Wpisy otagowane ‘Bersz-Szturo’

Rozdz.XLIV – Mariensztat

czwartek, 30 Lipiec 2009
poprzedni pierwszy następny

Pogoda niezbyt sprzyjała. Media były nasze. Ludzi coraz więcej, ale miejsce nie było idealne. Baryłeczce załatwiłem ogródek i cieszyłem się, że ludzie mają na czym siedzieć. Pojawił się jednak problem sceny. Zacząłem liczyć… pieniądze

Od trzech lat umowy, które jako firma Media ATaK zawierałem z Urzędem Dzielnicy oparte były na kosztorysie, gdzie uwzględniano koszt montażu sceny przez … Stołeczną Estradę. Tak jakby była ona jedynym wykonawcą. No cóż, instytucja była miejska,  a Ustawa o Zamówieniach Publicznych w powijakach. Per saldo sądzę, że i tak było niż teraz uczciwiej… Tak czy siak koszt wynajmu wynosił kilkaset złotych za dzień.  Niby nic ale w skali dwóch miesięcy było to dobre 5-6 tysięcy. Jak dobrze poszukałem okazało się, że wartość sceny nie musiała wiele przekraczać tysiąca złotych. Zacząłem więc skupować własny sprzęt i „kombinować” kosztorysy. Rzecz bowiem w tym, że kosztorysy wszystkich imprez plenerowych oparte są na wynajmie. Jest to zrozumiałe i uzasadnione, gdy buduje się scenę doraźnie w przypadkowym miejscu. Wtedy koszt uwzględnia montaż i demontaż, szybkość i bezpieczenstwo konstrukcji oraz likwidacji. Jednak moja scena coraz bardziej dążyła do stałości. Potrzebna jej była intymność, swoista powtarzalność.

W wynajętym mi na biuro skromnym pokoiku na Wilczej zacząłem pierwsze potyczki z techniką. Po raz pierwszy zacząłem przeszkadzać. –  Stołecznej Estradzie, która nawykła raz w tygodniu w niedzielę wystawiać coś ( jakiś koncert) na Mariensztacie. A tu ja z moim  teatrem.  I to w dodatku na stałe. Wiedziałem bowiem, instynktownie, iż teatru dramatycznego na estradzie bez pleców i boków wystawić się nie da. Projekt zresztą miałem w oczach. Przypadkiem podejrzałem kiedyś w Instytucie Sztuki wywieszone rysunki Józefa Galewskiego, scenografa, który debiutował w 1905 roku jeszcze w teatrzykach ogródkowych i (obdarzony wyjątkową pamięcią wzrokową) z  pamięci je wraz z wieloma innymi fragmentami zrujnowanej Warszawy potem odrysował.

Teatr Belle Vue - rysunek Józefa Galewskiego

Teatr Belle Vue - rysunek Józefa Galewskiego

Wg. tego projektu pracowała w 1998 Małgosia Domańska, a w 2004 ( już dla Frascati) Majka Zielińska i każda,  z poprawką na dziesięciokrotną różnicę budzetów  jakimi na projekt scenografii dysponowałem zrobiła co umiała.

Więc najpierw była Domańcia. Projekt mojej teatralnej budki wykonanej za środki uzyskane z ówczesnego Biura Zarządu Miasta, realizowały pracownie Teatru Rampa. Przetrwała ona demontowana i zwożona po sezonie do stodoły w Ołtarzach trzy sezony.

Teatrzyk na Mariensztacie wg projektu Małgorzaty Domańskiej-Wójcik

Teatrzyk na Mariensztacie wg projektu Małgorzaty Domańskiej-Wójcik

Jakiż ja byłem z niej dumny, a przecież  każde  Suwałki mają jak ostanio odkryłem na rynku nie gorszą scenę. Ta nie była już tymczasowa. Choć używać jej miałem tylko raz w tygodniu. Więc dlatego mi tak zależało by otoczyć ją kawiarnią, która da prąd i upilnuje nocą. Cóż upilnowała.

Na Mariensztacie zaczęły się tłumy. Atmosfera więcej jednak miała z festynu niż z teatralnego festiwalu. Jeszcze szukałem. Przed spektaklem  lub po zapraszałem jakiegoś śpiewającego aktora, ogłosiliśmy po raz kolejny  (pierwszy raz zrobiłem to na VI KTO jeszcze w Dziekance) plebiscyt publiczności. Gazeta Wyborcza przyjęła patronat, drukowała nasze logo czyli biust KTO

Pierwsze logo KTO wg projektu Władysława Kufko

Pierwsze logo KTO wg projektu Władysława Kufko

wykonany przez polsko-białoruskiego malarza Władka Kufko. Wydrukowała karteczki plebiscytowe, a nawet – rzecz niebywała ofiarowała żywy pieniądz – tysiąc złotych nagrody, które na finale naczelny stołecznej Wojciech Fusek wręczał osobiście.

