Wpisy otagowane ‘Gelberg’

Rozdz. CV – Lech Kaczyński plus Janusz Pietkiewicz równa się – Całe to Bizancjum

czwartek, 3 Grudzień 2009

poprzedni pierwszy następny

Udział w tym „rykowisku” pod Bella Center 13 grudnia 2002 nie był to wcale koniec mych zatrudnień owego roku. Wszakże ku memu zdumieniu nie żaden Olechowski lecz „moi” przyjaciele Lecha Kaczyńskiego znaleźli się w mieście u władzy. Andrzej Urbański został zastępcą prezydenta miasta ds. kultury. Od pierwszych dni grudnia pełniłem funkcję jego nieformalnego doradcy.

Wszyscy uważali, znając nasze relacje, że wkrótce obejmę jakąś ważną w mieście posadę, a przynajmniej moje ogródki urosną do należnych rozmiarów. Gdy sobie dziś przypominam nasze ówczesne relacje muszę przyznać Urbańskiemu, że wyraźnie chciał ze mną pracować i skorzystać z doświadczenia, także samorządowego, którym dysponowałem. Przypominam sobie nasze spotkania jeszcze na placu Konstytucji, gdzie po wygranych wyborach lecz jeszcze przed wkroczeniem na Miodową do Urzędu Miasta miał gabinet.

- Dawaj festiwal, powiedział mi pierwszego dnia. Dałem. Poczem nigdy już do tematu nie wrócił. Potem, odkrywszy zasiedzenie profesora Durki, który zresztą wnet po 50 latach piastowania tej funkcji zdecydował się odejść na emeryturę ,  zastanawiał się czy nie powierzyć mi Muzeum Warszawy do którego m.in. należy staromiejskie Lapidarium. Wnet jednak stwierdził, że wokół obsady tego stanowiska zbyt wielkie panuje wśród varsavianistów zdenerwowanie. Tylko posady szefa biura kultury ani przez moment mi nie proponował konsultując ze mną jedynie, jak już wspominałem kolejne, stuprocentowo koszerne warianty. Zorientowałem się wnet, iż Andrzej musiał poczuć jakiś nieprzewidywany dotąd opór. Okazało się, że wbrew pozorom nie jestem wcale tak dobrze osadzony w środowisku. Nie tak organicznie jak pewnie sądził. Owszem Senior był i pewnie pozostaje autorytetem dla kręgów Gazety Wyborczej i Okolic Tygodnika Powszechnego. Ja z wiekiem coraz bardziej – „wyrodny”…  Tyle, że po śmierci – atencja nic nie kosztuje… Gdyby jednak żył ? Gdyby tej wolności doczekał ? Czy w rządzie Mazowieckiego, zamiast Cywińskiej likwidowałby przywileje dla plastyków, którym komuna przydzielała pracownie (często na niezłe mieszkania) i kategoryzował teatry czy może byłby dziś wyklęty i na marginesie?  „Pan to jest takie „dziecko przez ptaka przyniesione”…” ostrzegała wszak Seniora w ’68 roku pogardzana Halina Auderska[1]. Ojciec pisał o niej, że „głupia baba i najpodlejsza na świecie” [2] – czy aby się nieco nie mylił ?

Po prawdzie nie wiem czy problem jest we mnie czy w środowisku samym. We mnie, jak mi często zarzucają, w jakichś moich nietaktach, nadmiernych szczerościach, może braku wdzięku, w tym, że jak mi to kiedyś dosadnie powie Urbański: nie buduję układu. Inaczej – nie budzę sympati.   Czy jednak chodzi po prostu o środowisko? O to, że ci, którzy tworzą opiniotwórcze kręgi artystycznej Warszawy dobierają się wg klucza, w którym nie ma miejsca dla czysto polskiego inteligenta,

syna pisarza pochodzącego z Krakowa.

Andrzej Urbański
Andrzej Urbański

Wyobrażał sobie Andrzej, że będę tą osobą, która zapewni Prezydentowi Kaczyńskiemu dobre relacje ze środowiskiem artystycznym.

- Zacznijmy od wigilii zaproponowałem, niech spotkanie ma tę aurę jaką gwarantuje duszpasterstwo środowisk twórczych i ks. Wiesław Niewęgłowski. Bardzo się to Jędrkowi spodobało.

- Tylko bez pompy prosił, najskromniej, wręcz w jakimś domu dziecka byłoby najstosowniej. Dom Dziecka, domem dziecka ale znalazłem miejsce idealne. Lokal Muzeum Historycznego M.st. Warszawy, który jest dość ciepły no i nic nie kosztuje Prezydenta bo to lokal miejski. W czasie gdyśmy z Kasią bujali po Danii, druga moja pracowniczka pani Iza Pieczykolan siedziała w Urzędzie Miasta pracując nad przygotowywaniem Wigilii. Tu już nie obyło się bez zgrzytów. Najpierw duszpasterz Środowisk Twórczych X. Wiesław – pleno titulo, którego umówiłem na uroczystość obraził się, że pominąłem mu dra przed nazwiskiem tytułując prezydenta Kaczyńskiego profesorem. Z tym poradziliśmy sobie przy pomocy Ani Jedlińskiej poprawiając w firmie Cezan zaproszenie w jedną noc. Jednak w czasie mego pobytu w Kopenhadze urzędnicy z Januszem Pietkiewiczem na czele dowiedzieli się o wigilijnych planach. No i zaczęło się, jak je po czterech latach odchodząc ze stanowiska Kanclerza Rzeczpospolitej Urbański określi: „całe to Bizancjum”.

Janusz Pietkiewicz to potęga. Impresario nie znający granic rozmachu. Skądinąd człowiek miły, obyty, znający języki z włoskim na czele. No i ma wdzięk. W obronie jego posady w Mieście dzwonili jak mi relacjonował Urbański wszyscy: od Kurii po Gminę czy postkomunę, z której to rąk dwukrotny szef Opery Narodowej, dziś jeden z kandydatów na fotel Telewizji Publicznej, późniejszy wreszcie już za Kaczyńskiego nowożytny Muchanow czyli Dyrektor Miejskiego Biura Teatrów stanowisko w strukturze miejskiej w jakimś 1999 roku otrzymał.

Janusz Pietkiewicz

Janusz Pietkiewicz

Nie szło z nim walczyć. Więc przeniesiono całą imprezę na Zamek Warszawski z elementami dekoracji i zaprojektowanymi do Muzeum Historycznego występami. Piękna instalacja anielska i artystyczna choinka wykonana przez Grzegorza Stachańczyka oraz występ grupy Pod Górkę

z fragmentami Schillerowskiej „Pastorałki”. „Kolęda na 4 głosy” zupełnie z innej niż zamkowa były bajki, ale po to się miesza, by namieszać.

Monika Świtaj, Wojciech Machnicki i Stanisław Górka

Monika Świtaj, Wojciech Machnicki i Stanisław Górka

Namieszali więc urzędnicy tak skutecznie, że ludzi też przyszło niewiele. Staszek Górka z Moniką Świtaj dokonali cudu radząc sobie jednak z koszmarną akustyką Zamkowej Sali Wielkiej, a pan prezydent Kaczyński … zachorował na gardziołko pozostawiając Urbańskiemu pełnienie honorów domu na tej  artystycznej Wigilii. Kolejna zmarnowana szansa i niepotrzebna  praca to napisana przeze mnie dla Kaczora mowa. Życzenia Bożonarodzeniowe. Nigdy niewygłoszone, może nawet niedostarczone – oczywiście nie opłacone, zatem już tylko moje.  Niech więc dziś dokładnie w siódmą rocznicę ich napisania (3.XII.2002) – w czas nadchodzących Świąt wprost ode mnie popłyną.

Sala Wielka w Zamku Warszawskim

Sala Wielka w Zamku Warszawskim

Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus !

