Alert czyli Sympatyczne Miglance
W oczekiwaniu zatem na dotację przekształconego w jedną strukturę Miasta dla XII KTO zająłem się rozkręconym już Alertem Europejskim. Zająłem się nim właściwie z poczucia obowiązku i misji. No i po to by otaczający mnie ludzie mogli coś zarobić. Sam praktycznie nie zarabiałem na tym nic. No może z trudem pokryłem symboliczny czynsz Wilczej za dwa misiące. Nb. po dwóch latach musiałem po kontrolki NIKu zwrócić UKIE z własnej kieszenie 500 zł. Urzędnicy doszli bowiem do wniosku, że w ramach przyznanej dotacji nie miałem prawa zmniejszyć kwot projektowanych na noclegi i wyżywienie by trochę lepiej zapłacić ekspertom.
Po wyprawie do Kopenhagi, gdzie 13 grudnia 2002 roku formalnie zakończono negocjacje akcesyjne myślałem o jeździe do Aten. Tam odbywać się miał 16 kwietnia kolejny europejski szczyt – tam też nastąpić miało ( i faktycznie 16 kwietnia nastąpiło) podpisanie Traktatu nt. przystąpienia Polski i pozostałych kandydujących Państw do Unii Europejskiej.
Chciałem przejechać tym razem południową Polskę, i kandydujące wraz z nami do Unii Czechy, Węgry kawałek Macedonii. Poprosiłem o większe pieniądze. Jednak w UKIE nie zgodzono się na to.
Skończyło się zatem na przedreferendalnej agitacji na ścianie wschodniej Polski. Celem II Alertu Europejskiego, który odbywał się w rezultacie od 15 do 21maja 2003 była promocja referendum akcesyjnego. Zachęcenie do uczestnictwa w Referendum i dostarczanie argumentów za przystąpieniem do Unii Europejskiej. Poszerzenie wiedzy na temat realnych możliwości i szans w momencie przystąpienia do Unii. Uruchomiłem Telewizję Publiczną: Program I ( Telewizja Śniadaniowa); TVP Program 3 ( Regionalna) – magazyn Eurotel
Przypomniałem, że Alert to stan podwyższonej gotowości. Szczególnie na specjalnie zagrożonych terenach. Alert dotyczył tych wszystkich, którzy obawiali się, że doraźne kłopoty mogą zmarnować historyczną szansę Polski jaka była marzeniem 10 pokoleń naszych przodków. Dlatego ogłosiłem ten Alert. Czyli gotowość środowisk: głównie szkolnych, kulturalnych i samorządowych pragnących działać na swoim terenie na rzecz Referendum. 15 maja ruszyliśmy z happenigowym Eurobusem zbierać pokłosie Alertu.
Alert robiliśmy z Konsekwentnymi, młodymi fajnymi ludźmi, których poznałem jeszcze w Warszawskim Ośrodku Kultury. Adam Sajnuk i Agnieszka Czekierda i ich impresario Aldona stanowią dziś trzon zespołu, od którego oddzielił się po zdaniu do Szkoły Teatralnej twórca tej grupy – Marcin Kołaczkowski. Konsekewntni do zawodu konsekwentnie przebijają sie spoza Akademii. Nie podoba się to akademikom ( takim choćby jak Staszek Górka ) ale zachwyca publiczność wśród której „Konsekwentni” niby zespół rockowy mają grupy wiernych fanów. Wiem, że także i dla tych młodych ludzi jazda po Podlasiu, spotkania z ludźmi, sam fakt, że wyczarowałem autobus, ekspertów, pieniadze i nagłośnienie – było swoistym przeżyciem.
