Zatem Dziekanka… Co po niej zostało ? Pan Pszczoła, który mawiał, że kelnerów z piany nie rozlicza. Mirek Konarowski, Maja Kleczewska, która jeszcze jako studentka reżyserii w PWST z aktorami z Koła Naukowego wystawiała Ławeczkę Gelmana.

Aktorzy z białostockiego Teatru Lalek, którzy pierwszą nagrodę, nazwaną w którymś momencie przez Jacka Sieradzkiego Wielką Ogródkową zdobywali trzykrotnie.
Dziekanka to też pierwsze „wielkie”produkcje. Wiedziałem już od dawna, że przy bezhonoraryjnej formule konkursu ( dotacja starczała mi z reguły na opłacenie jednego środka transportu, kilka noclegów w tanim hotelu ZNP, który nazwy zmieniał wraz z Ustrojem: „Belfer”, „Techer”, „Logos”, by ostatnio znów niebieski neon ZNP nad Wisłą zapalić).
Zatem przy takiej formule nie miałem co liczyć na większe teatralne zespoły, w których każdy artysta żądał od swego dyrektora honorarium za wyjazd i plener.
Teatr to przecież dwa gatunki ludzi. Tych z „Aktorów Prowincjonalnych” Agnieszki Holland: twórców przez duże „Tfuu…”. Świetnie sportretowanych też przez Wajdę w „Dyrygencie” wg. opowiadania Seniora. A więc zakładników instytucji: groszorobów, magistrów sztuki wegetujących na etacie aktora w państwowym czy miejskim „przybytku sztuki”. Animatorów kultury w jakimś domu kultury odbierających ZUS a czasem i drobne „podziękowania” od wdzięcznych admiratorów lecz realizujących się w rodzinie, dorabiających dubbingami, objazdami, dziś jeszcze doszły TV reklamy. To spadek po „Dramaturgii Hamburskiej” Gottholda Lessinga ( Och jak mnie korci, żeby podać przykłady..). Ale przecież was jest Legion, czuję jak niektórych mrowi w plecach – oszczędzę więc Totum pro Partum…
No i ta druga: – rybałtowska, rodzinna, prywatna składająca się z postaci wyjętych z „Wieczoru Kuglarzy” czy „Poziomek” Bergmana. Tu już nazwiska wymienię – bo ich niewiele a piękne. Na czele Parady postawiłbym Staszka Górkę z Grupą Pod Górkę ( Wojtek Machnicki, Zbyszko Rymarz, Monika Świtaj) potem by szli Grzegorz z Lidią Stanisławiakowie z Teatru Własnego w Chorzowie, dalej Dagmara Foniok i Tadeusz Hankiewicz z Krakowa. Wreszcie rodzina Krzysztofa Raua skupiona wokół Teatru ¾ z Zusana oraz licznych trup jakie Rau wygenerował wokół Szkoły i Teatru Lalek w Białymstoku.
Los dyrekcji Raua w Teatrze w Bielsko-Białej, gdzie dyrektor zaproponował całkiem nowy sposób pracy artystycznej opartej na grantach, o które mogli się ubiegać wszyscy członkowie Zespołu, potwierdził nie po raz ostatni w Ojczyźnie naszej, że kto stworzy części ludzi szansę rozwoju i pracy, tego filisterska część zazdrośników i leni z pewnością pozbędzie się jak najszybciej.
Zatem Zespołów Miejskich pojawiało się na Konkursie niezbyt wiele. A jeśli już, to przybywały pod koniec wakacji, we wrześniu, zasilone dotacją która np. dzielnej wicedyrektor Grażynie Nowak z Tarnowskiego Teatru pozwoliła przywieźć do Warszawy na rozpoczęcie roku szkolnego 1997 „Śluby Panieńskie” w reżyserii i z udziałem Jerzego Bińczyckiego. Obejrzeliśmy w rezultacie bardzo statyczne ale też jedno z mocniej teatralnych, klasycznych przedstawień, a kontakt z aktorem, próba, sam spektakl były swoistą nobilitacją Ogródka.