Mili Państwo ! To właściwie moje pierwsze tak duże spotkanie od czasu kiedy mieszkańcy Warszawy powierzyli mi mandat Prezydenta Stolicy.[3] Chciałem by to spotkanie odbywało się właśnie z ludźmi kultury, gdyż co tu dużo mówić od Was teraz bardzo wiele zależy. Od obecnych tu pisarzy, malarzy, muzyków, aktorów, przedstawicieli instytucji kulturalnych zależy znów to co zrobi z sobą Warszawa w Polsce, a Polska w Europie.

Czy będzie cierpieć “krzywdę i pogardę świata, krzywdę ciemięzcy, obelgi dumnego. Lekceważonej miłości męczarnie “ czy będzie hamletyzować i histeryzować, czy cały swój wysiłek skupi na tym by w demokratycznym społeczeństwie, jakie sfery artystyczne pomagały przed piętnastu laty odtworzyć, zaprowadzić porządek, pielęgnować standardy, dbać o wartości. “A nade wszystko słowom naszym zmienionym pilnie przez krętaczy – jedyność wróci i prawdziwość. Niech miłość zawsze miłość znaczy a sprawiedliwość – sprawiedliwość.”

Mamy wkraczać do zjednoczonej Europy. To dobrze bo przecież dla nas Polaków nie ma innej kultury niż europejska. Ale wspólnota europejska zdaje się dziś na kulturę bardzo słabo nastawiona. Narodzona ze wspólnoty Węgla i Stali dopracowała się wspólnego pieniądza – ale czy jakiś wspólny duch ją ożywia ? Choćby ów Święty Duch, którego przywołaniem przed dwudziestu czteroma ( trzydzieści już mija…) laty Ojciec Święty sprawił, iż odmienione zostało oblicze Ziemi – tej Ziemi,

Myślę, że musimy je nadal odmieniać. Poczynając od tej najbliższej warszawskiej i stołecznej razem.  „Nie można zrozumieć dziejów Narodu polskiego bez Chrystusa” – wołał Jan Paweł II w swojej homilii sprzed ćwierci wieku na Placu Zwycięstwa w Warszawie. Po dwudziestu pięciu latach Warszawa i Polska stają przed niezwykłym wyzwaniem. Z tysiącem naszych narodowych wad: z naszym brakiem pracowitości, nieposzanowaniem autorytetów, skłonnością do efekciarstwa, z zacofanym rolnictwem, skorumpowanym urzędem, niedokształconym pracownikiem mamy oto wkroczyć do europejskiej wspólnoty, gdzie prawa będziemy mieć wprawdzie równe lecz i kary za wszelkie niedociągnięcia ponosić godzimy się jednakie.

Czy jesteśmy na to przygotowani ?

Dziś – może mniej niż wczoraj. Wczoraj, gdy naszą siłą, nasżą wizytówką, nasza identycznością była nasza kultura.

Nie będzie w Warszawie bezpiecznie, nie zostanie zahamowana korupcja, nie polepszy się praca urzędów, nie przybędzie dobrych dróg jeśli nie postawimy na edukację, na naszą młodzież, jeśli nie przywrócimy należnego miejsca kulturze, a z nią nie zwrócimy się ku europejskim miastom z planem szeroko zakrojonej europejskiej wspólpracy kulturalnej.

Nie można zrozumieć dziejów Polski i Warszawy bez kultury. Na nią zawsze brakowało pieniędzy, a to przecież ona dawała  nam wolność. Teraz wolność już podbno mamy. Obiecuję więc jako Nowowybrany prezydent Warszawy zrobić wszystko by przestało brakować pieniędzy przynajmniej na to co Rada Kultury jaką powołać zamierzamy uzna za słuszne. Powstanie taka Rada. Do jej powołania zobowiązałem już odpowiedzialnego za sprawy kultury: publicystę, dziennikarza prasowego i telewizyjnego, ze wszech miar kompetentego polityka i czlowieka kultury jakim jest pan Andrzej Urbanski.

Spodziewam się raportu, w którym zaproponowane zostanie, które inicjatywy tak jak dziś większość kin czy galerii pozostać mają w rękach prywatnych, a które winnny zostać otoczone organizacyjnym mecenatem. Które zaś z niezwykle dziś scentralizowanych instytucji teatralnych czy bibliotecznych mają tkwić w strukturze miasta, a które mogą lub powinny radzić sobie same. Przejrzystszym musi się stać  system miejskich dotacji dla kultury, stworzony system grantów dostępnych zarówno dla osób prywatnych jak i organizacji pozarządowych, wreszcie podjęte muszą zostać działania zaznaczające silniej znaczenie Warszawy na kulturalnej mapie Europy. Warszawa leży w jej geograficznym centrum.

Mam nadzieję  że jeszcze dziś i w najbliższym czasie porozumiemy się co do tego jakie przedsięwziąć działania by Polska nie stała się zakładnikiem europejskiej normy. By wkroczyła do Europy z taką dumą i pewnością siebie z jaką słowiańszczyzna dodała do judejskiego rytu bożonarodzeniowego swoją ośnieżoną choinkę.

Dobrej Choinki Państwu życzę, Pogodnych świąt i mnóstwa prezentów, a sobie by mi pomogli Anieli jak najwięcej tych prezentów dla  świata kultury zgotować.

Przez cały pierwszy kwartał 2003 roku wykonywać więc będę kontredans wokół gabinetu kulturalnego wiceprezydenta Warszawy Andrzeja Urbańskiego. Faktycznie pełniąc rolę doradcy wiceprezydenta formalnie musiałby mnie jednak w swoim teamie zatrudnić sam prezydent. Mimo, że taki wniosek faktycznie z podpisem wiceprezydenta zostanie skierowany,

Doradca ?

ATK - Doradca ?

Wojciech Arkuszewski - pierwsze słyszę...

Wojciech Arkuszewski - pierwsze słyszę...

zatrudnienia w kierowanym przez Wojciecha Arkuszewskiego zespole doradców Kaczyńskiego nigdy nie uzyskam.

I słusznie. Nie mam pojęcia o tej roli. Kiedy mi Urbański zadawał pytanie, otwierałem komputer i w punktach na dwóch-trzech stronach spisywałem wszystko, co na dany temat wiem. Jędrek czytał te moje sylabusy z zachwytem i wzdychał – żebym ja mógł ci tylko za takie konspekty płacić. Ale taki doradca działa przeciw sobie. Po trzech miesiącach uczciwie informowany przełożony wie już tyle co doradca. Dzielący się całą swoją wiedzą doradca staje się niepotrzebny. Urzędnik, polityk nigdy nie myśli o meritum. On myśli o tym jak wzmocnić swoją pozycję. Udzielić minimum a uzyskać maksimum informacji.

Zadaniem, które postawił mi Urbański było stworzenie Rady Kultury przy prezydencie Kaczyńskim. Takiej intelektualnej tarczy. Zasadniczo to dla mnie pryszcz. Napisałem regulamin.

4.         Cele Rady są następujące:

1.         działanie na rzecz rozwoju polskiej kultury i sztuki oraz architektury – zasadniczych zrębów cywilizacji śródziemnomorskiej;

2.         działanie na rzecz rozwoju m. st. Warszawy i zapewnienia mu godnego miejsca wśród stolic kulturalnych jednoczącej się Europy;

3.         działanie na rzecz idei integracji Europejskiej;

4.         działanie na rzecz rozwoju terytorialnych, lokalnych, gospodarczych i regionalnych wspólnot samorządowych.

5.         Do kompetencji Rady należy

5.1.      Koordynowanie niezależnych, rządowych i samorządowych imprez kulturalnych o charakterze ponadlokalnym, a spełniających się w Warszawie

5.2.      Inicjowanie kulturalnej współpracy międzynarodowej ze szczególnym uwzględnieniem miast partnerskich oraz krajów Unii Europejskiej.

