Wpisy otagowane ‘Stanisław Górka’

Rozdz. CLIV – Z Derdziukiem pod Górkę.

czwartek, 26 Sierpień 2010

Z Derdziukiem pod Górkę .  Opis…r. CLIV

Było po panelu. Był też dwudziesty listopad i … było po pierwszej turze wyborów  samorządowych, która odbyła się 12 listopada. Następna miała się odbyć za kilka dni – 26 listopada – w niedzielę.  Mój projekt Centralnego Parku Kultury „Ogrody Frascati”,  Frascatii, który Marcinkiewicz obiecał przejrzeć nazajutrz po występie Marii Peszek od trzech miesięcy nie ruszony. Kontrole wypisywały coraz to większe androny no i oczywiście znów zanosiło się na to, że należącej się każdemu dyrektorowi w mieście premii rocznej (za rok 2005) – i tym razem nie dostanę. Jedyne, co mi zapłacono to za scenariusze, które mi Małgosia Naimska zatwierdziła dowodząc tym samym autorstwa projektu mych całoletnich Ogrodów Frascatii.

Widząc, że robi się gorąco, a do „Osoby pełniącej funkcje Prezydenta Miasta” dobić się nie jestem w stanie dopadłem Marcinkiewicza, na jakimś spotkaniu. Strasznie był zdziwiony mymi kłopotami. Gwarantował, że na „Ogrody Frascati” środki z pewnością znajdzie. W sprawie mojej nagrody natychmiast telefonicznie interweniował u swego asystenta – nijakiego, a oslawionego przez Kazika Staszewskiego Zbigniewa Derdziuka. [1]

Pobiegłem więc nazajutrz ( dzień przed II turą), a wszyscy już poza głównymi zainteresowanymi czuli, że Marcinkiewicz przegra ją raczej,  do szefa biura Prezydenta. No i mówię szefowi – powołując się na Ober-Szefa Kazika

„ No daj mi Derdziuk nagrodę, no co ci to stanowi?

A on mi na to: jak niegdyś piosenkarzowi – nb. też Kazikowi:

„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”.

No i przegrali wybory. Jeszcze ostatniego dnia Marcinkiewicz podpisał dokument z tzw. zaleceniami pokontrolnymi po całosezonowej inwigilacji przedstawicieli miasta. Nie podpisałem dokumentacji kontroli. Tyle tam było bzdur i przeinaczeń.

Jednak same zalecenia nie brzmiały w sumie zatrważająco. Ot, tu sprawdzić, tu dodać, tam poprawić, owdzie uporządkować. Zdaniem moich prawników w znacznym stopniui zalecenia te były bezzasadne. Wydawało się, że będzie z tego kolejna urzędnicza mitręga. I może by była, gdyby … nie ten drobiazg, że zmieniła się miejska miotła,  jak najwulgarniej trzeba dziś określić samorząd miejski. Ja jednak specjalnie się nie przejmowałem. Z trudem ale na życie mi starczało, a wciąż nie mogłem nasycić się sukcesem. Przez cały grudzień  Agnieszki Budzyń prowadziła rozmowy z moimi najważniejszymi współpracownikami.  Od Staszkia Górki poczynając.

Rozmowa z p. Staszkiem Górką – 09.12.2006

Agnieszka Budzyń

S. Górka w "Opowieści Zimowej" reż. Z. Mrozowska Dyplom PWST (Teatr Współczesny) - 1977

A.B. - Ile lat trwa Pana znajomość z Dyrektorem?

S.G.- Znajomość trwa bardzo długo, bo ponad 30 lat. Spotkaliśmy się kiedyś w tym samym miejscu, na Miodowej, i w tym samym czasie, gdy zdawaliśmy do szkoły teatralnej. Stanęliśmy oko w oko.  Andrzej zrobił na mnie wrażenie…, kojarzył mi się… Na Rasputina  był za chudy, ale miał jakiś żar w oku, emblemat na piersi, nie wiem, ale miałem bardzo prawosławne skojarzenia.   Myślałem, że to jakiś młody, natchniony pop. Potem dowiedziałem się, że jest synem Andrzeja Kijowskiego – pisarza i uzyskałem na jego temat więcej informacji. Andrzej równocześnie studiował polonistykę i układ był taki, że wiedzieliśmy o sobie, spotykaliśmy się,

gadaliśmy, byliśmy widzami tych samych zdarzeń teatralnych, wtedy się dużo działo: festiwal narodów itp. A potem spotkaliśmy się kiedy został młodym pracownikiem naukowym w Szkole, a ja asystentem i robiliśmy wspólne różne spotkania, troszkę „ryliśmy pod czerwonym”, troszkę to była konspiracja, partyzantka, jakieś takie właśnie historie. Potem był okres Solidarności. Mieliśmy sztamę, gadaliśmy dość dużo. A potem był pierwszy konkurs, ale go jakoś w ogóle nie zauważyłem, zjawiłem się na drugim czy na trzecim, ale już wiedziałem, co on robi, wiedziałem, że w Lapidarium. Zaczepił mnie kiedyś i mówi:

ATK - Emblemat plemienia Hoopi przywiózł Senior z Wielkiego Kanionu

- Przecież ty masz jakieś swoje przedstawienie.

- No, mam – jeszcze wtedy nie nazywaliśmy się Towarzystwo Teatralne Pod Górkę, ale zrobiliśmy takie przedstawienie lwowskie, na które namówiłem się ze Zbyszkiem Rymarzem i zgłosiłem te piosenki Andrzejowi i to był rzeczywiście niezapomniany wieczór. Warunki były bardzo bojowe, świeże powietrze, to był przepiękny lipcowy wieczór. Było to dla mnie zabawne i dziwne, bo rzeczywiście upał, gorący wieczór, ludzie pijący piwo, jednocześnie bar żyjący swoim życiem, trzeba było sztuką aktorską, tym przedstawieniem, opanować ten żywioł. Tam gdzieś były skrzypiące, skwierczące kawałki mięsa rzucone na grill. To wszystko było szalone i odrealnione, coś do czego nie byliśmy przyzwyczajeni i takie było moje pierwsze spotkanie z KTO. Zresztą ten spektakl został szczęśliwie zarejestrowany przez TV „Polonię 1″ i gdzieś krąży.

Andrzej lubił to przedstawienie i miał do niego ciepły stosunek. Wiem, że ta kaseta żyje, ja też ją mam, bo przegrywaliśmy wtedy. I to był właściwie pierwszy kontakt z „ogródkami”. A potem były takie zdarzenia, że co parę lat (już powstało Towarzystwo Teatralne Pod Górkę) włączaliśmy się do akcji próbując zawalczyć o nagrody, mieliśmy możliwość pokazania swoich przedstawień w Warszawie i niespłacone długi wobec reżyserów, powiedziałem do Andrzeja:

- Dobrze byłoby gdyby Tadek Wiśniewski dostał nagrodę, bo ciągle mamy poczucie, że jesteśmy mu winni pieniądze

I szczęśliwym zbiegiem okoliczności reżyser dostał nagrodę, chociaż Andrzej mówił:

- Absolutnie ja nie mam na to wpływu, to jest decyzja jury.

I pewnie tak było, bo potem przekonałem się, że Andrzej ma taką zasadę, że nie wtrąca się do jury, nie wywiera nacisku, niemniej te sugestie, marzenia nasze jakoś tam się przenosiły. Właściwie byliśmy taką grupą, która ciągle tymi swoimi przedstawieniami znaczyła. Zbierała i nagrody, i wyróżnienia, była zauważalną grupą, która stale współpracuje, a potem przyszły bardzo chude lata i nawet jeśli nie braliśmy udziału w konkursie, to graliśmy. Był pamiętam taki rok, zupełnie beznadziejny, Andrzej poprosił mnie o pomoc:

- Słuchaj, jesteście w Warszawie albo w pierwszych krzakach za Warszawą, czyli w Kopkach i okolicy, może byście tak od czasu do czasu zagrali…

- Jak często?

- No, tak co drugi dzień albo i codziennie…

I to było takie lato, gdzie my przyjeżdżaliśmy, graliśmy w Dolinie Szwajcarskiej, umowa była brutalna, okrutna, to była wczesna, kapitalistyczna manufaktura – tyle ile będzie z biletów. Dyrektor Kijowski z upodobaniem powtarza anegdotę, że Górka wyczuł sprawę mechanizmów kapitalistycznych i ogłaszał promocję. Za pięć siódma mówił:

- No co będziecie Państwo tak tu siedzieć? Zapłaćcie chociaż te dwa złote czy trzy i wejdźcie tam na teren teatru.

To tak było. Rzeczywiście odbywałem indywidualne wycieczki przed rozpoczęciem przedstawienia i zapraszałem, żeby jednak wejść i oglądać jak człowiek…

A.B - Działało?

- Tak, bardzo często to działało, to był taki śmieszny moment tej naszej strasznej biedy. Kończyło się to później spotkaniem i piciem winka, bo tego rzędu były to zyski.

A.B - Wystarczało na butelkę wina?

S.G - Tak, na butelkę wina. I to był właściwie taki styl życia, że w ten sposób spędzaliśmy wakacje w mieście.

A.B - „Lato w mieście?”

S.G - Tak, taka akcja. A potem zaczęło się to tak zwane jurorowanie.

A.B - Ile razy był Pan jurorem?

S.G - Trzy albo cztery

A.B - Stała fucha.

S.G- Tak, taka stała fucha. Nie bez przerwy, choć propozycje Dyrektora były częste, bo chciał, żebym tam był, natomiast ja miałem jakieś ciekawsze zajęcia, jakieś wyjazdy. Mówiłem: – nie mogę w tym czasie, bo miałem jakąś robotę i to było niemożliwe. I był jeszcze taki epizod kiedy któregoś roku Andrzej zaproponował mi liczenie głosów, prowadzenie razem z nim takiej konferansjerki, zabawiania publiczności i wtedy padł pomysł, żeby nagrać te nasze piosenki, które od dziesięciu lat funkcjonują: „Dziś do ogródka zbiegła się trzódka” albo „Oddaj głos na kogo chcesz”. I tak to mniej więcej wyglądało w takim bardzo ogólnym zarysie łącznie z tym rokiem.

Andrzej oczywiście zaprosił mnie na to spotkanie, na ten panel „Teatr to miejsce spotkania”, który – sama Pani widziała- przebiegał dosyć tak smutnawo, z taką nutką… wręcz tendencyjnie. Natomiast ja uważam, że zabrakło tam takiego akcentu, może to złe słowo. Że przy wszystkich zasługach Andrzeja i trudach, które poniósł dla tej inicjatywy, dla tego projektu jak się mówi współcześnie, i wszystkich smuteczkach, które płyną z realizacji, przeszkód i trudności, jedno jest pewne, że on rzeczywiście umiał jakoś…, że złapaliśmy sztamę, że zaimponował tym swoim szalonym zupełnie, wariackim pomysłem. Przecież to nie chodziło o pieniądze. Pieniądze jak Pani opowiadałem w pewnym momencie były żadne czy w ogóle dopłacaliśmy do tego interesu przyjeżdżając trzydzieści kilometrów spod Warszawy na przedstawienia. To się nie opłacało, już nie mówiąc o wypożyczeniu kurtyn, różnych elementach, które funkcjonowały w tej inscenizacji, a on nas jednak zafascynował tym swoim szalonym pomysłem. Właściwie mógł na nas liczyć, wytworzyły się takie relacje przyjaźni. Może nie braliśmy za to odpowiedzialności, bo odpowiedzialność on miał, ale mówiliśmy: dobrze, temu facetowi trzeba pomóc, bo to jest słuszne, bo to jest warte realizacji, mimo że ma trudną sytuację, dawaj, robimy to. To chyba się Andrzejowi udało, że przy jego wszystkich takich trudnościach, nerwowości – jak mówiłem zobaczyłem obłąkanego, młodego popa na tym…, że nagle te loty gdzieś się zbiegły i gdzieś ręka w rękę, ramię w ramię, połączyła nas idea.

Parę dni temu byłem na rozmowie u prezydenta Bydgoszczy, to takie drugie moje miasto, które mnie interesuje, i w którym lubię przebywać i nagle padł pomysł, żeby zrobić takie przedstawienia letnie, taki przeszczep. To nie będzie rodzaj konkursu, tylko taki przegląd naszych rzeczy, które obejmują już kilkanaście spektakli.

A.B - W tym roku było bardzo dużo indywidualnych nagród. Właśnie dlatego, tak?

S.G- Tak, tak. Chcieliśmy zauważyć, że w pewnej przeciętności przedstawienia warto zawsze wyłowić drobiazg, kogoś kto w tej masie się pojawia i nagle zwraca uwagę. To jest interesujące i to jest piękne. Takimi elementami była na przykład świetna muzyka, w jakimś przedstawieniu, nie pamiętam w którym, przepięknie zrobiona. W innym przedstawieniu był świetnie zagrany epizod, były tego typu rzeczy, których nie można pominąć. Pamiętam taki rok kiedy byli Rosjanie, grali „Oświadczyny” według Czechowa przerobione na musical. To był utwór właściwie jak ja pamiętam w tej historii Ogródków taki jedyny pełny, to znaczy, że było doskonałe aktorstwo całej tej trójki czy czwórki aktorów rosyjskich, świetne inscenizacyjnie, świetnie śpiewane, niezwykle muzykalne.

To były nawet brzózki, które dyrektor Kijowski ściął w najbliższym lesie i wsadził do drewnianych doniczek i podlewał je wodą, żeby nie zdechły do wieczora. Nawet to tworzyło jakąś nieprawdopodobną aurę i pełnię tego przedstawienia. To było akurat, w tej przestrzeni, pod gołym niebem, przy skromnym namiociku, przy tym oświetleniu, w tej scenerii, te środki aktorski, te melodie, to było wpasowane w punkt. A na ogół takie przeniesienie przedstawienia, kabaretu, to jest inna stylistyka i zgrzyta. Przestrajamy się, przestawiamy się i nagle mówimy o, to fajnie wyglądałoby w podziemiach, w jakiejś scenerii kabaretowej, w jakiejś kawiarence, ale nie w ogródku.

A.B - To dość powszechna opinia, że rzadko które przedstawienie jest przedstawieniem ogródkowym. Dyrektor miał nawet taką koncepcję, żeby specjalnie premiować sztuki przygotowane specjalnie do ogródkowej scenerii.

S.G- No tak, ale takich przedstawień jest w przeglądzie trzy, cztery. Trzeba byłoby przywrócić tak zwany repertuar rewiowo-bulwarowy, tam mieściłaby się jakaś burleska, komedia muzyczna, recital na świeżym powietrzu. To trzeba byłoby iść zdecydowanie w tym kierunku. A póki co wszystko jest przemieszane. Zawsze miałem o to straszną pretensję, mówię jeszcze o czasach kiedy nie byłem jurorem, ale antreprenerem, który wystawiał jakieś swoje przedstawienia. Miałem wtedy tylko czapkę, szalik i śpiewałem piosenki lwowskie, gdzie mi się było ścigać z jakimś Elblągiem czy teatrem z Jeleniej Góry, które miały olbrzymią kasę.

A.B - Panie Staszku, kojarzą się Panu  z dyrektorem Kijowskim jakieś zabawne zdarzenia ?

S.G- Ja podziwiam jego nieprawdopodobny refleks w różnych sytuacjach, które się dzieją. Ja też się wykazuję pewnym refleksem na scenie, ale to w sytuacjach kiedy coś się wali, przewraca dekoracja, siada aparatura i są sytuacje tak zwane stresowe, wtedy radzę sobie w tych sytuacjach. Natomiast jego i tak podziwiam, to już właściwie można o tym głośno mówić, pamięta Pani jak Marysia Peszek zaśpiewała to swoje „pieprzę miasto” w obecności prezydenta tego miasta? To, moim zdaniem, było nadużycie, nie można robić takich rzeczy i pewnie nie obyłoby się bez gwizdów (sam bym gwizdał), to nie było grzeczne i nie było na miejscu, ale dyrektor wpadł i powiedział „przepraszam za każdy słowny grzeszek Marysi Peszek” i rozładował te bombę bezbłędnie.