Mariensztat to także pierwsza próba współpracy z Małgosią Bocheńską, która wyprowadziła dla mnie swój Salon na powietrze. Zorganizowała  w podcieniach kamieniczek ( nieco te z Rynku w Kazimierzu Dolnym przywodzących na pamięć ) przy aptece Galerię Salonu 101. To dla  Małgosi ( w ramach promocji pisma Grizzli) pojawił się na rynku Antoni Chodorowski rysujący gratis przybyszy, a i Salon Niezależnych, kto wie czy nie ostatni raz wystąpił w Finale w komplecie z Kleyfem,  Tarkowskim i Weisem .

Marek Sułek, bardzo dziś znany w swiecie performer zrealizował na Mariensztacie dla publiczności ogródkowej jedną z pierwszych swoich plastycznych prowokacji. Nazywała się Akcja  Blue* 6  czyli Sen o błękicie. Powstała w ramach  projektu „Warszawa Niezwykła”.

Marek  Sułek - Sen o błękicie

Marek Sułek - Sen o błękicie

To ostatnie dość skandalizujące wydarzenie zwróciło na nas uwagę artystowskiego światka,. Akcja polegała bowiem na pokryciu nagości pięknej młodej dziewczyny gipsem, w który zakuta i pomalowana na niebiesko –  zdawała się antycznym aktem.Po jakimś czasie jej odkuwanie, wyzwalanie z kamienia ku  oswobodzeniu ciała odbywało się ku uciesze  licznie przybyłych artystów fotografików, w których oczach akt rzeźbiarski przekształcał się w naturalny.

Na Mariensztacie narodziła się formuła teatru jako miejsca spotkania. Jeszcze nieśmiało, nawet nie do końca świadomie realizować zacząłem to, co wymyśliłem w „Chwycie teatralnym”, spotkanie w którym grupa gromadzi się wokół jednostki czy sprawy, popijając herbatę czy piwo i w takim spotkaniu znajduje przyjemność, takie spotkanie oczyszcza ją i podnieca.

Było dużo telewizji. Warszawski Osrodek Telewizyjny co tydzień dawał relacje. Pojawiły się ważne spektakle z Grupą Rafała KmityGrupa Rafała Kmity

czy Kabaretem Moralnego Niepokoju na czele.

Publiczność też nie byle jaka. Na jednym ze spektakli pokazał się nawet societariusz Komedii Francuskiej – Andrzej Seweryn.

Andrzej Seweryn wśród widzów na Mariensztacie -  VII KTO

Andrzej Seweryn wśród widzów na Mariensztacie - VII KTO

A wystartowaliśmy w telewizji. Kawą i Herbatą z zapowiedzią występu Teatru Rampa z Muzykoterapią Strzeleckiego w aranżacji Jasia Raczkowskiego. Tego samego Jasia, który rok wcześniej uratował gdyńskie wystawienie sztuki Strzeleckiego w Starej Dziekance. Tylko, że na zapowiedzi się  skończyło! Tego dnia zalało nas ze szczętem. To była jedna z trzech chyba klęsk pogodowych jakie sobie przypominam wsród 350 przedstawień scenicznych, a dziewięcuset zdarzeń teatralnych jakie w ciągu 15 lat zafundowałem Warszawie.

Raz, to było jeszcze w Lapidarium kiedy zalało Andre Ohodlo. W Dziekance choć deszcz srożył się zarówno na Teatr Miejski z Gdyni jak na Wybrzeże nie odwołałem jednak żadnego spektaklu. Jeszcze raz papa Kijowski  ( jak już wspominałem miał za pokutę z czyśćcowych przedsionków do Raju parasol nad mym ogródkiem rozciągać)  zaśpi coś w Dolinie ale zasadniczo wpadka z Rampą była najpoważniejszą. Hucznie zapowiedziana inauguracja: elektroniczne pianino, cuda niewidy, ale nad sceną ani kawałka dachu, ani osłony dla aparatury. Technicy z „Rampy” to już nie szaleńcy z „Wybrzeża” pod komendą nawiedzonych Pań –  powiedzieli pas. W prasie ukazały się nawet moje zdjęcia jak krążę zrozpaczony wokół mej pięknej sceny.