5.3.      Inicjowanie przekształceń w zakresie infrastruktury instytucjonalnej

5.4.      Podejmowanie działań organizacyjnych w zakresie realizacji stricte miejskiej polityki kulturalnej itd., itd./.

Zaproponowałem 7.   Skład Rady: Komitetu Honorowego i Zespołu Miejskiego składającego się z urzędników i zarządzających miejskimi instytucjami kultury, a także Zespołu Stołecznego składającego się z dyrektorów Instytucji Kulturalnych z siedzibą w Warszawie – niepodlegających miastu

Kiedy jednak tylko zestawiłem to godne grono znowu zaczęli wtrącać się do tego polityczni urzędnicy. A to, że któryś z autorytetów zbyt unijny. Czerwonych sam nie proponowałem, zresztą szczęśliwie ta formacja nie ma jednak wśród artystów zbyt wielu fanów. To znów, żeby gdzieś między Wajdę, Zanussiego, Piesiewicza, Pendereckiego czy Hartwig wcisnąć jednak jakiegoś dyrektora, radnego czy innego Gelberga. Na takie propozycje parsknąłem śmiechem.

Oni też na mnie … parsknęli. Potem była mowa o Pałacu Kultury. Radzie nadzorczej czy zarządzie. To już było trzecie moje podejście do tej ciekawej w sumie instytucji.

CVI – Bujalski, Isakiewicz – cały ten PeKiN

CDN -


[1] 8/III.1968 Rozmowa z H. A[uderską]. Ostrzeżenia. Intrygi żydowskie. „Pan w tym wszystkim jest takie dziecko przez ptaka przyniesione…”Żydzi zainicjowali podpisywanie, Żydzi przemawiali, Żydzi odrzucają nasz eksport. A. chce mnie „ocalić” od ew. procesu, w który mógłbym być wplątany. Radzi mi po prostu wyjechać do Zakopanego. Wszystko to ma być oparte na informacjach pewnej osoby  partyjnej ( Andrzej Kijowski, Dziennik T.II, s.281)

[2] Op.cit. t.III. s.147

[3] To miał mówić Lech Kaczyński. Ja może powinienem powiedzieć: od czasu, gdu urzędnicy przerażeni tłumami, do których (nie bez wsparcia Prezydenta Kaczyńskiego ) przemawiałem w Ogrodach Frascati, postanowili pozbyć się mnie z Miasta wraz z piękną imprezą”

Rozdz. LXXXI – Adam Kinaszewski czyli cisza nad trumną !

środa, 16 Wrzesień 2009

poprzedni pierwszy następny

Wyszedłem na Białobrzeską na tyłach Kopińskiej hali i pierwszy raz od pół roku rozejrzałem się po świecie bożym. Zna to uczucie każdy, kto dał się pochłonąć bez reszty jakiejś fascynacji. A „Nowy Świat” był taką. Te pół roku, licząc z czasem wydawania numerów próbnych spędziłem w istnym obłędzie starając się podołać wszystkim miłym skądinąd obowiązkom, które przed czterdziestką na mnie spadły. Pierwszy raz zostałem ojcem. Starałem się więc mimo całego zawodowego szału pamiętać o rodzinie. Żona nie pracowała, ja zaś -zatrudniwszy panią do pomocy- próbowałem się punktualnie przedzierać około trzeciej do domu na obiad.  Potem zaś pokonując korki na Towarowej zdążyć na popołudniowe kolegium. Było to tak trudne, że prawie nie wykonalne. Nie sposób dotrzymywać zobowiązań w kraju, w którym nikt nie szanuje cudzego czasu, każdy szef uważa, że ma prawo dowolnie zmieniać ustalenia z podwładnymi, każdy podwładny uważa, że zawsze ma prawo zawracać głowę szefa, a nade wszystko nie ma ustalonych godzin początku pracy, jej końca ani pory jadania obiadów. Co o tym myślę napisałe w odpowiedzi na ankietę „Spotkań”, a potem starałem się żyć życiem przedstawiciela klasy średniej. Ba – nawet jakiś certyfikat dostałem.

"Spotkania"

"Spotkania"

„Takie były zabawy, spory w one lata…”. Zajęć miałem sporo. Od maja 90 roku byłem radnym, Przewodniczącym Komisji Kultury i Oświaty warszawskiego Śródmieścia. Wiedząc jednak, że praca zawodowa będzie dla mnie ważniejsza od radcostwa zadbałem o to jeszcze na pierwszym posiedzeniu, by zebrania Rady nie odbywały się w czasie pracy. We wtorki o 5 PM bywałem więc w gminie. Byłem też wiceprzewodniczącym Prezydium Sejmiku Samorządowego, którego niemal wszyscy członkowie pragnęli jakoś zawodowo przytulić się do samorządu. Tam zatem wymogłem by posiedzenia toczono o zabójczej dla mnie ósmej rano tak bym docierał na kolegia. Wreszcie odnaleziony przez Piotra Wierzbickiego w „Tygodniku Solidarność”, a nie tak naiwny przecież by mieć pewność, że ta inicjatywa się powiedzie – nie widziałem przeszkód by nadal kierować Tygodnikowym działem kultury. Tam też chciałem nadal  pisywać recenzje teatralne KAT-a aby trudniejszej funkcji selekcjonera tekstów do dziennika, w konflikt interesów z  własną twórczością nie stawiać. Tu jednak po raz pierwszy ( i nie ostatni w życiu) poznałem prawdziwą naturę Andrzeja Gelberga. Nawet o tym słyszeć nie chciał. Natychmiast przedstawił mi mego ( i tak to się zazwyczaj kończy… z czasem swego) następcę czyli Jerzego Kłosińskiego. Ten ostatni w kilka miesięcy zniszczył całą moją pracę. Nie zgodził się publikować moich recenzji twierdząc, że pod pseudonimem mogę je równie dobrze publikować we własnym dziale. Po kilku miesiącach zwolnił z pracy pozyskanego przeze mnie z trudem, a pamiętającego jeszcze pierwszy Tygodnik „S” Mazowieckiego – Maćka Cisłę. Największą jednak szkodę wyrządził Tygodnik „S” Gelberga i Kłosińskiego  próżnym i nieudolnym podczepianiem się pod mit Zbigniewa Herberta. Choć jak pisałem wyżej małość wybaczać trzeba. Tu bardziej winni są ludzie z kręgu Adama Michnika. Oni przecież wiedzieli, co czynią i komu!

Tak więc wędruję sobie Białobrzeską w stronę Placu Zawiszy i dalej Towarową ku placowi Bankowemu. Etaty straciłem dwa. Także możliwość pisania. Głód  jednak jeszcze mi w oczy nie zagląda. Radcostwo w I kadencji samorządu to wprawdzie finansowo nie był jeszcze interes ( dopiero w drugiej podniosą sobie radni diety do poważnych stawek), ja jednak jako wicemarszałek Sejmiku Samorządowego miałem parę złotych, dokładnie równowartość jednej najniższej płacy krajowej. (Przypominam sobie, co to było wrzasku jak po uchwaleniu tych stawek czyli 200 % dla przewodniczącego, a 100 % dla wice Wyborcza zamiast stawkę „najniższego” podała, że podstawę stanowi „średnia” krajowa. Com musiał się natłumaczyć kolegom z Prezydium, że w takiej sytuacji jedynym sprostowaniem może być tylko godne milczenie. Bo jak będziemy dementować to naród nie zapamięta ile lecz z pewnością uzna, że i tak zbyt dużo…). Teraz jednak nie było to wiele, więc jako, że całe prezydium i część zarządu umieścił już Piotr Fogler na etatach, a ja miałem „pod sobą” wszystkie komisje merytoryczne, przeto wydawałoby się, że w zamian za „dietę” mogę liczyć  na nieco wyższy i zapewniający ubezpieczenie zdrowotne „etat”. Zdawało się to czystą formalnością. A jednak – przyszło się zdziwić po raz drugi. W Sejmiku już widać poznano się na mnie i uznano widać, że lepiej bym nie musiał codziennie pojawiać się w pracy. Wysłuchałem pięknej przemowy Piotra Foglera ( który już wcześniej wszystkich znajomych swojego królika powsadzał na etaty) o transparencji, o dezetatyzacji i … prezydium wicemarszałeczkowi odmówiło… Nie pierwszy raz przekonałem się, że sukcesy mogę odnosić w wyborach bezpośrednich. Kooptacje dwustopniowe, w których decydują układy i koterie są  już poza moim zasięgiem.

