Wpisy otagowane ‘Paszyński’

Rozdz. CLV – Włodek Paszyński wśród serdecznych przyjaciół.

piątek, 27 Sierpień 2010

Włodek Paszyński wśród serdecznych przyjaciół – Opis…r. CLV

Paszczak… Poznaliśmy się …  Poznaliśmy się „przed Wojną Japońską” istotnie,  ściślej zaraz po Marcu’68 roku – jakoś w maju. Pląsy zuchowe zaliczałem u niego na obozie  w Cierzpiętach latem 1968, gdy miałem lat czternaście, a Włodek jeszcze siedemnastu nie skończył.

Włodek Paszyński z zuchami. Lipiec 1970 (Grom), fot.A.T.Kijowski

W sumie podobnie to pamiętamy

Rozmowa Agnieszki Budzyń z Włodzimierzem Paszyńskim – 4   luty 2007

A.B. - Panie Prezydencie, długo Pan zna Andrzeja Tadeusza Kijowskiego? Pewnie długo.

W.P. - Od Wojny Japońskiej… A tak naprawdę, poznaliśmy się w harcerstwie śródmiejskim, byłem wtedy instruktorem zuchowym, a Andrzej, przez moment, moim przybocznym. Wtedy zaprzyjaźniliśmy się, wspólnie robiliśmy różne rzeczy, poza bezpośrednią pracą z dziećmi. Najzabawniejszym momentem był Festiwal Kulturalny Hufca Warszawa Śródmieście, a właściwie to co towarzyszyło temu wydarzeniu. Jak powszechnie wiadomo ojciec Andrzeja Tadeusza jest wybitnym, współczesnym, dwudziestowiecznym prozaikiem. Wtedy utożsamiany był ze środowiskiem katolickim, skupionym wokół „Tygodnika Powszechnego”. Pamiętam jak już po festiwalu – a  rzecz była w kosmicznej scenografii i oparta na kosmicznym pomyśle – na scenę Stołecznego Teatru Rozrywki, bo tam się to odbywało, wtargnął nie wiedzieć skąd jakiś pies, co wywołało oczywiście powszechną wesołość. A mówię o tym dlatego, bo obaj to wtedy bardzo przeżyliśmy, chociaż na różne sposoby. Ojciec Andrzeja napisał w „Tygodniku Powszechnym” felieton („Co może pies„)[1] , z którego wynikało, że ten pies był najjaśniejszym punktem całej imprezy, co nie ukrywam sprawiło nam pewną przykrość. Opowiedziałem tę anegdotę, bo jest dość charakterystyczna. Andrzej Kijowski wykpiwał tego typu imprezy jako ideowe. A my byliśmy takim trochę tematem zastępczym, bo to co robiliśmy nie miało charakteru ideowego, ale felietonu w tym stylu opiewającego pochód pierwszomajowy, albo święto Trybuny Ludu nikt by mu nie puścił, również w „Tygodniku Powszechnym”. Takie były czasy, że mówiliśmy do siebie mrugając okiem, tylko, że Kijowski senior mrugnął naszym kosztem, co dla Andrzeja było bardziej przykre, bo ja nie traktowałem tego tak osobiście. Dla nas festiwal to było obcowanie z kulturą, śpiewaliśmy niezłe piosenki, recytowaliśmy dobrą poezję, nie było w tym żadnego nadużycia natury ideowej.

ATK z Zuchami - Lipiec 1970 (Grom), fot.W.Paszyński

A.B. – Czyli wszystko zaczęło się dawno temu, rozumiem, że wasza znajomość trwała, mieliście ze sobą kontakt. A potem Andrzej Tadeusz Kijowski wymyślił KTO. Został Pan zaproszony na pierwszy spektakl, czy może o inicjatywie dowiedział się przypadkiem?

W.P. - Nie, to na pewno nie był przypadek, ale dokładnie tego nie pamiętam. To był początek lat dziewięćdziesiątych, zajmowałem się wtedy warszawską oświatą i Andrzej po prostu kiedyś mnie zaprosił. Od tamtego czasu bywałem dość okazjonalnym gościem Ogródków. Impreza odbywała się w okresie wakacyjnym, ja jestem nauczycielem, więc w tym czasie wyjeżdżałem, natomiast pamiętam te pierwsze spotkania jako znakomitą inicjatywę.

A.B. - Panie Prezydencie, a gdybym zapytała Pana o najciekawsze wspomnienie związane z Ogródkami, spektakl, anegdotę, może spotkanie z kimś wyjątkowym. Pamięta Pan coś takiego, czy ma raczej ogólne wrażenie o imprezie?

W.P. - Mam ogólne wrażenie, że tam zawsze było miło. Ludzie przychodzili zobaczyć przedstawienie, ale była to też taka towarzyska okazja, zawsze się gdzieś kogoś spotykało. Wydaje mi się, że impreza wciągała nawet przypadkowe osoby. Na przykład w Dziekance, gdzie przedstawienia odbywały się na podwórku, dookoła sceny okna, a w nich ludzie zaciekawieni nagle tym co się dzieje. To było takie szczególne.

A.B. - To może pamięta Pan jakąś wpadkę, coś co się nie udało?

W.P. - Też nie, ale pamiętam, że najgorzej oglądało mi się spektakl na Mariensztacie w pewne bardzo zimne popołudnie. Proszę pamiętać, że ja jednak byłem okazjonalnym gościem, więc żadną smaczną anegdotą Pani nie uraczę.

A.B. - Proszę powiedzieć czy miał Pan okazję być na Frascati?

W.Paszyński i A.Rozenfeld 6.VII.2003 w Lapidarium na XII KTO

W.P. - Nie, Ogrody Frascati znam wyłącznie z nazwy. Byłem tam raz, widziałem zagospodarowane miejsce, ale nie oglądałem spektaklu. Wybierałem się kilka razy w ubiegłym roku, ale ciągle coś się działo.

A.B. - To proszę żałować, bo w ubiegłym roku właśnie były bardzo dobre spektakle, między innymi drugą nagrodę jury i publiczności zdobył Teatr Konsekwentny, który funkcjonuje w powołanym przez Pana Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej.

W.P. - Tak, powołałem SCEK i to jest rzeczywiście takie dobre miejsce edukacji kulturalnej w Warszawie. Zresztą „Konsekwentnych”, wtedy „Niekonsekwentnie Konsekwentnych”, odkryłem dzięki Andrzejowi. To jest historia sprzed paru lat…

A.B. - Euro-autobus?

W.P. - Tak.

A.B. - Proszę o tym opowiedzieć.

W.P. - Przyszli do mnie dwaj fajni, mądrzy, sympatyczni ludzie, Andrzej Kijowski i Jurek Kisielewski, i zaprezentowali taki trochę „odjechany” pomysł, ale ponieważ ja byłem przekonany o konieczności przecierania drogi do Unii i miałem trochę czasu, więc ruszyliśmy tym autobusem, właśnie z Konsekwentnymi. Spędziliśmy razem kilka dni w tym autobusie,  przejechaliśmy sporą część północno-wschodniej Polski, robiliśmy przedstawienie o zaślubinach Polski z Europą. Andrzej się w tym wyżywał podwójnie, trochę intelektualnie, bo był tam taki element wiedzowy, związany ze znajomością Europy, a z drugiej strony Andrzej miał zawsze nie do końca zrealizowane pomysły aktorskie. Fajny był ten autobus, zwłaszcza, że pokazywał nam bardzo różne miejsca i momenty. Czasem było po prostu miło i sympatycznie, ale czasami było też dramatycznie…

A.B. - Rzucali się na Was, tłukli jajkami?

W.P. - Jajkami nie, natomiast były takie miejsca, w których czekali na nas miejscowi aktywiści antyeuropejscy. Zazwyczaj mieściło się to jednak w jakiejś normie, z wyjątkiem jednego z miasteczek w lubelskim, którego nazwy przez litość nie wspomnę. Tam była naprawdę groza. W bardzo ładnym i zadbanym miasteczku miejscowi aktywiści jakiejś akcji katolickiej, przywitali nas okrzykami nie bardzo europejskimi „Żydzi, won do komór gazowych”. Było to podwójnie dramatyczne, bo rzecz działa się koło Bełżca, ale też myślałem sobie, że to jest taki swoisty chichot historii.

Rozmawiała:  Agnieszka Budzyń

__________________________________________________________

Z pozoru – pełna kultura. Z pozoru. Jest wszakże 4 luty 2007. Wyrok na mnie i na Ogrody już pewnie zapadł. Dowiem się o nim za trzy tygodnie. Tymczasem… Żyję złudzeniami.

Jakby jeszcze dobrych zdarzeń było mało, spekuluję: najtrudniej dotąd szło z dzielnicą, a tu na stanowisko zastępcy burmistrza zastał mianowany: mój asystent przez lat cztery, człowiek, którego wybrałem z tłumu starających się o pracę w Samorządowym Sejmiku i którego miałem za może ślamazarnego czasem, nieco nadto nieśmiałego lecz niezwykle skrupulatnego, inteligentnego, wrażliwego i uczciwego – słowem Piotruś Królikiewicz.

Wiedziałem oczywiście, że obstrukcja pracowników i części urzędników jest spora – lecz poziom odniesionego sukcesu przy tak inteligentnych i ideowych,  jak sądziłem ludziach za jakich całe to towarzystwo miałem - wydawał mi się gwarantem ostatecznego zwycięstwa. Miałem przy tym nadzieję, że nowa ekipa okaże się śmielsza nieco w inwestycjach, a i kompetentna bardziej od PIS-owskich zakonników otaczających Lecha Kaczyńskiego. Skoro więc urzędniczy motłoch tak mnie dołował w mięście i domu kultury myślałem, ze będzie łatwiej namówić panią prezydent na realizację idei stworzenia na Frascatii „Centralnego Parku Kultury” z Teatrem Ogródkowym. Z tym wszystkim szybko spotkałem się z Paszczakiem. Szło łatwiej i kulturalniej niż z Urbańskim. Przygotowałem list powitalny do Waltzowej, Włodek go przejrzał pogadał ponoć, z jakimś Stasiakiem i stwierdził, że będę przyjęty i mogę list wysyłać. Tedy – cała dokumentację wysłałem. Do przypisu…[2]

Szalałem ? – Jak popatrzeć z daleka,  pewnie nieco. Miałem jednak dodatkowe powody. Mało, że budżet Ogrodów po raz kolejny próbowano mi ograniczyć – w  pewien piekny listopadowy poranek, ot tak  niemal równo w imieniny otworzyła drzwi mego Gabinetu główna księgowa Joasia O… – popatrzyła na mnie swymi małymi oczkami i powiedziała ze skruchą acz bez trwogi. Panie dyrektorze jak przepraszam ale nie mamy „kasiory”.

Do dziś pamiętam jej słodką minkę i to wyrażenie. Okazalo się, ( tak przynajmniej twierdziła), że obliczając budżet na cały rok pominęła w obliczeniach bagatelnych 200 tysięcy tzw. zobowiązań z roku 2005 płatnych w 2006. Jak mnie poinformowała w listopadzie i   grudniu pozostały nam środki jedynie na finansowanie zobowiązań z Listy płac, ZUS i podatku dochodowego. Do dziś nie wiem czy była to taka beztroska czy celowe może dzialanie, którego  celem było wpuszczenie mnie w manko. Przed każdym wszak tegorocznym wydatkiem związanym z Frascatii pytałem Joasi czy starczy nam pieniędzy. Wychodziła, liczyła i przynosiła wiadomości. Najczęsciej ( choć nie zawsze naturalnie) akceptując wydatki. Tym razem więc zorientowawszy się, że nie naruszę dyscypliny budżetowej ani nie wpędzę w kłopoty pracowników, jak to już nie raz w mym ogródkowym życiu finansowym bywało…skoncentrowałem się na walce o przetrwanie. Nie była mi to pierwszyzna. Od dawna wszak po merytorycznym i medialnym sukcesie kolejnego festiwalu arkusz kalkulacyjny w moim komputerze nosił tytuł: „wymiar_klęski.xls.” Także i tym razem zarządziłem oszczędności, nie robiłem już hucznych „Inwazji Gwiazdkowych Skrzatów”, bali i frenetów oraz udałem się negocjować rachunki z wierzycielami. Wytłumaczywszy co się stało bardziej lub mniej oględnie zapewniłem, że zobowiązania grudniowe zapłacone zostaną w styczniu lub lutym. Tak się też stało. Do końca lutego długi były popłacone. Ale budżet XVI KTO i III Frascatii mocno nadszarpnięty. W minionym roku wydałem na 265 imprez 800 tysięcy. Odwiedziło nas blisko 90 tysięcy osób. Na na kolejny zostawało mi w granicach 320. Nie było to zreszta tak strasznie mało tym bardziej, że już caly sztab ludzi pracował nad pozyskaniem strategicznego sponsora i impreza zyskała sobie znaczną popularność.

Nie zaprzestałem jednak walki. Wiedząc, że jestem atakowany uznałem, że najlepszą obrona jest atak. Zgłosili się do mnie panowie ze śródmiejskiej gazetki z propozycją oddania mi do dyspozycji całej strony. Przygotowalismy kolumnowy material zatytułowany „Tłumy na Smolnej”, który prezentował osiągnięcia nie tylko na Frascatii lecz cały dorobek domu kultury, w którym w roku 2006 odbyło się łącznie blisko trzy tysiące imprez dla przeszło 150 tysięcy osób. Z tym wszystkim skierowalem list do Radnych Komisji Kultury i Sportu Dzielnicy Warszawa Śródmieście[3].

Gazeta "Południe"

W konkluzji

PYTAŁEM ! CZY NOWA RADA ŚRÓDMIEŚCIA ZDOŁA URATOWAĆ WARSZAWSKI SAMORZĄD. PRZED PARTYJNIACTWEM, KOTERIAMI I ZAWIŚCIĄ, KTÓRE ODBIERAJĄ NAM PODMIOTOWOŚĆ ?

•          PRZED LUDŹMI, KTÓRZY ZA NIC SOBIE MAJĄ DZIESIĄTKI  TYSIĘCY SENIORÓW I MŁODZIEŻY, TURYSTÓW I ARTYSTÓW, KTÓRZY ODNALEŹLI SWÓJ DOM W OGRODACH FRASCATI ?

Jak zwykle. Pisałem , pisałem – a z drugiej strony cisza.

Spotkałem wreszcie Pania Gronkiewicz-Waltz, na jakimś noworocznym raucie, było to akurat w momencie, gdy Premier Kaczyński próbował jakims mało zręcznym ruchem podważyć mandat elekti ze względu na fakt, że jej mąż nie złożyl w porę czy we właściwym miejscu podatkowego oświadczenia. Proszę o negocjowane ponoć  przez Paszczaka spotkanie:

- No tak ale tam jest przecież jakiś audyt, zbyła mnie HGW bez rozmowy. Jeszcze odwiedziłem raz czy drugi Piotrusia Królikiewicza od razu rzecz jasna napadanego przez mych „związkowców domowych”.

– Zbierają się nad tobą chmury, zbierają kwękał – aż wykwękał.

Gdzieś około 20 lutego zawiadomili mnie Piotruś wraz z Małgosią  Naimską, że zostanę odwołany. Tak się też stało. 28 lutego 2007 roku, – w trzy lata i trzy miesiące po powołaniu skończyło się moje – mówiąc słowmi Andrzej Urbańskiego –  „pikowanie”.

PRZYPISY:


[1] Co może pies ?, „Tygodnik Powszechny” 1970, nr 45, s.6. Przedruk, /w:/, Gdybym był królem, Poznań, Wyd.”W Drodze” 1988, s.85-87.

[2] Szanowna Pani Prezydent. Proszę przede wszystkim przyjąć szczere gratulacje z okazji objęcia tak odpowiedzialnego stanowiska, które w Zjednoczonej Europie ma szczególne znaczenie. Wierzę, że będzie to z korzyścią dla  Stolicy. Tej stolicy, o której samorządność walczę ze zmiennym szczęściem już lat piętnaście – niegdyś jako radny i wicemarszałek Sejmiku pierwszej kadencji odrodzonego Samorządu w latach 1990-1994, dziennikarz niezależnej telewizji, a od tamtej pory jako animator kultury, pragnący by Warszawa stała się stolicą kulturalną geograficznego centrum Europy.

Ten cel zdaje się bliski. W ciągu minionych trzech lat udało mi się jako szefowi Domu Kultury Śródmieście przekształcić dość elitarny  Konkurs Teatrów Ogródkowych w wielką kulturalną imprezę, o randze tłumnie odwiedzanego przez warszawiaków i turystów -  letniego Festiwalu Artystycznego „Ogrody Frascati”.  W załączonej NOTATCE opisuję organizacyjną  drogę  jaką przebywam dążąc realizacji tej wizji.

Zdobyliśmy  to, co najważniejsze. Ogrody Frascati mają fantastyczną widownię ! 90 tysięcy widzów pod zadaszoną sceną to marzenie każdego menedżera kultury. To istota naszego sukcesu. Spełniony sukces nie znosi jednak improwizacji. A do jego zdyskontowania potrzeba już bardzo niewiele: infrastruktury, budżetu na doskonalenie programu artystycznego, a przede wszystkim przychylności urzędów. To bowiem, co udało się zrobić nie było rzeczą partii ani układów. Mogę przysiąc, że to, co powstało – stworzyłem praktycznie wbrew większości zwłaszcza niższych  urzędników i dzielnicowych radnych, za to z wierną publicznością i gronem oddanych współpracowników. Powstała  jedna z większych imprez kulturalnych w Polsce. 90 tysięcy widzów, 265 imprez, 120 dni kosztowało ze wszystkim, z całą infrastrukturą i merytorycznym zapleczem  zaledwie  810 tys. pln.

Szanowna Pani Prezydent!

