To znaczy nie tak bezpośrednio. Nie zapomiajmy, że byłem bez pracy. Taki sobie drobiażdżek … Wszystko, co robiłem dotąd w sprawie ogródków jakoś łączyło się z moimi pracami. Narodziły się radnemu. I dziennikarzowi. Potem zamawiano je w mojej firmie „Media ATaK”, firmie, która poza tym miała jeszcze inne zlecenia producenckie dla TV. Ale około 1998 roku kontrakty się skończyły. Czerwoni wzięli telewizję publiczną. Czarno-różowi przemieszni z pampersami opanowali PolSat Solorza od licznych paszportów. No a życiorys Mariusza Waltera – twórcy TVN a w latach gierkowskich głównego realizatora „propagandy sukcesu” w Studio 2 czasów Macieja Szczepańskiego – mówi sam za siebie.
Wspominałem już, że w latach 1996 – 1997 produkowaliśmy programy dla KBN-u. Pierwsze cztery odcinki wyemitowała TVPOLONIA, potem jeszcze uratował mnie Bogusław Pampers Chrabota z POLSATU, który przyjął do emisji ostatnie filmy zrealizowane dla KBNu.
Wskazał zresztą od razu firmę montażową nijakiego pana Górskiego, który na komórce miał nagrany komunikat pół żartem, pół serio głoszący, że połączyliście się oto ze służbami MOSAD-u. Przy okazji dowiedziałem się co to takiego, bo jakoś obijało mi się o uszy lecz szczerze mówiąc lepiej co to jest CIA czy KGB – wiedziałem[1]… Współwłaścicielką jego firmy okazała się zaś żona słynnego posła Kozakiewicza z PSL-u. Było kulturalnie acz chłodno. Rzucało się w oczy, że reprezentujemy zgoła różne światy. Telewizja publiczna też się zamykała. Następowała koncentracja. Z kilkuset producentów wykonawczych za czasów Walendziaka i Terleckiego ustawionych na podobych pozycjach jak moja „Media ATaK”, w telewizji Kwiatkowskiego pozostało bodaj czterech z „Heritage” Lwa Rywina na czele.
Jeszcze próbowałem: Adam Manikowski został szefem Bibliteki Narodowej już, już byliśmy umówieni na jakiś film o Bibliotece. Zdzisław Podkański, któremu ówczesny rząd oddał w pacht kulturę odwołał Adama. I to z jakimiś bezsensownymi pomówieniami. Zaczynało się…
No ale przyszedł Ogródek. Dotacja. Jakoś z najwyższym trudem związałem koniec z końcem. Trzeba pamiętać, że kosztorysy albo nie uwzględniały mojego honorarium, albo było ono symboliczne i trwało krótko – miesiąc czy dwa, tyle ile trwania imprezy. A czas przygotowań ? – Na to już trzeba było innej pracy. Owszem zaczynałem rościć nawet do sześciu miesięcy przygotowań. Ale ostatecznie zawsze na to nie starczało. Zresztą kosztorys i tak nigdy nie mógł uwzględniać tzw. kosztów pośrednich: czynszu. telefonów, obsługi księgowej.
We Francji jest inaczej. We Francji, ktoś kto jak ja otworzy Fundację ma pensję z Ministerstwa Kultury i Komunikacji, a także zwrot kosztów stałych. I tak się dzieje w kraju, w którym poza tym istnieje sponsoring. Czegoś takiego nie ma na wczesnym etapie polskiego kapitalizmu, który z racji oczywistych zapóźnień po prostu jeszcze nie zszedł z drzewa.
Po WOKu ( Szpitalu Świętego Ducha) i ósmym czyli pierwszym „szwajcarskim” ogródku pracę ofiarowała mi Jola Kessler-Chojecka. Zostałem redaktorem Centrum Prasowego PAI przy Bagateli. To była przemiła praca. Uroczy ludzie. Trafiona chyba w sedno moich kompetencji. Przez moment miałem nadzieję, że znajdę tam swój azyl. Równolegle prowadząc teatry mógłbym tam funkcjonować ku pożytkowi swojemu i innych. No ale pożytku mało kto w tym kraju myśli, a najmniej szajka, na której czele stoi Krzysztof Czabański z Krzysztofem Wyszkowskim. (Tak, tym niedokształciuchem od J.K.Bieleckiego, który dziś kompromituje Polski Sierpień biegając z pseudo-lustracyjną siekierką za Lechem Wałęsą).
