europie, jeśli nie w świecie ilością miejskich scen dramatycznych. Po reformie samorządowej pozostało ich 17 ale przecież do tej liczby trzeba dodać trzy teatry wojewódzkie (Polski, Studio i Żydowski) podległe samorządowi województwa i jeszcze cztery (Współczesny, Powszechny, Ateneum) „ministerialne” włącznie z Teatrem Narodowym. Przypomnjmy dla porównania, że niezwykle wspierająca sztukę Francja ma w Paryżu jedynie dwa Teatry dotowane: To Teatr Odeon i Komedia Francuska.Takim molochem teatralnym jakim dysponuje Warszawa zarządzać się po prostu nie da.

Najlepiej tego dowodzi fakt, że po pierwszych kontaktach z tym, skądinąd bardzo opiniotwórczym środowiskiem Prezydent Kaczyński doszedł do wniosku, że konieczne jest powołanie w Stolicy niezależnego od Biura Kultury ( podporządkowanego wiceprezydentowi) Biura Teatrów, którego szefem uczyniwszy osadzonego we wszystkich tak komunistycznych jak masońsko księżych układach Janusza Pietkiewicza -podporządkował je bezpośrednio sobie.

Wszak „Odkąd Nowosilcow wyjechał z Warszawy, nikt nie umie gustownie urządzić zabawy…”

W takich też okolicznościach pojąwszy, że samodzielna, pozbawiana bezbośrednio mafijnego finansowania przez piorące czasem w kulturze swe środki korporacje,  fundacja stoi w tym kraju na z góry straconych pozycjach podjąłem się organizacji imprezy za pośrednictwem instytucji budżetowej, dla której ( jak uważałem) od przychodu ważnejsze jest racjolnalne wydawanie środków z pożytkiem dla wspólnoty lokalnej. Stąd począwszy od   31 maja 2004 godz. 19.00 i wystawienia przez Teatr Kanon  z Bydgoszczy „Świeczka zgasła” zacząłem w postępie geometryczym podnosić frekwencję na ogródkowych imprezach.

Tendencja wzrostowa trwała przez trzy lata, dopóki przez nowe władze Hanny Gronkiewicz i wnuka komunistycznego sługusa jakim przez cały czas PRLi był Lesław M. – Wojciecha Bartelskiego zręcznie lawirującego miedzy PIS-em a Platformą nowożytnego „aparatczyka” –   siłą nie została zatrzymana.

I tak to XIII KTO wyznaczać zaczęło liczenie publiczności. Tej w Dolinie[1] i tej jeszcze, która ( tam zresztą jeszcze nawykowo za pieniądze) występowała w Lapidarium[2].

Na finały XIII Konkursu Teatrów Ogródkowych w Dolinie Szwajcarskiej złożyły się występy[3] Po czym ogłoszono wyniki XIII Konkursu Teatrów Ogródkowych. 30 sierpnia  2004 gośiem finału: była Anna

Chodakowska, która  recitalem poetyckim  „Otto” umilała czas publiczności oczekującej na werdykt jury.

Wręczenie Wielkiej Ogródkowej Annie Kękuś za "Roxi Bar"

Instrumenty zostały pozbierane. XIII Konkurs Teatrów dobiegł końca. Frekwencja na samych finałach sięgnęła 5 tys. osób. Werdykt był następujący: WERDYKT JURY XIII KONKURSU TEATRÓW OGRÓDKOWYCH  Jury:    Grażyna Barszczewska – Przewodnicząca: Jerzy Derfel, Maciej Nowak i Anna Retmaniak postanowiło przyznać: I. Nagrodę „Wielką Ogródkową” -       Teatrowi Muzycznemu z Gdyni za „Roxi Bar, reż. Anna Kękuś,

II. Nagrodę „Dużą Ogródkową”- Teatrowi Rampa z Warszawy za            „Love, reż. Andrzej Strzelecki,

III  oraz trzy równorzędne     Nagrody „Małe Ogródkowe”:

Teatrowi Piosenki z Warszawy za     „Odrobina piosenki na co dzień, konsultacje Magda Umer;

Teatrowi Mżonca z Warszawy za „Cud miód malina dziewice czyli Dziewczyny do wzięcia, reż. Zespół;

Teatrowi Alternatywa z Warszawy   „Czekałem na ciebie, reż. Piotr Rzymyszkiewicz, Tomasz Zaród

WERDYKT  PUBLICZNOŚCI XIII KONKURSU TEATRÓW OGRÓDKOWYCH  był bardzo podobny z nieco tylko odmienioną kolejnością:

I          Teatr Piosenki z Warszawy    Odrobina piosenki na co dzień, konsultacje: Magda Umer

II         Teatr Muzyczny z Gdyni       Roxi Bar, reż. Anna Kękuś

Roxi Bar

III       Teatr Dramatyczny z Elbląga Psychoterapia, czyli seks w życiu człowieka, reż. Jacek Chmielnik

Na Finale po przedstawieniu Ani Chodaowskiej nagrody ( już po raz drugi) wręczał wiceprezydent czyli Andrzej Urbański.

Było to dość zabawne patrzeć przy tym nie nieszczęsnego Jarosława Zielińskiego, z podsuwalskiej Szwajcarii ( może dlatego tak lękał się naszej Doliny), który nic nie rozumiawszy z idei konkursu zastanawiał się jedynie, co ja z tego mam, a że sam swoich profitów nie widział unikał jakiegokolwie kontatu z imprezą.

Zwiedziawszy się jednak, że prezydent mnie „zaszczyca” przybiegł na dwóch łapkach i grzecznie wygłaszał éloge na moją cześć.