Sukces merytoryczny nie pociąga jednak za sobą satysfakcji czysto pracowniczej. Dom Kultury nie otrzymał wystarczającego budżetu na rok 2007 (jeszcze dwa dni przed wyborami komisarz Kazimierz Marcinkiewicz, gwarantował mi, że o  Ogrody Frascati mogę by spokojny bo prezydent ma swoją rezerwę). No cóż,  wiem o tym, bo w takim trybie była Warszawa zarządzana przez minione cztery lata, acz wolałbym miast rezerwy, której używanie budzi zrozumiałe emocje, dysponować po prostu w porę przyznanym  budżetem proporcjonalnym do wykonywanych zadań.

Wykonana przeze mnie praca wzbudziła wiele negatywnych emocji. Nie mogąc odebrać mi Frascati, tłumów i Domu na Smolnej, zrobiono wszystko by pozbawić mnie godziwej płacy. Znosiłem to z trudem dopóty,  dopóki dysponowałem budżetem wystarczającym  na rozwijanie imprez. Teraz jednak i tu mnie zablokowano z nadzieją jak sądzę, że odium spadnie na nową władzę.

Dla mnie, który pamięta pomoc jakiej nam Samorządowcom udzielała Pani Prezydent, wraz z profesorami Regulskim i Kuleszą, szesnaście  lat temu, gdy w Komitetach Obywatelskich  tworzyliśmy  zręby Samorządnej Rzeczpospolitej ta władza nie jest ani nowa, ani obca.

Dla mnie liczy się tylko jeden prosty cel. By Warszawskie Ogrody Frascati stały się turystyczno-architektoniczno-kulturalną atrakcją Warszawy. By mając wiedzę czym bywa paryskie Trocadero czy kopenhaskie Tivoli, stało się  – unikalną propozycją kulturową dla mieszkańców Warszawy i przybyszy.

I to się udało. Mamy coś niezwykłego. Imprezę elitarną i masową zarazem. Nawiązującą do tradycji przedwojennej Warszawy, wcale nie tak odległej od wiedeńskich form. Imprezę nowoczesną, plenerową i organicznie  polską,  związaną z niepowtarzalną  warszawską tradycją teatrów ogródkowych i schweizertalli.

Bardzo proszę Panią Prezydent  by -  mam nadzieję w większym niż poprzednicy wymiarze -  zechciała pomóc mi w tym dziele.

Zwracam się zatem z prośbą: o

1.             zwiększenie budżetu Domu Kultury Na Smolnej do kwoty 5 950 000 PLN, co pozwoli kontynuować rozwój naszej inicjatywy;

2.             łaskawe zorganizowanie narady określającej zasady na jakich Dom Kultury Śródmieście winien łączyć zadania ogólno dzielnicowe z funkcjami ogólno miejskimi, w oparciu o zaproponowaną przeze mnie rok temu koncepcję stworzenia w jego łonie lub wydzielonego instytucjonalnie  Centralnego Parku Kultury „Ogrody Frascati”;

3.             rozważenie możliwości nadania materialnej formy uznaniu publiczności i mediów, którego mi nie brak,  poprzez przyznanie mi nagrody rocznej za rok 2005  i przywrócenie pełnej wysokości premii miesięcznych za rok 2006 !

Notatka z dn. 15 grudnia 2006 r. NOTATKA

1.             Na stanowisku dyrektora DKŚ zostałem zatrudniony 5 listopada 2003. Budżetu na rok 2004 wynosił 2 067 tys. PLN. To wystarczał zaledwie na podstawową działalność.

2.             12. stycznia 2004  – dodatek funkcyjny został mi zmniejszony o 715 PLN do kwoty 915 PLN ze względu na zmianę interpretacji przepisu dot. 150% ( najniższego zaszeregowania, a nie  zasadniczego  wynagrodzenia) – Uzgodniono wówczas  z dyr. Biura Kultury, iż premia uznaniowa będzie w związku z tym wypłacana w maksymalnej wysokości 70%

3.             Jako organizator dwunastu edycji wspieranego tradycyjnie przez samorząd Warszawy Konkursu Teatrów Ogródkowych w Dolinie Szwajcarskiej  nieodpłatnie użyczyłem logo imprezy Domowi Kultury i wystąpiłem do Miasta o środki na ten cel.

4.             Między grudniem 2003 a lutym 2004 odkryte zostają malwersację b. głównej księgowej Krystyny Zbroch na łączną kwotę 280 000 PLN. Odkryte zostają znaczne zaległości w opłacaniu składek ZUS.   Poinformowałem o tym przełożonych. Złożyłem doniesienie do Prokuratury. K. Zbroch jest już dwukrotnie prawomocnie skazana i spłaca zadłużenie.  Na razie spłaciła około 50 %.  Wobec b. dyrektor pani Staręgi, która do emerytury pozostawała zatrudniona w Biurze Kultury nie wyciągnięto wg mojej wiedzy żadnych konsekwencji.

5.             W listopadzie 2003 powstał w DKŚ  Związek zawodowy, którego działacze konsekwentnie torpedowali wszystkie polecenia dyrektora. Imprezy w plenerach odbył się zgodnie z planem tylko dzięki temu, że użyczyłem DKŚ oczywiście nieodpłatnie swój prywatny sprzęt: aparaturę nagłaśniająca, krzesła, namioty etc.

6.             W 2004 roku frekwencja  na imprezach  DKŚ wzrosła blisko  dwukrotnie  w stosunku do roku 2003, i przekroczyła  50 000 osób.  W plenerach 20 000 wobec 10 tys. w 2003 kiedy to imprezę po raz ostatni organizowałem  z pozycji NGO.

7.             We wrześniu 2004 zwróciłem się do Prezydenta o przeprowadzenie Audytu instytucji. Audyt przeprowadzany był od listopada 2004 do czerwca 2005 roku.

8.             Budżet  na rok 2005 zaplanowany przez Miasto na kwotę  2 7333 967 został przez Radę Dzielnicy zmniejszony o 433 tys. do kwoty 2300 PLN.

9.             W styczniu 2005 roku  odzyskałem  w formie dotacji celowej 430 000 PLN przyznane  z rezerwy celowej na aktywizację Domów Kultury.

10.           W marcu 2005 dowiedziałem się,  że Ogródki Warszawskie w Dolinie Szwajcarskiej nie mogą być kontynuowane .

11.           Wtedy wskazałem Park Kultury i Wypoczynku im. Rydza Śmigłego jako nową lokalizację śródmiejskiej imprezy. Zaproponowałem  powrót do tradycyjnej nazwy Ogrody Frascati i wystąpiłem z wnioskiem o środki na rewitalizację kulturalną tego miejsca.

12.           Środki te w łącznej wysokości 1 320 tys. PLN zostały przyznane zarządzeniem  Prezydenta Miasta  z 31. 05. 2005.

13.           7.06.2005 roku otrzymałem pismo dyr. Biura Kultury, że w związku z toczonym przeciw mnie  postępowaniem  RIO premia zostaje mi zmniejszona o 40 % i będzie wypłacana w  minimalnej wysokości czyli 30 %.

14.           W tym samym czasie do Prezydenta zaczęły napływać coraz liczniejsze wnioski działaczy ZZ o zwolnienie mnie ze stanowiska.

15.           5 LIPCA 2005 RADA DZIELNICY ŚRÓDMIEŚCIE PRZYJĘŁA STANOWISKO NEGATYWNIE OCENIAJĄCE DZIAŁALNOŚĆ DKŚ I POSTULUJĄCE ODEBRANIE ŚRODKÓW NA REWITALIZACJE KULTUROWĄ OGRODÓW FRASCATI.

16.           Latem 2005 Sukces Ogrodów Frascati, przerósł najśmielsze oczekiwania – mimo zmiany miejsca frekwencje w  na Ogródkach Warszawskich, a w szczególności na XIV Konkursie Teatrów Ogródkowych wzrosła o 100% i wyniosła  przeszło 44 tysiące osób. ( W całym Domu Kultury na 800 imprezach sięgnęła 88 tysięcy.

17.           Po zakończeniu imprezy,  mimo jej sukcesu, Dzielnica Śródmieście po raz drugi ( tym razem skutecznie) zmniejszyła proponowany przez miasto  budżet Domu Kultury na rok 2006  o 240 tys. PLN   z 3 275 tys. zł  do 3 035 tys. zł.

18.           Mimo odstąpienia przez RIO we wrześniu 2005  od wymierzenia mi kary za powstałe nie z moje winy  zaległości – oczywiście nie wyrównano  mi zmniejszonych  premii.

19.           W związku z postępowania przed RIO Zarząd Dzielnicy nie wystąpił też o nagrodę roczną dla mnie  za rok 2004.

20.           W styczniu 2006 roku rozpoczęto kompleksową kontrolę całej działalności Domu Kultury. Wystąpienie pokontrolne, wręczono mi dopiero  po 11 miesiącach paraliżowania naszej pracy -  5 grudnia 2006. Komisja  spisała kilkudziesięciu stronnicowy raport  powtarzający ściśle zarzuty niezadowolonych związkowców, pomijający wszystkie pozytywne opinie i rozmowy, wskazała dziesiątki drobnych w moim przekonaniu uchybień, które naturalnie natychmiast usuwamy . Nie  zarzucono tylko najmniejszej nawet  malwersacji, naruszenis ustawy o zamówieniach publicznych, czy złej pracy merytorycznej. Tego bowiem nawet z palca wyssać  się nie da!

21.           Oczywiście od stycznia 2006 roku  do chwili obecnej – ze względu na trwającą kontrolę i liczne zarzuty oraz donosy,  premia dyrektora została na powrót zmniejszona do 30 %.

22.           Mimo oszałamiającego sukcesu Ogrodów Frascati. (frekwencja po raz kolejny wzrosła o sto procent sięgając 140 tysięcy osób  na 1150 imprezach DKŚ w tym blisko 90 tysięcy widzów na Frascati )-   nie zaopiniowano wniosku o zwiększenie budżetu imprezy na rok 2007 ( konieczność odnowy infrastruktury, nieunikniony wzrost honorariów). Wnioskowaliśmy 5 950 tys. proponuje się nam 3 093 600 PLN.

23.           W latach 2004 – 2006 skierowano do władz Warszawy i do mnie osobiści dziesiątki pisemnych i mnóstwo ustnych podziękowań, wśród nich  w 2004 list zbiorowy bywalców Doliny Szwajcarskiej podpisany przez 160 osób, w 2005 ponad tysiąc osób podpisało się pod listem dziękującym władzom Warszawy za stworzenie Ogrodów Frascati. Gratulacje i podziękowania otrzymałem od rzeszy intelektualistów skupionych w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, Związku Artystów Scen Polskich. Artystów Estrady i Operetki. Oraz od osób prywatnych z Izabellą Cywińską na czele

24.           Mimo składanych mi ustnych deklaracji – zarówno przez dyrektora Biura Kultury panią  Naimską,  jak i komisarza Marcinkiewicza  nie wystąpiono  o nagrodę roczną dla mnie za rok 2005.

2.             Informacja o odmowie podpisania budżetu DKŚ na rok 2007. Warszawa 8 grudnia 2006

Sz. P. Małgorzata Eytner-Branicka

Główna Księgowa Wydziału Budżetowo Księgowego

Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy

Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

A Teraz Konkretnie z HGW i Jarkiem Kretem 10. IX.1993

Szanowna Pani!

Uprzejmie informuję, że w dniu 18  sierpnia 2006 złożyliśmy projekt budżetu dla Domu Kultury Śródmieście na kwotę 5 950 000 PLN.  Projekt ten uwzględniał kontynuację letnich już  III Ogrodów Frascati w roku 2007  na poziomie porównywalnym z rokiem mijającym oraz kontynuację wszystkich działań Domu Kultury Śródmieście. Podczas  1150  imprez z naszej oferty w Domu Na Smolnej i w klubach, w minionym roku skorzystało  140 tysięcy mieszkańców Dzielnicy  Śródmieście i Warszawy .

Projekt ten  nie został przez nikogo ani negatywnie, ani pozytywnie zaopiniowany. Dotarły do nas jedynie komentarza urzędników wyrażających zadowolenie z faktu, iż nasza działalność plenerowa realizowana wbrew Stanowisku Rady Śródmieścia z dnia 5 lipca 2005 zostanie ograniczona i staniemy się na powrót, jak to ktoś w Pani Wydziale miał powiedzieć „zwykłym szarym domem kultury”.

Ewentualne zaopiniowanie zwiększenia budżetu DKŚ uzależnione miało być od wyników audytu, z którym wstrzymywano się do dnia wyborów.

Abstrahuję od  faktu, iż wystąpienie pokontrolne, które ( co zostanie mocno  udokumentowane) otrzymałem dnia 5 grudnia 2006 r. jest tendencyjne i wybiórcze. Dokument nie uwzględnia opinii pozytywnych, nie uwzględnia także zmian wprowadzonych na przestrzeni lat 2004 – 2006 r.  Dane, na podstawie których ustalono stan faktyczny są niereprezentatywne, protokół sugeruje, że nie zrealizowano wniosków pokontrolnych, z czym nie mogę się zgodzić.

Z budżetowego punktu widzenia ważne jest jednak, iż w dokumencie tym, negatywnie oceniającym zasady polityki kadrowej, znalazło się sformułowanie z którego wynika, że „Obecna struktura DKŚ zapewnia realizację zadania zarówno o zasięgu dzielnicowym jak i ogólnomiejskim , czego potwierdzeniem jest istniejąca bogata oferta programowa oraz sprawna realizacja przedsięwzięcia PN. „Ogrody Frascati”, cieszącego się dużym zainteresowaniem mieszkańców Warszawy”. ( str. 6 wystąpina pokontrolnego podpisanego 1.XII.2006 przez b.  Prezydenta Miasta Warszawy w osobie pełniącego tę funkcję Kazimierza Marcinkiewicza).

W związku z tym stwierdzeniem pragnę oświadczyć że sprawna realizacja oferty programowej i wzrost frekwencji na wszystkich imprezach na Smolnej w okresie trzech lat mej dyrekcji  o  500 % ( z 30 tys.  w roku 2003 do 140 tys. w 2006 ) był możliwy jedynie dzięki wprowadzeniu nowej  ( acz  nie zaopiniowanej  przez związki zawodowe, ani przez informowane o tym fakcie jednostki nadrzędne)  -  struktury organizacyjnej.

Nie byłoby Ogrodów Frascati, Inwazji Gwiazdkowych Skrzatów, Akcji z Dziecka Król, Poranków Familijnych, Five o’clock-ów  Muzycznych, Akademii Filmowej, Saloników Kabaretowych i Biesiad oraz Jubileuszy  Literackich na Smolnej, Warsztatów Pisarskich  w klubie na Marszałkowskiej z redakcją pisma „Tekstualia” – bez wolontariuszy, bezrobotnych absolwentów, osób kierowanych  w ramach robót publicznych przez Urząd Pracy, nawet resocjalizowanych  więźniów pomagających nam w remontach i pracach porządkowych na Frascatii. Wreszcie bez wybitnych artystów i animatorów kultury, których – wobec  uporczywego blokowania realizacji zmian kadrowych – zmuszony jestem zatrudniać na zlecenia.

Nie byłoby ich też bez zwiększenia budżetu DKŚ o  1 973 tys. PLN w 2005 PLN.  Z tej  kwoty, po odjęciu dotacji celowej na uruchomienie Ogrodów Frascatii,  zwiększenie wydatków na działalności programową w 2005 roku  według projektu budżetu Miasta sięgać miało 1 200 tys. PLN i zamykało się  kwotą 3 275 950 PLN. Niestety   240 tys. PLN  odebrała nam negatywnie nastawiona do projektu Ogrodów Frascatii (por. Stanowisko z 5 lipca 2005)  Rada Dzielnicy Śródmieście -  zmniejszając nasz  budżet na rok 2006 do kwoty 3 035 950. PLN Dokładnie takiej kwoty 240 tys. zł  brak nam dziś do pełnej realizacji budżetu po sprawnym wykonaniu oferty Programowej DKŚ w minionym roku.

W związku z tym jako Dyrektor Domu Kultury Śródmieście i twórca Ogrodów Frascati,  zmuszony jestem odmówić akceptacji i złożenia podpisu pod skierowanym przeciwko interesom skupionej wokół Domu na Smolnej publiczności –  projektem  Uchwały Rady Miasta Stołecznego Warszawy w Sprawie budżetu MS Warszawy na Rok 2007, przewidującym w paragrafie 92109 dalece niewystarczającą na kontynuowanie działalności kwotę 3.093.600 PLN.

Do wiadomości:

1)            Zastępca Prezydenta  m. st.  Warszawy Włodzimierz Paszyński ,

2)            Małgorzata Naimska Dyrektor Biura Kultury m. st. Warszawy Pl. Zamkowy 10, 00-277   Warszawa

3)            Agnieszka Maria Gierzyńska-Zalewska  Przewodnicząca Rady Dzielnicy Śródmieście Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

4)            Artur Grzegorz Brodowski Burmistrz Dzielnicy Śródmieście Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

5)            Przewodniczący Komisji  Kultury Rady m. st. Warszawy, Pałac Kultury i Nauki, pl. Defilad 1, 00-110 Warszawa

6)            Przewodniczący Komisji Kultury Dzielnicy Śródmieście,  Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

7)            Przewodniczący Komisji Budżetowej Rady m. st. Warszawy, Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

8)            Przewodniczący Komisji Budżetowej Dzielnicy Śródmieście , Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

9)            Tomasz Zdzikot  Zastępca Burmistrza Dzielnicy Śródmieście , Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

10)          Joanna Strzelecka Naczelnik Wydziału Kultury Dzielnicy Śródmieście , Nowogrodzka 43, 00-691 Warszawa

11)          Andrzej Hagmajer, Biuro Kultury m. st. Warszawy,  pl. Zamkowy 10, 00-277   Warszawa

3.             Koncepcja Utworzenia Centralnego Parku Kultury – OGRODY FRASCATI.

4.            Listy z widowni

[3] „Za nami kolejne wybory samorządowe. Skończyła się czwarta kadencja Samorządu od chwili jego odrodzenia w roku 1990. Przed nami kadencja piąta ( w Warszawie szósta)  lub jak kto woli pierwsza w IV Rzeczpospolitej.