A.B - Panie Staszku, Pana największa wpadka w KTO.

S.G- A, były różne drobne draki z niedziałającymi mikrofonami itp., ale największa… Była, tak, na konferencji prasowej gdzie śpiewaliśmy po raz pierwszy „Osculati na Frascati” w naszej wersji, a przedtem mówiłem fragment z „Tułacza”. Kiedy zacząłem recytować, zobaczyłem tylko jednego dziennikarza, (bo spotkanie zostało całkowicie zignorowane przez tzw. prasę), który zresztą kompletnie mnie lekceważył, bo Hemar prawdopodobnie kojarzył mu się wyłącznie z homarami. I ja tu walę tekst, i nagle naszedł mnie taki moment wątpliwości, że przecież to zupełnie nie ma sensu, co ja tu w ogóle robię? Jakiś jeden facet siedzi, a ja mu bebechy wywalam… I nagle całkiem stanąłem z tekstem, zacząłem coś haftować i skutek to miało taki, że facet się obudził. Ja gadałem, szły jakieś słowa, które były kompletnie bez sensu, ostatecznie jednak wskoczyłem na właściwy tryb, ale to była wpadka. Potem jeszcze Kijowski mi dokuczał: o, kolega nie powtórzył tekstu. Tak się tym przejąłem, że kiedy później śpiewaliśmy „Osculati na Frascati” dwa razy przestawiłem tekst, byłem poza muzyką.

To był taki dzień wpadek, co mi się na ogół rzadko zdarza, bo jednak człowiek stara się być zawsze dobrze przygotowany, ale zdarzyło się, było.

A.B - Będzie Pan w przyszłym roku jurorem?

S.G- A skąd ja to mogę wiedzieć?

A.B - Można podsumować, że publiczność ogródkowa jest bardziej wymagająca od publiczności teatralnej takiego zamkniętego teatru, ale przez to ciekawsza pewnie…

S.G- Nie wiem czy ona jest bardziej wymagająca… Trudniejsza do ujarzmienia, bo tamci przychodzą i mogą siedzieć w skupieniu, a tu są tysiące rzeczy, które mogą publiczność rozproszyć: nagłe załamanie się pogody, jakiś pies, helikopter…

A.B - Czyli nawiązując do tezy dyrektora, że teatr to miejsce spotkania, czyli, że do ogródka ludzie przychodzą, żeby się spotkać, wypić kawę, pogadać, a to czy się z tego spotkania zrobi teatr zależy od aktora, który wyjdzie i albo ich zaczaruje, albo nie – to Pan się pod tym podpisuje?

S.G- Podpisuję, jako że moja formuła teatru, którą robię w „podgórce” to jest teatr ubogi, w którym jedynym walorem nie jest stara, wytarta walizki czy szalik, ale człowiek, jego oko, twarz, to co z niego płynie. Możliwe, że to ta formuła nas zbliża z Kijowskim.  To jest moja odpowiedź na pytanie czy teatr to miejsca spotkania.  Rozm. Agnieszka Budzyń

Chwilę potem 21.12.2006 porozmawia pani Agnieszka też z Jankiem Pietrzakiem.

A.B - Proszę opowiedzieć o swojej znajomości z dyrektorem Kijowskim.

J.P.- Muszę powiedzieć, że z podziwem obserwuję akcję Andrzeja Kijowskiego, który z Warszawy próbuje zrobić miasto sztuki, miasto wesołe, miasto pogodne, miasto bardzo związane z teatrem, i temu służą te możliwości, które ma. Bo ludzie na ogół są osadzeni w teatrach państwowych, w których, jak w urzędach, wykonują swoją robotę, są funkcjonariuszami państwa, które im za to płaci, dostają pensje, etaty, urlopy macierzyńskie, bilet bezpłatny w jedną stronę i wtedy pracują dla teatru.

A Andrzej robi coś w strukturach nieformalnych, istotnego bardzo i wydaje mi się, że ma wielkie sukcesy na tym polu, mianowicie całe te lata sezonów teatrów ogródkowych, które rozkwitały w różnych miejscach według jego pomysłów, to jest fantastyczna praca. Ja zetknąłem się z działalnością Andrzeja Kijowskiego kilka sezonów temu. Jako człowiek kabaretu, a nie teatru, występowałem najpierw w Dolince Szwajcarskiej, a potem w Ogrodach Frascati. Uważam, że to jest fantastyczne miejsce, świetnie zaaranżowane, na świeżym powietrzu.

A.B - Jak się Panu tam występowało?

J.P.- Dobrze, bardzo dobrze. To jest nawrót do tradycji teatru średniowiecznego, starożytnego, kiedy ludzie się spotykali. Jechał wóz, zatrzymywał się, artyści występowali na wozie, a ludzie stali i podziwiali, wtedy nie było jeszcze budynków teatralnych, a więc to taka dawna tradycja. Kabaret jest pewnym odłamem teatru w gruncie rzeczy, bardziej uproszczonym z konieczności, bo kabaret jest biedny tak jak i działalność Andrzeja Kijowskiego, nie ma na to zbyt wielu pieniędzy tak jak instytucje państwowe, trzeba grać dla ludzi w takich okolicznościach i w takich warunkach jak to jest możliwe, a więc na powietrzu. Wydaje mi się, że zaaranżowanie tych miejsc jest wielką zasługą Andrzeja, zrobił coś oryginalnego i w Dolince Szwajcarskiej, i w Ogrodach Frascati gdzie to się rozwija pięknie i staje się miejscem, które tętni życiem przez wiele miesięcy w roku.

A.B - W okresie kiedy w tych zinstytucjonalizowanych teatrach trwają urlopy, niekoniecznie macierzyńskie, więc nic się tam nie dzieje?

J.P.- Tak, tak, i poza tym zdarzają się tu przedstawienia, zdarzają się ludzie, występy, których normalnie w Warszawie nie można oglądać, więc to jest taka jakby ścieżka off, jak mówią Anglosasi, taki off-brodway pojawia się i bardzo dobrze, że pan Kijowski nie upiera się przy konkretnych gatunkach, że pokazuje wszystko co wartościowe, spektakle muzyczne, kabaretowe, spektakle teatralne również, jakieś grupy oryginalne, które inaczej w Warszawie nie istnieją, bo nie stać ich na wynajęcie sal w – powiedzmy – normalnym sezonie, czy zaistnienie w konkurencji z wielkimi instytucjami państwowymi, a w tej scenerii, w tych warunkach dają sobie radę, gromadzą liczną publiczność, która dowiaduje się o barwnej kulturze, która w ten sposób się przejawia. Jestem wielkim zwolennikiem tego działania pana Kijowskiego i podziwiam, że tak ładnie mu to wszystko idzie.

A.B - Pamięta Pan jakieś szczególne przedstawienie w KTO?

J.P.- Może szczególne to było takie związane z sierpniem, z rocznicą sierpnia, które było bardzo poważne jeżeli o mnie chodzi, poważne piosenki, poważne tematy związane z naszą narodową historią, z Powstaniem Warszawskim. Mam takie przedstawienie, w którym wykonywałem po raz pierwszy swoją piosenkę o Powstaniu i rzeczywiście poruszenie było olbrzymie.

A.B - Pamiętam je, owacja na stojąco…

J.P.- Tak, owacje, bisy, jednym słowem wielkie poruszenie. To daje pogląd na temat tego, że Warszawiacy w takich warunkach nawet, na powietrzu, w otwartej przestrzeni potrafią się i skupić i wzruszać, i bardzo chłonąć treści, które tam im się podaje, czyli w sumie pokazuje to, że miejsce jest dobrze zaaranżowane, miejsce służy wyrażaniu różnych emocji, nie tylko kabaretowych żartów, ale także pewnemu skupieniu, wzruszeniu.

A.B - Ale to również zasługa artystów.

J.P.- Tak, ale artyści nie w każdych warunkach są w stanie się przebić, bo czasami są to warunki nieżyczliwe po prostu, zwłaszcza kiedy jest to sztuka nazwijmy to uproszczona, bez wykwintnej improwizacji, bez bogatych dekoracji, bez dwóch tysięcy prób…

A.B - W teatrze ogródkowym trudno o bogatą inscenizację.

J.P.- No właśnie o to chodzi, to są wymagania artystyczne o niebo wyższe, bo w teatrze ogródkowym trudno o ten cały sztafaż artystyczny, trzeba go zastąpić czymś innym, talent artysty musi pokryć wszystko, braki scenografii czy też padający deszcz, czy wrzeszczące sroki za plecami, to wszystko talentem trzeba pokrywać, a więc tym bardziej jest to pasjonujące wyzwanie.

A.B - W teatrze ogródkowym brak kulis jest Pan bardziej dostępny, bardziej na widoku i  … wszystkie panie mają ułatwioną drogę do Pana ?

J.P.- Nie tylko panie, panowie również, bo to są ludzie, z którymi piłem pod kioskiem piwo czterdzieści lat temu, albo w Hybrydach żeśmy się kolegowali, albo byliśmy razem w wojsku czy w fabryce. Ja w Warszawie znam połowę mieszkańców, Warszawiaków oczywiście, nie mówię o elemencie napływowym, ale do Ogrodów Frascati przychodzą na ogół rdzenni Warszawiacy, tak mi się wydaje z odbioru, co jest dla mnie istotną różnicą.

Ja to wyraźnie widzę na widowni, wiem czy jest element napływowy czy jest warszawski. Moja znajomość z publicznością warszawską od prawie pół wieku powoduje, że mamy zupełnie inne relacje niż z ludźmi, którzy przyjechali tu pięć czy dziesięć lat temu i właściwie dopiero uczą się tego miasta i jego specyficznego nastroju. I z tego punktu widzenia działalność Andrzeja jest też bardzo korzystna, pozwala się skrzyknąć środowisku ludzi, dla których Warszawa jest ważnym miejscem nie tylko jako adres zamieszkania, ale jako pewien zbiór wartości, sentymentów, bo dla każdego Warszawiaka Czerniaków czy te Ogrody na Powiślu mają swój urok i smak młodości, świadomość tego co tam było kiedyś. I takie imprezy w przestrzeni warszawskiej bardzo pomagają określić tę warszawskość.

A.B - I tak doszliśmy do tematu „Teatr to miejsce spotkania”. Zgadza się Pan z dyrektorem, że teatr na świeżym powietrzu tym różni się od teatru zamkniętego, że to teatr przychodzi do widza, a nie widz do teatru, to znaczy, że na artyście ciąży odpowiedzialność wciągnięcia widza w grę, w przeżycia, w emocje, które dzieją się na scenie ?

J.P.- Powiedzmy szczerze, że to jest bardziej dostępne miejsce, codziennie coś innego się dzieje i to sprzyja temu, że się pewna grupa, pewna społeczność gromadzi wokół tego miejsca, które nie ma charakteru repertuarowego tylko co wieczór jest coś innego, coś charakterystycznego, że warto pójść i to jest dodatkowy motyw, dla wielu tysięcy ludzi to jest ważne miejsce w Warszawie. Wiadomo, że teatr jest miejscem spotkania, ważne jaka tradycja się wokół tego wytwarza wokół tego spotkania, kto tam przychodzi, Z mojego punktu widzenia to jest zgromadzenie warszawskie, znacznie bardziej niż w innych placówkach.

A.B - Taka lokalna specjalność.

J.P.- Tak, my się czujemy dobrze, bo znamy to miejsce, znamy te strony, jesteśmy u siebie. Kryją się za tym jakieś psychologie.

A.B - To ostatnie miejsce – Ogrody Frascati, które mamy nadzieję, że już zostanie na stałe, ono znajduje się w centrum miasta, ale jednocześnie jest z tego miasta wyizolowane, wyciszone, nie słychać samochodów, szumu. Z wyjątkiem jakiś emocjonujących wydarzeń na stadionie Legii, można powiedzieć,  że tam jest cisza i spokój.

J.P.- Tak, bardzo to jest fajnie zaaranżowane. Mam nadzieję, że ta inicjatywa będzie się toczyć dalej, że Andrzej rzeczywiście tam od maja do września będzie miał swoją placówkę i że będzie mu to wszystko świetnie funkcjonować.

A.B - Panie Janie, gdyby miał Pan wymienić trzy przymiotniki, które określają dyrektora Kijowskiego, to jakie by one były?

J.P.- Jest na tle innych urzędników bardzo pozytywną osobą, ponieważ ma inicjatywę i ma pomysły i nie boi się ich wcielać w życie, nawet za cenę konfliktów nieraz z różnymi ludźmi i ja to bardzo cenię, bo jeśli człowiek ma odwagę i ma pomysły, i potrafi je jakoś zagospodarować, to jest to taka cecha wyjątkowa na tle spokojnych, uładzonych i bezkonfliktowych urzędników od kultury. Poza tym jest człowiekiem niezwykle wykształconym, inteligentnym, mającym ogromne zaplecze intelektualne do tego co mówi i robi, a więc jego wiedza o teatrach i o całej pracy, którą wykonuje jest olbrzymia, dogłębna i to się liczy. A prywatnie jest miłym człowiekiem, z którym można o wszystkim porozmawiać, pobawić się. Rozumie nie tylko teatry i poważną sztukę, ale również i kabaret. Wydaje mi się, grając od kilku sezonów, że bardzo lubi kabaret i docenia wartość kabaretu w obecnej kulturze, widzi jej znaczenie i ma poczucie humoru. Jest błyskotliwy, inteligentny, śmieje się z żartów… same zalety.

A.B - Proszę mi powiedzieć czy współpraca z dyrektorem także ma same zalety, zawsze wszystko jest zapięte na ostatni guzik, nigdy nie było jakiegoś wywału, wpadki?

J.P.- Nie, nie, zaskoczył mnie tylko raz, na początku, jak zaczynaliśmy współpracę, wygłosił jakieś słowo wstępne, witając nas w swojej placówce i zrobił to wierszem. Byliśmy zaskoczeni z kolegami, bo nic o tym nie wiedzieliśmy, staliśmy za kulisami i słuchaliśmy jak dyrektor rymuje wspominając wiele naszych różnych historycznych spraw, adresów, piosenek, problemów jakie kabaret pod Egidą miewał, to wszystko ujął w bardzo ładną formę wierszowaną.

A.B - Dostał Pan to na piśmie?

J.P.- Tak, tak, i kiedyś na pewno to wydam.

Rozm. Agnieszka Budzyń

Już po świetach ale wciąż z nadzieją, że rozmowy te wykorzystamy w Opracowaniu projektowanym dla XVI KTO i III Ogrodów Frascati

spotka się pani Agnieszka ze Zbigniewem Rymarzem – 22 lutego 2007

A.B - Wie Pan, że to nie będzie wywiad-rzeka?

Z.R.- Nie? A co?

A.B - Kilka – mam nadzieję – wesołych historyjek, które posłużą jako przerywniki dla dyrektorskich tyrad.

Z.R.- Hm, był rzeczywiście taki wesoły akcent… Graliśmy „Lwów”, na Szopena, w „Dolinie Szwajcarskiej” i nagle zerwał się huragan, ulewa potworna, ludzie się schowali, a mnie – od tamtej pory twierdzę, że bardzo dobrze, że się garbię – na plecy spadła zastawka. Gdybym się nie garbił spadłaby na głowę. Wiatr tak miótł, że zalewało scenę, ludzie zaczęli uciekać, trwało to ponad godzinę… Nie skończyliśmy tego spektaklu.

A.B - Jednym słowem: mokry wieczór.

Z.R.- Bardzo mokry, ale czasami tak się zdarza.

A.B - Czy te nieprzewidziane wypadki w ogródkowym teatrze nie wyprowadzają Pana czasem z równowagi?

Z.R.- Nie. Zaczynałem pracę w teatrze pod kierunkiem reżysera, od którego nauczyłem się cierpliwości. To cecha niezbędna w każdym twórczym zawodzie.

A.B - Nie tylko w zawodzie, przydaje się również w kontaktach z innymi. Rozumiem, że dzięki cierpliwości komunikowanie się z dyrektorem Kijowskim nie sprawia Panu problemu.

Z.R.- Nie, spokojnie daję sobie radę. Zresztą, wie Pani, dyrektor jest małomównym człowiekiem.