Przyznam szczerze, że się na nich nabrałem. Ale nie o złym charkterze, nielojalności, braku solidarności formacyjnej czy wręcz kunktatorstwie Czabańskiego czy Wyszkowskiego mowa. Pracę w PAI podjąłem dwa miesiące przed wyjazdem do Francji i mimo sukcesu jakim była organizacja wizyty w Polsce tłumaczy z języka polskiego na rosyjski, całkowicie sfinansowanej przez Ministerstwo Kultury, nagrania filmu, oszczędności – zostałem zwolniony z upływem okresu próbnego. Czabański, osadzony właśnie na stanowisku prezesa PAI, dobrze mi wszak znajomy i doprawdy nie mający powodów by mnie nie lubić czy nie szanować, niedawny likwidator PAP, musiał jak się do kogoś wyraził ciać po skrzydłach…
„Kto mi dał skrzydła, kto mię odział pióry …”
Francuskie stypendium trwało miesiąc. Pod sam koniec wieku. Rok 1999. Pamiętamy słynną pomyłkę Słowackiego. Lecz magia cyfr jest większa. Wieża Eiffla była oświetona już była na przyjęcie III tysiąclecia.
Wszystko: od systemu windows po program kultura nazywać się musiało dwa tysiące. Byłem pewnie jedną z pierwszych osób w Polsce, które o programie Kultura 2000 się dowiedziały.
Z krótkiego dyrektorowania Elektoralną wyniosłem wizytę u Ambasadora Francji w sprawie współpracy, a z niej ( zamiast sponsora na Vallée Suisse ) – inwestycję w siebie czyli miesięczne stypendium do Paryża. Francuzi to jednak mili i konkretni ludzie.
To znaczy nie tak bezpośrednio. Nie zapomiajmy, że byłem bez pracy. Taki sobie drobiażdżek … Wszystko, co robiłem dotąd w sprawie ogródków jakoś łączyło się z moimi pracami. Narodziły się radnemu. I dziennikarzowi. Potem zamawiano je w mojej firmie „Media ATaK”, firmie, która poza tym miała jeszcze inne zlecenia producenckie dla TV. Ale około 1998 roku kontrakty się skończyły. Czerwoni wzięli telewizję publiczną. Czarno-różowi przemieszni z pampersami opanowali PolSat Solorza od licznych paszportów. No a życiorys Mariusza Waltera – twórcy TVN a w latach gierkowskich głównego realizatora „propagandy sukcesu” w Studio 2 czasów Macieja Szczepańskiego – mówi sam za siebie.
Wspominałem już, że w latach 1996 – 1997 produkowaliśmy programy dla KBN-u. Pierwsze cztery odcinki wyemitowała TVPOLONIA, potem jeszcze uratował mnie Bogusław Pampers Chrabota z POLSATU, który przyjął do emisji ostatnie filmy zrealizowane dla KBNu.
Wskazał zresztą od razu firmę montażową nijakiego pana Górskiego, który na komórce miał nagrany komunikat pół żartem, pół serio głoszący, że połączyliście się oto ze służbami MOSAD-u. Przy okazji dowiedziałem się co to takiego, bo jakoś obijało mi się o uszy lecz szczerze mówiąc lepiej co to jest CIA czy KGB – wiedziałem[1]… Współwłaścicielką jego firmy okazała się zaś żona słynnego posła Kozakiewicza z PSL-u. Było kulturalnie acz chłodno. Rzucało się w oczy, że reprezentujemy zgoła różne światy. Telewizja publiczna też się zamykała. Następowała koncentracja. Z kilkuset producentów wykonawczych za czasów Walendziaka i Terleckiego ustawionych na podobych pozycjach jak moja „Media ATaK”, w telewizji Kwiatkowskiego pozostało bodaj czterech z „Heritage” Lwa Rywina na czele.
Jeszcze próbowałem: Adam Manikowski został szefem Bibliteki Narodowej już, już byliśmy umówieni na jakiś film o Bibliotece. Zdzisław Podkański, któremu ówczesny rząd oddał w pacht kulturę odwołał Adama. I to z jakimiś bezsensownymi pomówieniami. Zaczynało się…
No ale przyszedł Ogródek. Dotacja. Jakoś z najwyższym trudem związałem koniec z końcem. Trzeba pamiętać, że kosztorysy albo nie uwzględniały mojego honorarium, albo było ono symboliczne i trwało krótko – miesiąc czy dwa, tyle ile trwania imprezy. A czas przygotowań ? – Na to już trzeba było innej pracy. Owszem zaczynałem rościć nawet do sześciu miesięcy przygotowań. Ale ostatecznie zawsze na to nie starczało. Zresztą kosztorys i tak nigdy nie mógł uwzględniać tzw. kosztów pośrednich: czynszu. telefonów, obsługi księgowej.