A Teraz Konkretnie z W.Paszyńskim - 18.XII.1993

Idea samorządowa była wielką nadzieją roku 90-tego. Chodziło o to by odejść od dotacji celowych, środków dystrybuowanych przez Urzędy Wojewódzkie, rejonowe, ministerialne priorytety. Chodziło o to by dać szanse inicjatywom oddolnym. By autentyczni radni, przedstawiciele dzielnic, wsi i powiatów decydowali jakie pieniądze przeznaczą na szkołę, jakie na drogę, a które na festyn kulturalny. Aby to było możliwe potrzebna była podmiotowość prawna i możliwość  dysponowania podatkiem od osób fizycznych oraz  prawnych  ( przynajmniej 15 %), a także podatkiem drogowym i gruntowym.

Cztery kadencje samorządu przekształciły go we własną karykaturę ! Rada Dzielnicy Śródmieścia – przynajmniej w ostatniej kadencji -  nie rozważała  czy naszemu kwartałowi miasta potrzebna jest impreza kulturalna, odrestaurowany park i czy ma jakieś, a jeżeli – to jakie: ogólnopolskie zobowiązania. Radni Dzielnicy Śródmieście  administrując przestrzeniami historycznymi będącymi centrum stolicy  Polski myśleli jedynie o tym jak wykonać partyjne polecenie i jak politycznym konkurentom stawić odpór. Zupełnie inaczej  rozumowali  radni pierwszej, jeszcze drugiej  kadencji i ich  zarządy z burmistrzem Janem Rutkiewiczem czy Markiem Rasińskim,  dzięki którym udało się piętnaście lat temu ustanowić imprezę – Konkurs  Teatrów Ogródkowych. Imprezę, która wpisała się już zarówno w historię polskiego teatru jak i w kalendarz kulturalnych imprez Stolicy.

Konkurs Teatrów Ogródkowych swoje istnienie i byt zawdzięczały samorządowi Warszawy i jej śródmiejskiej dzielnicy w szczególności. Jednak od chwili, gdy z offowej niszowej imprezy wychwalanej w mediach lecz pomijanej w dotacjach rozrósł się do wymiaru – jak go w tym roku nazwało pismo WPROST „największego i najtańszego festiwalu artystycznego w Polsce”  -  Ogrody Frascati  rozwinęły  się  – musi to być wyraźnie powiedziane – wbrew Radzie Dzielnicy Śródmieścia, która 5 lipca 2005 roku wyraziła swoje stanowisko jednoznacznie: „krytycznie oceniając działalność Domu Kultury Śródmieście  w roku 2004 i pierwszej połowie 2005 roku oraz projekty, na które przeznaczona została łączna kwota prawie 2 milionów złotych.” Zdaniem radnych IV Kadencji :” DKŚ nie jest przedsiębiorstwem działającym  na rynku show biznesu organizującym wielkie przedsięwzięcia rozrywkowe dla najszerszego odbiorcy i działającym dla osiągnięcia zysku. Realizowane przez DKŚ projekty realizują wyłącznie koszty pokrywane z pieniędzy samorządowych, a więc z kieszeni podatnika . Taki charakter ma większość „wizjonerskich” pomysłów dyrektora Andrzeja Kijowskiego.”.

Chodziło o to że mimo próby zmniejszenia budżetu DKŚ na rok 2005 przez Dzielnicę o kwotę 433 tys. PLN udało mi się te pieniądze ( w styczniu 2005 roku nb. przy  poparciu Komisji Kultury ówczesnej Rady).  Jednak fakt, iż udało nam się pozyskać z Miasta jeszcze dodatkowe środki na nowe  projekty z Ogrodami Frascati na czele wzbudził już skrajnie negatywne emocje.  W podjętym 5 lipca 2005 bez jednego głosu sprzeciwu  stanowisku Rada Dzielnicy  postulowała uchylenie zarządzenia Prezydenta Kaczyńskiego nr 2455/2005 z dn. 31.05.2005 przyznającego Domowi Kultury  Śródmieście kwotę 1320 tys . PLN na te cele.

Stanowisko to nie zostało na szczęście przez Prezydenta wzięte pod uwagę. Jego jedyną, acz niebagatelną konsekwencją  pozostało, iż moja dyrektorska premia została w konsekwencji zmniejszona  o 40 % i od tamtej chwili do tych dni grudniowych roku 2006 miast nagrody czy podziękowania ZA DETERMINACJĘ PRZY ORGANIZACJI OGRODÓW ORAZ ROZWÓJ OFERTY PROGRAMOWEJ DOMU NA SMOLNEJ PRZEZ PIĘTNAŚCIE MIESIĘCY PŁACIŁEM  ZMNIEJSZENIEM POBORÓW – w porównaniu do kwot premii jakie pobierali zatrudnieni na identycznych warunkach dyrektorzy innych domów kultury !

W ciągu dwu lat przyjęliśmy w Domu na Smolnej dziewięć  kontroli, z których żadna nie zdołała wskazać najmniejszego wykroczenia czy malwersacji. Formułowano za to tysięczne zastrzeżenia natury biurokratycznej. Sam fakt trwania kontroli spowodował, iż  jestem jedynym bodaj dyrektorem instytucji kultury, który mimo wypromowania w roku 2005 „największego wydarzenia teatralnego Stolicy” jakim zdaniem ówczesnego Dyrektora Biura Teatrów kierującego dziś Teatrem Wielkim  Janusza Pietkiewicza była 40 tysięczna frekwencja i atmosfera kulturalnego spotkania stworzona w Ogrodach Frascati – nie otrzymał dotychczas nagrody rocznej za rok 2005.

Zaś sukces pierwszych ogródków na Frascati,  ostateczny efekt plastyczny teatru i  ogromna  frekwencja też nie zrobiła na Radnych Śródmieścia ani poprzednim Zarządzie Dzielnicy Śródmieścia   najmniejszego wrażenia. Budżet na rok 2006 został już po sukcesie Ogrodów Frascati zmniejszony przez Radę Dzielnicy tym razem skutecznie o 240 tys. zł  w stosunku do kwot proponowanych przez Miasto.

Jednak projekty Domu Kultury Śródmieście zyskały wysokie oceny Prezydenta RP, patronat Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Edukacji Narodowej, a przede wszystkim patronat i jedną z wyższych dotacji przyznanych przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Na wszystkie swe bowiem projekty DKŚ otrzymał z MKiDN aż 86 tys. PLN.

Na Radnych ani na urzędnikach nie robi to jednak  wrażenia, tak samo jak  oszałamiające sukcesy naszych imprez: blisko 90 tysięcy widzów w Ogrodach Frascati, gdzie frekwencja po raz kolejny wzrosła o sto procent. W całej instytucji, od chwili objęcia przeze mnie w roku 2003 jej dyrekcji, frekwencja wzrosła o 500 procent – z niespełna 30 tys. w roku 2003 –  przekraczając 150 tysięcy osób  na  ponad trzech tysiącach imprez zorganizowanych przez nas w 2006 roku.

Mimo to nie zaopiniowano wniosku o zwiększenie budżetu imprezy na rok 2007 ( konieczność odnowy infrastruktury, nieunikniony wzrost honorariów). Wnioskowaliśmy ( w sierpniu 2006 myśląc o rozwoju imprezy, nowej scenie, podniesieniu  na najwyższy poziom jakości wykonawców – 5 950 tys) proponuje się nam 3 093 600 PLN co stanowi regres o przynajmniej 500 tys. zł.

Na Ogrody Frascati, na które w roku 2006 wydaliśmy około 800 tysięcy złotych, (średnia wartość imprezy to 3 tys zł, koszt widza 9 zł !) w roku 2007 przy obecnym budżecie będziemy mogli wydać co najwyżej 300 tys. PLN!

NIE TRZEBA CHYBA DODAWAĆ, ŻE W WYPADKU BRAKU KOREKTY BUDŻETU DECYZJA KONSTRUKTORÓW PRELIMINARZA OBCIĄŻY W OCZACH MIESZKAŃCÓW  I WYBORCÓW OBECNE WŁADZE !

Zwracam się w konkluzji:

1) o reasumpcję Stanowska Rady Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy podjętego na 31 Sesji Rady w dniu 5 lipca 2005 r. w sprawie: finansowania i działalności Domu Kultury Śródmieście.

2)  o pozytywne zaopiniowanie zwiększenia budżetu DKŚ poprzez zwiększenie załącznika budżetowego Dzielnicy Warszawa Śródmieście o kwotę 2857 tys. PLN w § 921 rozdz. 92109 do kwoty  5 950 tys. z uwzględnieniem wydatków ogólnomiejskich związanych z rozbudową Festiwalu Artystycznego Ogrody Frascati20.

3  Uprzejmie też proszę o spowodowanie ( w trybie wystąpienia do Zarządu Dzielncy i Prezydenta Miasta) nadania materialnej formy uznaniu publiczności i mediów, którego mi nie brak,  poprzez przyznanie mi nagrody rocznej za rok 2005  i przywrócenie pełnej wysokości premii miesięcznych za rok 2006 i w przyszłości.

Rozdz. CLIV – Z Derdziukiem pod Górkę.

czwartek, 26 Sierpień 2010

Z Derdziukiem pod Górkę .  Opis…r. CLIV

Było po panelu. Był też dwudziesty listopad i … było po pierwszej turze wyborów  samorządowych, która odbyła się 12 listopada. Następna miała się odbyć za kilka dni – 26 listopada – w niedzielę.  Mój projekt Centralnego Parku Kultury „Ogrody Frascati”,  Frascatii, który Marcinkiewicz obiecał przejrzeć nazajutrz po występie Marii Peszek od trzech miesięcy nie ruszony. Kontrole wypisywały coraz to większe androny no i oczywiście znów zanosiło się na to, że należącej się każdemu dyrektorowi w mieście premii rocznej (za rok 2005) – i tym razem nie dostanę. Jedyne, co mi zapłacono to za scenariusze, które mi Małgosia Naimska zatwierdziła dowodząc tym samym autorstwa projektu mych całoletnich Ogrodów Frascatii.

Widząc, że robi się gorąco, a do „Osoby pełniącej funkcje Prezydenta Miasta” dobić się nie jestem w stanie dopadłem Marcinkiewicza, na jakimś spotkaniu. Strasznie był zdziwiony mymi kłopotami. Gwarantował, że na „Ogrody Frascati” środki z pewnością znajdzie. W sprawie mojej nagrody natychmiast telefonicznie interweniował u swego asystenta – nijakiego, a oslawionego przez Kazika Staszewskiego Zbigniewa Derdziuka. [1]

Pobiegłem więc nazajutrz ( dzień przed II turą), a wszyscy już poza głównymi zainteresowanymi czuli, że Marcinkiewicz przegra ją raczej,  do szefa biura Prezydenta. No i mówię szefowi – powołując się na Ober-Szefa Kazika

„ No daj mi Derdziuk nagrodę, no co ci to stanowi?

A on mi na to: jak niegdyś piosenkarzowi – nb. też Kazikowi:

„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”.

No i przegrali wybory. Jeszcze ostatniego dnia Marcinkiewicz podpisał dokument z tzw. zaleceniami pokontrolnymi po całosezonowej inwigilacji przedstawicieli miasta. Nie podpisałem dokumentacji kontroli. Tyle tam było bzdur i przeinaczeń.

Jednak same zalecenia nie brzmiały w sumie zatrważająco. Ot, tu sprawdzić, tu dodać, tam poprawić, owdzie uporządkować. Zdaniem moich prawników w znacznym stopniui zalecenia te były bezzasadne. Wydawało się, że będzie z tego kolejna urzędnicza mitręga. I może by była, gdyby … nie ten drobiazg, że zmieniła się miejska miotła,  jak najwulgarniej trzeba dziś określić samorząd miejski. Ja jednak specjalnie się nie przejmowałem. Z trudem ale na życie mi starczało, a wciąż nie mogłem nasycić się sukcesem. Przez cały grudzień  Agnieszki Budzyń prowadziła rozmowy z moimi najważniejszymi współpracownikami.  Od Staszkia Górki poczynając.

Rozmowa z p. Staszkiem Górką – 09.12.2006

Agnieszka Budzyń

S. Górka w "Opowieści Zimowej" reż. Z. Mrozowska Dyplom PWST (Teatr Współczesny) - 1977

A.B. - Ile lat trwa Pana znajomość z Dyrektorem?

S.G.- Znajomość trwa bardzo długo, bo ponad 30 lat. Spotkaliśmy się kiedyś w tym samym miejscu, na Miodowej, i w tym samym czasie, gdy zdawaliśmy do szkoły teatralnej. Stanęliśmy oko w oko.  Andrzej zrobił na mnie wrażenie…, kojarzył mi się… Na Rasputina  był za chudy, ale miał jakiś żar w oku, emblemat na piersi, nie wiem, ale miałem bardzo prawosławne skojarzenia.   Myślałem, że to jakiś młody, natchniony pop. Potem dowiedziałem się, że jest synem Andrzeja Kijowskiego – pisarza i uzyskałem na jego temat więcej informacji. Andrzej równocześnie studiował polonistykę i układ był taki, że wiedzieliśmy o sobie, spotykaliśmy się,

gadaliśmy, byliśmy widzami tych samych zdarzeń teatralnych, wtedy się dużo działo: festiwal narodów itp. A potem spotkaliśmy się kiedy został młodym pracownikiem naukowym w Szkole, a ja asystentem i robiliśmy wspólne różne spotkania, troszkę „ryliśmy pod czerwonym”, troszkę to była konspiracja, partyzantka, jakieś takie właśnie historie. Potem był okres Solidarności. Mieliśmy sztamę, gadaliśmy dość dużo. A potem był pierwszy konkurs, ale go jakoś w ogóle nie zauważyłem, zjawiłem się na drugim czy na trzecim, ale już wiedziałem, co on robi, wiedziałem, że w Lapidarium. Zaczepił mnie kiedyś i mówi:

ATK - Emblemat plemienia Hoopi przywiózł Senior z Wielkiego Kanionu

- Przecież ty masz jakieś swoje przedstawienie.

- No, mam – jeszcze wtedy nie nazywaliśmy się Towarzystwo Teatralne Pod Górkę, ale zrobiliśmy takie przedstawienie lwowskie, na które namówiłem się ze Zbyszkiem Rymarzem i zgłosiłem te piosenki Andrzejowi i to był rzeczywiście niezapomniany wieczór. Warunki były bardzo bojowe, świeże powietrze, to był przepiękny lipcowy wieczór. Było to dla mnie zabawne i dziwne, bo rzeczywiście upał, gorący wieczór, ludzie pijący piwo, jednocześnie bar żyjący swoim życiem, trzeba było sztuką aktorską, tym przedstawieniem, opanować ten żywioł. Tam gdzieś były skrzypiące, skwierczące kawałki mięsa rzucone na grill. To wszystko było szalone i odrealnione, coś do czego nie byliśmy przyzwyczajeni i takie było moje pierwsze spotkanie z KTO. Zresztą ten spektakl został szczęśliwie zarejestrowany przez TV „Polonię 1″ i gdzieś krąży.

Andrzej lubił to przedstawienie i miał do niego ciepły stosunek. Wiem, że ta kaseta żyje, ja też ją mam, bo przegrywaliśmy wtedy. I to był właściwie pierwszy kontakt z „ogródkami”. A potem były takie zdarzenia, że co parę lat (już powstało Towarzystwo Teatralne Pod Górkę) włączaliśmy się do akcji próbując zawalczyć o nagrody, mieliśmy możliwość pokazania swoich przedstawień w Warszawie i niespłacone długi wobec reżyserów, powiedziałem do Andrzeja:

- Dobrze byłoby gdyby Tadek Wiśniewski dostał nagrodę, bo ciągle mamy poczucie, że jesteśmy mu winni pieniądze

I szczęśliwym zbiegiem okoliczności reżyser dostał nagrodę, chociaż Andrzej mówił:

- Absolutnie ja nie mam na to wpływu, to jest decyzja jury.

I pewnie tak było, bo potem przekonałem się, że Andrzej ma taką zasadę, że nie wtrąca się do jury, nie wywiera nacisku, niemniej te sugestie, marzenia nasze jakoś tam się przenosiły. Właściwie byliśmy taką grupą, która ciągle tymi swoimi przedstawieniami znaczyła. Zbierała i nagrody, i wyróżnienia, była zauważalną grupą, która stale współpracuje, a potem przyszły bardzo chude lata i nawet jeśli nie braliśmy udziału w konkursie, to graliśmy. Był pamiętam taki rok, zupełnie beznadziejny, Andrzej poprosił mnie o pomoc:

- Słuchaj, jesteście w Warszawie albo w pierwszych krzakach za Warszawą, czyli w Kopkach i okolicy, może byście tak od czasu do czasu zagrali…

- Jak często?

- No, tak co drugi dzień albo i codziennie…

I to było takie lato, gdzie my przyjeżdżaliśmy, graliśmy w Dolinie Szwajcarskiej, umowa była brutalna, okrutna, to była wczesna, kapitalistyczna manufaktura – tyle ile będzie z biletów. Dyrektor Kijowski z upodobaniem powtarza anegdotę, że Górka wyczuł sprawę mechanizmów kapitalistycznych i ogłaszał promocję. Za pięć siódma mówił:

- No co będziecie Państwo tak tu siedzieć? Zapłaćcie chociaż te dwa złote czy trzy i wejdźcie tam na teren teatru.

To tak było. Rzeczywiście odbywałem indywidualne wycieczki przed rozpoczęciem przedstawienia i zapraszałem, żeby jednak wejść i oglądać jak człowiek…

A.B - Działało?

- Tak, bardzo często to działało, to był taki śmieszny moment tej naszej strasznej biedy. Kończyło się to później spotkaniem i piciem winka, bo tego rzędu były to zyski.

