Wpisy otagowane ‘Kulesza’

Rozdz. CIX – Rzeczpospolita Samorządna Michała Kuleszy

sobota, 23 Styczeń 2010

W mej opowieści jesteśmy przypomnę na początku roku 2003. Lech Kaczyński wygrał wybory samorządowe, Urbański został jego zastępcą do spraw kultury, Krzych Murawski znów w Zarządzie: po krótkim epizodzie prezesowania i zarządzania Wydawnictwami Szkolnymi i Pedagogicznymi – ma rekonstruować Pałac Kultury.

A Pałac stoi. Zajmuje powierzchnię, sypie się, kosztuje. Miasto zwalnia go z podatku od nieruchomości – trudno więc powiedzieć czy to się w jakikolwiek sposób kalkuluje. Może należało jak Niemcy Mur Berliński rozebrać go gołymi rękami: cegła po cegle ?  – No tak, ale kto mi zagwarantuje co by na jego miejscu powstało. Tak jak teatry Hanuszkiewicza zamieniono w Supermarkety, aż zniknął Teatr Mały i przekazano zręcznie w prywatne ręce do Fabryki Trzciny miejską dotację Teatru Nowego…

Co by pozostało z Pałacu Młodzieży z basenem, Teatru Lalka, Studio i Dramatycznego, Muzeum Techniki ?  Bo Salę Kongresową nie spełniająca żadnych standardów nawet przeciwpożarowych z pewnością dawno przerobić by należało. Ale na co ? Ale dla kogo ?

Ten Pałac, te teatry – to własność samorządu. Własność komunalna czyli … należąca do komuny. Inaczej mówiąc do Wspólnoty. Wspólnota Samorządowa. To była myśl, która w 1990 roku wyprowadziła mnie na ulicę. Kazała walczyć o kino Wars na rynku Nowomiejskim, o prawo mieszkańców warszawskiej Starówki do wykupu swych mieszkań.

Samorząd ! Idea samorządu narodziła się chyba w mojej głowie jeszcze w 1981 roku, gdy czytałem piękną utopię stworzoną na Zjeździe Solidarności. Nadanojej imię Rzeczpospolita Samorządna.  Opierać się ona miała na samorządach pracowniczych, zawodowych i terytorialnych. Była to próba pogodzenia mitu sprawiedliwości społecznej z mechanizmami rynkowymi, dążenia do niepodległości z ówczesnymi ograniczeniami tzw. geopolityki[1].

Z tym wszystkim, adiunkt w Szkole Teatralnej –  dałem się w 1990 roku wybrać radnym, zostałem przewodniczącym komisji kultury, oświaty i sportu Śródmieścia i wicemarszałkiem warszawskiego Sejmiku. Nie ma już tego, obdarzonego osobowością prawną Śródmieścia. Sejmiku w tamtej postaci też nie ma. Funkcjonował osiem lat.  Ale i wtedy nie udało się uzyskać podmiotowości dla staromiejskiej  „jurydyki”, która mnie wybrała. Od pierwszego dnia w Radzie musiałem się stykać z mechanizmem zbiorowej woli utrzymania gestii w rękach anonimowego ciała kolegialnego. Ucieczki przed obdarzaniem ludzi kompetencjami, sprytem osób, które rozumiały, że najwięcej można zyskać rządząc anonimowo, a odpowiedzialność rozmydlając decydując zbiorowo.  Słowem z myśleniem partyjnym.

Mała żótka książeczka

Małą żółta książeczka

Jeszcze w 1990 roku żyliśmy ideami. Udało się w Sejmiku odtworzyć Komisje nawiązujące nazwami i zakresem kompetencji do czasów oświeceniowych: Boni Ordinis, Komisję Skarbu,  Spraw Publicznych i Brukową, które miały niejako w poprzek analizować miast dublować funkcję wydziałów architektury czy zdrowia, kultury czy komunikacji współczesnego urzędu.