Pojawiły się Teatry z Płocka, z Kielc, Teatr Wybrzeże z Gdańska, a w czasie dyrekcji Julii Wernio także i Teatr Miejski z Gdyni. Z ich pobytem w Dziekance 29.VII.96 łączy się jedna z najbarwiejszch sag pogodowych.
Miejski wystawiał o muzyczne, skomplikowane technicznie przedstawienie „Nie przerywajcie zabawy” Jana Kantego Pawluśkiewicza. Produkcja była ogromna, zdecydowania przekraczająca te kilkaset złotych, które miałem na spektakl. Jednak skupione wokół Wernio piękne i chłodne dziewczyny nie znały przeszkód, skoro postanowiły swymi strzałami ugodzić teatralną Warszawę. Umówiliśmy się wiec, że zespół zrezygnuje z hotelu, a ja wszystkie pieniądze przeznaczone na transport i nocleg, nie mówiąc o wartości sprzedanych biletów, przekażę Teatrowi. Tak się też stało. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nas literalnie zalało!. Przed siódmą nad Dziekanką po prostu oberwała się chmura. Wszystkie kable ( a było ich sporo), duża ilości aparatury nagłośnieniowej – wszystko zmoczone. Wydawało się, że nie ma szans na występ, gdyby nie to, że wszyscy go strasznie chcieli. Chcieli go aktorzy, którzy tłukli się do stolicy kilkaset kilometrów by pokazać się Cywińskiej i Wojtyszcze. Dyrektor Wernio, która wywaliła bezpowrotnie sporą kasę, ja dla którego był to też największy z dotychczasowych spektakli. Przede wszystkim jednak chciała go publiczność, której w ciepły dzień nie zraziła ulewa. Ludzie pochowali się pod balkonikiem Dziekanki i po pompie spokojnie zasiedli pod parasolami. Jak powiedział Jacek Sieradzki: Nie można było nie zagrać. Elektrycy z „Miejskiego” przez pół godziny wykrywali „przebicia” ale wyłapali je wszystkie. Wreszcie po dwóch godzinach, z poważnymi obawami o narażenie aparatury na awarię, spektakl się odbył, dając radość inną niż ingardenowskie „jakości artystyczne”. Dając radość dopełnionego spotkania.
Inną przygodą było spotkanie z Radomiem. Nigdy nie zapomnę pierwszego kontaktu z Wojciechem Kępczyńskim mało jeszcze znanym dyrektorem Teatru w Radomiu, gdzie skupił wokół siebie znakomite grono rozśpiewanej młodzieży. W srodku lipca Teatr był naturalnie na urlopie. Ale cieszący się w swym zespole niezwykłym mirem Kępczyński skonił kolegów bez trudu by poświęcili mu i Warszawie jeden dzień wolnego. Cała obsada szekspirowskiej Burzy zjawiła się w Dziekance z różnych stron. Przybyli z Mazur, z Tatr, z nad morza. Przybyli tu z dzwonkami, z zelami, z bębenki… I zagrali, lekko, bezpretensjonalnie. Nagrody wprawdzie nie dostali ale ja ogłosiłem wówczas, że przyznaję swoją, honorową dyrektorowi: za talent organizatorski. I nie pomyliłem się.
Jest dziś Wojciech Kępczyński jednym z nawybitniejszych organizatorów teatralnych w Polsce. Twórcą sukcesu Warszawskiej Romy. Sceny, która wprawdzie ku żalowi środowiska wyparła z Warszawy operetkę, jednak przybliżyła Teatr Muzyczny w iście Brodwayowym stylu młodzieży z Warszawy i całego kraju czyniąc z teatru na Nowogrodzkiej jedną z najbardziej obleganych polskich instytucji kulturaknych..