Za jakiś czas potwierdzą mi to zresztą moi włoscy przyjaciele z TV „Polonia”. U szczytu rozwoju stacji, której oglądalność przekraczała 8 mln telewidzów w czasie, gdy jeszcze nikt w Polsce, przynajmniej na poziomie samorządowym, nie miał pojęcia o profesjonanej kampanii wyborczej miały się odbywać wybory roku ’94. Dowiedziawszy się, że kandyduję i to z poziomu marszałka Sejmiku zgłosili się do mnie z propozycją, że … zrobią mnie prezydentem Warszawy.

- Jak to sobie wyobrażacie ? – spytałem.

- Qual è il problema. TV fa miracoli. Odrzekli. – Jesteś dość znany. Po paru  naszych „czary mary” będziesz ukochany. Nie ukrywam, zapaliły mi się oczy. Już, już witałem się z gąską.

- No więc kiedy wybory, jaka ordynacja ? spytali Włosi.

- Wybory będą w czerwcu. Tym razem dwustopniowe. Odparłem - Osobne do Rad Gmin. Osobne do Rady Warszawy. Potem Rada Warszawy wybierze Prezydenta jednak nie koniecznie ze swego składu.

– Co !?  Prezydenta Warszawy nie wybiera się bezpośrednio. Włochów zatkało. Popatrzyli po sobie.

- Gomorra ?

- Si gomorra. – Scusa Andrea. Nie wiedzieliśmy, że to nie są prawdziwe wybory. Ludzi umiemy przekonać. Kilkudziesięciu radnych – to ciało absolutnie niesterowalne. Jak każdy oderwany od podłoża aparat. To struktura partyjna czyli mafijna, co zresztą na jedno wychodzi. Z nimi nie poradzimy ani pieniędzmi ani siłą. To bardzo niebezpieczne dla kraju… Jak wspominałem nasze polskie obyczaje jeszcze nie jednym skautów od Berlusconiego zaskoczą.

Wracając do opowieści – straciwszy szansę zostania samorządowym aparatczykiem ruszyłem szukać dalej. A blisko było, ot rzut beretem – na Prostą róg Towarowej.  Był to bowiem czas, gdy nie tylko Kubiak z Bataxem, również A

USA-Today-Logomerykanie chcieli mieć w Polsce swoją gazetę.  I to tę, którą już dobrze znałem, którą właśnie w „Nowym Świecie” sobie wymarzyłem i naśladować chciałem. Miała nazywać się „Dziennik Krajowy” i być polską wersją amerykańskiego „US Today”. Wyglądało pięknie, płacono też ponoć znakomicie. Redakcja była w trakcie kompletowania. Redakcja, którą kierować miał Adam Kinaszewski w większości importowana była z Gdańska. Ja jednak miałem w tym czasie oparcie na bałtyckiej ziemi. Znajomi umówili i udałem się na spotkanie z panią Małgorzatą Bucką desygnowaną na stanowisko szefowej działu regiony. Zaniosłem CV. Porozmawialiśmy miło w zakupionym właśnie na potrzeby redakcji dawnym biurowcu należącym chyba do kompleksu Zakładów Róży Luksemburg, które właśnie padły. Budynek będący dziś siedzibą

Towarowa 25 - stan z 1974 roku ( widok od strony zakładów R.Luxemburg)

Towarowa 25 - stan z 1974 roku ( widok od strony zakładów R.Luxemburg)

banku BPH wg mojej ówczesnej wiedzy został właśnie kupiony z pieniędzy ofarowanych przez Polsko-Amerykański Fundusz Przedsiębiorczości spółce PA Press, której szefem był Adam Kinaszewski czyli Druga połowa JanaMura. Pod tym pseudonimem wydał wraz z Andrzejem Drzycimskim „Dziennik internowanego” (wyd. podziemne, 1985) oraz opracowania biografii L. Wałęsy „Droga nadziei” (Paryż, 1987).  Na naczelnego „Dziennika Krajowego” przedstawiciele funduszu przedsiębiorczości proponowali początkowo Marka Nowakowskiego. Ten jednak już na początku roku 92 zdementował tę informację twierdząć, że w czasie, gdy był zainteresowany propozycją Kinaszewskiego nawet źródło finansowania projektu było nieznane.

Adam Kinaszewski (1944-2008)

Adam Kinaszewski (1944-2008)

Adam nie żyje.  Urodzony w Mikołajki roku 1944, zmarł w Andrzejki w zeszłym 2008 roku. Wtedy czyli w 1992 roku nawet go nie poznałem. Zetknę się z nim dopiero za dwa lata w roku 1994 by przekonać się, że osobisty ministrant Ojca Świętego, który w czasie internowania w Strzembielinku otrzymywał imienne kartki z życzeniami i zapewnieniem modlitwy od Jana Pawła II był człowiekiem ciepłym i miłym. Była w nim jakaś siła i spokój, swoisty arystokratyzm, poczucie dystansu. Gdzież tam do niemu jakiemuś… np. Maćkowi Zalewskiemu.

I cóż może łączyć spółkę „Telegraf”, którą z nieprzytomnym zacietrzewieniem ścigały wszystkie media z „Gazetą Wyborczą” na czele  za próbę stworzenia koncernu medialnego i szybkie bo niespełna rok trwające  pomnożenie kapitału z 25 tysięcy do 3.5 mln $ ( 36 mld starych złotych) z kierowaną przez Adama PA-Press, która jednym podpisem uzyskała gwarancje finansowe na kwotę 27 mld złotych.   60%  tej sumy zapewnić mieli Amerykanie, pozostałe udziały należeć miały do grupy polskich biznesmenów, m.in. Pawła Obremskiego i Bohdana Rytel. Na pogrzebie Kinaszewskiego jego przyjaciel opowiadał jak to zdobywszy 5 mln $ od Amerykanów, późniejszy właściciel AKProduction pośliznął się na brakujących dwustu milionach polskich złotych. Pozostając zaś w osobistej korespondencji z o niczym rzecz jasna nie wiedzącym głównym przełożonym Banku Watykańskiego, przedsięwzięcie skwitował w stylu Greka Zorby. Jak rozumiem uznawszy, że to była piękna  katastrofa. No cóż. Może dla niego była piękna. Jak dla tych co tańczą, całują ziemię i idą inne wyspy odwiedzać.  Już nawet nie pamiętam czy mi koleżanka Bucka pracy odmówiła czy jakąś pozostawiła nadzieję. Przypominam sobie, że pierwszy raz sporządziłem na tę okoliczność CV w amerykańskim stylu i wróciłem do swoich baranów. Nie minęło jednak pół roku, gdy nagle gruchnęła wieść po Warszawie, że „Dziennika Krajowego” nie będzie. Ot, jak bańka mydlana – był i pękł.

