Powyższe było pisane w 1987 roku. Nie bez doświadczeń Stanu Wojennego. Teatru Domowego, którego organizacja w domu mego nieżyjącego Ojca na Jaworzyńskiej i u Hani Kirchner na Jelonkach była moim bodaj pierwszym doświadczeniem organizacyjnym w teatrze. I w tedy przyszło to trzecie
Przyszło - Lapidarium
Bodaj w 91 kiedy Andrzej Urbański był krótko wydawcą Pegaza, a ja pracowałem jeszczej w „Tygodniku Solidarność”, w którym właśnie przeprowadziłem ankietę pt. Głosowanie imienne pytając o celowość istnienia Ministerstwa Kultury oraz o to jak dalece teatry winny być dotowane - zgłosiła się do mnie TV bym się wypowiedział nt. dotacji dla sztuki. Materiał miał oczywiście tezę. Artyści chórem narzekali. Toteż nie znalazłem swojej „setki” między wypowiedziami od wszystkich Englertów pobranych. Nie znalazłem bo pamiętam, co wtedy mówiłem. Jako starówkowy radny zaprosiłem kamerę na ulicę Nowomiejskią. Stanęlismy na wprost Lapidarium.

Na tym Dziedzińcu Muzeum Historycznego m. st. Warszawy próbował zadomowić się teatr. W 91 roku grali tam „Lizystratę” Arystofanesa. Bardzo spodobała mi się ta idea. Byłem ‘za’ i twierdziłem do kamery, że to najlepszy dowód, że nie jest źle, że reformy, swoboda dobrze służą sztuce.
- Nie był to słuszny pogląd. Może nawet niesłuszny. Nie pojawiłem się na ekranie, a po roku aktorów także tam już nie było. Pojawił się za to Jacek Kiliński. Znałem go jeszcze z Komitetu Obywatelskiego, z ramienia którego rok wcześnej zostałem staromiejskim radnym Śródmieścia.

Jacek to kupiec, plastyk ze Starego Miasta, który od malowania portretów w stylu Montmartre w latach siedemdziesiątych przez dziuplę w Barbakanie, Muzeum SZEWCÓW na Szerokim Dunaju doszedł do sklepu z pamiątkami na Nowomiejskiej. Sklep jakiego dziś nie powstydziłby się paryski Beaubourg powstał w lokalu dawnego MPiKU. Jacek to człowiek z fantazją. Marzyły nam się kluby, gazety, barki. Inicjatywa goniła pomysł. Tu niejaki Wolski otworzył barkę na Wiśle (skończyło mu się na Volfra Taxi…), tam miał powstać elitarny klub zamknięty na angielski wzorzec, gdzie indziej w podwórku – kafejka. Poszedłem do niej. Na dziedziniec Lapidarium, który Jacek podnajął od profesora Durko szefa ( od 1951 roku nieprzerwanie do roku 2001) Muzeum Historycznego m.st.Warszawy. Poszedłem z młodą żoną i oniemiałem. To jeszcze nie był czas ogródków. Rynek Staromiejski był pusty. Lapidarium święciło triumfy. Wybudowano małą scenkę na której w weekendy Mirek Wróblewski czyli Wróbel organizował koncerty. ( W 1993 był nawet „zamówiony” do Lapidarium Bill Clinton i miał grać na saksofonie. Jednak jak stwierdził Jacek „Hilary była zmęczona..”).
Mirek był szefem sali, którą zorganizowano na zasadzie holdingu. Ktoś wział w ajencję bar. Ktoś handlował colą. Kto inny smażył creepsy w paryskim stylu. Butelka zmrożonej białej bułgarskiej Sofii wartej w sklepie wówczas 3 zł u Kilińskiego kosztowała może 5 zł. A piliśmy ją na galeryjce na wygodnych plastykowych krzesełkach, które wraz z parasolami Jacek dostał od coca-coli. Niech się schowa Madryt czy Sewilla, gdzie widziałem takie zaułki. Podczas wędrówki maluchem po Hiszpanii w ’88 roku, bodaj w Granadzie w jakimś podwóreczku podglądałem występ teatralny czy cyrkowy. Ale tam po pierwsze i ostatnie nie było mnie stać na przestąpienie progu. A tu .. no właśnie. Tylko teatru brakuje.