We Francji jest inaczej. We Francji, ktoś kto jak ja otworzy Fundację ma pensję z Ministerstwa Kultury i Komunikacji, a także zwrot kosztów stałych. I tak się dzieje w kraju, w którym poza tym istnieje sponsoring. Czegoś takiego nie ma na wczesnym etapie polskiego kapitalizmu, który z racji oczywistych zapóźnień po prostu jeszcze nie zszedł z drzewa.
Po WOKu ( Szpitalu Świętego Ducha) i ósmym czyli pierwszym „szwajcarskim” ogródku pracę ofiarowała mi Jola Kessler-Chojecka. Zostałem redaktorem Centrum Prasowego PAI przy Bagateli. To była przemiła praca. Uroczy ludzie. Trafiona chyba w sedno moich kompetencji. Przez moment miałem nadzieję, że znajdę tam swój azyl. Równolegle prowadząc teatry mógłbym tam funkcjonować ku pożytkowi swojemu i innych. No ale pożytku mało kto w tym kraju myśli, a najmniej szajka, na której czele stoi Krzysztof Czabański z Krzysztofem Wyszkowskim. (Tak, tym niedokształciuchem od J.K.Bieleckiego, który dziś kompromituje Polski Sierpień biegając z pseudo-lustracyjną siekierką za Lechem Wałęsą).
Przyznam szczerze, że się na nich nabrałem. Ale nie o złym charkterze, nielojalności, braku solidarności formacyjnej czy wręcz kunktatorstwie Czabańskiego czy Wyszkowskiego mowa. Pracę w PAI podjąłem dwa miesiące przed wyjazdem do Francji i mimo sukcesu jakim była organizacja wizyty w Polsce tłumaczy z języka polskiego na rosyjski, całkowicie sfinansowanej przez Ministerstwo Kultury, nagrania filmu, oszczędności – zostałem zwolniony z upływem okresu próbnego. Czabański, osadzony właśnie na stanowisku prezesa PAI, dobrze mi wszak znajomy i doprawdy nie mający powodów by mnie nie lubić czy nie szanować, niedawny likwidator PAP, musiał jak się do kogoś wyraził ciać po skrzydłach…
„Kto mi dał skrzydła, kto mię odział pióry …”
Francuskie stypendium trwało miesiąc. Pod sam koniec wieku. Rok 1999. Pamiętamy słynną pomyłkę Słowackiego. Lecz magia cyfr jest większa. Wieża Eiffla była oświetona już była na przyjęcie III tysiąclecia.
Wszystko: od systemu windows po program kultura nazywać się musiało dwa tysiące. Byłem pewnie jedną z pierwszych osób w Polsce, które o programie Kultura 2000 się dowiedziały.

Krzysztof Pomian
I znowu jakieś ruchy pozorne. Ważna rozmowa z poznanym jeszcze w ’84 roku Krzysztofem Pomianem. Wtedy przeczytał moją książkę, wysoko ocenił i kazał studiować Foucaulta – co wykonałem i co bardzo mi się przydało. Przyjaciel Małgosi Szpakowskiej, która towarzyszyła moim intelektualnym inicjacjom ma ten rodzaj inteligencji bezpośredniej, która łączy w sobie przenikliwość z otwartością niemal absolutną. Należy bowiem do tego gatunku osób do których zaliczam i Seniora ale także, co dziwne – Jarosława Kaczyńskiego, że odnalazłszy porozumienie intelektualne, zwraca się do partnera niezwykle osobiście, aż biegnąc za własną myślą nie bierze wprost pod uwagę, że nie spotka się ze zrozumieniem. Senior, Kaczyński czy Pomian reprezentują bowiem ten rodzaj „jajogłowych”, dla których intelektulane porozumienie jest jedyne i przesłania wszelkie więzi emocjonalne. Otóź ten reklamujący się jak Carlsberg: ” pewnie najwybitniejszy pomiędzy Francuzami Polak z grona emigracji ’68″ wysłuchawszy moich rojeń o ożywieniu Doliny Szwajcarskiej zawyrokował krótko: - To być nie może. Gdybym był merem Warszawy nigdy bym się nie zgodził by zakłócać ciszę w Centrum Miasta. Historyczna tradycja nie ma tu żadnego znaczenia: Tam ma być spokój. Szkoda, że nie rozmawialiśmy po francusku: – Il faut que L’ordre règne à Varsovie – lepiej by zabrzmiało.