W wydaniu weekendowym Gazety Wyborczej z 26-27 września 1992 roku można było przeczytać: Polsko-Amer. Fundusz Przedsiębiorczości po wydaniu trzech milionów dolarów wycofał się z wydawania w Warszawie gazety codziennej  Dziennika Krajowego. Jeszcze w środę do urządzonych kosztem 780 tys. dolarów pomieszczeń redakcyjnych w Warszawie dostarczono komputery. Stoją w skrzyniach w umeblowanej redakcji. We wtorek Adam Kinaszewski, szef spółki PA Press s-ka, wydawcy „Dziennika”, którego publikacja była przygotowywana przez półtora roku, oznajmił pracownikom, że Fundusz wycofał się z przedsięwzięcia. Poinformował, że powodem była zwłoka w przepływach” pieniędzy, za co winę ponosi Bank Handlowy. Dyrektor ekspozytury Funduszu w Warszawie, Barbara Lundberg, powiedziała w czwartek „Gazecie, że Fundusz wydał na rozruch Dziennika” 1,6 mln dolarów gotówką i udzielił spółce PA Press 1,4 mln kredytu. „Zmieniła się sytuacja w Polsce, zmienił się rynek i wobec tego zmieniamy strategię inwestowania” – powiedziała Lundberg. Dodała, że ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły. – Rok temu, kiedy zaczynaliśmy organizować „Dziennik Krajowy, wszystkie polskie dzienniki wyglądały inaczej niż teraz. ,USA Today’, którego kopią miała być nasza gazeta, położony wtedy obok „Życia Warszawy,„Gazety Wyborczej” i Rzeczpospolitej”, wyraźnie odbiegał od nich, dawał nadzieję na sukces – powiedział nam wczoraj Adam Kinaszewski. Jego zdaniem o klęsce zadecydował czas: „Jeśli udałoby się ruszyć przed wakacjami, moglibyśmy liczyć na sukces. Niestety, komputery dostaliśmy za późno. Winien jest Bank Handlowy, który opóźnił przyznanie nam gwarancji na amerykański kredyt, za który je kupiliśmy. Nie odpowiedział jednak na pytanie, skąd miały pochodzić pieniądze na rozruch gazety.”

I tyle ! Koniec na tym. Gdzieś wyparowało trzy miliony dolarów. Liczni pracownicy „Dziennika Krajowego” pootwierali sobie firmy producenckie, z których usług montażowych w dalszej części mego życia zawodowego nawet korzystałem. Bank Handlowy oskarżany przez Kinaszewskiego o opieszałość, w swoim kolejnym wcieleniu BPH jeszcze przed podziałem bo w roku 1998  wybuduje sobie na Towarowej 25 siłami EXBUDU SA  główną centralę zaprojektowaną przez APA Wojciechowski.

Towarowa 25 siedziba BPH niedoszły lokal "Dziennika Krajowego"

Towarowa 25 siedziba BPH niedoszły lokal "Dziennika Krajowego"

Miejsce to   piórem Anety Borowiec w roku 2003 Gazeta Wyborcza opisywać będzie językiem odbiegającym od jakichkolwiek standartów dziennikarskich,  porównywalnym jedynie ze stylem folderu reklamowego.[1] i żaden dziennikarz śledczy nie ruszył tropem tego przekrętu dwudziestolecia!

No cóż ja dziennikarzem śledczym nie jestem. Ja tylko wnioskuję. Adam Kinaszewski nie żyje. Zmarł też jego Święty Wujek, który nam Polskę Wolną chciał wymodlić. Wiele inicjatyw, jak choćby przywoływany „Telegraf” utrupiono. Wielu ludzi takich jak uniewinnionego w II Instancji, a skazanego w drodze kasacji na karę więzienia Macieja Zalewskiego udręczono. „Dziennikowi Krajowemu” nie dane było się narodzić. Polsce wolnej w rezultacie – też.

Cisza nad tymi trumnami !

Rozdz. LXXXII – „PAX’ z „telegrafem” czyli co może Hagmajer


[1] bph towarowa 25- Gazeta Wyborcza, 21.III.2003

Rozdz. LXXIX – Gelberg z TySol-u czyli – polowanie na łosia.

sobota, 12 Wrzesień 2009

poprzedni pierwszy następny

Ukazanie się mojego  wywiadu z Herbertem stanowiło swoisty w ’91 roku przełom.  Przez moment znów wydawało się możliwe jakieś nowe pogodzenie elit. Dziś po  próbie zawłaszczenia osoby Poety przez ekipę „Tygodnik Solidarność” Gelberga trudno odpowiedzieć na pytanie co by było gdyby. Gdyby np. nie ukazał się ten skojarzony trwalej z Tygodnikiem Solidarność, a przeprowadzonyw ’94 roku, kiedy już po mnie w redakcji nie zostało śladu wywiad zatytułowany  „Pojedynki Pana Cogito”. Wywiad który obrócił przeciw Poecie środowisko Gazety Wyborczej i sprawił, że wszyscy „gęgacze” od Michnika po Tomka Jastruna odwrócili się od Pana Zbyszka. Czy wtedy miast autorki  wiersza o Stalinie laureatem Nagrody Nobla zostałby ten, kto w owy czasie wybrał dumne milczenie?  Cokolwiek powiem dalej niech będzie wyraźnie powiedziane, że odpowiedzialność za policzek wymierzony polskiej literaturze, za antynarodowy lobbing który sprawił , że w miejsce Poety Tysiąclecia  wprowadzono do  Literackiego Panteonu Literatury –  Autorkę Kilku Szlagierów-  nie spoczywa na tych, co pozwolili poecie mówić.

Pierwszy raz odezwał się Herbert w moim Tygodniku. I trzeba było widzieć tę ulgę –  tę radość w jego oczach, gdy przeszedłszy nad stekiem doraźnych, a czasem  krzywdzących opinii wydobywałem to co w jego słowach ponadczasowe.

Pominąłem pretensje do Kazia Brandysa, napaści na Miłosza, o którym raz czule to znów pogardliwie odzywa się poeta, oceny Konwickiego równie mało wstrzemięźliwe. Pominąłem bo znam poetę od dziecka, a literaturę wyssawszy z krwi Ojca wiem, że sformułowanie, którym się autor przez moment napawa to jeszcze nie pisarstwo. Dzieło powstaje z redakcji, a ta ostatnia mówiąc słowami Norwida jest REDUKCJĄ. Redukcją, co nie znaczy cenzurą. Jest wyciągnięciem jednego zdania z dwóch sprzecznych, tak by nikt tylko wybranego sformułowania nie cytował.  Gdybym miał spisać te wszystkie inwektywy pana Zbyszka wypowiadane  jeszcze w latach 70’tych podczas kolacyjek na Jaworzyńskiej…

Kali [1961-1978]

Kali (1961-1978)

To co wygadywał na Andrzejewskiego, Iwaszkiewicza, często ludziom prosto w oczy. Zdania wypowiadane tylko  dlatego, że dobrze brzmiały. Wspominam Jego zacietrzewienia  bo pamiętam Wielkie Pokajania, gdy uznawszy że przesadził padał na kolana, chwytał pod nogi idąc w sztuce przypodchlebiania w zawody z naszym pudelkiem – Kalim. Słowa dla Pana Zbyszka to były igraszki. Serio traktował twór pióra.
No ale skąd miał to niby wiedzieć redaktor „Techniki Motoryzacyjnej”?  Człowiek, którego talenty wbrew opini jaka wówczas panowała, dobrze zagospodarował dopiero Lech  Kaczyński i to  tylko raz, kiedy po zakończeniu misji marginalizowania „Tygodnika Solidarność” mianowano Gelberga w 2002 roku szefem  Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówek w Warszawie …
Gorzej, że nie chcieli ( bo nie wątpię, że potrafili ) czytać słów Herberta właściwie autorzy „Dziejów Honoru w Polsce” czy „Rzeki Podziemnej”. I to zacietrzewienie takich ludzi, ich  uraza, ich małość sprawiły, że doraźny sukces, pieniądze, przelotna chwała ominęły pana Zbyszka Herberta. Polska Literatura zaś w swych najwyższych przejawach kojarzyć się  może na świecie z  grzecznymi wierszami o opuszczonym kocie czy niepojętymi  wizjami polskiego Litwina z San Francisco.  Krystaliczna, kartezjańska  wizja  śródziemnomorskiej cywilizacji –  stanowiąca w twórczości Herberta podsumowanie korzeni polskiej kultury, a zarazem całej reformy poezji XX wieku od Rimbaude’a po Eliota –   nie otrzymała szansy jaką Nagroda Nobla daje w dotarciu narodowego przekazu do powszechnej świadomości kulturalnej.Fakt otrzymania przez Wisławę Szymborską  Nagrody Nobla można podsumować krótko. – Naród który wybrał sobie na Prezydenta Kwaśniewskiego nie zasługuje widać, na to by ukazać światu autentyczną moc swego  ducha.  A jacy prezydenci tacy Nobliści. Kwaśniewski i Szymborska są z tej samej bajki – wyprani, kulturalni, fachowi, obliczalni, banalni. W sam raz materiał dla oleodruku.
Andrzej Gelberg
Andrzej Gelberg