A.B - Dyrektor?!

Z.R.- Tak, Zazwyczaj mówi tylko jedno zdanie.

A.B - Ale ile to zdanie trwa?!

Z.R.- A, to już inna sprawa…

A.B - Jak się Panowie poznaliście?

Z.R.- Nasze pierwsze spotkanie wyglądało tak, że ja powiedziałem: „dziękuję bardzo, to ja idę do domu”.

A.B - ?

Z.R.- Chodziło o „Lwów”. Przedstawienie zrobione na moich materiałach, wspólna scenografia i reżyseria. Przychodzę na Starówkę, wszystko jest, tylko mojego nazwiska w ogóle nie ma, nie istnieje. Powiedziałem: „no to dobrze, widzę, że dzisiejszy spektakl idzie jako mówiony, to ja jestem wolny, do widzenia”. Rozumie Pani, można mieć cierpliwość, ale pewnych rzeczy trzeba wymagać.

A.B - I jak to się skończyło? Dopisali nazwisko, dokleili?

Z.R.- Nie, nie było jak. Zapowiedzieli, taka specjalna, długa zapowiedź.

A.B - Czyli zrekompensowali faux-pas. Pomimo tego niefortunnego początku współpraca trwa. Co by Pan zmienił w Konkursie Teatrów Ogródkowych?

Z.R.- Przesiałbym wykonawców i zostawił tylko dobre spektakle. Już sama nazwa „teatr ogródkowy” zobowiązuje do jakiś form. Namawiałbym Dyrektora do zrobienia czterech programów ogródkowych. Aktorki w stylowych sukniach, z parasolkami, część operetkowa, potem jakaś jednoaktowa farsa. W tej chwili miejsce na Frascati jest tak ładnie urządzone, ma nastrój, klimat. Można pokusić się o stworzenie takiego cyklu: ogródek fin de siecle’owy, ogródek z czasów pierwszej wojny, ogródek lat dwudziestych i ogródek Dakowskiego z czasów okupacji. To byłaby historia ogródków.

A.B - Świetny pomysł.

Z.R.- Dyrektor zrobił coś wspaniałego, co kojarzy mi się z teatrem, w którym zaczynałem. To było w Poznaniu, za teatrem był ogród, który dyr. Szczerbowski zaadoptował na letnią scenę. No, ale nie o tym rozmawiamy. Wracając do Pani pytania o to, co bym zmienił, jak już mówiłem, przesiałbym wykonawców.

A.B - Co to znaczy?

Z.R.- To znaczy, że częściej sięgałbym na prowincję, bo tam dzieje się wiele ciekawych rzeczy, które można pokazać i dałbym prawo decydowania publiczności o jakości przedstawień od samego początku, czyli od etapu przeglądu. Rozumie Pani? Jury sobie, bo zależy kto będzie w jury, a publiczność sobie.

A.B - A właśnie, a propos, jak Pan tłumaczy fakt, że przez dwa ostatnie sezony werdykt publiczności i jurorów był w zasadzie taki sam? O czym to według Pana świadczy?

Z.R.- O wyrobieniu ogródkowej publiczności, oczywiście, która ma większą odwagę w podejmowaniu decyzji, i o mniej udziwnionej komisji.

A.B - Żartuje Pan sobie…

Z.R.- Nie, pamiętam nagrodzony spektakl, z którego gdyby wyrzucić dwie trzecie, to byłby nienajgorszy, a bez tego był sam bełkot, ale podobał się przewodniczącej jury, która przeforsowała swoją decyzję.

A.B - Acha… To skoro już jesteśmy przy sprawach wątpliwych, miał Pan jakąś wpadkę w KTO?.

Z.R.- Tak, był jeszcze taki incydent na Mariensztacie. Tadek Wiśniewski dostał nagrodę za reżyserię, Monika Świtaj za piosenkę, trzeba było wystąpić, a tego dnia wyszedłem ze szpitala i czułem się bardziej jak rekonwalescent, niż artysta. Ale mimo to stawiłem się o 14:00, żeby zrobić próbę i wszystko byłoby dobrze, tylko nie dowieźli pianina…

A.B - W ogóle?

Z.R.- Nie, na spektakl instrument dojechał.

A.B - To szczęśliwie. A pamięta Pan jakiś szczególny moment konkursu, coś ważnego dla Pana, o czym mógłby Pan powiedzieć: sukces!

Z.R.- Nie ma nic takiego. Wszystkie spektakle grało mi się bardzo dobrze, publiczność dopisywała i dobrze się bawiła. Jedno tylko w plenerze wymaga dopracowania, jak jest wiatr, to fruwają nuty.

A.B - Przecież można je przypiąć.

Z.R.- A jak trzeba ciągle przekładać i przypinać od nowa, to się robią dziury, bo kto w tym czasie ma grać, skoro pianista zajęty jest czy innym.

Rozm. Agnieszka Budzyń

Było już po wyborach. Należało jakoś przywitać się z nową władzą.

Na Sylwestra napisałem wierszyk[2], a potem poprosiłem pania Agnieszkę by dopadła Włodka Paszyńskiego, który –  a ta wiadomość zdawała mi się gwarancją bezpieczeństwa i uczciwości – miał zostać na miejsce Andrzeja Urbańskiego zastępcą obejmującej Urząd Prezydenta Hanny Gronkiewicz Waltz. Dla mnie wydawały się to bardzo dobrym prognostykiem. Byłem wśród samych przyjaciół. Andrzej Urbański był moim przyjacielem i nigdy się tego nie wyprę, Kaczyńskich szanuję obydwu, ale przecież Hanna Gronkiewicz-Waltz pomagała nam zakładać samorząd. W ’92 roku konsultowała Ustawę Warszawską, gdy byłem wicemarszałkiem Sejmiku. No a Paszyński! – Paszczak … był mi przyjacielem jeszcze dawniej niż Jędrek Urbański, poznaliśmy się jak sam powiada przed wojną japońską. Istotnie…

CDN

Przypisy:


[1] Escusi signore „No speaking inglese”
A gdzie kupiłeś sobie takie luks wąsy?
Czy może na stadionie bez praw autorskich?
I gdzie kupiłeś sobie taką super głowę?
Nakrycie na głowę nie musi być typowe
Pytasz się mnie gdy spokojnie sobie leżę
„Sorry mensch – no speaking inglese”
No daj mi Derdziuk wódki, no co ci to stanowi?
„Ja nie mogę, muszę zawieźć tatowi”


[2] Każdego roku otrzymywali ode mnie radni i prezydenci kartkę wydrukowana w Domu na Smolnej z jakimś najczęściej De La Tourem, tym razem był do Pierro Della Francesca z takim przesłaniem:

Wygranym  Kornie i z nadzieją

Niesiemy mirrę i kadzidło

Wierząc ze złotem się podzielą

By panowanie  im nie zbrzydło


Przegranym! Piosnkę zaśpiewamy

Krzyż Pański czeka wszak każdego

A my z gęślami, z gitarami

Nikomu  nie życzymy złego


Więc dziękujemy dobry Boże

Za nasze spotkania na Dworze

I za rozmowy pod dachami

Za to że nie jesteśmy sami


Przyjmijcie czego trzeba komu –

Kijowski z śródmiejskiego domu

Rozdz. CXLVII – Śpiewy ogródkowe i fraszki domowe

czwartek, 29 Lipiec 2010

Po teatrze: Muzyka, taniec i śpiew a z nim  i kabaret.  Było w tym coś nowego, coś co zacieśniało wspólnotę, zadzierzgiwalo ją do tańca, do wspólnego przeżywania teatru, wreszcie do rozmowy. Wtorki ze śpiewem i kabaretowe piątki w czerwcu oraz w lipcu przyciągać będą nieprzebrane tłumy.

ŚPIEWAJĄCE OGRODY  odbywały się we wtorki.

Stanisława Celińska w Ogrodach Frascati - 2006

Inaczej niż Włosi czy Niemcy, Polacy  rzadko śpiewają. A już wspólnie fatalnie nam to wychodzi. “Szła dzieweczka do laseczka”, “Sto lat”, wcale nie takie łatwe “Góralu czy ci nie żal” – o uroczystym zawodzeniu nie wspominając. Chciałem to zmienić. Śpiewać z najlepszymi, śpiewać wspólnie i chórem. Wyjść z Frascati z jednym szlagwortem na ustach. Od piosenek Okudżawy czy Połomskiego, poprzez cygańską balladę na finale “Mszy  radosnej” wg Derfla i Brylla: “Pozwól mi Boże, jeżeli możesz abyśmy chwilkę pożyli” – kończąc.

W tym cyklu 6 czerwca 2006 odbył się recital recital Romana Ziemlańskiego pt:” Kolekcjoner wspomnień”.

Romek Ziemiański to wirtuoz gitary, balladzista, aranżer. Koncertuje w kraju i za granicą m.in.: USA, Włochy, Szwecja, Rosja, Wielka Brytania, Niemcy, Austria. Jest cenionym kompozytorem i aranżerem, twórcą muzyki słynnych spektakli: “Msza Wędrującego” wg Edwarda Stachury, “Misterium o Bogu Ukrytym” wg Karola Wojtyły oraz muzyki teatralnej. Jest laureatem licznych nagród krajowych i zagranicznych. Autor podręcznika “Gitara z nauczycielem i bez”.  Ma za sobą wieloletnią współpracę ze Sławą Przybylską, Marią Fołtyn, Niną Andrycz, Anną Chodakowską, Haliną Frąckowiak, Jonaszem Koftą.

Recital wokalno-gitarowy “Kolekcjoner wspomnień”, jak również niedawno wydana płyta pod tym samym tytułem to przede wszystkim przekrój twórczości Mistrza Bułata Okudżawy. Zarówno nowe utwory jak i całe przedsięwzięcie są hołdem złożonym jednemu z najsłynniejszych artystów XX wieku.

13 czerwca 2006 zapraszała na swój recital Zatytułowany ”To wszystko z nudów” Marta Kuszakiewicz. To laureatka wielu nagród w konkursach piosenki nieobojętnej m.in: I nagroda Polskiego Radia “Mikrofon dla wszystkich”, I nagroda specjalna na Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki, I nagroda w Jarmarku Piosenki. Absolwentka wydziału Piosenki Aktorskiej Szkoły Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Swoje umiejętności szlifowała u takich autorytetów scen polskich jak: Artur Barciś,  Jacek Różański,  Mira Nuckowska, Andrzej Ozga.Wykonuje trudny i nietuzinkowy materiał muzyczny z wielką pasją i zaangażowaniem. W repertuarze m.in.: piosenki z “Kabaretu Starszych Panów”,  piosenki Ewy Demarczyk, Renaty Przemyk,  Hanny Banaszak.

Recital łączył w całość poetyckie słowo wiązane napisane przez Martę, która od najmłodszych lat pisze wiersze, opowiadania i słowa do piosenek.

Natomiast 20 czerwca 2006 ponad 600 osób śpiewało wraz z … Haliną Kunicką. Ta artystka znakomicie pojęła moje intencje. Śpiewała dla publiczności i śpiewała z ludźmi – swoje powszechnie znane przeboje lecz także inne po prostu publiczności znane. Poprostu „piosenki lekkie, łatwe i przyjemne” w  czym wspomagał ją akompaniując wspaniale -Jerzy Derfel.

Halinę Kunicką  znamy wszyscy, bo jakże nie znać artystki, która wystąpiła w Polsce ponad trzy tysiące razy ze swoimi recitalami. Jej dwanaście  longplayów sprzedano w nakładzie

przekraczającym milion egzemplarzy. Otrzymała również trzy Złote Płyty, śpiewała w kilkudziesięciu krajach na świecie, nakręciła ogromną ilość programów telewizyjnych  w Polsce i poza jej granicami. Jej repertuar jest różnorodny: przeboje, piosenki literackie, piosenki aktorskie i kabaretowe – zawsze z sukcesem!

Impreza robiła się coraz bardziej znanan. Lato w pełni: 27 czerwca 2006 na recital Stanisławy Celińskiej „Uśmiechnij się”  z akompaniamentem Małgorzata Piszek przyszło wg naszych obliczeń 745 osób.

Repertuar artystyczny  Stanisławy Celińskiej jest wszechstronny:  od klasyki do sztuk współczesnych, od ról komediowych po charakterystyczne. Jest ulubienicą reżyserów teatralnych i filmowych. Postaci kreowane przez nią są wewnętrznie skupione, pełne prostoty,  przytłoczone metafizyką.

„Uśmiechnij się”  to tytułowa piosenka ze złotej płyty artystki.  Piosenki prezentowane w recitalu “Uśmiechnij się” to poezja śpiewana, od tekstów Jana Kochanowskiego do znanych i powszechnie lubianych tekstów kabaretowych.

Halina Kunicka w Ogrodach Frascati 2006

4 lipca 2006 odbył się przy ponad pół tysiacu widzów recital Elżbiety Jodłowskiej: „Baba w reformach”.

Elżbieta Jodłowska – aktorka estradowa, członkini takich kabaretów jak między innymi: “Kabaret Olgi Lipińskiej”, “Stodoła”, czy “Chirurgia Zakaźna”.

Recital  przeplatany był fragmentami musicalu napisanego przez Elżbietę Jodłowską pt. “Klimakterium i już”, w którym wzięły udział wybitne, lubiane aktorki:  Krystyna Sienkiewicz, Iga Cembrzyńska czy Emilia Krakowska. Piosenki zostały napisane przez znanych polskich autorów, m.in. przez: Magdę Czepińską i Marcina Wolskiego.

Zaś 11 lipca 2006 klęczałem wraz z 840 widzami wręczając kwiaty za jej wspaniały recital Krystynie Sienkiewicz. Koncert nosił tytuł :”Śpiewajmy razem”.

Artystka z wykształcenia jest grafikiem. Sztuki plastyczne porzuciła na rzecz piosenki i aktorstwa. “Poszłam do STS-u, żeby robić kostiumy, plakaty, scenografię. Wiedziałam doskonale, że nic jeszcze nie umiem, ale przecież w teatrze jest bardzo dużo roboty, zawsze się do czegoś przydam. A że byłam taka ładna, zdolna i skromna (ha, ha, ha!) – zaśpiewałam”... I tak już zostało. Od teatru studenckiego do Teatru Ateneum. Potem przyszła kolej na seriale telewizyjne: “Lekarstwo na miłość”,”Rzeczpospolita babska” , “Rodzina Leśniewskich”, “Graczykowie”.

Jest  wielką miłośniczką zwierząt i Prezesem Fundacji 120-lecia (Towarzystwo Przyjaciół nad Zwierzętami).

Tak minął czerwiec. Przygrywka ledwie

W lipcu narastało to – frekwencyjne szaleństwo. Tłumy gęstniały. Coraz precyzyjniej trzba było rozprowadzać wejściowki. Zdarzaly się, choć bardzo rzadko, niekultuarlne pretensje. I wtedy – dobry omen. Po którejś z imprez rozpoznał mnie Pan Paweł Trzebiatowski. Pana Pawła poznałem z 10 lat wcześniej, gdy dla  „TV Polonii” realizowałem program „Logos” na zlecenie KBN-, był wtedy kierownikiem produkcji. Odłączył się jednak od TV zakładając z kolegą firmę „Proscenium” specjalizująca się wynajmie sprzętu akustycznego. Tego letniego wieczoru podszedł do mnie po muzyczno tanecznej imprezie. Przypadkiem trafił tu 14 lipca, gdy w przedzień swych urodzin kokietowałem publicznie,  przybyłą na swoje urodziny z Francji Małgosię Brzozowską- Montenoise  wypuszcznymi z okazji „Zdobycia Bastylii” francuskimi piosenkami Dassina. „A toi”, „Si tu t’appelles mélancolie” etc.

- Panie Andrzeju wykrzyknął jakież się panu cudowne miejsce udało stworzyć. Nie dałem się długo komplementować. Po piętnastu minutach załatwiłem z nim „po kosztach” czyli  bodaj za sto złotych dziennie plus koszt transportu wynajem dwoch ogromnych, kinowych niemal telebimów, którze ustawiwszy na wysokości wejścia na teren gry przy Górnym Foyer oraz na „niskości” dolnych kuluarów dałem zasiadającej publiczności pełen komfort oglądu najliczniej odwiedzanych imprezez muzycznych.