Mówiąc szczerze to bardziej takich „burków” –  niż kundelka jednej z wiernych audytorek miałem w oczach pisząc tekst do wrześniowego programu Doliny 2003:


[1] 7 czerwca 2004 godz.19.00, Teatr Maska (Jelenia Góra) -”W starym kinie?… czyli zwierzenia  dublera”

14 czerwca 2004 godz. 19.00, Centrum Kultury Teatr       (Grudziądz)  -      „Karol”

21 czerwca 2004 godz. 19.00, Piwnica przy krypcie (Szczecin) -      „Tlen”

28 czerwca 2004 godz.19.00, Agencja Artystyczna Art-D (Warszawa) – „Jak zjadłem psa”

5 lipca 2004 godz. 19.00,Teatr Alternatywa (Warszawa)

„Czekałem na ciebie”

5 lipca 2004 godz. 20.30, Teatr Piosenki (Warszawa) – „Odrobina piosenki na co dzień”

12 lipca 2004 godz. 19. 00, Teatr Władca Lalek (Słupsk) -      „Nie tylko dla mężczyzn”

19 lipca 2004 godz. 19. 00, Unia Teatr Niemożliwy (Warszawa) -      „Szopka Don Cristobala”

26 lipca 2004 godz.19. 00, Teatr im. T-34 (Warszawa) – „Pancerni”

2 sierpnia 2004 godz. 19. 00, Teatr De Legacja (Białystok) -”Striptiz emocjonalny, czyli seks na walizkach”

9 sierpnia 2004 godz. 19. 00, Teatr Lalek Pleciuga (Szczecin) – „Duvelor albo Farsa o starym diable”

16 sierpnia 2004 godz. 19. 00, Teatr Mżonca (Warszawa) „Cud miód malina dziewice, czyli Dziewczyny do wzięcia”

[2] 11 lipca 2004 godz. 19.00,Teatr Piosenki (Warszawa) -      „Odrobina piosenki na co dzień”

18 lipca 2004 godz. 19.00, Teatr Forum (Łódź) -      „Wesołych Świąt”

25 lipca 2004 godz. 19. 00,Teatr HIZOP (Kraków) -      „Ecce Homo”

8 sierpnia 2004 godz. 19. 00, Studio Teatr Test (Warszawa) -   „Sklepy cynamonowe”

15 sierpnia 2004 godz. 19. 00, Teatr 2. Strefa (Warszawa) -   „Mąż i żona”

22 sierpnia 2004 godz. 19. 00,Teatr Dramatyczny (Elbląg) -  „Psychoterapia, czyli seks w życiu  człowieka”

[3] 23 sierpnia  2004, Psychoterapia, czyli seks w życiu człowieka, (Teatr Dramatyczny, Elbląg)

24 sierpnia  2004, Nie tylko dla mężczyzn, (Teatr Władca Lalek, Słupsk) oraz Striptiz emocjonalny czyli seks na walizkach, (Teatr De Legacja, Białystok)

25 sierpnia  2004,  Czekałem na ciebie (Teatr Alternatywa, Warszawa) oraz Love, (Teatr Rampa, Warszawa),

26 sierpnia  2004, Mąż i żona, (Teatr 2. Strefa, Warszawa) oraz Roxi Bar, (Teatr Muzyczny, Gdynia)

27 sierpnia  2004, W starym kinie?… czyli zwierzenia dublera, (Teatr Maska, Jelenia Góra) oraz poza konkursem – Gwiazda kabaretu – Krzysztof Daukszewicz

28 sierpnia  2004, Ecce Homo, (Teatr HIZOP, Kraków) oraz

Odrobina piosenki na co dzień, (Teatr Piosenki, Warszawa)

29 sierpnia  2004, Pancerni, (Teatr im. T-34, Warszawa)

Oraz Cud miód malina dziewice czyli Dziewczyny do wzięcia, (Teatr Mżonca, Warszawa)

30 sierpnia  2004, I co teraz?, (Kabaret 41, Warszawa)

Rozdział CXX – Jan Pietrzak Prezydentem wszystkich Kaczorów

niedziela, 9 Maj 2010

Poznałem go w pierwszych dniach października  1976 roku. Dużo jednak minęło czasu – 30 lat do chwili, gdy nasze drogi się przetną i choć z różnych stron, okazuje się, że dziś w jednym zmierzamy kierunku.

Poznałem go w dniu, w którym z rąk pani profesor Kulczyckiej-Saloni odebrałem uzyskany w czerwcu dyplom ukończenia z wyróżnieniem studiów polonistycznych. Zapytany w przytomności  wyróżnionych starszych kolegów m.in. Włodka Boleckiego i Marka Zalewskiego co mam zamiar zrobić z tak pięknie zdobytym dyplomem: - Cóż myślę że teraz zacznę naprawdę studiować. Miałem nieostrożność odpowiedzieć. - Rozumiem to jako przytyk do niezbyt wysokiego poziomu studiów wycedziła przez zęby komunistyczna pani dziekan podczas gdy ja w istocie miałem na myśli spełnienie marzenia o studiowaniu Reżyserii na PWST. Cóż się więc dziwić, że gdy tego marzenia nie dali mi znów spełnić profesorowie szkoły teatralnej ( i niech Bóg sądzi ich niepojęte  wyroki) również profesorowie warszawskiej polonistyki nie znaleźli dla mnie miejsca na studiach doktoranckich bym mógł naprawdę postudiować. Na pół roku przytuli mnie Erwin Axer na swego asystenta do Teatru  Współczesnego ( za frico rzecz jasna za frico,  a frico to było bezpłatne dożywianie w bufecie Pelasi). Osiądę wreszcie na studiach doktoranckich w IFiS PAN. Przełom września i października 76 roku. Równolegle rodził się KOR, przepisywałem komunikaty. Różne fajne rzeczy.