Czy można było temu zapobiec  ? Gdyby na przykład inaczej potoczyły się losy „Tygodnika Solidarność” ? – W ‘91 roku kiedy ukazywał się mój wywiad z Herbertem  Jarosław Kaczyński był już ministrem stanu u Wałęsy, Lech Kaczyński faktycznie zarządzał NSZZ „Solidarność”  i starł się o objęcie funkcji przewodniczącego. Było

Józef Orzeł
Józef Orzeł

wiadomo, że w takim wypadku szefem Tygodnika zostanie Józek Orzeł. No ale vox populi vox dei. Elektorat wymyślił Krzaklewskiego, a Gelberg wygrał swój los na loterii. Jadąc z ramienia Tygodnika relacjonować te Związkowe przepychanki trafił w przedziale na Borsuka czyli Bogdana Borusewicza będącego wówczas członkiem Komisji Krajowej Związku. Przypomniał mu się, wysłał sygnał, że pracuje w Tygodniku, zna realia, a i w Gminie ma nie gorsze od Orła (pieszczotliwie dla rozpoznaki  przezywanego czasem  Adlerem) –  umocowanie  … Po wypadnięciu Lecha Kaczyńskiego, a zatem i Józka z gry,  Gelbergowi pozostało już tylko … przekonać zespół do siebie.

Zaczął ode mnie. Znaliśmy się nieco. Gelberg przyjaźnił się blisko z pomagającą mi prowadzić dział kultury  Ewą Matuszewską: dziennikarką, reportażystką, taterniczką- pracowniczką „Tygodnika Solidarność”  i  pisma „Uroda”, do śmierci zaprzyjaźnioną z Wandą Rutkiewicz, której pomagała pisać książki.   Ewa poświeciła też alpinistce nieco wspomnień.

Pożegnanie Jarosława Kaczyńskiego po wyborach prezydenckich 1990

Pożegnanie Jarosława Kaczyńskiego po wyborach prezydenckich 1990

Matucha przyprowadziła mi Andrzeja jako kolegę z działu gospodarczego  z jakąś nieporadną recenzją kulturalna, na której mu jednak zależało bo chciał przypodobać się komuś wpływowemu. Zadiustowałem, wydrukowałem. Wydał mi się nawet sympatyczny więc nie oponowałem, przeciwnie poparłem jego kandydaturę, gdy w kilka tygodni później Marian Krzaklewski rekomendował zespołowi Andrzeja na szefa. Sprawiał wrażenie człowieka spokojnego, konsyliacyjnego, a że słabo pisze – pomyślałem –  może to i lepiej. Przynajmniej nie będzie promował własnych utworów. W końcu naczelny nie musi być aktywnym dziennikarzem.

Zbliżyliśmy się nieco. Raz czy drugi zjedliśmy razem obiad w NOT-cie na Czackiego. Redakcja mieściła się wtedy przy tej ulicy nad Teatrem Kwadrat. Zawsze w towarzystwie Roberta Terentiewa, z którym Gelberg się nie rozłączał. Jedliśmy zupkę, a panowie cmokali.

No i popatrz, popatrz mówił Andrzej do Roberta,  a mogłem  być szeregowcem w „Gazecie Wyborczej”. Coś mi mówiło, że jednak w Tygodniku będą większe możliwości.

- Fakt – ustrzeliłeś łosia. Skomentował Terentiew, namiętny myśliwy.

Trzeba wiedzieć, że obydwaj panowie przed stanem wojennym pracowali w pisemkach branżowych. Terentiew miał coś wspólnego z wydawnictwami Polskiego Związku Łowieckiego. Gelberg to znakomity brydżysta – absolwent Wydziału Maszyn Roboczych i Pojazdów.  Do Stanu Wojennego był redaktorem pisma „Technika Motoryzacyjna”. To nie był jednak przypadek emigracji wewnętrznej Leszka Szarugi, który w tym czasie pracował jak już opowiadałem, bodaj w w „Hotelarzu”. W wypadku Gelberga i Terentiewa o  jakichkolwiek związkach z podziemiem w latach 70-tych nie mogło być mowy.

Powoli, pomalutku – kształtował się zatem w Tygodniku, mało subtelnie nazywanym przez Gelberga TySol-em, nowy dwór. Patrzyłem lekko osłupiały jak nagle jedni zaczynaja wybijać pokłony. Inni – odchodzą.  Swoje rządy zaczął oczywiście Gelberg od spacyfikowania Orła. Po odejściu Czabańskiego do „Expresu Wieczornego”, gdzie ten ostatni został naczelnym redaktorem,  Józek Orzeł niemal etatowo, ale to nie znaczy, że wyłącznie, reprezentował Tygodnik w telewizyjnych dyskusjach dziennikarzy w I Programie TVP. Zatem na pierwszym kolegium nowy szef czyli Gelberg ogłosił, że nie może być tak by jedna osoba repereznetowała tam zawsze gazetę. Akurat  po raz czwarty odwiedził  Polskę Ojciec Święty – wskazano mnie bym jako szef działu kultury, który w końcu przyciągnąl do Tygodnika też Ojca Jacka Salija, reprezentował Pismo w dyskusji dziennikarzy nazywanej „Przegląd Tygodnia”. To była, taka mała nagroda. Bonus track. Czy muszę dodawać, że już żaden inny dziennikarza Tygodnika tego zaszczytu nie dostąpił ?  Po mnie do telewizji wybrał się, dla odmiany,  redaktor naczelny ( Kaczyński nie miał takiego obyczaju), a jak się raz Gelberg rozsiadł przed kamerami tak siedział w Studio dobrych kilka lat –  aż do likwidacji programu Maldisa.

Tak więc kształtował się dwór czy raczej fowark , a ja kto wie, kto wie… Pewnie miałem nawet szanse stać się  jakimś ważnym ekonomem. Nie czułem jednak tego bluesa, a zresztą nieoczekiwanie przyszedł mi z odsieczą – Piotr Wierzbicki.

Rozdział LXXX – Piotr Wierzbicki i Nowy Świat

CDN

Rozdz.XXVIII – Powroty Zbigniewa Herberta czyli Media własne nasze

piątek, 11 Wrzesień 2009

poprzedni pierwszy następny

W całej tej awanturze o media, która od początku nowego tysiąclecia  się  toczy – czy pamięta ktoś jeszcze co znaczy to słowo ? Media – czyli pośrednik, przekaźnik, obiektywny obserwator. Chyba od czasu, kiedy to po wyrwaniu telewizji z rąk Jerzego Urbana i mianowaniu Prezesem radiokomitetu śp. Andrzeja Drawicza – „Gazeta Wyborcza” triumfalnie obwieściła, że już i  Telewizja Nasza  – od tej chwili nikt w istocie nie myślał o bezwarunkowej wolności mediów. Media nie miały być wolne – miały pozostać  n a s z e.

