Zaczęło się przeszło trzydzieści lat temu. W sierpniu 1975, w piątek 22 sierpnia w trzy dni po wypadku, o którym się tego wieczora dowiedziałem: 19 sierpnia uległ katastrofie (dziś wiemy, że został ponoć zestrzelony przez Arabów i spłonął gdzieś nad Damaszkiem) czeski samolot Ił-62 z Konradem Swinarskim na pokładzie.
A ja dwudziestoletni, głodny ale bardziej niż spaghetti (z paremezanem!) - wolności i swobody spragniony, dotarłem właśnie do Palermo, gdzie w nadmorskiej Marina di Palermo odkryłem cudowny park z Teatrem Ogródkowym.
Tego dnia aktorzy Giorgio Strehlera wystawiali commedia dell arte Arleccino con due Padroni „Sługę dwóch Panów” Goldoniego. Takiego ogrodu w życiu nie widziałem. Tryskające fontanny, podświetlane gazony, fotele dla notabli i galeria dla studenterii. Bilety! Sprzedawane tak jak w warszawskiej filharmonii: na piątkową galę drożej [ tyle że to drożej na Sycylii to było bodaj dwadzieścia dolarów - ówczesna pensja Polaka!], na sobotę za połowę ceny.
Ale … Polak potrafi. Nie czekałem soboty. W walizce miałem elegancki garnitur letni (odrzuty z eksportu CORY szyte dla amerykańskiego domu towarowego Aleksander). Doubrawszy się jak panicz, obszedłem teatr od tyłu, od winnic, obudziłem w sobie trapera, wykonałem coś w rodzaju skoku o tyczce i z alejki zza żywopłotu jak skierka wskoczyłem w środek bajki. Ten ton, ten szyk, ten styl i szarm – ja sobie wyobrażam… Boże ty mój! Lekkość, radość, atmosfera niewymuszona i elegancka razem.
Do dziś mam to pod powiekami. Wtedy zrozumiałem, poczułem raczej, że teatr pod dachem jest ponurą dziewiętnastowieczną pomyłką, że żyje tylko na powietrzu, gdzie istniał do wieku osiemnastego i gdzie w dwudziestym cała Wielka Reforma Teatru na powrót go wyprowadziła.
Trzeba było innych doświadczeń. Zobaczyć podwóreczko gdzieś w Madrycie, obejrzeć kopenhaskie Tivoli, by zrozumieć czego nam dziś potrzeba.
Drugie zetknięcie to było pod koniec Stanu Wojennego. W Zakopanem Andrzej Dziuk z Julią Wernio tworzyli Teatr Witkacego. Późno się w nim pojawiłem. Dopiero bodaj w 88 roku. Ale tak jak kiedyś w podstawówce nie musiałem bywać w Teatrze Laboratorium by, żyć jego ideą opisaną przez Ludwika Flaszena w Cyrografie, tak i teraz jeden opis w Twórczości był dla mnie ważniejszy niż sam spektakl. Bo spektakl… Zawsze to czułem: spektakl to było spotkanie. Spektakl w czasie Warszawskich Spotkań Teatralnych toczył się dla mnie gdy siedząc na fraponie oglądałem buty aktorów i łysiny patrzącej na mnie publiczności. I potem w kuluarach gdzie może raz jeden czułem się na miejscu: swój wśród swoich. Tak, przecież to zawsze za mną chodziło. Nie scena, nie sztuka, nie problem. Tylko sprawienie by było mi dobrze wśród ludzi.Właściwie wszystko wtedy zrozumiałem i … napisałem manifest.
W tym momencie ( czyli w 87 roku) byłem już przecież licencjonowanym doktorem nauk, estetykiem teatru, autorem książki, wykładowcą szkoły teatralnej, publicystą Dialogu. W 1987 roku odbyłem staż w paryskim Conservatoire u Jean Pierre Miquela. Nawet dzięki Małgosi Szpakowskiej, która oddała mi własną pracę dostałem posadę konsultanta literackiego w Teatrze Studyjnym’83 w Łodzi u boku Grzegorza Jaskuły i Pawła Nowickiego. Zorganizowałem im wiosną ’87 przemądre sympozjum: Teatr-dramat-polityka. Odbyło się ono całkiem legalnie w Łodzi. Wśród zaproszonych pamiętam sporo było wyglądających na powierzchnię opozycjonistów. Wśród nich Kazimierz Wóycicki z Więzi ( później pierwszy „nasz” redaktor Życia Warszawy [Tomasz Wołek był jego zastępcą] i Andrzej Urbański, z którym przyjaźniłem się od zawsze, wydający wówczas pół legalnie gazetę u wolskich księży w Warszawie na Karolkowej.
W tym więc gronie sformułowałem i po raz pierwszy poddałem pod dyskusję tezę, iż sztuka jest pojęciem nowym i przelotnym, a teatr też nie tyle jest sztuką co techniką organizacji zgromadzeń czyli :miejscem spotkania. I pod tym tytułem Teatr jest miejscem spotkania tekst zaniosłem do Dialogu.
Co to się działo, co się działo. Że strawestuję Młynarskiego: Pół Kolegium się ze śmiechu zataczało. Zachowałem maszynopis, na którego marginesach wyżywają się na mnie: chowająca mnie od szczenięcych intelektualnych lat Małgosia Szpakowska, ale także młodszy kolega po piórze uznany za największy talent krytyczny i organizacjyjny Jacek Sieradzki, który objąwszy po Konstantym Puzynie stanowisko Redaktora Naczelnego „Dialogu” trwa na nim już bez mała lat dwadzieścia. Ale wyśmiewał mnie także przyjaciel ze studiów (nb. autor znakomitego szkicu o moim Chwycie Teatralnym) Paweł Konic, który na on czas jeszcze w Dialogu pracował.
Konstatcja była taka. – Bełkoczesz chłopczyku stwierdzili chórem. Odsłaniasz swoje niedoksztacenie a przede wszytskim mylisz języki: dyskursywny z postulatywnym. Albo się jest uczonym ( do czego miałem tytuł) i patrzy się na wszystko z dystansu albo artystą ( którym od dawna już być nie chciałem), ale za którego nolensu volens wszyscy ( szczególnie obcy) mnie brali. Bo artysta dla ogólu to jest taki, któremu się oczy palą.
Istotnie: mnie się paliły. Gdybyś Ty był jakiś Grotowski czy Kantor to byśmy Ci to opublikowali bo za tym bełkotem stałaby praktyka. Więc jak chcesz powiedział Sieradzki to taki teatr rób, pisać jeszcze nie ma oczym.
No cóż … pewnie mieli rację. Mnie jednak żal było pracy, nie wiedziałem że przyjdzie jeszcze czas, gdy nie będzie potrzebna zgoda szefa RSW Prasy na pisanie recenzji teatralnych czy błogosłwieństwo ZPRów na organizajcję imprez.
Tagi: Opis Obyczajów, teatr