No właśnie nagłośnienie. Niby nic ale jak tu sprawić by jadący przez małe miasteczka autobus ( nie wszędzie się zatrzymywaliśmy) grzmiał. – Autobus musi mieć przetwornicę: urządzenie zamieniające prąd z akumulatura na właściwy do zasilenia wzmacniacza. Zdobyłem taki autobus, po długim namyśle zaopatrzyłem go w hak holowniczy i przyczepę, na której jechały dwie wierne kolumny ( jeszcze te od Witka Szymańskiego kupowane), które dzielnie przetrzymały całą drogę. Jechał też z nami głupkowaty Adam – akustyk, który omało nie doprowadził mnie do zawału na dzień przed wyjazdem patrząc schematycznie na aparaturę, która nb. przez dwa lata osobiście obsługiwał na Ogródkach. Na godzinę przed wyjzadem już w autokarze i ogłosił mi nagle że wszystko jest do wyrzucenia. Zdechło ! Cud, że Wróbel, który był tego sprzętu pierszym właścicielem tego sprzętu odebrał komórkę, przyjechał na sygnale przypominajac studencikowi, że gdzieś tam plus z minusem czy wejście z wyjściem są inaczej oznaczone. Wreszcie wszystko zagrało, przybyliśmy, zobaczyliśmy, zwyciężyliśmy,
Konsekwentni, przygotowali specjalny Happening o zaślubinach Polonii Z Europą. Śpiwali piosenki, tańczyli na placach, pomagali rozdawać nagrody w edukacyjnych konkursach przeprowadzanych przeze mnie z ekspertyami. Tym razem o pomoc poprosiłem dziennikarza i syna słynnego Kisiela – Jurka Kisielewskiego oraz byłego kuratora, krótko wiceministra oświaty, dziś znów wiceprezydenta Warszawy czyli Nauczyciela Doskonałego jakim jest Włodek Paszyński.
Ruszyliśmy przez Warszawę – Olecko – Gołdap – Grajewo – Krynki – Bielsk Podlaski – Siemiatycze – Sokołów Podlaski – Białą Podlaską- Radzyń Podlaski – Lubartów – Lublin – Świdnik – Krasnystaw – Zamość –Biłgoraj – Tarnobrzeg– Starachowice – z powrotem do Warszawy.
Po prawdzie to z tym Alertem było tak. Czułem, że po Kopenhadze trzeba iść za ciosem, choć z coraz większym przerażeniem stwierdzałem, że kolejne moje akcje może i służą czemuś, pewnie przysparzają mi popularności. Jednak tak są skonstruowane, że nie dają żadnego regularnego dochodu. No ale działałem trochę jak bankrut. Tyle, że ideowy. Tak uwierzyłem w rok 89, tak uwierzyłem, że jesteśmy w wolnym kraju, takim cudem zdało mi się otwarcie granic, wypełnienie półek, wycofanie wojsk rosyjskich z Polski, że mimo, iż na moich oczach kształtowały się mafie (tu Układ Warszawski), tam w okolicach Unii Wolności przekształconej potem w Paltformę Obywatelską odzyskiwały wpływy gminne sojusze. Widać było to już gołym okiem – ja jednak wciąż w to nie wierzyłem. Wciąż dawałem siebie. Wciąż nie pytałem o płacę i czułem się jak złodziej, gdy z pozyskanego przeze mnie na integracyjne akcje łącznego funduszu w granicach stu tysięcy złotych w kieszeni pozostało mi (i to bez odliczenia wszystkich kosztów) po sześciu miesiącach pracy około 6 tys. zł. Naturalnie nie na tych fakturach, które mi potem kwestionowano.
No ale jak by nie liczyc w skali roku czy siedmiolecia, każda konkretna wpłata pozwalała złapać oddech, pospłacać zwolna kształtujące się zaległości: a to ZUS, a to VAT, czynsz, telefon. Z takimi płatnościami od czasu X KTO już zaczynałem zalegać. Ciągle jeszcze liczyłem na nagrodę.
Przypominam sobie Marka Chojnackiego. Ten miły, wykształcony młody człowiek, którego poznałem na stanowisku zastępcy Joli Kessler-Chojeckiej jako wicedyrektora Centrum Prasowego PAI bardzo był dumny z siebie po zorganizowaniu obsługi pielgrzymki papieskiej w bodaj 99 roku. Przyjmował potem stanowisko konsula w Lyonie stwierdząjc ze spokojem: jakaś nagroda musi być. No tak, ale on pracował w strukturze. Na sukces choćby zarządzającego w tym czasie PAI Jana Musiała. Ja zaś pozyskując środki dawałem coś publiczności, Sprawie, konkretnym zarabiającym dzięki mnie osobom. Jednak pracowałem zawsze na siebie. I to był błąd. Choć nie do końca przeze mnie zawiniony. Nigdy bowiem nie spotkałem nikogo (od Erwina Axera czy Stefana Morawskiego poczynając na Olechowskim kończąc) – kto by chciał bym pracował na niego. Jakoś tak się złożyło, że to u mnie pracowno. Ja zaś szczyciłem się tym, że zatrudniam najlepszych. Właśnie takich co też pracują na siebie.
