Rozdz. XII. Widzowie bardzo wierni

Wszystko można o mnie powiedzieć, ale przecież nie to, że zauważam ludzi. No może jeszcze ludzi tak, gdy mowa o nich w zbiorowości, w ogóle, we wspólnocie, ale wszak nie poszczególne osoby, których po pierwsze nie poznaję. Podaj mi swój wzrost, wagę, rok urodzenia – jakąkolwiek liczbę, byle nie imię czy nazwisko, których nie spamiętam. Nie mam również pamięci do twarzy.

Tu jestem nieodrodnym synem ojca, który opowiadał mi jak po premierze filmowej „Szyfrów” Hasa ( wg. opowiadania i scenariusza A. Kijowskiego) rozmawiając na popremierowym koktajlu z grającą w tym filmie główną rolę, porte parole mojej babki ( Żeglikowskiej z domu) - Ireną Eichlerówną zupełnie nie mógł sobie przyomnieć skąd zna twarz tej rozcharakteryzowanej damy. Na pytanie jak mu się film podoba powiedział jej, że średnio, a już najbardziej to drażniła go aktorska maniera … Eichlerówny!

Takie męki przeżywam codziennie niemal. Pamiętam zdarzenia, utwory, konteksty – tylko nazwiska jakoś uciekają mej uwadze. Jednak do czasu. W którymś momencie ludzie stają się dla mnie bardzo ważni. W którym ? – Chyba wtedy, gdy przestają być elementami ukadanki, gdy czuję, że chodzi im o to samo, gdy widzę jak tworzą, jak rozumieją swoją rolę.

Zacząłem odbierać w domu telefony bywalców. Ktoś kazał się tytułować Wujem, nosił rzadkie nazwisko Żeglikowski. Tak jak mój pradziad opisany przez Seniora w „Dziecku przez ptaka przyniesionym” jako właściciel Powozowni w Krakowie. Pod tym nazwiskiem pisywałem zresztą w Stanie Wojennym w paryskim „Kontakcie” – trudno nie zapamiętać zatem imigrantów z Krakowa.

od lewej: p. Żeglikowska, Wojtek Dąbrowski, p. Żeglikowski

Państwo Dąbrowscy nazwisko mają za to bardzo popularne. Pojawili się na Ogródku  dawno,  jeszcze w Starej Dziekance.

Mniej znającym Warszawę podpowiem, że tzw. „Stara Dziekanka” to wewnętrzne podwóreczko Domu Akademickiego studentów szkół artystycznych mieszczącego się na Krakowskim Przedmieściu na tyłach Pomnika Mickiewicza. Tuż koło Kościoła Karmelitów i Pałacu Prezydenckiego – Namiestnikowskim niegdyś zwanego. To tu w 1988 roku z galeryjki nad drewnianymi podcieniami oglądałem reżyserowane bodaj przez Piotra Cieślaka przedstawienie „Snu Nocy Letniej” wykonane przez studentów PWST z rocznika Edyty Jungowskiej. Drugie ( po sycylijskim) moje ważne doświadczenie plenerowe.

Wracając do Dąbrowskich. Początkowo Pani Ewa wydawała się ważniejsza. Bardzo aktywna. Tak,  to musiał być ’95 rok – nadchodziły drugie wybory Prezydenckie. Pamiętam, że Pani Ewa zaangażowała się wtedy jako rzeczniczka kandydatującego na Prezydenta twórcy jednej z pierwszych prywantych szkół biznesu Tadeusza Koźluka. Bardzo spodobało jej się „moje” w Dziekance miejsce  i zapragnęła zorganizować na jej dziedzińcu   konferencję prasową. Kampania prezydencka trwała krótko, była chyba jednak dobrą promocją szkoły, która od tego czasu zdaje rozwijać się znakomicie. Rozpoznawałem panią Ewę też jako wydawcę, przypominam sobie jakieś rozmowy z wydawnictwem „Trio” nt. redagowania serii teatralnej. Nawet jakiś wykonany (oczywiście con amore) projekt.

Czy mam dodawać, że nic z tych planów nie wyszło… Przynajmniej dla mnie, którego konspektami dyski komputerowe są zawirusowane.

Widoczna więc była Panie Ewa. Wojciech, jej mąż – matematyk,  zdawał się normalny. Do chwili, gdy nie zaczęły się śpiewy.

Tagi: , ,

Dodaj odpowiedź

Musisz się zalogować aby dodać komentarz.