Nasze… – tylko, że nas zabrakło !

Czy lepiej by było, gdybyśmy byli !? – Dobre pytanie. I jednoznacznie negatywna moja na to pytanie odpowiedź. Bóg łaskaw, że Nas nie ma. Kto bowiem znalazłby siłę dziś by walczyć z nami!? Z podporządkowanymi jednej opcji politycznej mediami. Z naszą telewizją, naszą prasą, radiem i naszymi na rozprzestrzenianie multipleksu zakusami. Kto walczyłby z nami, gdy wśród nas był cały łysiejący KOR, przyprószona siwizną ta pierwsza narodowo-wyzwoleńcza „Solidarność”, pampersi z brzuszkami, a pewnie co bardziej zasłużeni rzecznicy i propagandziści  PRL-u, którzy jak Marcin Święcicki,  Mariusz Walter, Andrzej Olechowski, a pewnie i Aleksander Kwaśniewski  też coraz bardziej byliby nasi – dzięki okrągłości Okrągłego Stołu.

A tak nie ma nas  – nie ma ani telewizji Chojeckiego, ani projektu Terleckiego, ani imperium Walendziaka. I po polsku: wszyscy konkurenci cieszyli się gdy jednych zamykała policja, inni nie dostawali koncesji, jeszcze inni bankrutowali.

Nas więc już nie ma: ani  jako środowiska ani jako któregokolwiek z przegranych, rozproszonych niepotrzebnie ze sobą konkurujących produktów medialnych. Niedobitki w rodzaju Leskiego czy niżej podpisanego kręcą się po blogerskich salonach…

Odradza się za to znowu Ich ( wpierw post PZPR-owska w wykonaniu Kwiatkowskiego, a dziś post WRON-ia z rekomendacji syna  Macieja Giertycha), za chwilę jeszcze jakaś inna – polityczna kontrola nad Telewizją Publiczną.

Jest Ich (to znaczy ludzi  środowiska gierkowskiej propagandy sukcesu ) wpływ w TVN Mariusza Waltera.

Są Ich (to znaczy pogrobowców i dziedziców ZSL-u)  wpływy w PolSat-cie zarządzanym dziś programowo przez Carycę TVP wszystkich reżimów  - Ninę Terentiew.

Więc w chwili, gdy środowiska będące spadkobiercami opozycji demokratycznej  mają coraz mniejszy wpływ na prasę, udziały może w kilku stacjach radiowych – jednak są praktycznie nieobecne w prywatnych mediach zaś ostatni przyzwoici  pracownicy Telewizji Publicznej, czekają na emeryturę, zmieniają skórę lub są po prostu zwalniani z pracy – może ostatnia to chwila by pomyśleć kim dzisiaj jesteśmy, kto jest wśród nas i czego od mediów chcemy.

Łączy nas wiara w wolność słowa. Wiara w media – dziś tysiąckroć potężniejsze niż 20 lat temu. Media z telewizją, sieciami kablowymi, komórkowymi i owocującym dziś blogosferą – internetem. Media prywatnych pracodawców, operatorów multipleksu, nadawców telewizyjnych. Jesteśmy z produkcji i z reklamy. Ani z jakichś Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych ani z polityki – jesteśmy z wolnego rynku, dla którego produkujemy: nakład, oglądalność, słuchalność.

Tacy jesteśmy dziś – my  – to znaczy ludzie, którzy traktują literalnie prawo jednostki do wyrażania swoich poglądów. To znaczy ludzie, którzy wierzą w mądrość społeczeństwa. Dziennikarze i publicyści, którzy uznając prawo dostępu do informacji  w   z a s a d z i e, nie pragną zarazem      w   s z c z e g ó l n y c h   przypadkach dostępu takiego zakazać. Kiedyś tacy jak my nazywali się – demokratyczną opozycją.

Tylko czy mam prawo używać liczby mnogiej ? Czy żyje jeszcze ktoś, kto się po tym moim „manifestem” zechce podpisać ?


Może pora wytłumaczyć jak doszło do tego, że większość życia spędziłem praktycznie na wygnaniu,  włócząc się po jakichś teatralnych ogrodach ?

Wolność 4 czerwca zastała mnie w Szkole Teatralnej. Tam z Grażyną Matyjaszkiewicz i Jerzym Jacklem, który wsławił sie tym iż wymyślił nazwę dla Porozumienia Centrum –  odtwarzaliśmy „Solidarność” której to nawet zostałem pierwszym uczelnianym przewodniczącym. Ale potem wydarzenia nabrały przyspieszenia. Pamiętam spotkanie artystycznej „poziomki” komisji uczelniach NSZZ „Solidarniość” przełomu roku 89 na 90. Gdy popatrzyłęm na rozwianą czuprynę przedstawiciela Akademii Muzycznej, późniejszego wiceministra kultury Jacka Weissa, którego związek wydeleguje nawet w krytycznym roku ’99 na wiceministra kultury – zrozumiałem, że korporacja zawodowa artystów przez duże „Tfu…”, to już z pewnością nie jest moja bajka. Robienie za pana od wf-u ( czyli nikomu niepotrzebnej „estetyki teatru”), pisanie za aktorów prac magisterskich bądź  tolerowanie, że ktoś inny ten kierat na siebie za wynagrodzeniem  bierze,  też nie zgodziło się z moim temperamentem. Zatem  także i z uczelnią rozeszły się moje  drogi.

I wtedy, wnet po przejęciu Tygodnika Solidarność przez Kaczyńskich i wyrwaniu go z rąk mazowieckich dworaków zgłosił się do mnie Urbański stawiając zadanie: przyciągnąć do Tygodnika intelektualną elitę. Opowiadałem już o tym jak się wówczas czułem. Ale nie opowiadałem jak pewnego dnia zadzwonił w mym prywatnym mieszkaniu telefon.

- Dzień dobry Panu. Usłyszałem drżący głos w telefonie. – Czy to pan  jest kierownikiem działu kulturalnego w piśmie „Tygodnik Solidarność”.

- I owszem, odparłem zniecierpliwiony, gdyż oderwano mnie właśnie od jakiejś niezwykle pasjonującej domowej pracy.

- Bo widzi Pan, ton rozmówcy stał się razem nachalny i płaczliwy, jakby się prosił o reprymendę: ja jestem poetą, a państwo pewnie w tak poważnym organie wszechzwiązkowym poezji nie drukujecie…

Już miałem potwierdzić i przegonić nachała gdy naraz, ten autoironiczny ton, ta  wyraźnie udawana pokora, zwyczajna „zgrywa” – coś mnie tknęło: - Pan Zbyszek ? spytałem niepewnie.

- A i  owszem, owszem głos poety przeszedł w wyższe rejony, zaczał brzmieć godnie i dostojnie. – Witam Nad-Redaktora.

- To już w kraju, spytałem.

Tak, odpowiedział postanowiłem wrócić na kamienne łono ojczyzny.

Herbert ( fot.A.T.Kijowski)

Zbigniew Herbert (fot.A.T.Kijowski)

No i tak to się zaczęło. Na drodze do odebrania Herbertowi szans na Nagrodę Nobla byłem wstępnym, pochlebiam sobie, że jeszcze nie tym niefortunnym etapem.

W mieszkaniu przy Promenady spędziłem , nie wiem czy najszczęśliwsze ale niewątpliwie inicjacyjne dni mego małżeństwa. Mieszkałem tam u Herbertów w sumie trzy miesiące od lipca, gdzieś do października roku 77 po moim pierwszym ślubie. Kilka dni z panią Kasią i Zbyszkiem. Potem Herbert wyjechał na Zachód, za nim po miesiącu wyruszyła Pani Katarzyna. Przez dwa miesiące pracowałem przy biurku i myszkowałem w bibliotece poety.