Tymczasem Ojciec postanowi uczcić mój dyplom zapraszając na Chmielną (zwaną wtedy Rutkowskiego) do kabaretu pod Egidą. - Wiesz ich jest tam dwóch oświecił mnie senior.  Zdolny czyli Jonasz Kofta i politycznie ustawiony tzn. Jan Pietrzak. No tak,  to nie był wszak jeszcze ten dzisiejszy, ważny, kultowy Jan Pietrzak, na widok którego moherowe berety wstają z miejsc wyśpiewując ze łzami „Żeby Polska…” Kim był naprawdę, a raczej jakie trzeba było mieć w PRL korzenie by uzyskać status umożliwiający „zostanie przyzwoitym” nie dowiedziałbym się łatwo gdyby nie indoktrynacja „Gazety Wyborczej”. Ta ostatnia podaje tylko fakty dobre i złe lecz zawsze jej wygodne,  z nich zaś wynika, że mało kto jest tak gruntownie utytłany w PRL@u jak ów bard solidarności goniący dziś komuchów każdym słowem.

Mówiąc najkrócej i to słowami reżimowego satyryka Ryszarda Marka Grońskiego. „- Za inicjatorem powstania nowego kabaretu Janem Pietrzakiem przemawia legitymacja PZPR, KPP-owska tradycja rodzinna. (…). Prawda, Pietrzak współpracował z Koftą. Pocieszano się, że ta współpraca nie będzie trwać wiecznie. Inni artyści pierwszego programu uciszali niepokój. Siemion – to była firma; ozdoba rocznicowych akademii. Młody aktor Wojciech Brzozowicz należał, gdzie trzeba, i sympatyzował, z kim należało. Piszący dla kabaretu debiutant Marcin Wolski też same zalety: związki rodzinne z » Żołnierzem Wolności  «. Autor Egidy – Słojewski to znowu felietonista Hamilton z » Kultury  «, redagowanej przez Janusza Wilhelmiego, pisma bojkotowanego przez pisarzy z kręgów odległych od obozowiska Moczara”.

Jednak szef Egidy, przyznaje Groński, „poszedł za publicznością, i to nie tą komitetową”.

No właśnie. Jan Stefan Pietrzak urodził się na warszawskim Targówku jako syn Wacława i Władysławy z Majewskich. Ojciec był działaczem Komunistyczna Partia Polski, w Berezie Kartuskiej był więźniem sanacji. W 1940 był współzałożycielem organizacji „Młot i Sierp”, która później weszła w skład Związku Walki Wyzwoleńczej (przekształconego następnie w Polską Partię Robotniczą (PPR). W październiku 1942 Wacław Pietrzak został pojmany przez gestapo, w wyniku prowokacji wewnątrz organizacji, a następnie zakatowany w więzieniu na Pawiaku. Po wojnie został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Grunwaldu. Władysława Pietrzak matka Janka w latach 1947–1952 była posłanką na tzw. Sejm Ustawodawczy.

Jan Pietrzak w bardzo młodym wieku został posłany przez matkę do wojska. W latach 1948–1957 był kolejno słuchaczem Korpusu Kadetów im. gen. Karola Świerczewskiego oraz Oficerskiej Szkoły Radiolokacyjnej w Jeleniej Górze. Po odejściu z wojska pracował w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych przy produkcji telewizorów. Studiował również na kursie wieczorowo-zaocznym na Wydziale Socjologii Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR, którą ukończył w roku 1968. Był oczywiście członkiem Związku Młodzieży Polskiej (ZMP) oraz PZPR, działał w radzie robotniczej Zakładów Telewizyjnych.

Jak pisze Rafał Kalukin w sumującym Janka barwny życiorys tekście z Gazety Wyborczej Pietrzak okazuje się genialnym organizatorem: bez niego Egida długo by się nie utrzymała. Biegał z tekstami do cenzury, kłócąc się zajadle. Legitymacja PZPR była przydatna. I ściągał gwiazdy, te największe. Występowali w Egidzie m.in. Fronczewski, Pszoniak, Janda, Krafftówna, Gajos, Kaczmarski, Kaczor, Rinn, Dałkowska, Żółkowska.

Nie ma wątpliwości w III RP nie ma miejsca dla ludzi spoza układu. Może być to układ komunistczny, w którym przez lata funkcjonował Pietrzak, Gminny, który sprawia, że choćby nie wiem jak się kłócili Michnik nigdy nie skrzywdzi Wildsteina tak jak Chojeckiego. W inne mafijno eNKWuDeckie już się nie zagłębiajmy.

Na ten fakt wskazywali też bracia  Kaczyńscy pomijając tylko ten, że chcąc władzy realnej nie mogą się też od istniejących w Europie zależności odżegnywać. Kompulsywnie  szukają więc swoich reprezentantów tak Gminie jak i wśród masonów. Jak nie Józek Orzeł to Lutek Dorn, jak nie Dorn to Bronek Wildstein otwarcie przyznający się do koneksji z polską Lożą Masońską.  Zawsze przecież trafiają na wygnańców ze stada. Zamknięte koło.