Zapanował jednak chaos . W czasie  którego coraz częściej mówiło się o konieczności wprowadzenia w  mieście  Zarządu Komisarycznego. Czułem, że takie działania mogłyby się spotkać  z poparciem znacznej części mieszkańców.  Można bowiem pogubić się w polityce. I posłom pozwolić  działać w oderwaniu. Kiedy jednak człowiek nie wie gdzie  się w mieście rejestruje sklepy,  kto podatkuje grunty, u kogo wynajmuje się lokale, jak nazywa się urząd przyjmujący skargi, gdzie  łatają ulice lub zatykają kanalizację – zaczyna się horror.

Ten horror trwał już pół wieku. Ale myśmy obiecywali, że  z nami wszystko się zmieni. Komitety Obywatelskie, które większość obecnych radnych wyniosły gwarantowały w naszym imieniu. I co? Po Komitetach nie zostało wspomnienia. A i o nas też wyborcy zapomnieli  Odpływaliśmy… W równe dwa lata od wyborów, już w 1992 roku czułem to  odpływaliśmy… w sferę administracyjnej fikcji, prawnej niemożności, w stronę gadania…

Że to nie nasza wina? Że złe  były ustawy? Obojętny Parlament?  Niestabilne Rządy? Że  kryzys gospodarczy!? Ale przecież to zdawał się  nasz sejm, nasz rząd,  nasze rady   – nasza wspólna bieda. I… trzeba to powiedzieć otwarcie i do końca. Był to kryzys i głębokie załamanie, naszej  własnej władzy.

To załamanie widać było coraz wyraźniej po dymisji rządu Olszewskiego. Ale też wtedy zdawało mi się, że nie kto inny lecz właśnie  radni, stanowić mogli ostatnie  gremium polityczne wybrane na zasadzie w pełni demokratycznej i nie kontraktowej. I choć po Komitetach Obywatelskich Solidarności, nie pozostało już śladu,  to jednak w samorządowym  sejmiku i  na radach gmin, można było jeszcze tak mniemałem w 1992 roku  zwracać się do pewnej  formacji. Formacji, którą konstytuował  ścisły związek z wyborcami. Formacji obywatelskiej, dla której zdrowy rozsądek ważniejszy był zarówno od suchej litery praw jak i od emocji. Formacji w łonie, której niemożliwe do pomyślenia byłoby kompromitowanie demokratycznych instytucji władzy z obawy o własną skórę czy z  osobistej urazy. Formacji, której obca zdawała się prywata. Formacji, dla której liczyły się jedynie społeczne fakty.  Tak pisałem w „Spotkaniach” w 1992 roku [2]

Wśród radnych wykształciły się dwa typy zachowań. Nazywałem je: syndromem legalizmu i anarchizmu. Wskazując, że  w każdej z nich tkwi niebezpieczeństwo? Legaliści kazali czekać cierpliwie: najpierw na Ustawę o dochodach gmin, bez której obywano się przeszło dwa lata,  potem na Regionalne Izby Obrachunkowe,  w braku których Naczelna Izba Kontroli nie chciała badać budżetów gmin.  Na wnioski dotyczące zmiany podziału terytorialnego Warszawy. Anarchiści twierdzili, że skoro system samorządowy nie został legislacyjnie zamknięty mówienie, iż mamy respektować zapomniane prawo, prawo odłożone, prawo uśpione – okazuje się przeważnie czystą demagogią.

W ówczesnej, bardzo trudnej sytuacji kraju, gdy ujawniały się pierwsze załamania budżetów gminnych nawoływałem do korekty Statutu Miasta Warszawy  regulującej wadliwe relacje między Radą Warszawy,  a Radami Dzielnic i jej organami  oraz między Zarządem Miasta, a Zarządami poszczególnych Dzielnic. ( Wśród  ekspertów odpowiedzialnych w Sejmie za kształt tych kalekich ustaw były między innymi obok profesorów Regulskiego i Kuleszy – Hanna Gronkieiwcz Waltz i Zyta Gilowska…).