Starałem się też zatrudniać młodzież.[1] Choć to szło mi gorzej, bo nie bardzo potrafię prowadzić za rączkę. Zakładam u moich podopiecznych ten sam co u siebie poziom inteligencji, a nawet niezależności. Co się zaś tyczy tych lepszych. Tu z kolei zakładałem, najczęściej błędnie niestety, że takie osoby są lojalne, nie obawiają się konkurencji, jeśli coś otrzymają, zachowają wdzięczność i jakoś spróbują się odpłacić.
Naiwna nieco wiara. Jurka Kisielewskikego znam ( z widzenia) pewnie ponad 30 lat. Mieszkaliśmy czas jakiś na przeciw. Szanowali się nasi ojcowie.
Ojciec Jurka to wszak słynny Kisiel: Stefan Kisielewski – muzyk i pisarz, felietonista Tygodnika Powszechnego w czasie, gdy to katolickie pismo (zawieszone w latach stalinizmu) wyznaczało standard niezależności i patriotyzmu. Po marcu 68 roku ojciec mój nie mógł nigdzie pisać pod nazwiskiem. W Twórczości pisał felietony jako Dedal. W Tygodniku Powszechnym swoje pisywał też pod (powszechnie już rozpoznawalnym) pseudonimem Kisiel. Gdy tylko przyszła nowa lekka odnowa naczelny redaktor Tygodnika Jerzy Turowicz zaproponował memu ojcu felieton na ostatniej stronie. Obok Spodka ( Stefana Skwarnickiego), Józefy Hennelowej, Antoniego Słonimskiego no i przewodzącego tej stawce Kisiela. Tak więc Ojcowie stali się kolegami z redakcji. Spotykaliśmy dość często pana Stefana idąc z Armii Ludowej na spacer w stronę placu Na Rozdrożu, dalej al. Ujazdowskimi wzdłuż Urzędu Rady Ministrów, aż po róg Bagateli zawracając na wysokości Wyższej Szkoły Partyjnej tej od Dionizego Tanalskiego. Pieski wskakiwały na murek, panowie perrorowali, chłopcy grali w pikuty. Jurek miał brata Wacka, świetnego pianistę, który poszedł w muzyczne ślady Ojca i zasłynął w latach siedmdziesiątych wraz z Markiem tworząc podbijający świat do tragicznej śmierci Wacka w ’86 roku duet fortepianowy Marek (Tomaszewski) & Wacek (Kisielewski).
Jurek stara się chodzić w te drugie, publicystyczne ojca szlaki. Przystojny ( moim zadaniem), romanista, mieszka do dziś w al.Szucha na czwartym piętrze na przeciw mieszkania Zosi Kucówny, w którym przechowywali mnie Hanuszkiewiczowie, gdy zdawałem maturę. Przechowywanie dotyczyło też Kalego, psa formalnie mego lecz w istocie powiernika Seniora, którego wyprowadzając natykałem się nie raz na Jurka z jakimś małym szczurkiem.