Podgotowane przez panią Mirkę Śpiewające Ogrody doglądała Bocheńska.  Byłem na każdym spektaklu. Dbałem o reklamę. Kolejny umówiony  18 lipca przybył  Jerzy Połomski. Recital nosił tytuł:”Nie zapomnisz nigdy”  i wszystko jak w zegarku. Pan Połomski bardzo miły, skromny,  no a my -  byliśmy też przygotowani. I akustycznie i odbiorczo. Tłumy nieprzebrane – Wojtek  Kur  zliczył 2200 osób ale tu mamy już do czynienia z błędem statystycznym.

Telebimy jednak pracowały. Komfort był pełen, a ja … popadłem już w rymowanie. Szukałem  własnej formy, osobistej uwagi. Janek twierdził, że mu przypominam Mariana Załuckiego – zaryzykowałem nadawanie jakiegoś stylu. Jakiejś niepowtarzalności tym spotkaniom. Nie wiem czy to moje fraszki sa dobre, ale są chyba: „jakieś” -  pokazywać przede wszystkim miały artystom i publiczności, że ktoś tu na nich czeka, że komuś zależy.

Zatem na część pana Jurka napisałem taką, w pewnym sensie ideologiczną fraszkę:

Jerzy Połomski w Ogrodach Frascati 2006

Tu miało być Opolom wbrew

Gdzie cała sala śpiewa z nami

Chciałem aby nasz wspólny śpiew

Odniósł zwycięstwo nad mediami

Lecz przyszedł do nas tu pod drzewa

Jerzy Połomski. Niechaj śpiewa !

To było 18.VII.2006. Jerzy Połomski debiutował w warszawskim Teatrze “Syrena”, a po dwóch sezonach teatralnych rozpoczął twórczą indywidualną drogę i mknął szybko w górę po szczeblach drabiny zwanej karierą. Laureat niezliczonej ilości, nagród, wyróżnień, plebiscytów, uczestnik wielu festiwali piosenki. Ze swymi recitalami występował w całej Europie, Ameryce i Kanadzie. Nagrał ogromną ilość płyt, uzyskał tytuł Najpopularniejszego Piosenkarza Polonii Amerykańskiej. Zrealizował wiele recitali telewizyjnych w Polsce, Rosji i Ameryce. Tam właśnie w Ameryce ukazała się książka autorstwa Róży Nowotarskiej  pt. “Świat Jerzego Połomskiego”.

25 lipca 2006 mieliśmy awarię, ktoś mały chciał nam zrobić wbrew myśląc, że zepsuje mi humor w ostatniej chwili rezygnując z imprezy. Ale takiej możliwości już nie było. Janusz Tylman „uwiódł” raz dwa, pamiętającego jeszcze Dolinę Szwajcarska Roberta Kudelskiego, który wystąpił ze swoim recitalem piosenki francuskiej. I znów ponad 500 osób.

Następnym wydarzniem był 1 sierpnia 2006.  Koncert z okazji Rocznicy Powstania Warszawskiego zorganizowany i poprowadzony przez  Aleksandra Czajkowskiego- Ładysza z udziałem Małgorzaty Kubali. Pojawiło się też ponad tysiąc osób a ja po raz pierwszy przedstawiłem publiczności mój wiersz, do którego z czasem Janek Pietrzak zmieniwszy go nieco napisze melodię – „Ogrody Frascati”.

Piosenki Powstania Warszawskiego na stałe weszły do  domowego śpiewnika. Ten historyczny, muzyczny zapis “tamtych dni” przywołuje pamięć i wzruszenie. Artyści Ogrodów Frascati zapraszali do wspólnego śpiewania, każdego komu bliska jest walcząca Warszawa. Gospodarzem spotkania był obok Ładysza i pani Małgosi tekże Chór Uśmiech.

Bohdan Łazuka w Ogrodach Frascati - 2006

No a 8 sierpnia zagościł na Frascati ze swym recitalem Bohdan Łazuka.  Jemu i mniej wiecej ( zdaniem Wojtka Kura) 2,5  tysiącom widzow zadedykowałem taki wierszyk:

„Choć „Miłość złe humory ma”

A one „Tak jak to dziewczyna”

„Mały Gigolo” w piosnkach  trwa

I Bohdan jest „Bohdan się trzyma”.

Zaśpiewać z nim – to będzie sztuka

Przed Państwem Bohdan Łazuka !

Łazuka jest legendą polskiej estrady i znakomitym aktorem. Po uzyskaniu dyplomu w PWST występował w stołecznych teatrach, m.in. Współczesnym, Syrenie, Komedii i Rozmaitościach. Jako piosenkarz debiutował w Kabarecie Szpak. Zdolności aktorskie i wokalne wykorzystywał w Kabarecie Starszych Panów. Nie tylko przebojowe piosenki uczyniły go popularnym, lecz także filmy z jego udziałem, które przeszły do kanonu polskiego filmu.

15 sierpnia 2006 wykonan została  Msza Mała Radosna d-moll skomponowana przez Jerze Derfla. Śpiewali ją – chórem: A. Mikołajczuk – sopran, M. Wróblewska – sopran,  R. Lawaty – alt, R. Pożarski – alt, M. Bornus Szczyciński –   tenor, C. Szyfman – tenor, M. Borczyński – bas,  S. Szczyciński – bas. Grała  Camerata Vistula: A. Gołębiowska – flet, T. Wojnowicz – obój, R. Gołębiowski – klarnet, L. Wachnik – fagot, A. Gębski –  skrzypce, P. Markowski – skrzypce, G. Chmielewski – altówka,  E. Piwkowska – wiolonczela, A. Wróbel – wiolonczela, R. Nur – kontrabas, J. Derfel dyrygent, fortepian.

Kompozytor tak o swym dziele napisał: “Małą Mszę Radosną d-moll” napisałem z własnej, nieprzymuszonej woli, czyli “z czystej potrzeby serca”, dedykując ją duszpasterzowi środowisk twórczych ks. W. Niewęgłowskiemu – mówi o Mszy sam kompozytor. Prawykonanie Mszy odbyło się 31 października 1999r. w kościele Środowisk Twórczych z udziałem chóru “Lord Singers”, zespołu instrumentalnego A. Wróbla i aktorów Joanny Anderman-Trzepiecińskiej i Stanisława  Górki. Potem m.in.  “Małą Mszę Radosną d-moll” wykonano kilkakrotnie, na drugim Festiwalu Polskiej Muzyki Kameralnej, z udziałem chóru Bornus Consort i Cameraty Vistula w 2003 r. W roku 2004 Msza wykonana w tym samym składzie osobowym, w Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina zainaugurowała obchody Jubileusz 50-lecia Wydziału Reżyserii Dźwięku.

Camerata Vistula - Mała Msza Radosna d-moll w Ogrodach Frascati 2006

“Mała Msza Radosna d-moll” napisana jest na czterogłosowy mieszany chór i zespół instrumentalny (Flet, obój, klarnet, fagot, skrzypce I i II, altówka, wiolonczela I i II, kontrabas, fortepian)  i składa się z ośmiu krótkich części: Prolog, Kyrie, Gloria, Credo, Sanctus, Agnus Dei, Communio, Finał.

“Małą Mszę Radosną d-moll” poprzedza motto: “Każdy Pana Boga po swojemu chwali”. Jest to trawestacja motta poprzedzającego “Missa solemnis” G. Rossiniego, które zainspirowało mnie do napisania mojej mszy.

Na pomysł wykonania Mszy Jurka na Frascatii wpadłem wczesną wiosną. Mszę znałem tylko z nagrania, wiedziałem, że raz czy drugi wykonano ją w kościele Środowisk Twórczych i, że Jurek napisał ją na zamówienie ks. Wiesława Niewęgłowskiego. Bardzo mi się spodobała domowym sposobem wykonana płytka, którą przy jakiejś okazji ofiarował mi Jurek. Była to rejestracja nagrania wykonanego,  gdzieś bodaj w Akademii Muzycznej. Prosta, radosna, szczera, lekka, a przecież niezwykle melodyjna udowadnia, że istnieją formy wieczne przy pomocy, których muzyk jakiejkolwiek nie byłby muzycznej konduity będzie się starał przypodobać Bogu. Iluż ludzi mogło słyszeć ten utwór podczas dotychczasowych kilku wykonań ?  Ledwie kilkaset. Wszak pełne wykonanie mszy to nie są żarty. To dziesięciu muzyków, ośmiu solistów i sam Derfel – dyrygent grający na fortepianie.  Minimum 19 osób. Na co jak na co, na to wszak muszę dostać wsparcie, patronaty i dotację – naiwnie myślałem.

Nic podobnego! Wspominałem już, że Malgosia Naimska z szefem Stołecznej Estrady ( nazwisko doprawdy nie warte upamiętnienia) odwrócili się od projektu plecami, nawet Minister Kultury, który wsparł Festiwal Literatury i Jubileusz Festiwalu Ogródkowego już na ten event pieniędzy nie znalazł. Po odejściu Andrzeja z funkcji Wilekiego Kanclerza moje „przełożenie” na Pałac Prezydencki też okazało się zbyt słabe, Gazeta Wyborcza z założenia była przeciw.

Ja się jednak uparłem ! Nawiązałem kontakt z szefującym zespołowi kameraislów, królem wiolonczelistów Andrzejem Wróblem. Ograniczyliśmy zespól do niezbędnego lecz satysfakcjonującego minimum, a gdy okazało się, że finasowo nikt nas już nie wesprze podciągnąłem imprezę pod dotację dla XV Festiwalu Teatrów Ogródkowych  jako towarzyszącą i … spektakl się odbył.

To było 15 sierpnia 2006 roku. W równą rocznicę otwarcia Sceny na Frascatii. „Witam w Ogrodach Frascati stałych bywalców. Witam tych, którzy przybyli tutaj po raz pierwszy. Szczególnie wzruszony z trzech powodów. Pierwszym oczywiście ważny dzień. 15 sierpień, dzień święta kościelnego, dzień bitwy zwycięskiej, a dla nas dzień spełnienia się Cudu na Frascatii. Rok temu o tej porze – 15 sierpnia postawiliśmy tę nową scenę i z maleńskiego teatrzyku ogródkowego, który wedrował przez Warszawę: przez Lapidarium, Gwiazdeczkę, Mariensztad, Dolinę Szwajcarską tutaj storzylismy miejsce, w którym mogą spotykać się warszawscy inteligenci. I to jest wielka radość, to wielkie podziękowanie dla ogromnego grona współpracowników, którzy mi przy tym pomagali i dla tych wszystkich włodarzy Stolicy, którzy nam w tym pomogli.” Tłum widziałem przed sobą nieprzebrany, choć to było w wielki letni weekend, w środku sierpniowej kanikuły kiedy połowa miasta na wakacjach, kiedy i ci co pozostali uciekają z miasta nad Zalew, do wielskich siedlisk, w puszczę Kampinoską i Białą.

Choć imprez konkurencyjnych też nie mało, choć najbardziej opiniotwórczy organ weekendowych repertuarów „Co jest grane” Gazety Wyborczej nie wspomniał o imprezie ani słowa mimo, to wszystkie loże przed sceną były zajęte, między nimi zielone krzesełka powyciągane z zaplecza, młodzież obsiadł szczelnie zasłaniająca nieco widoczność sceny klasycystyczną fontannę, studenteria obsiadła skarpę, z której widok na scenę bodaj czy nie najlepszy, a starsi ? Dla starszych miałem kolejną niespodziankę.

Te wynajęte dzieki pomocy pana Trzebiatowskiego Telebimy. Sprawdziły się już 18 lipca na koncercie Jurka Połomskiego, 8 sierpnia kiedy występował Bohdan Łazuka. Frekwencja na tych koncertach przekraczała dwa, zbliżała się do trzech tysięcy osób. Dziś było mniej.  Byłem wręcz zawiedziony: tysiączek  – bez mała…

Pierwsz część koncertu to były utwory Stefaniego, Polonez Ogińskiego i Menuet g-dur I.J.Paderwskiego. Potem zwróciłem się do publiczności w te słowa:

.„ Proszę Państwa, tak jak powiedziałem za chwileczkę wysłuchamy mszy napisanej przez Jerzego Derfla. Bardzo to szczególny utwór. Utwór, który powstawał w domu,  naszym domu. Bożym domu u księdza Wiesława. Którego pierwsze wykonania wiązały się z tekstem napisanym przez obecnego tutaj Ernesta Brylla. Tekst Epilogu i tekst prology macie państwo. Może go nawet na koncu wspólnie wykonamy. Są  wśród nas pierwsi wykonawcy tego utworu. Widziałem Marka Stołowskiego, Stanislawa Górkę – tych, którzy to po raz pierwszy śpiewali. A jak powiadam ten nasz wspólny dom wędrował również z nami przez Konkurs Teatrów Ogródkowych, przez wymienione przeze mnie miejsca, aż do tych ogrodów Frascatii. No i nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował tego w jakiś sposób napisać, zapamiętać:

Ogrody Frascati

Warszawo ma -  zieleni pełna !

Warszawo w parkach  i ogrodach

Żyjesz! Historia się dopełnia

Tu na Frascati,  na tych schodach.

Gdzie krwią powstańca marmur broczy.

Gdzie każda skarpa, skwer, dolina -

Pamięta zryw i czas proroczy.

Gdzie dziejów – się nie zapomina.

Moja Warszawo! W nowe mury

Przybysze z miast i polskich wsi

Przynieśli wiano swej kultury.

Ja pytam: co w Twych głębiach tkwi.

Tradycji Twej uważnych stróży:

Prusów, Słonimskich i Waldorffów -

Świadectwa, których czas nie zburzył

Przyzywam dzisiaj – do raportu !

A raport głosi, tu na schodach,

Że mury w gruz, mieszkańcy precz -

Rozpierzchli się po antypodach.

Została – pospolita rzecz.

I rzecz ta  w pokoleniach wzrosła.

I żyje w biegu Wisły,  w trawie.

Ta rzecz jak Mała Msza Radosna

W Ogrodach Frascati – w Warszawie

Datuję ten wiersz 14.VIII.2006. Choć jego pierwszy zarys powstał nieco wcześniej. W  moim dyrektorskim gabinecie gdzies między 30 lipca a 1 sierpnia złożyłem pierwsze strofy by wypowiedzieć na otwarcie koncertu z okazji przypadająceh 1 sierpnia rocznicy Powstania Warszawskiego. Tak się w tym roku złożyło, że rocznice przypadły we wtorki wtapiając się cykl Śpiewających Ogrodów”.

Wszystko naturalnie zmierzało do wielkiego XV teatralnego finału, na który miałem ministerialny budżet i pod który mogłem „podpinać” takie muzyczne zdarzenia jak Mszę Derfal czy koncert Ładyszów na Frascatii, który potraktowany zostanie jako inauguracja Festiwalu. Jednak o tym za chwię. Wracajmy do śpiewów. Będą jeszcze trwały cały wrzesień.

Tygodnik WPROST - 18 czerwca 2006

29 sierpnia 2006 już po Festiwalu Ogródkowym odbył się recital aktorki Teatru Rampa – Agnieszki Fajlhauer  pt:”Famfatalna Królewna i Miejskie Wilki”.

Aktorka Teatru Rampa. Ukończyła studio wokalno-aktorskie przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Tam też poznała prawdziwy smak Teatru. Brała udział w wielu musicalach Teatru Rampa. Grała role, od zupełnie niewidzialnych (śpiewanie w kanale orkiestry), po pierwszoplanowe. I chyba tam, w czeluściach orkiestronu zrodziły się jej ogromna energia, optymizm i uwielbienie dla pracy. Tym razem  pani Farfhauer nie zgromadziła nadzwyczajnych tłumów podobnie jak biesiada literacka z udziałem Jana Jakuba Należytego.

