Czy to także dotyczy tej podróży i tego co się w tym dniu w Kopenhadze działo ? W pierwotnym zamyśle mieliśmy zjechać do Kopenhagi sami i wykonawszy na rynku przygotowany happening zwrócić uwagę na polskie żądania. Jednak po sympatycznej korespondencji z pełniącą obowiązki ambasador RP przy królestwie Danii panią Tuge-Erecińską dowiedzieliśmy się, że tego dnia planowana jest manifestacja europejskiej młodzieży skupionej wokół LYMEC. Wydawało się to oczywiście ze wszech miar logiczne, nawiązaliśmy zatem kontakt z organizatorami i rozumieliśmy, że czeka na nas miejsce w szeregu.
Pobyt w Kopenhadze zaczęło zwiedzanie. Widziałem już raz to miasto bodaj w ’95 roku ( nie było jeszcze mostu więc z Ysad do Kopenhagi też jechało się promem). Syrenka.
Zmiana warty przed pałacem królewskim, ogrody Tivoli. Na te ostatnie niestety teraz zabrakło czasu, a także pieniędzy. Wstęp tam jest wcale kosztowny. Mieliśmy wynajętego przewodnika, zostawiliśmy więc autobus, gdzieś na nabrzeżu, a sami z klamotami udaliśmy się na główny rynek. Nasz happening to była wielka bela papieru z wypisanymi żądaniami, flary, staromodna maszyna drukarska przyciągnięta przez Bolka Skoczylasa z wydziału grafiki ASP, którą rozstawiliśmy na środku placu drukując na oczach publiczności pamiątkowe drzeworyty przedstawiające panoramę Warszawy z naszym hasłem głoszącym żądanie równych szans.
Byliśmy też wszyscy – jako, że zbliżał się okres gwiazdkowy – poprzebierani za biało-czerwone Mikołaje. Nasze pochodnie drzewce mialy rzecz jasna w kolorach narodowych, dysponowaliśmy flagą polski i Unii ( a tę ostatnią wcale nie łatwo było w Warszawie zdobyć).
Tak uzbrojeni stawiliśmy się na placu. Do imprezy było jeszcze kilkadziesiąt minut. Tłumek stopniowo gęstniał. Z flagą, w zabawnych czapkach, udaliśmy się z ulotkami do pobliskiej Galerii – trochę poagitować i pooglądać co nieco.
– Pan z Polski. Zawołał w moim kierunku starszy może z dziesięć lat ode mnie mężczyzna.
– Tak, witam.
– I co wy tutaj robicie ?
–Ot proszę, nasze ulotki, żądania, akcesy.
– Czy wyście zwariowali żachnął się polski tubylec, a poparła go gromko siedząca wraz z nim kompania. Kilka kobiet i mężczyzn.
– I po co wam ta Unia !? Uśmiechali się z politowaniem zamieszkali w tym mieście od 1968 roku Polscy emigranci. – Nie rozumiecie, że oni tylko po wasze krowy idą ! Przecież tu prawie wyłącznie chodzi o wołowinę. Ludzie mili, kulturalni, jacyś artyści czy rzemieślnicy bodaj, rozmowa jednak była niemożliwa. Oni poza ojczyną od 35 lat żyli w wolnym kraju. I pewnie szukali jakoś podświadomie potwierdzenia swojej decyzji.
Opowiadał mi nie tak dawno Janek Pietrzak, że najlepsze występy dla emigrantów dawał w Stanie Wojennym. Wtedy, każda negatywna informacja z kraju niosła im potwierdzenie słuszności decyzji o ucieczce. Oni więc powrót Polski do Europy czy też nasze przyjście ku nim musieli odreagować. Ja zaś myślałem jak wolność swieżo zdobytą i podniesiony niewątpliwie przez dziesięć lat po okrągłym stole i czerwcowych wyborach standard życia utrzymać i zagwarantować.
Tak myślałem. A jednak… Ilekroć przyjdzie mi stwierdzić w tańszych sklepach mięsnych w Warszawie brak mojej ulubionej wołowiny bez kości na befsztyki lub zawahać się w Carrefourze czy kupować ją za niemal trzykroć już wyższą od chwili naszego wejścia do Unii cenę ( z niespełna 30 zł polędwica wołowa kosztuje dziś ponad 80 !) – przypomina mi się tamten śmiech szyderczy. Przecież im idzie tylko o wasze krowy.