Ulewa na Mariensztacie

Ulewa na Mariensztacie

Ale za tydzień nie było silnych. Po pierwsze porozumiałem się z panem Maciejem Sarapatą z firmy Bossar i kupiłem u niego pierwszy namiocik profesjonalnie okrywający scenę.     ( Będzie mnie pan Maciej przez następnych lat dziesięć wspierał i w namioty zaopatrywał). Przywiozłem go wraz ze stelażem na dachu mojego Tiponka. A, gdy w następnym tygodniu deszczowe chmury zbierały się  nad Kolumną Zygmunta, zwróciłem się do deszczu ze skuteczną przemową. – Witam Państwa na VII KTO, powiedziałem, witam także deszcz co zbiera się nad nami, ale ponieważ deszcz za bilet nie płacił uprzejmie proszę by ominął nasz teatr nie zakłócając zgromadzenia. I podziałało! Gazety następnego dnia opisały jak deszcz skutecznie zaklinam, a tylko ja dziś wiem ( choć wtedy jeszcze się nie domyślałem), że to ten pokutujący Dyrektor Teatru Słowackiego z okresu solidarnośiowego karnawału tak nad moim zgromadzeniem czuwał.

Marynka Bersz-Szturo zajęła się programem, który zresztą ukazał się dopiero pod koniec imprezy, gdy wszystko już było wiadomo nawet o wielkim finale z Salonem Niezależnch ( Weis, Kleyf i Tarkowski bodaj czy nie po raz ostatni występowali razemi) i fińskimi gośćmi, których sprowadzenie rekomendowało mi ITI ( Międzynarodowy Instytut Teatralny). Rodzący się festiwal coraz już wyraźniej w głowie mi się układał. Zacząłem rozumieć ten, jak go wówczas nazwałem

XLV. Paradoks o Ogródkach

CDN

Rozdz. XXI. Wielkie Państwo

piątek, 10 Lipiec 2009

Więc Koenig, przynajmniej dla mnie i dla tradycyjnie polskich Hankiewiczów – dżentelmenem nie był. – A kto nim jest ? Ten, kto miejsce jak ja sam sobie wykuwa ? Wpierw krytyczne. Zdobywszy (z pomocą Andrzeja Urbańskiego) pozycję szefa działu kultury w kierowanym przez Jarosława Kaczyńskiego „Tygodniku Solidarność” próbowałem po raz drugi przebić się do krytyki teatralnej.

Po raz drugi, gdyż pierwszy mój debiut był właśnie recenzencki. Debiutowałem w dniu, o którym mało kto wówczas pamiętał, że był rocznicą odzyskania Niepodległości i przedwojennym Świętem Narodowym. 11 listopada 1976 roku ogłosiłem w „Literaturze”  recenzję z „Leonce i Leny” Buchnera w reżyserii Krzysia Zaleskiego. I od tego czasu, poznany na jakiejś sesji teatrologicznej w Katowicach Jan Kłossowicz pozwalał mi czasem coś o teatrze napisać. Do czasu jednak. Do czasu, gdy stwierdziłem, wympsknęło mi się, po wizycie w Teatrze Solskiego w 1978 roku, że tarnowscy aktorzy „gardzą publicznością”. Sporo w tym było prawdy ale zero dyplomacji. A tego też nie wiedziałem, że krytyka teatralna nie polega jedynie  na ocenie lecz w znacznym stopniu też na dyplomcji. A to dlatego (dopiero dziś to pojąłem), że krytyk literacki ocenia autora, jedną osobę i podjętą już decyzję finansową wydawcy. W skrajnej sytuacji krytyk literacki może więc uśmiercić byt artystyczny jednego człowieka. Krytyk teatralny – szczególnie w państwie stotalizowanej polityki kulturalnej jaką była PRL –  może przesądzić o sukcesie lub klęsce całego przedsięwzięcia, w które zaangażowanych jest wiele osób, ich losy, kariery. Ocenia decyzje budżetowe na wiele milionów złotych. Krytyka teatralna jest oceną instytucji, z natury nie może być więc od instytucjonalnych uzależnień wolna.

Ja zawsze byłem wolny i … nietaktowny.

Może mu czasem wyjdzie nietakt

Lecz trudnym każdy jest poeta

A bez poety byłby marazm

A jest dziewczyna i gitara

A bez poety beznadzieja…

I tak by było bez Andrzeja …

Tymi słowami podsumuje mnie po latach Marek Majewski – i pewnie, coś w tym jest. Zawsze mniej intersowali mnie ludzie niż sprawy i skądś mam to bezsensowne pragnienie mówienia ludziom w oczy, co o nich myślę.