5 września 2006 w cyklu „Śpiewające Ogrody” odbył się            Recital aktora Teatru “Rampa” Jarka Witaszczyka, który przy akompaniamencie  Jana Andrzeja Paluszkiewicza  wykonał piosenki Jacques’a Brela  Jacques Brel urodził się i wychowywał się w Brukseli. Po ukończeniu 23 lat wyjechał do Francji, aby poświęcić się karierze muzycznej. Występował w kabaretach i komponował. Był szeroko znany wśród francuskiej publiczności. Odbył tournée po Europie. Szczyt kariery międzynarodowej osiągnął w latach 60. odwiedzając m.in. kraje za żelazną kurtyną, w tym również Polskę. Śpiewał głównie po francusku i flamandzku. W krajach francuskojęzycznych często uznawany jest za jednego z najlepszych piosenkarzy z kręgu kultury francuskiej. Znany był ze swych humorystycznych piosenek.

Jarek Witaszczyk śpiewając piosenki Jacques’a Brela kontynuuje tradycje artystów zaangażowanych w poezję śpiewaną.  12 września 2006 odbył się koncert absolwentów Szkoły Muzycznej im. F. Chopina – sióstr bliźniaczek Patrycji i Oktawii Kawęckich, które przy akompaniamencie Marcina Partyka zaprezentowałyn najlepsze standardy muzyki jazzowej i piosenki aktorskiej.

Wreszcie 19 września 2006 wystąpiła ze swym recitalem znana ze współpracy z Jackiem Fedorowiczem w jego „Wadomościach” i naszych koncertów na Frascatii: Hanna Chojnackia wykonując iosenki z repertuaru Reny Rolskiej przy akompaniamencie Michała Salomona.

Hanna Chojnacka – aktorka Teatru Nowego w Warszawie. Możemy spotkać ją  w serialach: “Pensjonat pod Różą”, “Samo życie”. Jacek Fedorowicz powierzył aktorce czytanie satyrycznego Dziennika. Przygotowany przez artystkę recital oparty jest na najpopularniejszych piosenkach Reny Rolskiej. “Złoty pierścionek”, “Nie oczekuje dziś nikogo”….to piosenki, które śpiewała cała Polska. Artystka w swoim recitalu nadaje nowy charakter popularnym piosenkom, które weszły na stałe do klasyki muzyki rozrywkowej.

Śpiewające Ogrody w 2006 roku koordynowała Małgosia Bocheńska choć prace zainicjowane zostały  przez pewną nieszczęśnie ustosunkowaną  aktorkę . Ta Komediantka to jednak  osobna story.

CDN  „Komediantka i Literatka” czyli wrażliwe dane

Rozdz. CXLVI – Kto tu rządzi.

wtorek, 20 Lipiec 2010

Przed rokiem otwierała Festiwal Joasia Szczepkowska – na Finał miałem występ Barabary Dziekan ?  Co teraz ? – Teraz w ogóle zrobiło się: muzycznie. Finał miałem zaklepany od początku sezonu i był to występ Marii Peszek. Kultowy jak mnie przekonywał przyjęty z polecenie Maćka Nowaka jako asystent selekcjonera młody recenzent teatralny – Paweł Sztarbowski.

Paweł Sztarbowski

I, co ciekawsze, mimo, że to czysta punkowa muzyka, przez samą artystkę nazywana „wulgaryzmem muzycznym” z aktorstwem czy nawet aktorską piosenką nie wiele ma wspólnego. Ale de gustibus itd. Skoro ma się podobać publiczności, przyciągnąć młodych widzów… Nie było dla mnie sprawy. I w spektakl ten zainwestowałem sporo choć bynajmniej nie jakieś horrendalne pieniądze. Podobnie jak w wypadku większej miary wydarzeń teatralnych cenę występu śpiewającego aktora nie stanowi jego gaża.  Koszta istotnie podnoszą  muzycy: ich honoraria a najbardziej  ich wymagania sprzętowe.

Tak, pamiętam,  było przy Jandzie, gdzie połowo z górą honorarium artystki szła dla jej muzyków, którzy np. zażyczyli sobie bym elektryczne panino klawiszowe z bębenkami marki Yamaha – zamienił na … też elektroniczny ale fortempian Yamahy. Pytałem specjalistów czy jakakolwiek to róznica ( wszak i jedno i drugie nie Steinway, a koncert odbywa się na dworze). Oczywiście, że różnica żadna to tylko takie ogólne wskazanie, by przypomnieć kto tu rządzi.  Kłania się „Dyrygent” z Jandą – film wg opowiadania i scenariusza Seniora.  A to jest zasadnicze  pytanie. Kto tu rządzi.

Do rządów chętnych jest wielu. Kiedyś rządził książe i wszystko było jasne. Rządził w imieniu poddanych dając im tyle by go nie obalili lub – w zależności od systemu, ponownie wybrali. W imieniu księcia ( sekretarza, burmistrza czy Prezydenta) występował zwykle impresari. Potem władzę przejęli romantyczni artyści – oczywiście nie oni.

Musieli ją szybko oddać cedując ją w ręce instytucji sztuki, gdzie dominujący głos ma miernota.

Ci, którzy jak ja sądzą, że o wszystkim rozstrzyga publiczność też muszą wiedzieć, że liczba mnoga to abstrakcja.  W imieniu Liczby Mnogiej  występują dziś coraz bardziej skoligacone z władzą media. Media zaś mają swoje wybory. A te ostatnie sam nie zauważyłem kiedy znów przestały być wolnymi.

Wolności mediów  w Polsce bowiem nie było, nie ma i raczej już nie będzie.

Oto całkiem nowa sytuacja, w której przychodzi nam działać. Oto pytanie dlaczego dla takiej „Gazety Wyborczej” -  mały ogródek dla garstki studentów był dobry, czemu tak ideologicznie ważny dla Seweryna Blumsztajna jest wolny od zahamowań  Klub Le Madame-  natomiast koncerty Jerzego Połomskiego, Hanny Kunickiej czy nawet premierowe właściwie wykonnie małej Mszy Radosnej Jurka Derfa – nie budzą  zainteresowanie.

Jerzy Połomski i ATK

Także i Teatry Ogródkowe zdawały się meinstremowej prasie tym bardziej jałowe – im bardziej masowe. Teatry Ogródkowe – przypominałem: kontynuują tradycję teatrzyków letnich, które funkcjonowały w  Warszawie w drugiej połowie XIX wieku. Ich ideą jest dostarczenie rozrywki widzom ze stolicy i gościom oraz ożywienie martwego letniego sezonu. Adresatami są warszawiacy, turyści i cudzoziemcy, wszyscy pragnący zapoznać się z bogatym dorobkiem najlepszych prywatnych i państwowych teatrów w Polsce i za granicą. Przeszło trzysta spektakli, jakie pokazano w ramach XV-stu edycji KTO, wyróżniał konieczny profesjonalizm, połączony z wymaganą bezpretensjonalnością, umożliwiającą dotarcie do bardzo szerokiego spectrum odbiorców.

Sobie pozostawiłem rolę arbitra selekcjonującego spektakle z pomocą Pawła Sztarbowskiego.

Jury skladało się w tym roku z Ani Chodakowskiej oraz Staszka Górki, Jurka Derfla i Macieja Nowaka, któremu powierzono rolę przewodniczącego .

Darek Sikorski, Jerzy Derfel, ATK, Anna Chodakowska, Maciej Nowak, Stanisław Górka

Nie wszystkie spektakle miały charakter konkursowy. Zaczęliśmy zatem od przedstawienia Jurrora, czyli Staszka Górki, który  to Teatr Pod Górkę pokazał 5 czerwca 2006 Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:

W przedstawieniu „Jest teściowa i zięć czyli w oparach piór-nonsensu” w reżyseri: Grażyny Matyszkiewicz, Stanisław Górka wystąpił z  Katarzyną Łaniewską. Akompaniowała im Irena Kluk-Drozdowska. Tutuł :Teściowa i zięć – jest strasznie komercyjny. Wręcz absurdalny, co tylko z twórczością Gałczyńskiego, w której zwykłe przyziemne sprawy stają się poezją – może się zgodzić. Nawiazuje bowiem do faktycznej rozpoznawalności obojga artystów, którzy … szeroko znani stali się właśnie jako Teściowa i Zięć z serialu „Plebania”, w której Góraka i Łaniewska od lat już grają. No cóż, tak się porobiło, że sława, a co za tym idzie pieniądze przychodzi do aktora nie z tego tytułu, który wymaga odeń wysiłków lecz przypadkiem niemal. A gdy chce zwrócić na siebie uwagę w innym wcieleniu to –  jeśli jest jak Górka samoświadomy wie, że nie ma sensu wypierać się roli, która daje mu to, co najważniejsze, to niuchwytne, to nieprzekupne – i raz jeszcze powtórzę, bo mnie to ze Staszkiem łączy: nie sztuka, nie idealy lecz dobra publiczność. Tak więc Teściowa i zięć z plebanii ze świata durszlaków, hydraulicznych kolanek, koronkowych serwetek, gazety i calówki siłą artystycznej kreacji tworzą domowo-odświętny, zwariowanie-logiczny, konkretnie-abstrakcyjny świat. Świat Gałczyńskiego. Badają metody prania w czasach Napoleona, podglądają anioły, boże krówki i Japończyków. Oto oni – otoczeni “piórami nonsensu”.

Pod niebem Paryża

Właściwie już sam nie wiedziałem, czy to jeszcze konkurs czy już regulny teatr repertuarowy. Konkurs pozostawał znanym Logo, no i na Konkurs otrzymywałem z ministerstwa dotacje. Jednak już od pięci lat nie było szans by utrzymać jury przez cały sezon w Warszawie. Więc obstawałem przy formule przeglądu. Przeglądu ocenianego przez publiczność owymi już w miarę zakorzenionymi w obyczaju plebiscytowymi brawami i klapami. W sumie do przeglądu kwalifikowałem te występy, które w ocenie publiczności obecnej na spektaklu otrzymały najwyższy pracent akceptacji czyli tzw. braw.

Między  12 czerwca 2006 roku a 20 sierpnia, gdy ruszyły finały daliśmy zatem następujące przedstawienia.

12  czerwca Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie wystawił „Pod niebem Paryża” według pomysłu Marka Ślósarskiego, scenariusz, reżyseria i choreografia: Dorota Furman: występują: Agata Ochota-Hutyra, Iwona Chołuj, Małgorzata Marciniak, Waldemar Cudzik, Adam Hutyra, Marek Ślósarski

Niezwykły spektakl złożony z piosenek francuskich. Opowieść o miłości, zdradzie, radości życia, o Paryżu i urokach przedmieścia. Karnawałowość, ludyczność, nostalgia i zaduma – tym wszystkim przesycone są teksty takich znakomitości jak: Brel, Brassens, Plante we wspaniałych przekładach Jeremiego Przybory i Wojciecha Młynarskiego.

19 czerwca 2006 „Scena PreTeksT”  zaprezentowała „Miasteczko” w reżyseri Jerzego Raszkowskiego z: Anną Miką, Jerzym Raszkowskim i Piotrem Świtalskim.

Spektakl teatralno-muzyczny z udziałem publiczności.

Po kilkunastu latach pobytu w USA wracają do Miasteczka Ania i Piotr. Są pełni energii i robią wszystko, żeby zaktywizować mieszkańców i rozbudzić w nich zainteresowanie kulturą. Organizują konkursy i różne imprezy, a nawet inwestują własne pieniądze w budowę…

Miasteczko

O tym, co chcą zbudować i jak kończy się ta satyryczna opowieść osadzona w polskich realiach, dowiedzieć się było można odwiedzając Miasteczko.

26 czerwca 2006 pokazaliśmy „Tak bardzo chciałbym być kimś innym” spektakl na podstawie tekstów m.in. : Alberta Camusa, Agnieszki Osieckiej i Williama Whartona. Był to monodram wyreżyserowany  i wykonany przez Piotra Makarskiego.

Bohaterem sztuki jest młody mężczyzna, który przeżywa problemy związane z pełną identyfikacją swojej osoby (kim jest i czego chce). Jego nieporadne pragnienia “bycia sobą” powodują, iż udaje mu się jedynie powielić już istniejące klisze ludzkich typów i zachowań. Teksty prozy poprzeplatane zostały piosenkami: Jana Kantego Pawluśkiewicza, Ewy Korneckiej, Zygmunta Koniecznego. Spektakl miał  nasuwać się nam pytanie: czy możliwa jest ucieczka z “klatki cywilizacji”, w której żyjemy? Czy i jak można osiągnąć wolność jakiej pragnął tytułowy bohater „Ptaśka”  Williama  Whartona?

W lipicu w cyklu TEATRY OGRÓDKOWE w poniedziałki o 7 wieczorem daliśmy trzeciego występ „Platformy Artystycznej O.B.O.R.A. w Poznaniu pt „OCH, SZCZĘŚCIE”.Scenariusz i reżyseria – Janusz Andrzejewski z udziałem Izabelli Tarasiuk i Janusza Andrzejewskiego.

Och szczęście

Aktorom towarzyszył Trio TAKLAMAKAN: Jan Romanowski (skrzypce), Michał Karasiewicz (fortepian), Andrzej Trzeciak (wiolonczela). Muzycznie projektem kierował  Jan Romanowski. Ten muzyczny spektakl inspirowany tekstami Horacego Safrina, Juliana Tuwima i Zbigniewa Herberta, opowiadał historię Żyda-tułacza. Powrotu w rodzinne strony wywołującego nostalgiczne wspomnienia. Wszystko to daje rodzajowy obrazek życia żydowskiego miasteczka, po którym pozostały jedynie pamiątki zgromadzone w walizce. Żydowski humor w najlepszym stylu to wystarczająca rekomendacja wspaniałej rozrywki. Do tego piękne piosenki śpiewane w jidysz. Po prostu cymes!

Na spektaklu pojawił się jako widz Mirek Konarowski. Dawno go nie widziałem. Okazało się, że to z Andrzejewskim grali swego czasu, gdy Mirek na krótko wyemigrował do Wrocławia – jeszcze w Dziekance na szóstym konkursie : Opowiadanie o Zoo – Albeego.

10 lipca 2006  pojawił się Teatr Maszoperia z Gdyni. Wystawili „PÓŁKARNAWAŁ” ze scenariuszem, w reżyserii i w wykonaniu  Ludwika Lubieńskiego i  Anny Maji  Miller

Treścią widowiska był znany motyw literacki mówiący o przebraniu śpiącego parobka w króla. Rzecz dzieje się przy znaczącym udziale widzów „grających” różne symboliczne role, a tym samym współtworzących przebieg widowiska. „Półkarnawał” tkwiący na pograniczu zabawy, sztuki i… życia  posiada  teatralno-widowiskową  formę, na którą składają się m.in. oryginalne „dekoracje” i „kostiumy”, muzyka oraz same działania aktorskie oscylujące pomiędzy dynamiczną  klaunadą, a wyciszeniem aż do samej obecności. Jest to propozycja dla każdego, możliwa do realizacji szczególnie w plenerze; wszędzie tam gdzie można „widzieć się i słyszeć” oraz… bawić!

Tegoż 10 lipca 2006  miało miejsce spore wydarzenie – o 20:30 poza konkursem wystąpił  –  laureat VII KTO z Mariensztatu: krakowska „Grupa Rafała Kmity”. Dla 820 osób, które pojawiły się w parku pokazali „PIOSENKI Z CYNAMONEM”. Ze scenariuszem i w reżyseri  – Rafała Kmity, z muzyką  Bolesława Rawskiego. Z udziałem w obsadzie: Marty Bizoń/Sonia Bohosiewicz, Marcin Kobierski/Piotr Sieklucki, Tadeusz Kwinta, Andrzej Róg, Jacek Stefanik/Wojciech Leonowicz

To skecze i opowieści wywiedzione z żydowskiego folkloru. Scena zapełniona jest dziesiątkami starych przedmiotów, spośród których każdy ma swoją historię i tajemnicę. Na szczególną uwagę zasługują piękne piosenki i perfekcyjnie skomponowane tańce. To także przypowieść o pamiętaniu i potrzebie przekazywania historii dalszym pokoleniom. W starych przedmiotach zaklęta jest bowiem tajemnica, która pozwala lepiej rozumieć świat.

