Wszystko to byli znajomi. Bo jakoś tak jest z biegiem lat i dni, że wszyscy się znamy.
Poruszaliśmy się więc w sferze towarzystwa. Edka Wojtaszka, syna Emila – wieloletniego ambasadora PRL we Francji, ministra spraw zagranicznych za późnego Gierka, (od 2.XII.1976 – do 24.VIII.1980) poznałem jeszcze w walterowskich czasach na starym Dworcu Głównym przy Żelaznej, gdy – w 1964 roku – szczepiono nas na cholerę, co wybuchła właśnie we Wrocławiu.
Szliśmy pamiętam jak dwaj skazańcy peronem. Rozmowa szybko zeszała na poezję, akademie, teatr którym obydwa dziesięciolatki się interesowały:
- Pierwszy raz na obóz spytał mnie Edek,
- Tak. Pierwszy – odparłem:
-To trzymajmy się razem.
Niestety, rozdzielono nas do różnych kampusów, więc tylko czasem spotykaliśmy się potem w drodze do stołówki, czy wracając z obiadu i przy myciu menażek piaskiem w wodach Siecina, próbowaliśmy powrócić do przerwanej rozmowy o teatrze.
Zniknął potem Edek we Francji, aż go rozpoznałem siedzącego po turecku w Cyrku na Chłodnej, w którym w 1974 roku w ramach Teatru Narodów. Swój „Rok 1789″

prezentowała w Warszawie Arianne Mnouchkine. Edward na żywo tłumaczył wówczas improwizowane lazzi.
Potem znów przepadł, by odnaleźć się w późnych latach 80-tych jako szef awangardowego teatru „Pracowania Teatr”, który próbował zainstalować się w Żoliborskim Domu Kultury przy Teatrze Komedia.
W Ogródku wystąpił z „Paradami” Potockiego, które otrzymały nagrody za rolę Mirosława Zbrojewicza i efektownej Ewy Kobus. Przy okazji porozmawialiśmy sobie od serca.

Poczułem w Edku tę wrażliwość zapamiętaną jeszcze z siecińskiego jeziora, gdy wręcz mnie spytał jak ja sobie psychicznie radzę w obecnej roli, gdy jeszcze nie tak dawno z telewizją: leciałem … wysoko.
Cóż spadam. I jak w tym dowcipie o góralu. Ręce mam całe, nogi całe, a czy będę żyć – nie wiem: jeszcze lecę…
Na VI KTO przybył też Mirek Konarowski, który w tym czasie wyemigrował do Wrocławia. Przywieźli z Januszem Andrzejewskim „Opowiadanie o ZOO” – Albee’go. Po spektaklu Iza Cywińska obdarzyła Mirka krótkim komentarzem „aktorskie drewno”, ale ja co innego zapamiętuję. Spektakl był bardzo przyzwoity lecz co najważniejsze widać było w czasie próby. To właśnie, że Mirek jest z Towarzystwa. Bez wymagań, bez fochów. Gdy czegoś potrzebował pracowaliśmy razem wespół w zespół. Nie musiałem mu tłumaczyć, że nie stać mnie na sześć garderobianych i czterech tragarzy. Ludzie dobrze wychowani czują to instynktownie.
Podobne wspomnienie mam związane z Włodkiem Paszyńskim, też harcerzem, który ( dziś zakładnik LiDu, jako wiceprezydent u pani Waltz) nawet niefortunny wiceminister edukacji – przez kilka miesięcy w rządzie Millera, jest jednak ( czy był ?) przede wszystkim twórcą podziemnej oświaty niezależnej. Zapamiętać dał się też przez osiem lat ( od 1990 do 1998 roku), jako bodaj najukochańszy kurator Oświaty w Warszawie. To Włodek właśnie z walterowskich, post-kuroniowskich, rewizjonistyczno-komunistycznych kręgów harcerskich wyciągał mnie w normalny zuchowy świat.
Otóż jak Mirka Konarowskiego zapamiętałem noszącego dekoracje w upale, tak nie zapomnę gdy wchodzimy z Paszyńskim na Grzybowską do mojej NTW ( Nowa Telewizja Warszawa). Tam jako dziennikarz i marszałek sejmiku odbywałem transmitowane na żywo rozmowy pt. „A Teraz Konktetnie”. Wchodzimy więc z…ratanowymi fotelami na głowach. Dzięki zaradnej Uli Rzepczak wyczaiłem właśnie mebelki do dekoracji studia – na barter. Kurator Włodek spotkawszy mnie na parkingu pomagał je taszczyć.
To się nazywa: szyk lub brak kompleksów. Ale wracajmy do naszych baranów. Dygresja o Paszyńskim nie całkiem nie na miejscu. Wychowywaliśmy się z Edkiem i Włodkiem razem czy lepiej powiedzieć we wspólnym towarzystwie: Obozy w Siecinie, Karwicy, Warchałach, w Gromie czy Wesołowie. Potem nie bez mojego sejmikowego udziału mianowano Włodka Kuratorem Oświaty i Wychowania. Wymyślone przez Paszczaka „Wagary na Agrykoli” w pierwszy dzień wiosny z Hołdysem, to najbardziej wyrazisty przykład identyfikacji nauczyciela z uczniami. Kochany, uważny, choć – jak mówiła o nim ś.p. Irenka Dzierzgowska – z czasem stawał się coraz bardziej „czerwony”.
No coż – ja jestem daltonistą ! I mam to od okulisty na piśmie! Choć szczerze mówiąc z zielonym i czerwonym, a nawet ze Stendhalem sobie radzę. Dla mnie nie liczy się kolor lecz to, co komu z oczu patrzy. I tu instynkt mam niezawodny, tak samo jak na mowę polską.
Głoszę i akceptuje jedynie takie poglądy, o których zwykłem mówić, że są gramatyczne. Nie głoszę takich, które źle brzmią po polsku. Podpiszę się natomiast prawie pod każdą tezą jeśli będzie wyrażona składnie, stylistycznie i bez błędów językowych, usterek stylistycznych czy logicznych tautologii lub ekwiwokacji .
Opowieść – zanotował kiedyś mój Ojciec – jest dla stylu – nie styl, dla opowieści.
Co i tej Teatralnej „szkatułki” dotyczy.
Tagi: Konarowski, Ojciec (a.kijowski), Paszyński, rzepczak, Wojtaszek