A wszystko to z okazji Janka Pietrzaka, który pamiętam na tym koncercie w październiku ’76 roku w Egidzie, obok leitmotivu „Bęc Wuja w czoło – już jest wesoło” – wykonał pewnie jeden z pierwszych razów napisną w czerwcu tego roku  snującą się rozciągliwie pieśń „Żeby Polska była Polską”.  - „Chryste co za grafomania” – trzymał się mój Senior z uszy. Zapomniałem piosenkę. Przypominam sobie  jednak dobrze moment gdy po czterech latach też w październiku roku ’80 tego roku przybiegła do mnie w Białymstoku rozgorączkowana studentka. – „Jest!  Jest! – Jest -  hymn solidarności, niech pan doktor  przeczyta” powiedziałia i wręczyła mi przepisany na maszynie tekst: „z głębi dziejów z krain mrocznych.” Nie powiem żeby mnie zachwycił, ani nawet by szczególnie poruszyło mnie pierwsze wysłuchane nagranie. Nawet chyba w tym momencie nie pamiętałem, żem już je już kiedyś słyszał.

Jednak z czasem … oto dowód na względność sądów estetycznych, na relacjonizm oceny. Wartość utworu Pietrzaka nie jest wszak immanentna. Nie ma też obiektywnego charakteru. Nakłada się na nią doświadczenie pokoleniowe, absorbuje ona płonące oczy studenki Wydział Pedagogiki i Psychologii FUW w Białymstoku, i to wszystko co w związku z tą pieśnią wykonywaną nawet przez Franka Sinatrę przeżyliśmy aż po koncert „Let Poland be Poland” w roku ’82.

Inna sprawa, że sporo i w tej sprawie mitu. I więcej totolotkowego szczęścia niż własnej zasługi. Zawsze wiedziałem, że Pietrzak wybrał powrót do Polski i półprywatne koncerty w Stanie Wojennym wydawało mi się jednak, że wystąpił w tym koncercie, którego transmisję słuchałem 31 stycznia 82 roku w Białymstoku w noc poprzedzającą wizytę u uniwersyteckiego komisarza profesora Jerzego Niemca, który miał zamiar zwolnić mnie z pracy.

Efekt był istnie teatralny. Na dole kłębił się tłumek odprowadzających mnie studentów z kwieciem w kolorach narodowych. Jerzy Niemiec próbował zmiękczyć mnie przedłużonym oczekiwaniem, ja podśpiewałem jego zbaraniałej sekretarce „Let Poland be Poland” miałem bowiem ukrytego asa w rękawie.

Otóż gdy już komisarzyna napocił się i nabzdyczył by wreszcie wyjąkać, że w tej sytuacji nie ma innego wyjścia tylko wypowiedzieć mi umowę o pracę, ja wyciągnąłem z zanadrza pismo jego starszego kolegi w Ubeckim fachu prof. dra Kazimierza Doktora, w danym momencie też komisarza, który … – proponował Filii zatrudnienie mnie w warszawskim Instytucie Filozofii i Socjologii  PAN na mocy porozumienia zakładów pracy !

Szok był pełen. Jakież to ja dla Niemca musiałem mieć ubeckie plecy skoro w takim momencie uzyskiwałem w istocie wiele razy lepszą pracę w Stolicy. Wielkiego fartu nie mam ale w sytuacjach ostatecznych spadam na cztey łapy. Decyzja, którą Doktor ( chcąc tanim kosztem uwiarygodnić się w roli komisarza IFISu) podtrzymał była jedynie realizacją Uchwały Rady Naukowej z ‘81 roku, która uznała, że jest skandalem niezatrudnienie w Instytucie jedynego doktoranta w dziejach Studium, który doktorat napisał i obronił w terminie. Słowem qui pro quo  z „Let Poland be Poland” na ustach.

Wracajmy do Pietrzaka. Rechot historii sprawił, że w późnych latach 70@tych jakoś tak od 77 do 81 zostałem z Jankiem skoligacony. Uczyniła to moja

Elżbieta Kijowska

stryjeczna siostra Elżbieta, aktorka, która wśliznęła się do jego alkowy w modrzewiowym dworku przy sejmie czyli jak zwał tak zwał – fińskim domku na Jazdowie. Dziecka jednak, którym z dużym samozaparciem próbowała go obdarzyć urodzić nie zdołała, więc Janek do Ameryki zwiał, a gdy w ‘83 roku do Polski wrócił przywiózł z tamtąd prawowitą żonę.

Jan Pietrzak z Rodziną

Dopiero ostatnio odkryłem, że pomyliłem się chwaląc go za odwagę, za to że nie odmówił swego udziału w Reaganowskim show. Otóż odmówił: ani obywatelstwa nie przyjął, ani nie wystąpił. Nie zdystansował się tylko do sprawy i w ten sposób spijał konfitury z obydwu naczyń. Był popularny na Zachodzie i wrócił do Polski jako bard Solidarności. Jednak czerwony o nic się doń nie mógł przyczepić.

Majstersztyk ! Milion w Totka. Słowem fart. Coraz trudniej zgodzić mi  się z Einsteinem że sukces to 99 % pracy i 1% talentu. Myślę, że więcej racji miał Bonaparte pytając przed awansem czy dany oficer ma szczęście. Jednak nie uogólniajmy. A jeśli już to robimy miejmy świadomość, jakie okoliczności oddziaływują na nasz sąd. Sąd Einsteina kształtował pruski porządek, szwajcarska dokładność, amerykański obiektywizm. Napoleon opierał się na doświadczeniach wojennych przypadków.