A.B - Wystarczało na butelkę wina?

S.G - Tak, na butelkę wina. I to był właściwie taki styl życia, że w ten sposób spędzaliśmy wakacje w mieście.

A.B - „Lato w mieście?”

S.G - Tak, taka akcja. A potem zaczęło się to tak zwane jurorowanie.

A.B - Ile razy był Pan jurorem?

S.G - Trzy albo cztery

A.B - Stała fucha.

S.G- Tak, taka stała fucha. Nie bez przerwy, choć propozycje Dyrektora były częste, bo chciał, żebym tam był, natomiast ja miałem jakieś ciekawsze zajęcia, jakieś wyjazdy. Mówiłem: – nie mogę w tym czasie, bo miałem jakąś robotę i to było niemożliwe. I był jeszcze taki epizod kiedy któregoś roku Andrzej zaproponował mi liczenie głosów, prowadzenie razem z nim takiej konferansjerki, zabawiania publiczności i wtedy padł pomysł, żeby nagrać te nasze piosenki, które od dziesięciu lat funkcjonują: „Dziś do ogródka zbiegła się trzódka” albo „Oddaj głos na kogo chcesz”. I tak to mniej więcej wyglądało w takim bardzo ogólnym zarysie łącznie z tym rokiem.

Andrzej oczywiście zaprosił mnie na to spotkanie, na ten panel „Teatr to miejsce spotkania”, który – sama Pani widziała- przebiegał dosyć tak smutnawo, z taką nutką… wręcz tendencyjnie. Natomiast ja uważam, że zabrakło tam takiego akcentu, może to złe słowo. Że przy wszystkich zasługach Andrzeja i trudach, które poniósł dla tej inicjatywy, dla tego projektu jak się mówi współcześnie, i wszystkich smuteczkach, które płyną z realizacji, przeszkód i trudności, jedno jest pewne, że on rzeczywiście umiał jakoś…, że złapaliśmy sztamę, że zaimponował tym swoim szalonym zupełnie, wariackim pomysłem. Przecież to nie chodziło o pieniądze. Pieniądze jak Pani opowiadałem w pewnym momencie były żadne czy w ogóle dopłacaliśmy do tego interesu przyjeżdżając trzydzieści kilometrów spod Warszawy na przedstawienia. To się nie opłacało, już nie mówiąc o wypożyczeniu kurtyn, różnych elementach, które funkcjonowały w tej inscenizacji, a on nas jednak zafascynował tym swoim szalonym pomysłem. Właściwie mógł na nas liczyć, wytworzyły się takie relacje przyjaźni. Może nie braliśmy za to odpowiedzialności, bo odpowiedzialność on miał, ale mówiliśmy: dobrze, temu facetowi trzeba pomóc, bo to jest słuszne, bo to jest warte realizacji, mimo że ma trudną sytuację, dawaj, robimy to. To chyba się Andrzejowi udało, że przy jego wszystkich takich trudnościach, nerwowości – jak mówiłem zobaczyłem obłąkanego, młodego popa na tym…, że nagle te loty gdzieś się zbiegły i gdzieś ręka w rękę, ramię w ramię, połączyła nas idea.

Parę dni temu byłem na rozmowie u prezydenta Bydgoszczy, to takie drugie moje miasto, które mnie interesuje, i w którym lubię przebywać i nagle padł pomysł, żeby zrobić takie przedstawienia letnie, taki przeszczep. To nie będzie rodzaj konkursu, tylko taki przegląd naszych rzeczy, które obejmują już kilkanaście spektakli.

A.B - W tym roku było bardzo dużo indywidualnych nagród. Właśnie dlatego, tak?

S.G- Tak, tak. Chcieliśmy zauważyć, że w pewnej przeciętności przedstawienia warto zawsze wyłowić drobiazg, kogoś kto w tej masie się pojawia i nagle zwraca uwagę. To jest interesujące i to jest piękne. Takimi elementami była na przykład świetna muzyka, w jakimś przedstawieniu, nie pamiętam w którym, przepięknie zrobiona. W innym przedstawieniu był świetnie zagrany epizod, były tego typu rzeczy, których nie można pominąć. Pamiętam taki rok kiedy byli Rosjanie, grali „Oświadczyny” według Czechowa przerobione na musical. To był utwór właściwie jak ja pamiętam w tej historii Ogródków taki jedyny pełny, to znaczy, że było doskonałe aktorstwo całej tej trójki czy czwórki aktorów rosyjskich, świetne inscenizacyjnie, świetnie śpiewane, niezwykle muzykalne.

To były nawet brzózki, które dyrektor Kijowski ściął w najbliższym lesie i wsadził do drewnianych doniczek i podlewał je wodą, żeby nie zdechły do wieczora. Nawet to tworzyło jakąś nieprawdopodobną aurę i pełnię tego przedstawienia. To było akurat, w tej przestrzeni, pod gołym niebem, przy skromnym namiociku, przy tym oświetleniu, w tej scenerii, te środki aktorski, te melodie, to było wpasowane w punkt. A na ogół takie przeniesienie przedstawienia, kabaretu, to jest inna stylistyka i zgrzyta. Przestrajamy się, przestawiamy się i nagle mówimy o, to fajnie wyglądałoby w podziemiach, w jakiejś scenerii kabaretowej, w jakiejś kawiarence, ale nie w ogródku.

A.B - To dość powszechna opinia, że rzadko które przedstawienie jest przedstawieniem ogródkowym. Dyrektor miał nawet taką koncepcję, żeby specjalnie premiować sztuki przygotowane specjalnie do ogródkowej scenerii.

S.G- No tak, ale takich przedstawień jest w przeglądzie trzy, cztery. Trzeba byłoby przywrócić tak zwany repertuar rewiowo-bulwarowy, tam mieściłaby się jakaś burleska, komedia muzyczna, recital na świeżym powietrzu. To trzeba byłoby iść zdecydowanie w tym kierunku. A póki co wszystko jest przemieszane. Zawsze miałem o to straszną pretensję, mówię jeszcze o czasach kiedy nie byłem jurorem, ale antreprenerem, który wystawiał jakieś swoje przedstawienia. Miałem wtedy tylko czapkę, szalik i śpiewałem piosenki lwowskie, gdzie mi się było ścigać z jakimś Elblągiem czy teatrem z Jeleniej Góry, które miały olbrzymią kasę.

A.B - Panie Staszku, kojarzą się Panu  z dyrektorem Kijowskim jakieś zabawne zdarzenia ?

S.G- Ja podziwiam jego nieprawdopodobny refleks w różnych sytuacjach, które się dzieją. Ja też się wykazuję pewnym refleksem na scenie, ale to w sytuacjach kiedy coś się wali, przewraca dekoracja, siada aparatura i są sytuacje tak zwane stresowe, wtedy radzę sobie w tych sytuacjach. Natomiast jego i tak podziwiam, to już właściwie można o tym głośno mówić, pamięta Pani jak Marysia Peszek zaśpiewała to swoje „pieprzę miasto” w obecności prezydenta tego miasta? To, moim zdaniem, było nadużycie, nie można robić takich rzeczy i pewnie nie obyłoby się bez gwizdów (sam bym gwizdał), to nie było grzeczne i nie było na miejscu, ale dyrektor wpadł i powiedział „przepraszam za każdy słowny grzeszek Marysi Peszek” i rozładował te bombę bezbłędnie.

A.B - Panie Staszku, Pana największa wpadka w KTO.

S.G- A, były różne drobne draki z niedziałającymi mikrofonami itp., ale największa… Była, tak, na konferencji prasowej gdzie śpiewaliśmy po raz pierwszy „Osculati na Frascati” w naszej wersji, a przedtem mówiłem fragment z „Tułacza”. Kiedy zacząłem recytować, zobaczyłem tylko jednego dziennikarza, (bo spotkanie zostało całkowicie zignorowane przez tzw. prasę), który zresztą kompletnie mnie lekceważył, bo Hemar prawdopodobnie kojarzył mu się wyłącznie z homarami. I ja tu walę tekst, i nagle naszedł mnie taki moment wątpliwości, że przecież to zupełnie nie ma sensu, co ja tu w ogóle robię? Jakiś jeden facet siedzi, a ja mu bebechy wywalam… I nagle całkiem stanąłem z tekstem, zacząłem coś haftować i skutek to miało taki, że facet się obudził. Ja gadałem, szły jakieś słowa, które były kompletnie bez sensu, ostatecznie jednak wskoczyłem na właściwy tryb, ale to była wpadka. Potem jeszcze Kijowski mi dokuczał: o, kolega nie powtórzył tekstu. Tak się tym przejąłem, że kiedy później śpiewaliśmy „Osculati na Frascati” dwa razy przestawiłem tekst, byłem poza muzyką.

To był taki dzień wpadek, co mi się na ogół rzadko zdarza, bo jednak człowiek stara się być zawsze dobrze przygotowany, ale zdarzyło się, było.

A.B - Będzie Pan w przyszłym roku jurorem?

S.G- A skąd ja to mogę wiedzieć?

A.B - Można podsumować, że publiczność ogródkowa jest bardziej wymagająca od publiczności teatralnej takiego zamkniętego teatru, ale przez to ciekawsza pewnie…

S.G- Nie wiem czy ona jest bardziej wymagająca… Trudniejsza do ujarzmienia, bo tamci przychodzą i mogą siedzieć w skupieniu, a tu są tysiące rzeczy, które mogą publiczność rozproszyć: nagłe załamanie się pogody, jakiś pies, helikopter…

A.B - Czyli nawiązując do tezy dyrektora, że teatr to miejsce spotkania, czyli, że do ogródka ludzie przychodzą, żeby się spotkać, wypić kawę, pogadać, a to czy się z tego spotkania zrobi teatr zależy od aktora, który wyjdzie i albo ich zaczaruje, albo nie – to Pan się pod tym podpisuje?

S.G- Podpisuję, jako że moja formuła teatru, którą robię w „podgórce” to jest teatr ubogi, w którym jedynym walorem nie jest stara, wytarta walizki czy szalik, ale człowiek, jego oko, twarz, to co z niego płynie. Możliwe, że to ta formuła nas zbliża z Kijowskim.  To jest moja odpowiedź na pytanie czy teatr to miejsca spotkania.  Rozm. Agnieszka Budzyń

Chwilę potem 21.12.2006 porozmawia pani Agnieszka też z Jankiem Pietrzakiem.

A.B - Proszę opowiedzieć o swojej znajomości z dyrektorem Kijowskim.

J.P.- Muszę powiedzieć, że z podziwem obserwuję akcję Andrzeja Kijowskiego, który z Warszawy próbuje zrobić miasto sztuki, miasto wesołe, miasto pogodne, miasto bardzo związane z teatrem, i temu służą te możliwości, które ma. Bo ludzie na ogół są osadzeni w teatrach państwowych, w których, jak w urzędach, wykonują swoją robotę, są funkcjonariuszami państwa, które im za to płaci, dostają pensje, etaty, urlopy macierzyńskie, bilet bezpłatny w jedną stronę i wtedy pracują dla teatru.

A Andrzej robi coś w strukturach nieformalnych, istotnego bardzo i wydaje mi się, że ma wielkie sukcesy na tym polu, mianowicie całe te lata sezonów teatrów ogródkowych, które rozkwitały w różnych miejscach według jego pomysłów, to jest fantastyczna praca. Ja zetknąłem się z działalnością Andrzeja Kijowskiego kilka sezonów temu. Jako człowiek kabaretu, a nie teatru, występowałem najpierw w Dolince Szwajcarskiej, a potem w Ogrodach Frascati. Uważam, że to jest fantastyczne miejsce, świetnie zaaranżowane, na świeżym powietrzu.

A.B - Jak się Panu tam występowało?

J.P.- Dobrze, bardzo dobrze. To jest nawrót do tradycji teatru średniowiecznego, starożytnego, kiedy ludzie się spotykali. Jechał wóz, zatrzymywał się, artyści występowali na wozie, a ludzie stali i podziwiali, wtedy nie było jeszcze budynków teatralnych, a więc to taka dawna tradycja. Kabaret jest pewnym odłamem teatru w gruncie rzeczy, bardziej uproszczonym z konieczności, bo kabaret jest biedny tak jak i działalność Andrzeja Kijowskiego, nie ma na to zbyt wielu pieniędzy tak jak instytucje państwowe, trzeba grać dla ludzi w takich okolicznościach i w takich warunkach jak to jest możliwe, a więc na powietrzu. Wydaje mi się, że zaaranżowanie tych miejsc jest wielką zasługą Andrzeja, zrobił coś oryginalnego i w Dolince Szwajcarskiej, i w Ogrodach Frascati gdzie to się rozwija pięknie i staje się miejscem, które tętni życiem przez wiele miesięcy w roku.

A.B - W okresie kiedy w tych zinstytucjonalizowanych teatrach trwają urlopy, niekoniecznie macierzyńskie, więc nic się tam nie dzieje?

J.P.- Tak, tak, i poza tym zdarzają się tu przedstawienia, zdarzają się ludzie, występy, których normalnie w Warszawie nie można oglądać, więc to jest taka jakby ścieżka off, jak mówią Anglosasi, taki off-brodway pojawia się i bardzo dobrze, że pan Kijowski nie upiera się przy konkretnych gatunkach, że pokazuje wszystko co wartościowe, spektakle muzyczne, kabaretowe, spektakle teatralne również, jakieś grupy oryginalne, które inaczej w Warszawie nie istnieją, bo nie stać ich na wynajęcie sal w – powiedzmy – normalnym sezonie, czy zaistnienie w konkurencji z wielkimi instytucjami państwowymi, a w tej scenerii, w tych warunkach dają sobie radę, gromadzą liczną publiczność, która dowiaduje się o barwnej kulturze, która w ten sposób się przejawia. Jestem wielkim zwolennikiem tego działania pana Kijowskiego i podziwiam, że tak ładnie mu to wszystko idzie.

A.B - Pamięta Pan jakieś szczególne przedstawienie w KTO?

J.P.- Może szczególne to było takie związane z sierpniem, z rocznicą sierpnia, które było bardzo poważne jeżeli o mnie chodzi, poważne piosenki, poważne tematy związane z naszą narodową historią, z Powstaniem Warszawskim. Mam takie przedstawienie, w którym wykonywałem po raz pierwszy swoją piosenkę o Powstaniu i rzeczywiście poruszenie było olbrzymie.

A.B - Pamiętam je, owacja na stojąco…

J.P.- Tak, owacje, bisy, jednym słowem wielkie poruszenie. To daje pogląd na temat tego, że Warszawiacy w takich warunkach nawet, na powietrzu, w otwartej przestrzeni potrafią się i skupić i wzruszać, i bardzo chłonąć treści, które tam im się podaje, czyli w sumie pokazuje to, że miejsce jest dobrze zaaranżowane, miejsce służy wyrażaniu różnych emocji, nie tylko kabaretowych żartów, ale także pewnemu skupieniu, wzruszeniu.

A.B - Ale to również zasługa artystów.

J.P.- Tak, ale artyści nie w każdych warunkach są w stanie się przebić, bo czasami są to warunki nieżyczliwe po prostu, zwłaszcza kiedy jest to sztuka nazwijmy to uproszczona, bez wykwintnej improwizacji, bez bogatych dekoracji, bez dwóch tysięcy prób…

A.B - W teatrze ogródkowym trudno o bogatą inscenizację.

J.P.- No właśnie o to chodzi, to są wymagania artystyczne o niebo wyższe, bo w teatrze ogródkowym trudno o ten cały sztafaż artystyczny, trzeba go zastąpić czymś innym, talent artysty musi pokryć wszystko, braki scenografii czy też padający deszcz, czy wrzeszczące sroki za plecami, to wszystko talentem trzeba pokrywać, a więc tym bardziej jest to pasjonujące wyzwanie.

A.B - W teatrze ogródkowym brak kulis jest Pan bardziej dostępny, bardziej na widoku i  … wszystkie panie mają ułatwioną drogę do Pana ?

J.P.- Nie tylko panie, panowie również, bo to są ludzie, z którymi piłem pod kioskiem piwo czterdzieści lat temu, albo w Hybrydach żeśmy się kolegowali, albo byliśmy razem w wojsku czy w fabryce. Ja w Warszawie znam połowę mieszkańców, Warszawiaków oczywiście, nie mówię o elemencie napływowym, ale do Ogrodów Frascati przychodzą na ogół rdzenni Warszawiacy, tak mi się wydaje z odbioru, co jest dla mnie istotną różnicą.

Ja to wyraźnie widzę na widowni, wiem czy jest element napływowy czy jest warszawski. Moja znajomość z publicznością warszawską od prawie pół wieku powoduje, że mamy zupełnie inne relacje niż z ludźmi, którzy przyjechali tu pięć czy dziesięć lat temu i właściwie dopiero uczą się tego miasta i jego specyficznego nastroju. I z tego punktu widzenia działalność Andrzeja jest też bardzo korzystna, pozwala się skrzyknąć środowisku ludzi, dla których Warszawa jest ważnym miejscem nie tylko jako adres zamieszkania, ale jako pewien zbiór wartości, sentymentów, bo dla każdego Warszawiaka Czerniaków czy te Ogrody na Powiślu mają swój urok i smak młodości, świadomość tego co tam było kiedyś. I takie imprezy w przestrzeni warszawskiej bardzo pomagają określić tę warszawskość.

A.B - I tak doszliśmy do tematu „Teatr to miejsce spotkania”. Zgadza się Pan z dyrektorem, że teatr na świeżym powietrzu tym różni się od teatru zamkniętego, że to teatr przychodzi do widza, a nie widz do teatru, to znaczy, że na artyście ciąży odpowiedzialność wciągnięcia widza w grę, w przeżycia, w emocje, które dzieją się na scenie ?