No cóż, słowa Pomiana okazały się prorocze. Ciekaw tylko jestem czasami czy to proroctwo wynikało z analizy warunków obiektu czy oceny subiekta ? Czy gdybym był np. krewnym szefa banku Bize, którego jak już wspominałem, bardzo mi polecano lub choćby autentycznym, a nie przyszywanym kuzynem Olgi Scherer – późniejszy dyrektor brukselskiego „Muzeum Europy” – taką samą postawiłby dla mych planów diagnozę ?
A przecież Francja sprzed piętnastu lat, Paryż roku ’84 czegoś powinien mnie był nauczyć. Tam nagle ludzie stawali się tak solidarnie szczerzy. Wspominałem już rozmowę z Ludwikiem Stommą wyjęta wprost ze „Straconych Złudzeń”, gdy autor „Żywotów Zdań Swawolnych” niczym doświadczony Rastignac poczał wielkiego człowieka z prowincji jakim wtedy się czułem. Powinienem był wiedzieć na kogo nie liczyc wcale, a kto mnie wspomóc może. No tak, ale opieka wspaniałego misjonarza księdza Józefa Sadzika,

ks. Józef Sadzik
to możliwość poznania jeszcze w ’75 roku Czesława Miłosza na zorganizowanym dla amerykańskiego poety spotkaniu siedzibie Pallotynów. Wsparcie księdza Zenona Modzelewskiego to jakis nocleg i śniadanko na Surcouf. Dzieki uwadze młodszego już nieco ode mnie, księdza Mariana Faleńczyka – twórcy Foyer Jean Paul II na Lourmel i nowej jego siedziby pod Paryżem – miałem gdzie mieszkać, a nawet na staż w paryskim Conservatiores znalazło się dla mnie chude stypendium.
Jednak Pallotyni to nie Corpus Dei. Nie tędy też droga do zdobywania szwajcarskich terenów. Pewnie nie umiałem szukać. Zabrakło determinacji. Choćby dla jeszcze jednej drogi, o której Stomma nie wspominał. Drogi żywcem z Balzaca, z której skorzystał Adam Zagajewski, a i mój imiennik Janusz Kijowski, którego brukselskiej kariery w latach ’80 tych jako wykładowcy tamtejszej szkoły filmowej tak długo nie mogłem zrozumieć. A droga prosta i przede mna kilkakaroć stająca otworem. Po raz ostatni, gdy po pallotynskim stypendium w ’87 roku w paryskim Concervatore całkiem niemłoda teatrolożka ale zaakomodowana już we Francji, zaprzyjaźniona z Anne Uberswelde, Veinsteinem i moją Olgą Scherer, z posadą w Nanates, studiem w Paryżu, wynajmowanym mieszkaniem w Krakowie – odprowadzała mnie aż na próg wolnego świata, gnała za mną, aż pod Bonn, pewnie bym przemyślał postanowienie powrotu „na kamienne łono ojczyzny”. Tak, tak… Wystarczyło otworzyć szerzej ramiona, gdzieś pod Kolonią w Remagen…
Cóż, albo nie byłem dość cyniczny, albo nie miałem wystarczającej motywacji skoro w Polsce czekała z secesyjną lampą jako jedynym posagiem pewna piękna i młoda przyszła matka mych córek. No i nie byłem jeszcze obłąkany Konkursem Teatrów Ogródkowych. Ideą Festiwalu, o którym teraz w 1999 opowiem znanemu jeszcze z mieszkania Haliny i Jana Zelników Andrzejowi Sewerynowi.
Societariusz Komedii Franuskiej naturalnie poparł ideę umiędzynarodowienia Teatrów Ogródkowych w Festiwal Odzyskanych Narodów, którym chciałem uczcić rok polski we Francji. Wtedy też nawiązałem kontakty z L’AFAA ( Francuską Agencją Działań Artystycznych) , ba nawet rozmiałem na ten temat z panią minister kultury i komunikacji. Odwiedziłem też wspominany już Brest. I Fesiwal Filmów Krótkometrażowych.