Ja też, gdy patrzę na moje życie i życie mych przyjaciół w każdym jego fragmencie widzę niepokój, szarpaninę, przypadkowość. Jak los Janka Pietrzaka wysypał się z ruletki historii, tak i moim zmaganiom całe życie towarzyszy niepokój. A poważną jego przyczyną stanie się toczona przeze mnie przez lat trzy bez mała:

Wojna o Pietrzaka

Po latach spotkaliśmy się przelotnie gdy już objąłem dom kultury, a on dał w czerwcu 2004 roku koncert na kombatanckiej popijawie jaką zorganizowali koledzy ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa w Pałacu Kultury. Ponieważ jak zwykle narzekał publicznie, że nie ma gdzie występować w Warszawie podszłem doń i spytałem czy nie chciałby zinstalować się z Egidą na Smolnej. Odniósł się do propozycji wstrzemięźliwie i zasugerował negocjacje z Krzysiem Paszkiem swoim akompaniatorem i impresario.

Nim jednak podjąłem temat zjawił się Ryś Makowski i ściągnął Janka na kabaretowy występ w Dolinie Szwajcarskiej. Było to wydarzenie ! Koniec sierpnia. Impreza już rozkręcona, niepłatna. Dolina pękała w szwach. Frekwencja sięgnęła tysiąca osób. Śmiech, wzruszenie. Pietrzak w rewelacyjnej formie. Na coś przydały mu się studia socjologiczne. Jego dowcipy nieraz z brodą, często cytowane ze zbioru Humoru Polskiego „Kultury Paryskiej” (do czego się w życiu nie przyzna) okrasza jednak znakomitym, ironicznym często pogłębionym komentarzem. Nie ma wątpliwości, że w klasie polskich opowiadaczy dowcipów jest Pietrzak mistrzem nad mistrzami, co spotyka się z bardzo gorącym przyjęciem publiczności. Jedno mi niewątpliwie u Janka bliskie. To co (jak o nim napisał Groński)  z politruka zmieniło go w artystę, to mianowicie, że uważnie wsłuchuje się w reakcję publiczności.

Jan Pietrzak w Dolinie Szwajcarskiej 3.IX. 2004

Podobnie i ja: w teatrze, w kabarecie w każdym miejscu spotkania obserwuję widownię. Interesuje mnie autentyczna i zjednoczona. I nie pytam czy artysta realizuje jakieś abstakcyjne założenia estetyczne. Pytam tylko czy buduje wspólnotę. Otóż gdy końca dobiegał koncert Jana Pietrzaka w Dolinie Szwajcarskiej rozglądałem się wokół i widziałem twarze roześmiane, oczy myślące, gesty uprzejme. I widziałem gęstniejącą widownię. W tym momencie nie ukrywam zakochałem się w Pietrzaku jako artyście. Niemal w ostatniej chwili na 40 minut przed końcem koncertu posłałem niezawodnego Wojtka po białoczerwone róże, Dziecię zaś moje młodsze 11 letnią Emilkę, która jedyna z rodziny wspierała czasem swoją obecnością moje przeżycia uprosiłem by je wręczyła Pietrzakowi. Ten koncert to było wydarzenie rozpoczynające wydarzeń cykl.  Zrozumiałem wówczas, że Janek przyciąga dokładnie ten rodzaj publiczności, której jest potrzebna moja Dolina Szwajcarska i której mogę służyć jako dyrektor domu kultury.

Jeśli bowiem teatromani, miłośnicy muzyki czy wysublimowanego malarstwa mają w Stolicy dziesiątki ezoterycznych miejsc dla zaspokajania swych potrzeb, a młodzież znakomite sale na koncerty młodzieżowe to osierocona została publiczność nazwijmy ją kabaretowa, a szczególnie ludzie nieco starsi, już na skraju wieku produkcyjnego, ci których gusta kształtowały się u schyłku PRLu często w opozycji do obowiązującej wówczas socjalistycznego kanonu. Ci ludzie to inteligenci ale nie intelektualiści. To wyżsi urzędnicy, nauczyciele, adwokaci czy prawni radcowie,  emerytowani lekarze. Przedstawicielami tego adresowanego do nich nurtu stali się w pierwszym sezonie goście Makowskiego i Klawego: Janeczko, Daukszewicz czy Marek Majewski, który zresztą wkrótce bardzo się zadomowi.

Ale wracajmy do Pietrzaka. Zadowolenie było obustronne. Ja dostałem człowieka, który przyciąga tłumy, on osobę, która mu tej publiczności nie żałuje. Twierdzi bowiem Pietrzak i z pewnością jest w tym trochę prawdy, że od czasu gdy zwariował (tak oczywiście  on się nie wyrazi) i postanowił kandydować na Prezydenta uzyskując 1% głosów w telewizji publicznej zapanował na niego zapis ostrzejszy niż za czasów cenzury PRL. Przedstawiciele mediów twierdzą oczywiście co innego, iż nie podnosi on oglądalności. No cóż ? Napewno nie w tym stopniu co sezonowa Doda Elektroda ale wszakże repertuar to różnorodność. Dla mnie było jasne, że swoją publiczność Pietrzak ma.

Wyciągnąłem też stąd wnioski i od października 2004 Roku Kabaret Egida gościł na Smolnej prawie trzy sezony. Mimo, że w istocie realizowałem obietnicę prezydenta Kaczyńskiego, który obiecał Jankowi jakiś lokal w Warszawie decyzja moja wzbudziła same negatywne emocje. Niezadowoleni byli pracownicy, urzędnicy, kontrolerzy – tylko publiczność mimo braku środków na reklamę przychodziła godząc się płacić wcale nie małą cenę za występ 12 osobowego kabaretu.