J.P.- Powiedzmy szczerze, że to jest bardziej dostępne miejsce, codziennie coś innego się dzieje i to sprzyja temu, że się pewna grupa, pewna społeczność gromadzi wokół tego miejsca, które nie ma charakteru repertuarowego tylko co wieczór jest coś innego, coś charakterystycznego, że warto pójść i to jest dodatkowy motyw, dla wielu tysięcy ludzi to jest ważne miejsce w Warszawie. Wiadomo, że teatr jest miejscem spotkania, ważne jaka tradycja się wokół tego wytwarza wokół tego spotkania, kto tam przychodzi, Z mojego punktu widzenia to jest zgromadzenie warszawskie, znacznie bardziej niż w innych placówkach.

A.B - Taka lokalna specjalność.

J.P.- Tak, my się czujemy dobrze, bo znamy to miejsce, znamy te strony, jesteśmy u siebie. Kryją się za tym jakieś psychologie.

A.B - To ostatnie miejsce – Ogrody Frascati, które mamy nadzieję, że już zostanie na stałe, ono znajduje się w centrum miasta, ale jednocześnie jest z tego miasta wyizolowane, wyciszone, nie słychać samochodów, szumu. Z wyjątkiem jakiś emocjonujących wydarzeń na stadionie Legii, można powiedzieć,  że tam jest cisza i spokój.

J.P.- Tak, bardzo to jest fajnie zaaranżowane. Mam nadzieję, że ta inicjatywa będzie się toczyć dalej, że Andrzej rzeczywiście tam od maja do września będzie miał swoją placówkę i że będzie mu to wszystko świetnie funkcjonować.

A.B - Panie Janie, gdyby miał Pan wymienić trzy przymiotniki, które określają dyrektora Kijowskiego, to jakie by one były?

J.P.- Jest na tle innych urzędników bardzo pozytywną osobą, ponieważ ma inicjatywę i ma pomysły i nie boi się ich wcielać w życie, nawet za cenę konfliktów nieraz z różnymi ludźmi i ja to bardzo cenię, bo jeśli człowiek ma odwagę i ma pomysły, i potrafi je jakoś zagospodarować, to jest to taka cecha wyjątkowa na tle spokojnych, uładzonych i bezkonfliktowych urzędników od kultury. Poza tym jest człowiekiem niezwykle wykształconym, inteligentnym, mającym ogromne zaplecze intelektualne do tego co mówi i robi, a więc jego wiedza o teatrach i o całej pracy, którą wykonuje jest olbrzymia, dogłębna i to się liczy. A prywatnie jest miłym człowiekiem, z którym można o wszystkim porozmawiać, pobawić się. Rozumie nie tylko teatry i poważną sztukę, ale również i kabaret. Wydaje mi się, grając od kilku sezonów, że bardzo lubi kabaret i docenia wartość kabaretu w obecnej kulturze, widzi jej znaczenie i ma poczucie humoru. Jest błyskotliwy, inteligentny, śmieje się z żartów… same zalety.

A.B - Proszę mi powiedzieć czy współpraca z dyrektorem także ma same zalety, zawsze wszystko jest zapięte na ostatni guzik, nigdy nie było jakiegoś wywału, wpadki?

J.P.- Nie, nie, zaskoczył mnie tylko raz, na początku, jak zaczynaliśmy współpracę, wygłosił jakieś słowo wstępne, witając nas w swojej placówce i zrobił to wierszem. Byliśmy zaskoczeni z kolegami, bo nic o tym nie wiedzieliśmy, staliśmy za kulisami i słuchaliśmy jak dyrektor rymuje wspominając wiele naszych różnych historycznych spraw, adresów, piosenek, problemów jakie kabaret pod Egidą miewał, to wszystko ujął w bardzo ładną formę wierszowaną.

A.B - Dostał Pan to na piśmie?

J.P.- Tak, tak, i kiedyś na pewno to wydam.

Rozm. Agnieszka Budzyń

Już po świetach ale wciąż z nadzieją, że rozmowy te wykorzystamy w Opracowaniu projektowanym dla XVI KTO i III Ogrodów Frascati

spotka się pani Agnieszka ze Zbigniewem Rymarzem – 22 lutego 2007

A.B - Wie Pan, że to nie będzie wywiad-rzeka?

Z.R.- Nie? A co?

A.B - Kilka – mam nadzieję – wesołych historyjek, które posłużą jako przerywniki dla dyrektorskich tyrad.

Z.R.- Hm, był rzeczywiście taki wesoły akcent… Graliśmy „Lwów”, na Szopena, w „Dolinie Szwajcarskiej” i nagle zerwał się huragan, ulewa potworna, ludzie się schowali, a mnie – od tamtej pory twierdzę, że bardzo dobrze, że się garbię – na plecy spadła zastawka. Gdybym się nie garbił spadłaby na głowę. Wiatr tak miótł, że zalewało scenę, ludzie zaczęli uciekać, trwało to ponad godzinę… Nie skończyliśmy tego spektaklu.

A.B - Jednym słowem: mokry wieczór.

Z.R.- Bardzo mokry, ale czasami tak się zdarza.

A.B - Czy te nieprzewidziane wypadki w ogródkowym teatrze nie wyprowadzają Pana czasem z równowagi?

Z.R.- Nie. Zaczynałem pracę w teatrze pod kierunkiem reżysera, od którego nauczyłem się cierpliwości. To cecha niezbędna w każdym twórczym zawodzie.

A.B - Nie tylko w zawodzie, przydaje się również w kontaktach z innymi. Rozumiem, że dzięki cierpliwości komunikowanie się z dyrektorem Kijowskim nie sprawia Panu problemu.

Z.R.- Nie, spokojnie daję sobie radę. Zresztą, wie Pani, dyrektor jest małomównym człowiekiem.

A.B - Dyrektor?!

Z.R.- Tak, Zazwyczaj mówi tylko jedno zdanie.

A.B - Ale ile to zdanie trwa?!

Z.R.- A, to już inna sprawa…

A.B - Jak się Panowie poznaliście?

Z.R.- Nasze pierwsze spotkanie wyglądało tak, że ja powiedziałem: „dziękuję bardzo, to ja idę do domu”.

A.B - ?

Z.R.- Chodziło o „Lwów”. Przedstawienie zrobione na moich materiałach, wspólna scenografia i reżyseria. Przychodzę na Starówkę, wszystko jest, tylko mojego nazwiska w ogóle nie ma, nie istnieje. Powiedziałem: „no to dobrze, widzę, że dzisiejszy spektakl idzie jako mówiony, to ja jestem wolny, do widzenia”. Rozumie Pani, można mieć cierpliwość, ale pewnych rzeczy trzeba wymagać.

A.B - I jak to się skończyło? Dopisali nazwisko, dokleili?

Z.R.- Nie, nie było jak. Zapowiedzieli, taka specjalna, długa zapowiedź.

A.B - Czyli zrekompensowali faux-pas. Pomimo tego niefortunnego początku współpraca trwa. Co by Pan zmienił w Konkursie Teatrów Ogródkowych?

Z.R.- Przesiałbym wykonawców i zostawił tylko dobre spektakle. Już sama nazwa „teatr ogródkowy” zobowiązuje do jakiś form. Namawiałbym Dyrektora do zrobienia czterech programów ogródkowych. Aktorki w stylowych sukniach, z parasolkami, część operetkowa, potem jakaś jednoaktowa farsa. W tej chwili miejsce na Frascati jest tak ładnie urządzone, ma nastrój, klimat. Można pokusić się o stworzenie takiego cyklu: ogródek fin de siecle’owy, ogródek z czasów pierwszej wojny, ogródek lat dwudziestych i ogródek Dakowskiego z czasów okupacji. To byłaby historia ogródków.

A.B - Świetny pomysł.

Z.R.- Dyrektor zrobił coś wspaniałego, co kojarzy mi się z teatrem, w którym zaczynałem. To było w Poznaniu, za teatrem był ogród, który dyr. Szczerbowski zaadoptował na letnią scenę. No, ale nie o tym rozmawiamy. Wracając do Pani pytania o to, co bym zmienił, jak już mówiłem, przesiałbym wykonawców.

A.B - Co to znaczy?

Z.R.- To znaczy, że częściej sięgałbym na prowincję, bo tam dzieje się wiele ciekawych rzeczy, które można pokazać i dałbym prawo decydowania publiczności o jakości przedstawień od samego początku, czyli od etapu przeglądu. Rozumie Pani? Jury sobie, bo zależy kto będzie w jury, a publiczność sobie.

A.B - A właśnie, a propos, jak Pan tłumaczy fakt, że przez dwa ostatnie sezony werdykt publiczności i jurorów był w zasadzie taki sam? O czym to według Pana świadczy?

Z.R.- O wyrobieniu ogródkowej publiczności, oczywiście, która ma większą odwagę w podejmowaniu decyzji, i o mniej udziwnionej komisji.

A.B - Żartuje Pan sobie…

Z.R.- Nie, pamiętam nagrodzony spektakl, z którego gdyby wyrzucić dwie trzecie, to byłby nienajgorszy, a bez tego był sam bełkot, ale podobał się przewodniczącej jury, która przeforsowała swoją decyzję.

A.B - Acha… To skoro już jesteśmy przy sprawach wątpliwych, miał Pan jakąś wpadkę w KTO?.

Z.R.- Tak, był jeszcze taki incydent na Mariensztacie. Tadek Wiśniewski dostał nagrodę za reżyserię, Monika Świtaj za piosenkę, trzeba było wystąpić, a tego dnia wyszedłem ze szpitala i czułem się bardziej jak rekonwalescent, niż artysta. Ale mimo to stawiłem się o 14:00, żeby zrobić próbę i wszystko byłoby dobrze, tylko nie dowieźli pianina…

A.B - W ogóle?

Z.R.- Nie, na spektakl instrument dojechał.

A.B - To szczęśliwie. A pamięta Pan jakiś szczególny moment konkursu, coś ważnego dla Pana, o czym mógłby Pan powiedzieć: sukces!

Z.R.- Nie ma nic takiego. Wszystkie spektakle grało mi się bardzo dobrze, publiczność dopisywała i dobrze się bawiła. Jedno tylko w plenerze wymaga dopracowania, jak jest wiatr, to fruwają nuty.

A.B - Przecież można je przypiąć.

Z.R.- A jak trzeba ciągle przekładać i przypinać od nowa, to się robią dziury, bo kto w tym czasie ma grać, skoro pianista zajęty jest czy innym.

Rozm. Agnieszka Budzyń

Było już po wyborach. Należało jakoś przywitać się z nową władzą.

Na Sylwestra napisałem wierszyk[2], a potem poprosiłem pania Agnieszkę by dopadła Włodka Paszyńskiego, który –  a ta wiadomość zdawała mi się gwarancją bezpieczeństwa i uczciwości – miał zostać na miejsce Andrzeja Urbańskiego zastępcą obejmującej Urząd Prezydenta Hanny Gronkiewicz Waltz. Dla mnie wydawały się to bardzo dobrym prognostykiem. Byłem wśród samych przyjaciół. Andrzej Urbański był moim przyjacielem i nigdy się tego nie wyprę, Kaczyńskich szanuję obydwu, ale przecież Hanna Gronkiewicz-Waltz pomagała nam zakładać samorząd. W ’92 roku konsultowała Ustawę Warszawską, gdy byłem wicemarszałkiem Sejmiku. No a Paszyński! – Paszczak … był mi przyjacielem jeszcze dawniej niż Jędrek Urbański, poznaliśmy się jak sam powiada przed wojną japońską. Istotnie…

CDN

Przypisy:


[1] Escusi signore „No speaking inglese”
A gdzie kupiłeś sobie takie luks wąsy?
Czy może na stadionie bez praw autorskich?
I gdzie kupiłeś sobie taką super głowę?
Nakrycie na głowę nie musi być typowe
Pytasz się mnie gdy spokojnie sobie leżę
„Sorry mensch – no speaking inglese”
No daj mi Derdziuk wódki, no co ci to stanowi?
„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”


[2] Każdego roku otrzymywali ode mnie radni i prezydenci kartkę wydrukowana w Domu na Smolnej z jakimś najczęściej De La Tourem, tym razem był do Pierro Della Francesca z takim przesłaniem:

Wygranym  Kornie i z nadzieją

Niesiemy mirrę i kadzidło

Wierząc ze złotem się podzielą

By panowanie  im nie zbrzydło


Przegranym! Piosnkę zaśpiewamy

Krzyż Pański czeka wszak każdego

A my z gęślami, z gitarami

Nikomu  nie życzymy złego


Więc dziękujemy dobry Boże

Za nasze spotkania na Dworze

I za rozmowy pod dachami

Za to że nie jesteśmy sami


Przyjmijcie czego trzeba komu –

Kijowski z śródmiejskiego domu

Rozdz. CXI – Z Paszyńskim i Kisielewskim po Podlasiu

niedziela, 31 Styczeń 2010

Alert czyli Sympatyczne Miglance

W oczekiwaniu zatem na dotację przekształconego w jedną strukturę Miasta dla  XII KTO zająłem się rozkręconym już Alertem Europejskim.  Zająłem się nim właściwie z poczucia obowiązku i misji. No i po to by otaczający mnie ludzie mogli coś zarobić. Sam praktycznie nie zarabiałem na tym nic. No może z trudem pokryłem symboliczny czynsz Wilczej za dwa misiące. Nb. po dwóch latach musiałem po kontrolki NIKu zwrócić UKIE z własnej kieszenie 500 zł.  Urzędnicy doszli bowiem do wniosku, że w ramach przyznanej dotacji nie miałem prawa zmniejszyć kwot projektowanych na noclegi i wyżywienie by trochę lepiej zapłacić ekspertom.

Po wyprawie do Kopenhagi, gdzie 13 grudnia 2002 roku formalnie zakończono negocjacje akcesyjne myślałem o jeździe do Aten. Tam odbywać się miał  16 kwietnia kolejny europejski szczyt – tam też nastąpić miało ( i faktycznie 16 kwietnia nastąpiło) podpisanie Traktatu nt. przystąpienia Polski i pozostałych kandydujących Państw do Unii Europejskiej.

Chciałem przejechać tym razem południową Polskę, i kandydujące wraz z nami do Unii Czechy, Węgry kawałek Macedonii. Poprosiłem o większe  pieniądze. Jednak w UKIE nie zgodzono się na to.

Skończyło się zatem na przedreferendalnej  agitacji na ścianie wschodniej Polski. Celem II Alertu Europejskiego, który odbywał się w rezultacie od 15 do 21maja 2003 była promocja referendum akcesyjnego. Zachęcenie do uczestnictwa w Referendum i dostarczanie argumentów za przystąpieniem do Unii Europejskiej. Poszerzenie wiedzy na temat realnych możliwości i szans  w momencie przystąpienia do Unii. Uruchomiłem Telewizję Publiczną: Program I ( Telewizja Śniadaniowa); TVP Program 3 ( Regionalna) – magazyn Eurotel

Przypomniałem, że Alert to stan podwyższonej gotowości. Szczególnie na specjalnie zagrożonych terenach. Alert dotyczył tych wszystkich, którzy obawiali się, że doraźne kłopoty mogą zmarnować historyczną szansę Polski jaka była marzeniem 10 pokoleń naszych przodków. Dlatego ogłosiłem ten Alert. Czyli gotowość środowisk: głównie szkolnych, kulturalnych i samorządowych pragnących działać na swoim terenie na rzecz Referendum. 15 maja ruszyliśmy z happenigowym Eurobusem zbierać pokłosie Alertu.

Ełk _ Happening

Ełk - Alert Europejski

Alert robiliśmy z Konsekwentnymi, młodymi fajnymi ludźmi, których poznałem jeszcze w Warszawskim Ośrodku Kultury. Adam Sajnuk i Agnieszka Czekierda i ich impresario Aldona stanowią dziś trzon zespołu, od którego oddzielił się po zdaniu do Szkoły Teatralnej twórca tej grupy – Marcin Kołaczkowski.  Konsekewntni do zawodu konsekwentnie przebijają sie spoza Akademii. Nie podoba się to akademikom ( takim choćby jak Staszek Górka ) ale zachwyca publiczność wśród której „Konsekwentni” niby zespół rockowy mają grupy wiernych fanów. Wiem, że także i dla tych młodych ludzi jazda po Podlasiu, spotkania z ludźmi, sam fakt, że wyczarowałem autobus, ekspertów, pieniadze i nagłośnienie – było swoistym przeżyciem.

No właśnie nagłośnienie. Niby nic  ale jak tu sprawić by jadący przez małe  miasteczka autobus ( nie wszędzie się zatrzymywaliśmy) grzmiał. – Autobus musi mieć  przetwornicę: urządzenie zamieniające prąd z akumulatura na właściwy do zasilenia wzmacniacza. Zdobyłem taki autobus, po długim namyśle zaopatrzyłem go w hak holowniczy i przyczepę, na której jechały dwie wierne kolumny ( jeszcze te od Witka Szymańskiego kupowane), które dzielnie przetrzymały całą drogę. Jechał też z nami głupkowaty Adam – akustyk, który omało nie doprowadził mnie do zawału na dzień przed wyjazdem patrząc schematycznie na aparaturę, która nb. przez dwa lata osobiście  obsługiwał na Ogródkach. Na godzinę przed wyjzadem już w autokarze i ogłosił mi nagle że wszystko jest do wyrzucenia. Zdechło ! Cud, że Wróbel, który był tego sprzętu pierszym właścicielem tego sprzętu odebrał komórkę, przyjechał na sygnale przypominajac studencikowi, że gdzieś tam plus z minusem czy wejście z wyjściem są inaczej oznaczone. Wreszcie wszystko zagrało, przybyliśmy, zobaczyliśmy, zwyciężyliśmy,

Konsekwentni, przygotowali specjalny Happening o zaślubinach Polonii Z Europą. Śpiwali piosenki, tańczyli na placach, pomagali rozdawać nagrody w edukacyjnych konkursach przeprowadzanych przeze mnie z ekspertyami. Tym razem o pomoc poprosiłem dziennikarza i syna słynnego Kisiela – Jurka Kisielewskiego oraz byłego kuratora, krótko wiceministra oświaty, dziś znów wiceprezydenta Warszawy czyli Nauczyciela Doskonałego jakim jest Włodek Paszyński.