Twierdziłem, że wszędzie, dosłownie wszędzie można się porozumiewać, łączyć miast dzielić budżety rządowe, samorządowe i specjalne. Łączyć je po to by administracja nie miała nadmiernej władzy. By istotnie służyła do przekazywania środków. Bo, kiedy różne są źródła finansowania wtedy właśnie władza  znajduje się na dole. U dyrektora czy w Zarządzie Instytucji, która otrzymując środki z różnych stron czuje się relatywnie wolna i ma pewien margines swobody wobec każdego ze swych gestorów.

A czy to nie jest właśnie to co tak bardzo  nie chciano stracić? Czy nad współczesnym polskim ustrojem nie ciąży najsilniej lęk urzędników wszelkiej administracji przed wyzbyciem się wyłącznego prawa do przekazywania środków? Czyli władzy!? I czy w imię  obrony swych gestii nie są oni  skłoni zaprzepaścić dobro publiczne?

ATK - Apel Radnego

To pytanie nie może zostać uchylone. Gdyż ten kto uzdrowi stolicę pomoże  państwu, a kto przegrywa w Warszawie ten Polskę traci. Nawoływałem by powołać tu w Warszawie ruch – Naprawy Miasta.  Powtarzam wołanie ! Musi się on oprzeć na tej jak ją wciąż nazywałem obywatelskiej, dziś powiedziałbym mocniej PATRIOTYCZNEJ   formacji, zdolnej działać nie chowając się za prawne parawany.

Wierzyłem, że nie łamiąc prawa – ale także nie pytając, co nam wolno, a czego nie zadekretowano zdołamy znaleźć w Stolicy, w całej wielkiej Warszawie, sposób na skuteczne dokończenie dzieła Naprawy Rzeczypospolitej.

Pomyliłem się. I długo nie mogłem tego zrozumieć. Gdy dziś patrzę wstecz widzę wiele poronionych bytów. Nie ma Sejmiku Warszawskiego, ani Tygodnika „Spotkania”, w którym ten tekst ogłaszałem. Ekspresu Wieczornego, na którego łamach z tym samym wystąpiłem apelem też nie ma. Mimo moich ( wice-marszałka w końcu) protestów i ostrzeżeń

A Teraz Konkretnie z Michałem Kuleszą

Michał Kulesza i ATK w Nowej Telewizji Warszawa ( 1993)

Michał Kulesza, Andrzej Lubiatowski, Czesław Bielecki funkcjonujący jako doradcy samorządu uparcie lansowali wprowadzenie II szczebla samorządu i przeprowadzili zastąpienie tzw. Rejonów przez Powiaty.

W 1998 ostatecznie zniszczono w Polsce Samorząd.  Głównie poprzez stworzenia struktur pośrednich. W Warszawie zaowocowało to istną paranoją. W miejsce relacji dzielnica-gmina  i Rada Warszawy wybierająca prezydenta, powstała jeszcze Gmina Centrum oraz struktura powiatowa. Na prowincji między zdeprecjonowane dawne województwa i pozbawione np. podatku drogowego gminy wdarła się jeszcze korupcjogenna struktura powiatowa. Dziś na wezwanie wojewody walczące o dochody gminy rabują się nawzajem – miast tworzyć lokalną wspólnotę.

Odpowiedzialny za to wszystko we wszystkich niemal rządowych wcieleniach Michał Kulesza nie traci dobrego samopoczucia. Podobnie jak nie tracił go Krzysztof Murawski, gdy ponad rok zawiadywał Departamentem Struktur Państwa  w Rządowym Centrum Studiów Strategicznych. Poprosił mnie wtedy o współpracę, a ja wiedząc już że demokracja w obieży – jeszcze się Samorządną Rzeczypospolita zbawiać starałem tworząc

Program Osłonowy dla 27  miast tracących godność wojewódzką.