Od tego momentu każdy piątek stał się dla mnie swoistym świętem. Dom na Smolnej jak go nazwałem stał się miejscem, gdzie zapanowała miła, lekko buduarowa atmosfera. Z Jankiem przybywała Ewa Dałkowska, Marcin Wolski, dziewczęta: Renata Zarębska i Asia Jeżewska o Pawle Dłużewski i Rafale Ziemkiewiczu nie zapominając.

Na pierwszy występ Janka ułożyłem melorecytatywny eloge, w którego wykonaniu wspierał mnie Krzyś Paszek. Brzmiał tak:

Tak więc każdego wieczora doskonaliłem się w profesji zapowiadacza nawiązującego poniekąd do tradycji Mariana Załuckiego.

Ja się doskonaliłem, a w Warszawie zawrzało. Po 10 latach wyganania Pietrzak otrzymał miejsce w Warszawie. Zaczęły się szykany, donosy, kolejne kontrole. Powtarzające zgodnie, iż „Dyrektor DKŚ nie kieruje się zasadą efektywności przy zawieraniu umów z podmiotami zewnętrznymi i ponownie zawarł w 2006 r. umowę z Towarzystwem „Egida” Jana Pietrzaka, która nie przysparza Domu Kultury korzyści finansowych, a w wyniku której jednostka ponosi koszty związane z organizacją. „ Dlaczego w w/w repertuarze reklamuje Pan „Kabaret Egida”, który jest imprezą poza statututową, kosztem statutowych imprez ?” Pytano.  Odpowiadałem, że:  Nie wiem na jakiej podstawie stwierdza się, że występy w Domu Kultury zrodzonego w studenckich Hybrydach ( też klubie kultury) charyzmatycznego Kabaretu Pod Egidą  Jana Pietrzaka nie są imprezą statutową. W moim przekonaniu impreza ta wyczerpuje dyspozycje przynajmniej   cztery z 11 punktów określających w § 6 Zakres działalności Domu Kultury a to:

1.   – rozpoznawanie, rozbudzanie i zaspokajanie potrzeb oraz zainteresowań kulturalnych mieszkańców;

9 . -  edukację kulturalną i wychowanie przez sztukę

10. kształtowanie nawyków mieszkańców do aktywnego współtworzenia i odbioru różnorodnych form spędzania czasu wolnego;

11 – inne działania na rzecz rozwijania i zaspokajania potrzeb kulturalnych mieszkańców.

Jak wyjaśniałem  już wielokrotnie celem tego przedsięwzięcia jest stworzenie z Domu na Smolnej miejsca w Warszawie, do którego chętnie zacznie przychodzić publiczność zachęcona możliwością spotykaniu tu kultowego przedstawiciela politycznego kabaretu. Zamieszczenie reklamy Kabaretu Pod Egidą jest więc w istocie reklamą miejsca, które na taką reklamę może sobie pozwolić. Promuje i wysoko wartościuje wszelką prowadzoną przez Dom Kultury Śródmieście  działalność. Daje nam to renomę podobną do tej jaką dzięki afiliowaniu Piwnicy Pod Baranami zyskał krakowski Wojewódzki Dom Kultury, w którego lokalu mieści się  słynna Piwnica.

Stawano na głowie. Najpiękniej było, gdy za korzystną uznawano umowę, jaką na występy w ogrodach zawarłem z Egidą za występ samego Pietrzaka z akompaniującym mu Krzysiem Paszkiem  na który wstęp był wolny,a który kosztował dom kultury 1500 zł ( nb. to ¼ przeciętnej stawki Kabaretu), natomiast fakt wypłacenia kabaretowi za występ około 3, 5  tys w całości pozyskany z biletów sprzedanych na występ 12 gwiazd estrady – był dla kontroli: niekorzystny finansowo.

W sumie oceniam dziś -  to fakt mojego uporu i walki o to, aby zgodnie z wolą prezydenta Lecha Kaczyńskiego „Smolna była domem dla Pietrzaka” stał się jedną z głównych przyczyn wyeliminowania mnie przez urzędników miejskich z dyrektorskiego staffu.

Ja jednak brnąłem w Pietrzaka coraz głębiej. Po pierwszym sezonie wydaliśmy płytę. ( Co oczywiście stało się kolejnym asumptem do zarzutów kontrolerów, którzy z Domu na Smolnej już nie wychodzili.

W następnym sezonie przygotowałem nowy wierszyk, który zresztą starałem się już z tygodnia na tydzień aktualizować. Brzmiał tak:

Witam w Domu na Smolnej

Już Rok tu gra Egida

Prezydent Ubył jeden

a jakiś by się przydał

Mówił nie będzie lepiej

Lecz śmieszniej – o mój Boże

Naiwny ten satyryk

Wszak śmieszniej być nie może

Więc gdy w sejmie  kabaret

Gdy z Trybuny Kuplety

O czym  ma marzyć Egida ?

Na co sprzedawać bilety ?

Dobre rady, krytyka,

Patriotyzmu szczypta

Trochę jeszcze humoru

I melodia niezwykła ?

Tak  mili – trudna rada

Nie stać nas na wybory

Chcą komisarza w Warszawie

Gdy odfrunęły Kaczory

Więc gdy rządzą na luzie

Codziennie nowa draka

Rekomenduję Państwu:

Na serio – Jana Pietrzaka

Ja jemu wierszyki. On mi melodię. Po sukcesie w Dolinie Szwajcarskiej występować będzie Pietrzak przy wielotysięcznej publiczności każdego roku w Ogrodach Frascatii.