Nie to, co gdynianie, którzy 21 VII 97 postanowili sobie przybyć do Warszawy z … Muzykoterapią wg. Andrzeja Strzeleckiego. Tyle, że akompaniator zaspał, i około drugiej po południu, gdy zespół zbierał się do próby wydzwoniono go … trzysta sześćdziesiąt kilometrów na północ. Był daleko i na dodatek … z nutami ! Nie było oczywiście żadnych podkładów, więc sprawa wydawała się przegrana. Tu jednak wykazałem się życiowym refleksem . Wiedziałem, że jest jeden jedyny człowiek w Polsce, który spektakl ten zna na pamięć. To oczywiście śp. Janek Raczkowski. Nauczyciel Szkoły Teatralnej. Towarzysz wszystkich dyplomów muzycznych całych pokoleń warszawskich absolwentów PWST, no ale przede wszystkim „oprawca” muzyczny: Złego Zachowania, Love czyMuzykoterapii. Akompaniator tych arcyświetnych montaży muzyczno choreograficznych Andrzeja Strzeleckiego z czasów, gdy za późnej komuny zmienił „Teatr na Targówku” w „Teatr Rampa”.
Nie wiem jakie anioły nade mną czuwały. To wszakże nie był jeszcze czas powszechnie dostępnych komórek. Jak zdobyłem telefon Jasia ? Jak udało mi się go złapać gdzieś na wakacjach ale pod Warszawą, jakich argumentów użyłem by rzucił wszystko i niemal za darmo zgodził się przybyć do Dziekanki by ratować te biedne gdyńskie fajtłapy, które pod jego przewodem zagrały pewnie jeden z najlepszych spektakli w karierze.Że wszystkim się chciało, że kochaliśmy naszą wolność, że to było dla Miasta, dla swobody, dla nas.
W Dziekance młodość i godność witały seniorów i amatorów. Pojawił się wychowany zresztą przez Wojciecha Kępczyńskiego w Radamiu kultowo później śpiewający aktor Janek Bzdawka.

Odbywały się finały i pierwsze podsumowania. Akurat w Instytucie sztuki wydobyto szkice Józefa Galewskiego ilustrujące teatry ogródkowe przełomu XIX i XX wieku. Więc teraz na przelomie kolejnych stuleci pozyskaliśmy wspaniałe reprodukcje, które eksponowaliśmy w tunelowej bramie wprowadzającej publiczność do Dziekanki.
Coraz częściej mówiłem też o „Dolinie Szwajcarskiej” wskazując ją jako wymarzone miejsce teatralnego spotkania. Na finale pojawiła się zebrana z pięciu lat plejada moich laureatów: malowaliśmy obrazy, fotografowaliśmy się w jarmarcznym blejtramie

wykonanym przez Olgę Wolniak. Występowała i Olszówka i Fraszyńska, a Okupska improwizowała Rap. W Finale jako gość specjalny z tekstem dziewiętnastowiecznej farsy ogródkowej zgodził się wystąpić, bodajże ostatni raz w życiu pojawiając się na scenie – przyjaciel mego Taty od zawsze znajomy Andrzej Szczepkowski, ojciec Joasi.
W Dziekance po raz pierwszy pojawili się z Krakowa Tadzio Hankiewicz z Dagmarą Foniok. Ich krakauerski, osnuty na czeskich witzach humor z Grodzkiej nie bardzo bawi warszawiaków. Otrzymali jednak nagrodę. Nagrodę, którą obiecał mi zrealizować Jerzy Koenig szefujący podówczas Teatrowi Telewizji.
No cóż – Jerzy Koenig, krytyk, tłumacz – inteligentny, tchórzliwy oportunista. No ale przecież znajomy od lat, facet wobec którego zachowałem wszystkie należne środki ostrożności. Chyba jedyny, na przykładzie którego Ojciec, świetnie znający go z „Dialogu” – próbował uczyć mnie życia.
Tagi: Kępczyński, Raczkowski