Zacząłem nauczać – wszędzie głosiłem już ideą międzynarodowego Festiwalu Théâtre de Guinguettes.

Konferencja prasowa w normandzkim Brześciu
Ileż ona miała wcieleń ! Zaczęło się chyba od wymyślonej wraz z Maciejem Domańskim w czasie „epizodu Elektoralna” koncepcji festiwalu Wisła Żywa.
Ze współpracy z Domańskiem wiele nie wyszło. On przez te pół roku naszej kolaboracji tak naprawdę czekał na objęcie Biura Współpracy z Zagranicą. Ja po tym jak AWS z „moimi” Gieleckim i Rayzacherem przegrali w Sejmiku Wybory stałem na pozycji straconej. Pokombinowaliśmy, popisaliśmy. Domański swoją ideę Festiwalu w dwa lata później przekształci w łódzkiFestiwal Czterech Kultur. Po moim odwołaniu udzieli mi za to jednej ważnej życiowej lekcji. Spotkaliśmy się na piwie, a tam powiedział. – No cóż Panie Andrzeju – nie wyszło jak to w życiu. Spotykam się z Panem, bo zawsze spotkać się trzeba. Nie wiadomo kiedy i gdzie jeszcze wpadniemy na siebie. Może Pan będzie moim szefem, czy ja pańskim. Jedno radzę: żadnych wywiadów. Jak mnie odwoływali z II Programu, pisali świństwa. Gryzłem palce ale milczałem. Dzięki temu mogę być dziś kandydatem do Rady Nadzorczej TVP. I odtąd komórka jego zamilkła. Mimo, czy właśnie dlatego że znów odwróciły się role: wkrótrce on został szefem Biura Wspólpracy z Zagranica TVP – propozycji naturalnie, żadnej mi nie złożył.
A ja… Szukałem pracy. Startowałem w konkursie na dyrektora Instytutu Polskiego w Paryżu. Napisałem z tej okazji małą rozprawkę o polskiej emigracji i zaproponowałem festiwal rozgrywający się bilateralnie w Warszawskiej i paryskiej Dolinie Szwajcarskiej. Bo w czasie tego miesiąca
paryskiego wychodząc z Instututu Polskiego przy Rue Gujon, na rogu Cour de Reinne i av.Kennedy trafiłem nagle na … Valée Suisse.

Uznałem to naiwnie za zrządzenie losu. Biegałem po Paryżu, potem nawet korespondowałem z merostwem. Dowiedziałem się tyle, że w Paryżu są dwa ogrodowe skwery nazwane dolinami szwajcarskimi. Powstanie każdego z nich łączy się z wystawami światowymi. Ten na Cour de Reinne powstał w 1890 rok, drugi na Polach Marsowych: pod wieżą Eiffla w 1900.

Dolina Szwajcarska w Paryżu
Myślałem już wtedy o umiędzynarodowieniu imprezy. Bezskutecznie starałem się kogoś moja ideą zainteresować. Skoro Andrzej Seweryn podpisał mi declaration d’intention, więc gdy wróciłem do Polski, a Czaban mnie zwolnił z PAI-u, pisałem elaboraty, biegałem jeszcze między Solidarnością, Senatem Alicji Grześkowiak by festiwalem uczcić nadchodzącą właśnie 20 rocznicę powstania Solidarności.
W trakcie IX Konkusu, po raz drugi odbywającego się w Dolinie wyśledziłem też wzmiankę o spotkaniu Geremka z niemieckim ministrem spraw zagranicznych i sformułowaniu idei organizowania Pikników europejskich. W to mi graj – rzuciłem ! I natychmiast dostosowałem projekt do nowej idei. Kolejną wersję projektu „Pikników Europejskich” sygnowałem Fundacją i … cała sprawa utknęła (jak mnie spławiano miesiącami) – w tzw. uzgodnieniach międzyresortowych. Nie wiem skąd wziął się pomysł. Kto to wymyślił, kto zaprzepaścił. Czemu do tego tematu mimo mego akcesu nigdy nie wrócono ?
W tym czasie jednak Miasto czyli Prezydent Warszawy organzował konkurs na nowy kształt Warszawskich Spotkań Teatralnych. Wystartowałem. Proponując po raz enty letni festiwal w centrum Europy. Festiwal w znacznej części plenerowy. Zwrócony do turystów zachodnich, prezentujący sztukę wschodniej i północnej Europy.