Dziennik „Rzeczpospolita” uznał spektakl za jeden z czterech najlepszych spektakli teatralnych 2005 roku, natomiast  tygodnik „Przegląd” umieścił go w dziesiątce najważniejszych wydarzeń teatralnych ubiegłego sezonu. Ponadto na festiwalu Komedii Talia 2005 „Piosenki z cynamonem” otrzymały nagrody za najlepszą inscenizację  oraz  najlepszą muzykę.

17 lipca 2006  do konkursu aspirował – avant’TEATR z Krakowia i Scena Fundacji Starego Teatru. Pokazali Sławomira Mrożka „Emigrantów” w reżyseria i wykonaniu  Dominika Nowaka i Piotar Siekluckiego. Udział specjalny (w postaci projekcji wideo) wziął Edward Linde-Lubaszenko. Scenografia była dziełem Michała Borczucha.

Emigranci z Lubaszenką w tle

Klasyczny już dramat Sławomira Mrożka we współczesnej i niezwykle humorystycznej aranżacji dwóch młodych aktorów. Na scenie przeplatają się komedia i groteska, nie brakuje też chwili zadumy i nostalgii za opuszczonym domem, wszystko okraszone piosenkami Michała Bajora. Na spektakl zaproszała uśmiechnięta twarz Edwarda Linde-Lubaszenki. Całość podkreślała wesoła, pełna fantazji scenografia Michała Borczucha, jednego z najzdolniejszych reżyserów i scenografów młodego pokolenia.

No a po konkursowym  znów spektakl „repertuarowy”, o 20:30 Teatr Wybrzeże z Gdańska pokazał „FADO”. Teatralny recital Marzeny Nieczuji- Urbańskiej. Aranżacje były dziełem Adama Matyska i  Stanisława Reptowskiego.

Spektakl poza stricte teatralną konkurencją, to raczej piosenka aktorska, która na dodatek powstawała w Teatrze Wybrzeże w czasie gdy jego dyrektorem był przewodniczący memu jury Maciek Nowak. Wystarczające powody by nie kwalifikować do konkursu i wszystkie by przyciągnąć publiczność. Niektórzy mówią, że „fado” nie istnieje poza językiem portugalskim. Sprawdźcie, czy to jest prawda. Czy charyzmatyczna Marzena Nieczuja-Urbańska nie dorównuje legendarnym wykonawczyniom muzyki, która wyraża duszę Portugalii? – Pierwsza w Polsce próba zmierzenia się z portugalską pieśnią fado zainteresowała blisko 600 widzów.

24 lipca 2006  pojawił się Teatr Zakład Krawiecki we Wrocławiu z przedstawieniem  Eve Ensler: DOLNE PARTIE – MUSICAL INTYMNY w reżyseri  Szymona Turkiewicza Grały: Magdalena Skiba, Magdalena Engelmajer, Zuza Motorniuk, Karina Abrahamczyk.

Brawurowy musical osnuty na kanwie bestsellera Eve Ensler „Monologi waginy”. „Dolne partie…” to opowieść o młodej dziewczynie, która postanawia pójść na bardzo popularne w USA a u nas kompletnie nieznane warsztaty pochwowe.Będzie się musiała wykazać talentem malarskim, wokalnym  i … detektywistycznym. Czy dowie się czegoś nowego o swoich dolnych partiach? Spektakl jest roztańczony, intymny, kobiecy i ciepły. Porusza tematy, o których w Polsce rozmawia się szeptem.

No cóż sam nie jestm zwolennikiem świńtuszenia na scenie i przyznam,  że w związku z tym spektaklem miałem mieszane odczucia. Istotnie czy o siódmej wieczorem, gdy w parku jasno latem i każdy może z dziecmi trafić do ogródka można i czy wypada prowadzić dywagacje na poziome damskich majtek. Ostrzegłem więc lojalnie widzów pisemnie i ustnie, że spektakl Est zdecydowanie adresowany jedynie do widzów dorosłych. Nie wszystkim to jednak wystarczyło. Ludziom Gazety Wyborczej zdecydowanie to nie przeszkadzało lecz ci bliźsi Radiu Maryja – byli w szoku. Znaleźli się też tacy, którzy wykorzystali ten temat by pisać na mnie do burmistrza donosy. Dodatkowo spektakl nie był jakąś artystyczną rewelacją – acz przez publiczność oceniony został dosyć wysoko nie zdecydowałem się zaprosić go do konkursowych zmagań.

Po „Dolnych Partiach” o 20:30 jeszcze jeden konkursowy spektakl to  Jacka Hempela „JAKOŚ TO BĘDZIE” w reżyseri Krzysztofa Wierzbiańskiego z udziałem: Sylwestra Maciejewskieg i Jacka Kałuckiego.

To zapis dzisiejszej rzeczywistości widziany oczyma dwóch bohaterów A i B. W spektaklu poruszane są tematy, o które często Polacy spierają się i na temat których dyskutują, gdyż „zna się na nich każdy”: polityka, prawo, gospodarka, rolnictwo. Mowa jest również o etyce i kulturze naszego społeczeństwa czyli jednym słowem „żyćko” w Polsce początku XXI wieku.

I wreszcie – tego już  nawet  Wyborcza przemilczeć nie zdołała – 31 lipca 2006 Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie pokazał głośną sztukę: Michała Walczaka „PIASKOWNICA” w reżyseri Tomasza Mana w wykonaniu: Ona – Teresa Zielska, On – Robert Rutkowski

Debiutancka sztuka Michała Walczaka znakomicie, z wyczuciem i prostotą oddaje opis pierwszej miłości. Autor w krótkim czasie stał się jednym z najgłośniejszych i najzdolniejszych dramaturgów w Polsce. Warto czasem zatrzymać się i wrócić do piaskownicy z naszego dzieciństwa. Może to być pouczające! I było. Ciekawy spektakl wymógł całkowite przestawienie widowni. Trzeba było nawieźć mnóstwo piasku co zrobiliśmy tworząc naprawdę efektowne zdarzenie teatralne, które oglądało ponad 700 osób. Ta frekwencja  wyższa o o prawie dwieście od ponad pól tysięcznej widowni poprzednich spektakli dowodzi ilu widzów mimo wszystko „zabierała” nam Wyborcza nie racząc informować o znakomitej większości wystawień. Po tym konkursowym ( i zakwalifikowanym w rezultacie do konkursu) spektaklu sztukę   Zyty Rudzkiej „SEKS, CHEMIA I LATANIE” w weżyseri Marcina Sosnowskiego z udziałem Barbary Wrzesińskiej, Małgorzaty Sochy, Doroty   Dobrowolskiej i  Ryszarda Barycza           o 20:30 oglądalo około tysiąca widzów.

Trzy kobiety: babcia czyli Babi, jej córka Paulina i wnuczka Miśka. I jeszcze starszy pan zabłąkany w ich domu, o walecznym pseudonimie Łoś. Zakochany w Babi, żywy dowód na to, że mężczyźni nabierają rozumu po siedemdziesiątce. Tu żart goni żart, ale pod spodem kłębią się problemy.

W tej sztuce nic nie jest tylko śmieszne ani tylko smutne. Jest smutno-śmieszne, śmieszno-kwaśne, śmieszno-gorzkie, tak jak w życiu. I jak w życiu nikomu nie jest łatwo. Każda z kobiet ma swoją opowieść i snuje swój wątek, nie słuchając innych.

W sierpniu do OGRÓDKa –  siódmego  o 7 wieczorem zaprosiliśmy  przedstawienie „Bądź mi opoką” Barrie Keeffe. Prezentowało je „Gdańskie Stypendium Teatralne”, reżyserowali  Grzegorz Wolf i Ula Kijak a występowali Wojciech Chorąży, Grzegorz Wolf i Piotr Michalski.

To spektakl o tym jak miłość do piłki nożnej, a w szczególności utożsamienie z klubem sportowym może przerodzić się w fanatyzm. Ta angielska sztuka zwróciła na siebie uwagę na poznańskiej Malcie w 2005 roku. Mnie nie powaliła, chociaż niektórzy widzowie, szczególnie ci co redaguja miły mi zawsze portal internetowy  „wstęp wolny” byli innego zdania: „Narzekałem kiedyś (w lipcu czy czerwcu), że nie podobają mi się tegoroczne przedstawienia na Frascati. Jakieś takie nudne, jak montaż poetycko-muzyczny na szkolnym apelu. Potem Błyskawica i inni korespondenci pisali, że mają takie same odczucia. Ale w poniedziałek poszedłem na Frascati zobaczyć, czy nadal jest tak niedobrze. I zaskoczyłem się na plus. Trafiłem na przedstawienie „Bądź mi opoką” w wykonaniu teatru „Gdańskie Stypendium Teatralne”, reżyseria: Grzegorz Wolf. Nie był to hicior, na kolana mnie nie powalili, ale zdecydowanie było to przedstawienie, na które warto wyjść z domu (przynajmniej, lub zwłaszcza, jeśli wstęp jest wolny). Historia o trzech kibicach Manchesteru, którzy czekają pod stadionem w nadziei, że uda im się wejść na mecz. E, historia. Za dużo powiedziane – historia – raczej opowieść, bo dzieje się niewiele, stoją chłopcy i rozmawiają. Sama sztuka – w znaczeniu tekst – nieszczególnie mi się podobała, ale aktorsko naprawdę to było dobrze zrobione.

Scenariusz dla trzech aktorów - Teatr Korez

Wciągnąłem się w ten świat, jeszcze dziś wydaje mi się, że to wszystko działo się naprawdę… Podsumowując: jestem zadowolony, że poszedłem na to przedstawienie. I chyba zacznę znowu w poniedziałki chodzić na Frascati.”. Miła recenzja. Spektaklu do konkursu nie zakwalifikowano w odróżnieniu od pokazanego o  20:30 przez jakże mi przyjazny   Teatr Korez z Katowic -  SCENARIUSZa DLA TRZECH AKTORÓW Bogusława Schaeffera w opracowaniu tekstu – Mikołaja Grabowskiego. Grali – i to jak ! Bogdan Kalus, Mirosław Neinert, Dariusz Stach/Piotr Warszawski.

Bogusława Schaeffera w końcu laureata jednej z honorowych nagród ogródkowych –  przedstawiać nie trzeba nikomu. Jego rytmiczne, dowcipne dialogi wspaniale nadają się do teatru ogródkowego. Gra katowickich aktorów jest tak naturalna, że zapominamy o aktorstwie i oddajemy się zabawie, nie wiedząc, kiedy kończy się sztuka. Ten spektakl prawie tak stary jak moje KTO i znajomość z Mirkiem Najnertem prezentowany był m.in. w Wiedniu, Budapeszcie, Essen, Kolonii, Berlinie, a na  opisywanym włąśnie XV konkursie po prostu zwycięży – najzasłużeniej !

Ostatni przed finałami dzień KTO to był 14 sierpnia 2006 . Najpierw o siódmej  Teatr Wiczy z Torunia pokaże  „CESARZA” w reżyseri Romualda Wicza-Pokojskiego z udziałem: Romualda Wicza-Pokojskiego, Radosława Smuźnego, Krystiana Wieczyńskiego i Błażeja Wdowczyka.

To prześmiewcza przypowieść o władzy. Rozgrywa się w transowym rytmie bębnów, ale mimo odrealnienia całej sytuacji, sporo w niej odniesień do aktualnych wydarzeń w kraju. Wciąż obserwujemy groteskowe popisy walk, które zaświadczać mają o męskości i sile. Spektakl o tym, co dotyka i boli nas wszystkich we współczesnej Polsce, nie pozbawiony humoru i lekkości.

O  20:30   Teatr z Gorzowa Wielkopolskiego wystawił zaś „NOCLEG W APENINACH” w reżyseria Jana Skotnickiego, ze scenografią: Małgorzaty Treutler, muzyką Stanisława Moniuszko oraz: Karoliną Miłkowską,  Joanna Rossą, Krzysztofem Kolbą, Arturem Nełkowskim, Markiem Pudełko, Cezarym Żołyńskim, Janem Mierzyńskim, Przemysławem Kapsą, Anną Łaniewska, Edytą Milczarek, Beatą Chorążykiewicz, Bogumiłą Jędrzejczyk o Iwoną Haubą w obsadzie.

Jednoaktowa śpiewogra ze wspaniałą muzyką Stanisława Moniuszki graną na żywo.  Rzecz dzieje się w gospodzie Anzelma w Apeninach, dokąd powraca syn właściciela, zakochany Antonio.  Nie ma już wolnych miejsc, gdy przybywają tam również tajemniczy Fabricio i piękna Rozyna… Wielkie uczucie i intryga kryminalna, humor i wspaniałe partie śpiewane czynią z tej sztuki idealną propozycję na letnie wieczory.

Tutaj rządziła publiczność. Krótko i na temat.

Liczba widzów z 22 tysięcy w roku 2004 wzrastała w postępie geometryczny do 44 w roku 2005 tysięcy, zbliżając się do 90 tysięcy w roku 2006. Najdłuższy i najtańszy Festwal w Polsce trwała łącznie 120 dni a kosztował około 800 tysięcy zlotych. To tyle ile dziś Pani Prezydent Gronkieiwcz potrafi lekką ręką wydać np. na 3o minutowy film o Chopinie zrealizowany przez firmę zewnętrzną. Film dokumentalny, którego produkcja w TVP zmieściłaby się w granicach 80 do 100 tysięcy złotych. O czym publicznie obywateli i służby kontrolne samorządu  Warszawy – powiadam.

W trakcie Ogrodów Frascatii 2006  pokazano 265 najprzeróżniejszych spektakli. Zatem jeden event kosztował średnio: niezależnie czy był to koncert Marii Peszek, Koncertowe wykonanie Mszy, czy recital Jerzego Połomskiego lub występ Teatru z Katowic  w granicach 3 tysięcy złotych.  Zaś koszt jednego widza na spektaklu to około 9 złotych od osoby na bezłatnej miejskiej imprezie.

Takie były zabawy, spory w one lata

W Ogrodach na Frascatii, z dala od gier świata…

CDN

Rozdz. CXIII – Karaoke czyli wspólne śpiewanie

środa, 10 Marzec 2010

Rutynę urozamaicałem wyśpiewywaniem nagranych przed rokiem przez Staszaka Górkę i Wojtka Machnickiego piosenek. W tym roku Staszek był w jury.

Staszek Górka na XII KTO (2003)

Miał jednak mniej czasu na wspieranie mnie w charakterze Arbitra Nagrody Publiczności. Do tej roli wyznaczyliśmy więc drogą losowania Sędziów Agonu, którymi teraz zostały panie: Danuta Bednarek i Anna Bieńkowska –Gołąb. Śpiewy zatem były  mechaniczne. Z płyty, którą uruchamiałem czas jakiś przed spektaklem. W tym roku podjąłem też pierwszą próbę zmierzenia się z techniką karaoke.

Karaoke – odkryłem w 2002 roku w czasie podróży gdzieś między Troyes a Lille. Teraz  i w Warszawie stawało się  już ono powszechne. Szczególnie wiele dyskotek z karaoke powstało nad Wisłą, gdzie kolejny (nb. ostatni) rok święciły triumfy piwne puby nad wodą z dancingami. Stamtąd próbowałem też przyciągnąć młodych ludzi by użyli swojej techniki do rozśpiewania mojej publiczności.

Przecież śpiew polski to osobne zagadnienie. My bowiem jak już o tym na samym wstępie pisałem nie znosimy śpiewać razem. Byle nie w chórze. Że  się posłużę Norwidem, choć jemu o coś innego chodziło:  Śpiewają wciąż wybrani [...]. A ja za autorem Fortepianu Chopina wołałem: – Śpiewajcież, w chór zebrani – Ja? zmięszać mógłbym śpiew

Mieszałem. Nagrywałem płyty. Sam próbowałem intonować kancony.  Niestety z karaoke trudno mi się było dogadać. Teatralne Karaoke miała mi przygotować poznana nad Wisłą Ewa Karpińska. Jednak 27 lipca 2003 lało. Towarzystwo się spóźniło. Wcześniej nie odbyto próby. Spotkałem się z tym innym światem: rzemieślników rozrywki. Myślących przede wszystkim, a może jedynie o kasie. Podejmujących się wszystkiego,  nie wykonujących nic. Potem spóźnienie, bajki o wypadku czy defekcie samochodu. Marzenie o karaoke odleciało w przyszłość. Choć ja szczerze wierzę w ten instrument jako tzw. Techniczny środek nauczania. Gdy wspomnę Grundinga 140 ZK z 1970 roku ( nb. do dziś na chodzie !), czterościeżkowego, na którym starałem się nagrywać moje wokalne próby mając do dyspozycji na jednej ścieżce podkład z liną melodyczną na drugiej możliwość synchronizowania wokalu –  czymże to jest wobec systemu karaoke, który grając muzykę wyświetla zarazem rytmicznie tekst !?  O ileż to lepsze od slajdu, jakim do dziś jeszcze posługują się księża w kościołach. Zasada karaoke to przyszłość i nadzieja na rozwój kultury muzycznej szczególnie tak jak Polacy – głuchych narodów.