Odpowiedź na pytanie jakiego typu rekompensaty otrzymać może około 27 miast  przekształcających się z wojewódzkich w powiatowe jest w zasadzie prosta sprowadza się  rozwiania obaw przed :

1. Utratą prestiżu i zszarganiu tradycji ( ten, kto dopuści do utraty godności źle się zapisze w miejskich kronikach).

2. Spowolnieniem tempa  przypływu pieniędzy a zatem rozwoju inwestycji miejskich

3. Marginalizacją miejsca  z punktu widzenia komunikacyjnego

- Konieczność wyjazdów mieszkańców

- Zmniejszenie ilości przyjezdnych

4. Ograniczenia administracji interpretowanego jako czynnika miasto burczego

5.Bezrobocia zagrażającego urzędnikom likwidowanych struktur państwowych.

6. Powstawania wtórnych, czysto biurokratycznych, struktur będących wynikiem lokalnych lobby.

Teoretyczne odpowiedzi są proste i zostały wstępnie udzielone przez premiera Buzka.  Ich realizacja to konstrukcja programu osłonowego w następujących punktach.

Ad. 1. Pojęcie województwa czy regionu nie musi się łączyć z centralizacją stolicy godności miastu nie nadaje Urząd Wojewódzki. a to za co Wojewoda płaci:  szkoły, szpitale, drogi, instytucje kulturalne  etc.

Więc nigdzie nie jest napisane, że nowe województwo Gdańskie nie ma mieć np. swojego wielkiego lotniska w Słupsku ( gdzie funkcjonuje specjalna  strefa ekonomiczna i gdzie miasto od Wojska przejmuje lotnisko), a w Elblągu nie powinna powstać jakaś Uczelnia.

- Istnieje ponadto tradycja tzw. miast wydzielonych. Każde z dotychczasowych miast może  być zarazem stolicą powiatu jak i wydzielonym powiatem

- Być może należy też wprowadzić i ustawowo dookreślić powiatowe miasta „planety”(typu Radom), wokół których kręcą się „satelity” typu – Białobrzegi.

Ad. 2

Najważniejsze są pieniądze, a ono łączą się z obecnością w strukturach krajowych i Europejskich. Ważne są zatem kontakty między miastami. Stworzenie pola działania dla Związków Miast.  Klasycznym przykładem może tu być, już de facto zaprojektowana unia Toruńsko-Bydgoska, która zrealizowana być musi niezależnie od tego czy powstanie czy też nie województwo kujawskie.

Ad. 3

Sprawy komunikacyjne są dziś zasadnicze. A więc w planach rozwoju regionalnego musi zostać zaprojektowany rozwój wszelkich  połączeń:  od lotniczych czy szosowych kończąc na budowie Infostrady.

W momencie, w którym  większość gmin uzyskuje dostęp do Internetu miejsce usytuowania jakiegoś urzędu czy biura staje się już mniej ważne z punktu widzenia mieszkańca, który obsłużony zostanie we własnej gminie.

Ważnym elementem jest także kontakt za pośrednictwem mediów. Można wziąć pod uwagę zobowiązanie TV publicznej do zintensyfikowanie prac technicznych nad rozwojem bazy informacyjnej ośrodków regionalnych. Z drugiej strony należy umożliwić miastom tworzenie własnej bazy medialnej. Miasto, które ma swoje studio tv, swój stadion, swój kościół, basen, park, bibliotekę – takie miasto czuje się dobrym miastem.

Ad. 4

Nie ulega wątpliwości, że prawem Parkinson żaden rząd nie zlikwiduje materialnie   żadnego urzędu. Przezwie go, przekształci się, przepoczwarzy, rozmnoży – ale nie zniszczy nigdy. Zadba o to grono solidarnych urzędników po obu (centralnej i lokalnej) stronach biurokracji.

Jeśli więc odpowiedzią na likwidację  np. wojewódzkich urzędów ma być jak najrychlejsze się ich przekształcenie w jakieś Komisje Terenowe Wydziału X, a w najgorszym przypadku w Urzędy do spraw odwojewódczania byłego województwa, to lepiej pozostawić je w swoich miejscach czy w postaci delegatur traktowanych na tych samych prawach co jednostki Urzędu tylko, że oddalone w przestrzeni.

