Rozdz. XXVII. Dzieci Rabina

Ten reakcyjny wywód, w którym zabraknie tylko jednego przymiotnika podjąć można tylko z pozycji przyjaźni. Wychowałem się przecież w Gminie. Najbliźsi przyjaciele moich rodziców to Jula Hartwig i Artur Międzyrzecki, Kazimierz Brandys i Joanna Guze. No oczywiście także Zbyszek Herbert czy Jarek Rymkiewicz ale te kontakty już bardziej doraźne, rzekłbym efemeryczne.

Kiedy więc poprzez polonistykę wkraczałem w świat kultury już na pierwszym spotkaniu Koła Polonistów rozróżniłem znajome typy: Szefowa Sekcji Teatrologicznej Jula Zakrzewska  (dziś Pitera) to oczywiście: Joanna Guze, niegdyś markietanka I Armii LWP, która z Rosji umykała na czołgach Berlinga,.

Ryś Holzer to naturalnie Arturek Międzyrzecki.  Był też Piotr Bratkowski, Jurek Kapuściński ( wielu było – był i Michał Boni i Marek Karpiński o Oli Jakubowskiej nie zapominjąc) – o Andrzeju Urbańskim: osobno,  no i wspominany często Paweł Konic. A później nieco,  już w Paryżu u Brandysów w 84 roku poznana Agata Tuszyńska to oczywiście Hartwig – czyli Jula.

Kazimierz i Maria Brandysowie, Olga Scherer, Agata Tuszyńska ( fot.© A.T.Kijowski)

Wy czy mnie wspominacie… Ja ilekroć marzę

O mych przyjaciół śmierciach, wygnaniach, więzieniach…

Toutes proportiones gardees: Jakubowska i Zaleski siedzą (czy siedzieli) za demokracji , Urbański siedział za komuny , Chojecki, Wildstein byli na wygnaniu. Zaczynamy umierac: Paweł Konic nie żyje.

Do każdego z nich się uśmiechałem. Każdemu ofiarowywałem przyjaźń. Nie było we mnie dumy  ani nawet nadmiernego poczucia własnej wartości. Jednak ich uśmiechy były jakieś … rzadkie.

Ktoś ostatnio powiedział, że do dziś płacę cenę za Ojca wystąpienie marcowe. Pamiętam ten dzień. Rodziców w domu nie było. Radio lampowe właśnie wymieniono na czarny, eNRDowski tranzystor.

Tata był w Oborach. Trochę żeby pracować, a trochę chyba by zejść z oczu po pobiciu mieszkającego nieopodal na Szucha Stefana Kisielewskiego. Mama poszła na telewizję do Zelników .

Rodzice Jurka – Faraona: Jan z Haliną mieszkali na tym samym piętrze. Jan był reżyserem radiowym, Halina pracowała w readakcji Marksizmu i Leninizmu wydawnictwa „Książka i Wiedza”. Miesiąc potem w ramach czystki antysemickiej straciła pracę. Jan (podbnie jak Joanna Guze) przybył tu z I Armią.  Z partii wystąpił dopiero w 81 roku. W czasie solidarnościowego karnawału. Dopiero wtedy pan Janek

Jan Zelnik

przyznał się, że był taki czas, gdy  w koszarach nad Oką spał na jednej trzypiętrowej pryczy z Wojciechem Jaruzelskim i Florianem Siwickim.

Z partii nie wystąpili, do Izraela (przez Wiedeń …) nie wyjechali – zostali tu klepać Polską biedę, bo przecież czuli się bardziej niż niejeden małorolny Polakami.

Więc Mama u Zelników, a ja do radia, w którym usłyszałem dochodzący z Latawca głos Władysława Gomułki. Boże jaki jak byłem dumny gdy usłyszałem te słowa o wstecznych i wrogich Polsce siłach by wreszcie usłyszeć: “przemówienie zakończył Kisielewski oświadczeniem, że opowiada się za rezolucją kolegi Kijowskiego,  która stawia sprawę całościowiowa na tle tej skandalicznej (cytuję)  dyktatury ciemniaków w polskim życiu kulturalnym”.

Nazwisko Ojca wymienione między Międzyrzeckim, Jasienicą, o którym nieomieszkał Gomułka dodać, że nazywa się naprawdę Beynar  oraz Stefanem Kisielewskim.

Poczucie dowartościowania. Koledzy cenią Ojca, nareszcie będzie znany. To więcej niż jego nazwisko na plakacie Teatru Dramatycznego, gdzie je raz czy drugi miałem okazję zobaczyć odkąd przyjął Senior  tytuł Kierownika Literackiego w tym teatrze. ( Nigdy w żadnym gabinecie teatralnym mego Ojca nie byłem, ani w Dramatycznym, gdzie szefował literacko bodaj półtora roku ani w Teatrze Słowackiego, którego dyrektorem będzie niespełna pół sezonu).

Strasznie życzyłem Ojcu (pośrednio sobie ?) sławy. Wszystko jedno co mówią – mawiała babcia z Krakowa – byle głośno i z nazwiskiem. Zatem – cienia strachu. Następnego dnia do szkoły (to była siódma klasa) wkraczałem godnie z wyrazem lekkiego męczeństwa na twarzy. “Grażynę” oczywiście znałem doskonale. Lecz na lekcji polskiego, która była moją ( nb. jedyną!) mocną domeną – postanowiłem sprawdzić siłę pozyskanego immunitetu. Zgłosiłem nieprzeczytanie  lektury Mickiewicza. Nieco zszokowało to panią Płoskoń. Lecz ja odpowiedziałem zgodnie z prawdą – “wczoraj jakoś nie miałem do tego głowy”. Wszyscy patrzyli na mnie z zazdrością, może tylko w oczach jednego przerośniętego zobaczyłem zdziwienie, że nie dostaję dwójki czy choćby minusa. Wszyscy: Ania Tanalska – córka wykładowcy w Wyższej Szkole Partyjnej,  Andrzej Wrembiak – syn ściągniętego właśnie z Gdańska  na stanowisko z-cy kierownika wydziału propagandy KC aparatczyka – mały Barac syn ekspedientki z Galluxu ( już po miesiącu wyjechali). wszyscy byli ze mną. Czy wszyscy byliśmy tu – obcy ?

Przecież  innych nie było. W czytankach stało, że wszystkich zabili Niemcy. Potwierdzała to pani Płoskoń do momentu, do którego nie zaczęła już ośmielona wystąpieniem Gomułki mówić o niezbyt lubianej, a bardzo zdolnej Ani Tanalskiej, że… nie jest – nasza. Ona coś plotła, Ci zaprzeczali. Koledzy powtarzali. Wróciło polaczkowate piekło.

W naszym słowniku pojawiło się nowe słowo. Raczej nieprzyzwoite – semantycznie kojarzone nawet z kleksem czy gilem cieknącym z nosa. Słowo, którego  obiecywałem nawet nie wymienić. Które boję się wymówić, zapisać. Nie, w tym kontekście nie powiem. Nazwijmy to inaczej, może: dzieci rabina ?

Tagi: , ,

Dodaj odpowiedź

Musisz się zalogować aby dodać komentarz.