Idą ! Są już organizatorzy z LYMEC. Grupy młodzieży z Niemiec, z Francji, ze Szwecji. Tylko: Czechów, Słowaków, Węgrów innych Polaków jakoś nie widać. Impreza jak impreza. Jakaś muzyka, chór prowadzący. Angielski, znałem wtedy jeszcze bardzo słabiutko jednak przez całą drogę ćwiczyłem, aż wkułem na pamięć krótkie przemówienie, przesłanie skierowane do starych unitów. Kasia odnalazła gościa, któremu swoje przybycie anonsowaliśmy. No tak, wiadomo.Jesteśmy mile widziani. Możemy ustawić się blisko estrady, do naszej dyspozycji są pochodnie i flary, ale żeby coś mówić… Byli bardzo zdziwieni.
- No, nie. Nie ma takich uzgodnień. Przemawiać ma dwóch europosłów i bedzie program artystyczny. Nikt scenariusza nie wzrusza. Hm… Trochę mi nawet ulżyło bo ciutkę obawiałem się jak zabrzmię po angielsku. Po Francusku łatwiej powiedziałbym, co myślę o tak pojętej wolności słowa w trakcie swobodnych zgromadzeń.
Idą! Po akademii na placu z udziłem telewizyjnych kamer nie mały już tłum kilkudziesięciu tysięcy osób wyruszył z Placu Kopenhaskiego w stronę Bella Center. Wczesny grudniowy zmierzch zamienił się już w noc. Nad głowami maszerujących wzniosły się płonące pochodnie. Dużo lepsze od tych jakie zdołałem kupić w warszawskim Auchon. Tłum gęstniał. W nim należałem do uprzywilejowanych, dysponowałem bowiem elektryczną tubą na baterie kupioną w zeszłym roku na potrzeby Parady Dionizyjskiej.
Europe United is never divided. Eins, Zwei, Drei.
Europe United is never divided. One Two Three
Skandujemy. Co kilkanaście minut świetnie zorganizowane postoje. Gorącą czekoladą częstowano wszystkich uczestników. Patrzyłem na rozpłomienione twarze, podniecone oczy. Wszystkim, jak to w tłumie opisywanym przez Gustawa Le Bon’a udzielała się emocja zbiorowa.
- „Jednostka w tłumie”, pisał francuski psycholog u progu ery totalitarnej „nie reaguje mózgiem lecz stosem pacierzowym. Suma inteligencji jednostek zgromadzonych w tłumie jest niższa niża średnia inteligencja poszczególnych osób”. Jednak nasza emocjonalna wrażliwość zwiększa się, gdy bodźce odbieramy zbiorowo.
Wychowany już u zmierzchu epoki manifestacji coś wiem o anonimowych politycznych parteitagach, znam atmosferę pochodu pierwszomajowego, a także nastrój pielgrzymki. Patrząc na tych młodych ludzi z pochodniami, na wnuków hitlerowowców (mnóstwo, chyba najwięcej było w tym tłumie Niemców), dzieci pokolenia moich rówieśników wychowanych w czasach małej stabilizacji, zdałem sobie sprawę, że fanatyzm nie jest zarezerwowany tylko dla mniej rozwiniętych społeczeństwjakiejś Korei, Chin czy Rosji już coraz mniej radzieckiej. Przypomniało mi się co wiedziałem o roku 1932 i pierwszych pochodach SA zakończonych antysemickimi pogromami. A gdyby tak, minął ledwie rok od zamachy na WTC, jeszcze jeden, dwa zamachy i ktoś by wskazał potomkom Normanów jakich dziś w całej Europie pełno – nocny sklepik Araba… Czy na haslo pogońmy stąd sprzymierzeńców Bin Ladena nie pochylą się te pochodnie i nowe nie zaploną wnet stosy !?
I dokąd, stawiałem sobie pytanie, ku czemu ten pochód zmierza. Skoro nie widzę ani jedego, poza sobą przedstawiciela krajów wstępujących do Unii. To czym jest ten marsz i ta ogarniająca mnie w Kopenhadze szkopska radość ? To marsz akcesji, czy może triumf aneksji. Radość z pozyskania bez wojny dostępu do taniej siły roboczej, taniej ziemi, tanich, a tłustych krów od chłopa, który o polędwicy wołowej ani słyszał.