Z pewnością w dotychczasowych miejscach pozostawić należy Wojewódzkie Urzędy Pracy.

Te przedstawione przeze mnie na początku w 1997 roku hasła rozwinięte miały zostać przez zespół ekspertów, których liczba nie przekroczy siedmiu, a spośród  których  rozmawiałem dziś i otrzymałem już potwierdzenie udziału od:

-  Bohdana Jastrzębskiego ( b. wojewody warszawskiego 1991-1997)

-  Andrzeja Lubiatowskiego ( Instytut Miasta, Unia Metropolii)

- Kazimierza Kleiny ( b. wojewody słupskiego, Senatora RP, przew. komisji Gospodarki Narodowej)

Widziałem w tym gronie jeszcze:

Olgierda Dziekońskiego – Prezesa Agencji Rozwoju Komunalnego zwróciłem się także o współpracę do Marcina Bajko z Fundacji na rzecz Rozwoju Administracji Publicznej.

Program jak sądziłem ( bez wstępnej dyskusji z ekspertami i nie do końca znając zamówienie) powinien składać się z trzech części.

Pierwsza to opracowania  ideologiczne w rodzaju np.,  projektu stworzenia miast powiatów wydzielonych ( o ile pomysł zostanie zaakceptowany). Ogólne zasady postępowania w wymienionych wyżej i z pewnością  przez moich  ekspertów rozbudowanych obszarach. Byłby to rodzaj opracowania dla rządu. Liczyłem tu w znacznej mierze na doświadczenie Lubiatowskiego.

Druga to zestaw konkretnych propozycji adresowanych dla poszczególnych 27 miastami. Tu osobą najpomocniejszą byłby pewnie  Kazimierz Kleina.

Trzecia sprawa to zaproponowanie Sejmowi  konkretnych rozwiązań legislacyjnych. Być może pakietu odniesień kompetencyjnych bądź też ingerencji w inne ustawy. Osobą dysponującą tu ogromnym doświadczeniem jest bodaj najbardziej doświadczony z solidarnościowych wojewodów, zdawał mi się pełniący prawie osiem lat tę funkcję Bohdan Jastrzębski.

Osobną sprawą  było dostarczenie konkretnych propozycji rozwojowych dla poszczególnych miast, w oparciu o pakiety programów  dostosowawczych z PHARE i innych Funduszy Europejskich. Liczyłem tu na współpracę Dziekońskiego z Agencji  Rozwoju Komunalnego oraz Fundacji na rzecz rozwoju Administracji Publicznej.

W punktach rysowałem to tak:

1. Można niczego nie zabierać ( zostawić wicewojewodę z całym urzędem Delegatury Wojewódzkiej);

2. Należy rozpraszać administracje. Np. specjalne ( urząd statystyczny, urząd pracy, regionalna izba obrachunkowa, może stolica Sejmiku) – nie muszą się mieścić w stolicy województwa. Wojewoda Gdański mógłby mieć stolicę nawet w Toruniu.

3. Można uczynić te miasta wolnymi od powiatów. Lub, co tyle samo znaczy wydzielonymi z powiatów ( jak przed wojną). Taki status przysługiwałby każdemu z miast poniżej 250 000 mieszkańców, które nie będąc dotychczas objęte ustawą miejską korzystałyby z jej dobrodziejstw. ( jednoszczeblowego zarządzania.

4 Być może należy też wprowadzić i ustawowo dookreślić powiatowe miasta „planety”(typu Radom), wokół których kręcą się „satelity” typu – Białobrzegi.

5. Dla Bielska trudno coś poradzić, (ustawą miejską było objęte) ale trzeba uświadomić, że Bielsko oddając część swojego dochodu na rzecz kraju ( tak jak inne bogate regiony) nic nie traci wobec stanu dotychczasowego. Ono tylko jak osobne województwo mogłoby dużo zyskać.