Łączą więc nas z Jurkiem wybitni ojcowie, krakowskie, inteligenckie korzenie. Podobne w sumie talenty. Przewagą Jurka jest wdzięk i jakaś taka arystokratyczna siła. Nie tyle pewność siebie co poczucie dowartościowanie. Jurek należy do tych co nie biorą – oni udzielają siebie. Za komuny był Jurek skromnym filolologiem romańskim, gdzieś pracował, coś tłumaczył. Jego czas zaczął się po śmierci Ojca. Z godnością go reprezentuje. Robi to zresztą optymalnie. Mnie bycie synem bardzo, bardzo długo nie przysparzało satysfakcji. Nie wynika to zresztą z braku miłości czy szacunku. Lecz ze sposobu wychowania. Mnie tresowano w poczuciu, że i tak w życiu ojca nie dorosnę. Senior wyznał nawet, w Dzienniku, że obawiał się bym ja go nie prześcignął. Jakiś kretyński wyścig szczurów, na który nałożyło się dodatkowo moje różne szkolne głównie niedoskonałości. Potem oblany egzamin, na aktorski. Gdzieś od doktoratu zacząłem odrabiać pozycje. Lecz co zdobyłem flankę: książka, doktorat – okazywała się ona już oderwana od Zamku.
Jurek przeciwnie ma tyle godności i wewnętrznej pewności siebie, że też wiele mu uchodzi. Z wiekiem staje się coraz ważniejszy: pracownik Radia dla Ciebie, potem telewizyjnej śniadaniówki, wybrany wiceprezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w chwili, gdy organizację tę opanowała Krystyna Mokrosińska ze swym telewizyjnym teamem.
Ktoś kto jak ja ma nawyk mierzyć wartość człowieka dziełami mógłby mu zarzucić niedosyt dzieł. Jednak czy obecność nie jest dziełem ? Cóż w końcu innego robi polityk ? On też tylko jest tam gdzie trzeba i we właściwym czasie. Więc dziś, gdy dziennikarstwo schodzi na psy, gdy czołowym autorytetem środowiska ogłosił się samozwańczo – Stefan Bratkowski, którego nieprzyzwoitość już scharakteryzowałem, otóż w takich czasach sylwetka Jerzego Kisielewskiego zdawać się może wręcz klasyczna. I aż wspominać hadko, iż bez wahania objął odebrane mi za odchylenie promichnikowskie stanowisko Dyrektora Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Że w moim przekonaniu całkiem bezprawnie łączył je z funkcją wiceprezesa SDP będąc zarazem konktrolerem i kontrolowanym. CMWP jest bowiem jednostką podległa Zarządowi SDP. Czynił to jednakowoż sympatycznie, a na dodatek krótko oddawszy rychło funkcję Andrzejowi Krajewskiemu, który odbudowawszy z nas trzech z pewnością najlepiej pozycję Centrum padł również ofiarą samowładztwa Carycy Mokrosińskiej. Urazy w sercu nie noszę. Rękę po kilkakaroć wyciągałem. Wyciągnąłem ją więc do Jurka i teraz byśmy razem w objazd Polski ruszyli. Propozycję przyjął. Wódeczkę piliśmy rozkosznie.
Ja zasadniczo, a już szczególnie w towarzystwie, innych trunków niż wino nie pijam. Jednak w kompanii potomka rodu Kisielewskich nawet okowita smakuje jak szampan z oliwką. Urżnęliśmy się więc słodko raz, a może i drugi, skąd trochę śmiechu i miłe wspomnienia lecz w moim mieszku nic nie pozostało. Ani, Gianta – który miał zasponsorować lepsze rowery na nagrody, które kupiłem najtńsze z wyprzedaży Carrefoura ani nigdy żadnej, najmniejszej propozycji współpracy. Ani wtedy, ani potem – mimo jeszcze kilku ofert jakie w życiu Jurkowi złożę.
Nigdy nie przyszło mu do głowy, że można uczynić większą łaskę niźli odbierać z wdziękiem – można wykonać telefon, gdzieś zaprosić, pomyśleć co tam słychać u bliźniego.
Ta uwaga dotyczny obydwu “kolegów”. Zarówno Jurka, jak dużo lepiej i jak sam powiada “od wojny japońskiej” zaprzyjaźnionego „Paszczaka”.
7 lutego 2007 roku już jako Prezydent ds. kultury i jeszcze zanim będzie musiał zmilczeć ( i tak do dziś trzyma buzię w kubeł) moje z warszawskim samorządem rozstanie w Rozmowie z Agnieszką Budzyń tak ten czas Włodek Paszyński wspominał:
„- Euro-autobus?
- Tak.