Lapidarium zrobiło się modne. Jak zakładany właśnie przez Maćka Nowaka przy warszawkim ZASPiE Goniec Teatralny. I jego pierwsi redaktorzy.
W kwietniu ’92 próbowałem z Anią Kowalską (do dziś redagującą Mazowiecki Informator Kulturalny przy MCKiS) i Hanią Zielonką odtworzyć WIK czyli Warszawski Informator Kulturalny, który podopadł przed laty. Zacząłem kręcić się wokół Warszawskiego Ośrodka Kultury, któremu jak się okazało przekazano prawa wydawnicze. Siedzieliśmy zatem razem z moim ówczesnym zespołem (po „Tygodniku Solidarność” krótko kierowałem działem kultury w efemerydalnym dzienniku „Nowy Świat”, z którego mnie właśnie Piotr Wierzbicki wyrzucił). Rozmawiałem więc z Jackiem Cieślakiem ( właśnie zmykającym do Rzepy) z Tomkiem Płuciennikem, który osiadł jako wydawca w TAI) z Darkiem Wieromiejczykiem ( późniejszym szefem Telewizyjnej Agencji Filmowej za prezesury Bronka Wildsteina) , z nieżyjącym już Julkiem Gostkowskim, z Ewą Gałązką, Tomkiem Mamcarzem. Przypomniał mi się teatrzyk grający w Lapidarium przed rokiem. Któryś z teatrologów wspomniał XIX wieczne teatrzyki ogródkowe, o których nauczała nas w PWST pani Barbara Lasocka. Co to dla nas: odtworzymy. Wykrzyknąłem. Kilińskiemu też zapaliły się oczy. Zaraz zaproponował logo. Pamiętam wizytówkę. ‘Pierwszy Teatr Ogródkowy’. Ale skąd pieniądze ? Nie sposób przecież ze środków społecznych wspierać wprost prywatnego biznesu. Ani liczyć na to, że pomysłowy biznesmen nie da się aktorkom zbajerować.
I tutaj zaczęła się moja rola. Bo kto miał by dać dotację? Kto gwarantować poziom? Fakt: miałem wszystkie sznurki w ręku. Byłem dziennikarzem, felietonistą kulturalnym II programu Polskiego Radia, do którego chętnie wówczas mnie Iwona Smolka zapraszała, przewodniczącym Komisji Kultury, Oświaty i Sportu posiadającej wówczas osobowość prawną Dzielnicy Śródmieście. Byłem też Wicemarszałkiem Sejmiku Warszawskiego, gdzie miałem faks i xero, komputer z Worksami i programem Banner Mania, na którym przez trzy pierwsze lata rzeźbiłem programy Konkursu na Teatralny Spektakl Ogródkowy. No i last but not least Piotrusia Królikiewicza, pełnego filozofa, teatralnego rekwizytora, a jak się z czasem okazało znakomitego samorządowego urzędnika, którego z konkursu pozwolił zatrudnić mi Piotr Fogler, z którego ( Królikiewicza) pomocą, na papierze ( transparentnie!) dostarczonym z Urzędu Dzielnicy Śródmieście drukowałem pierwsze programy.
Musieli mieć zabawę ochraniarze z Placu Bankowego widząc jak często po nocy pan marszałek atakuje ratusz od strony wjazdu z Elektoralnej, przechodzi przez płot nad ciężką metalową bramą ( jak wiadomo skoki przez płot cieszyły się wówczas jeszcze dobrą sławą) by po nocy w zaciszu gabinetu sejmikowego zająć się no właśnie … wiele mogło by im przyjść do głowy, ale chyba nie to, że miast kserować akty notarialne lub badać akta własności gruntów miejskich zajmuję się produkowaniem teatralnych programów. Na posiedzeniu zaś Zarządu Miasta miast zadbać o wykup działki w Kampinosie, pod nosem prezydenta Wyganowskiego darłem karteczki stęplując je na pierwsze amatorskie bilety dowiadując się od zarządzającego miliardami skarbnika miasta jak skonstruować książkę biletową.