- Pan także z Polski ? odezwała się do mnie niska, przystojna, młoda blondynka o niebieskich oczach.
- Tak! Wykrzyknąłem z ulgą, że jednak nie jesteśmy tu sami.
- No nie ! Zdumiała się niemniej niż ja lecz jakoś inaczej zaskoczona. - Ale właściwie to kogo Pan tutaj reprezentuje ?
-Jak to kogo, odparłem: Siebie. Polskę i Siebie. Moją prywatną Fundację Kultura Tutaj Obecna umocowaną przez UKiE, TVPolonia i Ambasadę Polską, która nas tu akredytowała.
-Aha, panienka zdawała się usatysfakcjonowana.
-No ale skąd Pani się tu wzięła i, że się wyrażę Pani słowami, kogo Pani reprezentuje.
- Unię Wolności usłyszałem, a ściśle krakowską młodzieżówkę tej partii. Organizatorem tej manifestacji jest LYMEC tłumaczyła mi dalej, gdym się pytał, czemu nie widzę tu przedstawicieli poszczególnych państw przyjmowanych. To jest Forum młodzieży przy partii europejskich demokratów. Partii ponadnarodowej stanowiącej forum i brukselski lobbing dla ponad 60 organizacji w Europie. W Polsce jedynie młodzieżówka Unii Wolności jest jej członiem. Panienka terkotała z dumą. I w całej Europie wschodniej jeszcze nie wiele doń organizacji należy. Zapewne, kontynuowała są tu jacyś Czescy czy Węgierscy koledzy lecz jeśli są to też nie reprezentują tu siebie lecz ponadnarodową demokatyczną siłę polityczną chcącą być kuźnią kadr dla brukselskiej administracji.
Jakbym się cofnął o stulecie. Spotkał Różę Luksemburg w jakimś 1902, gdzieś w Berlinie i słuchał … o zjazdach II Międzynarodówki !
Marsz prowadzony przez naszych przyszłych brukselskich właścicieli jakoś samoistnie rozwiązał się gdzieś po dwu godzinach w okolicy Centrum, gdzie oczywiście tego tłumu nikt już z politykami szesnastki nie konfrontował. Może zresztą udali się tam jacyś wybrani przedstawiciele. Ściągniętych z całej Europy krzykaczy nikt o zdanie nie pytał. Pochód rozwiązał się przy stacji podmiejskiego metra, z której potwornie zapchanymi wagonikami, gdzie nawet mowy być nie mogło o kupieniu biletu czy karnetu, więc lekko zestresowany – cały nasz polski team bez żadnych komplikacji czy kontroli powrócíł do Centrum.
A potem… Potem już było jak na wycieczce z Alamturem. Ktoś się zgubił, ktoś znalazł. Ktoś kazał na siebie czekać narzeczonej. Jakaś para się rozpadła, a inna dobrała. Jednak o oznaczonej godzinie dotaliśmy całym autobusem na Prom, który w tę stronę wiózł nas do Szczecina już bezpośrednio z Kopenhagi. Na promie zaś jak to na promie: tańce, hulanki, swawole. Na gwiazdkę byliśmy w Warszawie.
CLV – Z Kaczyńskim na gwiazdkę w „przedszkolu”
Tagi: Opis Obyczajów, Unia Europejska








[...] portrety ludzi. « Rozdz. CII – Waldemar Dąbrowski czyli jak gonić króliczka Rozdz. CIV – Bella Center czyli ryczenie krów. [...]
[...] Teatr to miejsce spotkania: zawartość Historia XV lat Konkursu Teatrów Ogródkowych (1992-2006) to kanwa "Opisu Obyczajów w 15-leciu Międzysojuszniczym: 1989-2004". Teoria estetyczna, praktyka polityczna, obyczaje kulturalne. Sztuka, media, pieniądze. Opisy spektakli, relacje zdarzeń, portrety ludzi. « Rozdz. CIV – Bella Center czyli ryczenie krów. [...]
Ψ
Psychologia.XMC.PL Typy Cechy Osobowości Psychologia Manipulacja Zachowanie Ludzi…
Już początek staje się magiczny. Mianowicie wspomnienia Yui i Ui, święta. Ui wspomina swój pierwszy prezent, który dostała od siostry– śnieg. Może był to puch z poduszki, lecz nawet na widok puszku przypominającego trochę śnieg można się ucieszyć. Nast…