Ruszyliśmy przez Warszawę – Olecko – Gołdap – Grajewo – Krynki – Bielsk Podlaski – Siemiatycze – Sokołów Podlaski – Białą Podlaską- Radzyń Podlaski – Lubartów – Lublin – Świdnik – Krasnystaw – Zamość –Biłgoraj – Tarnobrzeg– Starachowice – z powrotem do Warszawy.

Wesoly autobus "Konsekwentni"

Po prawdzie to z tym Alertem było tak. Czułem, że po Kopenhadze trzeba iść za ciosem, choć z coraz większym przerażeniem stwierdzałem, że kolejne moje akcje może i służą czemuś, pewnie przysparzają mi popularności. Jednak tak są skonstruowane, że nie dają żadnego regularnego dochodu. No ale działałem trochę jak bankrut. Tyle, że ideowy. Tak uwierzyłem w rok 89, tak uwierzyłem, że jesteśmy w wolnym kraju, takim cudem zdało mi się otwarcie granic, wypełnienie półek, wycofanie wojsk rosyjskich z Polski, że mimo, iż na moich oczach kształtowały się mafie (tu Układ Warszawski), tam w okolicach Unii Wolności przekształconej potem w Paltformę Obywatelską odzyskiwały wpływy gminne sojusze. Widać było to już gołym okiem – ja jednak wciąż w to nie wierzyłem. Wciąż dawałem siebie. Wciąż nie pytałem o płacę i czułem się jak złodziej, gdy z pozyskanego przeze mnie na integracyjne akcje łącznego funduszu w granicach stu tysięcy złotych w kieszeni pozostało mi (i to bez odliczenia wszystkich kosztów) po sześciu miesiącach pracy około 6 tys. zł. Naturalnie nie na tych fakturach, które mi potem kwestionowano.

No ale jak by nie liczyc w skali roku czy siedmiolecia, każda konkretna wpłata pozwalała złapać oddech, pospłacać zwolna kształtujące się zaległości: a to ZUS, a to VAT, czynsz, telefon. Z takimi płatnościami od czasu X KTO już zaczynałem zalegać. Ciągle jeszcze liczyłem na nagrodę.

Marek Chojnacki

Przypominam sobie Marka Chojnackiego. Ten miły, wykształcony młody człowiek, którego poznałem na stanowisku zastępcy Joli Kessler-Chojeckiej jako wicedyrektora Centrum Prasowego PAI bardzo był dumny z siebie po zorganizowaniu obsługi pielgrzymki papieskiej w bodaj 99 roku. Przyjmował potem stanowisko konsula w Lyonie stwierdząjc ze spokojem: jakaś nagroda musi być. No tak, ale on pracował w strukturze. Na sukces choćby zarządzającego w tym czasie PAI Jana Musiała. Ja zaś pozyskując środki dawałem coś publiczności,  Sprawie, konkretnym zarabiającym dzięki mnie osobom. Jednak pracowałem zawsze na siebie. I to  był   błąd. Choć nie do końca przeze mnie zawiniony. Nigdy bowiem nie spotkałem nikogo (od Erwina Axera czy Stefana Morawskiego poczynając na Olechowskim kończąc) – kto by chciał bym pracował na niego. Jakoś tak się złożyło, że to u mnie pracowno. Ja zaś szczyciłem się tym, że zatrudniam najlepszych. Właśnie takich co też pracują na siebie.

Starałem się też zatrudniać młodzież.[1] Choć to szło mi gorzej, bo nie bardzo potrafię prowadzić za rączkę. Zakładam u moich podopiecznych ten sam co u siebie poziom inteligencji, a nawet niezależności. Co się zaś tyczy tych lepszych. Tu z kolei zakładałem, najczęściej błędnie niestety, że takie osoby są lojalne, nie obawiają się konkurencji, jeśli coś otrzymają, zachowają wdzięczność i jakoś spróbują się odpłacić.

Naiwna nieco wiara. Jurka Kisielewskikego znam ( z widzenia) pewnie ponad 30 lat. Mieszkaliśmy czas jakiś na przeciw. Szanowali się nasi ojcowie.

Jerzy Kisielewski

Ojciec Jurka to wszak słynny Kisiel: Stefan Kisielewski – muzyk i pisarz, felietonista Tygodnika Powszechnego w czasie, gdy to katolickie pismo (zawieszone w latach stalinizmu) wyznaczało standard niezależności i patriotyzmu. Po marcu 68 roku ojciec mój nie mógł nigdzie pisać pod nazwiskiem. W Twórczości pisał felietony jako Dedal. W Tygodniku Powszechnym swoje pisywał też pod (powszechnie już rozpoznawalnym) pseudonimem Kisiel. Gdy tylko przyszła nowa lekka odnowa naczelny redaktor Tygodnika Jerzy Turowicz zaproponował memu ojcu felieton na ostatniej stronie. Obok Spodka ( Stefana Skwarnickiego), Józefy Hennelowej, Antoniego Słonimskiego no i przewodzącego tej stawce Kisiela. Tak więc Ojcowie stali się kolegami z redakcji. Spotykaliśmy dość często pana Stefana idąc z Armii Ludowej na spacer w stronę placu Na Rozdrożu, dalej al. Ujazdowskimi wzdłuż Urzędu Rady Ministrów, aż po róg Bagateli zawracając na wysokości Wyższej Szkoły Partyjnej tej od Dionizego Tanalskiego. Pieski wskakiwały na murek, panowie perrorowali, chłopcy grali w pikuty. Jurek miał brata Wacka, świetnego pianistę, który poszedł w muzyczne ślady Ojca i zasłynął w latach siedmdziesiątych wraz z Markiem tworząc podbijający świat do tragicznej śmierci Wacka w ’86 roku duet fortepianowy Marek (Tomaszewski) & Wacek (Kisielewski).

Jurek stara się chodzić w te drugie, publicystyczne ojca szlaki. Przystojny ( moim zadaniem), romanista, mieszka do dziś w al.Szucha na czwartym piętrze na przeciw mieszkania Zosi Kucówny, w którym przechowywali mnie Hanuszkiewiczowie, gdy zdawałem maturę. Przechowywanie dotyczyło też Kalego, psa formalnie mego lecz w istocie powiernika Seniora, którego wyprowadzając natykałem się nie raz na Jurka z jakimś małym szczurkiem.

Łączą więc nas z Jurkiem wybitni ojcowie, krakowskie, inteligenckie korzenie. Podobne w sumie talenty. Przewagą Jurka jest wdzięk i jakaś taka arystokratyczna siła. Nie tyle pewność siebie co poczucie dowartościowanie. Jurek należy do tych co nie biorą – oni udzielają siebie. Za komuny był Jurek skromnym filolologiem romańskim, gdzieś pracował, coś tłumaczył. Jego czas zaczął się po śmierci Ojca. Z godnością go reprezentuje. Robi to zresztą optymalnie. Mnie bycie synem bardzo, bardzo długo nie przysparzało satysfakcji. Nie wynika to zresztą z braku miłości czy szacunku. Lecz ze sposobu wychowania. Mnie tresowano w poczuciu, że i tak w życiu ojca nie dorosnę. Senior wyznał nawet, w Dzienniku, że obawiał się bym ja go nie prześcignął. Jakiś kretyński wyścig szczurów, na który nałożyło się dodatkowo moje różne szkolne głównie niedoskonałości. Potem oblany egzamin, na aktorski. Gdzieś od doktoratu zacząłem odrabiać pozycje. Lecz co zdobyłem flankę: książka, doktorat – okazywała się ona już oderwana od Zamku.

Jurek przeciwnie ma tyle godności i wewnętrznej pewności siebie, że też wiele mu uchodzi. Z wiekiem staje się coraz ważniejszy: pracownik Radia dla Ciebie, potem telewizyjnej śniadaniówki, wybrany wiceprezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w chwili, gdy organizację tę opanowała Krystyna Mokrosińska ze swym telewizyjnym teamem.

Ktoś kto jak ja ma nawyk mierzyć wartość człowieka dziełami mógłby mu zarzucić niedosyt dzieł. Jednak czy obecność nie jest dziełem ? Cóż w końcu innego robi polityk ? On też tylko jest tam gdzie trzeba i we właściwym czasie. Więc dziś, gdy dziennikarstwo schodzi na psy, gdy czołowym autorytetem środowiska ogłosił się samozwańczo – Stefan Bratkowski, którego nieprzyzwoitość już scharakteryzowałem, otóż w takich czasach sylwetka Jerzego Kisielewskiego zdawać się może wręcz klasyczna. I aż wspominać hadko, iż bez wahania  objął odebrane mi za odchylenie promichnikowskie stanowisko Dyrektora Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Że w moim przekonaniu całkiem bezprawnie łączył je z funkcją wiceprezesa SDP będąc zarazem konktrolerem i kontrolowanym. CMWP jest bowiem jednostką podległa Zarządowi SDP. Czynił to jednakowoż sympatycznie, a na dodatek krótko oddawszy rychło funkcję Andrzejowi Krajewskiemu, który odbudowawszy z nas trzech z pewnością najlepiej pozycję Centrum padł również ofiarą samowładztwa Carycy Mokrosińskiej. Urazy w sercu nie noszę. Rękę po kilkakaroć wyciągałem. Wyciągnąłem ją więc do Jurka i teraz byśmy razem w objazd Polski ruszyli. Propozycję przyjął. Wódeczkę piliśmy rozkosznie.

Ja zasadniczo, a już szczególnie w towarzystwie,  innych trunków niż wino nie pijam. Jednak w kompanii potomka rodu Kisielewskich nawet okowita smakuje jak szampan z oliwką. Urżnęliśmy się więc słodko raz, a może i drugi, skąd trochę śmiechu i miłe wspomnienia lecz w moim mieszku nic nie pozostało. Ani,  Gianta – który miał zasponsorować lepsze rowery na nagrody, które kupiłem najtńsze z wyprzedaży Carrefoura ani nigdy żadnej, najmniejszej propozycji współpracy. Ani wtedy, ani potem – mimo jeszcze kilku ofert jakie w życiu Jurkowi złożę.

Nigdy nie przyszło mu do głowy, że można uczynić większą łaskę niźli odbierać z wdziękiem – można wykonać telefon, gdzieś zaprosić,  pomyśleć co tam słychać u bliźniego.

Ta uwaga dotyczny obydwu “kolegów”. Zarówno Jurka, jak dużo lepiej i jak sam powiada “od wojny japońskiej” zaprzyjaźnionego „Paszczaka”.

Włodawa - Kisielewski, Paszyński & ATK

7 lutego 2007 roku już jako Prezydent ds. kultury i jeszcze zanim będzie musiał zmilczeć ( i tak do dziś trzyma buzię w kubeł) moje z warszawskim samorządem rozstanie w Rozmowie z Agnieszką Budzyń tak ten czas Włodek Paszyński wspominał:

„- Euro-autobus?

- Tak.

- Proszę o tym opowiedzieć.

- Przyszli do mnie dwaj fajni, mądrzy, sympatyczni ludzie, Andrzej Kijowski i Jurek Kisielewski, i zaprezentowali taki trochę „odjechany” pomysł , ale ponieważ ja byłem przekonany o konieczności przecierania drogi do Unii i miałem trochę czasu, więc ruszyliśmy tym autobusem, właśnie z Konsekwentnymi. Spędziliśmy razem kilka dni w tym autobusie, przejechaliśmy sporą część północno-wschodniej Polski, robiliśmy przedstawienie o zaślubinach Polski z Europą. Andrzej się w tym wyżywał podwójnie, trochę intelektualnie, bo był tam taki element wiedzowy, związany ze znajomością Europy, a z drugiej strony Andrzej miał zawsze nie do końca zrealizowane pomysły aktorskie. Fajny był ten autobus, zwłaszcza, że pokazywał nam bardzo różne miejsca i momenty. Czasem było po prostu miło i sympatycznie, ale czasami było też dramatycznie…

- Rzucali się na Was, tłukli jajkami?

- Jajkami nie, natomiast były takie miejsca, w których czekali na nas miejscowi aktywiści antyeuropejscy. Zazwyczaj mieściło się to jednak w jakiejś normie, z wyjątkiem jednego z miasteczek w lubelskim, którego nazwy przez litość nie wspomnę. Tam była naprawdę groza. W bardzo ładnym i zadbanym miasteczku miejscowi aktywiści jakiejś akcji katolickiej, przywitali nas okrzykami nie bardzo europejskimi „Żydzi, won do komór gazowych”. Było to podwójnie dramatyczne, bo rzecz działa się koło Bełżca, ale też myślałem sobie, że to jest taki swoisty chichot historii.”

Zaślubiny : Agnieszka Czekierda (Uniija Samanta Helga Europejska) & Adam Sajnuk (Andrzej Tadeusz Rzeczpospolity)

Eksperci pomogli owszem spopularyzować akcję: Jurek Kisielewski ułatwił wejscie do Kawy Herbaty, Paszyński uruchomił Miłkę Skalską, dzięki czemu suwalska ekipa TVP3 zrobiła reportaż z naszej eskapady. Bawiliśmy się świetnie. Jednak w wszyscy moi goście zarobili  w trzy dni dokładnie tyle samo, co ja pracując pół roku. Wróciliśmy z Podlasia. Akcja zakończyła się sukcesem. Myślę, że nasza obecność przysporzyła Unii zwolenników, w każdym razie we wszystkich odwiedzanych przez nas rejonach referendum wygrało.


[1] W znaczeniu słownikowym alert oznacza stan gotowości np. przed ważnym wydarzeniem. W tym wypadku jest to oczekiwanie na referendum o członkostwie w Unii Europejskiej. Celem projektu jest: przygotowanie polskiej opinii publicznej do referendum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej, stworzenie pretekstu do dyskusji na temat równości szans państw kandydujących, promocja zdecydowanej, aktywnej postawy Polaków, którzy jako przyszli obywatele powinni umieć walczyć o swoje interesy. Niewątpliwie mocnym atutem jest specjalnie przygotowany Eurobus. Jego trasa obejmie miasta z całej Polski.

Autobus akcji przyjechał także do Olecka 15 maja 2003 r. Aktywnie włączyliśmy się do akcji. Przygotowaliśmy flagi, baloniki i udaliśmy się na miejsce zebrania. Zobaczyliśmy ciekawy happening. W akcji brali udział aktorzy Teatru „Konsekwentni”. Interlokutorami byli Jerzy Kisielewski i Włodzimierz Paszyński zaś polemistą – Andrzej Tadeusz Kijowski.

Uczennica naszego koła Ula Kozłowska wzięła udział w konkursie. Okazało się, że odpowiadała na wszystkie (nawet bardzo trudne pytania związane z UE ). Zdobyła pierwszą nagrodę – rower. Gratulujemy.

A. Kunicka Internet LO Olecko Ostatnia zmiana: 02/20/2006 13:55:25

Rozdz. CIII – Alert europejski czyli śladami Leszka Millera,

sobota, 21 Listopad 2009

poprzedni pierwszy następny

Pamiętacie ? Wszystko zaczęło się jeszcze w listopadzie 2002 roku. Właśnie wtedy, gdy wymyśliłem EFIK pierwsze kroki skierowałem do Ministerstwa Integracji Europejskiej, kierowanego wówczas przez Danutę Huebner. Czasy były wprawdzie millerowskie, lecz wszelkie złudzenia związane z tym rządem, już przeszły. A pewne jednak przyznam się otwarcie były.

Gdy po odejściu hołdującej zasadzie nazwanej przez Jarosława Kaczyńskiego „Teraz k…my”  ekipy Jerzego Buzka, który nawet zakończywszy swą misję nie umiał się ze mną za wysiłki włożone w tworzenie częstochowskiej uczelni rozliczyć, w rządzie Millera, pojawiły się osoby tak przeze mnie szanowane jak Andrzej Celiński ( wówcza SLD jednak przez lata sekretarza komisji krajowej w najtrudniejszych czasach Solidarności) na stanowisku Ministra Kultury, czy Włodek Paszyński jako wiceminister edukacji.  Przez chwilę zwątpiłem. Pomyślałem, że gdyby komuś przyszło do głowy ( inna sprawa, że nikt na to jakoś nie wpadł) to wolałbym np. Odznakę zasłużonego działacza kultury odbierać z rąk Celińskiego niż np. pani Nazarowej, której zasług w walce o demokrację  z pamięci nie umiem wyliczyć.

Ale ten czas już minął. Teraz, a działo się to dokładnie w momencie wybuchu Afery Rywina, było już jasne, że końcówka tego rządu nie będzie taką jakiej prawdziwy życzył by sobie mężczyzna. Tym niemniej miałem informacje, że stworzony jeszcze przez Jana Krzysztofa Bieleckiego Urząd Komitetu Integracji Europejskiej głównie dlatego, że był w URM zupełnie nowym ciałem jest wolny od komunistycznych naleciałości. I to okazało się prawdą.

Inaczej niż w jakimś Amsterdamie, w którym nadchodząca z Polski nawet najbardziej słuszna aplikacji jakiegoś

Kamienica Adama Bromke

Kamienica Adama Bromke

pana …ski pozostanie anonimowa póki jej jakiś przedstawiciel Sanhedrynu ni podżyruje, inaczej niż w Komisji Europejskiej, gdzie nawet recepcji nie udało mi się sforsować, w kamienicy Adama Bromke u zbiegu Bagateli  i al. Szucha  w którym nb. mieściła się Polskiej Agencji Informacyjnej w czasie, gdy tam pracowałem – nie czułem się anonimowy. I przedstawiwszy miłej urzędniczce z czym przychodzę usłyszałem to zdanie, którego w Brukseli wywalczyć się nie dało.