No cóż – nie ma już tego prezydenta. Parę osób znikło, ktoś siedzi. Kogoś już z pudła wypuszczono. Ktoś inny pewnie nigdy nie siądzie bo prawników ma dobrych, a powiadają, że stał się jedną z osób najmajętniejszych spośród radnych… Piotruś też dał się kupić …
Mnie, z tej historii udało się wykreować Konkurs. Konkurs, który trwał piętnaście lat – tyle co Polska między sojuszami.
Ten kawał historii współczesnego teatru powstał z poparciem samorządu. Ale też to byli inni radni, niż ci partyjni zakładnicy, którzy dziś podpisują diety. To była Rada z Janem Ekiertem profesorem fizyki i prorektorem politechniki na czele. A moim zastępcą (adiunkta i redaktora) była profesor polonistyki UW Maria Straszewska. Tym ludziom: architektowi Janowi Rutkiewiczowi, który był burmistrzem, Marcinowi Sobockiemu jego zastępcy nie długo trzeba było tłumaczyć na czym polegają ponaddzielnicowe, a nawet ogólnopolskie zobowązania gminy będącej Śródmieściem Stolicy Polski. A gdy ich zapewniłem, że do Jury zaproszę takie sławy jak Adama Hanuszkiewicza, Izę Cywińską ( świeżo po zakończeniu misji ministra kultury w rządzie Tadeusz Mazowieckiego), Jacka Sieradzkiego z „Dialogu”, ówczesną recenzentkę teatralną „Gazety Wyborczej” Wandę Zwinogrodzką i Pawła Konica wówczas kierownika literackiego Teatru Dramatycznego wszyscy byli zachwyceni, a burmistrz Rutkiewicz mianował mnie kierownikiem artystycznym i wyasygnował jedyne 60 mln zł czyli 6 tys.$ na nagrody. [po piętnastu latach suma nagrody na imprezie z dwustukrotnie zwiekszoną publicznością wzrosła niewiele: w roku 2006 wyniosla 30 000 PLN czyli oscylował w granicach 10 tys.$ ].
Podejrzewam jednak, że radni I kadencji odrodzonego samorządu decyzje burmistrza kontrasygnowali z taką ochotą, gdyż mieli w tym b wyrachowanie. Rozumieli dobrze, ze jak się pozwoli przewodniczącemu komisji kultury, oświaty i sportu realizować w plenerze – może będzie mniej swoją grandelokwencją na każdy temat na radach się popisywał… I nie pomylili się. Ogródek zaczął oplatać mnie jak powój.
Najbardziej zależło mi na niezależności jury. By żaden sponsor ani radny nie miał wpływu na werdykt.
Dla zaspokojenia ambicji powołaliśmy też Komitet Honorowy z Rektorem PWST Janem Englertem, Burmistrzem Dzielnicy Janem Rutkiewiczem, Dyrektorem Muzeum Historycznego M.St.Warszawy prof. Januszem Durko oraz Jackiem Kilińskim szefem Lapidarium.
Pierwsze posiedzenie jury odbyło się na bocianim gnieździe – jak by można nazwać przepiękny salonik, którym Muzeum Historyczne dysponuje na najwyższej kondygnacji kamieniczki Dekerta. Nie zostawszy przewodniczącym jury Hanuszkiewicz natychmiast stracił zainteresowanie dla zasiadnia w jury, w którym poza tym miała uczestniczyć nie należąca do miłośników mistrza Adama – Wanda Zwinogrodzka.
Adam (czyżby dlatego, że przyjaciel domu od lata szczenięcych znajomy) okazał się więc pierwszym i jedynym humbugiem z mojej strony. Reszta była niezawodna. I to jury nazywałem długo najlepszym i głównym produktem teatru ogródkowego. Po roku doszlusował Maciej Wojtyszko, po dwu Wojtek Malajkat. Wanda była gdy jej czas pozwalał. Całe to jury wierne i zdysplinowane służyło ogródkowi z oddaniem i niemal charytatywnie przez lat siedem.