Ostatni jego występ skwitowałem następująco:

Zwykłem dla Janka pisać fraszkę

Lecz dzisiaj odniósłbym porażkę

Gdy Zyta  w sądzie,  to znów  w rządzie

Wy ogródkowi  się pokłońcie

Że koalicja nasza trwa

Tu na Frascati z ATeKa

Gra Krzysztof Paszek trzeci rok

A Państwa nie ogarnia wzrok:

Ogłaszam dumny jak ten paw

Przed Państwem Pietrzak: żądny braw !

No właśnie – dumny ! Ale to dopiero nadejdzie.

Na razie wracajmy do Doliny Szwajcarskiej

CDN

Rozdz. CXIV – Znowu A.Urbański: czyli tragedie są dla ludzi.

niedziela, 4 Kwiecień 2010

Doszło do Finału. Jak zwykle udanego. Ludzi też przyszło sporo. Nagrody wręczał Andrzej Urbański – niby mało uważny, pobłażliwy, mówiący, że nie chce imprez niszowych lecz tłumów pod Pałacem Kultury, a jednak wierny przyjaciel i najprawdziwszy obrońca ogródka.

Krzysztof Rau, Andrzej Urbański i Jarosław Kilian

Toi@toi mi nie wymienili, więc zaciągnąłem go po spektaklu czy raczej w trakcie występu zapełniającego czas obrad jury na kawę. Finał to było łódzkie „12 godzin z życia kobiety” Młynarskiego i Derfla z istoty rzeczy ze względu na udział Jurka w jury niepodlegające konkursowej ocenie. Kiedy więc jury radziło zaciągnąłem Jędrka do Casa del Valdemar na kawę.

Teren bitwy o Dolinę Szwajcarską

Casa przy skwerku u zbiegu Pięknej, Mokotowskiej i Chopina mieści się w miejscu, gdzie niegdyś był klub nauczyciela, w którym w 77 roku odbywał się ślub Halinki Kreid i Marka Waszkiela. Powspominawszy jak kąpaliśmy wówczas w umywalce nasze naczubione głowy spojrzałem mu głęboko w oczy i umówiliśmy się, że tak dalej być nie może. Ja już wiedziałem, że NGOsem może być prezydentowa Kwaśniewska z Orlenem w tle, no ewntualnie pani ambasadorowa Koźmińska, przemiła Mme Irene, co w całej Polsce czyta dzieciom, czemu by jednak nie podołała bez pozycji męża i Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności w zapleczu.

Jędrkowi takich rzeczy tłumaczyć nie trzeba. On rozumiejąc mój swoisty abstrakcjonizm, wiedząc, że życie jest dla mnie bardziej figurą literacką, niż realną koniecznością zaś  cała moja odwaga płynie w istocie z niewiary w rzeczywistość przy absolutnym poczuciu formy –  ma jednocześnie instynkt konkretu. Rozumie Parmenidesa lecz  wie że życie nie jest eleackim złudzeniem –  jest naprawdę. Zawsze powtarza pozornie banalne zdanie „Ludzie są jacy są’. Jednak Urbański umie przetłumaczyć to na herbertowskie „wybacz wenceckim lustrom, że powtarzają powierzchnię”. Rozumie  też ( co odróżnia go od politycznych arywistów), że i idee materializują się czasami.

Nie zapomnę zdania jakie wypowie w kilka miesięcy później, przewidując niczym Tejrezjasz  bieg  perypetii,  która stanie się  istotną przyczyną mojej  także rodzinnej tragedii.

- Matka wyrodna, zaślepiona żona, bohater  odarty z  Godności : ty myślisz, że to literatura. Nieprawda. To wszystko dla ludzi !

Ewa Tucholska i Magdalena Dratkiewicz w "12 godzinach z życia kobiety"

Fakt! Przekonuję się o tym ze zdziwieniem od tamtej właśnie chwili. Od dnia, gdy zrozumiawszy, że sam nie dam rady zbudować mego zamku na lodzie i korzystając ze wsparcia Andrzeja – Urzędnika zacząłem przedzierać się przez gąszcza dworu. Obserwować niepojęte reguły. Powoli, powoli uczyć się słuchać. – Nie mów ! Powtarzał mi Andrzej przy każdym spotkaniu, których od tamtego  czasu coraz mniej. Coraz bardziej interesowne. Właściwie spotykamy się wtedy, gdy ja potrzebuję wsparcia a on – lustra dla swojej pychy.

- Jasne, muszę ci załatwić jakąś pracę powiedział Urbański w Casa Valdemar i z tym rozstaliśmy się po finale. Jak zwykle zwinąłem majdan na coraz większy TIR pana Darka i ruszyłem w stronę stodoły w Ołtarzach. Kolejny podobny rok.  Tylko, że teraz bez żadnych już zabezpieczeń. Bez kontraktu dla firmy na zime, zlecenia, TV, etatu. Plik rozliczeń w excelu, w którym zamykałem ogródki od kilku lat nazywłem juź tak samo: rozmiar klęski.xls.

Ołtarze - Gołacze

Zwiozłem rzeczy. Czekałem na opóźniane wręcz celowo przez Miasto płatności. M.in. skarbniczka Miasta pani Łucja Konopka wymyśliła sobie, że 14 dniowy okres na wypłatę II transzy nie obowiązuje od momentu, kiedy to ja jako NGO przedstawię rozliczenie w podległym jej biurze kultury lecz od chwili gdy to biuro przedstawi rozliczoną dokumentację w Biurze Finansów. Oczywisty biurokratyczny nonsens, którego jedynym bodaj czy nie zamierzonym efektem było obniżenie wiarygodności pozarządowego partnera. W efekcie złożywszy sprawozdanie z wykonania I części dotacji gdzieś około 20 sierpnia i zakończywszy imprezę 31 sierpnia drugą część pieniędzy – bagatelne 40 tys. złotych z okładem zobaczyłem na koncie Fundacji 2 października podczas, gdy zgodnie z tą samą umową rozliczyć całą dotację powinienem do końca września. – Zamknięte koło.