- Wie pan to ciekawa inicjatywa, powiedziała osoba odpowiedzialna za współpracę z Fundacjami. Ale na żadne EFIKI czy Międzynarodowe Festiwale Kulturalne my pieniędzy nie mamy,  ani nie damy. Jednak, gdyby miał pan jakiś pomysł na akcję związaną z integracją europejską, to powiem panu szczerze, że mamy niewykorzystane środki, które do końca roku musimy spożytkować.

No coż, to jest rozmowa !  Drogę z placu Unii na Wilczą odbyłem pieszo. I za nim doszedłem do mojej “pakamery stróża” zasadniczy zarys projektu był już gotowy. Włącznie z nazwą: zaczerpniętą z harcerstwa, a dziś wcale nie nadużywaną. Akcję związaną z naszymi staraniami o akcesję do Unii Europejskiej postanowiłem nazwać: Alert. Było już wiadomo, że 13 grudnia (sic!) odbędzie się w Kopenhadze ważne spotkanie, na którym zdecydowaną zostanie ostatecznie data i warunki naszej akcesji. A w nadchodzącym roku czekało nas referendum. Wymyśliłem więc Alert Europejski, czyli jazdę wskroś zachodniej Polski, przez Szczecin, zachęcanie i przekonywanie do głosowania za przystąpieniem do Unii. A potem promem do Ystad ( znałem go z jakiejś dziennikarskiej wycieczki w 94 roku) i przez Malme mostem łączącym Szwecję z Danią, by dotrzeć na manifestację, która miała towarzyszyć obradom akcesyjnym w kopenhaskim Bella Center.

Moją wewnętrzną motywacja była ta metaforyczna autostrada. Przybliżenie nas ku Francji i Szwajcarii. Zbudowanie drogi. Miałem przy tym ( szczególnie po nabiciu się na Oleksego) w siedzibie brukselskiej, świadomość, że nasz narodowy los spoczął w ręku sowieckich agentów, którzy wynegocjują kontrakt najgorszy z możliwych. No ale także i to głębokie poczucie, że innej dla Polski drogi nie ma. Że nawet pojęcie narodu jest młodym dziewiętnastowiecznym tworem, więc również upieranie się przy wartościach nacjonalnych mogłoby nie być konieczne. Pod jednym wszakże warunkiem, że zagwarantowane byłyby wszystkie wolności zapisane w karcie praw człowieka od zachowania ojczystego języka poczynając po prawo do swobodnego przemieszcznia się, czyli podróży. No i po drugie, że uzyskamy pewność, iż inni: w szczególności Francuzi czy Niemcy nie wykrzystają mechanizmów unijnych dla własnej narodowej dominacji.

Tu jednak  trzeźwy pragmatyzm mozelczyka stale mi z pamięc. To było w ’99, gdy przez Luneville de La Toura i jeszcze bardziej jego  Vic sur Seille zdążałem ze

Miejsce urodzenia Georgesa de La Toura

Vic sur Seille. Miejsce urodzenia Georgesa de La Toura (1593 - zm.1652)

stypednium Maison de Cultures du Monde z powrotem do kraju. Wylądowałem w Vic około północy pod ratuszem, w którym odbywała się huczna zabawa. Błądząc pod domem de La Toura spotkałem mężczyznę, który wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza. Poznawszy obcokrajowca spytał w czym może mi pomóc. Dowiedziawszy się, że błądzę śladami de la Toura Alain Blanchard przemiły miejski weterynanarz wygłosił mi wspaniały wykład nt. Historii szesnastowiecznej sztuki. Chciałbym dowiedzieć się tyle nt. muzyki romantycznej i o Szopenie np od dentysty z Żelazowej Woli. Miasteczka w Polsce mającego z Lotaryngią tyle wspólnego, że z tamtych okolic wywodzi się także ród ojca Fryderyka Chopina.

Zostałem zaproszony na bal cyklistów odbywający sięw merostwie  w Vic, a tam, gdy okazało się, że jestem Polakiem nauczono mnie jeszcze histori Polski i Europy. Nie bez kozery wszak główny plac w stolicy tego regionu Nancy nosi imię Stanislas na cześć króla Lotaryngii i Polski Stanisława Leszczyńskiego. Otóż mieszkańcy pogranicza Lotaryngii i Mozeli doświadczeni w XIX wieku  podobnie jak Polacy doznaniem niemieckiego  rozbioru, zapytali mnie czy nie obawiam się  jak oni, że stworzenie Unii może stać się wstępem do  rewindykacji granic i nawrotu dominacji ducha germańskiego?

Merostwo w Vic

Merostwo w Vic

- Nei, nie obawiałem się. Jeszcze wtedy. Gdy mnie pytali o bezpieczeństwo naszych granic zachodnich wspominałem klęczącego w Warszawie Willy Brandta i zawarte układy. A oni ?  Popatrywali na mnie z politowaniem jakby już antycypowali przyszłe spory o … mazurskie Narty.

Nie obawiełem się jednak i dlatego chętnie zaanagażowałem moją Fundację w powrót do Europy. Gdy więc powróciłem na Wilczą z pieniędzmi przyrzeczonymi z UKiE aktywnie wzięliśmy się do pracy. Kasia Synowiec okazała się tu pomocna wyjątkowo albowiem studiując Stosunki Międzynarodowe należała do Klubu Młodych Dyplomatów, z którymi w rezultacie przygotowaliśmy całą akcję.

Zacząłem od telefonu do Włodka Paszyńskiego. Tego Włodka, z którym znamy się jak to sam określi „sprzed wojny japońskiej”, który był kuratorem, a teraz zaskoczył mnie przyjęciem stanowiska wiceministra edukacji w rządzie Leszak Millera, gdy ten resort powierzył Krystynie Łybackiej. Jednak epizod ministerialny nie udał się Paszyńskiemu. Z jednej strony zachorował poważnie – dziś można już mieć nadzieję, że uratowano mu zdrowie – z drugiej, okazało się, że ci, którzy uwierzyli w nową twarz lewicy szybko musieli się przekonać, iż są zakładnikami rewindykacji personalnych osadzonych korzeniami w starym PZPRowkim układzie tzw. Czerwonych baronów.

Włodek właśnie złożył był dymisję, kończył kurację, no ale dla kadr huebnerowskiej administracji był też znakomitym żyrantem naszych planów. Paszyński pojawił się w mojej “pakamerze nocnego stróża” na Wilczej, gdzie wymyśliliśmy całą akcję związaną ze zbliżającym się szczytem Unii Europejskiej w Kopenhadze.

W miesiąc wszystko zostało przygotowane. Uzyskaliśmy patronat  medialny RDC i TVPolonia, nawiązaliśmy kontakty z rozrzuconymi po Polsce  euroklubami, znaleźliśmy ekipę plastyków z Kamą Jackowską na czele, która pomogła wymalować autobus wynajęty z pomocą zawsze niezawodnej, gdy chodzi o podróże firmy BUT Barbara, pani Basi Szwargolińskiej.

Jako, że będący jeszcze w okresie wypowiedzenia z Ministerstwa Paszczak nie chciał angażować się osobiście w charakterze eksperta – o pomoc w tym zakresie poprosiłem przez lata współpracującą z nim jako wicekurator Irenę Dzierzgowską.

Irena Dzierzgowska ( 1948-2009)

Irena Dzierzgowska ( 1948-2009)

Irenka już nie żyje. Zmarła nagle. W marcu 2009 roku.   Podobnie jak Włodek organizowała w stanie wojennym tzw. Oświatę niezależną. ( Też z nimi współpracowałem w 1982 wykładając po mieszkaniach na kursach dla licealistów organizowanych przez Ewę Klinger). Potem ze swoją siostrą Alinką Bukowską i wieloletnim korespondentem Gazety Wyborczej w Paryżu Markiem Rapackim organizowała ekipę samorządową Komitetu Obywatelskiego w pierwszych wyborach roku 1990. Za naszymi plecami pojawiał się wtedy Czesław Bielecki ze swoją firmą architektoniczno – doradczą “Dom i Miasto” i Andrzej Lubiatowski, a nawet do chwili, gdy nie został przesądzony, osłabiający władzę prezydenta stolicy układ dzielnicowy – Zbyszek Bujak – oczywisty naonczas kandydat na Prezydenta Miasta.

Potem Irena przez lata pracowała z Paszyńskim jako jego zastępczyni w Kuratorium ale rozstała się z nim jeszcze przed tym nim go w czasach Buzka AWSowski wojewoda Gielecki ze stanowiska odwołał. Poprzez samorząd ( pamiętam, że czas jaki zarządzała oświatą w Gminie Centrum) dotarła za Handkego do Ministerstwa Oświaty i jest z pewnością za jej gimnazjalno-licealną reformę, za system nowoczesnych matur współodpowiedzialna. Wreszcie założyła funkcjonującą w momencie, gdy organizowaliśmy Alert firmę konsultingową, z której usług wynajmując Andrzeja Perego w charakterze eksperta, teraz korzystałem.

Irena rozstania z Paszyńskim nigdy specjalnie nie chciała komentować – stwierdziła tylko, że dh phm w trakcie ośmiu lat kuratoryjnej posługi ogromnie “sczerwieniał”. W tym momencie nie miało to jednak dla mnie znaczenia. Szanowałem oboje i cieszyło mnie, że mogę korzystać z usług najlepszych.

W Klubie Europejskim

W Klubie Europejskim- fot. Maciej Figurski/Forum

Naszą akcją zainteresowała się TVPOLONIA reklamując przejazd na antenie. RDC przeprowadziło quiz, którego laureatów zabrałem na zorganizowaną Pielgrzymkę i summa sumarum  10 grudnia Eurobus z kilkunastoma osobami na pokładzie ruszył pod moim i rezolutnej Kasi dowództwem przez Kutno, Gniezno ( z noclegiem w urokliwym Czerniejewie), Połczyn Zdrój do Szczecina, gdzie zaokrętowaliśmy się na prom do Ystad. Z tamtąd przez most za Malme dotarliśmy do Kopenhagi.

1

fot. Maciej Figurski/Forum

Podróż zorganizowana była w moim przekonaniu bez zarzutu. Jechaliśmy od szkoły do szkoły, od euroklubu do euroklubu. Autobus plastycy z ASP pięknie w kolory unijne obmalowali. Nie było to łatwe zważywszy panującą w grudniu temperaturę. Z dwóch stron towarzyszyło nam ułożone przeze mnie z córeczkami po polsku i przetłumaczone na angielski rejowskie hasło:

Niechaj to narodowie wżdy postronni znają

Polacy od Europy równych szans żądają.

Młodzież z odwiedzanych ośrodków pod tym wezwaniem dopisywała na specjalnie przygotowanej samoprzylepnej folii przylepionej do boku autobusu swoje sentencje, a nawet graffiti.  Przez najdłuższy w Europie jeśli nie na świecie 22 km most łączący Szwecję z Danią dostaliśmy się do Kopenhagi. Tu w pamiętny dla Polaków dzień mieliśmy dopingować Leszka Millera by polski unitom zbyt tanio nie sprzedał.

4

fot. Maciej Figurski/Forum

Jak wiadomo wywalczono tam jakiś miliard €uro, choć biorąc pod uwagę wahadło decyzji przedakcesyjnych od warunków z Nicei, poprzez Kopenhagę (Dania kończyła właśnie swoje przewodnictwo  w Unii), aż po nadchodzące Ateny trudno się oprzeć wrażeniu, że spektakl ten był jednak świadomie gdzieś reżyserowany. I, że w widowisku tym, który nazywa się interes publiczny o ten ostatni na samym końcu chodzi. Tak naprawdę pytanie jest o to, kto i jaką zgarnie po drodze kasę.

5

fot. Maciej Figurski/Forum

Myśl ta zaatakowała mnie już w trakcie przejazdu przez Szwecję. Ponieważ w Kopenhadze spodziewano się sporej demonstracji bardzo uważnie nas w Ystad kontrolowano długo zastanawiając się czy nie zagrażają bezpieczeństwu zabrane przez nas ( zgodnie z poleceniem organizatorów) pochodnie z oliwnymi lampkami.

Oni nas rewidowali, a ja przeszukiwałem mapę nie mogąc pojąć po co zrobiono cyrk z budowaniem ogromnego mostumiędzy Malme a Kopenhagą, gdy sześćdziesiąt kilometrów na północ gołym okiem widać, że można by połączyć mostem zaledwie kilku kilometrowym duński Helsingor ze Szweckim Helsingborgiem – miastem zresztą autostradami dużo lepiej z centrum kraju skomunikowanym.

No ale może tak to właśnie jest. Że czasem efekt marketingowy: czegoś największego pozwala łatwiej zgromadzić środki ogromne niż też nie małe, a jednak nie największe w świecie na inwestycje po pierwsze nie tak imponującą po drugie zaś taką, przy której mniej ludzi zarobi.

2004_iceland.1089571740.bridge-between-malmo-and-copenhagen

Rozdz. CIV – Bella Center albo ryczenie krów

Rozdz. LIX. Warszawa jak miedza dla radnego Zająca

piątek, 14 Sierpień 2009

poprzedni pierwszy następny

Więc po co mi ten TEATR , konkurs i Szwajcarska Dolina ? Tak naprawdę także po to by żyć. Bo czasem mi klaszczą lecz nikt nie zastanawia się z czego ja mam funkcjonować do pierwszego. Tak było wtedy. Dziś jest zresztą tak samo.  Wydawać by się mogło na poziome IX Festiwalu, że dowiodłem, iż impreza się rozwija, że zasługuje na zinstytucjonalizowanie.

IX Konkurs należał do skromniejszych. Jak widać z zestawień zamieszczonych w poprzednim rozdziale zarówno na VIII jak na IX konkursie dotacja spadła do sześciu tysięcy na spektakl. Było by to  nieźle, gdyby gdzieś indziej były pieniądze na etat dla mnie, księgowej, kogoś od marketingu. Wszakże licząc instytucjonalnie te 116  tys. , a po odjeciu 38  tys. kwoty nagrody –  78  tysiące złotych podzieliwszy na 12 miesięcy otrzymamy miesięcznie kwotę  6500 zł,  która starczy (wraz z kosztem pracodawcy) w porywach dla trzech osób odbierających netto około 1,5 tys. zł.Pracowałem za siedmiu- dziesięciu  ludzi: dyrektora, sekretarkę, webmastera, księgowego, kadrowca, kasjera,  kierowcę, a czasem i za tragarza, szefa markeitingu i PR. W kieszeni netto nawet te 3 tysiące mi nie zostawało. Co najwyżej połowa takiej sumy.

No ale przecież miałem sukces i nie traciłem nadziei. W dziewiątym konkursie o nagrodę Dyrektora Dzielnicy Śródmieście Gminy Warszawa Centrum wystąpiło dziewięć teatrów i zespołów artystycznych z różnych miast Polski.

Oceny prezentowanych spektakli  dokonało jury pod przewodnictwem Dyrektor warszawskiego Teatru „Syrena” – Barbary Borys-Damięckiej (z udziałem aktorki Zofii Kucówny, scenografa Adama Kiliana i krytyka teatralnego Doroty Wyżyńskiej).

Werdykt ogłoszono 28 SIERPNIA 2000: Małą  Ogródkową Nagrodę Teatralną – 5 tys. zł – otrzymał warszwski kabaret Strzały z Aurory

Tomasz Jachimek
Tomasz Jachimek

za spektakl “Kompendium wiedzy ogólnej z zakresu kabaretu amatorskiego” według tekstu i w reżyserii Tomasza Jachimka.

Spektakl przygotowany przez – jak sami o sobie  mówią – “kabaret amatorski” zagrano z wdziękiem, świeżością i autoironią. Strzały z Aurory w swoim skromnym, acz nie pozbawionym poczucia humoru przedstawieniu, poszukiwały odpowiedzi na pytanie: co to jest kabaret.

Indywidualną Ogródkową Nagrodę Teatralną – 7 tys. zł – jury postanowiło przyznać autorowi scenografii i lalek do spektaklu “Szopka Don Cristobala” z Teatru Luka z Bielko-Białej – Konradowi Dworakowskiemu za kunszt, dobry smak i maestrię.

Przedstawienie nawiązuje do najlepszych tradycji sztuki lalkarskiej.

Teatr Montownia "Po naszemu"
Teatr Montownia „Po naszemu”

Laureatem Dużej Ogródkowej Nagrody Teatralnej  – 10 tys zł –został warszawski Teatr Montownia. Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki oraz Dorota Naruszewicz w Dolinie Szwajcarskiej pokazali kabaretowy spektakl “Po naszemu” Olgierda Świerzawskiego w reżyserii zespołowej. Aktorzy Montowni znakomicie odnaleźli się na scenie ogródkowej i po raz kolejny udowodnili, że potrafią zawładnąć publicznością. Ich przedstawienie – błyskotliwe, dowcipne, dynamiczne – porusza aktualny temat.

I wreszcie Wielką Teatralną Ogródkową – 16 tys. zł  – otrzymał Teatr Luka z Bielsko-Białej za spektakl “Szopka Don Cristobala”. To przykład niezwykłej symbiozy aktora z lalką. Teatr Luka zaskakiwał różnorodnością form, niekonwencjonalną animacją lalek. Przedstawienie poetyckie, dowcipne – ambitna próba adaptacji tekstu F.G. Lorki.

Teatr Luka - Szopka Don Cristobala
Teatr Luka – Szopka Don Cristobala

Głównym celem imprezy było wzbogacenie letniej oferty kulturalnej Śródmieścia Warszawy w czasie tzw.”ogórków”, oferty skierowanej w znacznej mierze do turystów, osób, które pozostają w mieście, a także do telewidzów, gdyż impreza tradycyjnie była pilnie obserwowana i relacjonowana przez media.