To niezależność jury stworzyła jak sądzę markę Konkursu Teatrów Ogródkowych, na którym debiutowała Edyta Olszówka,

przedstawiali się warszawskiej publiczności Jolanta Fraszyńska czy Grupa Rafała Kmity, święcił pierwsze triumfy Bronisław Wrocławski czy Kabaret Moralnego Niepokoju.
Zaczęła się walka o formę. O to czym ogródek być może a czym nie powinien. Przyszła telewizja.
Tzn. telewizja publiczna pojawiła się zaraz. Jak dziś pamiętam drugą bodaj w mym życiu wizytę w studio Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego (nikomu jeszcze nie śnił się WOT) u Anny Frankowskiej. Było pięknie, byłem próżny i pełen najlepszych intencji, ale materiał, ze mną jako gościem Kuriera spadł ponieważ bodaj pierwszy raz szosy zablokowali, ziarno rozrzucając jacyś rolnicy z nikomu nieznanym excusez le mot Andrzejem Lepperem na czele. Cóź szybko poczułem te kłody…
By mi to jakoś nagrodzić nazajutrz odnalazł mnie Janusz Leśniewski też wówczas pracujący w Kurierze i miast wywiadu w studio zrobił (nagrywaliśmy to w Fosie przy Placu Zamkowym) pierwszy materiał o Teatrze Ogródkowym w Lapidarium. Opowiadano potem, że i jemu łatwo nie było. Któryś z wydawców obsztorcował go zdrowo za zrobienie materiału, kryptoreklamowego, bowiem zdaniem nadredaktora zza pleców widowni wkręciło się w kadr całkiem nieodpłatnie logo coca-coli, pod której parasolami rzecz się działa.
Zatem na początku media były dla nas łaskawe. Jacek Cieślak załatwił zdjęcie z pierwszego teatrzyku w Rzepie. Wanda przychylność Wyborczej. Inny z moich studentów pracujący w TeleExpresie niejaki Michał Jacoszek rzeźbił 30 sekundowe newsy z teatrzykówna 17:15. Zgłosiła się nawet Magda Gardowska, która moją wypowiedź o teatrzykach puściła w I pr TVP po głównym wydaniu mających jeszcze dodatek kulturalny niedzielnych wiadomości wieczornych. To były piękne dni. I świat zdawał się kłaniać nisko.
Ale zachciało mi się więcej. Bo tego pierwszego ogródkowego lata, w trakcie którego ze zmiennym powodzeniem walczyłem o reaktywację Warszawskiego Informatora Kulturalnego układając dlań fantastyczne marketgingowe plany, jednocześnie wygrałem swoisty casting urządzony przez Niezależną Telewizję Polską, która miała być pierwszą komercyjną stacją telewizyjną. Od Gabriela Maretica, Teresy Kotlarczyk, Krzysztofa Wyszyńskiego, Michała Komara, Mirka Chojeckiego wpadającego na nasze kursy Andrzeja Wajdy, a wreszcie podczas stażu w sardyńskiej prywatnej telewizji Videolina w Cagliari nauczyłem się nowego zawodu.
Od grudnia 92 roku zacząłem więc pracę w Nowej Telewizji Warszawa, gdzie bardzo szybko sam sobie stałem się sterem, żeglarzm, okrętem. To był istny obłęd. 150 godzinnych audycji, 100 półgodzinnych live-ów, ponad 700 dwuminutowych newsów oraz… blisko trzydzieści ogólnopolskich transmisji z Teatru Ogródkowego.
Angelo Palla nie wahał się długo, gdy w czerwcu 93 roku pokazałem mu Lapidarium. Ustawa o prawach autoskich była jeszcze w powijakach, więc kto chciał i hopnorarium nie żądał mógł dać się całej Polsce oglądać. Nie ma co kryć. Przez dwa lata wypromowałem imprezę. Przyjeżdżałem z kamerą jako dziennikarz pod bramę Lapidarium, stawałem przed nią i zapraszałem jako organizator ( taka zakamuflowana forma nieakceptowanego jeszcze wówczas niewiedzieć czemu standuppera). Następnie z operatorami: Boneckim, Rutkowskim lub Machnowskim kręciliśmy zdjęcia. Wracałem do stacji gdzie napisany przeze mnie komentarz najczęściej wgrywał zawsze najbardziej solidarny z dziennikarzy Jarek Kret, montował Eryk Dankwa, Pawka lub Walkiewicz i naród dowiadywał się, że Lapidarium czeka.