Koncepcja została lepiej dopracowana. I choć zawsze miałem poczucie pewnej „literackości” mych wywodów, to jednak – i to w dużej mierze dzięki współpracy z Maciejem Domańskim – moje projekty zdawały się nawiązywać kontakt z rzeczywistością.
Idea Warszawskiego Festiwalu bez wątpienia narodziła się w moim gabinecie na Elektoralnej w rozmowach z Maciejem Domańskim i Krystynem Weremowiczem, z Andrzejem Urbańskim i Januszem Piechocińskim, których powołałem tam w skład Rady Programowej. Pomysł polegał na tym, by wszytkim letnim imprezon – takim jak mój Ogródek ( a nie było ich w końcu w Stolicy zbyt wiele) – nadać wspólną oprawę, reklamę no i tchnąć w nie duszę. Tyle, że o tej ostatniej urzędnicy nie słyszeli.
Od tamtej chwili widmo festiwalu krąży nad Warszawą. Wszystkie kolejne ekipy rzucają się na nią i … kończy się na wyścigu nazw. Cała Warszawa. Niezwykła Warszawa, Zakochaj się w Warszawie. Na słupach Warexpo za panowania wiceprezydenta Miklińskiego pojawiły się ogromne plakaty w formacie A-0, na których spisano wszystkie letnie imprezy … jakoś tylko o Konkursie Teatrów Ogródkowych w Dolinie Szwajcarskiej zapominając.
Nie ważne przecież co się zrobi ale kto kasztany z ognia wyciągnie.
Przyznam, że nie do końca rozumiem o co tu chodzi. Czy tylko o urzędniczą próżność ? Kiedy jeszcze w 2002 roku Kaczyński wygrał prezydentuę Stolicy i było juź wiadomo, że Andrzej Urbański zostanie kulturalnym wiceprezydentem: przy pierwszym spotkaniu rzucił: dawaj festiwal. Otrzymał następnego dnia: druk wielokrotnie już adoptowany. I – nigdy się doń nie odniósł. Córkę Rabina czyli Małgosię Naimską mianowawszy dyrektorem Biura Kultury, zaproponował mi w pierwszym odruchu Muzeum Miasta Historycznego Warszawy, z którego już profesor Durko odchodził, a które nb. jest także siedzibą Lapidarium. Ale rozpoznawszy układ – do tego tematu też już nie powrócił.
Z punktu widzenia władzy ludzie, publiczność ważni są bowiem tylko w kontekście wyborów. Wtedy trzeba coś rzucić masom. Coś co przełoży się na wynik. Czasem pozytywny jak stworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego czasem negatywny – jak skojarzenie przeciwnika politycznego z dziadkiem z Wehrmachtu. Można też wspomniec i o festiwalu. Na codzień nie liczy się głos ludzi. Na codzień ważne są kręgi opiniotwórcze. Kapelusz dla pani redaktor czy pani dyrektor. Etat dla żony burmistrza. Gabinet, w którym można spotykać się z poplecznikami. Wreszcie – pieniądze.
CDN
[1] Mosad to izraelska służba wywiadowcza, której oficjalna nazwa brzmi: Instytut do Spraw Wywiadu i Zadań Specjalnych (po hebrajsku Ha-Mossad le-Modiin ule-Tafkidim Meyuhadim). Mosad odpowiada za zbieranie informacji wywiadowczych, tajne akcje i działania antyterrorystyczne w Izraelu i wszędzie tam, gdzie zagrożone są interesy państwa żydowskiego.
Share on Facebook
Tagi: Dolina Szwajcarska, Opis Obyczajów, Urbański
Ten wpis został opublikowany środa, 12 Sierpień 2009 o 22:31 i jest zaszufladkowany do kategorii Opis Obyczajów. Możesz śledzić wszystkie odpowiedzi do tego wpisu poprzezkanał RSS 2.0.
Możesz dodać odpowiedź lub trackback ze swojej strony.
[...] ) tyle że Europy, znajdował się wśród zaproponowanych teraz przeze mnie prezydentowi nazw. Opowiadałem już o tym. Rzecz nie w tytułach. Tych jest ci u mnie dostatek. Mój imiennik Janusz Kijowski, któremu [...]