Czego o Janie Kłossowiczu powiedzieć się nie da. Jan Kłossowicz sportretowany został najlepiej w „Aktorach Prowincjonalnych” Agnieszki Holand.  Krytyk, żądający by kierowcę w środku nocy obudzić czuł władzę instytucji, którą reprezentował. Kłosowicz najdłużej od lat 70-tych do 90-tych zeszłego stulecia nieprzerwanie  pracował w „Literaturze” – piśmie powołanym po dojściu do władzy Gierka w miejsce „Współczesności”.

Tytularnym szefem i nadzorcą był I sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej Związku Literatów Polskich – Jerzy Putrament. Mimo to stworzenie tygodnika odebrano jednak dość pozytywnie, w znaczej mierze w skutek powierzenia Gustawowi Gottesmanowi stanowiska zastępcy naczelnego redaktora. Miało to  być próbą zasypania podziału stworzonego w środowisku literackim w 1963 roku gdy likwidacja kierowanego przez tegoż Gottesmana „Przeglądu Kulturalnego” i „Nowej Kultury” spowodowała długo trwający w części środowiska literackiego bojkot  „Kultury” redagowanej przez  Janusza Wilhelmiego.

Mówiąć krótko w drugiej połowie lat 70 tych „Literatura” Gottesmana była koszerna. Debiutować w niej ( w odróżnieniu od „Kultury” w której nb. pisywał o filmie Janusz Kijowski) wypadało. No więc debiutowałem u Kłossowicza, który w mej osobsitej biografii źle się nie zapisał.  Zauważył mnie najpierw na sesji teatrologicznej. Komplementem obdarzył, stwierdziwszy, że coś wymyśliłem twórczego pisząc o napięciach teatralnych. Dał wreszcie szansę debiutu w „Literaturze”.  Nawet ostrzegał czyli uczył . Przypominam sobie jak  podsumował próbę debiutu Magdy Raszewskiej ( pod nazwiskiem Łazarkiewicz też o żywym teatrze pisać próbowała). Szepnął mi wtedy do ucha: no cóż napisała nieostrożne zdanie będę ją musiał odstawić. Wstrząsnął mnie jego cynizm ale nic nie zrozumiałem. To i mnie z przegonił. Za brak taktu. No cóż – mea culpa. Spotkałem Pana Janka już po upadku „Literatury” w latach 90 tych jako rektora Wyższej Szkoły Dziennikarstwa. Studentki jak wieść niosła gminna wystawiać mu miały  najlepsze refererencje. Powiadają, że od czasów Volmonta najlepszy to sposób na awans.

Bo awans to nie to samo, co kariera. Karierę pewnie jakąś tam zrobiłem, gdyż karierę można zrobić samemu. Awansować musi cię ktoś.

Zatem – odwołany z krytycznej funkcji teatralnego krytyka przez Kłossowicza w roku 78 przywróciłem się na to stanowisko samowolnie po 15 latach na łamach „Tygodnika Solidarność”, a potem dziennika „Nowy Świat”. Gdy kierowałem działami kultury tych pism recenzje teatralne podpisywałem anonimowo jako KAT ( Kijowski Andrzej Tadeusz). 

Podobnie, dostawszy się do telewizji Chojeckiego wykorzystałem moment zagapienia, by włamać się na wizję i udowodnić, że chcę i potrafię prowadzić żywe programy. Realizować transmisje telewizyjne,  nawet ścigać się z mym mistrzem i promotorem Stefanem Treuguttem ( że o Koenigu nie wspomnę) starając się pokazać, iż potrafię stanąwszy przed staromiejskim Lapidarium, poprzedzić teatr w telewizji lapidarnym wstępem. Wygłaszałem je przez dwa sezony przed transmisjami Konkursu Teatrów Ogródkowych realizowanymi dla całej Polski przez  „Polonię 1”.

Wreszczie korzystając z funkcji radnego samozwańczo ochrzciłem się dyrektorem teatralnego festiwalu.

Po trzykroć jestem samozwańcem!

Z tym wszystkim przed szóstym konkursem w roku 1997 naprawdę wiele wydawało się możliwe. „Gazeta Wyborcza” dawała patronat. Na rozmowy zapraszała i TVP Polonia i TVP 2 i Polsat, który wydawał swoja poranną audycję. Pojawił się nawet sponsor. Kandydujący na radnego Witek Romanowski z Dembudu. Obiecał 15 000 PLN, dał jak mnie pamięć nie myli 7 cz 8, a jeszcze prosili potem o rachunki, generowanie kosztów … cuda niewidy.