W tym roku dążono już zdecydowanie do odtworzenia charakteru zapomnianego miejsca: występów muzycznych, festynów kwiatowych. Wszelkich popisów skupionych wokół estrady i  drewnianego teatru letniego, którego zarys spróbowaliśmy osadzić w Dolinie Szwajcarskiej opierając się na ikonografii Galewskiego  z lat 1890-1935

Impreza cieszyła się bardzo dobrą prasą i frekwencją publiczności. Na wszystkich spektaklach zajęte było całe 140 miejsc siedzących a w pogodne dni ogromna ilość “wejściówkowiczów” zasiadała na trawnikach Doliny szwajcarskiej, gdzie odwiedzało nas około 400 – 600 osób.

Pisano o imprezie we wszystkich mediach. Stałe informacje ( przed i po spektaklach) zamieszczały dzienniki warszawskie (Gazeta Stołeczna, Życie, Życie Warszawy, Rzeczpospolita, Trybuna). Imprezę odnotowywały też popularne magazyny wielkonakładowe (np. Tele-Tydziań, Uroda, Kobieta i Życie, Twój Styl, pisma kulturalne i specjalistyczne (Teatr, Ruch Teatralny) a także turystyczne takie jak Kalejdoskop Kulturalny czy Iks oraz Warsaw Vioce, City Magazin. Impreza zrobiła się też znana w świecie. Pisano o niej m.in. w Niemczech, we Francji (Ubiquité – juillet 2000) Spektakle transmitowane były przez bardzo liczne media (PR I TVP, WOT, TVN, wszystkie lokalne radia ( Radio Plus, Radio dla Ciebie, RFM/FM, Zetka, PR II , III, V – PR; Radio Bis).

Dołożyłem wszelkich starań by wyakcentować rolę samorządu śródmiejskiego przy organizacji imprezy. Mimo, że w tym roku udało mi się pozyskać  dodatkowe nagrody Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwa Edukacji Narodowej, Starostwa  Powiatu  Warszawskiego to jednak ich suma  13 000 złotych zbladła wobec premii 25 000 złotych wyasygnowanej na nagrody  przez Głównego Sponsora i Fundatora Nagród ZARZĄD  DZIELNICY ŚRÓDMIEŚCIE  GMINY WARSZAWA  CENTRUM.

Trzeba tu podkreślić rolę decyzji Radnych Śródmieścia, którzy tradycyjnie jako jedyni finansują podstawy naszych działań takich jak transport, zakwaterowanie, koszta techniczne imprez oraz honoraria organizatorów. Bez tej pomocy i bez hojnej nagrody za którą szczególne podziękowanie należy się w tym roku Pani Dyrektor   Annie  Wysockiej nie mogłoby być mowy o uznaniu Konkursu Teatrów Ogródkowych – po dziewięciu latach działalności za “modelowy przykład wkładu samorządu w kreowanie zdarzeń kulturalnych” i nobilitacji jaką uzyskaliśmy dzięki pozyskanym w tym roku po raz pierwszy patronatom ministerialnym.

Widzowie na IX KTO

Na zakończenie pragniemy złożyć bardzo serdeczne podziękowanie  pracownikom Wydziału Kultury  Urzędu Dzielnicy Warszawa Śródmieście którzy poczynając od Pana Naczelnika Andrzeja Chyby poprzez oddanych od lat sprawie ogródkowej przyjaciół: panie Małgorzatę Jurkowską, Irenę Roszczendę i Lilianę Sakowską nieśli nam ogromną pomoc i nie po raz pierwszy sprawili, że mimo tysięcznych zawirowań administracyjnych latem tego roku  impreza nasza praktycznie nie odczuła ich skutków i odbywać się mogła bez kolizji.

Z nadzieją na równie owocną współpracę w roku 2001, w którym to odbywać będziemy w Dolinie Szwajcarskiej 10 Jubileuszowy Konkurs Teatrów Ogródkowych prosimy wraz ze sprawozdaniem finansowym przyjąć nasze najlepsze wyrazy’

Prawda jak to ładnie brzmi ? Ile taktu, ile wdzięczności w mym stylu. Prawda jednak była taka, że już chwilami brakowało mi sił.

PS. Uprzejmie prosimy o przywrócenie terminu sprawozdania, które formalnie powinno być złożone 30 września. Składamy je z dwutygodniowym opóźnieniem ze względu na horrendalną  mitręgę Urzędniczą Sejmiku Mazowieckiego. O dotację wystąpiliśmy we wrześniu 1999 roku. Po interwencji Komisji Kultury Sejmiku zostało nam przyrzeczone 8 tys. Złotych, którą to kwotę załatwia się od czterech miesięcy. Ostatecznie w ostatnią śródę 11 października otrzymaliśmy wiadomość, że Zarząd Sejmiku ma zamiar zawrzeć z nami umowę. Ratuje nas to przed niewypłacalnością. I pozwala nareszcie rozliczyć dotację. Dotacja została wydana w całości a rozliczona nakładem pracy jednego faktycznie człowieka – brak środków na obsługę księgową.

Liczymy więc, że Zarząd nie będzie nas karał karnymi odsetkami, a razem postaramy się o to by może w przyszłym roku Organizować imprezę przy wsparciu bardziej odpowiedzialnych partnerów.

Coś dodać !?:

Po epizodzie z Elektoralną, po krótkim romansie z PAI czułem, że minęły czasy programów kserowanych z komputerowej Banner Mani, że minęły już czasy przeskakiwania przez płot z torbą ulotek. Od dawna wiedziałem czym jest prawdziwa lecz niedroga telewizja. PAI nauczył mnie organizować konferencje prasowe. IX KTO było próbą zmierzenia się z zawodostwem. Prawdziwa konferencja prasowa, akcja związana z odnajdowaniem pamiątek po Dolinie. W końcu w czerwcu 2000 roku uprawomocniła się ostatecznie decyzja o warunkach zabudowy Doliny.

Wydawało się, że zinstytucjonalizowanie tego miejsca jest o krok. Coraz dokładniej wiedziałem czego chcę. Doliny. Albo użyczonej na rzecz Fundacji albo zinstytucjonalizowanej  w postać parku.

Dbałem o ten mój parczek. Dokupowałem krzeseł. Nie wiązałem moich plastyków już łańcuchem na tydzień lecz zwoziłem do zamkniętego w czasie urlopu Teatru Nowego, gdzie stały sobie na korytarzu. Pozostałe klamoty: tj. daszki dla publiczności, takie małe białe, bazarowe baldachimy kupowane w marketach, stacje energetyczną, zasilające kable, bezcenną drabinę – ładowałem co tydzień na moje Tipo i wiozłem do stodoły na wieś, gdzie spędzałem wakacje z dziewczynkami w Ołtarzach.

Tam miałem już komputer, fax, drukarkę. Stamtąd też rozsyłałem zaproszenia. W dopracowaną z Adamem Kilianem formatkę z WORDA wklejałem aktualne programy. Zjeżdżałem do miasta w poniedziełek rano. Wpadałem na Górczewską po specjalny profesjonalny panel, którym nakrywało się przechodzący przez parkingową uliczkę kabel zasilający nas w elektryczność tak, by mogły po nim jeździć samochody.  Wyrzucałem z mojego wozu Tespisa oprzyrządowanie. Synowie Pana Polniaka (stolarza, który od Mariensztatu aż po Frascatii pomagał mi w montażach) rozstawiali ogródek. Jechało się po krzesła, do ksero wydrukować programy.

Z czasem dorobiłem się asystentów. Jeszcze w Dziekance, ale i później na Mariensztacie, także w Dolinie pomagała mi nieoceniona Maryna Bersz-Szturo. Bilety długo sprzedawała Agnieszka Wróblewska z siostrami. Syn Grażynki Stryszowskiej Mateusz Łepkowski pomagał przy ósmym ogródku. Teraz przy dziewiątym polecona przez Włodka Paszyńskiego córka dhny Elżbiety Dehnel z Hufca Warszawa-Śródmieście – Marynia Łyszczyńska. No więc programy w druku i około drugiej, trzecie zjeżdżały zespoły. Próba. Czasem jeszcze jakieś studio radiowe, czy telewizyjne. Wywiad i spektakl. Tak to trwało. Może miało trwać bez zmian ? Ale mnie wciąż marzyło się więcej i więcej.

Dolina, która kojarzyła się wszystkim tak silnie ze ślizgawką mogłaby się stać miejscem szeregu plenerowych zdarzeń teatralnych. Mediom ten pomysł bardzo się spodobał. Zatrudniwszy panią Joannę Dudek-Klimiuk z zakładu architektury krajobrazu próbowałem w trakcie dziewiątego ogródka z pomocą WOT-u wywołać w Warszawie nostalgię za Doliną Szwajcarską.

W sobotę 26 sierpnia 2000 na godz. 16.30 zaprosiłem do Studia na pl. Powstańców wszystkie osoby, które posiadają pamiątki z warszawskiej Doliny Szwajcarskiej oraz informacje związane z działalnością jej  polskich oraz europejskich odpowiedników tzw. Schweizertal’i czy Valée Suisse. Czekałem we foyer WOT przy wejściu od strony ul. Jasnej obiecując, że najciekawsze relacje i pamiątki pokazane zostaną w Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym w rozmowie studyjnej o godz. 18:50 i zaprezentowane podczas Finału Konkursu Teatrów Ogródkowych w poniedziałek 28 sierpnia o godz. 19:00 w warszawskiej Dolinie Szwajcarskiej przy ulicy Chopina.

Udaliśmy się do WOTu, a tu … pies z kulawą nogą się nie pojawił !  Problem polega na tym, że nie ma warszawiaków w Warszawie. Gdyby taką akcję zaproponować krakowiakom, którzy kochają swoje miasto. Lubią o nim opowiadać. Lubią śledzić jego historię …

Ba, wiedzą o tym stołeczni radni z dziesięć już lat piastującym funkcję przewodniczącego śródmiejskiej komisji kultury  SLDowskim aparatczykiem

Przemysław Zając

Przemysław Zając

Przemysławem  Zającem na czele. Wiedzą i pod miedzą  siedzą. Byle przetrwać wyborcze żniwo, a po wyborach nie przejmują się specjalnie miastem i jego historią.  Patrzą, gdzie żytko dorodne.  Tak,  Warszawa niczym „Rzym” wg Sępa-Szarzyńskiego: „ To miasto świat zwalczywszy i siebie zwalczyło – by nic niezwalczonego od niego nie było.” .

Jeszcze próbowałem. Starałem się zagospodarować Dolinę Szwajcarską. Udowodnić, że może funkcjonować przez cały rok. Andrzej Chyba z Terasą Stanek zaakceptowali nawet nienajgorszy kosztorys i próbowałem we wrześniu po zakończeniu konkursu zorganizować w Dolinie specjalne koncerty Marka Majewskiego  i Mariana Opania. Zupełnie dobrze wypadło.  Próbowaliśmy też z Romkiem Holcem zorganizować imprezę dziecięcą mającą stanowić początek akcji „Z Dziecka Król”. Akcji wymyślonej jeszcze w 99 roku w WOK-u, a polegającej na tym by w wieloboju konkursowym o charakterze sportowym, towarzyskim i merytorycznym – wyławiać najzdolniejsze dzieci, z których dwoje w czas zapustów mięsopustnych obwoływałoby się w karnawale królem stolicy.

Takie połączenie średniowiecznej tradycji karnawałowej ze współczesnym konkursem w południowo-amerykańskim stylu, gdzie wybory mistrza patelni, króla rodeo, piękności miasta stają się często stymulatorem awansu całych grup młodzieży. Świetny pomysł ale … widać –  fatalny. Trzykrotnie próbowałem wcielić go w życie i nigdy nie odniosłem powodzenia. Także i w tę wrześniową niedzielę w Dolinie, gdzie nas wszyscy, zarówno nauczyciele jak prasa równo olali. Imprezy dziecięce z jakiegoś powodu najtudniej wypromować. Przekonywałem się o tym wielokrotnie.

Fantazje Adama Kiliana

CDN

Rozdz. XVIII. Towarzystwo

piątek, 10 Lipiec 2009

Wszystko to byli znajomi. Bo jakoś tak jest z biegiem lat i dni, że wszyscy się znamy.

Poruszaliśmy się więc w sferze towarzystwa. Edka Wojtaszka, syna Emila – wieloletniego ambasadora PRL we Francji, ministra spraw zagranicznych za późnego Gierka, (od 2.XII.1976 – do 24.VIII.1980) poznałem jeszcze w walterowskich czasach na starym Dworcu Głównym przy Żelaznej, gdy – w 1964 roku – szczepiono nas na cholerę, co wybuchła właśnie we Wrocławiu.

Szliśmy pamiętam jak dwaj skazańcy peronem. Rozmowa szybko zeszała na poezję, akademie, teatr którym obydwa dziesięciolatki się interesowały:

- Pierwszy raz na obóz spytał mnie Edek,

- Tak. Pierwszy – odparłem:

-To trzymajmy się razem.

Niestety, rozdzielono nas do różnych kampusów, więc tylko czasem spotykaliśmy się potem w drodze do stołówki, czy wracając z obiadu i przy myciu menażek piaskiem w wodach Siecina, próbowaliśmy powrócić do przerwanej rozmowy o teatrze.

Zniknął potem Edek we Francji, aż go rozpoznałem siedzącego po turecku w Cyrku na Chłodnej, w którym w 1974 roku w ramach Teatru Narodów. Swój „Rok 1789″

prezentowała w Warszawie Arianne Mnouchkine.   Edward na żywo tłumaczył wówczas improwizowane lazzi.

Potem znów przepadł, by odnaleźć się w późnych latach 80-tych jako szef awangardowego teatru „Pracowania Teatr”,  który próbował zainstalować się w Żoliborskim Domu Kultury przy Teatrze Komedia.

W Ogródku wystąpił z „Paradami” Potockiego, które otrzymały nagrody za rolę Mirosława Zbrojewicza i efektownej Ewy Kobus. Przy okazji porozmawialiśmy sobie od serca.

Poczułem w Edku tę wrażliwość zapamiętaną jeszcze z siecińskiego jeziora, gdy wręcz mnie spytał jak ja sobie psychicznie radzę w obecnej roli, gdy jeszcze nie tak dawno z telewizją: leciałem … wysoko.

Cóż spadam. I jak w tym dowcipie o góralu. Ręce mam całe, nogi całe, a czy będę żyć – nie wiem: jeszcze lecę…

Na VI KTO przybył też Mirek Konarowski, który w tym czasie wyemigrował do Wrocławia. Przywieźli z Januszem Andrzejewskim „Opowiadanie o ZOO” – Albee’go. Po spektaklu Iza Cywińska obdarzyła Mirka krótkim komentarzem „aktorskie drewno”, ale ja co innego zapamiętuję. Spektakl był bardzo przyzwoity lecz co najważniejsze widać było w czasie próby. To właśnie, że Mirek jest z Towarzystwa. Bez wymagań, bez fochów. Gdy czegoś potrzebował pracowaliśmy razem wespół w zespół. Nie musiałem mu tłumaczyć, że nie stać mnie na sześć garderobianych i czterech tragarzy. Ludzie dobrze wychowani czują to instynktownie.

Podobne wspomnienie mam związane z Włodkiem Paszyńskim, też harcerzem, który ( dziś zakładnik LiDu, jako wiceprezydent u pani Waltz) nawet niefortunny wiceminister edukacji – przez kilka miesięcy w rządzie Millera,  jest jednak ( czy był ?)  przede wszystkim twórcą podziemnej oświaty niezależnej. Zapamiętać dał się też przez osiem lat ( od 1990 do 1998 roku), jako bodaj najukochańszy kurator Oświaty w Warszawie. To Włodek właśnie z walterowskich, post-kuroniowskich, rewizjonistyczno-komunistycznych kręgów harcerskich wyciągał mnie  w normalny zuchowy świat.

Otóż jak Mirka Konarowskiego zapamiętałem noszącego dekoracje w upale, tak nie zapomnę gdy wchodzimy z Paszyńskim na Grzybowską do mojej NTW ( Nowa Telewizja Warszawa). Tam jako dziennikarz i marszałek sejmiku odbywałem transmitowane na żywo rozmowy pt. „A Teraz Konktetnie”.  Wchodzimy więc  z…ratanowymi fotelami na głowach. Dzięki zaradnej Uli Rzepczak wyczaiłem właśnie mebelki do dekoracji studia – na barter. Kurator Włodek spotkawszy mnie na parkingu pomagał je taszczyć.

To się nazywa: szyk lub brak kompleksów. Ale wracajmy do naszych baranów. Dygresja o Paszyńskim nie całkiem nie na miejscu. Wychowywaliśmy się z Edkiem i Włodkiem razem czy lepiej powiedzieć we wspólnym towarzystwie: Obozy w Siecinie, Karwicy, Warchałach,  w Gromie czy Wesołowie. Potem nie bez mojego sejmikowego udziału mianowano Włodka Kuratorem Oświaty i Wychowania. Wymyślone przez Paszczaka „Wagary na Agrykoli” w pierwszy dzień wiosny z Hołdysem,  to najbardziej wyrazisty przykład identyfikacji nauczyciela z uczniami. Kochany, uważny, choć – jak mówiła  o nim  ś.p. Irenka Dzierzgowska – z czasem stawał się  coraz bardziej „czerwony”.

No coż – ja jestem daltonistą !  I mam to od okulisty na piśmie! Choć szczerze mówiąc z zielonym i czerwonym, a nawet ze Stendhalem sobie radzę. Dla mnie nie liczy się kolor lecz to, co komu z oczu patrzy. I tu instynkt mam niezawodny, tak samo jak na mowę polską.

Głoszę i akceptuje jedynie takie poglądy, o których zwykłem mówić, że są gramatyczne. Nie głoszę takich, które źle brzmią po polsku. Podpiszę się natomiast prawie pod każdą tezą jeśli będzie wyrażona składnie, stylistycznie i bez błędów językowych, usterek stylistycznych czy logicznych tautologii lub ekwiwokacji .

Opowieść – zanotował kiedyś mój Ojciec –  jest dla stylu – nie styl, dla opowieści.

Co i tej Teatralnej „szkatułki” dotyczy.