Natomiast sugerowałem, by w  Bielsku utworzyć osobny Region samorządowy. Podobnie można było postąpić z Ziemią Sandomierską.

6.Natomiast to:” nic nie traci” trzeba ustawowo zagwarantować w części Ustawy o Finansowaniu Województw. Moim zdaniem należałoby określić jaki procent dochodu wypracowanego na danym terenie zostaje w postaci % podatku dochodowego, jaki musi tam wrócić.

7. To się łączy naturalnie z ustawą o finansowaniu gmin. Jeśli byłe województwo dostanie silny powiat z większym od 15,5% odpisu ( np. 25%) od podatku dochodowego, to to byłby konkret.

Jest pewne jak 2+2 = 4, że państwo nic nie straci jeśli zwiększy udział gmin czy powiatów w podatku dochodowym ( szczególnie tam, gdzie zarządzanie jest jednostopniowe, bo nie zżerają środków struktury pośrednie i powielające kompetencje).

8. W szczególności należy powiązać zasady finansowania miast z posiadaną infrastrukturą. Jeśli macie ( lub powołacie: szkołę, licea, Uniwersytet – to to musi być finansowane.).

Jednak Uniwersytety nie powinny być dekretowane na zasadzie 49 uniwersytetów na pociechę.

9. Z pewnością można jednak zainwestować w informatykę. Robić regionalne centra informatyczne. Wirtualne biblioteki  z Internetem. Ale tworzone na zasadzie dużych Cyber – Cafe. Miejsce spotkań, wykładów. Nowoczesna forma domu kultury.

10. Rzecz naturalnie w kompetencjach. Można coś nadrobić dodając kompetencji  regionom ( Radom Regionalnym czy Sejmikom) i Powiatom. Jeśli będą kompetencje: planowanie przestrzenne, ochrona zdrowia, kultura, nauka na stopniu wyższym – to będą też pieniądze.

Puste  gadanie ! Zmarnowany papier. Po poniższym tekście już nigdy, żadnej oficjalnej reakcji. A tekst był taki:

„Szanowny Dyrektorze, Krzysztofie miły ! Eksperci, z wyłączeniem Kleiny mogą się być we wtorek 10.III.97 o godz. 15:00. Proszę zatem o salę, napoje, wszystko jedno co byle nie słone paluszki, Twoją Łaskawą obecność oraz piękną protokolantkę zdolną potem protokół utrwalić na dyskietce. Twoja Firma „wisi” mi za  5 godzin rozmów telefonicznych, w tym ponad połowa komórek lub zamiejscowych. Rozmawiałem z czterema naszymi konsultantami i jeszcze wykonałem kilka rozmów z samorządowcami, specjalistami od finansów publicznych. Troszkę to jak widać trwało. Niestety, nikt nie lubi pracować na „halo!”.

Koniec  i kropka, ani paluszków ani rozmowy. Za to ładny punkcik w życiorysie. Gdy zatem w znanym mi ze wszystkich 13 letnich gabinecie przy ulicy Miodowej w Warszawie  wcieleń zamieszka wreszcie w 2003 roku lepiej jednak rozumiejący czym są idee i jak bywa im daleko do praktyki Andrzej Urbański. Po pierwsze co od niego usłyszę.

– Żadnych Kuleszy ! Bo widzisz Marszałku, to już jest całkiem inne miasto, inny samorząd i inny kraj, niż to, które znałeś.

Urbański widzi konkret. Lecz  rozumie  wizję.  Jest też bardzo przenikliwy.

CDN

Rozdz. CX – Dawaj Festiwal – z Naimską po estakadach


[1] http://archiwum.polityka.pl/art/rzeczpospolita-samorzadna,399839.html

[2] A.T.Kijowski. Apel radnego ( W obronie miasta)., „Spotkania” 1992  nr. 27;  02-VII-1992