Przed szóstym konkursem zadzwonił też Włodek Bolecki i polecił mi do współpracy Marynę Bersz-Szturo, która właśnie przestawała pracować w Impresariacie Teatru Małego. O ! – Marynia to była Pani Wielka – po prostu Wielki Świat. I trzeba przyznać, że konkurs z jej pomocą stanął na innym poziomie.

Marynka namówiła do przyjazdu Krzysztofa Raua z teatrem ¾ z Zusna. Ściągnęła Teatr K-2 z Wrocławia  z Jolantą Fraszyńską, zadbała też o poziom wydruków i wydawnictw: skromnie ale estetycznie robionych przez panią Anię Jedlińską i Janusza Wójcika z firmy Cezan.

Szósty konkurs miał niezwykle bogatą oprawę medialną. Jakoś przeprosiłem się z WOTem. Co nie było dla mnie łatwe. Pamiętajmy, że ciagle jeszcze spadałem z bardzo wysokiego konia: najpierw Polonii 1 z oglądalnością lepszą od TVP2, potem zaś własnych produkcji dla KBNu jeszcze w ’96 roku, czyli w trakcie V KTO realizowanych. Miałem więc prawo sądzić, że teatr ogródkowy powinien stać się moim produktem. Ale na to nikt nie chciał mi pozwolić.

Nie było wyjścia. W ’97 przed VI KTO dogadałem się z panem Andrzejem Piotrowskim ( z-cą szefa WOTu) i gdy przestałem pleść o produkcjach czy współprodkcjach, słowem gdy zgodziłem się oddać imprezę za darmo – relacji z VI KTO wykonywanych przez debiutującą jeszcze w NTW Sylwię Borowską doczekałem się sporo.

Aż przyszedł ten dzień. Pod sam koniec VI ogródka, we wrześniu znów były wybory i ktoś z powstającego AWSu upatrzył sobie dziedziniec Starej Dziekanki na rodzaj konwencji wyborczej. Jako półgospodarz zostałem tam zaproszony i przysiadłem się do Piotra Wejcherta, koło którego siedziała elegancka dama: Małgorzata Bocheńska ! 

Mój Boże – sama Bocheńska ! Czegom się ja o niej przez lata nie nasłuchał. W czasach, gdy jeszcze na przełomie 90 i 91 roku po wygraniu wyborów samorządowych ściągnął mnie Andrzej Urbański do Tygodnika Solidarność przejętego przez Jarosława Kaczyńskiego – nazwisko Bocheńskiej padało na każdym kolegium, głównie z ust ówczesnego bywalca Salonu 101 – Józka Orła: posła I kadencji, socjologa i dziennikarza, teoretyka, rezonera.

Sama Bocheńska najbardziej jest pewnie … no właśnie kim ? Wtedy jej nazwisko brzmiało tak dobrze jak Beaty Chmiel czy Hanny Bakuły pań,  które ustawiają środowiska. Miała jak nakazuje obyczaj kilku mężów i pewną ilość mężczyzn, no i oczywiście … dwór. Z tego co dziś wiem o Małgosi pierwszym jej mężem był niejaki Cichocki – malarz, świetny kopista, ojciec Majki. Z arystokratycznym Bocheńskim arabistą i namiętnym graczem spędziła znaczną część Stanu Wojennego gdzieś w Magrebie dając światu dwie piękne córki: Amirę i Matinę oraz syna Michała.

Trzecim jej mężem z początkiem 15 lecia międzysojuszniczego stał się Jan Parys. Nie, nie ten od pięknej Heleny lecz ten, co (trzeba mu to przyznać) jako minister obrony narodowej w rządzie Jana Olszewskiego wraz z Lechem Wałęsą sprawił, iż Polacy wykonali wielki krok w stronę niepodległości. Wtedy to połączono nasze struktury wojskowe  z NATOwskimi tak dalece, że ich następcy w ’99 roku nie mieli wyboru i musieli przystać do Paktu Północno Atlantyckiego. Dziś wydaje się to oczywiste. Ja przecież nie zapomniałem jak jeszcze w 1995 roku poseł Aleksander Kwaśniewski pytany przeze mnie o chęć przystąpienia do NATO wypowiadał się pozytywnie, zaprzeczając wbrew faktom, że (co sprawdziłem) poprzedniego dnia udzielając wywiadu na rządzonych podówczas przez komunistów Węgrzech był w tej kwestii o wiele bardziej wstrzemięźliwy. Do czego wszakże w Polsce już się nie przyznawał.

Jeżeli Marynka Szturo kształcąca dzieci w lauderowskim przedszkolu to był „wielki świat”, kim zatem mogła zdawać się Bocheńska, w której domu na ulicy Saskiej zwanym Salonem 101 wykuwały się zręby niepodległości…?.