Kolejny raz zjawiłem się w tym mieszkaniu w listopadzie ’83 roku. Mimo, że Stan Wojenny zastał autora „Raportu z Oblężonego Miasta” na zachodzie wrócili do kraju. Przybiegłem do Zbyszków by pożyczyć na kilka dni jedyny, legalnie wwieziony tom „Raportu z Oblężonego Miasta”Raport_maszynopis-web wydanego w „Kulturze Paryskiej”. Dopadłem maszyny i wiersz po wierszu, strona po stronie przepisałem tomik przez kalkę w pięciu numerowanych egzemplarzach. Potem pracowicie go zszywałem. Cztery przebitkowe kopie pan Zbyszek podpisał. Miałem dla najbliższych przyjaciół piękne przezenty gwiazdkowe. Mój egzemplarz, uzdolniony plastycznie, poeta ozdobił własnoręcznie wykonanym logo Kultury Paryskiej i dedykacją.

Po tym telefonie nastąpiło spotkanie trzecie. Zawdzięczałem je determinacji i uporowi. Kiedy bowiem w lipcu 90 roku obejmowałem posadę w Tygodniku zwróciłem się z zaproszeniem do wszystkich byłych współpracowników pisma z okresu redakcji Mazowieckiego. Nieliczni tylko z Krzysztofem Wolickim i Romanem Zimandem na czele mi odpowiedzieli. Pan Zbyszek przebywający w tym czasie w Paryżu przysłał list krótki i obraźliwy. Stwierdził, że nie ma zwyczaju publikować w pismach, których naczelnych reaktorów nazwisko trudne do zapamiętania. Wkroczyłem wtedy do gabinetu z-cy  Jarosława Kaczyńskiego czyli Krzysztofa Czabańskiego. Położyłem na biurku listę nazwisk z adresami, na której byli mieszkający w Paryżu Brandysowie, Herbert, Olga Scherer, Giedroyć i jeszcze kilku warszawskich pisarzy i postawiłem ultimatum: na te adresy ma iść stała i darmowa prenumerata. Czabański mi uległ. Odtąd każdy wypieszczony i ozdabiany coraz lepszymi nazwiskami numer pracował dla mnie tak skutecznie, iż po pół roku lektury Herbert uznał , że mój dział kultury w kaczym Tygodniku właśnie jest – Nasz.

Za pisany pod wpływem pro-mazowieckich emocji list przeprosiwszy  obiecał mi Poeta wiersz  i zaprosił  na Promenady. Nie zapomniałem dyktafonu ani aparatu i tak oprócz prawa pierwodruku w „Tygodniku Solidarność” tytulowego wiersza z przygotowywanego właśnie tomu „Rovigo” –  w marcu ’91 przeprowadziłem wywiad, który zatytułowałem „Jak tu teraz żyć?”.

Zbigniew Herbert na Promenady, 14.III.1991 ( fot.A.T.Kijowski)

Zbigniew Herbert na Promenady, 14.III.1991 (fot.A.T.Kijowski)

Cóż to była za praca ! Przesiedziałem z Herbertem w jego gabinecie ładnych kilka godzin. Rozmawialiśmy w dalekim od  wywiadu stylu, jakby wróciły czasy gdy żył mój Ojciec, przychodzili Brandysowie, Międzyrzeccy a ja czasem zadawałem pytania nastolatka. Mam to wszystko nagrane. I …  może kiedyś pokażę. Pan Zbyszek mówił bowiem cudowności, a potem opowiadał rzeczy straszne. Wszystko miał za złe, urażał ludzi.

A przecież nie mówił, że to Państwo, że media  nie nasze. Przeciwnie. Twierdził, że oto normalność nastaje. Wtedy wydawało mi się to niesprawiedliwe. Więc do wywiadu wprowadziłem tylko to, co wiecznotrwałe. Gdy wróciłem po kilku dniach spisywania z taśm i przyniosłem materiał – Herbert przebiegł tekst wzrokiem i z właściwym sobie patetyzmem skłonił mi się nisko.

Jesteś pan wielki rzekł teatralnie – zmuszasz mnie do czynu. Następnie zastrzyknął adrenalinę i  zamknął się w pokoju oddawszy mnie pod intelektualną i  kulinarną

Katarzyna z Dzieduszyckich Herbertowa

Katarzyna z Dzieduszyckich Herbertowa

opiekę pani Kasi. Po dwóch godzinach tekst był gotowy. Herbert nie zmienił nic. Nie dodał ani nie ujął zdania. Wszystko pozostało jak w mojej redakcji choć … wszystko już brzmiało inaczej. Tekst, który mu przyniosłem był bowiem dosłownym zapisem wypowiedzianych przezeń słów. Redagując te same treści Herbert wszystko raz jeszcze napisał i od nowa. Poprawiał interpunkcję, czasem dodał przymiotnik, zadbał o kadencję. Wywiad zmienił się w literacką prozę – nabrał brzmienia.

Po tych dniach marcowych spędzonych między mieszkaniem Herberta, a  oddziałem położniczym na Karowej, gdzie w Śmigus Dyngus będący tego roku Prima Aprilisem miała zameldować się na świecie moja córeczka Kamila, literaturze pozostał wywiad publikowany w Wielkanocnym numerze „Tygodnika Solidarność”[1].  A mnie nagroda krytyki w postaci wiecznego pióra, którym do dziś się posługuję  i  jeszcze jedna dedykacja. Może nawet coś więcej. Słowa, które z biegiem lat i dni jakby większego nabierają znaczenia.Nagroda-Krytyki_web

Wywiad żyje. Często jest cytowany, bywa przedrukowywany. Nie sposób go pominąć choć budzić mogą politowanie zabiegi poczynione przez Andrzej Gelberga, który zrobiwszy wraz z Anną Poppek dokładnie to co ja uznałem za małość, tzn. wydobywszy z poety oceny doraźne i takie, które wielu przysporzyły mu wrogów – dzieje związku Herberta z Tygodnikiem opowiada tak jakby nasz świat odzyskany został wtedy, gdy tak naprawdę się kończył  - czyli w roku ’94. Jakby wszystko zaczęlo się wtedy, gdy szefem związkowego pisma został wybitny menedżer transportu samochodowego, a niedawne czasy, gdy  z  kierowanymprzez mnie dziełem kulturalnym Tygodnika współpracowali tacy ludzie jak Tomasz Burek,  Ernest Bryll, Paweł Hertz, ks. Jacek Salij,   Romand Zimand, czy sam Zbigniew Herbert były mało zaczącym epizodem.

Nie, nie  mówi przeze mnie pretensja, ani nawet żal. Wspominam o tym, gdyż opisuję obyczaje. A w tych w Polsce panuje niezmienna zasada – zrywania ciągłości. Każdy nowy szef stara się pomniejszyć rolę poprzednika. Zamiast doskonalić deprecjonuje przeszłość. Jeśli tylko zdoła zmieni szatę graficzną, nawet  logo, zamachnie się na tytuł. Rząd wladzę  wyobraża sobie jako zmienianie ustaw. Parlament uzna za stosowne poprawiać Konstytucję. Każdy chce zmieniać sądząc, że w ten sposób najłatwiej da się zapamiętać. I tak jeden bubel zastępuje kolejny niewypał.  Złego wymienia gorszy. Ta zasada dotyczy  wszelkiej władzy:  ustawodawczej, wykonawczej, a także tej, która się czwartą chce nazywać. I tu także panuje żelazana zasada psucia naszej medialnej monety.


[1] Por. Jak tu teraz żyć, [w:]Herbert nieznany, Rozmowy; Zeszyty Literackie, Warszawa 2008, s. 192-197

CDN

LXXIX – Gelberg z TySol-u czyli polowanie na łosia