Do Karaoke wrócimy jeszcze za rok. Tymaczasem konkurs rozwijał się rytmicznie. Spektakl po spektaklu.

Odbyły się wszystkie planowane Przeglądy Konkursowe w Lapidarium,  przyznane zostały nagrody publiczności. W wyniku głosowań publiczności zgromadzonej w Lapidarium na Przeglądach XII Konkursu Teatrów Ogródkowych: najwyższą ocenę otrzymał:

1.         Spektakl „Ferdydurke ” w reżyserii A.M.Marczewskiego z Teatru Test z Warszawy. Na tak głosowało 78 osób, na nie 1. Pozytywna ocena wyraziła  się 98,76 % aprobatą. W związku z tym spektakl został zaproszony do konkursowej części festiwalu i otrzymał Nagrodę Publiczności w wysokości 2500 zl

2.         Drugie miejsce otrzymał spektakl „Audiencja czyli III raj eskimowsów” Bogusława Schaffera” Bałtyckiego Teatru Dramatycznego z Koszalina z 97,67 % aprobatą, gdzie spektakl spodobał się 43 widzom, a 1 uznał go za zły. W związku z tym spektakl  zaprosiliśmy do konkursowej części festiwalu i przekazując Nagrodę Publiczności w wysokości 1500 zł

3.         Trzecie miejsce przypadło spektaklowi „Mistrz Pathlin” z warszawskiego Teatru Pewna Grupa, który zaakceptowało 96,40 % widzów: 111 osobom spektakl podobał się, odrzuciło go 4. W związku z tym spektakl awansował do konkursowej części festiwalu z Nagrodą Publiczności wartą 1000 zl.

W ciągu  ośmiu  niedziel przeglądu i calego  ostatniego finałowego  tygodnia sierpnia (15 dni)  odbyło się  dwadzieścia pięć spektakli [1]

Od dwudziestego czwartego sierpnia impreza przeniosła się do Doliny Szwajcarskiej. W niedzielę 24.VIII przy współpracy Teatru Makata i Poznańskiego Studia Teatralnego „Próby” zrealizowana została II Parada Dionizyjska.

Mirandolina ( Teatr Ptak z Ivanova)

II Parada Dionizyjska (Teatr Makata)

Kilkaset osób po przedstawieniu „Audiencji”, które jako ostatnie odbywała się w Lapidarium,  w asyście policji przemaszerowało z flagami, ze szczudlarzami, ze śpiewem i muzyką: z Lapidarium Rynkiem Staromiejskim , Traktem Królewskim aż po róg Alej Ujazdowskich i uliczki Chopina – do Doliny Szwajcarskiej. Tu czekali na nas zeszłoroczni zwycięzcy. Przybyli z Ivanova – Rosjanie. Była niedziela więc o piątej Rosjanie w trupie Teatru Lalkowego ( kukolnego) pokazali już dzieciom spektakl  „Wiedźmy” w reż. W.Buhajewa, zaś na dziewiątą wieczorem w zespole Teatru Ptak mieli przygotowany przedkonursowy pokaz „Mirandoliny ”Carlo Goldoniego w reżyserii Siergieja Szawarzyńskiego.

Od poniedziałku zaczęły się już codzienne oceniane przez ponad tydzień przez Jurorów KONKURSOWE PRZEDSTAWIENIA. Złożyły się na nie spektakle wybrane przez publiczność Lapidarium oraz wcześniej zakwalifikowane przeze mnie inscenizacje.[2]

Każdego wieczoru w tym ostatnim tygodniu frekwencja oscylowało od 47 (minimum) do 150 osób.  W  Paradzie Dionizyjskiej wzięło udział około 400 osób.  Oznacza to, że w całej Imprezie wzięło łącznie udział około 3000 osób

Anna Retmaniak i Krzysztof Rau w jury XII KTO (2003)

Partnerami tegorocznej edycji było Stowarzyszenie na rzecz Integracji organizujące m.in. Festiwal Zdarzenia w Tczewie oraz Stowarzyszenie Makata realizujące akcje Zbliżenia w Płocku i w Ciechanowie. Pomoc tych partnerów była szczególnie ważna dla realizacji Parady Dionizyjskiej, której koszta w znacznej mierze  zostały zredukowane dzięki   wolontariuszom -  48 osób,  przybyło na warszawską paradę z Poznańskiego Studia „Próby” działającego przy Centrum Zamek.

Całkowity koszt wyniosł -154 000, 00.zł w tym koszty pokryte z uzyskanej dotacji Miasta  (w zł):  to 150 000,00 zł ( już tylko 4 000 dał Sejmik Wojewódzki). Tegoroczny budżet imprezy Ad 2003 był zatem mniejszy o 26 000,00 PLN w porównaniu do budżetu ubiegłorocznego. Pokazałem jednak tyle samo imprez obniżając koszta koncertu finałowego. Zrealizowałem  też kosztowniejszą niż w poprzednim roku  i bardzo udaną „Paradę Dionizyjską”.

Koszta stałe imprezy pozostały przecież niezmienne. Dokumentowany tzw. wkład własny Fundacji, która środków własnych nie posiadała, to w istocie  wynik zainwestowania  środków przeznaczonych na  koszta pośrednie. Dokonano tego  kosztem obsługi biurowej sekretariatu Konkursu Teatrów Ogródkowych.Kosztem, powiedzmy to wprost –  znacznego obniżenia standardu i jakości prac sprawozdawczych, public realations i marketingowych.

CDN. CXIV – Rozmiar klęski.xls


[1] Występowali

06-lip      „Ferdydurke”,Witold Gombrowicz, reż.A.M. Marczewski, Studio Test z  Warszawy

06-lip      godz.20:30 „Maquina Infernal” . M. Lovry , reż. Marek Ciunel, Grupa Teatralna Bez Ziemi z Białegostoku

13-lip,  „Mistrz Pathlin” , spolszczył A.Polewska, pewna grupa z Warszawy

20-lip „Jak zarobię 200 zł”, M.Hemar i inni, reż. Ż.Karasińska-Fluks ,Teatr „13 Muz” ze Szczecina

20-lip      godz.20:30, „Miasteczko Cud, A.Osiecka, Teatr Instekty z Warszawy

27-lip „Atlantikon” L.K,Mouflages, Grupa Muflasz z Gdyni.

27-lip      godz.20:30  „Idiota” N.Pawłowa, reż. A.Jaskulski,Teatr TeArt  z Białogardu

03-sie      „Scenariusz dla trzech aktorek”, B. Schaeffer, reż. B.Semotiuk,Teatr Syrena z Warszawy

03-sie      ,godz.20:30 „Bardzo Dobry”, scen.i reż. A.Talkowski,Kabaret Kuzyni z Krakowa ,Agencja artystyczna „Na boku”

10-sie      ,„Bileterka”, A.Goldflam,  reż. T.Hankiewicz,, Teatr Tradycyjny z Krakowa

10-sie      godz.20:30 „Na pełnym morzu”, Sł. Mrożek, reż. K.Prus, Teatr Jeleniogórski

17-sie      „Kwintesencja” R. Dobrowolski, reż. D.Foulkes, Teatr 2 Strefa z Warszawy

24-sie      „Audiencja czyli III Raj Eskimosów”,B.Schaeffer,  reż. B.Semotiuk, Bałtycki Teatr Wybrzeże z Koszalina

[2] „Mede- moja Sympatia” J.Przybory, reż B.Żyłkowski, Studio Teatralne Próby z Poznania

„Audiencja czyli III Raj Eskimosów”,B.Schaeffer,  reż. B.Semotiuk,     Bałtycki Teatr Wybrzeże z Koszalina (II Przedstawienie wybrane przez publiczność)

„Mirandolina”C.Goldoni, reż.S.Szawarzyński, Teatr Ptak z Ivanovo – Rosja

„Bardzo Dobry“, scen.i reż. A.Talkowski Kabaret Kuzyni z Krakowa ,Agencja artystyczna „Na boku”                 speklakl odwołano z powodu złej pogody

„Miasteczko Cud, A.Osiecka, Teatr Instekty z Warszawy

„Scenariusz dla trzech aktorek” B. Schaeffer, reż. B.Semotiuk ,Teatr Syrena z Warszawy

„Na pełnym morzu”, Sł. Mrożek, reż. K.Prus, Teatr Jeleniogórski

„Ferdydurke”,Witold Gombrowicz, reż.A.M. Marczewski, Studio Test z  Warszawy

(I Przedstawienie wybrane przez publiczność)

„Mistrz Pathlin” , spolszczył A.Polewka, pewna grupa z Warszawy

(III Przedstawienie wybrane przez publiczność)

„Dwanaście Godzin z Życia Kobiety”, W. Młynarski, muz. J.Derfel – reż. A. Poniedzielski , Teatr Powszechny z Łodzi

Rozdz. CV – Lech Kaczyński plus Janusz Pietkiewicz równa się – Całe to Bizancjum

czwartek, 3 Grudzień 2009

poprzedni pierwszy następny

Udział w tym „rykowisku” pod Bella Center 13 grudnia 2002 nie był to wcale koniec mych zatrudnień owego roku. Wszakże ku memu zdumieniu nie żaden Olechowski lecz „moi” przyjaciele Lecha Kaczyńskiego znaleźli się w mieście u władzy. Andrzej Urbański został zastępcą prezydenta miasta ds. kultury. Od pierwszych dni grudnia pełniłem funkcję jego nieformalnego doradcy.

Wszyscy uważali, znając nasze relacje, że wkrótce obejmę jakąś ważną w mieście posadę, a przynajmniej moje ogródki urosną do należnych rozmiarów. Gdy sobie dziś przypominam nasze ówczesne relacje muszę przyznać Urbańskiemu, że wyraźnie chciał ze mną pracować i skorzystać z doświadczenia, także samorządowego, którym dysponowałem. Przypominam sobie nasze spotkania jeszcze na placu Konstytucji, gdzie po wygranych wyborach lecz jeszcze przed wkroczeniem na Miodową do Urzędu Miasta miał gabinet.

- Dawaj festiwal, powiedział mi pierwszego dnia. Dałem. Poczem nigdy już do tematu nie wrócił. Potem, odkrywszy zasiedzenie profesora Durki, który zresztą wnet po 50 latach piastowania tej funkcji zdecydował się odejść na emeryturę ,  zastanawiał się czy nie powierzyć mi Muzeum Warszawy do którego m.in. należy staromiejskie Lapidarium. Wnet jednak stwierdził, że wokół obsady tego stanowiska zbyt wielkie panuje wśród varsavianistów zdenerwowanie. Tylko posady szefa biura kultury ani przez moment mi nie proponował konsultując ze mną jedynie, jak już wspominałem kolejne, stuprocentowo koszerne warianty. Zorientowałem się wnet, iż Andrzej musiał poczuć jakiś nieprzewidywany dotąd opór. Okazało się, że wbrew pozorom nie jestem wcale tak dobrze osadzony w środowisku. Nie tak organicznie jak pewnie sądził. Owszem Senior był i pewnie pozostaje autorytetem dla kręgów Gazety Wyborczej i Okolic Tygodnika Powszechnego. Ja z wiekiem coraz bardziej – „wyrodny”…  Tyle, że po śmierci – atencja nic nie kosztuje… Gdyby jednak żył ? Gdyby tej wolności doczekał ? Czy w rządzie Mazowieckiego, zamiast Cywińskiej likwidowałby przywileje dla plastyków, którym komuna przydzielała pracownie (często na niezłe mieszkania) i kategoryzował teatry czy może byłby dziś wyklęty i na marginesie?  „Pan to jest takie „dziecko przez ptaka przyniesione”…” ostrzegała wszak Seniora w ’68 roku pogardzana Halina Auderska[1]. Ojciec pisał o niej, że „głupia baba i najpodlejsza na świecie” [2] – czy aby się nieco nie mylił ?

Po prawdzie nie wiem czy problem jest we mnie czy w środowisku samym. We mnie, jak mi często zarzucają, w jakichś moich nietaktach, nadmiernych szczerościach, może braku wdzięku, w tym, że jak mi to kiedyś dosadnie powie Urbański: nie buduję układu. Inaczej – nie budzę sympati.   Czy jednak chodzi po prostu o środowisko? O to, że ci, którzy tworzą opiniotwórcze kręgi artystycznej Warszawy dobierają się wg klucza, w którym nie ma miejsca dla czysto polskiego inteligenta,

syna pisarza pochodzącego z Krakowa.

Andrzej Urbański
Andrzej Urbański

Wyobrażał sobie Andrzej, że będę tą osobą, która zapewni Prezydentowi Kaczyńskiemu dobre relacje ze środowiskiem artystycznym.

- Zacznijmy od wigilii zaproponowałem, niech spotkanie ma tę aurę jaką gwarantuje duszpasterstwo środowisk twórczych i ks. Wiesław Niewęgłowski. Bardzo się to Jędrkowi spodobało.

- Tylko bez pompy prosił, najskromniej, wręcz w jakimś domu dziecka byłoby najstosowniej. Dom Dziecka, domem dziecka ale znalazłem miejsce idealne. Lokal Muzeum Historycznego M.st. Warszawy, który jest dość ciepły no i nic nie kosztuje Prezydenta bo to lokal miejski. W czasie gdyśmy z Kasią bujali po Danii, druga moja pracowniczka pani Iza Pieczykolan siedziała w Urzędzie Miasta pracując nad przygotowywaniem Wigilii. Tu już nie obyło się bez zgrzytów. Najpierw duszpasterz Środowisk Twórczych X. Wiesław – pleno titulo, którego umówiłem na uroczystość obraził się, że pominąłem mu dra przed nazwiskiem tytułując prezydenta Kaczyńskiego profesorem. Z tym poradziliśmy sobie przy pomocy Ani Jedlińskiej poprawiając w firmie Cezan zaproszenie w jedną noc. Jednak w czasie mego pobytu w Kopenhadze urzędnicy z Januszem Pietkiewiczem na czele dowiedzieli się o wigilijnych planach. No i zaczęło się, jak je po czterech latach odchodząc ze stanowiska Kanclerza Rzeczpospolitej Urbański określi: „całe to Bizancjum”.

Janusz Pietkiewicz to potęga. Impresario nie znający granic rozmachu. Skądinąd człowiek miły, obyty, znający języki z włoskim na czele. No i ma wdzięk. W obronie jego posady w Mieście dzwonili jak mi relacjonował Urbański wszyscy: od Kurii po Gminę czy postkomunę, z której to rąk dwukrotny szef Opery Narodowej, dziś jeden z kandydatów na fotel Telewizji Publicznej, późniejszy wreszcie już za Kaczyńskiego nowożytny Muchanow czyli Dyrektor Miejskiego Biura Teatrów stanowisko w strukturze miejskiej w jakimś 1999 roku otrzymał.

Janusz Pietkiewicz

Janusz Pietkiewicz

Nie szło z nim walczyć. Więc przeniesiono całą imprezę na Zamek Warszawski z elementami dekoracji i zaprojektowanymi do Muzeum Historycznego występami. Piękna instalacja anielska i artystyczna choinka wykonana przez Grzegorza Stachańczyka oraz występ grupy Pod Górkę

z fragmentami Schillerowskiej „Pastorałki”. „Kolęda na 4 głosy” zupełnie z innej niż zamkowa były bajki, ale po to się miesza, by namieszać.