- Proszę o tym opowiedzieć.
- Przyszli do mnie dwaj fajni, mądrzy, sympatyczni ludzie, Andrzej Kijowski i Jurek Kisielewski, i zaprezentowali taki trochę „odjechany” pomysł , ale ponieważ ja byłem przekonany o konieczności przecierania drogi do Unii i miałem trochę czasu, więc ruszyliśmy tym autobusem, właśnie z Konsekwentnymi. Spędziliśmy razem kilka dni w tym autobusie, przejechaliśmy sporą część północno-wschodniej Polski, robiliśmy przedstawienie o zaślubinach Polski z Europą. Andrzej się w tym wyżywał podwójnie, trochę intelektualnie, bo był tam taki element wiedzowy, związany ze znajomością Europy, a z drugiej strony Andrzej miał zawsze nie do końca zrealizowane pomysły aktorskie. Fajny był ten autobus, zwłaszcza, że pokazywał nam bardzo różne miejsca i momenty. Czasem było po prostu miło i sympatycznie, ale czasami było też dramatycznie…
- Rzucali się na Was, tłukli jajkami?
- Jajkami nie, natomiast były takie miejsca, w których czekali na nas miejscowi aktywiści antyeuropejscy. Zazwyczaj mieściło się to jednak w jakiejś normie, z wyjątkiem jednego z miasteczek w lubelskim, którego nazwy przez litość nie wspomnę. Tam była naprawdę groza. W bardzo ładnym i zadbanym miasteczku miejscowi aktywiści jakiejś akcji katolickiej, przywitali nas okrzykami nie bardzo europejskimi „Żydzi, won do komór gazowych”. Było to podwójnie dramatyczne, bo rzecz działa się koło Bełżca, ale też myślałem sobie, że to jest taki swoisty chichot historii.”

Zaślubiny : Agnieszka Czekierda (Uniija Samanta Helga Europejska) & Adam Sajnuk (Andrzej Tadeusz Rzeczpospolity)
Eksperci pomogli owszem spopularyzować akcję: Jurek Kisielewski ułatwił wejscie do Kawy Herbaty, Paszyński uruchomił Miłkę Skalską, dzięki czemu suwalska ekipa TVP3 zrobiła reportaż z naszej eskapady. Bawiliśmy się świetnie. Jednak w wszyscy moi goście zarobili w trzy dni dokładnie tyle samo, co ja pracując pół roku. Wróciliśmy z Podlasia. Akcja zakończyła się sukcesem. Myślę, że nasza obecność przysporzyła Unii zwolenników, w każdym razie we wszystkich odwiedzanych przez nas rejonach referendum wygrało.
[1] W znaczeniu słownikowym alert oznacza stan gotowości np. przed ważnym wydarzeniem. W tym wypadku jest to oczekiwanie na referendum o członkostwie w Unii Europejskiej. Celem projektu jest: przygotowanie polskiej opinii publicznej do referendum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej, stworzenie pretekstu do dyskusji na temat równości szans państw kandydujących, promocja zdecydowanej, aktywnej postawy Polaków, którzy jako przyszli obywatele powinni umieć walczyć o swoje interesy. Niewątpliwie mocnym atutem jest specjalnie przygotowany Eurobus. Jego trasa obejmie miasta z całej Polski.
Autobus akcji przyjechał także do Olecka 15 maja 2003 r. Aktywnie włączyliśmy się do akcji. Przygotowaliśmy flagi, baloniki i udaliśmy się na miejsce zebrania. Zobaczyliśmy ciekawy happening. W akcji brali udział aktorzy Teatru „Konsekwentni”. Interlokutorami byli Jerzy Kisielewski i Włodzimierz Paszyński zaś polemistą – Andrzej Tadeusz Kijowski.
Uczennica naszego koła Ula Kozłowska wzięła udział w konkursie. Okazało się, że odpowiadała na wszystkie (nawet bardzo trudne pytania związane z UE ). Zdobyła pierwszą nagrodę – rower. Gratulujemy.
A. Kunicka Internet LO Olecko Ostatnia zmiana: 02/20/2006 13:55:25