Czekało. – Ludzie też na nie czekali. Ja działałem jakby w transie, obłędem niesiony. Choć inni, pamiętam komentarz Krzyśka Wyszyńskiego z NTW ( „promujesz sobie imprezę”) – myśleli, że więcej rozumiem. Z tymczasowości, szansy nie do zaprzepaszczenia, niepowtarzalności okazji. – A ja jak dziecko spuszczone z lejcy bawiłem się sznureczkami. Miałem wszak zadrę w stosunku do Szkoły Teatralnej, gdzie podziękowano mi za pracę. Chciałem pokazać, że sobie poradzę. Jednak nie przeciw nim, lecz z nimi, może nawet dla nich. Chciałem, by ze mną współpracowali. Englert czy Lasocka z wysoka spoglądali na profesora, co się stoczył do gminu, lecz już inaczej śpiewał Faber, zastępca ekonomiczny, którego prośby o dotację dla szkoły były w miarę możności ( nie małych!) dzielnicy przychylnie i bezwarunkowo rozpatrywane. Faber dopierow wtedy zaczął mnie zauważać. Cóż lubię dawać. I jeśli władza ma dla mnie jakiś urok to wtedy, gdy daje, gdy może być łaskawa.
Impreza nabierała impetu. „Nowa Telewizja Warszawa” była całkowicie finansowana i technicznie też obsługiwana przez Sardyńczyka Nicola Grauso i jego Staff. Ci pokazywali nam jak sprawnie i efektywnie pracować. Bardzo się to nie podobało pełnym ambicji filmowcom po łodzkich szkołach ale nie ulegało wątpliwości, że włoskie systemy lepiej były dostosowane do komercyjnej rzeczywistości medialnej. Na moje spektakle przyjeżdżali małym transmisyjnym wozem ( kierowca i elektryk w jednej osobie oraz realizator w wozie, plus trzech czasem czterech operatorów). Kto do dziś o takiej ekonomii słyszał w Telewizji Publicznej gdzie transmisja zaczyna sie od tuzina honorariów ! Zatem Włosi przyjeżdżali i a vista, montując obraz z trzech kamer jak przy realcji na żywo nagrywali spektakl grany w poniedziałek. W środę przybiegałem do wykładanej czerwonymi kafelkami dawnej siedziby Życia Warszawy (też kupionego przez Grauzo) przy Marszałkowskiej jeden, z Renato montowaliśmy czołówkę i napisy końcowe, korygowaliśmy ewentualne błędy żywego montażu, betę w specjalnej maszynie kopiowano na dwanaście U-Matic i w niedzielę we wszystkich lokalnych stacjach Polonii 1 w praiteimie można było nasz Ogródkowy Teatr Telewizji oglądać.
Minęły dwa lata. Pod wąskim daszkiem, na plastikowych krzesełkach, pod cieniutkim parasolkami rozkręcał sie teatrzyk. Głównym produktem było wciąż jury ale i telewizja grała swoją rolę. To było wielkie być albo nie być. Kto nie udźwignął monodramu Zoszczenki i dał się całej Polsce pokazać, ten nie powie, że aktorstwo nie dało mu szansy i cieszy się zapowiadając w radio czy referując pogodę, kto zagrał jak Edyta Olszówka bosko w „Spacerku przed Snem” ten do dziś z Teatru TV nie wychodzi.
Aż przyszedł ten deszczowy dzień. Lało jak z cebra. Wracałem z nabytych przed rokiem za zarobione w „Poloni 1” pieniądze Ołtarzy-Gołaczy gdzie zostawiłem żonę z dwiema córeczkami. W NTW miałem umówione „A Teraz Konkretnie” z Janem Rokitą. W Lapidarium spektakl. Ale nie tylko deszcz przeszkodził w odbyciu tego przedstawienia.
Tagi: Edyta Olszówka, Jacek Kiliński, Konkurs Teatrów Ogródkowych, Lapidarium, Opis Obyczajów