Jeden z ostatnich plakatów=programów: ręcznie robionych

Popłaciłem w kilku wypadkach mocno już po dwu miesiącach zdenerwowanych dłużników, w pierwszych dniach października, a jeszcze oczekiwałem na dotację z Sejmiku, co zmusiło mnie do odroczenia kilku płatności o miesiąc. I tak lepiej niż przed rokiem kiedy to z sejmikowej łaski kilka indywidualnych nagród wysłałem aktorom … na gwiazdkę. Czułem jak pętla zaciska mi się na szyi. Niejedna zresztą, bo zmęczona brakiem finansowego sukcesu, pozbawiona (od czasu niefortunnych przygód z kapeluszami) satysfakcji i apanaży –  matka mych córek zaczęła zachowywać się bardzo nieładnie. Widząc sporą gotówkę w mojej portmonetce potrafiła wyjmować „alimenty” na życie nie zwracając uwagi, że to kwoty ściśle odliczone na honoraria. Zmusiło mnie to do nie zostawiania pieniędzy w domu, co z kolei obróciło się przeciw mnie. Jakaś typowa dla mnie dekoncentracja, dystrakcja, poszukiwanie bodaj zagubionych kluczy, wybebeszenie z miliona gratów mego Wozu Tespisa zwanego Tiponkiem, zgubiona portmonetka, oddana portmonetka. W dniu finału w jakimś markecie po zrobieniu zakupów na przyjęcie końcowe zajrzawszy do portmonetki odkryłem brak … 4 tys. złotych. – Nawet nie drgnąłem! Tylko krew uciekła mi gdzieś w stopy. Po chwili dekoncentracji zapłaciłem rachunek kredytową kartą. Czym w końcu są 4 tys. (jedne wakacje z dziećmi !). Dla człowieka operującego 150 tysiącami złotych !? To się okazuje dopiero po zamknięciu bilansu. Spojrzeniu na debet karty kredytowej, opłaceniu dłużników. Zaległy od mojej fikcyjnej gaży (1/4 etatu a 750 zł) w Fundacji i kilku umów o pracę  ZUS za rok 2002 i ten 2003 sięga (bez odsetek) ok. 4 tys. zł. i do dziś nie został spłacony. O czym uprzejmie do Niebieskiego Urzędu Skarbowego sam na siebie donoszę. Należności pseudodochodów (wynik wymiany faktur i generacji kosztów uznawanych przez sponsorów) sięgnęły pod koniec 2003 roku 20 tys. zł. Zgłosili się już po nie komornicy Urzędu Skarbowego. Należności z odsetkami urosły z odsetkami do 30 tysięcy. Do końca mych dni pewnie będę je spłacał…

Arkadia

Grunt osuwał mi się spod nóg. Na karcie kredytowej miałem dostępny  limit bodaj 14 tys. zł. Zacząłem w ratach wybierać gotówkę licząca się… sam nie wiem z czym. Z ucieczką? Czarną godziną. Sam nie wiem. Fomalnie zobowiązania popłaciłem. Długi skarbowe i debetowe sięgały  w tym momencie może 30 tys. zł. Kilka pensji. Tylko skąd je wziąś ? Przebywałem cały czas w Ołtarzach. Pisałem sprawozdania. Wszedłem nawet w internetowe gadu-gadu. Abstracja. Syndrom Bankruta. Pamiętam nawet moment, gdy prawie poważnie zastanawiałem się czy nie odpowiedzieć na inernetowy apel syna afrykańskiego tyrana  Mobutu, który proponował fundacjom pranie zdeponowanych jakoby przez tatusia w szwajcarskich bankach pieniędzy.

Wtedy po raz pierwszy oderwałem się od rzeczywistości. A może ją wreszcie zauważyłem. Rzeczywistość marzenia, urzędnika pragnącego oderwać się od codziennej pracy. Rzeczywistość wirtualną losowania w toto-lotka, spotkania z dziewczyną spotkaną w internecie. Wszedłem na Gadu-Gadu, w weekendy szukając Arkadii, gdzieś między Żelazową Wolą a Nieborowem  wyznając  do arystokratycznego mikrofonu gminne kulisy kolejnego sukcesu. Bo przecież medialnie XII Konkurs był tradycyjnie – sukcesem.

Stodoła uporządkowana, dłużnicy popłaceni. Urbański milczy. Moje emocje rozbujane do ostateczności. Podjąłem próbę ucieczki z Warszawy. Dowiedziałem się, że Zarząd Sejmiku Województwa Warmińsko-Mazowieckiego ogłosił konkurs na stanowisko dyrektora teatrów w Olsztynie i w Elblągu. Zarząd był wprawdzie komozycją SLDowsko-Samoobronną, ale mnie było już wszystko jedno. Porozumiałem się  z Krzysztofem Rauem, wyciągnąłem starą rekomendację Maćka Wojtyszko. Odbyłem rekonesans wędrując z Elbląga aż po Frombork, Braniewo do  Olsztyna. Jesienną porą zjechałem moim Tiponkiem  Warmię i Mazury wzdłuż i wszerz.   Nawet się zakochałem – w Alensteinie.

CDN

CXV -

Ani brat ani swat – przypadek Janusza Kijowskiego