Rozdz.III Sława

Nie od razu to zrozumiałem. Próbowałem się bronić. Zrozumiawszy, że nigdy nie zdołam uprawiać krytyki zależnej szukałem innego zawodu. Szukałem ludzi: w radio, w telewizji, w kawiarni. I tam ich wreszcie znalazłem. Moją ogródkową wspólnotę. Miała być malutka. Tak chciała Wyborcza i radził Krzysztof Marszałek – jeden z pomocników najskuteczniejszych, który pomagał wzrastać imprezie. Wbrew powiększającej obojętności radnych przestrzegał mnie zawsze przed podwyższaniem skali. Przed marzeniami owszem ale również przed przecenieneim własnych możliwośi. – „Niech ręka boska broni tradycji Teatru Ogródkowego przed przekształceniem w to, o czym przed chwilą Andrzeju wspominałeś, mówiąc o budowaniu jakiegoś gmachu, jakiegoś podniosłego miejsca. Dopóki to będzie lekkie, dopóty będzie wspaniałe i piękne.” – Inaczej, już po największych sukcesach, które ( przynajmniej na razie) teatr ten pogrzebią wypowie to w listopadzie 2006 Jacek Sieradzki.

A mnie ? – Cóż mnie marzyła się zawsze „feta na wielką skalę”.I nie pour passer le temps tylko.Marzyła mi się wspólnota i Warszawa i Polska może nawet odnaleziona w swej istocie. W swym, jakby powiedział Mochnacki narodowym tętnie kultury.

Że wątpiłem… Pewnie, pozbawiony akceptacji w dzieciństwie marzyłem, ale nie dowierzałem. Gdy przychodziło szczęście szczypałem się potrzykroć co rano, a jednak nie umiałem zrobić nic by szczęście dla samego szczęścia szanować. W jakimś bowiem sensie traktowałem je jako należne i oczywiste. Przedmiotem troski było tylko: odnajdowanie wspólnoty. I znalazła się! Nie w tym dokładnie miejscu ani w oczekiwanym czasie. Rok po roku już w nowym tysiącleciu do Doliny Szwajcarskiej zaczęły ściągać niewyobrażalne tłumy. Z pieciuset osób na pierwszym ogródku, do pieciu tysięcy na siódmym, dziesięciu na dziesiątym, dwudziestu na trzynastym, czterdziestu tysięcy na czternastym, przeszło osiemdziesięciu tysięcy ludzi na piętnastym konkursie teatrów ogródkowych. Na Finale XV KTO w 2006 roku pełniącego funkcje prezydenta Warszawy premiera Marcinkiewicza mogłem widać przed publicznością sięgającą 5 tysięcy osób,

a ostatniego dnia podczas współorganizowanego z ZASPem finału Wilkich Ogródkowych Dionizji pod hasłem Artyści Artystom przez Ogrody Frascati przeszło od rana około 8 tysięcy osób.

Warszawiaków ! W większości starszych państwa, najczęściej ubogich inteligentów. Wreszcie uwierzyłem ! Poczułem się potrzebny. Może nawet – sławny. Ale nie tą popularnością z telewizji czy z gazet. Zrozumiałem, że to, co robię jest  potrzebne ludziom, osieroconej inteligenckiej wspólnocie. Nie trzeba było długo czekać: dla polityków potrzebny ludziom oznacza groźny, dla działaczy lokalnych to co publiczne jest niebezpieczne, dla reprezentantów układu i mafijnych koterii nie ma nic groźniejszego niż niezależna wspólnota. Odmówiono pieniędzy. Odebrano stanowisko. Wyssano z palca absurdalne oskarżenia.

Ktoś ma nadzieję odebrać nam prawo widzenia. Jak byśmy byli w więzieniu. Jak byśmy jeszcze nie doszli z ziemi włoskiej do Polski. Bo stamtąd wolny teatr, stamtąd spotkanie, stamtąd śródziemnomorskie widzenie pochodzi.


Tagi: , , , , , ,

Dodaj odpowiedź

Musisz się zalogować aby dodać komentarz.