Monika Świtaj, Wojciech Machnicki i Stanisław Górka

Monika Świtaj, Wojciech Machnicki i Stanisław Górka

Namieszali więc urzędnicy tak skutecznie, że ludzi też przyszło niewiele. Staszek Górka z Moniką Świtaj dokonali cudu radząc sobie jednak z koszmarną akustyką Zamkowej Sali Wielkiej, a pan prezydent Kaczyński … zachorował na gardziołko pozostawiając Urbańskiemu pełnienie honorów domu na tej  artystycznej Wigilii. Kolejna zmarnowana szansa i niepotrzebna  praca to napisana przeze mnie dla Kaczora mowa. Życzenia Bożonarodzeniowe. Nigdy niewygłoszone, może nawet niedostarczone – oczywiście nie opłacone, zatem już tylko moje.  Niech więc dziś dokładnie w siódmą rocznicę ich napisania (3.XII.2002) – w czas nadchodzących Świąt wprost ode mnie popłyną.

Sala Wielka w Zamku Warszawskim

Sala Wielka w Zamku Warszawskim

Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus !

Mili Państwo ! To właściwie moje pierwsze tak duże spotkanie od czasu kiedy mieszkańcy Warszawy powierzyli mi mandat Prezydenta Stolicy.[3] Chciałem by to spotkanie odbywało się właśnie z ludźmi kultury, gdyż co tu dużo mówić od Was teraz bardzo wiele zależy. Od obecnych tu pisarzy, malarzy, muzyków, aktorów, przedstawicieli instytucji kulturalnych zależy znów to co zrobi z sobą Warszawa w Polsce, a Polska w Europie.

Czy będzie cierpieć “krzywdę i pogardę świata, krzywdę ciemięzcy, obelgi dumnego. Lekceważonej miłości męczarnie “ czy będzie hamletyzować i histeryzować, czy cały swój wysiłek skupi na tym by w demokratycznym społeczeństwie, jakie sfery artystyczne pomagały przed piętnastu laty odtworzyć, zaprowadzić porządek, pielęgnować standardy, dbać o wartości. “A nade wszystko słowom naszym zmienionym pilnie przez krętaczy – jedyność wróci i prawdziwość. Niech miłość zawsze miłość znaczy a sprawiedliwość – sprawiedliwość.”

Mamy wkraczać do zjednoczonej Europy. To dobrze bo przecież dla nas Polaków nie ma innej kultury niż europejska. Ale wspólnota europejska zdaje się dziś na kulturę bardzo słabo nastawiona. Narodzona ze wspólnoty Węgla i Stali dopracowała się wspólnego pieniądza – ale czy jakiś wspólny duch ją ożywia ? Choćby ów Święty Duch, którego przywołaniem przed dwudziestu czteroma ( trzydzieści już mija…) laty Ojciec Święty sprawił, iż odmienione zostało oblicze Ziemi – tej Ziemi,

Myślę, że musimy je nadal odmieniać. Poczynając od tej najbliższej warszawskiej i stołecznej razem.  „Nie można zrozumieć dziejów Narodu polskiego bez Chrystusa” – wołał Jan Paweł II w swojej homilii sprzed ćwierci wieku na Placu Zwycięstwa w Warszawie. Po dwudziestu pięciu latach Warszawa i Polska stają przed niezwykłym wyzwaniem. Z tysiącem naszych narodowych wad: z naszym brakiem pracowitości, nieposzanowaniem autorytetów, skłonnością do efekciarstwa, z zacofanym rolnictwem, skorumpowanym urzędem, niedokształconym pracownikiem mamy oto wkroczyć do europejskiej wspólnoty, gdzie prawa będziemy mieć wprawdzie równe lecz i kary za wszelkie niedociągnięcia ponosić godzimy się jednakie.

Czy jesteśmy na to przygotowani ?

Dziś – może mniej niż wczoraj. Wczoraj, gdy naszą siłą, nasżą wizytówką, nasza identycznością była nasza kultura.

Nie będzie w Warszawie bezpiecznie, nie zostanie zahamowana korupcja, nie polepszy się praca urzędów, nie przybędzie dobrych dróg jeśli nie postawimy na edukację, na naszą młodzież, jeśli nie przywrócimy należnego miejsca kulturze, a z nią nie zwrócimy się ku europejskim miastom z planem szeroko zakrojonej europejskiej wspólpracy kulturalnej.

Nie można zrozumieć dziejów Polski i Warszawy bez kultury. Na nią zawsze brakowało pieniędzy, a to przecież ona dawała  nam wolność. Teraz wolność już podbno mamy. Obiecuję więc jako Nowowybrany prezydent Warszawy zrobić wszystko by przestało brakować pieniędzy przynajmniej na to co Rada Kultury jaką powołać zamierzamy uzna za słuszne. Powstanie taka Rada. Do jej powołania zobowiązałem już odpowiedzialnego za sprawy kultury: publicystę, dziennikarza prasowego i telewizyjnego, ze wszech miar kompetentego polityka i czlowieka kultury jakim jest pan Andrzej Urbanski.

Spodziewam się raportu, w którym zaproponowane zostanie, które inicjatywy tak jak dziś większość kin czy galerii pozostać mają w rękach prywatnych, a które winnny zostać otoczone organizacyjnym mecenatem. Które zaś z niezwykle dziś scentralizowanych instytucji teatralnych czy bibliotecznych mają tkwić w strukturze miasta, a które mogą lub powinny radzić sobie same. Przejrzystszym musi się stać  system miejskich dotacji dla kultury, stworzony system grantów dostępnych zarówno dla osób prywatnych jak i organizacji pozarządowych, wreszcie podjęte muszą zostać działania zaznaczające silniej znaczenie Warszawy na kulturalnej mapie Europy. Warszawa leży w jej geograficznym centrum.

Mam nadzieję  że jeszcze dziś i w najbliższym czasie porozumiemy się co do tego jakie przedsięwziąć działania by Polska nie stała się zakładnikiem europejskiej normy. By wkroczyła do Europy z taką dumą i pewnością siebie z jaką słowiańszczyzna dodała do judejskiego rytu bożonarodzeniowego swoją ośnieżoną choinkę.

Dobrej Choinki Państwu życzę, Pogodnych świąt i mnóstwa prezentów, a sobie by mi pomogli Anieli jak najwięcej tych prezentów dla  świata kultury zgotować.

Przez cały pierwszy kwartał 2003 roku wykonywać więc będę kontredans wokół gabinetu kulturalnego wiceprezydenta Warszawy Andrzeja Urbańskiego. Faktycznie pełniąc rolę doradcy wiceprezydenta formalnie musiałby mnie jednak w swoim teamie zatrudnić sam prezydent. Mimo, że taki wniosek faktycznie z podpisem wiceprezydenta zostanie skierowany,

Doradca ?

ATK - Doradca ?

Wojciech Arkuszewski - pierwsze słyszę...

Wojciech Arkuszewski - pierwsze słyszę...

zatrudnienia w kierowanym przez Wojciecha Arkuszewskiego zespole doradców Kaczyńskiego nigdy nie uzyskam.

I słusznie. Nie mam pojęcia o tej roli. Kiedy mi Urbański zadawał pytanie, otwierałem komputer i w punktach na dwóch-trzech stronach spisywałem wszystko, co na dany temat wiem. Jędrek czytał te moje sylabusy z zachwytem i wzdychał – żebym ja mógł ci tylko za takie konspekty płacić. Ale taki doradca działa przeciw sobie. Po trzech miesiącach uczciwie informowany przełożony wie już tyle co doradca. Dzielący się całą swoją wiedzą doradca staje się niepotrzebny. Urzędnik, polityk nigdy nie myśli o meritum. On myśli o tym jak wzmocnić swoją pozycję. Udzielić minimum a uzyskać maksimum informacji.

Zadaniem, które postawił mi Urbański było stworzenie Rady Kultury przy prezydencie Kaczyńskim. Takiej intelektualnej tarczy. Zasadniczo to dla mnie pryszcz. Napisałem regulamin.

4.         Cele Rady są następujące:

1.         działanie na rzecz rozwoju polskiej kultury i sztuki oraz architektury – zasadniczych zrębów cywilizacji śródziemnomorskiej;

2.         działanie na rzecz rozwoju m. st. Warszawy i zapewnienia mu godnego miejsca wśród stolic kulturalnych jednoczącej się Europy;

3.         działanie na rzecz idei integracji Europejskiej;

4.         działanie na rzecz rozwoju terytorialnych, lokalnych, gospodarczych i regionalnych wspólnot samorządowych.

5.         Do kompetencji Rady należy

5.1.      Koordynowanie niezależnych, rządowych i samorządowych imprez kulturalnych o charakterze ponadlokalnym, a spełniających się w Warszawie

5.2.      Inicjowanie kulturalnej współpracy międzynarodowej ze szczególnym uwzględnieniem miast partnerskich oraz krajów Unii Europejskiej.

5.3.      Inicjowanie przekształceń w zakresie infrastruktury instytucjonalnej

5.4.      Podejmowanie działań organizacyjnych w zakresie realizacji stricte miejskiej polityki kulturalnej itd., itd./.

Zaproponowałem 7.   Skład Rady: Komitetu Honorowego i Zespołu Miejskiego składającego się z urzędników i zarządzających miejskimi instytucjami kultury, a także Zespołu Stołecznego składającego się z dyrektorów Instytucji Kulturalnych z siedzibą w Warszawie – niepodlegających miastu

Kiedy jednak tylko zestawiłem to godne grono znowu zaczęli wtrącać się do tego polityczni urzędnicy. A to, że któryś z autorytetów zbyt unijny. Czerwonych sam nie proponowałem, zresztą szczęśliwie ta formacja nie ma jednak wśród artystów zbyt wielu fanów. To znów, żeby gdzieś między Wajdę, Zanussiego, Piesiewicza, Pendereckiego czy Hartwig wcisnąć jednak jakiegoś dyrektora, radnego czy innego Gelberga. Na takie propozycje parsknąłem śmiechem.

Oni też na mnie … parsknęli. Potem była mowa o Pałacu Kultury. Radzie nadzorczej czy zarządzie. To już było trzecie moje podejście do tej ciekawej w sumie instytucji.

CVI – Bujalski, Isakiewicz – cały ten PeKiN

CDN -


[1] 8/III.1968 Rozmowa z H. A[uderską]. Ostrzeżenia. Intrygi żydowskie. „Pan w tym wszystkim jest takie dziecko przez ptaka przyniesione…”Żydzi zainicjowali podpisywanie, Żydzi przemawiali, Żydzi odrzucają nasz eksport. A. chce mnie „ocalić” od ew. procesu, w który mógłbym być wplątany. Radzi mi po prostu wyjechać do Zakopanego. Wszystko to ma być oparte na informacjach pewnej osoby  partyjnej ( Andrzej Kijowski, Dziennik T.II, s.281)

[2] Op.cit. t.III. s.147

[3] To miał mówić Lech Kaczyński. Ja może powinienem powiedzieć: od czasu, gdu urzędnicy przerażeni tłumami, do których (nie bez wsparcia Prezydenta Kaczyńskiego ) przemawiałem w Ogrodach Frascati, postanowili pozbyć się mnie z Miasta wraz z piękną imprezą”

Rozdz. LXVI – Wśród przyjaciół Moskali

wtorek, 25 Sierpień 2009

poprzedni pierwszy następny

Urbański jednak dobiegł … acz po miesiącu. I załapał się na wieczór przyjaźni polsko – rosyjskiej.  Jeszcze  wiosną otrzymałem tajemniczego meila z rosyjskiej miejscowowści Ivanovo z propozycją zagrania adaptacji słynnych „Oświadczyn” Czechowa nazwanych przez artystów teatru „Ptak” – Pasje pod brzozami.

Sergiei Shawarinsky (Iwana Wasiliewicz Łomow),  Viktor Łobaczow), (Stiepan Stiepanowicz Czubukow), Tatiana Griszanina – Shawarinska (Natali Stiepanowna Czubukow)

Sergiei Shawarinsky (Iwan Wasiliewicz Łomow), Viktor Łobaczow (Stiepan Stiepanowicz Czubukow), Tatiana Griszanina – Shawarinska (Natalia Stiepanowna Czubukow)

„Oświadczyny”, przypomnę to ten słynny żart sceniczny (nb. bardzo często grany jako egzamin w ramach scen na II, III roku w szkołach teatralnych)  - historia nieporozumień, można powiedzieć komedia omyłek, w której nad realizacją marzenia Ojca – Stiepan Stiepanowicza Czubukowa (Viktor Łobaczow) o małżeństwie Natali Stiepanowny Czubukowej – tu zagrała ją   Tatiana Griszanina – Shawarinska,  triumfuje (pozornie jednak tylko) małastkowość, zawziętość, krótkowzroczność.

Teatr Ptak z Ivanova - "Oświadczyny" Czechowa

Teatr Ptak z Ivanova - "Oświadczyny" Czechowa

Iwan Wasiliewicz Łomow w wykonaniu i reżyserii Sergieia Shawarinsky’ego [  Шаваринский Сергей ]  nie był nareszcie żałosnym parafialnym patafianem. Lecz wesołym, autoironicznym, niezręcznym nieco – marzycielem. Był taki, jakim okazał się Siergiei. Aktor, reżyser, choreograf. Ich „wołowe łączki” jak lubię nazywać tę sztukę nie były nadto charakterystczne, były lekkie i romantyczne. Gdy w końcu po drugim sporze ( pierwszy był o własność wołowych łączek, drugi o ułożenie psa myśliwskiego) dochodzi do ożenku to nie jest zwycięstwo kołtunerii lecz życia: Hу, начинается семейное счастье! Шампанского!  – w niezapomniany sposób podsumuje komedię Viktor Łobaczow grający Чубуковa.

„Pasje pod brzozami” bo tak artyści z Ivanowa nazwali ten spektakl ukazywały to, co naprawdę tkwi w jednoaktówce Czechowa: miłość i szacunek do tych ludzi, którzy spędzą życie jak spędzą. Ale najlepiej jak im na to świat pozwoli.  Którzy – zrobią z Ivanova Hollywood, objadą świat na rowerze, zasadzą prawdziwe podmoskiewskie brzozy w centralnym parku Warszawy, pod którymi będą pić piwo ( i   także coś z piętnaście razy mocniejszego) śpiewając z grającym na gitarze ministrem rządu Jerzego Buzka i Kościelnym z  serialu Plebania – Beatlesów, Młynarskiego i Okudżawę!.

Przyjaciele Moskale

Przyjaciele Moskale

Tak było ! Wydawało mi się do tego wieczoru, że jestem barwny, a może i pomysłowy. Ale fantazja Siergieja przeszła najśmielsze oczekiwania. Wtedy w 2001 roku pojawili się w Warszawie na moim pikniku pod ambasadami. Przyjechali w sumie na tydzień. Przedzierali się autobusami i pociągami osobowymi. Podbili wszystkich. Nagrodę Wielką Ogródkową ( 9  tys. zł wypłacałem im w dolarach, a wielkie to były dla nich pieniądze) nagrodę tę otrzymali „Za świetne aktorstwo, precyzję, lekkość, dowcip, inscenizację oraz kreacyjne wykorzystanie muzyki do tekstów Czechowa.”. Przedtem prośbą, groźbą i najłagodniejszą perswazją zmusili mnie bym objechał okołowarszawskie szkółki leśne bo jak „pod bieriozkami” to Pod Brzozami – wychowani na Konstantego Stanisławskiego „twórczym procesie przeżywania” nie wyobrażali sobie gry na świeżym powietrzu bez prawdziwych podmoskiewskich brzózek.

Teatr jest  Światem

Teatr jest Światem

– Przywiążą się do mnie. Za rok Tania i Sergiej ( przed 11 KTO) – pojawią się w Warszawie w czerwcu. Tania gonić tu będzie Sergieja, który jakby nigdy nic wyjechawszy z końcem  kwietnia ze swojego odległego 300 km na  pólnoc od Moskwy Ivanowa dotarł na rowerze w połowie czerwca do Warszawy jako „Wędrujący Aktor”.

Aktorami - Ludzie.

Ludzie - aktorami...

Rozdz. LXVII – Wędrujący aktor

CDN